Homolobby vs chrześcijanie w USA/Dr. Mohler: Homosexual lobby vs Christians in the US

Wywiad z prof. R. Albertem Mohlerem - rektorem The Southern Baptist Theological Seminary - największego, ewangelikalnego seminarium na świecie.

Interview with Dr. R. Albert Mohler - president of The Southern Baptist Theological Seminary, the largest evangelical seminary in the world.


 {youtube}JtjAAp7sWf0{/youtube}

 

Wywiad z prof. R. Albertem Mohlerem - rektorem The Southern Baptist Theological Seminary - największego, ewangelikalnego seminarium na świecie.

Interview with Dr. R. Albert Mohler - president of The Southern Baptist Theological Seminary, the largest evangelical seminary in the world.

z Andrzejem Turczynem rozmawia Tymoteusz Chojecki

 

Jaki cel przyświeca działaniu ROMB?

 

W naszym kraju zdeprecjonowane zostały pojęcia odpowiedzialności i wolności oraz wiedza o broni. Przez dziesięciolecia wtłaczano Polakom do głowy, że człowiek z bronią to dobry milicjant, a cywil z bronią to zagrożenie dla porządku i bezpieczeństwa. Jako Polacy wciąż tkwimy w takim systemie myślenia. W Polsce dopiero od marca 2011 roku istnieją racjonalne zasady dostępu do broni palnej. Ruch Obywatelski Miłośników Broni to społeczna organizacja, która powstała w 2011 roku. Powołanie do życia naszego stowarzyszenia ściśle związane było z uchwaleniem przez Sejm zmian w ustawie o broni i amunicji. ROMB to organizacja, która dąży do zwalczania złych stereotypów dotyczących posiadacza broni. Chcemy, aby istniały w Polsce przejrzyste i racjonalne zasady dostępu do broni palnej. Aktualnie podstawowe zadanie to przełamanie policyjnego bezprawia w stosowaniu przepisów prawa o broni i amunicji. Trzeba było spędzić półtora roku w sądach różnych instancji, aby zmusić Komendę Główną Policji do tego, by zechciała czytać przepis tak, jak jest napisany. Od zwycięstwa w sądach w 2013 r. musimy borykać się z ciągłymi zakusami unicestwienia zmian z 2011 roku. Od 2011 roku przepisy wyłączają to, co nazywamy uznaniowością. Komenda Główna Policji tę uznaniowość chce posiadać za wszelką cenę. Początkowo przez wulgaryzację prawa, a teraz przez dążenie do zmian przepisów. Wreszcie za cel stawiamy sobie uświadamianie i przekonywanie społeczeństwa do tego, że broń w rękach praworządnego i zdrowego psychicznie Polaka nie stanowi zagrożenia dla porządku i bezpieczeństwa. Prowadzimy akcję „Broń dla ochrony miru domowego”. Jest to w pewnym sensie akcja edukacyjna. Za cel stawiamy sobie dążenie do standardów europejskich. W Polsce mamy 1 egzemplarz broni palnej na 100 mieszkańców, a średnia europejska to ponad 30 egzemplarzy broni na 100 mieszkańców.

 

Czy jest szansa, by ROMB odgrywał w Polsce podobną rolę, jak NRA w USA?

 

Mam wrażenie, że nigdy ich nie dogonimy. Chciałbym jednak, aby ROMB pojawił się w powszechnej świadomości społecznej, to krok pierwszy. Chciałbym, aby ROMB był stowarzyszeniem powszechnym. Można być członkiem ROMB bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Chciałbym, aby ROMB był jak NRA „wyborcą”. W Ameryce wskazanie przez NRA polityka palcem powoduje poważne konsekwencje. To jest potrzebne także w Polsce i do tego dążymy. To jest potrzebne nie tylko sprawie broni palnej, ale i polskiej demokracji. Aktualnie politycy nas lekceważą, ale to jednak nie musi być sytuacja trwała. Mamy wielki deficyt społecznego wpływu na to, co robią politycy. Mam nadzieję, że za jakiś czas polski ROMB, jak amerykańskie NRA, będzie mógł mówić, kto jest politykiem dobrym, a kto złym.

 

Czego się Pan spodziewa po trwającej obecnie akcji billboardowej?

 

Około rok temu przygotowałem projekt zmiany w ustawie o broni i amunicji. Celem było wprowadzenie kategorii pozwolenia na broń dla ochrony miru domowego. Projekt rozesłany został do posłów i senatorów. Widzę jednak, że trzeba wywołać społeczną dyskusję. Taki cel ma ta akcja przynieść. Chcemy przez billboardy i hasła na nich zamieszczone sprowokować do dyskusji społecznej. Dotychczas medialna dyskusja o broni zdominowana była przez kilka osób, które opowiadały nieustannie te same głupoty. Czas to przerwać i przejść do dyskusji merytorycznej.

 

Czy liberalizacja dostępu do broni palnej umożliwi Polakom budowanie lepszej przyszłości? Przecież stosunkowo duże nasycenie bronią mają kraje arabskie czy afrykańskie, a nie widać tam zmian w dobrym kierunku. Na przykład takie kraje, jak Irak, Angola, Libia, RPA mają jedne z najwyższych wskaźników posiadania broni na świecie.

 

Broń jako sposób na umożliwienie Polakom lepszej przyszłości? Hm… tak bym nie powiedział. Posiadanie broni może spowodować kilka skutków, które w jakiś sposób mogą wpływać na lepszą przyszłość Polaków. Broń to wzmożona odpowiedzialność. Obcowanie z bronią powoduje wzrost indywidualnej odpowiedzialności. To jest zjawisko stwierdzone przez naukowców. Polacy zaś to społeczeństwo rozprzężone. Powiedziałbym nawet, że w jakiejś części zdemoralizowane. Uzyskanie prawa do posiadania broni przez tę część Polaków, która nie uległa jeszcze procesowi społecznej destrukcji, może spowodować powstrzymanie procesu rozkładu społecznego. Broń w rękach praworządnego i zdrowego psychicznie człowieka to podniesienie poziomu bezpieczeństwa. ROMB postuluje rozszerzenie prawa do posiadania broni tylko dla takich obywateli. To kolejny skutek, który może wpływać na lepszą przyszłość Polaków. Bezpieczeństwo indywidualne i zewnętrzne to stan konieczny dla rozwoju kraju. Drugiej Szwajcarii nie zbudujemy, ale nie możemy pomijać milczeniem tego, jakie skutki dla bezpieczeństwa Szwajcarii przynosi posiadanie broni przez Szwajcarów. Społeczeństwo słabe prowokuje, społeczeństwo silne odstrasza. Si vis pacem, para bellum - to prawda znana od wieków i jej działanie trzeba w Polsce przypomnieć. To, czy Polacy będą mieli łatwiejszy dostęp do broni palnej, czy nie, nie zmieni tego, że ta zasada działa. Albo wyciągniemy z niej należyte wnioski, albo jej działanie będzie miało dla nas zgubne skutki. Wskazane w pytaniu kraje w żaden sposób nie mogą być porównywane do nas. Tam broń trafia do każdego: bandyty, terrorysty, praworządnego. ROMB nie postuluje powszechnego dostępu do broni palnej. Uważamy, że broń powinna być dostępna wyłącznie dla praworządnego i zdrowego psychicznie człowieka. Posiadaniu broni muszą towarzyszyć wartości, wartości z cywilizacji nazywanej dotychczas judeochrześcijańską.

 

 

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze "idź Pod Prąd".

Magazyn znaleźć można w kioskach RUCH, Garmond i EMPiK.

 

 

 

 

 

 

 

idź Pod Prąd, luty 2015


ZERWAĆ UKŁAD Z KOMUNISTAMI

István Zalatnay, pastor Kościoła Reformowanego w Budapeszcie, szef Ośrodka Charytatywno-Kulturalnego przy wspólnocie Siedmiogrodzkiej Kościoła Reformowanego, w rozmowie z pastorem Pawłem Chojeckim

Jak Pastor ocenia stan węgierskiego społeczeństwa?
Najważniejszym wydarzeniem, które zdeterminowało społeczne i polityczne życie na Węgrzech w ostatnich dwóch dekadach, jest rewolucja 1956 r. i to, co się stało po niej. Po rewolucji węgierscy komuniści i Sowieci stwierdzili, że zamiast tłamsić Węgrów siłą, lepiej dać im namiastkę wolności (pozwolić się trochę dorobić, kupić mały domek wakacyjny nad Balatonem, dać im możliwość wyjechania od czasu do czasu na Zachód itd.). To jest szalone społeczeństwo i może powodować problemy! Komuniści doszli do wniosku, że jeśli zastosują taką „miękką” taktykę, obywatele sami powinni zrezygnować z jakiegokolwiek angażowania się w politykę i sprawy społeczne. Oznaczało to zrezygnowanie z wzajemnej solidarności w społeczeństwie. A jeśli nie ma solidarności w społeczeństwie, wtedy nie ma z nim żadnych problemów. Niestety taki stan rzeczy został zaakceptowany przez nasz naród. I w ten sposób w okresie gulaszowego komunizmu na pierwszy rzut oka Węgry były społeczeństwem sukcesu, które jednak mentalnie i duchowo stawało się coraz bardziej zdemoralizowane.

Czy wydarzenia przełomu 89/90 r. (tzw. „upadek komunizmu”) coś zmieniły w tym względzie?
Niestety, ten proces mogliśmy obserwować także na przestrzeni dwóch ubiegłych dekad. Węgierska Partia Socjalistyczna była de facto oparta na zasadach moralnych, które wyrosły po rewolucji ’56 – na „kulturze kłamstwa”. Ta „kultura kłamstwa” została dopiero niejako „przez przypadek” zdemaskowana, kiedy wyszła na jaw wypowiedź ówczesnego premiera Ferenca Gyurcsányego i wywołała międzynarodowy skandal. Ta wypowiedź („Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem i w nocy”) nie była jednostkowym przykładem – to była egzemplifikacja moralności tej partii, a także – niestety – społeczeństwa węgierskiego.

Z drugiej strony rząd Józsefa Antalla, a potem pierwszy rząd Orbána może w zbyt ostry sposób zaczęły mówić o potrzebie przywrócenia moralnych fundamentów społeczeństwa. Podczas ich rządów prezentowana była chrześcijańska idea społeczeństwa, patriotyzm i tradycyjne wartości. Jak możemy zauważyć, nie są to idee popularne w kulturze politycznej współczesnej Europy (czego dzięki Bogu nie można powiedzieć o USA).

Myślę, że tak duże napięcie w społeczeństwie węgierskim jest spowodowane tym, że politycy i kultura polityczna, którą generowali w ostatnich dwóch dekadach – to tak naprawdę kontynuacja władzy komunistycznej. Dzisiaj wiemy, jak katastrofalne skutki (w wielu aspektach, także ekonomicznym) miała ona dla naszego kraju. Ciekawe, że prawie nie słyszy się o symbolicznym wymiarze słynnej wypowiedzi Gyurcsányego. To była aluzja do roku 1956! Może nieświadoma, ale jednak. Te słowa powiedzieli wtedy przez radio komuniści i to samo zrobił Gyurcsány. Powiedział, że zrujnowali kraj ekonomicznie, że prowadzili całkowicie irracjonalną i głupią politykę finansową – jak żadne państwo w Europie. Do Węgrów dotarło wreszcie, że taki rodzaj kultury politycznej – „kultury kłamstwa” -  nie ma niczego do zaoferowania społeczeństwu.

W komunizmie starano się wbić do głowy społeczeństwu, że nie jesteśmy wystarczająco silni, aby pozbyć się sowieckiej władzy. Sowieci nie chcieli odpuścić Węgrom, a Zachód nie chciał nam pomóc. Ten sposób myślenia został zaakceptowany przez społeczeństwo – kompromis,  że musimy kłamać, nie możemy powiedzieć prawdy, ponieważ raz już próbowaliśmy, ale zostaliśmy pobici.

Ta sytuacja się skończyła. Sowietów już nie ma. Jednakże społeczeństwo nadal żyło podług zasad „kultury kłamstwa”. Negatywne tego konsekwencje odczuwamy do dzisiaj.

Co spowodowało przemianę ostatnich wyborów?

Społeczeństwo „dostało zimny prysznic” i przejrzało na oczy. Właśnie dlatego obecny rząd Viktora Orbána ma taką większość w parlamencie, że mógł wprowadzić nową konstytucję etc. Wciąż jednak istnieje fundamentalne pytanie: Jak głęboko społeczeństwo uświadomiło sobie, że musi wybrać inną drogę - nie tylko polityczną? Także my sami, jako społeczeństwo, musimy się zmienić. Rezultatów tej zmiany już pewien nie jestem. Nie wystarczy powiedzieć, że chcemy polityków bardziej moralnych od nas. Nic na Węgrzech się trwale nie poprawi, jeśli nie zmienimy zasad, według których żyliśmy przez ostatnie kilka dekad. I tutaj ukazuje się może najbardziej konkretna idea – idea solidarności. Dlatego właśnie uważam, że bardzo ważne są dla Węgier kontakty z Polską, ponieważ jest powszechnie wiadomo, że idea solidarności „pochodzi” z Polski i stała się tam rzeczywistością w latach 80.

Być moralnym znaczy nie myśleć tylko o sobie. Myślenie, że najważniejszy jestem ja, a wszyscy inni są „po drugiej stronie barykady”, NIE DZIAŁA! Tylko społeczności, które mają wspólne wartości, idee i cele „będą działać”. To jest to nasze wielkie pytanie: Jak daleko społeczeństwo węgierskie jest w stanie się zmienić, żeby przekształcić się w autentyczną wspólnotę?

Sytuacja w naszym narodzie jest w pewnym sensie nieco lepsza niż w społeczeństwach zachodnich – ich dekonstrukcja osiągnęła punkt, w którym wydaje się, że niemal wszyscy zapomnieli o zasadach. W Europie Środkowej jeszcze trochę pamiętamy, co to znaczy wspólnota, co to znaczy mieć tradycję i uważać ją za ważną. Pytanie, czy w tak słabo osadzone w społeczeństwie wartości można jeszcze tchnąć życie. To w pierwszym rzędzie może przyjść z Kościoła – tak się dzieje od dwóch tysięcy lat – Chrystus, który żyje i wciąż daje nowe życie jednostkom i społecznościom. On reaktywuje społeczne ramy, wartościowe tradycje, formy, idee, myśli, pieśni, literaturę, które istnieją od tysiąca czy więcej lat.

Powiedział Pastor, że zmiana społeczeństwa jest niemożliwa tylko metodami partyjnymi. W Polsce jest to także widoczne – największa partia opozycyjna nie ma pomysłu na „poruszenie” społeczeństwa. Prowadzi różne walki polityczne, a Polacy są coraz mniej zainteresowani polityką, konstatując, że polega ona jedynie na gabinetowych grach. Kościoły w Polsce nie mają pomysłu, jak „dotknąć” wartościowych, młodych ludzi. Doszedłem do wniosku, że w naszych postkomunistycznych, w większości katolickich,  społeczeństwach musimy zbudować ruch, który nie jest bezpośrednio związany ani z partiami, ani z kościołem, ale ma oparcie w tradycyjnych wartościach. Co Pastor myśli o współpracy młodzieży z Polski i Węgier w ramach takiego ruchu? Co możemy zrobić razem w tym wymiarze?
To są bardzo dobre idee! Musimy poszukać ludzi, którzy będą zainteresowani współpracą. To musi być właśnie przedsięwzięcie o wiele szersze niż organizacja partyjna czy kościelna.

Tłumaczenie Eunika Chojecka

OŚRODEK KOŚCIOŁA REFORMOWANEGO W BUDAPESZCIE OFERUJE TANIE NOCLEGI(7 €) TAKŻE DLA GOŚCI Z POLSKI - WWW.ERDELYIGYULEKEZET-BUDAPEST.HU, ZAKŁADKA W JĘZYKU POLSKIM


Jonny Daniels on #IPPTV: We have to stand up against these pro-Russian trolls.

Eunika Chojecka: Thank you for being with us. And we’re having a special guest. The founder and the president of From the Depths Foundation,...

Budapeszt ’56

800px-1956flagJako młody chłopak brał Pan udział w powstaniu węgierskim 1956 roku. Jak to się stało, że zdecydował się Pan wziąć udział w rewolucji?

To długa historia. Dorastałem w czasie wojny. Gdy dobiegała końca, miałem zaledwie osiem, dziewięć lat. Przeżyłem bombardowanie Budapesztu w 1944 roku. Ludzie, którzy wracali z frontu, opowiadali różne historie, których nam, małym dzieciom, nie wolno było słuchać. Lecz myśmy podsłuchiwali… I staraliśmy się je zrozumieć. Wojna wdarła się w nasze codzienne życie. Od czasu, kiedy niezależne Królestwo Węgier przestało istnieć, byliśmy okupowani przez obce wojska – najpierw, od 19 marca 1944 roku, przez Niemców, a potem przez Sowietów.

Mając stale poczucie zagrożenia, czy to ze strony okupujących Węgry wojsk czy też bomb, żyliśmy ciągle w poczuciu niepewności – nie wiedzieliśmy, co może wydarzyć się za chwilę, następnego dnia lub za miesiąc.

Choć z drugiej strony działania wojenne wzbudzały w nas ciekawość. Przed wojną bawiliśmy się w żołnierzy lub kowbojów i Indian strzelających do siebie nawzajem. Teraz to wszystko mieliśmy w realu. Ponieważ widzieliśmy wojskowych na co dzień, odbieraliśmy rzeczywistość jako grę na jawie. Wszystko wokół trzęsło się i falowało od eksplozji bomb. Tak upływały nam lata. Wojna dobiegła końca pod znakiem sowieckiej okupacji, którą wtedy nazywano „wyzwoleniem”.

Zabawne, że w języku węgierskim jest taka gra słów: „wyzwolenie” to felszabadulás,lecz jeśli umieścić akcent na przedostatniej sylabie, to oznacza to „zrujnowanie wolności”. Węgrzy natychmiast przerobili owo „wyzwolenie” w „zrujnowanie wolności”. Co prawda, pierwsi żołnierze sowieccy nie sprawiali wielkich kłopotów cywilom, ponieważ byli zajęci walką z Niemcami, ale następni od razu zaczęli gwałcić kobiety i rabować wszystko, co mogli.

Dzień 5 marca 1953 roku był momentem przełomowym dla aparatu opresji (umarł J. Stalin – przyp. red.). Choć terror nadal miał miejsce, jego niszcząca siła zmalała. Latem 1953 roku komunistyczny premier Węgier Mátyás Rákosi został odwołany przez Sowietów, a na jego miejsce mianowany Imre Nagy, który rozwiązał obozy koncentracyjne i powstrzymał deportacje. Tajna policja istniała nadal, jednakże zaniechała swoich okrutnych metod. Wciąż wzbudzała strach, lecz na pewno nie taki, jak wcześniej.

Upłynęło kilka lat. W lutym 1956 roku, na tajnym posiedzeniu XX zjazdu sowieckiej partii komunistycznej, Chruszczow wygłosił przemówienie, w którym piętnował okrucieństwa Stalina. To nic, że sam wcześniej służył temu bandycie… Wolna Europa, Głos Ameryki i BBC zdobyły przemówienie Chruszczowa i przetłumaczyły je. Stalin został zdemaskowany i nikt nie mógł uwierzyć własnym uszom.

Na wiosnę 1956 roku radio Wolna Europa i Głos Ameryki zaczęły używać wielkich balonów do rozpowszechniania ulotek. Były drukowane na bardzo cienkim papierze (podobnym do tego z Biblii), a następnie skręcane w rurki i przyczepiane do balonów. Gdy z zachodu wiał wiatr, balony wypełniały niebo nad Węgrami. Ulotki spadały na ziemię i każdy mógł je przeczytać. Zawierały wiadomości ze świata, m.in. znalazła się tam owa wypowiedź Chruszczowa. (Zabawną rzeczą było zarządzenie milicji w sprawie zgłaszania faktu znalezienia ulotki. Oczywiście nikt tego nie robił. Dlaczego? Ponieważ jeśli miałeś ją w ręku, stanowiła dowód na to, że mogłeś ją przeczytać, a więc zostałbyś skazany na pobyt w więzieniu.)

Teraz przejdźmy do wydarzeń czerwcowych. 28 czerwca pracownicy zakładu im. Stalina wzniecili strajk w Poznaniu. (W 2006 roku byłem członkiem węgierskiej delegacji, która uczestniczyła w poznańskich obchodach 50. rocznicy Czerwca ’56.)

Czy wiedział Pan podczas rewolucji ’56, że Polacy również Was wspierają?

Zacznę od początku. Kiedy dowiedzieliśmy się o poznańskim czerwcu, Węgrzy wyrażali na ulicach swoje poparcie dla Polaków. Nawet w komunistycznych gazetach pojawiały się wzmianki o tym, co się stało z ludźmi, którzy trafili do więzień podczas powstania. Byliśmy również świadomi, że nastąpił rozłam w polskiej partii komunistycznej, który zaowocował wyborem Gomułki na nowego I sekretarza partii. I właśnie chęć poparcia poznańskiego czerwca przez studentów politechniki w Budapeszcie była powodem demonstracji 23 października 1956 roku, która przerodziła się w węgierską rewolucję.

I przyznam, że pomoc, z którą przyszli nam Polacy w październiku ’56, o którą Pani pyta, była fantastyczna. Z Polski otrzymywaliśmy ubrania, leki, bandaże, a przede wszystkim transporty krwi dla rannych Węgrów, której Polacy dali najwięcej!

Czy widzi Pan jakieś różnice między Pańskim pokoleniem a dzisiejszą młodzieżą? Czym różniliście się wy, powstańcy ’56, od współczesnych młodych ludzi?

Doszedłem do wniosku, że moje pokolenie – młodych ludzi ze Wschodu, którzy przeżyli terror i okupację, zareagowało na dwa sposoby. Jedni postanowili przeżyć życie dla siebie, dla swojej rodziny, nie będąc gotowym na wyrzeczenia. Starali się żyć w zgodzie z władzą. Nie buntowali się. Ale byli również inni, których sumienie było wciąż poruszane do buntu poprzez sam fakt istnienia systemu opresyjnego. Aby zachować wewnętrzną, duchową równowagę, musieli być przeciw. Jednak każdy może buntować się na swój sposób – jedni zostają pijakami, inni popełniają samobójstwo, natomiast jest bardzo mała liczba ludzi, którzy chcą zrobić coś wartościowego. W taki sposób powstała polska „Solidarność”. Znaleźli się ludzie, którzy powiedzieli: „Dosyć. Nie będę dłużej tego robił”.

Lecz młodzież z Zachodu nie musiała stawiać czoła tego typu doświadczeniom, ponieważ żyła w pokojowym społeczeństwie. Jedli, pili, tańczyli, chodzili ze sobą itd. Poza czysto teoretycznym zagrożeniem wojny nuklearnej nie mieli ani dnia spędzonego w opresji.

Dokładnie taka sama sytuacja ma miejsce teraz – po ‘89 roku – w Polsce, na Węgrzech, na Słowacji, w Czechach itd. Młodzi ludzie chcą spokojnego życia. (Nikt nie wie, czym jest normalne życie, ale każdy stara się je osiągnąć…) Starają się przestrzegać codziennych reguł gry i nie chcą się buntować, ponieważ wystarczają im rodzina, praca, własne życie. I będą starali się je upiększyć, na ile będą mogli.

Ale jest też inny ruch, który mówi: „Nie. To nie wystarcza. Chcę zrobić coś większego”. Zwracają się w stronę duchowości i intelektualizmu. Interesują się swoją historią, również historią sąsiadów i wyrabiają w sobie zrozumienie, które – ogólnie rzecz ujmując – czyni ich duchowo bogatszymi. Im więcej o sobie wiemy, tym nasze życie staje się bardziej interesujące i bogatsze. Tak myślę.

Właśnie odpowiedział Pan częściowo na moje ostatnie pytanie. Chciałam się dowiedzieć, jak powstaniec węgierski z ’56 zachęciłby młodych ludzi, by bardziej zajęli się sprawami swojej ojczyzny. Pomimo tego, że może ona aktualnie jest słabym państwem, które nie odpowiada ich oczekiwaniom.

Większość społeczeństwa nie jest zainteresowana wyższymi ideałami. Ludzie są zadowoleni, jeśli mają komfortowe życie. Posiadając względną wolność i mając dostęp do technologii, mamy praktycznie nieograniczone możliwości spędzania czasu. Nie mają pociągu do szukania wyższych ideałów i poznawania historii, bo nie chcą komplikować sobie życia, zawracać sobie głowy, niepotrzebnie się martwić. Więc tych ludzi, którzy „przeżywają” za swój naród, za swój kraj, jest tylko garstka. Mam nadzieję, że dlatego też spotkaliśmy się na tym obozie (Obóz i warsztaty historyczne dla młodzieży Remember Europe 2013 na Węgrzech, zorganizowane przez Fundację Kids of Budapest 1956 – przyp. red.), że młodzi ludzie dowiedzą się chociaż trochę o historii swojego kraju i zobaczą, jak są podobni do swoich sąsiadów. I przekażą swoim rodakom to przesłanie, które ich wzmocni. Mam nadzieję, że zostaną dobrymi nauczycielami, prawnikami, dziennikarzami, lekarzami itd. Wszyscy ludzie, którzy chcą stawać się lepszymi istotami, są przyszłością swojego kraju. To jest jedyny satysfakcjonujący cel dla ludzkiego istnienia.

Tłumaczyła Tatiana Wojewoda


POTRZEBUJEMY SPORU A NIE DOGMATU

PIOTR ZYCHOWICZ w rozmowie z Pawłem Chojeckim

To, czego potrzebujemy, to sporów,
Nowych interpretacji, a nie tylko Dogmatów,
które każe się nam powtarzać jak nakręconym robotom.


Paweł Chojecki: Zacznę od początku – jaką rolę w Pańskich poszukiwaniach historycznych i karierze odegrał prof. Paweł Wieczorkiewicz?

Piotr Zychowicz:
Bardzo dużą, choć – co się może wydać zaskakujące – to nie pod jego wpływem ukształtowały się moje „poglądy historyczne“. Wszystko zaczęło się od „Sprawy pułkownika Miasojedowa“ Józefa Mackiewicza, którą znalazłem w bibliotece ojca, gdy byłem nastolatkiem. Ta powieść mnie zafascynowała. Szybko połknąłem całego Mackiewicza. Siłą rzeczy zainteresowałem się też jego bratem Stanisławem. A potem już poszło: Adolf Bocheński, „Bunt Młodych“ i przede wszystkim Władysław Studnicki. To ci konserwatywni publicyści są mistrzami mojego myślenia. Z profesorem Wieczorkiewiczem spotkałem się już na studiach. I ze zdumieniem stwierdziłem, że mówi on i pisze dokładnie to samo, co bracia Mackiewiczowie. Był recenzentem mojego magisterium o Studnickim, przegadałem z nim wiele godzin, uzupełnił moją wiedzę, zainspirował do nowych poszukiwań, wywarł na mnie olbrzymi wpływ. To on przekonał mnie, że nie wolno iść na żadne kompromisy, że nie wolno płynąć z prądem.

W Pańskim wywiadzie z 2007 roku  Profesor tak scharakteryzował debatę historyczną w Polsce: „Polscy historycy to grupa skostniała intelektualnie. Oskarżam polskich historyków o brak wyobraźni i elastyczności, o niemożność oderwania się od schematów. A w pokoleniu 60-latków są to schematy wypracowane w PRL. Wszyscy jesteśmy ich więźniami. Powtarzamy w kółko stereotypowe, błędne sądy i przekazujemy je naszym wychowankom”. Czy ten proces został przerwany? Czy reakcje na Pana książki napawają optymizmem?

Ze względu na mój skromny dorobek i młody wiek nie wypada mi oceniać środowiska polskich historyków. Profesor Wieczorkiewicz ze względu na swoją pozycję miał do tego prawo. Jeżeli chodzi o moje książki, to nie uważam, żeby mogły one mieć jakiś większy wpływ na polską historiografię. Pisząc je, chciałem wywołać dyskusję. I to się udało. Jaki ta dyskusja przyniesie efekt — zobaczymy. Grunt, że spore grono czytelników mogło zapoznać się z nieco bardziej realistycznym spojrzeniem na pewne polskie decyzje, które obecnie wynosi się pod niebiosa. Choćby na akcję „Burza“, którą uważam za coś wręcz horrendalnego. Jak można było kazać żołnierzom AK ujawnić się wobec bolszewików? Na tych ludzi własne dowództwo — kierując się absurdalnymi mrzonkami — wydało wyrok śmierci. Nie jest to powód do dumy.

Profesor Wieczorkiewicz zgłosił wtedy fundamentalny projekt: „Mój postulat jest następujący: wymażmy całkowicie całą pisaną historię Polski po 1939 roku i napiszmy ją od nowa”. Czy czuje się Pan depozytariuszem tego przesłania?


(śmiech) No, chyba jednak z polską historiografią nie jest aż tak źle. Rzeczywiście na śmietnik należałoby wyrzucić większość rzeczy napisanych w PRL-u. Ale po roku 1989 powstało wiele wartościowych i dobrych książek. To, czego potrzebujemy, to sporów, nowych interpretacji, a nie tylko dogmatów, które każe się nam powtarzać jak nakręconym robotom. „Zawsze mieliśmy rację, nigdy nie popełniliśmy żadnych błędów, wszyscy nasi przywódcy byli nieomylni, wszystkie ich decyzje były jedynie słuszne, całe zło, które nas spotkało, jest winą obcych. Kto twierdzi inaczej, ten zaprzaniec i agent.“ Podobne podejście jest po prostu infantylne.

Przejdźmy do ostatniej Pana książki „Obłęd ’44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie”. Porównuje w niej Pan Polaków do dzieci, które karmi się pięknymi, lecz fałszywymi baśniami. Może jednak te mity stanowią rdzeń naszej kultury, a bez nich rozpadlibyśmy się jako wspólnota narodowa?

To nie tak. Do wszystkiego należy podchodzić zdroworozsądkowo. Weźmy mit powstania warszawskiego. Przecież ja też jestem wyznawcą tego kultu. Ja też ze wzruszeniem myślę o młodych dziewczętach i chłopcach, którzy poszli z gołymi rękami na niemieckie czołgi. Ja też uważam ich za wielkich bohaterów i oddaję im hołd. Uważam, że legenda tego bohaterstwa jest Polsce niezwykle potrzebna. Powstańcy powinni być wzorem dla przyszłych pokoleń. Ocena samej decyzji o wywołaniu powstania jest jednak czymś zupełnie innym. To dwie różne sprawy. Szacunek dla bohaterów tej tragicznej bitwy nie wyklucza wcale krytycznego podejścia do ludzi, którzy sprowadzili na Warszawę nieszczęście.

Sam tytuł książki – Obłęd – nawiązuje do pojęcia wymykającego się kategoriom materialnym. W książce idzie Pan dalej, pisząc o „mistycznych skłonnościach samobójczych”, które mogą drzemać w naszym narodzie. Czy świadomie kieruje Pan naszą uwagę do świata pozamaterialnego w szukaniu przyczyn naszych nieszczęść narodowych?

Co do tytułu, to wynika on z mojej bezradności. Ja po prostu nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć decyzji podjętych przez Komendę Główną AK w roku 1944. Jak można było polskim żołnierzom kazać pomagać bolszewikom w zdobywaniu własnej ojczyzny (akcja „Burza“)? Jak można było wysłać nieostrzelanych nastolatków uzbrojonych w butelki z benzyną na uzbrojonych po zęby Niemców? Jak można było sprowokować bitwę na ulicach milionowego miasta pełnego cywilów? Jak można było do końca wojny wierzyć w możliwość osiągnięcia kompromisu ze Stalinem? Jak wreszcie można było do końca wojny ślepo wierzyć w perfidny Albion? Wszystko to było czystym szaleństwem. Jeżeli chodzi o przyczyny tych straszliwych błędów i iluzji, to niewątpliwie podczas ostatniej wojny wystąpiła wśród Polaków atrofia poczucia racji stanu. Podczas tej wojny nie myśleliśmy politycznie. Oczywiście byli wśród Polaków ludzie rozsądni, jak choćby główny pozytywny bohater książki gen. Kazimierz Sosnkowski, ale niestety odsunięto ich na boczny tor.

Przy tej okazji nie sposób nie dotknąć problemu religijności Polaków. Pozwolił Pan sobie na ironię w tym obszarze: „W roku 1944, w akompaniamencie chórów anielskich, patriotycznych pieśni i obleśnego rechotu Stalina, popełniliśmy zbiorowe samobójstwo”. Jaki jest według Pana związek religijności Polaków z kluczowymi decyzjami politycznymi?

Wchodzimy na bardzo delikatny grunt. Powiem więc bardzo oględnie. Podczas II wojny światowej wielu Polaków chyba naprawdę uwierzyło, że Polska jest mesjaszem narodów. Że Polacy muszą dokonać spektakularnego całopalenia, aby zbawić swoją ojczyznę. Człowiek, który przeforsował koncepcję powstania, gen. Leopold Okulicki, mówił przed wybuchem walk: „mury sięmuszą walić, krew się musi lać, tylko w ten sposób możemy wstrząsnąć sumieniem świata“. To były słowa mistyka, a nie polityka czy tym bardziej żołnierza. Świat bowiem nie miał i nie ma sumienia. W wielkiej polityce liczy się tylko siła i walka o własne interesy narodowe.

Na koniec wróćmy do obecnej sceny politycznej. Profesor Wieczorkiewicz przedstawił Panu złowróżbną ocenę: „Dzisiejsze partie polityczne mogą być nie tylko zinfiltrowane, ale nawet stworzone przez sowiecki, a później rosyjski wywiad. I nie muszą to być partie lewicowe”. Czy udało się Panu odszyfrować, co Profesor miał na myśli?

Pozwoli Pan, że uchylę się od odpowiedzi na to pytanie. Interesuje mnie historia, nie chcę się wypowiadać na temat polskiej polityki, która przyprawia mnie o mdłości. Mogę tylko powiedzieć, że profesor miał rację. Często bowiem bywa tak, że pewne sprawy w rzeczywistości są czymś zupełnie innym, niż się wydają. I ten, kto ma usta pełne patriotycznych frazesów i najgłośniej krzyczy o honorze i ojczyźnie, wcale nie musi działać na rzecz interesu Rzeczypospolitej.

Zbliża się jesień, którą różne opcje polityczne chcą uczynić czasem przesilenia. O czasach powstania powiedział Pan: „W 1944 r. mieliśmy trzy możliwości: walczyć z Niemcami, walczyć z Sowietami albo nie robić nic. Należało wybrać tę ostatnią”. Co by Pan radził patriotom, szczególnie młodym, na jesień 2013?


Całe szczęście dzisiaj nie stoimy przed tak dramatycznymi wyborami jak w roku 1944. Cóż więc można radzić Polakom? Chyba to, żeby robili wszystko, żebyśmy przed takimi wyborami nie musieli stanąć już nigdy. A więc budować siłę państwa. Państwo jest bowiem najważniejsze.


GENESIS 3D: Kinowy film o stworzeniu! Ralph Strean, reżyser/Film about creation! Director for IPP...

Wywiad z Ralphem Streanem, reżyserem i producentem filmu GENESIS 3D, pełnometrażowego obrazu przedstawiającego biblijną relację ze stworzenia. Strean to chrześcijański filmowiec, który pracował m.in. w Disney i EA Games. Dzisiaj współpracuje z Creation Today Erika Hovinda, założył chrześcijańskie studio filmowe Sevenfold Films. Wesprzyj telewizję Idź Pod Prąd: http://idzpodprad.pl/wsparcie


{youtube}zPcs1XAvn_0{/youtube}

 

Wywiad z Ralphem Streanem, reżyserem i producentem filmu GENESIS 3D, pełnometrażowego obrazu przedstawiającego biblijną relację ze stworzenia. Strean to chrześcijański filmowiec, który pracował m.in. w Disney i EA Games. Dzisiaj współpracuje z Creation Today Erika Hovinda, założył chrześcijańskie studio filmowe Sevenfold Films. Wesprzyj telewizję Idź Pod Prąd: http://idzpodprad.pl/wsparcie
Polub nas na Facebooku: http://facebook.com/idzpodprad
www.facebook.com/knplublin

Wejdź na:
genesismovie.com
creationtoday.org

 

Interview with Ralph Strean, director and producer of GENESIS 3D Movie, full length film presenting the biblical account of creation. Strean is a Christian filmmaker who worked e.g. for Disney and EA Games. Today he works with Eric Hovind's Creation Today and founded Sevenfold Films, a Christian film studio .

Support Go Against the Tide TV: http://idzpodprad.pl/wsparcie
Like us on Facebook: http://facebook.com/idzpodprad
www.facebook.com/knplublin

Visit:
genesismovie.com
creationtoday.org

PO CO DZIŚ BUDOWAĆ ARKĘ?

Z Kenem Hamem, twórcą Muzeum Kreacjonizmu w Kentucky i budowniczym arki, rozmawia Paweł Chojecki.

 

Paweł Chojecki:  Jaki był Pana główny cel przy tworzeniu Muzeum Kreacjonizmu?

 

Ken Ham:  W Australii byłem nauczycielem przyrody w szkole państwowej. Odkryłem, że wszyscy moi uczniowie uważali, że nie można ufać Biblii właśnie ze względna to, czego są uczeni o ewolucji. Myśleli, że ewolucja jest faktem.

Ponieważ istnieją tylko ewolucjonistyczne muzea, zdecydowaliśmy się ponieść ciężar budowy muzeum kreacjonistycznego, byśmy mogli powiedzieć młodym ludziom prawdę. Ale to nie wszystko. Kiedy zacząłem przemawiać w kościołach, dowiedziałem się, że większość chrześcijan uważa, iż można wierzyć w ewolucję i w miliardy lat wieku Ziemi. Nie rozumieli, jak ważna jest wiara w dosłowność Księgi Rodzaju, że na niej opierają się wszystkie nasze doktryny i treść Ewangelii. Nie rozumieli, że jeśli przyjąć, iż śmierć, choroby oraz zabijanie, które widać w zapisie kopalnym, działy się miliony lat przed człowiekiem, to jest to atak na
 charakter Boga. Mamy wtedy rozlew krwi przed upadkiem, a Biblia mówi, że bez przelania krwi nie ma odpuszczenia grzechów. Uznaliśmy więc, że powinno powstać takie muzeum, które przemawiałoby zarówno do chrześcijan, jak i ludzi niewierzących. (...) Celem tego projektu jest więc z jednej strony wyposażyć wierzących w odpowiedzi, z drugiej zaś strony postawić niewierzących wobec kwestii prawdziwości Słowa Bożego. Biblijna historia jest prawdziwa, więc prawdziwa jest także Ewangelia oparta na tej historii.

Czy zechciałby Pan skomentować twierdzenie, że współczesne nauki przyrodnicze ze swoim naturalistycznym założeniem wstępnym są rodzajem religii?

Jedną z rzeczy, którą pomagamy ludziom zrozumieć, jest to, że słowa „nauka” używa się w taki sposób, aby urabiać ludzi. Ma tu miejsce zjawisko zwane „przynętą z zamianą”. Na przykład w amerykańskich i australijskich podręcznikach, kiedy mówi się o nauce, choćby w kontekście technologii wizualnych czy samolotów, używa się słowa „nauka”. Potem jednak to samo słowo „nauka” jest używane, kiedy mowa o ewolucji od cząsteczki do człowieka. W ten sposób próbuje się wmówić młodemu pokoleniu, że jeśli nie wierzy w ewolucję od cząsteczki do człowieka, to odrzuca również wsp


Słyszymy często głosy niewierzących, że kreacjonizm jest antynaukowy, ale my nie tylko nie jesteśmy przeciw nauce, my ją bardzo lubimy. Mamy kilku doktorów nauk przyrodniczych w naszej organizacji. Sam byłem nauczycielem przyrody i jednocześnie kreacjonistą. Kocham nauki przyrodnicze. Ludzie ci patrzą jednak na to, że odrzucamy ich naturalistyczny pogląd na pochodzenie gatunków i dlatego twierdzą, że jesteśmy antynaukowi. My na to: „Nie, my tylko nie zgadzamy się z waszymi twierdzeniami w dziedzinie nauki historycznej”. A nauka obserwacyjna? Każdy może jej użyć do rozwijania technologii. Ważne jest więc nauczanie we właściwy sposób.
ółczesną technologię. A to po prostu nieprawda. Musimy wyjaśniać ludziom, że są dwa rodzaje nauki
. Pierwszy to nauka obserwacyjna. Opiera się na tym, co odbieramy naszymi pięcioma zmysłami i umożliwia postęp technologiczny. Drugi rodzaj to nauka historyczna, czyli wiedza i przekonania na temat przeszłości. Pochodzenie gatunków to zupełnie inny rodzaj wiedzy niż wiedza związana z technologią budownictwa. Musimy więc wyjaśniać tę różnicę.  Kiedy w podręcznikach szkolnych definiuje się naukę i twierdzi, że wszystko można wyjaśnić procesami naturalnymi, kto o tym decyduje? Ci sami ludzie, którzy 

 

twierdzą, że powstanie życia to efekt procesów naturalnych. Rzeczywiście, to jest religia. W tym sensie ewolucja od cząsteczki do człowieka to religia.

Jesteście w trakcie budowy pełnowymiarowej drewnianej arki Noego. Jakich owoców spodziewa się Pan po tym przedsięwzięciu?

Słyszę dziś pytania, jak to było możliwe, że Noe pomieścił tyle zwierząt w arce. Ludzie mówią, że to nie mogło się wydarzyć i że nie ma dowodów na potop. Przecież, mówią, jeśli potop był rzeczywiście, to powinno znajdować się miliardy martwych zwierząt po całym świecie. I tak właśnie jest: zapis kopalny to cmentarzysko potopu. Budujemy arkę Noego w oryginalnym rozmiarze i będzie to największa drewniana konstrukcja na świecie: 153 metry długości, 25 metrów szerokości, wysoka na 15 metrów. Przeprowadziliśmy badania, z których wynika, że arkę odwiedzi ponad dwa miliony ludzi rocznie, zarówno chrześcijan, jak i niewierzących. Kiedy ci ludzie będą przechodzić przez 132 pomieszczenia wystawowe w arce, będą konfrontowani z prawdami Słowa Bożego, że opisane w nim wydarzenia, takie jak potop, rzeczywiście miały miejsce. Jezus używa Noego jako znaku dla ludzi: „Albowiem jak było za dni Noego, takie będzie przyjście Syna Człowieczego”. Arka będzie więc znakiem dla świata, atrakcją na skalę światową - pokazującą prawdę Słowa Bożego i stawiającą ludzi wobec ewangelii, obrazującą, że aby być uratowanym, trzeba przejść przez drzwi. A ponieważ arka Noego i potop są znane na całym świecie, o potopie są wszędzie legendy, miejsce to przyciągnie ludzi z każdego zakątka świata. Lud

 

zi fascynuje ten temat, a my użyjemy go, aby pokazać, że Bóg zamierza osądzić świat ponownie, tym razem przez ogień, ale jest arka zbawienia, Jezus Chrystus, i do tej arki ludzie muszą przyjść. Budujemy arkę,ponieważ wielu ludzi uważa dzisiaj, że Boże Słowo jest nieprawdziwe i nigdy nie było potopu. Uważam, że oprócz krzyża, arka jest największym symbolem idei zbawienia. Bóg osądził zło człowieka w czasach Noego, który zbudował arkę – to obraz tego, co zrobił Jezus. W arce były jedne drzwi, i jak każdy z rodziny Noego musiał przez nie wejść, aby się uratować, tak i my. Jezus powiedział o sobie, że jest drzwiami.

Będziemy modlić się o te owoce. Dziękuję za poświęcony czas.

Zachęcamy do obejrzenia

 

 całości wywiadu na youtube.com/idzpodprad

Wesprzyj ten projekt - szczegóły na  arkencounter.com

 

 

 

 

 

 

 

idź pod prąd nr 132/134, lipiec/sierpień/wrzesień 2015

 


Chrześcijanin a broń: P. Chojecki w Radiu Centrum, #jestemchrzescijaninem

Czy chrześcijanin to znaczy pacyfista? Pastor Paweł Chojecki z Kościoła Nowego Przymierza w Lublinie (knp.lublin.pl) został zaproszony do studia Radia Centrum, aby opowiedzieć o akcji KNP na Facebooku: #jestemchrzescijaninem: facebook.com/IamAChristianPL


{youtube}mDgr3Ff7tg4{/youtube}

 

Czy chrześcijanin to znaczy pacyfista? Pastor Paweł Chojecki z Kościoła Nowego Przymierza w Lublinie (knp.lublin.pl) został zaproszony do studia Radia Centrum, aby opowiedzieć o akcji KNP na Facebooku: #jestemchrzescijaninem: facebook.com/IamAChristianPL

W hołdzie ofiarom Roseburga oraz wszystkim, którzy zostali zabici za wierność Jezusowi.
Akcja zapoczątkowana w USA przez kandydata na prezydenta Dr. Bena Carsona.
Włącz się do akcji #jestemchrzescijaninem. Prześlij swoje zdjęcie!

Honoring the victims from Roseburg and everyone who was killed for being faithful to Jesus. #IamAChristian
A campaign launched in the USA by Republican presidential candidate Dr Ben Carson.
Join us: facebook.com/IamAChristianPL Send a photo!

Z wizytą u Agaty i Mariana Kowalskich

Reportaż Telewizji Idź Pod Prąd. W wizytą w domu kandydata na Prezydenta RP: Agata i Marian Kowalscy.

Telewizja Idź Pod Prąd 2015


 {youtube}D6VPpvtZaS4{/youtube}

 

Reportaż Telewizji Idź Pod Prąd. W wizytą w domu kandydata na Prezydenta RP: Agata i Marian Kowalscy.

Telewizja Idź Pod Prąd 2015

NAJNOWSZE ARTYKUŁY