Strona główna Tagi Nauka

Tag: nauka

#NiePochodzęOdMałpy – genetyka a teza o ewolucji człowieka

Małgorzata GazdaTytułowym hasztagiem nawiązuję do akcji, która pojawiła się i rozniosła w „polskim Internecie” na fali medialnego zainteresowania żartami Mariana Kowalskiego z teorii ewolucji....

Naukowiec z USA: Miliony lat to bzdura!

Nie ma naukowych dowodów na tzw. miliony lat. Ewolucjonizm to mit! Nie da się pogodzić Biblii z teorią ewolucji - mówił prof. Terry Mortenson...

Lista wykładów prof. Terry’ego Mortensona z konferencji kreacjonistycznej w Lublinie

W dniach 9-11 marca 2018 w Patriotycznym Centrum Kultury „Idź Pod Prąd” w Lublinie odbyła się konferencja kreacjonistyczna "Odkrywanie prawdy o pochodzeniu" z udziałem prof....

Kiedy nauka jest wrogiem wiary?

Żyjemy w epoce, w której naczelnym autorytetem poznawczym dla większości ludzi nie jest religia, ale nauka. Przekonywani jesteśmy do tego na każdym kroku – w szkole i na uniwersytecie, w prasie, radiu i telewizji, a nawet przez wielu duchownych, którzy wyobrażają sobie, że ratują religię, dopasowując ją do stale zmieniających się orzeczeń nauki.


Ale co to jest nauka? Dla większości ludzi, nawet tych wykształconych, przypomina ona powietrze. Wszyscy wiemy, że powietrze istnieje, ale do niedawna nie znano nawet jego składu. Nawet absolwenci wydziałów przyrodniczych oraz politechnik, którzy praktycznie znają tę czy inną dziedzinę nauki, wierzą w mnóstwo mitów i przesądów na temat jej natury. Linus Pauling, który dwukrotnie zdobył Nagrodę Nobla (raz z chemii, a drugi raz nagrodę pokojową), tak zdefiniował naukę: „Nauka to poszukiwanie prawdy, to wysiłek zrozumienia świata”. Pauling, jak zresztą większość przyrodników, wyobrażał sobie uprawianie nauki jako bezstronne, obiektywne poszukiwanie prawdy metodami empirycznymi.

 

Jeżeli Bóg stworzył świat, to czy bezstronne, obiektywne badania tego stworzonego świata może podważyć wiarę w Boga? Czy nauka i religia mogą być skonfliktowane?

 

Ciekawie na temat związków religii i nauki wypowiadał się Albert Einstein:

Chociaż domeny religii i nauki same w sobie są wyraźnie od siebie oddzielone, istnieje mimo to między nimi mocny dwustronny związek i zależność. Chociaż religia może wyznaczać pewne cele, to uczy się od nauki, jakie środki przyczynią się do ich osiągania.
Naukę mogą tworzyć tylko ci, którzy przesiąkli dążeniem do prawdy i chęcią zrozumienia świata. Ale dążenia te wypływają z religii. Należy do tego także wiara w racjonalność reguł obowiązujących w istniejącym świecie, w racjonalność, czyli w możliwość ich uchwycenia przez rozum. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie uczonego z prawdziwego zdarzenia bez takiej głębokiej wiary. Ten stan rzeczy można przedstawić następująco: nauka bez religii jest kulawa, religia bez nauki jest ślepa. [1]


Einstein uważał więc, że nauka od religii przejęła cel - dążenie do prawdy i chęć zrozumienia świata - a także przekonanie, że świat jest racjonalny i poznawalny rozumowo. Einstein rozumiał  przez to, że świat jest matematyczny. Ale to nauka wypowiada ostateczne słowa na temat świata, religia może się tego uczyć od nauki. Religia w tym ujęciu, choć ważna dla nauki, jest jej podporządkowana treściowo. Stąd się biorą przekonania następców Einsteina, że „ilekroć zaistnieje konflikt pomiędzy dosłowną interpretacją jakiegoś tekstu biblijnego a prawdą dotyczącą przyrody, udowodnioną przy pomocy wiarygodnych argumentów, chrześcijanin powinien poddać tekst biblijny reinterpretacji metaforycznej”. [2] Wybitny polski filozof i teolog, ks. prof. Michał Heller, tak ujmuje całą relację nauki i wiary, głosząc potrzebę modyfikowania teologii stosownie do osiągnięć nauki. [3] 

 

Dlaczego więc tak często słyszymy o konflikcie nauki i religii? Czy konflikt ten jest wymyślony, czy realny? Jeśli religia jest podporządkowana nauce, to konflikt taki może być tylko tymczasowy, do chwili gdy zmodyfikuje się teologię zgodnie z orzeczeniami nauki. [4]

 

Pogląd, że nauka i religia są niezgodne, rozpowszechnił się dopiero w XIX wieku. [5]  Wcześniej zakładano, że jeśli uczeni i teologowie różnią się w jakiejś sprawie, to wskutek błędu popełnionego przez jedną ze stron i starano się ten błąd usunąć. Popularna była koncepcja dwu ksiąg – Biblii i Przyrody – które miały tego samego Autora. A jeśli tak, to z natury rzeczy nauka i religia nie mogły się trwale różnić. XIX wiek zmienił to widzenie.

 

W Polsce istnieją cztery ośrodki zajmujące się badaniem relacji nauka-religia. Trzy z nich związane są z uczelniami katolickimi (UKSW w Warszawie, KUL-em w Lublinie i Uniwersytetem Papieskim oraz Centrum Kopernika w Krakowie). Dominują w nich koncepcje dwu ksiąg lub podporządkowania religii i teologii nauce. Czwarty ośrodek, zorganizowany przez prof. Kazimierza Jodkowskiego, istnieje na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pracujący tam filozofowie nauki wypowiadają opinię, że konflikt nauka-religia jest rzeczywisty i nieusuwalny, choć czasami jakiś fragment tego konfliktu może zanikać, by po jakimś czasie pojawić się ponownie. Zdaniem Jodkowskiego bowiem w XIX wieku, głównie za sprawą Karola Darwina, nastąpiła zmiana wrozumieniu nauki. Wcześniej naukę rozumiano tak, jak scharakteryzował ją Linus Pauling – jako bezstronne, obiektywne i uczciwe poszukiwanie prawdy. Takie rozumienie nauki nie wykluczało tego, że niektóre zdarzenia lub struktury znajdowane w świecie były skutkiem działania Istoty Nadprzyrodzonej, lub mówiąc językiem teologicznym, że niektóre zdarzenia były cudami. I rzeczywiście, uczeni niekiedy postulowali w swoich wyjaśnieniach aktywność Boga. Newton na przykład uważał, że Bóg czuwa nad tym, by gwiazdy pod wpływem sił grawitacji nie zlały się w jedno gorejące ciało i od czasu do czasu odpowiednio w świecie interweniuje. Biologowie, widząc złożoność i różnorodność świata ożywionego, jego powstanie przypisywali Stwórcy. Darwin takie rozumienie nauki przekreślił: „przypuszczenie, że każdy gatunek powstał tylko na jednym, pierwotnym obszarze, urzeka swą prostotą. Kto odrzuca to przypuszczenie, odrzuca także vera causa zwykłego powstania i następnego rozpowszechnienia gatunków, a odwołuje się do cudu”. [6]  Łaciński zwrot vera causa, użyty przez Darwina, znaczy „prawdziwa przyczyna”. Darwin więc uważał, że rzekome akty stwórcze Boga nie były prawdziwymi przyczynami. Zamiast stworzenia miało miejsce jego zdaniem „zwykłe powstanie i rozpowszechnianie gatunków”.

 

Darwin skutecznie narzucił to swoje rozumienie biologii innym biologom. Z czasem rozszerzyło się ono także na inne działy nauki. Dziś olbrzymia większość uczonych przyjmuje perspektywę Darwinowską. Zakaz odwoływania się w nauce do aktywności stwórczej Boga i ograniczanie się do przyczyn istniejących wewnątrz przyrody nosi nazwę naturalizmu (natura=przyroda). Ale naturalizm nie jest jedynym możliwym sposobem uprawiania nauki. Wystarczy wspomnieć, że przed Darwinem uczeni nie byli naturalistami. Dziś jedynie kilkuprocentowa mniejszość uczonych ma odwagę odrzucać naturalizm i uprawiać naukę, opierając się na innym założeniu. Naturaliści wyniki badań dopasowują do założenia naturalizmu. Kreacjoniści wyniki badań (bardzo często te same, bo dlaczego miałyby być inne?) dopasowują do innego założenia – nadnaturalizmu. Kreacjoniści chrześcijańscy to ogólne założenie konkretyzują: wyniki badań powinny być uzgodnione z Pismem Świętym, które posiada najwyższy autorytet.

 

Jodkowski założenie naturalizmu i nadnaturalizmu oraz każde inne założenie, bez którego nauka nie może funkcjonować, nazwał epistemicznym układem odniesienia. [7] Nie jest możliwe bezzałożeniowe uprawianie nauki. Jakieś założenie uczony musi wstępnie przyjąć. To, jakie przyjmie, zależy od jego światopoglądu oraz od wpływu środowiska, w którym pracuje.

 

Dopiero ujawnienie istnienia epistemicznych układów odniesienia pozwala zrozumieć, dlaczego ewolucjoniści (i szerzej: naturalistyczni uczeni) są tak wrogo nastawieni do religii. Dopiero wtedy staje się zrozumiała maksyma Williama Provine’a: „Ewolucjonizm jest najskuteczniejszym narzędziem do produkowania ateizmu, jakie kiedykolwiek wymyślono” [8] oraz opinia Richarda Dawkinsa: „dopiero Darwin sprawił, że ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie”. [9]

 

Mieczysław Pajewski
[email protected]
www.creationism.org.pl/Members/miepaj

Przypisy:

1 Albert Einstein, The World as I See It, Philosophical Library, New York 1949, s. 27-28.
2 Ernan McMullin, Ewolucja i stworzenie, Ośrodek Badań Interdyscyplinarnych przy Wydziale Filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej, Kraków 1990, s. 2.
3 Por. Michał Heller, Nowa fizyka i nowa teologia, Biblos, Tarnów 1992.
4 Więcej na ten temat patrz w: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, Realizm. Racjonalność. Relatywizm t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 40-45, http://tiny.pl/qjjdm. Omawianą postawę religii wobec nauki Jodkowski nazywa „kapitulancką”.
5 Głównie za sprawą dwu książek: John William Draper, History of the Conflict Between Religion and Science (1874), http://tiny.pl/qhc1f;

Andrew Dickson White, A History of the Warfare of Science with Theology in Christendom (1896), http://tiny.pl/qhc56. Książki te miały wiele wydań, a ich autorzy wielu naśladowców.
6 Karol Darwin, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, DeAgostini - Altaya, Warszawa 2001, s. 422, http://tiny.pl/qhcl5
7 Por. „Epistemiczne układy odniesienia i «warunek Jodkowskiego»”, w: Anna Latawiec, Grzegorz Bugajak (red.), Filozoficzne i naukowo-przyrodnicze elementy obrazu świata 7, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2008, s. 108-123, http://tiny.pl/hnds2; „Konflikt nauka-religia a teoria inteligentnego projektu”, w: Kazimierz Jodkowski (red.), Teoria inteligentnego projektu – nowe rozumienie naukowości?, Biblioteka Filozoficznych Aspektów Genezy t. 2, Wydawnictwo Megas, Warszawa 2007, s.160-166 [145-180], http://tiny.pl/hkdqr; „Zasadnicza nierozstrzygalność sporu ewolucjonizmkreacjonizm”, Przegląd Filozoficzny – Nowa Seria 2012, R. 21, nr 3 (83), s. 215-221 [201-222], http://tiny.pl/qh1cj; „Nienaukowy fundament nauki”, w: Zbigniew Pietrzak (red.), Granice nauki, Lectiones & Acroases Philosophicae 2013, vol. VI, nr 1, s. 93 - 107 [59-108], http://tiny.pl/qh1dl.
8 Cyt. za: Kazimierz Jodkowski, „Naturalizm ewolucjonizmu a wiara religijna. Przypadek Darwina”, Przegląd Religioznawczy 1999, nr 1 (191), s. 34 [17-34], http://tiny.pl/bpl7.
9 Richard Dawkins, Ślepy zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997, s. 28.

 

NAUKĘ CZY BIBLIĘ

Abp Życińskiemu i innym zwolennikom tistycznego ewolucjonizmu dedykuję słowa Listu do Hebrajczyków 11:3: "Przez Wiarę poznajemy, że światy zostały ukształtowane słowem Boga, tak iż to, co widzialne, nie powstało ze świata zjawisk."

Ostatnio krótko opisałem sesję "naukową" na KUL-u poświęconą zagadnieniu "Ewolucjonizm czy kreacjonizm". Pomimo miałkości całego przedsięwzięcia chciałbym rozwinąć szerzej tezę jednego z prelegentów, prof. Jodkowskiego z Uniwersytetu Zielonogórskiego: "Teizmu ewolucjonistycznego NIE MA".


Zacznijmy od definicji pojęć:
- Teizm (gr. ??o? theos - bóg) to wiara w istnienie Boga, bogów lub bogiń, ingerujących w losy świata, który jest ich dziełem; czuwających nad biegiem wydarzeń lub podtrzymujących świat w istnieniu.(wikipedia)
- Ewolucjonizm. Skorzystam z definicji Prof. Jodkowskiego: "Przez ewolucjonizm rozumiem natomiast koncepcję przyjmowaną obecnie przez niemal cały świat naukowy, mówiącą o wspólnocie pochodzenia, w której mechanizmem zmian są mutacje genetyczne i dobór naturalny. (..) Mówi się, że dobór ma charakter deterministyczny, ale mutacje mają charakter przypadkowy. Proces ewolucyjny wskutek tego ma w dużym stopniu charakter przypadkowy. (...) Pojęcia przypadku w odniesieniu do zjawisk życia używa się także w jeszcze innym sensie, w sensie braku konieczności. Przypadkowy charakter mają nie tylko mutacje, ale nawet samo powstanie życia. (Grzegorz BUGAJAK, Jacek TOMCZYK (red.), Kontrowersje wokół początków człowieka, str 210)

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tych dwu stanowisk nie da się pogodzić. Teizm zakłada ingerencję Boga (i to nie jednorazową jak w przypadku deizmu) w życie istot, a ewolucjonizm czystą przypadkowość i bezcelowość zachodzących w przyrodzie zjawisk. Spróbujmy jednak pokombinować. Najprostszym pogodzeniem tych dwu stanowisk wydawałoby się przyjęcie, że Bóg ingeruje wyłącznie w sferę duchową życia, a materia ożywiona powstała i rozwija się ewolucyjnie. Napotykam tu na problem: jeśli Bóg ingeruje w życie duchowe "produktów" ewolucji, to albo z góry to zaplanował (czyli dochodzimy do sprzeczności z założeniem naukowego ewolucjonizmu o całkowitej bezcelowości zjawisk), albo cierpliwie czeka na to, co dostarczy Mu ewolucja i dopiero niejako "na gorąco" ingeruje w życie duchowe ożywionych jej produktów. Niestety taki Bóg byłby zdany na łaskę przypadku i mógłby w ogóle nie mieć okazji do swojej "teistycznej" ingerencji, bo przecież nawet ewolucjoniści przyznają, że świat ożywiony mógłby nie powstać - jeśli jest przypadkowy? Taki Bóg byłby zależny od materii i procesów w niej zachodzących, na które nie miałby wpływu. Wtedy może lepiej Naturę uznać za Boga? (Co zresztą czyni się coraz powszechniej - ukuto nawet popularne określenie "Matka Natura").

Istnieje jeszcze trzecia możliwość wyjaśnienia naszego problemu. Ewolucja rzeczywiście zachodzi czysto przypadkowo i bezcelowo, ale Bóg z góry wie, do czego i kiedy ona doprowadzi. Z góry więc zaplanował swoją "teistyczną" ingerencję na odpowiedni czas. Byłoby to oczywiście pewne połączenie deizmu w świecie materialnym (Bóg stworzył materię oraz prawa nią rządzące i pozostawił ją swemu losowi bez ingerowania weń) z teizmem ograniczonym wyłącznie do sfery duchowej świata.Coś na kształt doskonałego rozdziału ducha i materii, gdzie jednym rządzi bezpośrednio Bóg, a drugim przypadek. Nie byłby to jednak ostatecznie deizm, ponieważ Bóg angażowałby się w życie istot (ale tylko w jedną jego sferę). Wydaje się, że stworzyliśmy wreszcie koncepcję Boga, który odpowiadałby twierdzeniom współczesnej biologii, a jednocześnie zachowywałby atrybuty teizmu. Pozostaje nam tylko zbadać, czy taka koncepcja Boga zgadza się z Objawieniem chrześcijan - Biblią. Pierwsze Jej słowa brzmią:

Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.

1 Mojż. 1:1


A następne nie pozostawiają złudzeń:
3. I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość.
6. Potem rzekł Bóg: Niech powstanie sklepienie pośród wód i niech oddzieli wody od wód!
9. Potem rzekł Bóg: Niech się zbiorą wody spod nieba na jedno miejsce i niech się ukaże suchy ląd! I tak się stało.
11. Potem rzekł Bóg: Niech się zazieleni ziemia zieloną trawą, wydającą nasienie i drzewem owocowym, rodzącym według rodzaju swego owoc, w którym jest jego nasienie na ziemi! I tak się stało.
14. Potem rzekł Bóg: Niech powstaną światła na sklepieniu niebios, aby oddzielały dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór, dni i lat!
20. Potem rzekł Bóg: Niech zaroją się wody mrowiem istot żywych, a ptactwo niech lata nad ziemią pod sklepieniem niebios!
24. Potem rzekł Bóg: Niech wyda ziemia istotę żywą według rodzaju jej: bydło, płazy i dzikie zwierzęta według rodzajów ich. I tak się stało.
26. Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi.

1 Mojż. 1


Na wszystkich (i do tego niezgodnych miejscami ze współczesną biologią ? por. ww. 20 i 24) etapach stworzenia Bóg przedstawiony jest w tym opisie jako aktywny uczestnik przetwarzania materii w kolejne formy. Zaraz zwolennicy teistycznego ewolucjonizmu zakrzykną: "ależ ten opis to tylko legenda"! Warto zadać tu sobie pytanie: jeśli Bóg nie angażował się twórczo i bezpośrednio w dzieło stworzenia, to po czym siódmego dnia odpoczywał? Jeśli z tym odpoczynkiem to też legenda, to co powiemy o Autorze Listu do Hebrajczyków: "O siódmym dniu bowiem powiedział gdzieś tak: I odpoczął Bóg dnia siódmego od wszystkich dzieł swoich" (Hebr. 4:4). Czy on też powielał legendę, by przedstawiać prawdy duchowe Nowego Testamentu?

Co zrobimy z Jezusem, którego Biblia opisuje jako Pana zjawisk przyrodniczych: "Potem wstał, zgromił wiatry i morze i nastała wielka cisza. Ludzie zaś dziwili się, mówiąc: Kim jest Ten, że nawet wiatry i morze są mu posłuszne?" (Mat. 8:26-27). Nie ma tu miejsca na pozostawienie świata materii przypadkowemu biegowi rzeczy, ale jest mowa o bezpośredniej i celowej ingerencji Jezusa.

Czy Bóg, mówiąc do Jeremiasza: "Wybrałem cię sobie, zanim cię utworzyłem w łonie matki, zanim się urodziłeś, poświęciłem cię, na proroka narodów przeznaczyłem cię." (Jer. 1:5), miał na myśli to, że powstał on w wyniku przypadkowych zjawisk, a powiedział mu tylko dla otuchy bajkę o Swoim osobistym zaangażowaniu w jego stworzenie?

Czy prorocy Starego Testamentu i Autorzy Nowego, przypisujący Bogu funkcję stałego podtrzymywania życia fizycznego na ziemi, nie wiedzieli, co mówią? "Ty jedynie jesteś Panem! Ty stworzyłeś niebiosa, niebiosa niebios i cały ich zastęp, Ziemię i wszystko, co jest na niej, Morza i wszystko, co jest w nich, Ty też wszystko to utrzymujesz przy życiu, A zastęp niebieski oddaje ci pokłon" (Nehem. 9:6).

"Ostatnio, u kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszechrzeczy, przez którego także wszechświat stworzył. On, który jest odblaskiem chwały i odbiciem jego istoty i podtrzymuje wszystko słowem swojej mocy, dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy majestatu na wysokościach" (Hebr. 1:2-3).

Oczywiście można dokonywać takiej swoistej "reinterpretacji" wszystkich fragmentów Biblii nie pasujących do naszych naukowych założeń. Ale po co? Czy nie prościej odrzucić całą Biblię i stworzyć nową religię, która stale dopasowywałaby się do coraz to nowszych "odkryć" ewolucyjnych biologów?

Oczywiście jest jeszcze lepsza droga - jeśli biologia nie ma żadnych rozstrzygających dowodów i co pewien czas zmienia swoje koncepcje na ewolucję, która wciąż pozostaje tylko hipotezą - czy nie lepiej zaufać Biblii, która od chwili powstania jest niezmienna i której żadne wysiłki nauki nie zdołały skutecznie zdyskredytować?

Wiele mówiące statystyki
W czasie wzmiankowanej na wstępie dyskusji nieco żartobliwie przedstawiono pewne statystyki: Wśród naukowców nie będących biologami procent wierzących i niewierzących w Boga jest prawie równy (z lekką przewagą niewierzących). Spośród biologów z kolei tylko 5% to osoby wierzące. Badano także przeciętny poziom inteligencji naukowców w poszczególnych dziedzinach ? chyba bez trudu zgadniecie Państwo, kto znalazł się na szarym końcu...

SKĄD WIEMY TO, CO WIEMY?

Każdy z nas posiada sporą wiedzę. Wiemy, jak się nazywamy. Wiemy, gdzie mieszkamy. Wiemy, ile jest dwa dodać dwa. Wiemy, która z partii politycznych jest najlepsza dla naszego kraju... Hmm. Wydaje się, że niektórzy wiedzą coś, co niezgodne jest z wiedzą innych. Na przykład wielu wie, że ewolucjonizm jest poprawnym wyjaśnieniem historii życia. Ale wielu innych wie, że poprawnym wyjaśnieniem jest stworzenie. Jak to możliwe, by różni ludzie wiedzieli coś innego? Co to znaczy "wiedzieć coś"?

Być może zgodzilibyśmy się, że wiedzieć coś to być osobiście przekonanym do tego, że jest to prawda. Proszę zwrócić uwagę na element osobowy: to, że coś wiemy, nie powoduje, że jest to prawdą; znaczy to tylko, że my uważamy to za prawdę. Fakt, że niektórzy wiedzą coś, co jest niezgodne z tym, co wiedzą inni, znaczy, że wiedza niektórych osób jest fałszywa!
Niezależnie od prawdziwości czy fałszywości, jak dochodzimy do wiedzy? Istnieją naprawdę tylko dwa sposoby: osobiste doświadczenie albo wiedza uzyskana od kogoś innego.

Osobiste doświadczenie
Każdy z nas ma sporą wiedzę, jaką sami osiągnęliśmy. Pozwolę sobie dać kilka swoich przykładów:

  • Uderzenie w palec u nogi jest bolesne. Wiedzę na ten temat uzyskujemy bardzo wcześnie w życiu.
  • Przejechanie skrzyżowania na czerwonym świetle będzie kosztować cię mandat. Faktycznie doświadczyłem tego dwukrotnie, zanim naprawdę zdobyłem wiedzę na ten temat.
  • Przyjęcie Chrystusa daje zyski w życiu. Zdaje się, że to mój były pastor pokazał mi, iż jednym z zysków jest to, że mamy kontakty z lepszymi ludźmi! Co ważniejsze, mamy zysk z tego, że nasze modlitwy są wysłuchiwane.
  • Przepuszczanie elektryczności przez wodę produkuje wodór i tlen w stanie gazowym. Być może na lekcji w szkole wykonywaliście ten klasyczny eksperyment przy pomocy baterii, przewodów i probówki.

Ktoś nam powiedział
Jeśli coś wiesz i nie doświadczyłeś tego sam, to ktoś ci powiedział. Oto kilka przykładów:

  • Słowo "chmura" piszemy przez "ch" i "u zwykłe". W większości przypadków edukacja polega na tym, że ktoś coś nam mówi, słownie lub przy pomocy druku.
  • Granica szybkości na autostradzie wynosi 90 km/h. Jeśli nie dowiemy się tego z postawionego znaku, to policjant uprzejmie wyjaśni ci to zarówno słownie, jak i przy pomocy druku.
  • Przyjęcie Chrystusa daje mi życie wieczne. Nie doświadczyłem jeszcze pełnej prawdy tego, ale Bóg mi powiedział w Biblii, że tak jest.
  • Wodór jest najmniejszym pierwiastkiem. Tobie i mnie brakuje wyposażenia i wiedzy, by określić prawdziwość tego naukowego faktu, a więc musieliśmy się tego dowiedzieć z podręcznika.

Czy możesz zaufać swoim oczom?
Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy bardziej skłonni wierzyć temu, co poznaliśmy w osobistym doświadczeniu niż temu, co nam ktoś powiedział. Ale czy zawsze możemy wierzyć temu, co mówi nam osobiste doświadczenie? Czy cokolwiek mogłoby poddać w wątpliwość treść świadectwa naszych zmysłów? Wyobraźmy sobie, że spacerujemy po zatłoczonym chodniku, który graniczy z dużym parkiem. Daleko w parku widzimy, jak latający spodek obniża wysokość i ląduje. Czy zaczęlibyśmy od razu wykrzykiwać do innych o swoim odkryciu? Myślę, że ja najpierw rozejrzałbym się wokół, by sprawdzić, czy każdy inny doświadcza tego samego. Ale w przypadku, gdyby lądował helikopter, nie byłoby żadnego powodu, by wątpić w to, co powiedziały mi moje oczy.Ogólną zasadą jest, że spodziewamy się ujrzeć coś powszechnego, a nie coś niezwykłego. Rzeczywiście, nasze zmysły mogą nawet nas okłamywać, ponieważ spodziewamy się zobaczyć coś innego. Dobry przykład tego znajdujemy w życiu Jezusa, kiedy zawołał on "'Ojcze, uwielbij imię Twoje'. Wtem rozległ się głos z nieba: 'I uwielbiłem, i znowu uwielbię'. Stojący tam tłum, gdy to usłyszał, rzekł: 'Zagrzmiało!' Inni powiedzieli: 'Anioł przemówił do niego'" (Jana 12:28-29).

Komu wierzysz?
A co z wiedzą, którą ktoś nam przekazał? Pamiętajmy, że zdefiniowaliśmy "wiedzieć" jako "być osobiście przekonanym do prawdziwości czegoś". Ale nie wszystko, co nam ktoś mówi, jest prawdą. Czyż nie? Co powoduje, że jesteś bardziej skłonny wierzyć pewnym ludziom, a nie innym? Oto krótka lista par osób, które nam przekazują wiedzę:

  • osoby przypadkowo poznane i najlepsi przyjaciele
  • profesorowie filozofii i profesorowie nauk empirycznych
  • dziennikarze prasowi i dziennikarze telewizyjni
  • duchowni i Bóg (Biblia)

Co wpływa na to, że łatwo mógłbyś uwierzyć każdej z wyżej wymienionych osób, kiedy mówi ci, że coś jest prawdą? Czy wierzyłbyś bardziej jednej z wymienionych osób w każdej parze? Ważnym czynnikiem jest czas, odkąd znasz kogoś. Prawdopodobnie bardziej uwierzysz swemu najlepszemu przyjacielowi niż osobie przypadkowo napotkanej. Jednak w moim przypadku byłby to problem, ponieważ w dzieciństwie moim najlepszym przyjacielem był notoryczny kłamczuch. Bardzo miły chłopak, ale miał problem z mówieniem prawdy.

A co powiecie na temat owych dwu profesorów? Jeśli profesor nauk empirycznych mówi ci coś na temat nauki, a profesor filozofii coś przeciwnego, to najprawdopodobniej uwierzysz przyrodnikowi, czyż nie? Mamy więc tu inny czynnik: fachowość osoby wypowiadającej się.

A jeśli dwie równie fachowe osoby mówią ci coś przeciwnego, co wtedy? Jest to dylemat, z którym często muszę sobie radzić w kwestiach dotyczących kontrowersji stworzenie-ewolucja.
Oczywiście, jestem przyrodnikiem, ale z pewnością nie znam całej nauki! Moją specjalnością jest genetyka i nigdy nie miałem wykładów z geologii. Jak oceniam niezgodne twierdzenia geologów ewolucjonistycznych i geologów kreacjonistycznych? Czasami muszę wybierać na podstawie raczej filozoficznej niż naukowej: zdecydowałem się wierzyć raczej chrześcijaninowi niż ateiście. Nie jest to tak nieracjonalne, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Wszyscy żyjemy opierając się na pewnym zbiorze założeń, co jest prawdą, i ten zbiór założeń wpływa na nasze decyzje w wielu sprawach. Osoba utrzymująca fałszywą filozofię nieuchronnie będzie wyprowadzała fałszywe wnioski w ważnych sprawach.

Para dziennikarzy na naszej liście prowadzi nas do pytania, jak słowo drukowane wpływa na naszą gotowość do uwierzenia weń? Wydaje się, że jesteśmy bardziej gotowi uwierzyć w coś, co jest wydrukowane, niż w coś, co jest tylko wygłoszone. A więc dziennikarz prasowy może uzyskać większą wiarygodność niż dziennikarz telewizyjny.

Czy więc wydrukowanie czegoś znaczy, że prawdziwość tego jest bardziej prawdopodobna? Czasami tak, czasami nie. Czasami tylko pieniądze są powodem publikacji. Potrzebujemy więc zdrowego sceptycyzmu wobec tego, co słyszymy i co czytamy.

Nauka - sposób poznawania
Nauka jest bardzo ważnym sposobem poznawania rzeczy. Część tej wiedzy naukowej może pochodzić z osobistego doświadczenia, ale większość pochodzi od kogoś innego. Nawet wiedza, jaką uczony posiada, pochodzi głównie z drugiej ręki: czasopism, książek, konferencji itd.

Chociaż osiągnięcia naukowe wydają się dzisiaj bardzo nowoczesne, to ten sposób uprawiania nauki rozpoczął się w wieku XVII. Chociaż niewiele się o tym wspomina i chociaż trudno w to uwierzyć, większość twórców nowoczesnej nauki wierzyła w osobowego Boga, który stworzył Wszechświat. Ich wiara, że rzeczywistość jest wynikiem inteligentnego projektu, przyczyniła się do zaufania, iż mogą ją badać i odkrywać prawdy jej dotyczące.

Ponieważ nauka jest tak ważną drogą do wiedzy i ponieważ nauka jest tak bezpośrednio związana z problematyką pochodzenia, należy coś na jej temat zrozumieć. Z grubsza mówiąc, nauka rozwija się przez wysuwanie i testowanie hipotez. Uczeni dokonują obserwacji i wówczas próbują je wyjaśnić. Wyjaśnienia te zwie się hipotezami. Hipoteza jest próbnym wyjaśnieniem obserwacji, "uczonym zgadywaniem".

Wysuwanie hipotez jest tylko pierwszym krokiem; dużo trudniejszy jest drugi krok: testowanie hipotez. Uczony musi zaprojektować eksperyment, który wskaże, czy hipoteza jest poprawna. Przyjrzyjmy się rzeczywistemu przykładowi.

Europejskie węgorze rozmnażają się na Morzu Sargassowym, które jest częścią Oceanu Atlantyckiego. Migrują one do strumieni słodkiej wody, gdzie spędzają większość swego życia. Jak odkrywają one te strumienie, znajdując się w oceanach? Niektórzy uczeni wysuwali hipotezę, że węgorze są w stanie wyczuć chemiczne składniki słodkiej wody. Zaprojektowali eksperyment, by stestować tę hipotezę (aparatura jest widoczna na rysunku). Każda butla zawierała odmienny rodzaj wody: z kranu, destylowaną, słoną i słodką (ze strumienia). Małe węgorze umieszczono w małym pojemniku z lewej, z którego mogły płynąć rurkami do jednego z pojemników, zawierających konkretny rodzaj wody. Węgorze nie ujawniały preferencji wody z kranu nad słoną, ale większość z nich wpływała do pojemnika zawierającego naturalną słodką wodę. Wyniki te poparły hipotezę, że węgorze są w stanie wykryć chemiczną naturę słodkiej wody.

Czy badanie pochodzenia ma naukowy charakter?
Istnieją setki (a może tysiące?) uczonych badających pochodzenie: pochodzenie Wszechświata, pochodzenie Ziemi, pochodzenie życia i pochodzenie gatunków. Oczywiście, badanie pochodzenia ma naukowy charakter! A może nie? No tak, to zależy, co rozumiemy przez naukę. Jeśli rozumiemy przez to ten rodzaj nauki, jak badanie węgorzy, to odpowiedź brzmi "nie".

Nieżyjący już dr Richard Bliss, wielki nauczyciel, wyjaśnił to rozróżnienie lepiej niż ktokolwiek inny, gdy ukuł zwrot "nauka operacyjna" przeciwstawiony "nauce o początkach". Naukę operacyjną uprawia się, gdy uczeni próbują się dowiedzieć, jak coś funkcjonuje, jak działa. Zbierają oni obserwacje, stawiają hipotezy i testują te hipotezy przy pomocy eksperymentów. Uczeni, którzy badają pochodzenie, mogą także zbierać obserwacje, na przykład badać gwiazdy lub kolekcjonować skamieniałości. Mogą także stawiać przypuszczenia, jak te obserwacje są powiązane z pochodzeniem. Ale z nielicznymi wyjątkami nie mogą zaprojektować eksperymentu, który określiłby, co się zdarzyło w prehistorycznej przeszłości. Z tym samym problemem styka się uczony pracujący przy wykrywaniu przestępstw. Może on gromadzić poszlaki: odciski palców, ślady krwi, włókna itd. Korzystając z tego świadectwa, można sugerować, co miało miejsce wcześniej, ale nie istnieje żaden eksperyment, który mógłby rozstrzygnąć słuszność lub niesłuszność tej sugestii.

A więc chociaż uczeni mogą dostarczyć nam wartościowych informacji na temat zdarzeń, które zaszły dawno temu, nie mogą udzielić odpowiedzi równie ostatecznych jak te, które dotyczą zjawisk i zdarzeń zachodzących obecnie. Z powodu tej niepewności możemy oczekiwać, że filozofia uczonego (konserwatywno-chrześcijańska, liberalno-chrześcijańska, ortodoksyjno-żydowska, żydowsko-reformowana, muzułmańska, hinduska, ateistyczna) będzie wpływać na jego wnioski. Komu uwierzysz?

Lane P. Lester, Ph.D., How Do We Know What We Know?, Creation Research Society Quarterly 1995, vol. 32, No. 2.
Za zgodą redakcji przedruk z "Na Początku" listopad 1997, nr 11B (96), s. [352-359]


METODOLOGICZNE KORZYŚCI Z ISTNIENIA TEORII KREACJONISTYCZNYCH (*)

W literaturze na temat kreacjonizmu znaleźć można powody, dla których jego istnienie jest korzystne dla nauk przyrodniczych. Karol Sabath, zacięty przeciwnik kreacjonizmu i popularyzator ewolucjonizmu tak streścił te powody:

"Uważam, że nie tylko wolność słowa przemawia za uznaniem prawa kreacjonistów do głoszenia swoich poglądów. Myślę, że ewolucjonizm może skorzystać na tym nie tylko dlatego, że kreacjoniści ożywiają pośrednio zainteresowanie społeczne ewolucjonizmem. Główną zasługą kreacjonistów, jako bezlitosnych krytyków, jest zmuszenie samych ewolucjonistów do aktywnego upowszechniania swoich osiągnięć, a zarazem do zdania sobie sprawy z obszarów własnej niewiedzy, eliminowania luk w argumentacji, zwrócenia uwagi na fakty nie pasujące do utartych schematów." (1)

Czytając krótką polemikę Davida E. Shormanna (2) z antykreacjonistycznym artykułem Davida R. Montgomery'ego (3) zwróciłam uwagę na jego marginalne uwagi dotyczące metanaukowej, metodologicznej płaszczyzny sporu ewolucjonizm-kreacjonizm, a dokładniej na dwa elementy tej płaszczyzny sporu. Wydaje się, że analiza tych elementów może dostarczyć lepszego zrozumienia, czym są nauki przyrodnicze.

Shormann sprzeciwia się nazywaniu teorii ewolucji teorią naukową. Polskiemu czytelnikowi trzeba wyjaśnić, że angielskie słowo "science" ma węższy zakres niż polskie słowo "nauka". Polskie słowo obejmuje także na przykład historię, rozmaite filologie i matematykę, których Anglosasi zwykle nie nazywają science. Angielskie słowo należałoby raczej tłumaczyć jako "nauki empiryczne". Shormann uważa, że ponieważ teoria ewolucji mówi o pochodzeniu dzisiejszych organizmów z organizmów, jakie żyły przed milionami lat, to nie można uważać jej za teorię empiryczną. Nie można bowiem przeprowadzać powtarzalnych obserwacji czy eksperymentów na temat tego, co się działo w zamierzchłej przeszłości. Podobnie jest z kreacjonizmem. Oba te stanowiska, ewolucjonizm i kreacjonizm, są zdaniem Shormanna interpretacją przeszłości, a nie nauką empiryczną. Są czymś, co można nazwać historią naturalną. (4)

Analiza sporu może dostarczyć argumentów na rzecz lub przeciwko wyróżnianiu różnych odmian nauki, na przykład testowalnych nauk empirycznych i historii naturalnych. Wśród kreacjonistów dominuje pogląd, że należy odróżniać naukę operacyjną (testowalną) od nauki o pochodzeniu, która mówi o przeszłych, niepowtarzalnych i unikatowych zdarzeniach. (5)

Ale w tekście Shormanna znalazłam jeszcze inny ciekawy metodologiczny wątek. Skoro ewolucjonizm i kreacjonizm są różnymi interpretacjami tych samych faktów, to znaczy to, że każde z tych stanowisk ma własną - jak ją nazywa autor - interpretatywną ramę roboczą (interpretative framework). 

W geologii obowiązuje obecnie tzw. tektonika płyt, teoria wywodząca się z pomysłu jeszcze sprzed I wojny światowej, kiedy to niemiecki uczony, Alfred Wegener, przedstawił hipotezę dryfu kontynentów. Wedle Wegenera kontynenty, jak kry na rzece, poruszają się względem siebie w różnych kierunkach, łącząc się i rozłączając. Obie strony sporu, ewolucjoniści i kreacjoniści, akceptują teorię tektoniki płyt kontynentalnych, ale dopasowują ją do innej ramy roboczej. Ewolucjoniści przyjmują, że teraźniejszość jest kluczem do przeszłości. Jeśli Ameryka oddala się obecnie od Europy z prędkością, z jaką rosną paznokcie, to musiało minąć wiele milionów lat, by powstał Ocean Atlantycki. Kreacjoniści młodej Ziemi mają jednak inną interpretatywną ramę roboczą dla tej samej teorii.

Na przykład dr John Baumgardner stworzył program komputerowy o nazwie Terra, który zależnie od danych na wejściu potrafi symulować zarówno koncepcję powolnego, jak i szybkiego odsuwania się kontynentów. Baumgardner uważa, że płyty geologiczne pokrywające Ziemię mogły kiedyś poruszać się tysiące razy szybciej niż obecnie. W rezultacie w krótkim czasie mogły zachodzić duże zmiany geologiczne. W modelu Baumgardnera można odtworzyć ogólnoświatowy Potop Noego, w którego historyczność Baumgardner wierzy. Baumgardner uchodzi za czołowego specjalistę modeli numerycznych procesów zachodzących w płaszczu Ziemi. (6)

W filozofii nauki sporo się mówi o zależności obserwacji od wiedzy obserwatora, od jego przekonań, nastawień. (7) Ale istnienie interpretatywnych ram roboczych dla teorii naukowych i dla całej nauki jest w metodologii słabo spostrzegane. Jedną z takich ram, naturalizm, traktuje się dziś, jakby była jedynie możliwa. W 2005 roku prof. Kazimierz Jodkowski z Uniwersytetu Zielonogórskiego wprowadził pojęcie epistemicznego układu odniesienia - zbioru założeń ontologicznych i epistemologiczno-metodologicznych, które są niezbędne do uprawiania nauki, ale których nie da się pod groźbą popełnienia błędnego koła uzasadnić naukowo. Założenia te można przyjąć lub odrzucić, kierując się różnymi - z natury rzeczy pozanaukowymi - powodami. (8) Istnieje wiele możliwych epistemicznych układów odniesienia.

Dr Shormann dał przykład, jak ewolucjonistyczna interpretatywna rama robocza może hamować rozwój nauki. Na początku XX wieku J. Harlen Bretz opublikował badania na temat tzw. skablandów we wschodniej części stanu Washington. Na ponad 15 000 mil kwadratowych twarda, krystaliczna skała lawy jest wyżłobiona przez głębokie kaniony, właśnie te skablandy. Początkowo geologowie zakładali, że są one rezultatem powolnej erozji wywołanej przez strumienie wody płynącej przez miliony lat. Bretz uważał jednak, że powstały one bardzo szybko wskutek katastrofalnych polodowcowych powodzi. Jego idee zaakceptowano dopiero po upływie 40 lat. Mówi się dziś o tzw. powodziSpokane. Jęzor lodowca w pewnym momencie zablokował rzekę Columbia, formując lodowcowe jezioro Missoula. Ale w końcu zapora lodowcowa uległa przerwaniu i podstawowe cechy skablandów powstały nie w ciągu 1 czy 2 milionów lat, lecz w czasie 1 lub 2 dni. (9)

Dlaczego zwycięstwo koncepcji Bretza nastąpiło po blisko półwiekowej zwłoce? Otóż dlatego, że katastroficzna interpretacja mogła stanowić zachętę, by poważnie traktować inne katastroficzne wydarzenie, Potop Noego. Koncepcję Bretza przyjęto dopiero wtedy, gdy wśród uczonych zmniejszyła się niechęć do katastrofizmu.

Metodologowie dążą do odkrycia istotnych cech nauki. Zderzając ze sobą radykalnie odmienne ujęcia, jak ewolucjonizm i kreacjonizm, mają większą szansę na sukces, niż gdy ograniczają się do tzw. nauki głównego nurtu. (David E. Shormann, "The Revolution of Creationism", Creation Matters November/December 2012, vol. 17, no. 6, s. 1-3.)

Przypisy:
(*) Dziękuję prof. Kazimierzowi Jodkowskiemu z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego za konsultacje w trakcie pisania niniejszego tekstu.
(1) Karol Sabath, "Na bezdrożach kreacjonizmu <<naukowego>>", Kosmos 1991, vol. 40, z. 2-3, s. 162 [153-163]. Artykuł Sabatha został przedrukowany w książce pod redakcją Eugeniusza Moczydłowskiego, Pan Bóg czy dobór naturalny?, Megas, Białystok 1994, s. 64-82 (książkę tę można nabyć na stronie Wydawnictwa Megas).
(2) David E. Shormann, "The Revolution of Creationism", Creation Matters November/December 2012, vol. 17, no. 6, s. 1-3.
(3) David R. Montgomery, "The evolution of creationism", GSA Today November 2012, vol. 22, no. 11, s. 4-9, http://tiny.pl/h2j79.
(4) Prof. Jodkowski zwrócił mi w tym miejscu uwagę, że opinia ta jest uproszczeniem. Teoria ewolucji jest nie tylko interpretacją przeszłości, ona także mówi o tym, co się z organizmami dzieje aktualnie. I to, co się dzieje, można badać i bada się obserwacyjnie i laboratoryjnie, aczkolwiek istnieje problem, czy procesy makroewolucyjne są zwykłym przedłużeniem procesów mikroewolucyjnych.
(5) Por. Charles B. Thaxton, Walter L. Bradley, Roger Olsen, The Mystery of Life's Origin: Reassessing Current Theories, Philosophical Library, New York 1984, s. 202-206; Duane T. Gish, Creation Scientists Answer Their Critics, Institute for Creation Research, El Cajon, CA 1993, s. 32-34.
(6) Por. Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, Realizm. Racjonalność. Relatywizm t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 242-243, http://tiny.pl/hkf3b. Por. też mój artykuł: Marta Cuberbiller, "Ograniczenia metody naukowej", Idź pod prąd, październik 2008, nr 10 (51), s. 10, http://tiny.pl/h2lbg, w którym przedstawiłam treść jednego z artykułów dra Baumgardnera.
(7) Przykład takiej zależności omówiłam w artykule: Marta Cuberbiller, "Efekt Paintera", „idź POD PRĄD” 2011, nr 2 (79), s. 8, http://tiny.pl/h2lb7.
(8) Por. Kazimierz Jodkowski, "Epistemiczne układy odniesienia i "warunek Jodkowskiego"", w: Anna Latawiec, Grzegorz Bugajak (red.), Filozoficzne i naukowo-przyrodnicze elementy obrazu świata 7, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2008, s. 108-123, http://tiny.pl/hnds2; oraz w: Włodzimierz Zięba przy współpracy Krzysztofa J. Kiliana (red.), Człowiek świadomością istnienia. Prace ofiarowane prof. dr. hab. Andrzejowi L. Zachariaszowi, Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2009, s. 103-115.
(9) Por. Stephen Gould, "The Great Scablands Debate", Natural History, August-September 1978, przedrukowany jako "When the Unorthodox Prevails", New Scientist 1978, September 28, http://tiny.pl/h2lbd (za: Mieczysław Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?, Wyd. Duch Czasów, Bielsko-Biała 1992, s. 149-150). Por. też M.J. Oard, The Missoula Flood Controversy, CRS Books, 2004.


JAKI JEST WIEK ZIEMI?

Uczeni określili, że wiek Ziemi wynosi ok. 4,5 miliarda lat. Jak można pogodzić to ustalenie z biblijnym przekonaniem, że wiek ten wynosi zaledwie ok. 6 tysięcy lat?

W odpowiedzi postawmy najpierw inne pytanie: dlaczego mamy wierzyć, że nauka dokładnie określa wiek Ziemi? Czy jakikolwiek uczony widział, jak Ziemia powstawała? Bo jeśli nie, to jasne jest, że bezpośredni pomiar wieku Ziemi jest niemożliwy.

Uczeni dysponują sposobami szacowania wieku Ziemi. Ogólnie rzecz biorąc jest tak, że uczeni obserwują aktualny stan rzeczy, mierzą tempo jakiegoś procesu, zakładają to i owo na temat przeszłości oraz obliczają, jak długo ten proces musiał trwać, aby powstał aktualny stan. Obserwowanie, mierzenie i obliczanie to czynności, jakie uczeni wykonują bardzo dobrze. Jeśli możemy wątpić w końcowy wynik ich oszacowania, to najprawdopodobniej wskutek przyjmowanych założeń.

Powszechnie przyjmowany wiek Ziemi zmieniał się znacznie w ostatnich kilkuset latach. Ostatnie oszacowanie na 4,6 miliarda lat oparte jest na pomiarach radiometrycznych meteorytu o nazwie Allende. Jest to meteoryt kamienny, należący do chondrytów węglistych. 40 lat temu spadł on, a raczej jego liczne szczątki, w Meksyku. Trudno nawet powiedzieć, jaką miał masę. Zebrano 2-3 tony pozostałości i niektórzy oceniają, że zanim się rozpadł w atmosferze, mógł mieć masę 5 ton, czyli miał wielkość samochodu. Meteoryt Allende uchodzi za najlepiej zbadany meteoryt w historii. Zawiera on liczne duże inkluzje wapniowo-aluminiowe. Właśnie badanie tych inkluzji pozwoliło uznać, że powstały one w epoce formowania się planet naszego Układu Słonecznego. [1] Na Ziemi nie znajduje się tak starych skał. Uważa się, że jest to skutek metamorfozy ziemskich skał pod wpływem głównie ciśnienia i temperatury. Uznano, że meteoryt Allende albo jest materiałem, z którego formowały się planety, albo jest fragmentem jakiejś planety, która się rozpadła wkrótce po powstaniu. Dlatego uważa się, że wyniki badań radiometrycznych tego meteorytu pozwalają oszacować wiek Ziemi. [2]

Datowanie radiometryczne jest możliwe po przyjęciu kilku założeń. Po pierwsze, ponieważ nie obserwuje się warunków początkowych, należy je założyć. Po drugie, zakłada się, że żaden z izotopów poddawanych mierzeniu nie dostał się do meteorytu ani się z niego nie wydostał po jego powstaniu. W końcu zakłada się, że rozpad pierwiastków promieniotwórczych zachodził w stałym tempie. Na pierwszy rzut oka założenia te wyglądają dość rozsądnie, ale istnieją powody, by je kwestionować. [3]

Na wyniki pomiarów datowania radiometrycznego łatwiej byłoby się zgodzić, gdyby otrzymywane wyniki były ze sobą zgodne. Niestety, często są one wzajemnie niezgodne. Różne techniki wyznaczają odmienny wiek meteorytu Allende. Nawet ta sama technika, ale zastosowana do różnych fragmentów meteorytu wyznacza różne oszacowania jego wieku. [4] Ostatecznie więc uczeni dysponowali rozmaitymi datami do wyboru i przyjęli taką, która im najbardziej odpowiadała. I ten wiek podali do publicznej wiadomości. Ale istnieją liczne inne metody, których można użyć do oszacowania wieku Ziemi. Większość metod opartych na technikach radiometrycznych daje stary wiek Ziemi (miliardy lat), ale niektóre dają wiek zbyt mały, by je ewolucjoniści mogli zaakceptować. [5] Szczególnie interesująca dla kreacjonistów jest metoda oparta na tempie wycieku helu, będącego produktem rozpadu promieniotwórczego, z kryształów cyrkonu. [6] Badane cyrkony to kryształy krzemianu cyrkonu (ZrSiO4), tkwiące jako wrostki w biotycie, wydobywanym w trakcie wierceń gorącej prekambryjskiej skały granitowej. W cyrkonach występują promieniotwórcze atomy uranu i toru. Atom uranu-238 na przykład, zanim przekształci się w ołów-206, uwalnia osiem cząstek alfa (czyli jąder helu). Badając ilość helu w kryształach cyrkonu oraz mierząc tempo ich wydostawania się na zewnątrz, można oszacować wiek cyrkonu. Użycie tej metody dało wiek 6 tys. lat (błąd pomiarowy 2 tys. lat). Wspomniane badania sugerują też, że założenie stałego tempa rozpadu promieniotwórczego jest wątpliwe, a założenie to należy do najważniejszych przy technikach radiometrycznych.

Najlepiej by było, gdyby przynajmniej niektóre z tych metod można było sprawdzić, stosując je do obiektów, których wiek znamy. Jeśli jakaś metoda daje w takim przypadku dość dokładne wyniki, można mieć zaufanie także do jej wyników w przypadku obiektów o nieznanym wieku. W ten właśnie sposób można sprawdzać metody radiometryczne. Według teorii, na których opierają się te metody, zegar radiometryczny zaczyna tykać, kiedy lawa zastyga w postaci skały. I takie skały, które powstały wskutek wypływów lawy, jakie ktoś obserwował, można badać. Ponieważ techniki radiometryczne mają dawać najlepsze wyniki dla starszych skał, wyklucza się badanie zupełnie niedawno powstałych.

Badano liczne historyczne wypływy lawy. Często otrzymane wyniki każą przypisywać dużo starszy wiek skale niż rzeczywisty wiek znany z historii. [7] W wielu przypadkach wiek radiometryczny jest dziesiątki tysięcy razy większy niż wiek znany z historii. [8] A to, niestety, nie sprzyja zaufaniu do dokładności aktualnie używanych technik radiometrycznego wyznaczania wieku obiektów.

Należy też zwrócić uwagę na oczywistą sprawę - same nauki przyrodnicze nie dostarczają efektywnego sposobu wyznaczania wieku Ziemi. A powodem jest to, że wiek Ziemi jest zagadnieniem historycznym, a nie przyrodniczym. Kreacjoniści podkreślają istotne różnice między naukami historycznymi a naukami przyrodniczymi. W tych drugich czymś naturalnym jest powtarzalność obserwacji i eksperymentów. Ta powtarzalność pozwala na dokładną kontrolę wypowiadanych przez przyrodników twierdzeń. Nauki historyczne, jak geologia historyczna (nawiasem mówiąc, należy do nich również biologia ewolucyjna) muszą się zadowolić znacznie słabszymi odmianami kontroli, pośrednimi.

Najlepszym sposobem wyznaczenia wieku Ziemi byłoby przesłuchanie lub odczytanie świadectwa jakiegoś naocznego świadka. Ale kto był obecny, gdy powstawała Ziemia? Według Biblii obecny był Bóg, gdyż to on stworzył Ziemię. Biblia dostarcza wystarczająco dużo informacji, by oszacować wiek Ziemi na ok. 6 tysięcy lat. Nie ma naukowego powodu, by ten wiek odrzucać. Jeśli ktoś tak robi, to robi to z powodów światopoglądowych.

Niektórym wprawdzie wydaje się, że skoro wiele metod radiometrycznych daje większy wiek niż ten zarejestrowany w Biblii, to jest to powód naukowy, a nie światopoglądowy. Ale przypomnijmy sobie, że metody te zależą od niesprawdzalnych empirycznie założeń, np. tego, że tempo danego rozpadu promieniotwórczego jest stałe w czasie. Przyjmując takie niesprawdzalne empirycznie założenie nie tylko wykraczamy poza naukę, ale także poddajemy w wątpliwość zapis biblijny w tej sprawie. Od tej decyzji nie ma ucieczki - albo akceptujemy zapis biblijny, albo dopuszczamy, że jest on błędny. A każda z tych dwu wzajemnie wykluczających się decyzji ma charakter światopoglądowy, nawet jeśli sobie z tego nie zdajemy sprawy.

Historycznie rzecz biorąc pogląd, że Ziemia liczy sobie miliony i miliardy lat, powstał wskutek zmian w filozofii, a nie wskutek jakiegoś odkrycia naukowego. [9] Nawet dzisiaj utrzymuje się go, odrzucając historyczne ujęcie z Księgi Rodzaju. Stronniczość tych uczonych, którzy wierzą, że Ziemia liczy sobie miliardy lat, uwidacznia się w tym, że uznają za błędne wszystkie te dane, które są niezgodne z ich oczekiwaniami. Zwykle nie słyszymy o takich wynikach, natomiast od razu nagłaśniane są te, które pasują do aktualnego paradygmatu.

Jak by nie patrzeć, pogląd, że Ziemia liczy sobie ok. 6 tysięcy lat, jest bardzo rozsądnym przekonaniem. Oparte jest ono na historii zarejestrowanej w Biblii. Sama nauka nie jest w stanie rozstrzygająco zdecydować, które ujęcie jest słuszne - młodszej (ok. 6 tysięcy lat) czy starszej Ziemi (ok. 4,5 miliarda lat). A wiele danych geologicznych łatwiej wyjaśnić, odwołując się do modelu biblijnego niż do ewolucyjnego. Autor monografii na temat młodej Ziemi, John D. Morris, wymienia i omawia szereg takich danych. [10]

[email protected], creationism.org.pl

PRZYPISY

[1] Yuri Amelin, Alexander Krot, "Pb isotopic age of the Allende chondrules", Meteoritics & Planetary Science (University of Arizona), July/August 2007,  vol. 42, nos. 7/8, s. 1321-1335.
[2] John D., Morris, The Young Earth. The Real History of the Earth. Past, Present, and Future, Master Books, Green Forest, AR., 2007, s 59.
[3] J.w., s. 50-54.
[4] J.w., s. 59-60.
[5] Por. D. Russell Humphreys, "Evidence for a young world", Acts & Facts, June 2005, vol. 34, no. 6, Impact #384, s. i-ii, www.icr.org/article/1842/.
[6] Por. D. Russell Humphreys, Steven A. Austin, John R. Baumgardner, and Andrew A. Snelling, "Helium Diffusion Age of 6,000 Years Supports Accelerated Nuclear Decay", Creation Research Society Quarterly 2004, vol. 41, no. 1, s. 1-16.
[7] Por. Larry Vardiman, Andrew A. Snelling, and Eugene F. Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth. A Young Earth Creationist Research Initiative, Institute for Creation Research, El Cajon, CA, and Creation Research Society, Chino Valley, AZ. 2000, s. 126-129, 189.
[8] Por. Morris, The Young Earth..., s. 51-52.
[9] Por. Terry Mortenson and Thane Hutcherson Ury (eds.), Coming to Grips with Genesis. Biblical Authority and the Age of the Earth, Master Books, Green Forst, AR 2008.
[10] Por. Morris, The Young Earth..., s. 96-119. (Jean K. Lightner, "How Old is the Earth?", Creation Matters, May/June 2011, vol. 16, no. 3, s. 5.)


EFEKT PAINTERA

"Zamiast sprzeciwić się temu wielkiemu człowiekowi, wielu wolało ignorować świadectwo własnych oczu."

Theophilus Shickel Painter (1889-1969) był amerykańskim zoologiem, znanym dzięki pracy nad chromosomami. Wykładał zoologię na Uniwersytecie Teksasu. Był nawet prezydentem (my byśmy powiedzieli: rektorem) tego uniwersytetu od czasów drugiej wojny światowej do 1952 roku.

W czasie tej prezydencji miała miejsce głośna rozprawa sądowa znana jako Sweatt vs Painter (U.S. 629) z 1950 roku. Hermanowi Marionowi Sweattowi odmówiono przyjęcia na studia prawnicze na Uniwersytecie Teksasu z tej racji, że był on Murzynem, a konstytucja stanu Teksas zakazywała zintegrowanej edukacji, czyli kształcenia jednocześnie studentów różnych ras. W Teksasie obowiązywała od 1896 roku doktryna "oddzielnie, ale równo". Rzecz w tym, że w Teksasie nie było prawniczych szkół wyższych kształcących Murzynów i Sweatt uznał, że odmowa Uniwersytetu Teksasu gwałci jego prawa obywatelskie, bo nie jest równo traktowany z białymi. Rozprawę wstępną przed sądem niższej instancji celowo przedłużano, by dać czas stanowi stworzyć college z wydziałem prawa kształcącym Murzynów. College taki powstał, ale nie w Austin, stolicy stanu, lecz w Houston (dzisiaj uczelnia ta nosi nazwę Texas Southern University). Sweatt mógł więc studiować prawo w Teksasie, ale w Houston, nie w Austin. Odwołał się więc do sądu wyższej instancji, bo chciał studiować w Austin. Ten podtrzymał wyrok sądu niższej instancji, więc Sweatt odwołał się do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Sąd Najwyższy wydał wyrok przychylny dla Sweatta, uznając, że możliwość studiowania prawa na college'u w Houston gwałci obowiązujące w Teksasie prawo segregacji rasowej "oddzielnie, ale równo". Na przykład w Houston pracowało tylko 5 profesorów, a w Austin aż 16, nie licząc kilku zatrudnionych na część etatu. A biblioteka w Houston liczyła 16,5 tys. tomów, podczas gdy biblioteka w Austin cztery razy więcej. Na tych i podobnych podstawach Sąd Najwyższy USA nakazał Uniwersytetowi Teksasu w Austin przyjąć Sweatta do grona studentów.

Painter zdobył renomę naukową długo wcześniej, ustalając oficjalną liczbę chromosomów w ludzkiej komórce. On pierwszy w 1921 roku użył komórek nasienia, by pod mikroskopem zliczyć, ile jest w nich chromosomów. Komórki nasienia i komórki jajowe posiadają połowę liczby chromosomów, jakie znajdują się w zwykłych komórkach ludzkiego ciała. Painter podał w tekście opublikowanym w 1923 roku, że w plemnikach są 24 chromosomy. Zapisano nawet jego słowa na ten temat: "Jestem pewien, że ta liczba jest poprawna". Inni uczeni powtarzali jego eksperyment i otrzymywali tę samą liczbę. Zdecydowano więc, że całkowita liczba chromosomów wynosi 2 x 24, czyli 48.

Oczywiście, naprawdę tych chromosomów jest 46, a nie 48. Ale autorytet Theophilusa Paintera był tak wielki, że liczby tej nie zmieniono przez ponad 30 lat. Według komentatora BBC Roberta Matthewsa, "biochemicy przez lata nie chcieli uznać, że u ludzi występują 23 pary chromosomów". Dlaczego? "Ponieważ było to sprzeczne z twierdzeniami tego wpływowego amerykańskiego zoologa". W rezultacie "zamiast sprzeciwić się temu wielkiemu człowiekowi, wielu wolało ignorować świadectwo własnych oczu." [1]

Poprawną liczbę chromosomów ustalono dopiero pod koniec 1955 roku, gdy Joe Hin Tjio, urodzony na Jawie Chińczyk pracujący w Europie, oraz szwedzki uczony Albert Levan na podstawie badań komórek embrionalnych obliczyli, że człowiek posiada 46 chromosomów. [2]

Według Matthewsa problem nie polegał na tym, że Painter się mylił, ale na tym, że "uczeni woleli ulegać autorytetowi, niż uwierzyć świadectwu własnych oczu. Gdy później sprawdzano fotografie chromosomów w dawnych podręcznikach, odkryto, że wyraźnie widoczne są 23 pary, ale podpisy pod tymi fotografiami głosiły, że liczba ta wynosi 24." [3]

Uleganie wpływowi autorytetów jest w nauce częste. Przykłady można znaleźć nawet w fizyce. Amerykański fizyk Robert Millikan zdobył Nagrodę Nobla w 1923 roku za pomiar ładunku elektronu. Kilka lat później wyszło na jaw, że dobrał sobie dane, aby pasowały do jego prekoncepcji na temat, jak brzmi odpowiedź na zadane pytanie. Ładunek podany przez Millikana okazał się za duży. Ale był on tak wpływowym uczonym, że późniejsze pomiary tylko nieznacznie obniżały podaną przez niego wartość ładunku elektronu - nikt nie chciał krytykować tej wielkiej, czcigodnej postaci.

Postawa taka staje się w pełni zrozumiała, gdy uświadomimy sobie moc konformizmu. Amerykański psycholog Solomon Asch (notabene, urodzony w Warszawie, wyemigrował do USA w wieku 13 lat) w połowie lat 50. przeprowadził ciekawy eksperyment. Eksperymentowi podlegała osoba siedząca obok kilku innych osób. Pokazywano im linię o pewnej długości i proszono o odpowiedź, która z trzech kolejnych linii ma tę samą długość. Wszystkie osoby, z wyjątkiem tej jednej poddawanej eksperymentowi, zmówiły się, że będą udzielać tej samej fałszywej odpowiedzi. W rezultacie nawet trzy czwarte badanych ulegało presji i zgadzało się z błędną odpowiedzią. Gdy odpowiadali samotnie, prawidłowych odpowiedzi było blisko 100%.

Liczenie chromosomów pod mikroskopem to nauka operacyjna, która dotyczy powtarzalnych i obserwowalnych faktów na temat świata i tego, jak ten świat funkcjonuje. Ewolucjonizm jednak jest nauką historyczną. Nie badamy bezpośrednich faktów, o których mówimy, ale pozostałości bądź skutki tamtych faktów, oczywiście przy odpowiedniej interpretacji. Ewolucjonizm operujący setkami milionów lat stał się dominującym wszechwładnie paradygmatem, systemem myślowym przyjmowanym z góry i używanym jako podstawa do interpretowania wszystkich innych danych. Uczeni mają staledo czynienia już nie z jednym "Painterem", ale z całym stadem autorytetów głoszących, że ewolucjonizm to fakt.

Otrzymujemy w ten sposób odpowiedź, dlaczego w sprawie "ewolucja czy stworzenie?" tak wielu uczonych niewolniczo podąża w tym samym kierunku pomimo tego, co mówi dostępny materiał empiryczny.

Przypisy:

[1] "Focus" April 2010, issue 214, s. 24 (www.bbcfocusmagazine.com).
[2] Joe Hin Tjio, Albert Levan, "The chromosome number of man", Hereditas 1956, vol. 42, s. 1-6.
[3] Robert Matthews, "The bizarre case of the chromosome that neper was", Sunday Telegraph, 14 May 2000, http://tiny.pl/hc4pp. (Carl Wieland, "The Great Chromosome Fiasco", Creation 2011, vol. 33, No. 1, s. 19.)


ŚWIAT W ŁAPACH PORYWACZA

Bowiem cały nasz świat kilka tysięcy lat temu wpadł w niewolę, a ludzkość, będąca ofiarą tej niewoli, objawia cechy syndromu sztokholmskiego, identyfikując swoje myśli i pragnienia bardziej z porywaczem niż ze Stwórcą.

Porywanie ludzi i branie zakładników staje się natychmiast tematem mediów, ponieważ przestępstwo to jest strasznym wydarzeniem, a ofiary z reguły są bezbronne. Jednak jest ono ciekawe także i z innego powodu - ponieważ między porywaczami a ofiarami wytwarza się niezwykła relacja.

Jaycee Lee Dugard, która została porwana na przystanku autobusowym w 1991 roku, mając zaledwie 11 lat, przetrzymywana była w niewoli przez następne 18 lat. W tym czasie nie próbowała uciekać, gdyż między nią a porywaczem utworzył się ścisły związek emocjonalny. Jej ojczym powiedział, że "darzyła tego faceta mocnym uczuciem" oraz że "to było jak małżeństwo". [1]

Natascha Kampusch, porwana w wieku 10 lat w drodze do szkoły, była przetrzymywana w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu przez 8 lat, zanim w końcu udało jej się uciec. Doniesienia mówią, że płakała, gdy rzucając się pod pociąg, porywacz popełnił samobójstwo. "Mogę tylko powiedzieć, że stopniowo coraz bardziej mi go żal" - powiedziała. Określiła go też jako "zagubionego biedaka".

Shawn Hornbeck po 10 miesiącach niewoli w rękach porywacza zadzwonił na policję, by donieść o kradzieży roweru. Jednak gdy poproszono go, by się przedstawił, podał swoje imię, Shawn, oraz nazwisko porywacza, Devlin. Został z porywaczem jeszcze trzy lata, nigdy nawet nie próbując uciekać, gdy mężczyzny nie było w domu.

Najgłośniejszy był przypadek Patty Hearst, córki magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, która nie tylko była po swoim porwaniu posłuszna przywódcy Symbiotycznej Armii Wyzwolenia, ale również przyjęła nowe nazwisko i dobrowolnie uczestniczyła w napadzie na bank.

SYNDROM SZTOKHOLMSKI
Wszyscy ci zakładnicy identyfikowali się ze swoimi porywaczami i popierali ich nawet wtedy, gdy odzyskali wolność. Psychologowie dysponują specjalnym terminem na oznaczenie tego irracjonalnego związku między porywaczem i ofiarą. Mówią o tzw. syndromie sztokholmskim. Termin ten odnosi się do ofiar, które przywiązują się do porywaczy, stają się lojalne wobec nich, a nawet odczuwają z nimi więź duchową.

Określenie to powstało po obrabowaniu banku w Sztokholmie w 1973 roku, gdy dwaj złodzieje przez sześć dni przetrzymywali czterech pracowników w podziemiach banku. Gdy zostali uwolnieni, ich reakcja zaszokowała świat. Ściskali i całowali porywaczy, deklarując przywiązanie do nich nawet wtedy, gdy porywaczy odwożono do więzienia.

Psychologowie są nadal w rozterce, jak wyjaśnić taki dziwaczny związek. Wydaje się, że wypływa on z postrzegania porywacza jako jedynej osoby, która decyduje o życiu i śmierci swoich ofiar. Dlatego zakładnicy dopasowują swoje myśli i uczucia do myśli i uczuć porywacza.

Z pewnością to reakcja paradoksalna, ale nie tak odległa od tego, co widzimy na co dzień. A przynajmniej, co powinniśmy widzieć, gdy się dobrze zastanowimy nad tym, z czym stale się stykamy i co umyka większości psychologów. Przyczyną niedostrzegania tego jest fakt, że nie tylko większość psychologów, ale i większość ludzi w ogóle uległa do pewnego stopnia tej chorobie. Bowiem cały nasz świat kilka tysięcy lat temu wpadł w niewolę, a ludzkość, będąca ofiarą tej niewoli, objawia cechy syndromu sztokholmskiego, identyfikując swoje myśli i pragnienia bardziej z porywaczem niż ze Stwórcą. Tę na pozór dziwną, ale prawdziwą historię znajdujemy na kartach Biblii.

ŚWIATOPOGLĄD
Światopogląd, czyli widzenie świata przez pryzmat żywionych wartości, wpływa na to, co robimy i jak żyjemy. Nikt się nie rodzi z gotowym światopoglądem, rozwijamy go stopniowo wraz z upływem czasu. Jak świat wygląda, jak zachowują się ludzie, jakie żywią wartości, jakie cele stawiają sobie i społeczeństwu - to wszystko poznajemy i przyswajamy od dzieciństwa, bo jesteśmy cząstką tego świata. Przyswajamy w dodatku bez większego zastanowienia, odruchowo, automatycznie i traktujemy to jako oczywiste. Jeszcze kilkaset lat temu większość Europejczyków sądziła, że najlepszym i naturalnym ustrojem jest monarchia, dzisiaj sądzą, że demokracja. Poglądy demokratyczne wydają się równie oczywiste dzisiaj, jak monarchistyczne wydawały się przed wiekami.

Nasz światopogląd kształtuje się pod wpływem rodziców, krewnych, edukacji, mediów, pracy i doświadczenia życiowego, także pod wpływem religii. Większość ludzi nie zastanawia się nad swoim światopoglądem, nie analizuje jego elementów, nie porównuje krytycznie z innymi światopoglądami. Ale jesteśmy do niego mocno przywiązani. Atak na nasz światopogląd traktujemy jako atak na nas samych. Wartości dotyczące religii, zarówno przyjazne, jak i wrogie religii, oraz wartości polityczne stanowią jądro światopoglądu. Bronimy ich jak swojego życia, bo są tak głęboko zinternalizowane, że stają się naszym życiem.

W imię realnych lub wyimaginowanych zagrożeń narody rozpoczynają wojny. Niewłaściwy światopogląd jest źródłem wielu innych problemów, jak przestępstwa, przemoc, korupcja, kradzieże, złe rządy, perwersje seksualne, narkomania i alkoholizm, rozpad rodziny i ubóstwo. Te społeczne choroby są tak rozpowszechnione, że możemy uznać, iż światopogląd przeważającej większości ludzi jest błędny. A jednak ta większość ludzi uważa, że ma właściwy światopogląd.

Biblia przedstawia nam wyjaśnienie, dlaczego światopogląd prowadzący do katastrofalnych skutków uważany jest jednocześnie za jedynie słuszny i poprawny. Sprawcą jest szatan, wielki upadły anioł, działający w świecie jako niewidzialna siła, wskutek czego ludzie "znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce" (Rzym. 1:21). Święty Paweł Apostoł pisał o potrzebie uczenia takich ludzi prawdy o Bogu, bo "może oprzytomnieją i wyrwą się z sideł diabła, żywcem schwytani przez niego, zdani na wolę tamtego" (2 Tym. 2:26). Pismo Święte twierdzi więc, że ludzkość wpadła w sidła, znalazła się w niewoli i przejawia syndrom sztokholmski - bliższy jej jest porywacz niż Stwórca.

Biblia mówi ponadto, że szatan wykorzystuje w pełni słabość ludzkiej natury, by człowieka zniszczyć. Piotr Apostoł używa malowniczego języka: "Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć" (1Piotra 5:8).

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE WPADLIŚMY POD WŁADZĘ SZATANA?

Biblia odpowiada i na to pytanie. Szóstego dnia tygodnia stworzenia Bóg stworzył pierwszą ludzką parę. Wkrótce potem na scenie pojawił się Szatan pod postacią węża. Ukazawszy się Ewie, nakłonił ją, by stała się nieposłuszna Bogu i zjadła owoc z drzewa poznania dobra i zła. Przekonał ją, że jeśli zje ten owoc, nie umrze. Adam również zdecydował się na nieposłuszeństwo i zerwał owoc ze wspomnianego drzewa.

Te pierwsze ludzkie istoty zdecydowały się nie wierzyć Bogu i uwierzyć w słowa Szatana. Zdecydowały się posłuchać Szatana i być nieposłuszne Bogu. Zlekceważyły pouczenia Boga i postąpiły według zaleceń Szatana. Dobrowolnie poszły nie za Bogiem, ale w niewolę za diabłem. Dobrowolnie stały się więźniami.

Z pierwszej pary pochodzi cała ludzkość. Każdy mężczyzna i każda kobieta od tamtej pory idą śladem swoich biblijnych prarodziców, wybierając drogę grzechu - nieposłuszeństwa wobec Boga (Rzym. 5:12). Tylko jeden człowiek, Jezus Chrystus, nigdy nie zgrzeszył (Hebr. 4:15).

ŚWIAT POD WŁADZĄ SZATANA

Zanim Bóg stworzył Adama, Szatan przekonał trzecią część aniołów, by się zbuntowały przeciwko Bogu i spróbowały Go obalić (patrz Izaj. 14:13-14 oraz Obj. 12:4.9). Jezus widział, zanim jeszcze stał się człowiekiem, skutki buntu Szatana: "Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica" (Łuk. 10:18). Biblia uczy, że Szatan jest "bogiem tego świata" (2 Kor. 4:4), "Władcą mocarstwa powietrza" (Ef, 2:2) i że "zwodzi całą zamieszkałą ziemię" (Obj. 12:9). Św. Paweł wyjaśniał, że chrześcijanie walczą "przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich" (Ef. 6:12). Szatan odpowiada za wielkie religijne i quasireligijne zwiedzenia, które głoszą "innego Jezusa" i "inną Ewangelię". Sam przedstawia się jako anioł światłości, a jego słudzy podszywają się pod sprawiedliwość (2 Kor. 14-15). Ludzie w większości zaakceptowali rozmaite odmiany "innej Ewangelii", wierzą w obietnice zaprowadzenia raju na ziemi, czego skutkiem są miliony ofiar takich antychrześcijańskich ideologii, jak hitleryzm, komunizm, socjalizm lub humanizm oraz ich odmiany. W rezultacie "cały świat leży w mocy Złego" (1 Jana 5:19).

Na początku Adam i Ewa byli w stanie poznać prawdę. Ale grzech oddzielił człowieka od Boga. Mieszkańcy świata są w niewoli Szatana i nieświadomie identyfikują się z jego poglądami, wolą wierzyć w jego kłamstwa i nawet przyjmują jego przebiegłe metody. W konsekwencji musi to prowadzić do niezliczonych cierpień, choć z pozoru intencje mogą się wydawać szlachetne. Dlaczego tak jest, wyjaśnił Jezus: "Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa".

Ponieważ Szatan jest zabójcą, to nic dziwnego, że świat przez niego opanowany przepełniony jest gwałtem, że historia zapisana jest krwią i wojnami. Wojna przecież to nic innego jak morderstwo na masową skalę. Nawet to, z czego często jesteśmy dumni, postęp nauki i technologii, jest podporządkowane wytwarzaniu nowych technik jeszcze szybszego zabijania.

Jezus nazwał Szatana także "ojcem kłamstwa". Nic dziwnego więc, że w świecie, dla którego jest bogiem, kłamstwo spotykamy na każdym kroku. Telewizja kłamie, radio i prasa kłamią, rządy okłamują obywateli, okłamujemy się wzajemnie. Wszystkie idee i ideały, które nie pochodzą od Boga, są kłamstwem i muszą prowadzić do nieszczęścia. A jeśli się nam podobają mimo katastrofalnych następstw, to jest to przejaw jedynie syndromu sztokholmskiego.

Szatan był aniołem, który odrzucił kontrolę Boga i zbuntował się. Tego ducha buntu widzimy wszędzie dookoła. Bo świat przyjmuje naturę tego, który nad nim panuje. Słowo "szatan" znaczy właśnie "przeciwnik", "wróg". W konsekwencji jesteśmy wrogo nastawieni względem siebie i względem Boga.

Istnieje więc konkretny powód zła i cierpienia w świecie. Świat został opanowany przez złego i bezwzględnego porywacza, którego postawa stopniowo udzieliła się też i ofiarom tego porwania. Zwiódł on cały świat, a zwiedzeni najczęściej nie mają pojęcia, że zostali zwiedzeni.

Prof. Boalt School of Law na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, Phillip E. Johnson "Każda kultura musi posiadać historię stworzenia, stanowiącą fundament dla takich dziedzin, jak filozofia, edukacja i prawo."


DARWINOWSKI NATURALIZM
Największym osiągnięciem szatana było przekonanie świata, że szatan nie istnieje. To bardzo ułatwia jego zadanie. Ten sukces jest widoczny w nauce, zwłaszcza od połowy XIX wieku, od czasów Darwina.

Emerytowany profesor Boalt School of Law na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, Phillip E. Johnson, napisał wiele wyjaśniającą książkę Reason in the Balance. [2] Książka ta pozwala zrozumieć, jak łatwo ateiści i agnostycy, którzy są autorami wielu szkolnych podręczników i dominują w programach szkolnych, wpływają na widzenie świata i miejsca człowieka w świecie. Zwłaszcza nauczanie darwinowskiego ewolucjonizmu wpływa niszcząco na młode umysły.

Profesor Johnson opisuje, jak darwiniści kształtują całą kulturę społeczeństw: "Darwinowska teoria ewolucji jest ważna przede wszystkim nie jako teoria naukowa, ale jako dominująca historia stworzenia. Każda kultura musi posiadać historię stworzenia, stanowiącą fundament dla takich dziedzin, jak filozofia, edukacja i prawo. Jeśli chcemy wiedzieć, jak żyć i odnosić się do istot nam podobnych, sami musimy najpierw wiedzieć, w jaki sposób i dlaczego zaczęliśmy istnieć. W momencie, gdy w danej wspólnocie panuje wyraźna niezgoda co do historii stworzenia, mamy do czynienia z poważnym konfliktem, określanym mianem "wojny kulturowej"."[3]

Profesor Johnson wyjaśnia następnie, jak darwinowski naturalizm niszczy zachodnie społeczeństwa: "W dziewiętnastym i dwudziestym wieku na miejscu tradycyjnej historii stworzenia pojawiła się zupełnie inna historia. Najpierw zapanowała pośród najbardziej wykształconych elit, a potem stopniowo w całym społeczeństwie. Według nowej historii nie jest prawdą, że zostaliśmy stworzeni przez Boga - wręcz przeciwnie, to nasi przodkowie stworzyli Boga w swych przednaukowych wyobrażeniach. Nowa opowieść głosi, że wszystkie żyjące istoty rozwinęły się w niekierowanym, pozbawionym celu materialnym procesie, który polega na przypadkowych zmianach genetycznych i doborze naturalnym." [4]

Zgodnie z tym sposobem myślenia Boga nie ma i nie musimy uwzględniać Go przy podejmowaniu decyzji. Szatan chciałby, byśmy uwierzyli, że pojawiliśmy się na ziemi dzięki przypadkowi i że nie istnieje wszechmocny Stwórca ani Jego zasady, jak powinniśmy żyć. Chciałby, abyśmy wywnioskowali, że możemy robić, co się nam żywnie podoba, bez moralnych ograniczeń.

Naturalizm, niewiara w istnienie czegokolwiek poza otaczającym nas światem przyrody, jest misternym sposobem reedukowania ludzi, uwalniania ich od poczucia winy za grzech, zastępując Boską moralność niemoralnością lub amoralnością. Gdy nie mamy rzeczywistych standardów dobra i zła, naprawdę obowiązuje tylko darwinowskie przetrwanie najbardziej dostosowanego i bezwzględna walka o byt.


Przypisy:
[1] Ten i pozostałe przykłady za: Laura Fitzpatrick, "A Brief History of Stockholm Syndrome", Time, Aug. 31, 2009, http://tiny.pl/hwm63.
[2] Phillip E. Johnson, Reason in the Balance: The Case Against Naturalism in Science, Law and Education, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois 1995. Pierwsze 70 stron tej książki, obejmujących 3 rozdziały, zostało przetłumaczonych na język polski: Phillip E. Johnson, Wielka metafizyczna opowieść nauki, Archiwum Na Początku... z. 13, Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne, Warszawa 2003 i jest dostępnych w cenie 8 zł na stronie Wydawnictwa Megas, http://wydawnictwomegas.pl/?menu=books.
[3] Johnson, Wielka metafizyczna opowieść nauki..., s. 9.
[4] Tamże, s. 10. (Jerold Aust, "A World Held Captive Soon to Be Set Free!", The Good News September/October 2010, vol. 15, no. 5, s. 4-8.)


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut