14.9 C
Lublin, PL
24 czerwca 2018
Strona główna Tagi Kreacjonizm

Tag: kreacjonizm

Naukowiec z USA: Miliony lat to bzdura!

Nie ma naukowych dowodów na tzw. miliony lat. Ewolucjonizm to mit! Nie da się pogodzić Biblii z teorią ewolucji - mówił prof. Terry Mortenson...

Lista wykładów prof. Terry’ego Mortensona z konferencji kreacjonistycznej w Lublinie

W dniach 9-11 marca 2018 w Patriotycznym Centrum Kultury „Idź Pod Prąd” w Lublinie odbyła się konferencja kreacjonistyczna "Odkrywanie prawdy o pochodzeniu" z udziałem prof....

Homologia – oznaka bezmyślnego doboru czy inteligentnego projektu?

Marta Cuberbiller W przyrodzie powszechne są powtarzające się wzorce i podobieństwa. Księżyc krąży wokół Ziemi, Ziemia wokół Słońca, Słońce wokół środka Galaktyki. Ludzkie odciski palców...

Do czego służy wyrostek robaczkowy

Marta Cuberbiller Przez długi czas biologowie ewolucyjni uważali wyrostek robaczkowy za absolutnie nieprzydatną część ludzkiego organizmu. Ewolucjoniści wskazywali, że 7% osób w krajach rozwiniętych cierpi...

Mityczna seria ewolucji konia

Marta Cuberbiller Przykład ewolucji konia występuje w każdym podręczniku biologii jako najlepiej udokumentowany i zbadany przypadek ewoluowania jednego schematu budowy ciała w inny. Sława tego...

Kreacjoniści vs. ewolucjoniści – wrażenia po debacie

Czy było warto? Czy było obiektywnie? Czy organizować kolejne? Dyskutanci i widzowie dzielą się wrażeniami po debatach "Skąd się tu wzięliśmy? Przez przypadek czy w wyniku projektu?", które odbyły się na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie, 28 i 29 maja 2015 r.


{youtube}eE8uU2JJBsI{/youtube}

 

Czy było warto? Czy było obiektywnie? Czy organizować kolejne?
Dyskutanci i widzowie dzielą się wrażeniami po debatach "Skąd się tu wzięliśmy? Przez przypadek czy w wyniku projektu?", które odbyły się na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie, 28 i 29 maja 2015 r.

Nagrania z debat wkrótce na naszym kanale

Zapraszamy na facebooka: http://facebook.com/idzpodprad

Wesprzyj Telewizję Antysystemową: http://idzpodprad.pl/wsparcie

Kiedy nauka jest wrogiem wiary?

Żyjemy w epoce, w której naczelnym autorytetem poznawczym dla większości ludzi nie jest religia, ale nauka. Przekonywani jesteśmy do tego na każdym kroku – w szkole i na uniwersytecie, w prasie, radiu i telewizji, a nawet przez wielu duchownych, którzy wyobrażają sobie, że ratują religię, dopasowując ją do stale zmieniających się orzeczeń nauki.


Ale co to jest nauka? Dla większości ludzi, nawet tych wykształconych, przypomina ona powietrze. Wszyscy wiemy, że powietrze istnieje, ale do niedawna nie znano nawet jego składu. Nawet absolwenci wydziałów przyrodniczych oraz politechnik, którzy praktycznie znają tę czy inną dziedzinę nauki, wierzą w mnóstwo mitów i przesądów na temat jej natury. Linus Pauling, który dwukrotnie zdobył Nagrodę Nobla (raz z chemii, a drugi raz nagrodę pokojową), tak zdefiniował naukę: „Nauka to poszukiwanie prawdy, to wysiłek zrozumienia świata”. Pauling, jak zresztą większość przyrodników, wyobrażał sobie uprawianie nauki jako bezstronne, obiektywne poszukiwanie prawdy metodami empirycznymi.

 

Jeżeli Bóg stworzył świat, to czy bezstronne, obiektywne badania tego stworzonego świata może podważyć wiarę w Boga? Czy nauka i religia mogą być skonfliktowane?

 

Ciekawie na temat związków religii i nauki wypowiadał się Albert Einstein:

Chociaż domeny religii i nauki same w sobie są wyraźnie od siebie oddzielone, istnieje mimo to między nimi mocny dwustronny związek i zależność. Chociaż religia może wyznaczać pewne cele, to uczy się od nauki, jakie środki przyczynią się do ich osiągania.
Naukę mogą tworzyć tylko ci, którzy przesiąkli dążeniem do prawdy i chęcią zrozumienia świata. Ale dążenia te wypływają z religii. Należy do tego także wiara w racjonalność reguł obowiązujących w istniejącym świecie, w racjonalność, czyli w możliwość ich uchwycenia przez rozum. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie uczonego z prawdziwego zdarzenia bez takiej głębokiej wiary. Ten stan rzeczy można przedstawić następująco: nauka bez religii jest kulawa, religia bez nauki jest ślepa. [1]


Einstein uważał więc, że nauka od religii przejęła cel - dążenie do prawdy i chęć zrozumienia świata - a także przekonanie, że świat jest racjonalny i poznawalny rozumowo. Einstein rozumiał  przez to, że świat jest matematyczny. Ale to nauka wypowiada ostateczne słowa na temat świata, religia może się tego uczyć od nauki. Religia w tym ujęciu, choć ważna dla nauki, jest jej podporządkowana treściowo. Stąd się biorą przekonania następców Einsteina, że „ilekroć zaistnieje konflikt pomiędzy dosłowną interpretacją jakiegoś tekstu biblijnego a prawdą dotyczącą przyrody, udowodnioną przy pomocy wiarygodnych argumentów, chrześcijanin powinien poddać tekst biblijny reinterpretacji metaforycznej”. [2] Wybitny polski filozof i teolog, ks. prof. Michał Heller, tak ujmuje całą relację nauki i wiary, głosząc potrzebę modyfikowania teologii stosownie do osiągnięć nauki. [3] 

 

Dlaczego więc tak często słyszymy o konflikcie nauki i religii? Czy konflikt ten jest wymyślony, czy realny? Jeśli religia jest podporządkowana nauce, to konflikt taki może być tylko tymczasowy, do chwili gdy zmodyfikuje się teologię zgodnie z orzeczeniami nauki. [4]

 

Pogląd, że nauka i religia są niezgodne, rozpowszechnił się dopiero w XIX wieku. [5]  Wcześniej zakładano, że jeśli uczeni i teologowie różnią się w jakiejś sprawie, to wskutek błędu popełnionego przez jedną ze stron i starano się ten błąd usunąć. Popularna była koncepcja dwu ksiąg – Biblii i Przyrody – które miały tego samego Autora. A jeśli tak, to z natury rzeczy nauka i religia nie mogły się trwale różnić. XIX wiek zmienił to widzenie.

 

W Polsce istnieją cztery ośrodki zajmujące się badaniem relacji nauka-religia. Trzy z nich związane są z uczelniami katolickimi (UKSW w Warszawie, KUL-em w Lublinie i Uniwersytetem Papieskim oraz Centrum Kopernika w Krakowie). Dominują w nich koncepcje dwu ksiąg lub podporządkowania religii i teologii nauce. Czwarty ośrodek, zorganizowany przez prof. Kazimierza Jodkowskiego, istnieje na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pracujący tam filozofowie nauki wypowiadają opinię, że konflikt nauka-religia jest rzeczywisty i nieusuwalny, choć czasami jakiś fragment tego konfliktu może zanikać, by po jakimś czasie pojawić się ponownie. Zdaniem Jodkowskiego bowiem w XIX wieku, głównie za sprawą Karola Darwina, nastąpiła zmiana wrozumieniu nauki. Wcześniej naukę rozumiano tak, jak scharakteryzował ją Linus Pauling – jako bezstronne, obiektywne i uczciwe poszukiwanie prawdy. Takie rozumienie nauki nie wykluczało tego, że niektóre zdarzenia lub struktury znajdowane w świecie były skutkiem działania Istoty Nadprzyrodzonej, lub mówiąc językiem teologicznym, że niektóre zdarzenia były cudami. I rzeczywiście, uczeni niekiedy postulowali w swoich wyjaśnieniach aktywność Boga. Newton na przykład uważał, że Bóg czuwa nad tym, by gwiazdy pod wpływem sił grawitacji nie zlały się w jedno gorejące ciało i od czasu do czasu odpowiednio w świecie interweniuje. Biologowie, widząc złożoność i różnorodność świata ożywionego, jego powstanie przypisywali Stwórcy. Darwin takie rozumienie nauki przekreślił: „przypuszczenie, że każdy gatunek powstał tylko na jednym, pierwotnym obszarze, urzeka swą prostotą. Kto odrzuca to przypuszczenie, odrzuca także vera causa zwykłego powstania i następnego rozpowszechnienia gatunków, a odwołuje się do cudu”. [6]  Łaciński zwrot vera causa, użyty przez Darwina, znaczy „prawdziwa przyczyna”. Darwin więc uważał, że rzekome akty stwórcze Boga nie były prawdziwymi przyczynami. Zamiast stworzenia miało miejsce jego zdaniem „zwykłe powstanie i rozpowszechnianie gatunków”.

 

Darwin skutecznie narzucił to swoje rozumienie biologii innym biologom. Z czasem rozszerzyło się ono także na inne działy nauki. Dziś olbrzymia większość uczonych przyjmuje perspektywę Darwinowską. Zakaz odwoływania się w nauce do aktywności stwórczej Boga i ograniczanie się do przyczyn istniejących wewnątrz przyrody nosi nazwę naturalizmu (natura=przyroda). Ale naturalizm nie jest jedynym możliwym sposobem uprawiania nauki. Wystarczy wspomnieć, że przed Darwinem uczeni nie byli naturalistami. Dziś jedynie kilkuprocentowa mniejszość uczonych ma odwagę odrzucać naturalizm i uprawiać naukę, opierając się na innym założeniu. Naturaliści wyniki badań dopasowują do założenia naturalizmu. Kreacjoniści wyniki badań (bardzo często te same, bo dlaczego miałyby być inne?) dopasowują do innego założenia – nadnaturalizmu. Kreacjoniści chrześcijańscy to ogólne założenie konkretyzują: wyniki badań powinny być uzgodnione z Pismem Świętym, które posiada najwyższy autorytet.

 

Jodkowski założenie naturalizmu i nadnaturalizmu oraz każde inne założenie, bez którego nauka nie może funkcjonować, nazwał epistemicznym układem odniesienia. [7] Nie jest możliwe bezzałożeniowe uprawianie nauki. Jakieś założenie uczony musi wstępnie przyjąć. To, jakie przyjmie, zależy od jego światopoglądu oraz od wpływu środowiska, w którym pracuje.

 

Dopiero ujawnienie istnienia epistemicznych układów odniesienia pozwala zrozumieć, dlaczego ewolucjoniści (i szerzej: naturalistyczni uczeni) są tak wrogo nastawieni do religii. Dopiero wtedy staje się zrozumiała maksyma Williama Provine’a: „Ewolucjonizm jest najskuteczniejszym narzędziem do produkowania ateizmu, jakie kiedykolwiek wymyślono” [8] oraz opinia Richarda Dawkinsa: „dopiero Darwin sprawił, że ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie”. [9]

 

Mieczysław Pajewski
[email protected]
www.creationism.org.pl/Members/miepaj

Przypisy:

1 Albert Einstein, The World as I See It, Philosophical Library, New York 1949, s. 27-28.
2 Ernan McMullin, Ewolucja i stworzenie, Ośrodek Badań Interdyscyplinarnych przy Wydziale Filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej, Kraków 1990, s. 2.
3 Por. Michał Heller, Nowa fizyka i nowa teologia, Biblos, Tarnów 1992.
4 Więcej na ten temat patrz w: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, Realizm. Racjonalność. Relatywizm t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 40-45, http://tiny.pl/qjjdm. Omawianą postawę religii wobec nauki Jodkowski nazywa „kapitulancką”.
5 Głównie za sprawą dwu książek: John William Draper, History of the Conflict Between Religion and Science (1874), http://tiny.pl/qhc1f;

Andrew Dickson White, A History of the Warfare of Science with Theology in Christendom (1896), http://tiny.pl/qhc56. Książki te miały wiele wydań, a ich autorzy wielu naśladowców.
6 Karol Darwin, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, DeAgostini - Altaya, Warszawa 2001, s. 422, http://tiny.pl/qhcl5
7 Por. „Epistemiczne układy odniesienia i «warunek Jodkowskiego»”, w: Anna Latawiec, Grzegorz Bugajak (red.), Filozoficzne i naukowo-przyrodnicze elementy obrazu świata 7, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2008, s. 108-123, http://tiny.pl/hnds2; „Konflikt nauka-religia a teoria inteligentnego projektu”, w: Kazimierz Jodkowski (red.), Teoria inteligentnego projektu – nowe rozumienie naukowości?, Biblioteka Filozoficznych Aspektów Genezy t. 2, Wydawnictwo Megas, Warszawa 2007, s.160-166 [145-180], http://tiny.pl/hkdqr; „Zasadnicza nierozstrzygalność sporu ewolucjonizmkreacjonizm”, Przegląd Filozoficzny – Nowa Seria 2012, R. 21, nr 3 (83), s. 215-221 [201-222], http://tiny.pl/qh1cj; „Nienaukowy fundament nauki”, w: Zbigniew Pietrzak (red.), Granice nauki, Lectiones & Acroases Philosophicae 2013, vol. VI, nr 1, s. 93 - 107 [59-108], http://tiny.pl/qh1dl.
8 Cyt. za: Kazimierz Jodkowski, „Naturalizm ewolucjonizmu a wiara religijna. Przypadek Darwina”, Przegląd Religioznawczy 1999, nr 1 (191), s. 34 [17-34], http://tiny.pl/bpl7.
9 Richard Dawkins, Ślepy zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997, s. 28.

 

DWA NAJNOWSZE POTWIERDZENIA JEDYNIE SŁUSZNEJ TEORII EWOLUCJI

Zmysłowy ruch kobiecych bioder potwierdza teorię ewolucji [1]

Teoria ewolucji to nie tylko wspaniała teoria tłumacząca pochodzenie różnych form życia. To także wspaniałe źródło rozumienia wszystkich sfer działalności człowieka. Mamy do czynienia z procesem zwanym darwinizacją kultury. Jeśli ktoś myśli, że w świecie ożywionym istnieje coś, czego ewolucjonizm nie potrafi wyjaśnić, to się głęboko myli. Wszystko jest podporządkowane zasadzie "survival of the fittest", czyli przetrwaniu najstosowniejszego. Wszystko, a więc tym bardziej seks. Jeśli jakieś indywiduum nie lubi seksu, to z dużym prawdopodobieństwem nie przekaże tej nieciekawej i nieprzyjemnej cechy przyszłemu pokoleniu. Geny, które rządzą naszym zachowaniem, zmuszają na przykład kobiety, by robiły wszystko, aby podobać się mężczyznom. Jeśli bowiem tego nie robią, jeśli im na tym nie zależy, to z dużym prawdopodobieństwem..., już wyżej pisałem, jak skończą.
Zaczynamy po takim wstępie rozumieć, dlaczego kobiety tak długo rano malują się w łazience, oglądając się ze wszystkich stron w lustrach, dlaczego godzinami potrafią chodzić po sklepach odzieżowych i siedzieć w zakładach fryzjerskich, a nawet dlaczego chodzą tak,jak chodzą, poruszając biodrami, że aż... mężczyznom podnosi się ciśnienie...
Ale przecież nie zawsze kobiety są płodne. Szansa na jej zapłodnienie istnieje tylko przez kilka dni w miesiącu. Proste zastosowanie ewolucyjnego sposobu myślenia pozwala przewidzieć, że kobiety chodzą bardziej prowokująco w okresie płodnym niż w niepłodnym. Bo po co miałyby się tak bardzo starać w okresie niepłodnym? Jest więc pomysł, jak empirycznie po raz kolejny potwierdzić słuszność ewolucjonizmu, który – oczywiście – ma tysiące potwierdzeń w najrozmaitszych dziedzinach, ale zawsze przydałoby się jeszcze jedno.
Na takie badania zawsze znajdą się pieniądze. Naukowcy z kanadyjskiego Uniwersytetu Queen’s w Ontario przeprowadzili eksperyment z udziałem 40 zadowolonych z tego mężczyzn w roli widzów. Przed nimi przechodziły w sposób naturalny, jak to zawsze robią przed mężczyznami, różne młode kobiety. A mężczyzn w tym miłym eksperymencie pytano, chód których kobiet był dla nich najbardziej podniecający. Eksperyment, niestety, trzeba było powtórzyć, bo wynik był niezadowalający, niezgodny z oczekiwaniami: kobiety chodziły w sposób najbardziej podniecający mężczyzn właśnie, gdy nie były płodne. Jednak drugi podobny eksperyment przyniósł identyczny kłopotliwy wynik.
Ale czy na tej podstawie można zwątpić w teorię ewolucji? W żadnym wypadku! Teoria ewolucji wychodziła zwycięsko nie z takich opałów! Meghan Provost, która kierowała zespołem naukowców (szczęśliwych, oczywiście, bo to popatrzeć sobie można na młode dziewczyny, a i pieniądze za to dali), łatwo wynik badań wyjaśniła: "Jednym z wytłumaczeń [jednym z wytłumaczeń – czyli wytłumaczeń jest wiele, nie ma co się martwić!] wyników badań może być to, że kobiety w szczytowym okresie płodności starają się ukryć swoją seksualność, by nie przyciągnąć potencjalnych gwałcicieli lub nieodpowiednich partnerów". Proste, prawda? I przekonujące, jak wszystkie wyjaśnienia ewolucjonistyczne. Nie­odpo­wiedni partner nie daje dobrej gwarancji opieki nad matką i dzieckiem, dlatego kobiety słusznie unikają zbliżeń z takimi osobnikami. Z wypowiedzi pani Provost wynika, że gwałciciel byłby co prawda odpowiednim partnerem, ale on jednak również nie wchodzi w grę, bo najczęściej po gwałcie, niestety, ucieka, jeśli ma jeszcze trochę sił, więc jego też trzeba unikać.
Gdyby się okazało, że kobiety najbardziej podniecająco ruszają biodrami, gdy są płodne, byłoby to wspaniałe potwierdzenie teorii ewolucji. Ponieważ okazało się, że najbardziej podniecająco ruszają biodrami, gdy są niepłodne, jest to jeszcze wspanialsze potwierdzenie tej samej teorii. Jak pisze Dawkins w Bogu urojonym, Darwin rozerwał kotarę, przez szparę w której dotychczas patrzyliśmy na świat (i, dodajmy, młode kobiety).
Ja widzę tu jeszcze jedno potwierdzenie teorii ewolucji. Wynik badań uczonych kanadyjskich tłumaczy doskonale, dlaczego mężczyźni nie oglądają się za kobietą, która jest nieumalowana, ubrana tak szczelnie, że nic nie widać, i jeszcze na dodatek beznadziejnie człapie nogami. Mężczyźni nie wiedzą, dlaczego taka kobieta im się nie podoba, ale my uzbrojeni w ewolucjonizm wiemy: taka kobieta najprawdopodobniej jest płodna, a więc niezwykle niebezpieczna dla mężczyzn, którzy nie chcą płacić alimentów (a który mężczyzna chce je płacić?).
Od 150 lat dysponujemy teorią, która daje nam pełne rozumienie rzeczywistości.

Kolejne potwierdzenie słuszności ewolucjonizmu
[2]

"The Sydney Morning Herald" doniósł 14 grudnia 2007 roku o wyroku na pewnym angielskim turyście, który blisko 2 lata temu zabił swojego znajomego. Obaj panowie mocno trunkowali całą noc i kłócili się, kto ma rację – ewolucjoniści czy kreacjoniści. Następnego dnia spór ten wybuchł między nimi ponownie i skończył się tym razem śmiercią jednego z nich. Sąd skazał  żyjącego uczestnika sporu na maksymalnie 5 lat więzienia z zastrzeżeniem, że nie może on z niego wyjść przed upływem 3 lat.
Ta smutna historia ma jednak radosną cechę, jest mianowicie kolejnym po­twier­dzeniem słuszności darwinowskiej teorii ewolucji. Ewolucjonizm, jak wiemy, ma tysiące potwierdzeń w rozmaitych dziedzinach, ale zawsze cieszy możliwość znalezienia następnego. Nie wiemy z tekstu dokładnie, kto zabił – ewolucjonista czy kreacjonista. Ale tylko zastanówmy się. Jeśli zabójcą był kreacjonista, potwierdza to przekonanie ks. abpa Życińskiego, że kreacjonizm jest przejawem patologii myślenia. Patologie chodzą parami, więc nic dziwnego, że zwolennik pseudonauki ma jednocześnie mordercze skłonności. Ale najprawdopodobniej to kreacjonista był ofiarą. Wskazuje na to niski wyrok. Możemy domniemywać, że zdaniem sędziego wysłanie kreacjonisty na tamten świat cechuje się znikomą szkodliwością czynu – i dlatego orzekł tylko 3 lata więzienia. Przecież niemożliwe, by za zabójstwo oświeconego ewolucjonisty można było dostać 3 lata więzienia! W tym przypadku również ujawnia się wyższość ewolucjonizmu nad kreacjonizmem. Nie tylko dlatego, że kreacjonistów jest teraz mniej niż wcześniej, ale także ponieważ potwierdza to ewolucjonistyczną regułę, że mniej przystosowani mają mniejszą szansę przeżycia i wydania potomstwa.
Jak na to nie patrzeć, ewolucjonizm góruje nad kreacjonizmem.

Przypisy:
1"Seksowny ruch kobiecych bioder może mylić...", tłum. Adam Przegaliński, źródło: BBC czwartek, 08.11.07; http://tiny.pl/j9gx.
2 http://tiny.pl/4rpj


Jak odczytywać Księgę Rodzaju?

"Nie uprawiamy liberalnej teologii - my tylko interpretujemy inaczej Biblię". Tak mówi wielu ewangelicznych chrześcijan, gdy porzuca tradycyjne rozumienie niektórych fragmentów Pisma Świętego. Często to słychać dzisiaj, jeśli chodzi o Genesis (Księga Rodzaju).
W ujęciu tradycyjnym Księga Rodzaju daje nam rzetelną informację: mówi w zarysie, jak Bóg stworzył świat i pierwsze istoty ludzkie oraz jak popadły one w grzech. Chociaż `stworzenie ex nihilo jest tak dalekie od naszego codziennego doświadczenia, że trudno nam interpretować jego szczegóły, to jednak możemy z tekstu wyprowadzić pewne rozumienie zdarzeń, jakie rzeczywiście miały miejsce. Bóg stworzył Wszechświat i pierwsze istoty żywe. Adam i Ewa zostali stworzeni, nie zaś - wyewoluowani. Podjęli oni decyzję, by sprzeciwić się Bogu i złamali bliską społeczność, jaką się z Nim cieszyli.

Dziś jednak istnieje mocna tendencja, by traktować Genesis jako księgę niehistoryczną. Nawet niektórzy, przyjmujący resztę Biblii za rzetelną historię, unikają traktowania w ten sam sposób Księgi Rodzaju. Zamiast tego rozdziały od pierwszego do trzeciego tej księgi uważają za przenośne. Traktują je jako przypowieść, sagę, hymn chwały, poetyckie ujęcie procesu stworzenia, który sam w sobie jest niewyrażalny słowami, albo uznają za religijną polemikę z ideami pogańskimi. Mówi się, że celem Genesis 1-3 nie jest dostarczenie jakiejś informacji poznawczej, ale nakłanianie do uwielbienia Boga. Rozdziały te mają zawierać język obrazowy, którego nie należy rozumieć dosłownie, ale jedynie jako środek przekazania prawd duchowych.

Kto ma rację? Które ujęcie Genesis jest poprawne? Odpowiadając na to pytanie, moglibyśmy potraktować Księgę Rodzaju jak każdą inną literaturę i użyć zwykłych zasad interpretacji. Poszukując zrozumienia tekstu literackiego, moglibyśmy zadać tego typu pytania: Jaki rodzaj materiału chce on przedstawić? Jakim stylem literackim jest napisany? Jaki jest jego kontekst? Jak wygląda na tle innych pism z tego samego okresu?

Ci, którzy nalegają, iż Pismo Święte jest historycznie dokładne, nie rozumieją przez to, że zawiera ono tylko narrację prozą. W Piśmie Świętym znajdujemy różnorodność stylów literackich, zależnie od celu stawianego przez autora: poezję, pieśń, przypowieść, nakazy etyczne, nauczanie doktrynalne, modlitwę i tak dalej. Analizując konkretny fragment, musimy najpierw określić, jakim stylem został on napisany. Byłoby niemądre na przykład interpretowanie przypowieści Jezusa jako historię, ponieważ zostały one wyraźnie nazwane przypowieściami. Podobnie byłoby niezasadne interpretowanie fragmentu historycznego jako przypowieść tylko dlatego, że trudno nam weń uwierzyć. Jeśli mamy być biblijni, to musimy określić, co sama Biblia twierdzi o danym fragmencie i nie narzucać mu jakiejś innej interpretacji z pogwałceniem tekstu.

Styl
Jak odczytujemy opis stworzenia i upadku w pierwszych trzech rozdziałach Księgi Rodzaju? Najpierw, czym ten opis nie jest? Nie jest on poezją; widać to, porównując go z poetyckimi opisami stworzenia w innych częściach Pisma (np. Psalm 14 i Hioba 38). Te inne fragmenty korzystają z powszechnych narzędzi poetyckich jak metafora czy porównanie, których brak w Genesis 1. Nie jest to też przypowieść. Nie ma wprowadzenia, jakiego Jezus używał, gdy zaczynał Swoje przypowieści ("Królestwo Boże jest jak..."). Nie jest to wizja, bowiem brakuje mu zwrotów używanych przez Ezechiela, Daniela i Jana, gdy szczegółowo opisywali swoje wizje i sny ("... niebiosa się otworzyły").

Krótko mówiąc, nie ma niczego w literackim stylu Genesis 1-3, co by wskazywało, że należy tekst rozumieć jako coś innego niż narracja historyczna. Forma jest naturalna i opisuje rzeczy dalekie od naszego zwykłego doświadczenia (stworzenie i świat przed upadkiem), ale nie ma żadnej wskazówki, że należy ją brać za coś innego niż ujęcie wydarzeń, jakie faktycznie miały miejsce. Kreacjonista E.H. Andrews tak pisze na ten temat:

Wewnętrzna struktura tych tekstów wskazuje na bezpośrednią narrację, bez świadectwa typowych hebrajskich form poetyckich i bez "komentarza" sugerującego, że opisanych wydarzeń nie powinno się traktować dosłownie. [1]

Andrews czyni tu aluzję do kluczowej sprawy: nie jak my rozumiemy Księgę Rodzaju, ale jak starożytny Hebrajczyk mógł ją rozumieć. Zwroty, które brzmią dziwnie dla naszego ucha, mogą się wydawać poetyckimi, ale to nie jest ważne - ważne jest, czy jest to hebrajska forma poezji. Jeśli chcemy wiedzieć, co dany fragment znaczy, musimy zrozumieć, jak autor chciał, by jego słowa rozumiano: obrazowo, ironicznie, alegorycznie czy jako zwykłe stwierdzenie.

Aby odkryć intencję autora, musimy zwrócić uwagę na odkrycia archeologów, jeśli chodzi o starożytną literaturę Bliskiego Wschodu. Zwykło się sądzić, że starożytni nie interesowali się historią jako taką; że starożytne zapisy należy rozumieć jako legendę i mit. Sądzono, że pewne opowieści mogły być oparte na wydarzeniach, które zaszły w pewnej epoce, ale zostały zapisane dopiero później, gdy obrosły mocno legendą. Wiemy już, że nie jest to prawda. W starożytności wydarzenia zapisywano wówczas, gdy one zachodziły albo wkrótce po ich zajściu. Chociaż tradycja ustna często rozwijała się równoległe do pisemnego zapisu, to jednak standardową praktyką było rejestrowanie wszystkich większych wydarzeń na piśmie.

Dzisiejsi uczeni dużo bardziej szanują historyczną prawdziwość starożytnej literatury, niż zwykli to robić w przeszłości. Starożytni Hebrajczycy okazują się być szczególnie troskliwymi rejestratorami wydarzeń. R.K. Harrison tak pisze na ten temat:

Porównawcze studia historiograficzne wykazały, że obok Hetytów starożytni Hebrajczycy należeli do najdokładniejszych, najbardziej obiektywnych i odpowiedzialnych rejestratorów wydarzeń historii Bliskiego Wschodu. [2]

W rezultacie dużo większe zaufanie pokłada się obecnie we wczesnych fragmentach Starego Testamentu, które pretendują do historyczności, niż to było poprzednio. Nie możemy bezmyślnie mówić, że dawni ludzie po prostu nie byli zainteresowani historią. Przeciwnie, wykonali oni wspaniałą pracę rejestrowania wydarzeń historycznych.

Prawdą jest, że Księga Rodzaju jest napisana z religijnego punktu widzenia; nie jest ona po prostu suchym, pedantycznym ujęciem faktów, jaki mógłby wyjść spod ręki sądowej stenotypistki. Ma ona cel religijny: nauczać nas o Bogu i grzechu oraz o kondycji człowieka. Ale samo to nie znaczy, że autor manipulował faktami, aby dostarczyć przesłania religijnego albo że wymyślał w całości te opowieści, lub że uczniowie wymyślili historię o zmartwychwstaniu Jezusa, aby przekazać religijne przesłanie o nowym życiu w Bogu. Jak już powiedzieliśmy, dla autorów biblijnych znaczenie teologiczne jest zawsze uwikłane w faktach.

Mamy ponadto dane świadczące, że mentalność ta była powszechna na starożytnym Bliskim Wschodzie. Zwykle pisano historię z przesłaniem religijnym lub ideologicznym, ale mimo to pisano ją dokładnie. Zacytujmy znowu Harrisona:

Liczne wydobyte teksty klinowe pokazują, jak mezopotamscy autorzy wczesnego historiograficznego materiału wyrażali się w kategoriach obrazu świata, podobnie jak to było w przypadku pierwszych kilku rozdziałów Księgi Rodzaju, wskazując przez to, że materiału tego nie należy traktować jako mitu, lecz jako mezopotamską historiografię. [3]

Starożytni nie pisali historii w ten sam sposób, jak my to robimy, co wielu doprowadziło do stwierdzenia, że Stary Testament nie jest w ogóle historią. Ale to jest niewiarygodnie zaściankowy sposób myślenia. Jeśli chcemy zrozumieć jakiś utwór literacki, pochodzący z innej epoki lub kultury, to musimy polegać nie na tym, jak literatura ta oddziałuje na nas dzisiaj, lecz na tym, czego dowiedzieliśmy się z archeologii o kulturze i czasach, w których była napisana.

Umieszczenie w kontekście
Aby zrozumieć jakiś fragment, musimy zobaczyć, jak pasuje on do otaczającego go kontekstu. Większość ewangelicznych chrześcijan akceptuje treść Księgi Rodzaju od rozdziału 12 do końca jako rzetelnie historyczną (ujęcie dziejów Abrahama i powstanie narodu hebrajskiego). Często jednak kwestionuje się Genesis 1-11, zwłaszcza ujęcia stworzenia, upadku i potopu.

Jeśli jednak zbadamy sam tekst, to zobaczymy, że nie ma żadnej przerwy między tymi epizodami, które są kwestionowane, a resztą Księgi Rodzaju. Po opisie stworzenia i upadku w Genesis 1-3 następują w ciągły sposób genealogie rozdziałów 4 i 5, które bez wątpienia mają historyczną treść. Te z kolei w gładki sposób przechodzą w rozdziały 6-9, opis potopu, po którym z kolei następują gładko genealogie w rozdziałach 10 i 11 (z wplecioną między nie opowieścią o wieży Babel), a w końcu o powołaniu Abrahama w rozdziale 12. Nie ma żadnego świadectwa w samym tekście, które by wskazywało, że stworzenie, upadek, potop czy wieżę Babel należy rozumieć odmiennie od genealogii czy opisu dziejów Abrahama.

Całość Księgi Rodzaju jest ponadto związana w literackim stylu przez okresowe powtarzanie zwrotu "Oto są pokolenia..." Refren ten występuje w 2:4; 5:1; 6:9; 10:1; 11:10; 25:12; 36:1 oraz 37:2 [od tłumacza: Biblia Tysiąclecia różnie ten zwrot tłumaczy]. Łączy on nierozerwalnie opisy stworzenia i potopu z tymi fragmentami Genesis, które uznaje się za historyczne.

Nad dokładnym znaczeniem zwrotu "Oto są pokolenia..." teologowie głowili się przez długi czas. I wówczas w 1936 roku P.J. Wiseman wysunął hipotezę, że był to kolofon (jak u Babilończyków), wskazujący na istnienie tabliczek, jakie powszechnie znajdujemy w miejscach wykopalisk w Mezopotamii. Tabliczki te zwykle mają tytuł, potem następuje treść dokumentu - list lub dokument prawny - a na końcu znajduje się kolofon. Jeśli w kolekcji znajduje się więcej niż jedna tabliczka, kolofon zwykle obejmuje tytuł tabliczki, a potem imię skryby lub właściciela tabliczki (może to być ta sama osoba) oraz datę.

Jeśli interpretujemy zwrot "Oto są pokolenia..." jako kolofon, to sugeruje to, że Księga Rodzaju oparta jest na zbiorze takich tabliczek. Termin "pokolenia" naprawdę znaczy "historie" albo "zapisy rodzinne" i implikuje, że te zapisy rodzinne troskliwie zachowywano od czasów Adama. Jest 11 takich zwrotów w Genesis. Jeśli każda oznacza koniec zbioru glinianych tabliczek, to wskazują one, że Mojżesz miał przed sobą taki ciąg tabliczek, jakich powszechnie używano w starożytnej Mezopotamii, i użył ich jako źródła dla Księgi Rodzaju.

Archeologiczne odkrycia ubiegłego stulecia wskazują, że było to możliwe. Umiejętność pisania była dobrze rozwinięta długo przed narodzeniem się Abrahama, a zapisy skrupulatnie zachowywano, jak już wcześniej powiedzieliśmy. Ponadto tabliczki te posiadają tę samą postać jak wiele wykopanych w Mezopotamii; nawet materiał genealogiczny jest dość typowy. Zaletą tej tabliczkowej teorii Księgi Rodzaju jest to, że uwzględnia ona rzeczywiste bliskowschodnie metody pisania i w naświetlaniu literackich źródeł Genesis nie zależy jedynie od naszych współczesnych prekoncepcji. [4]

Reszta Pisma Świętego
Przy poszukiwaniu zrozumienia pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju ważny jest nie tylko ich bezpośredni kontekst, ale także i reszta Pisma Świętego. Biblijne ujęcie Genesis musi uwzględniać, jak inni autorzy biblijni traktowali wydarzenia tam opisane.

Reszta Pisma Świętego często wspomina stworzenie i upadek, za każdym razem traktując je jako całkowicie historyczne. Nigdy nie ma choćby najmniejszej sugestii, że opisy stworzenia czy życia Adama i Ewy mają obrazowy lub mitologiczny charakter. Najmocniejszy przykład znajduje się w Liście do Rzymian 5:12 i dalej, gdzie Paweł przedstawia czytelnikowi potrójną paralelę między Adamem i Chrystusem. Istnienie wszystkich trzech uznawane jest na równi za historyczne.

Paralela między Adamem i Chrystusem występuje ponownie w 1 Liście do Koryntian 15. Podobnie Łukasz zakłada, że Adam jest rzeczywistą osobą, śledząc genealogię Jezusa aż do niego (Łuk. 3:38). Paweł oczekuje, że czytelnicy przyjmują także historyczność Ewy (1 List do Tymoteusza 2:13-14, 1 List do Koryntian 11:8-9, 2 List do Koryntian 11:3). Piotr uważa stworzenie za tak samo historyczne jak potop i sąd ostateczny (2Piotra 3:3-8).

Nie ulega wątpliwości, że autorzy Nowego Testamentu wierzyli, iż Adam i Ewa byli rzeczywistymi ludźmi. Istnieje w Nowym Testamencie ponad dziesięć cytatów lub bezpośrednich odniesień do Genesis 1-11 i każdy z nowotestamentowych autorów odnosi się do tej części Księgi Rodzaju gdzieś w swoich pismach. Sam Jezus odwoływał się do tych rozdziałów przynajmniej sześć razy. [5]

Autorzy starotestamentowi również odwoływali się często do Księgi Rodzaju. W grę wchodzi więc nie sama Księga Rodzaju, nie sam opis stworzenia, ale autorytet całej Biblii. Jeśli Adam i Ewa nie byli historycznymi osobami, to Paweł się mylił, a Jezus błądził. A jeśli Jezus i autorzy biblijni mylili się, gdy traktowali Księgę Rodzaju historycznie, to nie ma powodu uważać, że mieli rację w jakichkolwiek innych twierdzeniach, które wypowiadali. Nic dziwnego, że uznający to słabe ujęcie Księgi Rodzaju niemal nieuchronnie zauważają, że prowadzi ono - jeśli nie w ich umysłach, to w umysłach ich dzieci - do osłabionego ujęcia autorytetu całej Biblii. [6]

Nie "tylko" historia
Przeciwnicy często przedstawiają kreacjonistów jako zainteresowanych jedynie historyczną treścią Księgi Rodzaju. Podkreślanie historycznej prawdy rozdziałów 1-3 - zarzucają krytycy - to widzenie ich jedynie jako płaskiego, faktualnego ujęcia i pomijanie ich bogatego duchowego przesłania. Posłuchajmy na przykład słów Howarda Van Tilla, astrofizyka z Calvin College:

Jestem jednak przekonany, że początkowe rozdziały Księgi Rodzaju nigdy nie miały nauczać niczego o szczegółach kosmicznej historii (...) Genesis 1 jest mocną polemiką z pogańskimi ideami na temat statusu Kosmosu. Redukowanie go do prymitywnego technicznego raportu z historii Kosmosu jest pomijaniem jego ważnych nauk (...). [7]

Zwróćmy uwagę, że dla Van Tilla dostrzeganie historii w Księdze Rodzaju jest "pomijaniem" jej nauk teologicznych. Jest to kompletny nonsens. Podkreślanie jednej (historycznej) strony dla pewnych celów nie jest zaprzeczaniem istnienia wielu innych stron. Kreacjoniści zwracają uwagę na historyczny element w Genesis nie dlatego, że uważają, iż jest to wszystko, co tam istnieje, ale ponieważ jest to element obecnie atakowany.

Kreacjoniści argumentują, że stworzenie i upadek jako doktryny teologiczne muszą opierać się na wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce. Nie ma tu różnicy z postawą, jaką wszyscy ewangeliczni chrześcijanie przyjmują wobec zmartwychwstania - w tym bez wątpienia i Van Till. Bogate duchowe przesłanie nowego życia, które trwa na wieki, nie ma sensu, jeśli Jezus rzeczywiście, historycznie nie powstał z martwych. Ponadto kreacjoniści podkreślają, że gdy już przyjmiemy Księgę Rodzaju za opis wydarzeń, jakie naprawdę miały miejsce, to musimy przyjąć poważnie, co ona mówi o świecie przyrody, jako ramę roboczą dla nauki.
KONIEC

Nancy Pearcey

Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autora)

Przypisy:
[1] E. H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, San Diego 1980, s. 69.
[2] R. J. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (ed.), The Expositor's Bible Commentary, Zondervan, Grand Rapids 1979, vol. 1, s. 232.
[3] Tamże, s. 233.
[4] Więcej na temat tabliczkowej teorii patrz tamże, s. 242-243. Patrz też R.K. Harrison, Introduction to the Old Testament, Eerdmans, Grand Rapids 1969, s. 543 ff; oraz Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976, s. 27-30.
[5] Morris, The Genesis..., s. 21.
[6] Niektórzy pytają, co zrobić z faktem, że dzisiejsi chrześcijanie nie praktykują już wszystkiego, czego Biblia naucza, na przykład starotestamentowego prawa? Odpowiedź wygląda następująco: kiedy samo Pismo Święte daje nam zasadę, by już nie stosować jego pewnych fragmentów (jak rytuały świątynne Starego Testamentu), to możemy je porzucić, nie podcinając reszty jego nauczania, bowiem w takim przypadku działamy na podstawie Biblii. Ale kiedy zaczynamy odrzucać fragmenty Pisma Świętego, ponieważ subiektywnie nam się one nie podobają, to wówczas przedkładamy nasze własne rozumienie tego, co jest słuszne lub prawdziwe, ponad to, czego naucza Biblia. Wtedy w zasadzie porzucamy ideę, że Biblia jest objawieniem i że to nie my mamy ją osądzać.
[7] Howard Van Till, The Cosmos: Nature or Creation?, Occasional Papers from Calvin College, vol. 3, No. 1, January 1984, s. 33 (podkr. w oryginale).

Bibliografia
1. E.H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, SanDiego 1980.
2. Gleason Archer, Alleged Errors and Discrepancies in the Original Manuscripts of the Bible, w: Norman L. Geisler (ed.), Inerrancy, Zondervan, Grand Rapids 1979.
3. R.K. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (gen. ed.), The Expositor's Bible Commentary, vol. 1, Zondervan, Grand Rapids 1979.
4. Walter C. Kaiser, Jr., Legitimate Hermeneutics, w: Geisler (ed.), Inerrancy...
5. Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976.
6. Francis Schaeffer, Genesis in Space and Time, InterVarsity Press, Downers Grove 1972.
7. Howard Van Till, The Cosmos: Nature or Creation?, Occasional Papers from Calvin College, January 1984, vol. 3, No. 1.
8. Nancy Pearcey, Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol. 25, No. 3, s. 6-9; z jęz. ang. za zgodą Redakcji i Autorki tłum. Mieczysław Pajewski)
9. Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autorki )
10. http://creationism.org.pl/artykuly/NPearcey5


Księga rodzaju a historia

- Nie wiem, czy się z tobą zgadzam - powiedział mój przyjaciel.
- Ale to nie ze mną się nie zgadzasz - odpowiedziałam. - Nie zgadzasz się ze św. Pawłem. - Wówczas nie przedstawiałam swojej własnej opinii, ale wyjaśniałam, czego apostoł Paweł naucza w 1 Liście do Koryntian.
- No to dobrze, nie zgadzam się ze św. Pawłem.
W ten sposób do czegoś doszliśmy. Wśród chrześcijan jedną rzeczą jest niezgadzanie się, jak interpretować to, co mówi Biblia, a zupełnie inną rzeczą lekceważenie tego, co Biblia mówi. Ale mój przyjaciel nie widział tu żadnego problemu. Jego zdaniem chrześcijanin nie jest związany tym, co mówi Pismo Święte. Zostało ono napisane dawno temu przez ludzi przedstawiających swoje własne najlepsze rozumienie spraw pod kierunkiem Ducha Świętego. Podobnie dzisiaj przedstawiamy nasze najlepsze rozumienie spraw pod kierunkiem Ducha Świętego. To, co Biblia mówi, niejednokrotnie pomaga, ale nie jest to ostateczne słowo w żadnej sprawie.

No i co? Czy chrześcijanie są związani tym, czego naucza Pismo Święte? Ponieważ większość kreacjonistów mocno opiera się na naukach pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, pytanie to ma wielkie znaczenie dla kontrowersji kreacjonizm-ewolucjonizm. Czy Biblia jest wytworem starożytnych ludzi przedstawiających swoje najlepsze opinie, a wówczas możemy swobodnie odrzucać wszystko to, co uznamy za fałszywe? Czy też jest to Słowo Boże, a więc nie może być fałszywe, bo sam Bóg byłby kłamcą?

Jest to jednak tylko pierwszy krok. Jeśli dojdziemy do wniosku, że Pismo Święte jest faktycznie Słowem Bożym, to nadal musimy rozstrzygnąć, jak je interpretować. Weźmy chociaż te kluczowe pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju: w jakim stopniu mówią nam one o świecie? Czy opowieści o stworzeniu oraz Adamie i Ewie mówią nam o czymś, co faktycznie zaszło w historii, czy są tylko "językiem obrazowym", wymyślonym po to, by nauczyć nas pewnych prawd duchowych?

Wśród chrześcijan ewangelicznych są to kluczowe kwestie, dzielące kreacjonistów i teistycznych ewolucjonistów. Jeśli Księga Rodzaju dostarcza nam rzetelnej informacji na temat świata, to informację tę należy wziąć pod uwagę przy formułowaniu teorii naukowych. Jest to pogląd akceptowany przez kreacjonistów. Jeśli zamiast tego opowieści Księgi Rodzaju są pewnego rodzaju parabolą, zamierzoną jedynie do przekazania duchowego posłania, to nie stanowią one żadnego ograniczenia dla głoszonych przez nas teorii naukowych. Jak długo uważamy, że Bóg w jakiś sposób stoi za nimi, możemy głosić wszelkie idee naukowe, jakie uznajemy za dogodne, bez popadania w konflikt z Pismem Świętym.

Oto zagadnienia do rozważenia w tym artykule: Po pierwsze, czy Pismo Święte jest prawdziwe we wszystkich dziedzinach i na zawsze? Po drugie, jeśli jest ono prawdziwe, to jak je interpretować, zwłaszcza pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju.

Najbardziej sporna sprawa
Odpowiedzcie szybko, jaka sprawa wywołuje największą kontrowersję wśród dzisiejszych ewangelicznych teologów? Odpowiedź brzmi: sprawa Pisma Świętego. Najgorętsze dyskusje w naszych czasach koncentrują się na pytaniu: w jakim sensie Biblia jest prawdziwa?
Odpowiedzi, jakich chrześcijanie ewangeliczni udzielają na to pytanie, można podzielić na trzy kategorie:
1. Biblia jest omylną księgą napisaną przez omylnych ludzi. Jest ona jedyna w swoim rodzaju jedynie w tym sensie, że Bóg jej używa pomimo jej błędów, wzywając ludzi do wiary.
2. Biblia jest prawdziwa i obdarzona autorytetem, ale tylko w sprawach wiary i moralności. Przekazuje ona duchowe przesłanie przy pomocy opowieści, które same niekoniecznie są prawdziwe czy dokładne.
3. Biblia jest prawdziwa na każdym poziomie, zarówno w sprawach wiary, jak i historii, geografii, psychologii, itd.

Kategoria nr 1: mylić się jest rzeczą ludzką
Rozważmy kategorię nr 1. Faktycznie pogląd ten nie jest w ogóle z wielu praktycznych powodów ewangeliczny, ale neoortodoksyjny. Jednak coraz więcej chrześcijan, uważających się za chrześcijan ewangelicznych, podpisuje się pod nim. Odrzucają oni tym samym nie tylko historyczną dokładność Biblii, ale czują się też swobodni w odrzucaniu pewnych zasad doktrynalnych lub moralnych, o ile uznają je za "bezowocne".

Mój przyjaciel jest tego przykładem. Był on przewodniczącym oddziału InterVarsity na naszym miejscowym uniwersytecie, a jednak uważał, że wolno mu odrzucić wszystko w Piśmie Świętym, co było uderzająco "przestarzałe" bądź sprzeczne z jego własnym doświadczeniem. Duch mnie prowadzi - podkreślał - i to tylko się liczy.

Problem z takim poglądem polega na tym, że gdy już zdecydujemy się, że Pismo Święte myli się w niektórych swoich naukach, to w zasadzie nie ma sposobu zatrzymania się. Jeśli autorzy biblijni mylili się w jednej dziedzinie, to skąd możemy wiedzieć, że nie mylili się w innych - nawet w tych, w których akceptujemy ich nauczanie? W wyniku tego otrzymujemy czysty subiektywizm: każdy przyjmuje to, co wydaje się mu być sympatyczne, i odrzuca całą resztę.

Jeden może przyjmować wszystkie główne nauki Pisma Świętego i w ten sposób doktrynalnie podpadać pod kategorię chrześcijanina ewangelicznego. Drugi może odrzucać wszystko z wyjątkiem mętnych idei na temat Boga jako miłości. Istota polega na tym, że nie ma zasady, która kierowałaby nami w wyborze, które części Biblii przyjąć, a które odrzucić.
O ile, oczywiście, nie realizujemy zasady pochodzącej spoza biblijnego źródła. Wiele chrześcijańskich feministek na przykład odrzuca to wszystko w Piśmie Świętym, co niezgodne jest z feminizmem. Podobnie wielu chrześcijan odrzuca wszystko, co niezgodne jest z ewolucjonizmem. Postawa taka osiągnęła swój skrajny wyraz w XIX wieku w postaci hipotezy Grafa-Wellhausena, która doprowadziła niektórych teologów do odrzucenia lub poprzestawiania dużej części Biblii, aby dostosować ją do wcześniejszej koncepcji, jak religie ewoluują od prostych do złożonych. [1] W liberalnych seminariach nadal naucza się podstawowych celów teorii Grafa-Wellhausena.

Jasne jest, że jeśli przyjmiemy jakąś zasadę kierowniczą spoza Biblii, to nie możemy już więcej mieć pretensji do posiadania biblijnych poglądów. Zamiast tego udzielamy pierwszeństwa nad Biblią jakiemuś innemu zbiorowi idei: te idee właśnie uważamy za ostateczną prawdę, a to, co Biblia mówi, należy tak zinterpretować, aby pasowało do tej prawdy.

Milczący Bóg
Nie rozumiemy w pełni jakiejś idei, dopóki nie dowiemy się, skąd ona pochodzi. Skąd się wziął pomysł, że Biblia jest omylna i jest dziełem omylnych ludzi? Na pewno nie z badań samego Pisma Świętego, bowiem twierdzi ono, że jest Słowem Samego Boga. Niemal każda strona głosi: "Tak mówi Pan". A jeśli tak jest, to nie może zawierać fałszu, gdyż Bóg byłby kłamcą.

Innymi słowy, gdyby to, co czytamy w Biblii, było objawione przez Boga, to musiałaby ona być prawdą. Kluczem jest idea objawienia. Historycznie rzecz biorąc, uczeni zaczęli zaprzeczać prawdziwości Pisma Świętego wtedy, gdy zaprzeczyli, że jest ono objawione.

Częściowo z powodu sukcesów nauki, wielu uczonych XVII i XIX stulecia przyjęło filozofię naturalizmu: przyroda jest wszystkim, co istnieje; nie ma niczego poza nią, niczego nadnaturalnego. Ale idea objawienia jest wyraźnie nadnaturalistyczna. Biblia twierdzi, że Sam Bóg może przemawiać do Człowieka. Bóg może włamać się do sfery naturalnej i coś nam powiedzieć - nie tylko dać jakieś mistyczne doświadczenie; wszystkie religie dają mistyczne doświadczenia - ale dostarczyć nam faktycznej informacji o Sobie Samym i świecie, jaki stworzył.

Ci, którzy odrzucają to, co nadnaturalne, muszą też odrzucić objawienie. Zamiast przyjąć twierdzenie Biblii, że jest Słowem Boga, naturaliści muszą postrzegać ją jako dzieło samego człowieka. A jeśli jest ona rezultatem ludzkiej intuicji i ludzkiego tylko wysiłku, to nie ma podstaw, by nadawać jej jakiś szczególny rodzaj prawdy. Tak jak przekonanie, że Biblia pochodzi od Boga, znaczy, że musi ona być całkowicie prawdziwa, tak przekonanie, że pochodzi ona od człowieka, znaczy, że musi zawierać błędy. Musi obejmować ograniczone i błędne poglądy przyjmowane w czasie jej pisania.

Pomysł, że Biblia pełna jest błędów, nie wypływa przede wszystkim z faktów jej zaprzeczających. Pomysł ten powstał, zanim nauka czy archeologia rozwinęły się do tego stopnia, by pozwolić na testowanie jakichś konkretnych twierdzeń Biblii na temat świata przyrodniczego i historii. Idea omylności Pisma Świętego wyłoniła się zamiast tego z filozoficznego zaangażowania po stronie naturalizmu. Jeśli przyjmiemy, że przyroda jest wszystkim, co istnieje, to wówczas każde twierdzenie o nadnaturalnym wydarzeniu musi być fałszywe. A Biblia przepełniona jest takimi twierdzeniami - a więc musi być fałszywa i nienaukowa.

W rzeczywistości jeśli zaczniemy uwzględniać fakty, to argument na rzecz wiarygodności Biblii faktycznie stał się silniejszy po powstaniu współczesnej nauki. Odkrycia archeologów stale potwierdzały biblijne ujęcie historii, ku wielkiemu zakłopotaniu krytyków. A obecnie, gdy rozwija się naukowy kreacjonizm, widzimy wyraźniej, że fakty naukowe popierają biblijne ujęcie, także jeśli chodzi o jej twierdzenia dotyczące świata przyrody.

Gdy sobie uświadomimy, skąd się bierze sceptycyzm wobec Biblii, to stanie się on dużo mniej przekonujący. To nie fakty wymuszają na nas sceptycyzm - jest on wynikiem wyboru przyjęcia naturalistycznego założenia. Ponieważ sam naturalizm nie jest przekonującą filozofią [2] i ponieważ pociąga za sobą porzucenie nie tylko objawienia, ale także każdej innej wielkiej doktryny biblijnej (doktryny stworzenia, wcielenia i zbawienia są w równie wielkim stopniu nadnaturalne), to nie ma powodu, by akceptować naturalizm czy któryś z jego destrukcyjnych rezultatów.

Nie znaczy to, że każda trudność między Biblią a nauką została rozwiązana. Niektóre trudności pozostaną tak długo, jak długo nasza wiedza będzie niekompletna - to znaczy zawsze. Ale Biblię popiera duży zespół faktów, na przekór krytykom, którzy niegdyś tak ufnie ogłaszali ją mitem i legendą. W rezultacie mamy dobre podstawy, by przyjmować podstawową wiarygodność zapisu biblijnego. A jeśli jest on wiarygodny w dziedzinach, które możemy przetestować przy pomocy nauk przyrodniczych i archeologii, to mamy dobre podstawy, by ufać mu w dziedzinach, których przetestować nie potrafimy, gdy mówi nam o rzeczywistości transcendentnej.

Kategoria nr 2: naczynie gliniane
Apostoł Paweł mówi, że my, chrześcijanie, świecimy światłem prawdy Bożej jak latarnia przenoszona w glinianym naczyniu (2Kor. 4:7). Naczynie jest kruche, ale światło nadal z niego świeci. Niektórzy chrześcijanie wierzą, że Biblia jest podobna do glinianego naczynia. Pełna jest błędów, jeśli chodzi o zdarzenia historyczne, ale w sprawach religijnych światło prawdy Bożej nadal z niej prześwieca.

Pogląd ten jest atrakcyjny, gdyż wydaje się dawać chrześcijanom szansę posiadania ciastka i jednocześnie zjedzenia go. Możemy przystosować się do świata świeckiego w każdej sprawie, która wymagałaby od nas konfliktu z nauką, a jednocześnie utrzymać duchowe przesłanie Biblii.

Kłopot związany z tym poglądem polega na tym, że oparty on jest na ścisłej dychotomii między tym, co historyczne, i tym, co duchowe. Dychotomia ta jest obca Pismu Świętemu. Jak wie każdy, nawet wyposażony w niewielką znajomość innych religii, jedną z najbardziej charakterystycznych cech Biblii jest nierozerwalny związek prawdy duchowej z faktem historycznym. Ani buddyzm, ani konfucjanizm na przykład nie wiążą prawdziwości swego religijnego nauczania z twierdzeniami o dawnych wydarzeniach. Biblia jest wyjątkowa, jeśli chodzi o jej aspekt, iż Bóg działał w historii. Zdarzenia te nie są jedynie przypadkami, bez których możemy się obyć, ale stanowią rdzeń samego zbawczego posłania.

Największym przykładem jest zmartwychwstanie. Apostoł Paweł argumentuje, że gdyby zmartwychwstania naprawdę nie było, gdyby grób nie był pusty, wówczas wszystko, co mówimy o Chrystusie, byłoby nonsensem. Moglibyśmy korzystać z każdej przyjemności tego życia - jeść, pić i żenić się - ponieważ grób jest końcem wszystkiego (1Kor. 15:12-24). Ci, którzy argumentują, że zmartwychwstanie wydarzyło się jedynie w duchowym sensie, nie pojęli mocy rozumowania św. Pawła. Duchowe zmartwychwstanie nie wystarcza do naszego zbawienia. Jesteśmy fizycznymi, historycznymi istotami i umieramy fizyczną śmiercią, która czyni pośmiewiskiem wszystko, czego dokonujemy w naszym życiu - potrzebujemy fizycznego, historycznego zmartwychwstania. Wszystko inne jest tylko religijną "mową-trawą".

Postawę, jaką Paweł ujawnia wobec zmartwychwstania, Biblia przyjmuje wobec całej historii. Stworzenie, wyjście z Egiptu, czyny Boga w historii Izraelitów, wcielenie, cudy wczesnego kościoła - albo miało to miejsce, albo nie. A jeśli nie, to bezowocne jest mówienie, że teksty te mają "religijne znaczenie". Zdarzenie, którego nie było, nie może posiadać żadnego religijnego znaczenia.

W Biblii historia i religia są tak szeroko wzajemnie powiązane, że po prostu nie można ich od siebie oddzielić. [3] Strategia rozdzielania historii od nauki duchowej w Biblii nie ma biblijnego charakteru. Jest ona bardziej zbliżona do platonizmu - filozofii, że królestwo fizyczne jest mniej rzeczywiste, mniej ważne niż duchowe. Ten rodzaj dualizmu trapił świat chrześcijański od czasów Ojców Kościoła. Wydobywa się on dzisiaj na powierzchnię w twierdzeniach tych, którzy podkreślają, że Biblia jest fałszywa w sprawach faktu, a prawdziwa jedynie w sprawach wiary.

Co motywuje niektórych chrześcijan, by przyjmować strategię tak obcą perspektywie biblijnej? Gdyby fakty historyczne i archeologiczne wykazały rozstrzygająco, że Biblia się myli, to może miałoby jakiś sens oddzielanie jej historycznych twierdzeń od nauk religijnych. Ale - jak już wspominaliśmy - fakty niczego takiego nie wykazują. Dzisiaj nawet ci, którzy nie są biblijnie zaangażowani, zgadzają się, że w zasadzie jest ona dokładna w sprawach historii i geografii. Żadne odkrycie archeologiczne nie zaprzecza ujęciu biblijnemu, aż do patriarchów i wcześniej.

Przeciwnie, archeologia wykazała, że materiał biblijny jest nadzwyczaj prawdziwy w odniesieniu do okresu, w którym został napisany, dokładny w swoim opisie geografii, zwyczajów prawnych, relacji politycznych, praktyk kulturalnych itd. [4] Oczywiście nie każdy szczegół można archeologicznie potwierdzić, ale wiarygodność Biblii w dziedzinach, w których ją przetestowano, daje podstawy, by wierzyć, że jest wiarygodna ogólnie. Oczekiwanie, iż okaże się ona prawdziwa we wszystkich dziedzinach, nawet w tych, które nie zostały jeszcze przebadane, nie jest ślepą wiarą, ale rozsądnym wnioskiem wyprowadzonym z posiadanego świadectwa empirycznego.

Przeciwne wnioskowanie jest również poprawne - gdy przyjmujemy, że Biblia jest historycznie niedokładna, to nie mamy żadnego powodu, by przyjmować jej prawdziwość w innych dziedzinach. Błąd w jednej części Biblii stwarza możliwość istnienia błędów w innych jej częściach. Tak właśnie rozumujemy na co dzień. W sądzie na przykład jakakolwiek rozbieżność wystarczy, by rzucić wątpliwość na wiarygodność świadka, unieważniając tym samym jego zeznania. Obrońca, stawiając krzyżowe pytania, stara się za wszelką cenę doprowadzić do sprzecznych zeznań świadka. Gdy mu się uda, nawet jeśli rozbieżność występuje na terenie bezpośrednio nieistotnym dla sprawy, to wykazał, że świadek kłamie lub nie ma dobrego rozeznania i tym samym podważył jego wiarygodność.

W ten sam sposób przez stulecia wrogo nastawieni krytycy poszukiwali sprzeczności w Biblii na temat historii i nauki po to, aby podważyć wiarygodność tego, co Pismo Święte mówi na temat teologii i etyki. Obecnie niektórzy chrześcijanie ewangeliczni podjęli ten sztandar, nie uświadamiając sobie konsekwencji tego kroku. Wypadałoby, aby ci, którzy twierdzą, iż wierzą w religijne przesłanie Biblii, najpierw przemyśleli wszystkie konsekwencje swoich twierdzeń, zanim odrzucą prawdziwość "drobnych" historycznych szczegółów Pisma Świętego. Klasyczne stanowisko Kościoła głosi, że Pismo Święte jest Słowem Bożym i dlatego jest prawdziwe w każdej dziedzinie. [5] Głównym poparciem dla tego stanowiska jest właśnie nauczanie samego Pisma Świętego. Jeśli mamy być biblijni, to musimy określić, co Biblia mówi nie tylko na temat innych rzeczy, ale także na temat samej siebie. Stary Testament przepełniony jest zwrotami w rodzaju: "Pan mówi do ciebie, Izraelu", Słuchajcie Słowa Pana", "Słowo Pana przyszło do Jeremiasza", "Tak mówi Pan". A Nowy Testament zarejestrował postawę samego Jezusa wobec Pisma Świętego. Przyjmował on historyczność Adama i Ewy (Mat. 19:4-5), Jonasza i wielkiej ryby (Mat. 12:40), potopu za dni Noego (Mat. 24:38-39), cudu manny na pustyni (Jan. 6:49) oraz trzech i pół roku głodu za dni Eliasza (Łuk. 4:25). Ani Chrystus, ani apostołowie nie wysunęli ani jednej sugestii, że Pismo Święte jest historycznie lub naukowo niedokładne.

Kategoria nr 3: Pismo Święte o Piśmie Świętym
Pismo Święte twierdzi o sobie, że jest objawieniem, a to wymaga, by było prawdziwe we wszystkim, czego naucza. Jeśli bowiem zawiera błąd, to należy je traktować jak każdą inną książkę. Bez wątpienia każda książka zawiera jakąś prawdę; gdy ją czytamy, przesiewamy i wybieramy to, co uważamy za prawdę w świetle naszego własnego rozumu i doświadczenia. Ale w tym przypadku nasz własny rozum i nasze doświadczenie stają się ostateczną instancją odwoławczą.

Jeśli my sami mamy osądzać, co jest prawdą, a co fałszem w Biblii, to nie możemy dalej uznawać jej własnego twierdzenia, że jest objawieniem. Objawienie bowiem znaczy, że źródło prawdy leży poza ludzkim rozumem i doświadczeniem: że Sam Bóg dał nam ponadczasową, uniwersalną Prawdę, której nie moglibyśmy osiągnąć wskutek naszych ograniczeń. Objawienie należy traktować jako całość - albo jest całe prawdziwe, albo nie jest w ogóle objawieniem, lecz tylko jeszcze jednym zbiorem myśli, które należy oceniać i krytykować jak każde inne. Jeśli jednak to ja czy ktoś inny decyduje, czy zaakceptować jakąś część Pisma Świętego, to ostatecznie my sami jesteśmy źródłem prawdy, a nie Bóg. A wówczas możemy równie dobrze przestać mówić o Bożym Objawieniu i przyjąć, że wszyscy mamy nasze własne indywidualne i dla nas sensowne "prawdy", ale nikt nie ma dostępu do uniwersalnej Prawdy, jaką tylko Bóg może dać.

Kreacjoniści przyjmują, że biblijne objawienie od Boga jest prawdziwe we wszystkich dziedzinach. Jednak jest to tylko pierwszy krok. Nadal stoimy przed zadaniem, jak je zinterpretować. Ci, którzy akceptują Pismo Święte jako objawienie Boże, mogą mimo to nie zgadzać się, jak rozumieć pewne fragmenty. Ponieważ interesujemy się tu przede wszystkim pierwszymi rozdziałami Księgi Rodzaju, przyjrzyjmy się niektórym sposobom interpretowania tej konkretnej księgi przez ewangelicznych chrześcijan.
Cdn.

Nancy Percey

Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autora )

Przypisy:

  1. E.H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, San Diego 1980.
  2. Gleason Archer, Alleged Errors and Discrepancies in the Original Manuscripts of the Bible, w: Norman L. Geisler (ed.), Inerrancy, Zondervan, Grand Rapids 1979.
  3. R.K. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (gen. ed.), The Expositor's Bible Commentary, vol. 1, Zondervan, Grand Rapids 1979.
  4. Walter C. Kaiser, Jr., Legitimate Hermeneutics, w: Geisler (ed.), Inerrancy...
  5. Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976.

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut