Skąd idzie zagłada Polski? Artykuł pastora Chojeckiego w nowym numerze “Idź Pod Prąd”

Na tak postawione pytanie każdy chrześcijanin z łatwością odpowie – z piekła! Racja, diabeł jest naszym wrogiem, jest „zwodzicielem narodów” (Obj. 20:3), a jego...
Unia Europejska z Chinami

Egzotyczny sojusz!?

Przypominamy artykuł z 2004 roku: Wreszcie prasa otwarcie już donosi (Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita z 29.01.2004) o czymś, czego dociekliwy czytelnik Biblii mógł się od dawna...

CHRZEŚCIJANKA POLITYK

Zawsze zadziwia mnie, jak polscy katolicy łączą zachwyt nad protestanckimi politykami w rodzaju Thatcher, Orbana, Klausa czy Reagana z pogardą dla protestantyzmu.  Paweł Chojecki

 “Jeśli oderwiemy owoce chrześcijaństwa od korzeni, one zwiędną. Nie pojawią się ponownie, dopóki nie zwrócimy się do jego korzeni.” 
Margaret Thatcher

W poniedziałek w wieku 87 lat zmarła Margaret Thatcher, pierwsza kobieta i jednocześnie najdłużej pełniąca swoje obowiązki premier Wielkiej Brytanii. W Polsce mało znany jest fakt chrześcijańskich inspiracji jej przekonań i zaangażowania politycznego.

Przekonania moralne i duchowe wyniosła z domu rodzinnego. Jej ojciec był lokalnym politykiem i jednocześnie metodystycznym pastorem. Naukę ekonomii rozpoczęła w domowym sklepie i jak później twierdziła, była to najlepsza szkoła gospodarki rynkowej i pochodzenia zamożności społeczeństwa. Oto garść wypowiedzi Żelaznej Damy wskazujących na jej osobistą wiarę:

„Biblia oferuje spójną wizję świata, właściwe nastawienie do pracy i zasady kształtujące życie gospodarcze i społeczne”.

„Biblia uczy nas, że musimy pracować i rozwijać nasze talenty, by osiągać wartości materialne. ‘Jeśli człowiek nie będzie pracował, nie powinien też jeść’ napisał święty Paweł do Tesaloniczan. Rzeczywiście, z samej natury Stworzenia wypływa legitymacja dla bogactwa, a nie dla ubóstwa.”

„Nie powinniśmy wyznawać chrześcijaństwa i chodzić do Kościoła tylko dlatego, że chcemy reform społecznych czy lepszego standardu życia; robimy to ze względu na to, że uznajemy świętość życia i odpowiedzialność, która idzie w parze z wolnością i najwyższym poświęceniem się samego Chrystusa tak pięknie wyrażonym w tym hymnie:

„Gdy rozmyślam nad cudem Krzyża, na którym umarł Książę chwały, nie mogę inaczej patrzeć na moje bogactwa jak na stratę, nie mogę nie czuć odrazy do tego, czym się pyszniłem”

Thatcher uznawała, że osobista odpowiedzialność jednostki stanowi istotę dobrze funkcjonującego społeczeństwa:

„Każdy zbiór społecznych i ekonomicznych poglądów, który nie opiera się na uznaniu indywidualnej odpowiedzialności zaprowadzi nas na manowce.”

„To, że wszyscy jesteśmy członkami jedni drugich najbardziej obrazowo wyraża chrześcijańska koncepcja Kościoła jako Ciała Chrystusa; uczymy się z niej ogromnej wagi wzajemnej współzależności oraz indywidualnego osiągania osobistego spełnienia w służbie bliźnim i Bogu.”

Margaret Thatcher, choć uważana za zwolenniczkę gospodarczego liberalizmu, w kwestiach światopoglądowych jasno deklarowała swoje inspiracje i cele. Oto fragment jej przemówienia do Zgromadzenia Ogólnego Kościoła Szkocji (którego podwaliny zakładał także polski reformator Jan Łaski):

„W Szkocji, podobnie jak w Anglii, istnieje historyczny związek pomiędzy Kościołem i państwem, który odzwierciedla nasze prawodawstwo, …które w obydwu naszych krajach ukierunkowane jest, by dawać symboliczny wyraz tej samej kluczowej prawdzie: religia chrześcijańska – która, co oczywiste, zawiera w sobie wiele największych duchowych i moralnych prawd judaizmu – stanowi fundament naszego dziedzictwa narodowego. Jestem przekonana, że pragnieniem przytłaczającej większości obywateli jest zachowanie i pomnażanie tego dziedzictwa. (Brawa) Od wieków stanowi ono istotę naszej tożsamości. Jesteśmy narodem, którego wartości zakorzenione są w Biblii.”

Konserwatywni protestanci zarzucają Żelaznej Damie sprzeniewierzenie się Bogu z powodu głosowania za legalizacją homoseksualizmu i aborcji w Wielkiej Brytanii (rok 1966) oraz częste kontakty z papieżem Janem Pawłem II. Na obronę Margaret Thatcher można powiedzieć tylko tyle, że państwo to nie kościół, a polityka to nie ewangelizacja. W jednym obszarze kompromis jest grzechem, w drugim może decydować o końcowym sukcesie.

Wyjątkowo lubiła cytować maksymę Johna Wesley'a, założyciela metodyzmu: Zarób wszystko, co możesz. Zaoszczędź wszystko, co możesz. Rozdaj wszystko, co możesz.” Wydaje się to być dobrym epitafium dla Żelaznej Damy.


TWÓJ RUCH – DEBATA CZY EMIGROWAĆ?

CZEGO BAŁA SIĘ GAZETA WYBORCZA, TEGO NIE BAŁ SIĘ TWÓJ RUCH!

Jacek Piotrowski - wiceprezes zarządu Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości UMCS

Bardzo dużo było pesymizmu. Ja jestem optymistą i nie obawiam się instytucji państwa, bo od każdego z nas zależy, co w przyszłości będziemy robić. Oczywiście, że są podatki, jest źle, ale one są wszędzie, nawet Kajmany od nich nie uciekną. W Polsce podatki są horrendalne. Gdy zakładamy działalność gospodarczą w Niemczech, jeśli nie przynosi nam ona zysków, nie musimy płacić żadnych podatków. W Polce po założeniu działalności już w pierwszym miesiącu musimy płacić ZUS.

Jest bardzo dużo minusów, ale można to zmieniać. Uważam, że w Polsce można zarabiać bardzo dobre pieniądze, uważam, że w Lublinie można zarabiać bardzo dobre pieniądze. Moim zdaniem problem nie wynika z tego, że w Polsce jest źle, ale z tego, że w Polsce ludzie w siebie nie wierzą. Nie wierzą, że można zrobić wszystko. Jeśli chcemy obalić rząd, to po prostu wstajemy i to robimy. Bo wszystko zależy od nas. Jeśli chcemy coś osiągnąć, można to zrobić, wierzcie mi.

Wielu ludzi woli narzekać. Dlaczego woli narzekać? Bo tak jest łatwiej. A wziąć się do roboty i zmienić coś wokół siebie? To już troszeczkę jest z tym problem...

Koszty pracy w Polsce są po prostu horrendalne i porównując się z resztą Europy, jesteśmy w tej dziedzinie liderami.

Decyzja, którą wyda urząd skarbowy, obejmuje tylko urząd, który ją wydał. Jeśli robię szkolenie w Kielcach i pytam o coś urząd skarbowy, to on wydaje mi pozwolenie. Jeśli to samo szkolenie przeprowadzę później we Wrocławiu, urząd orzeknie, że złamałem prawo, okradłem państwo, muszę płacić podatki, dlatego że interpretacja jednego urzędu nie wiążą żadnego innego.

Michał Kabaciński - Ruch Palikota, poseł na Sejm RP VII kadencji

Żeby taki zespół zbudować, musi być poczucie zaufania do siebie nawzajem, do swojego sąsiada. Moi rodzice często opowiadają, jak kiedyś mieszkali w bloku na starym osiedlu i wszyscy ludzie, którzy tam mieszkali, rozmawiali ze sobą na klatce, można było pogadać z sąsiadem w sklepie osiedlowym w kolejce. A jak to dzisiaj jest w mojej rzeczywistości? Wszyscy patrzą na siebie wrogo. Sąsiad sąsiadowi nie odpowiada „dzień dobry”. Z czego to wynika? Dzisiaj, szczególnie pośród młodych ludzi, nie budujemy poczucia, że nie możesz myśleć indywidualnie, tylko musisz pamiętać, że w grupie jest raźniej. Musimy odbudować już podczasedukacji w szkole poczucie zespołowego działania. Dlaczego sprawdziany rozwiązujemy indywidualnie, a nie np. w kilkuosobowych zespołach? W ten sposób tworzylibyśmy poczucie, że ze sobą rozmawiamy i jesteśmy zależni od siebie. To by w przyszłości owocowało, umielibyśmy budować relację i zespół.

Niedawno byłem na spotkaniu z profesorem Kołodką. Podczas dyskusji padła myśl, że jeśli nie zmienimy podejścia państw całego świata do gospodarki i zarządzania środkami, możemy doprowadzić do sytuacji, w której będzie wojna. Niejeden powiedział, że wojna jest pewnego rodzaju oczyszczeniem z różnych patologii i właśnie po wojnie budują się nowe gospodarki, a wszystko rozwija się od początku. Są pewne obawy i po części zgodzę się z nimi, że jeśli nic nie zmieni, to za dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat może dojść do dużego konfliktu – prędzej czy później ten balon pęknie.

Paweł Chojecki - pastor Kościoła Nowego Przymierza w Lublinie, redaktor naczelny miesięcznika "idź Pod Prąd"

Emigracja jest „nagrodą” za wejście Polski do UE! Emigracja tak wielkiej części narodu jest „nagrodą” za głupotę większości Polaków, którzy po 1989 roku wybrali sobie takie elity i którzy wybrali przy dźwiękach „Ody do radości” wejście do UE praktycznie jako niewolnicy, jako tania siła robocza!

Co by było, gdyby ten milion czy dwa miliony młodych, produktywnych, przedsiębiorczych ludzi zostało w Polsce, a nie wyjechało?

Człowiek, który zostanie wprowadzony w kult konsumpcjonizmu, ląduje często w kredytach, poważnie zadłużony. Wtedy ma już pętlę na szyi, nie ma innego wyjścia, jak jechać za granicę, bo tu zostanie bankrutem, zlicytują go etc.

Pomyślcie też o tym aspekcie. Czy swoją nadzieję trzeba lokować w nowym iPhonie, nowym samochodzie, komputerze...

Poczucie bezpieczeństwa. Nasze państwo się zwija. Może się w dalszym ciągu zwijać w ślimaczym tempie, stopniowo zmniejszając nasze poczucie bezpieczeństwa, albo też stanie się to na ostro i dojdzie do zamieszek i rozruchów społecznych. Wtedy żadna policja, która zapewne schowa się i ucieknie, nie zapewni nam bezpieczeństwa. Dlatego zachęcam młodych ludzi do odwiedzania strzelnic i ćwiczenia się w strzelectwie sportowym. Zawsze było to mocną stroną Polaków. Polak, który uważał się za szlachcica, zawsze miał szablę i konia. Dziś o szablę i konia może być ciężko, ale do strzelectwa sportowego bardzo namawiam.

Nasz naród dał już się raz ogłupić pewnej grupie ludzi, później im znowu zaufał, po czym znów wystawili go do wiatru – mam pewne wątpliwości, czy nie potrzeba nam pewnej rewolucji mentalnej. Być może Polacy potrzebują terapii szokowej, aby mogli zobaczyć rzeczywistość w prawdziwych kolorach. W chwili obecnej poprawę odczytałbym jako zjawisko w kategoriach cudu.

Marian Kowalski - członek Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego

Nie znam takiego narodu, który by odniósł sukces, wyzbywając się własnego państwa. Natomiast podam wiele przykładów, które pokazują, że odzyskując albo budując własne państwo, narody osiągają sukces, jak to się stało choćby w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Indiach, Izraelu. Przykładem mogą też być Rosjanie, którzy swego państwa się nigdy nie wyrzekną, choćby ich nie wiadomo jak krzywdzono w tym państwie. Dlatego uczmy się od ludzi rozsądnych. Tymczasem przekonuje się nas, że lepiej wyrzec się swojego państwa, lepiej oddać część kompetencji i suwerenności obcym. Ja nie bardzo wierzę w altruizm. Nigdy w życiu nikt mi nie dał pieniędzy, oprócz osób mi bliskich, napewno nikt obcy. Obcy prędzej człowieka okradną, oszukają, zostawią na lodzie. Dlatego uważam, że Polacy powinni wierzyć we własne państwo, wybierać do władzy ludzi, którzy traktują służbę publiczną jako akt poświęcenia, a nie karierę osobistą.

Nigdy nie słyszałem ani jednego polityka, który powiedział, że koszta pracy są za niskie. Wszyscy mówią, że koszta pracy wywołują bezrobocie, że młodzi uciekają za granicę. Oczywiście, że tak. Z tym, że jest to najłatwiejszy sposób ściągnięcia z ludzi pieniędzy. A te pieniądze są potrzebne. Komu? Potrzebne są systemowi. Politykom, którzy płacą swoim zwolennikom urzędami. Dlatego powstaje biurokracja – bo swoim trzeba dać miejsce w urzędzie. Taki jest mechanizm tej demokracji. Politycy łupią nas z pieniędzy, aby utrzymać swoje „dwory”, urzędników, dać im władzę, dać możliwość pastwienia się nad nami. Inaczej politykom nikt by nie pomagał w kampaniach wyborczych, nie wybierał, nie zostaliby pasożytami na zdrowym ciele narodu. Ale ci politycy nie biorą się z rękawa. Pokazywani są w niektórych telewizjach, lansowani na siłę, zwołuje się konferencje prasowe, na których nie mają nic do powiedzenia, pokazuje się ich jedynie ludziom, w końcu ludzie na nich zagłosują. Tutaj sięgamy jądra systemu. Otóż w Polsce mamy coś takiego, że kilometr autostrady incydentalnie kosztował jedenaście razy drożej, stadiony kosztowały pięć razy drożej i się walą. Wszelkie inwestycje publiczne infrastrukturalne to możliwość kradzieży gigantycznych pieniędzy. Pieniędzy nie kradną krasnoludki. Nie, to są kolesie, którzy przy Okrągłym Stole dostali na tacy od generała Kiszczaka i tzw. opozycji demokratycznej tytuły magnackie i szlacheckie. Suchą nóżką przeszli z systemu do systemu i teraz ich dzieciątka i wnuczęta są na najwyższych stanowiskach. Nasze państwo to dziurawa beczka. Przy każdej z tych dziur siedzi zaprzyjaźniony facet z dawnego układu. Mówimy, że obniżymy koszta pracy – któż by nie chciał obniżyć. Ale musimy najpierw obalić wreszcie system Okrągłego Stołu, odpędzić te świnie od koryta, nim wyciągną nam resztki krwi.

Najbardziej szkoda mi tego, że kolejne pokolenie Polaków, dwudziestopięciolatków, będzie kolejnym zmarnowanym pokoleniem. Mnie już nie czeka nic dobrego, ale resztką sił chcę przekonać was do tego, że jeżeli wasze życie nie ma być zmarnowane, jak nasze, to zróbcie wszystko, by te świnie rozpędzić. Oni nie mają żadnych walorów. Ani intelektualnych, ani moralnych.


Dlaczego spowiedź jest niebezpieczna

Tzw. spowiedź uszna jest wynalazkiem późnego średniowiecza (XIII w.). Nie ma o niej mowy w Biblii. Wiele by można powiedzieć o zgubnym duchowym wpływie wiary w skuteczność tego obrządku, ale tym razem skoncentruję się tylko na wymiarze czysto praktycznym. Punktem wyjścia do naszego wnioskowania niech będzie informacja prasowa sprzed dwóch lat:

– Był spowiednikiem żony jednego z obecnych polskich ambasadorów, pana Cz. Wysłuchał jej grzechów w Paryżu. Przychodziły do niego również, by powierzyć mu swoje najskrytsze winy i dostać rozgrzeszenie, także inne osoby z kręgów ówczesnej emigracji – twierdzi nasz rozmówca.


– U jezuitów w Rzymie spowiadali się dyplomaci i wojskowi z krajów należących do NATO. Niewykluczone, że Turowski spowiadał więc także obcokrajowców – komentuje dr Leszek Pietrzak. Jak mówi historyk, bardzo często oficerowie wywiadu PRL zlecali współpracującym duchownym spowiadanie w celu uzyskania informacji. Tak było w wielu polskich środowiskach we Francji i we Włoszech.” „Kto się spowiadał u Turowskiego?”, Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, GP




Kim był Turowski, nie będę przypominał. Mamy więc sytuację, w której agent służb PRL spowiada zarówno pod bokiem Jana Pawła II, jak i w jezuickich ośrodkach we Francji. Dzięki temu ma wgląd w życie intymne emigracji politycznej, dyplomatów i wojskowych. Co ważne, większość ludzi traktuje spowiedź szczerze – czyli agent w koloratce zdobywał najpilniej strzeżone sekrety osobiste z „pierwszej ręki”. Nie były to historie o hobby czy zainteresowaniach, ale dane najbardziej wrażliwe, dotyczące słabości, uzależnień czy pokus. Co więcej, mogły dawać wskazówki dotyczące osób trzecich (np. wyznanie grzechu cudzołóstwa). O możliwościach operacyjnego użytku takich informacji nie trzeba nikogo przekonywać.

Ciekawą historię opowiedział kiedyś ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Otóż SB chciała pozyskać tajną informatorkę spośród sióstr zakonnych (zdaje się, że z Zakładu dla Niewidomych w Laskach). Choć „wytężono siły”, żadna z czterdziestu sióstr nie zdecydowała się na współpracę. Udało się jednak pozyskać kapelana ośrodka, u którego wszystkie pobożne siostry szczerze się spowiadały…

Mając na uwadze powyższe przykłady, rozsądny człowiek poważnie rozważy wyjawianie w konfesjonale sekretów swoich i bliźnich – skąd może wiedzieć, że z drugiej strony nie siedzi jakiś Turowski?

Tych, których dręczy pytanie : „A co z moimi grzechami?”, zachęcam do refleksji nad słowami Pisma:

Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie - odpuszczenie grzechów. Kol 1:12-14

I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy; wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża;
Kol. 2:13-14

A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha. Jan. 19:30

ZDRADZILI MEKSYKAŃSKICH KATOLIKÓW

Zdradzili Meksykanów,  dlaczego mają być wierni nam?

„Katyń, który miał w myśl prowokacji hitlerowskiej poróżnić bratnie armie, staje się jeszcze jedną więzią, łączącą nas do wspólnej walki” Jerzy Borejsza, nadzorca życia literackiego komunistycznej Polski, brat kata podziemia Józefa Różańskiego, sprawcy śmierci rotm. Pileckiego, „Nowe Widnokręgi”.

Czy nasi biskupi jednając się z Cerkwią Putina wzorowali się na tych „mądrościach”?

Szczególnie w czasach trudnych rośnie zapotrzebowanie na optymistycznych proroków. Ludzie coraz głośniej jęczą pod jarzmem okoliczności i łapczywie pragną nadziei na lepsze jutro. By przynajmniej na chwilę lepiej się poczuć, wyłączają rozsądek i czekają na sprzedawców złudzeń. Zręczni „iluzjoniści” z ochotą sprzedadzą nam sny, które chcemy śnić – „cóż z tego, że to tylko sen, ale jakże piękny”…


Polacy mają okazję obejrzeć w kinach historię niezwykłego powstania – katolicy, głównie z terenów wiejskich, chwycili za broń, by walczyć o swoje prawa przeciwko socjalistycznemu rządowi i prezydentowi Callesowi. Ich okrzykiem bojowym było: „Viva Cristo Rey!” („Niech Żyje Chrystus Król!”), a nazwano ich Cristeros (Chrystusowcy). Przyświecała im szczytna idea, dowodził zdolny generał, ale skończyli klęską - zdrada przyszła z najmniej spodziewanej strony…

Historia meksykańskich partyzantów ze stosunkowo nieodległych nam czasów powinna być dla nas ważnym ostrzeżeniem. Tamtejsi katolicy w prostocie serca wystąpili przeciw niesprawiedliwościom, gwałtom i dyskryminacji, jakie spadły na tamtejszy Kościół katolicki. Powstanie miało szansę na zwycięstwo, ale zostało zdradzone przez… katolickich hierarchów, którzy dogadali się z antyklerykalnym rządem i wystąpili przeciw broniącym ich Chrystusowcom. Oto, jak opisuje to prof. Jacek Bartyzel, katolicki tradycjonalista:

„Trzecim powodem była ugodowa postawa papieża Piusa XI, który wprawdzie po raz kolejny potępił antyreligijne prześladowania w alokucji konsystorialnej Misericordia Domini (20 XII 1926), lecz polecił biskupom meksykańskim przyjąć ogólnikowe propozycje Callesa. 21 VI 1929 roku, w wyniku negocjacji pomiędzy p.o. prezydenta Emiliem Portesem Gilem (1890-1978) a biskupami: Leopoldem Ruizem (przebywającym na wygnaniu w Waszyngtonie jako delegat apostolski) i Pascualem Diazem oraz papieskim agentem, amerykańskim księdzem Johnem J. Burke’m, przy mediacji ambasadora USA Dwighta W. Morrowa, zawarto porozumienie, zwane arreglos, czyli układami. (…) Cristeros czuli się zdradzeni z powodu ugody zawartej za ich plecami (przeciwko rozpoczętym negocjacjom zdążył jeszcze zaprotestować gen. Gorostieta, a ks. Pedroza prosił w liście do arcybiskupa Ruiza, by pasterze nie wydawali swych owiec katowi), jednak posłuszni biskupom, z nielicznymi wyjątkami, jak Trinidad Mora z Durango, który walczył aż do grudnia 1929 roku, zaniechali walki i wrócili do domów. Ich obawy nie były bezpodstawne: niemal natychmiast po ogłoszeniu amnestii rozpoczęły się represje; jedną z pierwszych ofiar był ks. Aristeo Pedroza, rozstrzelany dwa tygodnie po zawieszeniu broni. Ogółem zamordowano około 500 dowódców i ponad 5000 szeregowych cristeros. (…) Arreglos zostały zawarte również poza plecami polityków i intelektualistów katolickich, tworzących LDNLR i stanowiących polityczne kierownictwo powstania. Przewodniczący LDNLR – Rafael Ceniceros ubolewał nad zaprzepaszczeniem tej zdobyczy cristiady, iż katolicyzm „cierpliwy, uległy, anemiczny i tchórzliwy [wcześniejszych generacji]” (paciente, resignado, anémico y cobarde [de generaciones anteriores]) „został zastąpiony przez katolicyzm skuteczny, żywotny, płomienny, wojowniczy i zaczepny” (se ha trocado en un catolicismo operante, vivo, ardente, batallador y agresivo), który budził strach jego wrogów, pozostając zawsze wiernym papieżowi i Chrystusowi Królowi. Miguel Palomar przywoływał sławne zdanie bpa Wilhelma Emmanuela Kettelera: „najkrwawsze prześladowania przyniosły Kościołowi mniej szkody niż dworski serwilizm biskupów”. Ta opozycja LNDLR doprowadziła do cofnięcia jej uznania przez hierarchię: najpierw (6 XI 1929) Liga została zmuszona do usunięcia ze swojej nazwy przymiotnika Religiosa, stając się odtąd Krajową Ligą Obrony Wolności (LNDL), co sprawiło, że w krótkim czasie utraciła większość swoich członków, a w konsekwencji uległa rozkładowi po upadku „drugiej cristiady” z lat 30., ostatecznie znikając z życia w 1941 roku.” bibula.com

Jeszcze dosadniej opisał to komentator portalu wpolityce.pl:

„Powstanie Cristeros to historia bohaterskiej walki w imię wiary i ideałów, która na skutek zdrady ze strony Kościoła Katolickiego zakończyła się tragicznie. Oglądając ten film, pamiętajmy, co było przyczyną załamania się meksykańskiego Powstania Cristeros (1926-1929). Cristeros byli biednymi, wierzącymi chłopami, którzy walczyli z rewolucyjnym rządem meksykańskim w imię wolności wyznawania wiary w Chrystusa. W 1929 roku hierarchia kościelna, która dotychczasowo popierała powstańców, podpisała porozumienie z ateistycznym rządem meksykańskim zabezpieczające jej przywileje, majątki, wpływy polityczne i... zostawiła powstańców "na lodzie". Kościół posunął się aż do ogłoszenia ekskomuniki dla powstańców i jej przywódców. Jaki był dalszy los powstańców po tej zdradzie? Oczywiście bardzo smutny!!! Część z nich uciekła do Stanów Zjednoczonych (wyemigrowało około 5% całej ówczesnej populacji Meksyku). Większość, która walczyła do końca w obronie wiary katolickiej, została bezlitośnie unicestwiona. Ostateczny bilans powstania to około 90 000 zabitych. Po zdradzie ze strony Kościoła Katolickiego ponad 500 przywódców powstania i 5000 innych jego uczestników zostało zabitych już po poddaniu się... i to często w swoich domach na oczach rodzin i dzieci. Intensywne prześladowania Cristeros trwały jeszcze przez 12 lat po upadku powstania i zmniejszyły się dopiero na początku lat 40. Rewolucyjna Partia Meksyku, popierana przez hierarchię kościelną, utrzymała się przy władzy ponad 70 lat (!) i straciła ją dopiero w 2000 roku...” Gość z CH

Warto pamiętać, że hierarchowie rzadko kierują się ideałami, a prawie zawsze logiką władzy, która każe im dogadywać się z silniejszym, by zachować swoje wpływy. Na tym poziomie drabiny hierarchicznej trwanie instytucji i zagwarantowanie jej bytu materialnego jest wartością nadrzędną – nawet nad wiernością „Chrystusowi Królowi”. Tak było, jest i będzie, a każdy, kto zechce szukać oparcia dla wartości i ideałów u hierarchów, doświadczy tego samego losu, co dzielni meksykańscy Cristeros.

Z naszej najnowszej, powojennej historii wystarczy przywołać chociażby zdradę Żołnierzy Wyklętych przez episkopat i prymasa Wyszyńskiego, którzy 10.04.1950 r. podpisali ugodę z komunistami:

„Kościół Katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, będzie zwalczać również zbrodniczą działalność band podziemia i będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.”

Później mamy wystąpienie prymasa Wyszyńskiego wzywającego robotników sierpnia ’80 „do rozwagi i odpowiedzialności”, kolaborację episkopatu przy okrągłym stole, milczącą zgodę na uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury, na brak lustracji i dekomunizacji, haniebną postawę po katastrofie nad Smoleńskiem, gdy nad trumnami poległych biskupi wzywali do pojednania z Rosją:

„Teraz jednak, po tragicznej katastrofie prezydenckiego samolotu 10 kwietnia br., przekonujemy się, że krew przelana przed 70 laty potrafi łączyć zarówno polityków, jak i zwykłych szarych ludzi. [...] Z perspektywy 70 lat widać wyraźniej niż kiedykolwiek, że niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć". prymas Henryk Muszyński 17.04. 2010
„Siedemdziesiąt lat temu Katyń oddalił dwa narody, a ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało zabliźnić się bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra, tkwiących w osobach i narodach. Współczucie i pomoc, jakiej doświadczyliśmy w tych dniach od braci Rosjan, ożywia nadzieje na zbliżenie i pojednanie naszych dwóch słowiańskich narodów.” kard. Stanisław Dziwisz 18.04.2010

Dalej mamy historię z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, gdzie wysłannicy hierarchów wespół z siepaczami władzy wystąpili przeciw patriotom; wiele obraźliwych wypowiedzi wobec osób upamiętniających smoleńską zbrodnię, by w końcu dokonało się dopełnienie zdrady narodowej 17.08.2012 r. w akcie hołdu wobec Cerkwi Putina za wiedzą i przyzwoleniem Benedykta XVI. Nie należy mieć złudzeń – obecny ugodowy papież będzie dalej dążył do dogadania się z prawosławiem, a „niepojętni” polscy patrioci będą stali temu porozumieniu na przeszkodzie. Jeśli chcemy budować Wolną Polskę, musimy pamiętać, że w obecnym układzie sił hierarchów katolickich będziemy mieć konsekwentnie przeciwko sobie. Można oczywiście żyć naiwnymi stereotypami w rodzaju „Kościół zawsze z narodem”, ale wtedy skazujemy się na tragiczny los Cristeros…

Film „Cristiada” w kinach.


Wielka Prostytutka

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

 

 

 


{youtube}Tzo96Myu8-M{/youtube}

 

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

Tak więc nierządnica duchowa to system religijny, który utrzymuje, że jest jedynie prawdziwy i ustanowiony przez samego Boga, zachowuje zewnętrzne pozory wierności, podczas gdy w rzeczywistości zarówno swymi wierzeniami, jak i uczynkami zapiera się prawdziwego Boga. Starotestamentowi Żydzi często postępowali w ten sposób, a szczególnie ich kapłani, co dosadnie ujął Apostoł Paweł: "Ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz? Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa? Który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu bezcześcisz Boga? Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu" (Rzym. 2:21-24). Zamiast prowadzić ludzi do Boga, ten obłudny system od Niego odstręczał!

Ap. Jan zapowiada z kolei, że w czasie po wniebowstąpieniu Jezusa pojawi się kościół z nazwy chrześcijański (Chrystusowy), a w rzeczywistości cudzołożny, ze wszelkimi wcześniej przedstawianymi oznakami duchowej prostytucji.

Werset pierwszy 1 7 rozdziału Apokalipsy określa ten cudzołożny system Wielkim. Epitet ten może odnosić się zarówno do stopnia odstępstwa i zdrady, jak i do skali oddziaływania na ludzi. Następne wersety potwierdzają oba te znaczenia. Wielka Prostytutka siedzi nad wieloma wodami (w.1). Werset 15. tłumaczy ten symbol: "I mówi do mnie: Wody, które widziałeś, nad którymi rozsiadła się wszetecznica, to ludy i tłumy, i narody, i języki" (Ap. 17:15).

Mamy więc do czynienia z jakimś kościołem z nazwy chrześcijańskim, który utrzymuje, że jest jedynym prawdziwym, jest zepsuty moralnie, nie dochowuje wierności Bogu i Jego Słowu, ale ma ogromny wpływ na całą ludzkość.

Werset 2. z naszego rozdziału pokazuje dwa kierunki aktywności tego fałszywego kościoła: nierząd z królami ziemi - walka o ziemską władzę poprzez wywieranie wpływu na przywódców politycznych; upijanie winem duchowego kłamstwa masy zwykłych śmiertelników. Pijany nie umie właściwie rozeznać swych czynów ani nie przyjmuje ostrzeżeń. Prostytuujący się kościół będzie umiał uspokajać sumienia swoich wyznawców i uodparniać ich na Prawdę. Nawet wielkie umysły nie zawsze obronią się przed taką manipulacją...

Werset 3. wprowadza nas w nową fazę bezbożności tego kościoła... "I zaniósł mnie w duchu na pustynię. I widziałem kobietę siedzącą na czerwonym jak szkarłat zwierzęciu, pełnym bluźnierczych imion" (17:3). Nie wdając się w zbytnie szczegóły, ta bestia - zwierzę to zapowiadany w czasach ostatecznych władca odnowionego Imperium Rzymskiego, panującego nad całą ziemią (Obj. 17:7-14; 13:1-8; Dan. 2:40-45; 7:3-7,19-27; 2Tes. 2:1-12). Widzimy więc, jak nasza Wielka Prostytutka wozi się na Antychryście - władcy politycznym globalnego imperium czasów końca. Żyje z nim w doskonałej komitywie na zasadach symbiozy i najprawdopodobniej udzieliła mu poparcia i wiarygodności, gdy pojawił się na ziemi. Sprowadzając to na nasz grunt, fałszywy kościół Chrystusa będzie popierał wszelkie wysiłki na rzecz politycznego zjednoczenia świata i będzie kolaborował, ciągnąc z tego korzyści, z politykami mającymi to na celu. Sielanka nie potrwa jednak długo. Gdy nierządnica zrobi swoje, a Antychryst się umocni, jego skrywana wcześniej niechęć do tej religii objawi się w całej pełni: "A dziesięć rogów, które widziałeś, i zwierzę, ci znienawidzą wszetecznicę i spustoszą ją, i ogołocą, i ciało jej jeść będą, i spalą ją w ogniu" (Ap. 17:16).

Werset 4. przynosi nowe szczegóły wyglądu zepsutej kobiety: "A kobieta była przyodziana w purpurę i w szkarłat, i przyozdobiona złotem, drogimi kamieniami i perłami" (Ap. 17:4a). Fałszywy kościół będzie lubował się w drogocennych ozdobach - złoto, szlachetne kamienie, a najbardziej popularne jego barwy to czerwień i pewien odcień fioletu (ciekawe jest w tym kontekście pochodzenie słów purpurat i kolor biskupi...). Ogólnie można też po tych zewnętrznych przymiotach wywnioskować, że omawiany system będzie dość bogaty...

Typowym gestem tego kościoła będzie też trzymany w ręku złoty kielich pełen nierządu. Złoty kielich, szczególnie podniesiony, w kontekście religijnym kojarzy się z mszą. Ale dlaczego pełen jest "obrzydliwości i nieczystości jej nierządu"? Z pomocą przychodzi tutaj Autor Listu do Hebrajczyków: "Mocą tej woli jesteśmy uświęceni przez ofiarowanie ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. A każdy kapłan sprawuje codziennie swoją służbę i składa wiele razy te same ofiary, które nie mogą w ogóle zgładzić grzechów; Lecz gdy On złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, Oczekując teraz, aż nieprzyjaciele jego położeni będą jako podnóżek stóp jego. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni." "Dodaje: A grzechów ich i ich nieprawości nie wspomnę więcej. Gdzie zaś jest ich odpuszczenie, tam nie ma już ofiary za grzech." (Hbr. 10:10-14 i 17-18). W wiernych Jezusowi kościołach jest tylko jedna ofiara za grzech - ta złożona raz na zawsze przez Niego na Krzyżu Golgoty! Jeśli ktoś w Nią raz uwierzy, otrzymuje na zawsze przebaczenie wszystkich swoich grzechów. Dla niego nie ma już piekła ani żadnego czyśćca! Dla prawdziwego chrześcijanina "nie ma już ofiary za grzech" (Hbr. 10:18b). Wspomina się ją jedynie w celu przypomnienia tego, co Chrystus zrobił dwa tysiące lat temu. Kościół fałszywy będzie natomiast odmawiał takiego znaczenia ofierze Jezusa i wprowadzi na jej podobieństwo swoje ofiary za grzechy, osiągając przy tym korzyści finansowe. "Obrzydliwość i nieczystość nierządu"!

Werset 5. odsyła nas do dalekiej historii. "Wielki Babilon, matka wszetecznic i obrzydliwości ziemi". Każdy chyba zna historię miasta i wieży Babel. Była to pierwsza zbiorowa próba ludzkości, by przeciwstawić się Bogu i od Niego uniezależnić. Bóg ją udaremnił, ale część ludzi pozostała w buncie. W oparciu o nich powstał wrogi Bogu system religijny, będący symbolem i źródłem wszelkiego późniejszego odstępstwa. Mowa o religii Babilonu. Najwyższy kapłan Babilończyków nosił tytuł: "Wielki Budowniczy Mostu". Za pośrednictwem Etrusków pozostałości tej religii z dzisiejszej Azji Mniejszej dotarły do Italii. Najwyższy rzymski kapłan, a potem i cesarz nosił ten babiloński tytuł. Po łacinie brzmi on: "Pontifex Maximus". Czy wiedzą Państwo kto dziś nosi ten tytuł i skąd pochodzi słowo: "pontyfikat"?

Werset 6. przynosi jeszcze bardziej przerażającą cechę Wielkiej Prostytutki. Jawi się ona jako "pijana krwią" autentycznych chrześcijan. Podając się za jedyny prawdziwy kościół Chrystusa, sama nie znosi żadnej konkurencji. Nie tylko uciska myślących inaczej, ale ich fizycznie eliminuje. Ma na swoim koncie nie garstkę ofiar, ale cały tłum. Jest wręcz zamroczona żądzą mordu ludzi prawdziwie wiernych Jezusowi i będzie "ogniem i mieczem" (a także innymi, subtelniejszymi metodami) przyprawiać ich o męczeństwo.

Każdy, kto choć trochę zetknął się z Biblią, kto zna przynajmniej pobieżnie historię i obserwuje trendy dzisiejszej polityki, ma nieodparte skojarzenia i widzi, który kościół coraz szybciej "stara się" wypełnić omawiane proroctwo Pisma. Bóg jednak ma wzgląd także na "prostaczków", którzy nie mają zbyt dużej wiedzy o polityce czy historii. Dla nich to umieścił jeszcze jedną, tym razem bezdyskusyjną cechę fałszywego kościoła. Podał po prostu jego geograficzne umiejscowienie. "A kobieta, którą widziałeś, to wielkie miasto, które panuje nad królami ziemi." (Ap. 17:18). Jakie to miasto? "Tu trzeba umysłu obdarzonego mądrością. Siedem głów, to siedem pagórków, na których rozsiadła się kobieta, i siedmiu jest królów" (17:9). Miasto na siedmiu wzgórzach. Czy ktoś ma wątpliwości jak brzmi jego nazwa? Czy jest jakaś organizacja religijna utożsamiona z tym miastem?

Są to oczywiście trywialne pytania. Ale ludzie często są na tyle ślepi, że nie widzą, że "król jest nagi" i w ogromnym tłumie zachwycają się "purpurą i złotem" monarchy...

Oby dla nikogo nie było strasznym i co najgorsze spóźnionym odkryciem, że "ta karczma Rzym się nazywa"...

 

 

 

Artykuł "Wielka Prostytutka" po raz pierwszy został opublikowany w roku 2004.

"idź Pod Prąd" nr 6, kwiecień-maj 2004r., s. 4

Broń palna a wartości

Postawiłem ostatnio tezę, że posiadaniu broni palnej muszą towarzyszyć wartości („idź Pod Prąd” nr 121-122-123). Moim zdaniem to twierdzenie bezdyskusyjne. Broń palna, z powodu zapewnienia porządku i bezpieczeństwa publicznego, nigdy nie powinna znaleźć się w rękach człowieka niepraworządnego, który zamierza wykorzystać ją przeciwko bezpieczeństwu innych. Jasne jest dla mnie, że przestępstwa z wykorzystaniem broni palnej, dokonywane są z broni palnej posiadanej nielegalnie. Nie zamierzam czynić uwag i wskazówek organom ścigania, jak mają zapobiegać nielegalnemu posiadaniu broni palnej. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistą i wierzę, że w Polsce są służby wykonujące te zadania dobrze. Chciałbym jednak rozważyć co my, praworządni posiadacze broni palnej, możemy zrobić, aby broń palna nie trafiała do rąk niepraworządnych.

 

Można powiedzieć, że dbanie o porządek i bezpieczeństwo publiczne to zadanie wyłącznie właściwych organów ścigania. Jest to prawda. Uważam jednak, że środowiska posiadaczy broni palnej, nie wkraczając w zadania organów państwa, mogą własnym wysiłkiem zapobiegać sytuacjom niepożądanym. Żyjemy w czasach dość rygorystycznej reglamentacji broni palnej. Medialny przekaz dotyczący broni palnej jest na ogół przesadzony. Często niesprawiedliwie zła sława kryminalnych zachowań przestępców z bronią palną w ręku jest przypisywana praworządnym posiadaczom broni. Nie możemy reagować na to wzruszeniem ramion i obojętnością. Siła mediów jest nieprawdopodobnie wielka. Moim zdaniem środowiska posiadaczy broni palnej powinny zwracać na to uwagę, a co najważniejsze - powinny reagować. Rozważenie tezy, którą stawiam, jest moim zdaniem bardzo istotne. Istotne, bo czynna postawa środowisk strzeleckich może być doskonale wykorzystanaw dyspucie społecznej o konieczności racjonalizacji dostępu do broni palnej w Polsce. W przypadku broni palnej rozdzielnego ładowania bardzo podobna argumentacja została wykorzystana w 2004 roku. W tym roku istotnie zliberalizowano przepisy regulujące dostęp do tego rodzaju broni palnej. Wówczas w trakcie debaty sejmowej podnoszono, że taka broń jest wykorzystywana do rekreacji, rekonstrukcji historycznej. Wskazano zatem, że broń taka, pomimo swobodnego do niej dostępu, trafi do środowisk odpowiedzialnych. Słuszna to była teza i przyniosła wielką liberalizację, z której dzisiaj wielu korzysta. Przez ostatnie dziesięć lat te środowiska wykazały daleko idącą odpowiedzialność. Przestępczość z użyciem broni palnej rozdzielnego ładowania nie istnieje! Podobnie jest w przypadku broni palnej dostępnej na podstawie pozwolenia na broń. Na szczęście w Polsce nie doszło do dramatycznych zdarzeń z wykorzystaniem broni palnej przez legalnego jej posiadacza. Na szczęście! Jednak na szczęściu nie można opierać racjonalnego postępowania.

 

Co w tym zakresie jest w ustawie i jak korzystać z instrumentów ustawowych? W ustawie o broni i amunicji określone są ważne przyczyny posiadania broni palnej. Dla posiadania broni palnej w celu sportowym, kolekcjonerskim i w celu rekonstrukcji historycznej jedną z przesłanek zdobycia pozwolenia na broń jest przynależność do stowarzyszeń. W przypadku broni w celu sportowym konieczna jest przynależność do stowarzyszenia o charakterze strzeleckim (sportowym). W przypadku broni w celu kolekcjonerskim konieczna jest przynależność do stowarzyszenia o charakterze kolekcjonerskim. W przypadku broni palnej w celu rekonstrukcji historycznej konieczna jest przynależność do stowarzyszenia, którego statutowym celem jest organizowanie rekonstrukcji historycznych. Stowarzyszenie to podmiot o charakterze korporacyjnym, tj. jego istotą jest zrzeszenie się wielu osób w celu realizacji celów statutowych. Stowarzyszenie to organizacja w pewnej mierze zhierarchizowana, tj. posiadająca władze. Stowarzyszenie to organizacja posiadająca statut, statut musi zaś określać zasady nabywania i utraty członkostwa. Moim zdaniem im mniejsze stowarzyszenie, im bardziej regionalne, tym bardziej wiadome jest, kto staje się nowym członkiem stowarzyszenia. Już tylko te spostrzeżenia nasuwają możliwości społecznej kontroli tego, kto będzie posiadaczem broni palnej. Zasady przyjmowania członków do stowarzyszeń powinny być, moim zdaniem, tak kształtowane, aby do stowarzyszeń nie były przyjmowane osoby przypadkowe lub niesprawdzone. Za racjonalne uważam takie kształtowanie statutów stowarzyszeń, aby istniały tzw. osoby wprowadzające - dające rekomendację dla nowych członków stowarzyszenia. Niech istnieje groźba ostracyzmu społecznego dla tego, kto przyprowadzi do stowarzyszenia osobę nieodpowiedzialną. To może powstrzymywać i zapobiegać. Ten prosty mechanizm może powodować społeczną zaporę przed przyjmowaniem do stowarzyszeń osób niepożądanych czy przypadkowych. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak uregulować warunki przyjęcia do stowarzyszenia, by zapewniały przyjmowanie osób niekaranych. Uważam również, że niczego niedobrego nie będzie w tym, aby pozostawić władzom stowarzyszenia dyskrecjonalną władzę nieprzyjęcia do stowarzyszenia osób niepożądanych. Zdarzyć może się przecież tak, że pomimo formalnej praworządności kandydat do stowarzyszenia pochodzi z nieodpowiedniego środowiska. Myślę, że nie ma powodu dla stanowczego mówienia „nie” takim kandydaturom, nawet bez szerszego uzasadnienia. „Nie, bo nie” - dla dobra praworządnych posiadaczy broni palnej. Warty przypomnienia jest art. 27 ust 5 ustawy o broni i amunicji. Zgodnie z tym przepisem Polski Związek Łowiecki i zarządy stowarzyszeń strzeleckich są obowiązane do corocznego składania właściwym organom Policji aktualnych wykazów członków uprawiających łowiectwo lub strzelectwo z użyciem własnej broni oraz do powiadamiania tych organów o wykluczeniu wymienionych członków tych organizacji w terminie 30 dni od dnia wykluczenia. Wykaz, o którym mowa w ust. 5, obejmuje imię i nazwisko, numer ewidencyjny Powszechnego Elektronicznego Systemu Ewidencji Ludności (PESEL) oraz adres miejsca stałego pobytu, o tym stanowi ust. 6 art. 27. Dostrzegam, że istnienie tego przepisu jest zapomniane zarówno przez stowarzyszenia strzeleckie, jak i organy Policji. Wykonywanie tego przepisu powinno leżeć w interesie wszystkich legalnych posiadaczy broni palnej. Kto wyklucza się ze społeczności członków stowarzyszenia, powinien tracić dobrodziejstwa z członkostwa wynikające. Stowarzyszeniom powinno zależeć, aby zła sława nie dotknęła praworządnych posiadaczy broni palnej, z powodu zaniechania.

 

Wreszcie postulat natury społecznomoralnej. Moim zdaniem środowiska strzeleckie nie mogą tolerować „czarnych owiec” wewnątrz siebie. Ten brak tolerancji powinien współistnieć z tworzeniem więzi społecznych. Otwarcie należy mówić „nie” tym z naszych środowisk, co do których mamy przekonanie, że nie powinni posiadać broni palnej. Nie wzruszajmy ramionami i nie tolerujmy niewłaściwych postaw. Lepiej jasno wskazać „czarną owcę”, zanim dostanie pozwolenie na broń, niż później posuwać się do donosicielstwa lub czekać na tragedię. Jasne przestrzeganie reguł spowoduje stworzenie silnego i odpowiedzialnego środowiska strzeleckiego w Polsce. Gdy nie będzie takiego mechanizmu, jego miejsce zajmie potajemne donosicielstwo, to moim zdaniem oczywiste. Takie zachowania rozbijają więzi społeczne Polaków. W ten sposób nie odtworzymy kultury posiadania broni palnej w Polsce, a to zadanie niezwykle pilne i ważne.

 

Proponowane przeze mnie rozwiązania nie są oczywiście jedynie słuszne. Możliwości jest nieskończenie wiele. Chciałem w tym tekście jedynie wywołać dyskusję i zwrócić uwagę na przemilczany dotychczas problem. Problem, który nie przysporzył nam, posiadaczom broni palnej, problemów, ale lepiej dmuchać na zimne. Nie proponuję tworzenia systemu konfidencji. Proponuję tworzenie zdrowych społecznie mechanizmów, zapobiegających na przyszłość niepożądanym skutkom.

 

 

 

Andrzej Turczyn
adwokat, ekspert prawny, prezes ROMB
[email protected]

 


„Singlizm”, czyli o oswajaniu samotności

Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.


Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.

 

Zacznijmy od poziomu języka. Single z języka angielskiego oznacza „pojedynczy, niewystępujący w parze.” Słowo to wskazuje zatem na indywidualność, stąd też single kojarzą się nam z pewnym rodzajem tak dziś cenionego indywidualizmu. Podobnym znaczeniem nie może pochwalić się „panna/kawaler”. Ponadto słowo „singiel” jest na swój sposób autonomiczne. Nie ma w języku polskim swojego bezpośredniego przeciwieństwa ani potencjalnego dopełnienia. Tego samego nie można powiedzieć o słowach „panna” oraz „kawaler”. Te bezpośrednio kojarzą nam się ze swoimi przeciwieństwami - „mężatka/żonaty”. „Panna/kawaler” używane są do opisania pewnego stanu, który wymaga rozwinięcia lub dopełnienia. Singlem możesz być całe życie – panną nie. Z panny możesz dobrowolnie zamienić się w mężatkę albo stajesz się – nolens volens – starą panną. Tu pojawia się druga charakterystyczna cecha słowa „singiel”. Swój niewątpliwy sukces zawdzięcza temu, że jest pozbawione negatywnych konotacji. W przeciwieństwie do „panny/kawalera”, „singiel” nie jest narażony na niechciane towarzystwo słowa „stara/stary”. Zobrazujmy tę niemożliwość. Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: Dwie siedemdziesięcioletnie kobiety, wracając z porannego shoppingu na pobliskim bazarze, prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą sytuacji ekonomiczno-społeczno-kulturalnej lokalnej społeczności: „Kojarzysz Iksińską? No wiesz, ta stara singielka z trzema kotami spod trójki. No! To wyobraź sobie...” Przyznają Państwo – czysta abstrakcja. „Singiel” nie jest, jak widać, obarczony (jeszcze) pejoratywnymi skojarzeniami. „Jeszcze”, ponieważ jeżeli tendencja zapożyczania słów z języka angielskiego będzie się utrzymywać, to możemy niedługo spotkać się z „oldsinglem”, wszak „oldbojów” już mamy.

 

Opuśćmy stronę językową i zastanówmy się, czym charakteryzuje się stan „bycia singlem”? W tym przypadku również trudno o jakieś negatywne skojarzenia. Singiel nie jest osobą samotną, zatopioną w smutku swojego osamotnienia. To jednostka niezależna – indywidualista, który idzie przez życie w pojedynkę z własnego wyboru. Ów wybór – moment wolności – jest dla singla niezwykle ważny. Singiel jest wolny i mając tę wolność, chce z niej korzystać, chce wybierać, najczęściej wybierając... wolność. Wszystko inne skażone jest bowiem jakąś miarą ograniczenia. W języku polskim mówimy nawet o singlach jako o osobach „stanu wolnego” (słyszymy także o „wolnych związkach”, przeciwstawionych związkom „niewolnym”, np. małżeństwu), co potwierdza intuicję kojarzącą singla z kategorią wolności. Singiel jest sam, ponieważ niepotrzebuje stałej (jedynie akcydentalną) bliskości drugiego człowieka. Singiel ma znajomych, przyjaciół, czasem umawia się na randki, ale nie zależy mu na stałym związku. Bliskość, którą zapewniają mu kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, wystarcza mu. Nie dąży do jej intensyfikacji w stałym związku z drugą osobą, ponieważ ten rodzaj intensyfikacji obarczony jest „grzechem” przywiązania, a zatem ogranicza. Singiel nie rozumie instytucji małżeństwa lub uważa, że jest ona nie dla niego. Przeraża go zwłaszcza jej religijna wersja. „Na wieki wieków amen” jest dla singla nie do przyjęcia, ponieważ odwołuje się do wieczności (nawet, jeśli ostatecznie zamkniętej w ramach doczesności – „...aż śmierć was nie rozłączy.”). Wartości mające wymiar absolutny muszą z konieczności budzić niechęć singla. Absolutność i związana z nią bezwarunkowość zobowiązania ograniczają.

 

Sposób życia oraz myślenia singli zawiera jeszcze jedną ważną cechę charakterystyczną. Oprócz wspomnianej pochwały dla indywidualizmu i wolności oraz niechęci do absolutnych wartości „singlizm” zdaje się być swego rodzaju próbą poradzenia sobie z samotnością, będącą jednym z największych wyzwań kondycji ludzkiej. Zdaje się, że ten egzystencjalny problem w światopoglądzie singla nie występuje. Zostaje on jednak nie tyle pokonany, ile oswojony. Singiel swoim przykładem pokazuje, że idąc przez życie pod rękę z samotnością, możemy czerpać siłę z tego „związku”. Nawet jeżeli samotność sama w sobie jest źródłem cierpienia, to może przynieść nam korzyści, o ile potraktujemy ją jako pierwszy krok na drodze ku absolutnej wolności.

 

W tym miejscu pojawia się wątpliwość, czy odpowiedź singla na pytanie, które stawia nam życie: „Jak poradzić sobie z samotnością?”, jest odpowiedzią prawidłową. Czy pogodzić się z samotnością oznacza pokonać ją?  Czy może pokonać samotność to przezwyciężyć ją, chwytając wyciągniętą dłoń drugiego człowieka? Druga odpowiedź zdaje się być trudniejsza do zaakceptowania dla nas, nowoczesnych, wolnych, niezależnych jednostek. Sugeruje bowiem, że nie jesteśmy samowystarczalni, że nasza indywidualność i wolność nie są w stanie przezwyciężyć samotności, że aby ją pokonać, potrzebujemy kogoś więcej niż siebie samych; wreszcie, że nasze szczęście nie zależy tylko od nas, lecz leży pośrodku – pomiędzy nami a drugim człowiekiem. Jednak decyzję dotyczącą tego, którą z tych dwóch odpowiedzi powinniśmy wybrać, musimy podjąć sami.

 

„Singlizm” może dawać swoim zwolennikom poczucie bezpieczeństwa przed społecznym brakiem akceptacji. Jeżeli jednak nie jest poprzedzony namysłem nad samotnością, może zamienić się w ślepe podążanie za tendencją, której nie rozumiemy, a która - jeśli okaże się fałszywa - może przysporzyć nam wiele cierpienia. Nie należy bowiem zapominać, że single mogą się mylić, próbując oswoić coś, co oswojone być nie może. Jeśli jednak jesteśmy przekonani, że z samotności można uczynić towarzyszkę naszego życia, to powinno nam być w gruncie rzeczy obojętne, czy mówią o nas, „młoda panna”, czy „stary kawaler” (ostatecznie każdy kiedyś się zestarzeje). Jeżeli natomiast jesteśmy singlami tylko dlatego, że taka jest moda lub chwilowo tak nam wygodniej, to musimy pamiętać, że gdy jako społeczeństwo przyzwyczaimy się do „singla”, możemy niepostrzeżenie zamienić się w „oldsingla”. Co gorsza, wówczas zostaniemy z tym problemem zupełnie sami.

 

Dlaczego hierarchowie nadal kolaborują z Moskalami?

Rewelacja Radia Wnet (Chodzi o notatkę informacyjną Departamentu I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych—wywiad - z 23 lipca 1980 r.): „Według informacji ks. Stanisława Dziwisza, podczas poufnej rozmowy papieża z Carterem J.P. II opowiedział się za koniecznością utrzymania pokoju, ale zachował pozycje konfrontacji ideologicznej z komunizmem (...)” IPN BU O 449/53/18 – autor: Tomasz Turowski (agent 10682, ps. „Orsom” i „Ritter”) to tylko maleńki fragment rzeczywistości, która rozgrywała się wokół Jana Pawła II za Spiżową Bramą. Maleńki, ale bardzo znaczący. Oto jeden z najlepszych (zdekonspirowanych) agentów komuny pozyskuje informacje o najtajniejszym spotkaniu papieża od jego najbardziej zaufanego współpracownika - OSOBISTEGO SEKRETARZA! Co więcej, ten obecnie wysoki hierarcha polskiego katolicyzmu usadowił się przy Karolu Wojtyle na wiele lat przed przeprowadzką do Watykanu (od roku 1966). Jeśli Turowski zdobył jego zaufanie i przejmował od niego najtajniejsze informacje, to kto jeszcze korzystał z łatwowierności i wylewności krakowskiego hierarchy?



Takich pytań w normalnym państwie i społeczeństwie powinno się postawić o wiele więcej i to bardzo dawno temu. U nas mamy jednak zgodną zmowę milczenia - komuniści chronią swoje źródła i używają ich dalej do swoich celów (od iście prozaicznych, w rodzaju Stella Maris, do politycznych, o skali pojednania z cerkwią Putina), hierarchowie chronią swoją przeszłość lub osłaniają kolegów w imię korporacyjnej solidarności zwanej dla zmyłki "dobrem Kościoła", naród zamyka oczy i uszy na prawdę, bo katolicyzm to ostatni bastion na drodze zagłady Polski. Nawet najmądrzejsi przedstawiciele naszych elit nie poruszają bolesnego tematu kolaboracji hierarchów za PRL i dziwnych zdarzeń z otoczenia JP2 w obawie przed niezrozumieniem i gniewem ludu, który okrzyknie ich „stronnikami Palikota”.

Na tym milczeniu najbardziej korzysta Moskwa. Ma w hierarchach posłusznych wykonawców swojej polityki, dalej bezkarnie uzależnia od siebie państwo polskie, mając pewność, że ci, którzy mogliby przywrócić narodowi czujność, będą go dalej utrzymywać w bezbolesnej nirwanie.

Bez lustracji biskupów i zbadania pod kątem działań agenturalnych pontyfikatu Karola Wojtyły Polska nie stanie samodzielnie na własnych nogach. Tu spoczywa klucz do autentycznej wolności narodu. Niestety, nawet „nasze autorytety” paraliżuje strach przed poruszeniem zagadnień „kluczowych” - zamiast tego będziemy mieli nadal radosne kibicowanie sondażom i organizację niezmieniających niczego marszów...

Dziś mało kto wie, że za rządów Pawła VI Stolica Apostolska wymusiła na frankistowskiej Hiszpanii, wbrew woli samych władz hiszpańskich (sic!), zmianę hiszpańskiej konstytucji, która broniła religii katolickiej i ustanawiała ją jedyną religią państwową. Podobnie stało się z Portugalią. Jak dziś wyglądają te państwa, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Masowa apostazja, barbarzyńskie, sprzeczne z naturą prawodawstwo to dzisiejsza rzeczywistość Hiszpanii. Podobnie nikt nie zdaje sobie sprawy, że to za czasów Jana Pawła II wymuszono na Włochach zmianę ich prawodawstwa, które chroniło religię katolicką.
Bartłomiej Gajos, NGO Opole

NAJNOWSZE ARTYKUŁY