„Singlizm”, czyli o oswajaniu samotności

Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.


Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.

 

Zacznijmy od poziomu języka. Single z języka angielskiego oznacza „pojedynczy, niewystępujący w parze.” Słowo to wskazuje zatem na indywidualność, stąd też single kojarzą się nam z pewnym rodzajem tak dziś cenionego indywidualizmu. Podobnym znaczeniem nie może pochwalić się „panna/kawaler”. Ponadto słowo „singiel” jest na swój sposób autonomiczne. Nie ma w języku polskim swojego bezpośredniego przeciwieństwa ani potencjalnego dopełnienia. Tego samego nie można powiedzieć o słowach „panna” oraz „kawaler”. Te bezpośrednio kojarzą nam się ze swoimi przeciwieństwami - „mężatka/żonaty”. „Panna/kawaler” używane są do opisania pewnego stanu, który wymaga rozwinięcia lub dopełnienia. Singlem możesz być całe życie – panną nie. Z panny możesz dobrowolnie zamienić się w mężatkę albo stajesz się – nolens volens – starą panną. Tu pojawia się druga charakterystyczna cecha słowa „singiel”. Swój niewątpliwy sukces zawdzięcza temu, że jest pozbawione negatywnych konotacji. W przeciwieństwie do „panny/kawalera”, „singiel” nie jest narażony na niechciane towarzystwo słowa „stara/stary”. Zobrazujmy tę niemożliwość. Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: Dwie siedemdziesięcioletnie kobiety, wracając z porannego shoppingu na pobliskim bazarze, prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą sytuacji ekonomiczno-społeczno-kulturalnej lokalnej społeczności: „Kojarzysz Iksińską? No wiesz, ta stara singielka z trzema kotami spod trójki. No! To wyobraź sobie...” Przyznają Państwo – czysta abstrakcja. „Singiel” nie jest, jak widać, obarczony (jeszcze) pejoratywnymi skojarzeniami. „Jeszcze”, ponieważ jeżeli tendencja zapożyczania słów z języka angielskiego będzie się utrzymywać, to możemy niedługo spotkać się z „oldsinglem”, wszak „oldbojów” już mamy.

 

Opuśćmy stronę językową i zastanówmy się, czym charakteryzuje się stan „bycia singlem”? W tym przypadku również trudno o jakieś negatywne skojarzenia. Singiel nie jest osobą samotną, zatopioną w smutku swojego osamotnienia. To jednostka niezależna – indywidualista, który idzie przez życie w pojedynkę z własnego wyboru. Ów wybór – moment wolności – jest dla singla niezwykle ważny. Singiel jest wolny i mając tę wolność, chce z niej korzystać, chce wybierać, najczęściej wybierając... wolność. Wszystko inne skażone jest bowiem jakąś miarą ograniczenia. W języku polskim mówimy nawet o singlach jako o osobach „stanu wolnego” (słyszymy także o „wolnych związkach”, przeciwstawionych związkom „niewolnym”, np. małżeństwu), co potwierdza intuicję kojarzącą singla z kategorią wolności. Singiel jest sam, ponieważ niepotrzebuje stałej (jedynie akcydentalną) bliskości drugiego człowieka. Singiel ma znajomych, przyjaciół, czasem umawia się na randki, ale nie zależy mu na stałym związku. Bliskość, którą zapewniają mu kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, wystarcza mu. Nie dąży do jej intensyfikacji w stałym związku z drugą osobą, ponieważ ten rodzaj intensyfikacji obarczony jest „grzechem” przywiązania, a zatem ogranicza. Singiel nie rozumie instytucji małżeństwa lub uważa, że jest ona nie dla niego. Przeraża go zwłaszcza jej religijna wersja. „Na wieki wieków amen” jest dla singla nie do przyjęcia, ponieważ odwołuje się do wieczności (nawet, jeśli ostatecznie zamkniętej w ramach doczesności – „...aż śmierć was nie rozłączy.”). Wartości mające wymiar absolutny muszą z konieczności budzić niechęć singla. Absolutność i związana z nią bezwarunkowość zobowiązania ograniczają.

 

Sposób życia oraz myślenia singli zawiera jeszcze jedną ważną cechę charakterystyczną. Oprócz wspomnianej pochwały dla indywidualizmu i wolności oraz niechęci do absolutnych wartości „singlizm” zdaje się być swego rodzaju próbą poradzenia sobie z samotnością, będącą jednym z największych wyzwań kondycji ludzkiej. Zdaje się, że ten egzystencjalny problem w światopoglądzie singla nie występuje. Zostaje on jednak nie tyle pokonany, ile oswojony. Singiel swoim przykładem pokazuje, że idąc przez życie pod rękę z samotnością, możemy czerpać siłę z tego „związku”. Nawet jeżeli samotność sama w sobie jest źródłem cierpienia, to może przynieść nam korzyści, o ile potraktujemy ją jako pierwszy krok na drodze ku absolutnej wolności.

 

W tym miejscu pojawia się wątpliwość, czy odpowiedź singla na pytanie, które stawia nam życie: „Jak poradzić sobie z samotnością?”, jest odpowiedzią prawidłową. Czy pogodzić się z samotnością oznacza pokonać ją?  Czy może pokonać samotność to przezwyciężyć ją, chwytając wyciągniętą dłoń drugiego człowieka? Druga odpowiedź zdaje się być trudniejsza do zaakceptowania dla nas, nowoczesnych, wolnych, niezależnych jednostek. Sugeruje bowiem, że nie jesteśmy samowystarczalni, że nasza indywidualność i wolność nie są w stanie przezwyciężyć samotności, że aby ją pokonać, potrzebujemy kogoś więcej niż siebie samych; wreszcie, że nasze szczęście nie zależy tylko od nas, lecz leży pośrodku – pomiędzy nami a drugim człowiekiem. Jednak decyzję dotyczącą tego, którą z tych dwóch odpowiedzi powinniśmy wybrać, musimy podjąć sami.

 

„Singlizm” może dawać swoim zwolennikom poczucie bezpieczeństwa przed społecznym brakiem akceptacji. Jeżeli jednak nie jest poprzedzony namysłem nad samotnością, może zamienić się w ślepe podążanie za tendencją, której nie rozumiemy, a która - jeśli okaże się fałszywa - może przysporzyć nam wiele cierpienia. Nie należy bowiem zapominać, że single mogą się mylić, próbując oswoić coś, co oswojone być nie może. Jeśli jednak jesteśmy przekonani, że z samotności można uczynić towarzyszkę naszego życia, to powinno nam być w gruncie rzeczy obojętne, czy mówią o nas, „młoda panna”, czy „stary kawaler” (ostatecznie każdy kiedyś się zestarzeje). Jeżeli natomiast jesteśmy singlami tylko dlatego, że taka jest moda lub chwilowo tak nam wygodniej, to musimy pamiętać, że gdy jako społeczeństwo przyzwyczaimy się do „singla”, możemy niepostrzeżenie zamienić się w „oldsingla”. Co gorsza, wówczas zostaniemy z tym problemem zupełnie sami.

 

Dlaczego spowiedź jest niebezpieczna

Tzw. spowiedź uszna jest wynalazkiem późnego średniowiecza (XIII w.). Nie ma o niej mowy w Biblii. Wiele by można powiedzieć o zgubnym duchowym wpływie wiary w skuteczność tego obrządku, ale tym razem skoncentruję się tylko na wymiarze czysto praktycznym. Punktem wyjścia do naszego wnioskowania niech będzie informacja prasowa sprzed dwóch lat:

– Był spowiednikiem żony jednego z obecnych polskich ambasadorów, pana Cz. Wysłuchał jej grzechów w Paryżu. Przychodziły do niego również, by powierzyć mu swoje najskrytsze winy i dostać rozgrzeszenie, także inne osoby z kręgów ówczesnej emigracji – twierdzi nasz rozmówca.


– U jezuitów w Rzymie spowiadali się dyplomaci i wojskowi z krajów należących do NATO. Niewykluczone, że Turowski spowiadał więc także obcokrajowców – komentuje dr Leszek Pietrzak. Jak mówi historyk, bardzo często oficerowie wywiadu PRL zlecali współpracującym duchownym spowiadanie w celu uzyskania informacji. Tak było w wielu polskich środowiskach we Francji i we Włoszech.” „Kto się spowiadał u Turowskiego?”, Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, GP




Kim był Turowski, nie będę przypominał. Mamy więc sytuację, w której agent służb PRL spowiada zarówno pod bokiem Jana Pawła II, jak i w jezuickich ośrodkach we Francji. Dzięki temu ma wgląd w życie intymne emigracji politycznej, dyplomatów i wojskowych. Co ważne, większość ludzi traktuje spowiedź szczerze – czyli agent w koloratce zdobywał najpilniej strzeżone sekrety osobiste z „pierwszej ręki”. Nie były to historie o hobby czy zainteresowaniach, ale dane najbardziej wrażliwe, dotyczące słabości, uzależnień czy pokus. Co więcej, mogły dawać wskazówki dotyczące osób trzecich (np. wyznanie grzechu cudzołóstwa). O możliwościach operacyjnego użytku takich informacji nie trzeba nikogo przekonywać.

Ciekawą historię opowiedział kiedyś ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Otóż SB chciała pozyskać tajną informatorkę spośród sióstr zakonnych (zdaje się, że z Zakładu dla Niewidomych w Laskach). Choć „wytężono siły”, żadna z czterdziestu sióstr nie zdecydowała się na współpracę. Udało się jednak pozyskać kapelana ośrodka, u którego wszystkie pobożne siostry szczerze się spowiadały…

Mając na uwadze powyższe przykłady, rozsądny człowiek poważnie rozważy wyjawianie w konfesjonale sekretów swoich i bliźnich – skąd może wiedzieć, że z drugiej strony nie siedzi jakiś Turowski?

Tych, których dręczy pytanie : „A co z moimi grzechami?”, zachęcam do refleksji nad słowami Pisma:

Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie - odpuszczenie grzechów. Kol 1:12-14

I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy; wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża;
Kol. 2:13-14

A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha. Jan. 19:30

DZIEŃ, W KTÓRYM UMARŁ JEZUS

W opisach męki Jezusa znajdujących się w Ewangeliach można przeczytać o towarzyszących jej cudach i znakach. Według Mateusza od szóstej godziny do godziny dziewiątej ciemność zaległa całą ziemię (Mat. 27:45), a w chwili śmierci zatrzęsła się ziemia i skały popękały (Mat. 27:51). Relacje Marka i Łukasza są bardzo podobne. To, co się działo, wywarło wielkie wrażenie na żołnierzach, którzy wykonywali egzekucję. A setnik i ci, którzy z nim byli i strzegli Jezusa, ujrzawszy trzęsienie ziemi i to, co się działo, przerazili się bardzo i rzekli: Zaiste, ten był Synem Bożym (Mat. 27:54). Podobnie zareagowali Żydzi. A wszystkie te rzesze, które zeszły się na to widowisko, ujrzawszy to, co się stało, bijąc się w piersi zawracały (Łk. 23:48). Oczywiście można do tych relacji podejść w sposób „nowoczesny” i uznać, że ewangeliści tylko „dawali wyraz swojej wierze”. Ponieważ uznali Jezusa za Stworzyciela świata, oczekiwali, że Jego śmierć wstrząśnie całym stworzeniem i wymyślili sobie towarzyszące jej „efekty specjalne”. To samo podejście trzeba wtedy zastosować do przemówienia Piotra po zesłaniu Ducha Świętego. Apostoł przypomniał zebranym proroctwo Joela o ostatecznych dniach. Znakiem, że się one zaczynają, miało być wylanie Ducha na wszelkie ciało, ale nie tylko. Joel zapowiedział też, że Słońce przemieni się w ciemność, a księżyc w krew. Zanim przyjdzie Dzień Pański wielki i wspaniały (Dz. Ap. 2:14). Pojawia się tu jednak pewien problem. Jeśli wydarzenia nie przebiegały tak, jak przedstawia je Biblia, dlaczego w Jerozolimie powstał kościół chrześcijański?

Ludzie tworzący tę wspólnotę decydowali się na porzucenie tradycji, w której wyrośli. Stawiali się poza swoim narodem, okazując nieposłuszeństwo jego „autorytetom moralnym”. O konsekwencjach, które miała dla nich ta decyzja, można przeczytać w Liście do Hebrajczyków: byliście wystawieni na publiczne zniewagi i udręki (…) przyjęliście z radością grabież waszego mienia (Hbr. 10:33–34). Żyd, którego wyłączono z synagogi, był poza prawem. Można go było okradać, bić, nawet zabić. Ci, którzy przyłączali się do nowej „sekty”, musieli być świadomi ryzyka. Los samego Jezusa był wystarczającą przestrogą. Mimo to, jeśli wierzyć znanemu z dokładności Łukaszowi, zaraz po zesłaniu Ducha Świętego pozyskanych zostało (…) około trzech tysięcy dusz (Dz. Ap. 2:41). Co ich motywowało? Zmartwychwstałego Jezusa widziało około pięciuset osób (1 Kor. 15:6). Co przekonało te tysiące, które przyłączyły się w dniu Zielonych Świąt i w następnych? Wypełnienie się znanej, zapisanej prawie 900 lat wcześniej przepowiedni Joela mogło dać im pewność, że stają po właściwej stronie. Jednak aby uznać, że tak się stało, nie wystarczyło zobaczyć ludzi z językami ognia nad głowami przemawiających różnymi językami. Prorok zapowiadał niezwykłe znaki na niebie.

Niemal dokładnie trzydzieści lat temu, w grudniu 1983 roku, ukazał się w czasopiśmie „Nature” artykuł pod tytułem „Datowanie Ukrzyżowania”, który wywołał wielkie poruszenie nie tylko wśród naukowców. Dwaj profesorowie fizyki z uniwersytetu Cambridge, Humphreys i Waddington, wyjaśnili w nim, jak mogło wypełnić się w całkowicie naturalny sposób proroctwo, że księżyc przemieni się w krew. Zaćmienie Księżyca ma miejsce wtedy, gdy wchodzi on w cień rzucany przez Ziemię. Zawsze, zanim stanie się całkowicie lub częściowo niewidoczny, zmienia barwę. Atmosfera ziemska rozszczepia światło słoneczne podobnie jak pryzmat. Księżyc, zanim wejdzie w stożek całkowitego cienia, jest oświetlany światłem fioletowym, niebieskim, a potem kolejnymi barwami aż do czerwonej. Może się też zdarzyć tak zwane zaćmienie półcieniowe. Wtedy księżyc w ogóle nie wchodzi w stożek całkowitego cienia Ziemi, zmienia tylko barwę.

Nie jest dzisiaj problemem obliczenie położenia każdego ciała wchodzącego w skład Układu Słonecznego w dowolnym momencie przeszłości i przyszłości. Okazuje się, że jedno z zaćmień Księżyca miało miejsce 3 kwietnia 33 roku n.e. Było to zaćmienie częściowe, ale w momencie, gdy cień Ziemi „dotknął” powierzchni Księżyca, nie był on widoczny z obszaru Bliskiego Wschodu.1 Był to piątek, a następnego dnia przypadała żydowska Pascha. Według Prawa Mojżeszowego w ten dzień należało zabić baranka.

Wszystko tak, jak opisano w Ewangeliach. Mieszkańcy Jerozolimy widzieli Księżyc w takim położeniu, jak na ilustracji. Czy taki widok nie mógł nasunąć  im myśli, że krew przelana w ten dzień zmieni cały Wszechświat?

Pismo Święte przedstawia Boga jako istotę panującą nad absolutnie wszystkim, co dzieje się we wszechświecie, a życie Jezusa jako realizację szczegółowego planu, którego najważniejszym elementem było złożenie ofiary za nasze grzechy. Był on na to przeznaczony już przed założeniem świata (1 Piotr 1:20). Przyszedł na świat, gdy nadeszło wypełnienie czasu (Gal. 4:4). W opisach, jak Jezus wychodził z niebezpiecznych sytuacji, powtarza się zwrot, że jeszcze nie nadeszła jego godzina. Gdy pozostało niewiele czasu do ukrzyżowania, powiedział: przyszedłem na tę godzinę (Jan 12:27). Artykuł Humphreysa i Waddingtona pozwala lepiej zrozumieć, co biblijni autorzy mieli na myśli. Nawet położenie ciał niebieskich było elementem planu.

Geologowie badający warstwy osadów nad Morzem Martwym znaleźli w nich ślady trzęsienia ziemi, do którego doszło na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych pierwszego wieku naszej ery i dopuszczają możliwość, że to o nim jest mowa w Ewangelii Mateusza. Ich zdaniem nie było ono wystarczająco silne, by doprowadzić do pękania skał, o którym można przeczytać w tej relacji. Czy jednak na podstawie przemieszczeń warstw osadów na brzegu Morza Martwego można dokładnie ocenić natężenie wstrząsów w odległej o około 20 km Jerozolimie? Poza tym opis, który pozostawił Mateusz, jest bardzo krótki, a jedyna szkoda, o której wspomina, to rozdarta zasłona przybytku świątyni. Trudno chyba stanowczo orzec, że w swym opisie przesadzał. Oczywiście nie sposób ustalić dokładnej daty trzęsienia. Można uważać, że wydarzyło się przed lub po ukrzyżowaniu, a Mateusz trochę „naciągnął”, ale możliwości, że wydarzenia te się zbiegły, wykluczyć też nie można.2

Jeśli wierzyć Ewangeliom, najbardziej spektakularnym zjawiskiem, które miało miejsce w dniu śmierci Jezusa, była ciemność, która od szóstej godziny do godziny dziewiątej zaległa całą ziemię (Mat. 27:46). Według naszej rachuby czasu trwało to od 12 do 15. Trudno uwierzyć, żeby apostoł Piotr uznał za spełnienie proroctwa Joela burzę piaskową czy jakąś wyjątkowo dużą chmurę. Jego słów słuchali Żydzi, którzy przybyli na te święta z całego Imperium. Trudno uwierzyć, żeby potraktowali poważnie jego mowę, wiedząc, że tam, gdzie byli w dniu poprzedzającym Paschę, ciemności w samo południe nie zapadły. Jeśli coś takiego rzeczywiście się stało, to nie sposób znaleźć jakieś naturalistyczne wytłumaczenie. Księżyc był w pełni i zaćmienie Słońca „z definicji” nie wchodziło w grę. Zresztą zaćmienie może trwać najwyżej kilka minut. Poza tym Joel pisał, że słońce przemieni się w ciemność, a nie, że coś je zasłoni…

Coraz trudniej jest twierdzić, że teksty Pisma Świętego, którymi dysponujemy obecnie, różnią się od tych z pierwszego wieku. Oznacza to, że czytali je ludzie, którzy przeżyli ten dzień w różnych miejscach naszego globu i z własnego doświadczenia mogli ocenić, czy jego opis odpowiada rzeczywistości. Znali je nie tylko wierzący, lecz także ci, którym nowa wiara się nie podobała i na różne sposoby starali się ją skompromitować. Jednak nie zarzucali chrześcijanom rozpowszechniania bzdur o tym, że w samo południe zgasło słońce. Czy nie dostrzegli okazji do osiągnięcia swojego celu, czy też z jakiegoś powodu uznawali, że lepiej tej sprawy nie poruszać? Niewiele z tego, co napisano w starożytności, zachowało się do naszych czasów. Zachowały się jednak wzmianki o dwóch niewierzących autorach, na których powoływali się chrześcijanie piszący na ten temat.

Jednym z nich był żyjący w I wieku n.e. rzymski historyk Thallus. W trzecim tomie swojej Historii wspomniał o niezwykłych ciemnościach, które zapadły pewnego dnia. Chrześcijański apologeta Sykstus Juliusz zwany Afrykańskim powołał się na to świadectwo, pisząc o dniu ukrzyżowania. Oczywiście odrzuca podane przez Thallusa wyjaśnienie tego zjawiska zaćmieniem Słońca. O tym, że zaćmienie Słońca podczas pełni jest niemożliwe, wiedziano wtedy równie dobrze, jak dziś.3 Drugim był wyzwoleniec cesarza Hadriana Grek Flegon z Tralles. Najbardziej znanym i największym jego dziełem było Zestawienie zwycięzców olimpijskich i czasów. W 16 tomach opisał 229 igrzysk olimpijskich, które odbyły się między 776 rokiem p.n.e. a 137 n.e. Napisał też w Zestawieniu nieco o tym, co poza igrzyskami poruszało wtedy ludzi. Wspomniał między innymi o tym, że w 4 roku 203 olimpiady słońce uległo zaćmieniu większemu niż kiedykolwiek, tak, że w ciemności o godzinie 6 widać było gwiazdy, a równoczesne trzęsienie ziemi w Bitynii w gruzy obróciło wiele domów w Nicei.4 4 rok 203 olimpiady przypadał na 32 i 33 rok n.e., a reszta opisu dziwnie przypomina ten z Ewangelii. Na Flegonta poza Juliuszem Afrykańskim powoływali się też Orygenes i Euzebiusz z Cezarei.5

Ateiści i agnostycy mają swoje argumenty. Nie zachowało się do naszych czasów żadne dzieło Juliusza Afrykańskiego. O tym, że pisał o ciemności podczas ukrzyżowania, wiemy z Kroniki Paschalnej napisanej w IX wieku przez bizantyjskiego mnicha Georgiosa Synkellosa,6 który mógł do cytowanych tekstów dodać to i owo. Z Historii Thallusa też nie zachowało się nic, a ze starożytnego „skarbu kibica” Flegonta z Tralles tylko niewielki fragment dotyczący olimpiad 72–68 p.n.e., więc skąd wiadomo, co naprawdę było tam napisane? W roku 29 n.e. miało miejsce normalne zaćmienie Słońca. Można się było o kilka lat pomylić. Ludzie religijni niekiedy przesadzają i komentatorzy sportowi również. Nie ma wzmianki o niezwykłych ciemnościach u Seneki, Tacyta, Swetoniusza czy Pliniusza. Pamiętajmy jednak, że są fakty, o których lepiej nie wspominać, ponieważ wynikają z nich zbyt daleko idące wnioski. Wielcy myśliciele rozpoznają je szybciej od tych mniej wybitnych.

Powszechny był wtedy przesąd wiążący zaćmienie Słońca ze śmiercią wielkiego króla.7 To, co stało się w dniu śmierci Jezusa, było manifestacją mocy Boga, a przy tym znakiem, że umarł ktoś większy. Przesłanie do świata poręczone cudami i znakami było proste. Dzięki tej śmierci grzeszny człowiek może pojednać się z Bogiem i uniknąć kary. Oferta jest ważna przez wyznaczony czas, który rzeczywiście trudno nazwać inaczej niż dniami ostatecznymi. Okazuje się, że trwa on dostatecznie długo, by umocnił się pogląd, że cudów nie ma, a lęk przed karą za grzechy świadczy o psychicznych problemach…
To też element próby

Przypisy:
1http://eclipse.gsfc.nasa.gov/5MCLE/5MCLE-Figs-05.pdf
2http://news.discovery.com/history/religion/jesus-crucifixion-120524.htm
3http://www.reasonablefaith.org/thallus-on-the-darkness-at-noon
4Tadeusz Sinko, „Literatura grecka” t. III, cz. 1, PAU Kraków 1951, str.455.
5http://pl.wikipedia.org/wiki/Flegon_z_Tralles
6http://pl.wikipedia.org/wiki/Sekstus_Juliusz_Afryka%C5%84ski
7http://www.jgrchj.net/volume8/JGRChJ8-8_Carrier.pdf


Wielka Prostytutka

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

 

 

 


{youtube}Tzo96Myu8-M{/youtube}

 

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

Tak więc nierządnica duchowa to system religijny, który utrzymuje, że jest jedynie prawdziwy i ustanowiony przez samego Boga, zachowuje zewnętrzne pozory wierności, podczas gdy w rzeczywistości zarówno swymi wierzeniami, jak i uczynkami zapiera się prawdziwego Boga. Starotestamentowi Żydzi często postępowali w ten sposób, a szczególnie ich kapłani, co dosadnie ujął Apostoł Paweł: "Ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz? Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa? Który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu bezcześcisz Boga? Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu" (Rzym. 2:21-24). Zamiast prowadzić ludzi do Boga, ten obłudny system od Niego odstręczał!

Ap. Jan zapowiada z kolei, że w czasie po wniebowstąpieniu Jezusa pojawi się kościół z nazwy chrześcijański (Chrystusowy), a w rzeczywistości cudzołożny, ze wszelkimi wcześniej przedstawianymi oznakami duchowej prostytucji.

Werset pierwszy 1 7 rozdziału Apokalipsy określa ten cudzołożny system Wielkim. Epitet ten może odnosić się zarówno do stopnia odstępstwa i zdrady, jak i do skali oddziaływania na ludzi. Następne wersety potwierdzają oba te znaczenia. Wielka Prostytutka siedzi nad wieloma wodami (w.1). Werset 15. tłumaczy ten symbol: "I mówi do mnie: Wody, które widziałeś, nad którymi rozsiadła się wszetecznica, to ludy i tłumy, i narody, i języki" (Ap. 17:15).

Mamy więc do czynienia z jakimś kościołem z nazwy chrześcijańskim, który utrzymuje, że jest jedynym prawdziwym, jest zepsuty moralnie, nie dochowuje wierności Bogu i Jego Słowu, ale ma ogromny wpływ na całą ludzkość.

Werset 2. z naszego rozdziału pokazuje dwa kierunki aktywności tego fałszywego kościoła: nierząd z królami ziemi - walka o ziemską władzę poprzez wywieranie wpływu na przywódców politycznych; upijanie winem duchowego kłamstwa masy zwykłych śmiertelników. Pijany nie umie właściwie rozeznać swych czynów ani nie przyjmuje ostrzeżeń. Prostytuujący się kościół będzie umiał uspokajać sumienia swoich wyznawców i uodparniać ich na Prawdę. Nawet wielkie umysły nie zawsze obronią się przed taką manipulacją...

Werset 3. wprowadza nas w nową fazę bezbożności tego kościoła... "I zaniósł mnie w duchu na pustynię. I widziałem kobietę siedzącą na czerwonym jak szkarłat zwierzęciu, pełnym bluźnierczych imion" (17:3). Nie wdając się w zbytnie szczegóły, ta bestia - zwierzę to zapowiadany w czasach ostatecznych władca odnowionego Imperium Rzymskiego, panującego nad całą ziemią (Obj. 17:7-14; 13:1-8; Dan. 2:40-45; 7:3-7,19-27; 2Tes. 2:1-12). Widzimy więc, jak nasza Wielka Prostytutka wozi się na Antychryście - władcy politycznym globalnego imperium czasów końca. Żyje z nim w doskonałej komitywie na zasadach symbiozy i najprawdopodobniej udzieliła mu poparcia i wiarygodności, gdy pojawił się na ziemi. Sprowadzając to na nasz grunt, fałszywy kościół Chrystusa będzie popierał wszelkie wysiłki na rzecz politycznego zjednoczenia świata i będzie kolaborował, ciągnąc z tego korzyści, z politykami mającymi to na celu. Sielanka nie potrwa jednak długo. Gdy nierządnica zrobi swoje, a Antychryst się umocni, jego skrywana wcześniej niechęć do tej religii objawi się w całej pełni: "A dziesięć rogów, które widziałeś, i zwierzę, ci znienawidzą wszetecznicę i spustoszą ją, i ogołocą, i ciało jej jeść będą, i spalą ją w ogniu" (Ap. 17:16).

Werset 4. przynosi nowe szczegóły wyglądu zepsutej kobiety: "A kobieta była przyodziana w purpurę i w szkarłat, i przyozdobiona złotem, drogimi kamieniami i perłami" (Ap. 17:4a). Fałszywy kościół będzie lubował się w drogocennych ozdobach - złoto, szlachetne kamienie, a najbardziej popularne jego barwy to czerwień i pewien odcień fioletu (ciekawe jest w tym kontekście pochodzenie słów purpurat i kolor biskupi...). Ogólnie można też po tych zewnętrznych przymiotach wywnioskować, że omawiany system będzie dość bogaty...

Typowym gestem tego kościoła będzie też trzymany w ręku złoty kielich pełen nierządu. Złoty kielich, szczególnie podniesiony, w kontekście religijnym kojarzy się z mszą. Ale dlaczego pełen jest "obrzydliwości i nieczystości jej nierządu"? Z pomocą przychodzi tutaj Autor Listu do Hebrajczyków: "Mocą tej woli jesteśmy uświęceni przez ofiarowanie ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. A każdy kapłan sprawuje codziennie swoją służbę i składa wiele razy te same ofiary, które nie mogą w ogóle zgładzić grzechów; Lecz gdy On złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, Oczekując teraz, aż nieprzyjaciele jego położeni będą jako podnóżek stóp jego. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni." "Dodaje: A grzechów ich i ich nieprawości nie wspomnę więcej. Gdzie zaś jest ich odpuszczenie, tam nie ma już ofiary za grzech." (Hbr. 10:10-14 i 17-18). W wiernych Jezusowi kościołach jest tylko jedna ofiara za grzech - ta złożona raz na zawsze przez Niego na Krzyżu Golgoty! Jeśli ktoś w Nią raz uwierzy, otrzymuje na zawsze przebaczenie wszystkich swoich grzechów. Dla niego nie ma już piekła ani żadnego czyśćca! Dla prawdziwego chrześcijanina "nie ma już ofiary za grzech" (Hbr. 10:18b). Wspomina się ją jedynie w celu przypomnienia tego, co Chrystus zrobił dwa tysiące lat temu. Kościół fałszywy będzie natomiast odmawiał takiego znaczenia ofierze Jezusa i wprowadzi na jej podobieństwo swoje ofiary za grzechy, osiągając przy tym korzyści finansowe. "Obrzydliwość i nieczystość nierządu"!

Werset 5. odsyła nas do dalekiej historii. "Wielki Babilon, matka wszetecznic i obrzydliwości ziemi". Każdy chyba zna historię miasta i wieży Babel. Była to pierwsza zbiorowa próba ludzkości, by przeciwstawić się Bogu i od Niego uniezależnić. Bóg ją udaremnił, ale część ludzi pozostała w buncie. W oparciu o nich powstał wrogi Bogu system religijny, będący symbolem i źródłem wszelkiego późniejszego odstępstwa. Mowa o religii Babilonu. Najwyższy kapłan Babilończyków nosił tytuł: "Wielki Budowniczy Mostu". Za pośrednictwem Etrusków pozostałości tej religii z dzisiejszej Azji Mniejszej dotarły do Italii. Najwyższy rzymski kapłan, a potem i cesarz nosił ten babiloński tytuł. Po łacinie brzmi on: "Pontifex Maximus". Czy wiedzą Państwo kto dziś nosi ten tytuł i skąd pochodzi słowo: "pontyfikat"?

Werset 6. przynosi jeszcze bardziej przerażającą cechę Wielkiej Prostytutki. Jawi się ona jako "pijana krwią" autentycznych chrześcijan. Podając się za jedyny prawdziwy kościół Chrystusa, sama nie znosi żadnej konkurencji. Nie tylko uciska myślących inaczej, ale ich fizycznie eliminuje. Ma na swoim koncie nie garstkę ofiar, ale cały tłum. Jest wręcz zamroczona żądzą mordu ludzi prawdziwie wiernych Jezusowi i będzie "ogniem i mieczem" (a także innymi, subtelniejszymi metodami) przyprawiać ich o męczeństwo.

Każdy, kto choć trochę zetknął się z Biblią, kto zna przynajmniej pobieżnie historię i obserwuje trendy dzisiejszej polityki, ma nieodparte skojarzenia i widzi, który kościół coraz szybciej "stara się" wypełnić omawiane proroctwo Pisma. Bóg jednak ma wzgląd także na "prostaczków", którzy nie mają zbyt dużej wiedzy o polityce czy historii. Dla nich to umieścił jeszcze jedną, tym razem bezdyskusyjną cechę fałszywego kościoła. Podał po prostu jego geograficzne umiejscowienie. "A kobieta, którą widziałeś, to wielkie miasto, które panuje nad królami ziemi." (Ap. 17:18). Jakie to miasto? "Tu trzeba umysłu obdarzonego mądrością. Siedem głów, to siedem pagórków, na których rozsiadła się kobieta, i siedmiu jest królów" (17:9). Miasto na siedmiu wzgórzach. Czy ktoś ma wątpliwości jak brzmi jego nazwa? Czy jest jakaś organizacja religijna utożsamiona z tym miastem?

Są to oczywiście trywialne pytania. Ale ludzie często są na tyle ślepi, że nie widzą, że "król jest nagi" i w ogromnym tłumie zachwycają się "purpurą i złotem" monarchy...

Oby dla nikogo nie było strasznym i co najgorsze spóźnionym odkryciem, że "ta karczma Rzym się nazywa"...

 

 

 

Artykuł "Wielka Prostytutka" po raz pierwszy został opublikowany w roku 2004.

"idź Pod Prąd" nr 6, kwiecień-maj 2004r., s. 4

video

Polacy Bohaterami wśród narodów świata! Marta Bocheńska, Marianna Popińska-Rajska

https://www.youtube.com/watch?v=lmjsSK1uaiw Premiera reportażu Telewizji Idź Pod Prąd "Polacy bohaterami wśród narodów świata" - opowieść o dwóch Polkach - Marcie Bocheńskiej i Mariannie Popińskiej-Rajskiej, które z...

Złapał Kozak Tatarzyna 2

Pewnego dnia, kupując puszki dla psa w Rossmanie, byłam świadkiem następującej sceny.
5-letni na oko chłopczyk przebiegał koło półek, zwalając z nich szampony i perfumy, które – ku jego radości - efektownie rozbijały się i rozlewały. Za chłopczykiem biegła zdesperowana matka, jęcząc: „Piotrusiu, proszę przestań.” Za matką przerażona ekspedientka.  „ Ja wszystko pokryję” - zapewniała matka.
Zrezygnowałam z zakupów i wyszłam, bo poczułam niepokojące mrowienie w palcach. Czułam, że za chwilę nie opanuję się i wyniosę smarkacza za uszy na dwór, gdzie dokończę egzekucji. Uważam, że byłaby to jedyna adekwatna reakcja na to, co się działo, i że matka zrobiłaby dokładnie to samo, gdyby nie obawa, że znajdzie się jakiś idiota, który zadzwoni na policję, dziecko zostanie jej w trybie pilnym odebrane i umieszczone w domu dziecka lub w rodzinie zastępczej. Na pewno żadna matka tego dla swego dziecka nie chce. Dlatego staje się jego zakładnikiem.
 
Ustawodawca celowo lub przez głupotę stawia rodziców i dzieci w sytuacji patowej. Podobnie jak nauczycieli i uczniów. Podobnie jak hodowcę i zwierzę.
 
Kilka dni temu czytałam artykuł o przemocy wobec starszych ludzi.
Oczywiście, że taka przemoc nie jest normą. Ale jeżeli się zdarza - stary człowiek nie ma żadnego sposobu, żeby się jej przeciwstawić. Przede wszystkim człowiek po siedemdziesiątce jest dla instytucji państwowej całkowicie niewiarygodny.
Osobiście znam kilka przypadków oddania starych rodziców do zakładu opiekuńczego wbrew ich woli.
Jeden z tych przypadków dotyczył znanej działaczki katolickiej, która umieszczona w zakładzie  położonym 100 km od Warszawy błagała odwiedzających o pieniądze na autobus i pomoc w dojechaniu do miasta.
Nikt nie chciał tego zrobić z bardzo prostej przyczyny. Jej mieszkanko na Saskiej Kępie zostało natychmiast sprzedane, a książki i pamiątki wylądowały na śmietniku. Kobieta zmarła bodajże po roku. Nie ujawniam nazwiska, bo nie chciałaby kompromitacji swoich ukochanych, też ortodoksyjnie katolickich dzieci.
W innym przypadku do prywatnego zakładu przyjęto na podstawie podpisu syna dwoje starszych rodziców,  choć nie byli oni ubezwłasnowolnieni i dawali sobie sami radę,  bez pomocy tego syna. Podobno w mieszkaniu było brudno. Ale oczywiście chodziło tylko  o jego sprzedaż. Ponieważ ojciec bronił się przed przemocą pielęgniarek, został umieszczony w pasach, a potem był faszerowany środkami farmakologicznymi. Obydwoje wkrótce zmarli.
Niedawno pochowaliśmy starszą panią, która swe piękne, ogromne mieszkanie w starej kamienicy przy  Śniadeckich  przeznaczyła dla siostrzenicy. W ramach rewanżu siostrzenica, wbrew jej woli,  wepchnęła ją do zakładu, gdzie staruszka uprzejmie zmarła. Nic innego nie mogła zrobić.
Wyobraźmy sobie, że osoba zamknięta wbrew jej woli w zakładzie wzywa policję. Policja – jeżeli w ogóle się pojawi - chętniej wysłucha elokwentnego, dobrze ubranego młodego człowieka niż zdeprymowaną zamknięciem, starszą osobę. Potem policja odjedzie, a starsza pani za niesubordynację dostanie szpilę.
 
Każdy mądry powie, że trzeba dobrze wychować dzieci, a wtedy nie ma się takich kłopotów. Dobrze - to znaczy bez przemocy i kar fizycznych. Bo przecież przemoc rodzi przemoc.
 
Są jednak dzieci trudne, z którymi nie radzą sobie nie tylko rodzice, ale i instytucje państwowe.
Opiszę taki autentyczny przypadek. Zamożny dom pod Warszawą, służąca, dzieci, którym nie brakuje ptasiego mleka. Młody człowiek wyłamuje się już w wieku 15 lat i poświęca się handlowi narkotykami. Okrada rodziców. Nie chodzi do szkoły. Wysypia się do południa, potem zjada obiad podany przez gosposię i idzie „w miasto”. Rodzice chronią go, jak mogą, przed zakładem poprawczym. Wiadomo, że spotkałby się tam z prawdziwą przemocą, a poza tym jego przestępcza edukacja osiągnęłaby profesjonalny poziom. Nie chcą i nie mogą wyrzucić go z domu. I tak policja przywiezie go tam, gdzie jest zameldowany. Nie mogą wbrew jego woli oddać go do szkoły z internatem. Raz nawet próbowali. Ojciec wywiózł go do klasztornej szkoły w Anglii. Młodzieniec po kilku dniach powiadomił o przetrzymywaniu go siłą angielską policję, a przerażeni zakonnicy nie tylko go wypuścili, lecz oddali mu do rąk wszystkie pieniądze przeznaczone przez rodziców na jego roczny pobyt w internacie.
Chłopak wracał do domu przez Lazurowe Wybrzeże. Jak się łatwo domyślić, dotarł bez grosza.
Gdyby to było za czasów komuny, ojciec – jak sam twierdzi - oddałby go na roczny rejs na statek rybacki do patroszenia śledzi czy łososi, z zakazem wychodzenia na ląd . Uważam, że (jak w opowiadaniu Londona o zblazowanym złotym młodzieńcu, którego reedukacja polegała na czyszczeniu łańcucha kotwicznego), byłaby jakaś szansa na wyratowanie go. Ustawodawca odebrał rodzicom taką szansę wychowawczą, całkowicie ich ubezwłasnowolniając. Młody człowiek trafił wreszcie za narkotyki do więzienia. Oczywiście wrócił jeszcze gorszy. Terroryzuje teraz bezradnych rodziców. Nie pracuje. Nie mogą wyrzucić go z domu. Nie bardzo mogą go nawet straszyć wydziedziczeniem.. Jak dobrze wie, przysługuje mu zachówek.
 
Kształtowanie uległego, bezradnego społeczeństwa polega przede wszystkim na ubezwłasnowolnieniu każdego z jego członków przez prawo. Nie mogąc samodzielnie rozwiązać żadnych problemów rodzinnych, nie mając prawa do skarcenia własnych dzieci, do wymówienia im mieszkania czy utrzymania (prawo stanowi, że rodzice są obowiązani utrzymywać dziecko do jego usamodzielnienia się, natomiast nie precyzuje, kiedy to ma nastąpić), ludzie tkwią w bezruchu, oplątani pajęczyną idiotycznych, wzajemnie sprzecznych przepisów. Czasami jedynym rozwiązaniem ich problemów jest zrobienie czegoś naprawdę złego, czego wcale nie chcą - uśpienie psa, który jest kłopotliwy, oddanie dziecka do zakładu poprawczego.
Jeszcze ważniejsze, że wdrukowuje się ludziom pewne stereotypy, które oni bezmyślnie akceptują, powtarzają  jak litanię, a być może nawet zaczynają w nie wierzyć:
„ Nikogo nie osądzam… Nikogo  nie potępiam… Wszystkie dzieci są nasze… Wszystkie dzieci są niewinne… Nie wolno dziecka uderzyć… Wszystkim dzieciom przysługuje ten sam start….”
Rzadko kto odważy się – tak jak ja - stwierdzić: „Kogo trzeba, osądzam, potępiam tego, kto moim zdaniem na to zasłużył , nieprawda, że wszystkie dzieci są nasze, nieprawda, że wszystkie dzieci są niewinne, nieprawda, że wszystkie dzieci muszą mieć ten sam start.”
 
Ten ostatni stereotyp jest bardzo niebezpieczny, gdyż podobnie jak inne egalitarne utopie, zrywa związek między staraniami rodziców i losem ich dzieci. Kształtuje postawę nieodpowiedzialności za swoje czyny.
 
Wracając do Piotrusia. O tym, że nie wolno dziecka uderzyć, decyduje obecnie prawo. Wykreowana przez TVN jako ekspert od wychowania niania proponuje, żeby za karę sadzać niegrzeczne dziecko na 20 minut na poduszce w kształcie jeża. Ciekawe, jak bez przymusu bezpośredniego potrafiłaby  zmusić tak rozwydrzone jak Piotruś dziecko do siedzenia na poduszce.
Konsultowałam sprawę poduszki z dwójką uroczych łobuziaków,  których zabraliśmy w czasie ostatnich wakacji  na rejs . „Wolałbym sto razy dostać w tyłek niż siedzieć na jakimś idiotycznym jeżu” – zdecydowanie oświadczył młodszy z nich, a starszy gorąco go poparł. Wierzę w ich zdrowy rozsądek.

 


O ZAMKNIĘCIU GRZEGORZA BRAUNA I PAŃSTWIE KISZCZAKA

NIEDAWNO WŁADZE ŚWIĘTOWAŁY 25 LAT WOLNOŚCI. ŚWIĘTOWAŁ WIĘC PAN PREZYDENT BRONISŁAW KOMOROWSKI Z MAŁŻONKĄ, ŚWIĘTOWAŁ PAN PREMIER DONALD TUSK, ŚWIĘTOWAŁA PANI MARSZAŁEK SEJMU EWA KOPACZ, ŚWIĘTOWALI MINISTROWIE, POSŁOWIE, SENATOROWIE, ŚWIĘTOWAŁA „GAZETA WYBORCZA”, CELEBRYCI, KOMBATANCI, ŚWIĘTOWALI OSOBNICY, KTÓRZY OBŁOWILI SIĘ W III RP, JAK NP. PAN BOGDAN BORUSEWICZ I CI, KTÓRZY CHCĄ SIĘ JESZCZE ZDĄŻYĆ NACHAPAĆ. BYŁO IM WESOŁO, JAK KLOWNOM NA ARENIE CYRKOWEJ.

 

Ciekaw jestem, czy generał Czesław Kiszczak nie dostał jakiegoś urazu szczęk od nadmiaru śmiechu, patrząc na tych bałwanów. Chociaż to profesjonalista, więc pewnie tym tak śmiesznym spektaklem w wykonaniu pacynek nie zrobił sobie krzywdy. A skoro o Czesławie Kiszczaku mowa... W swoim czasie mówił, że Solidarność co prawda miała 10 milionów członków, ale z jego agentami. Podczas odprawy kadry kierowniczej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mówił w taki oto sposób o celach ministerstwa na rok 1989: „SB może i powinna kreować różne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji, na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki”. Później zauważył, że mówi się, iż Solidarność w 1989 r. była silna, ale 20 lat trwało, zanim ta Solidarność odebrała mu emeryturę. Tu chyba pan generał trochę fantazjował, bo nie sądzę, aby znalazł się ktoś odważny i rzeczywiście odebrał mu z takim trudem wypracowaną emeryturę. Można mnożyć przykłady prowadzące do wniosku, że III RP jest w rękach PZPR i ubeków, ale nie czas i miejsce na to. Durniów nie przekonam, rozsądnych nie muszę.

 

Jaka jest wolność w Polsce, przekonał się na własnej skórze reżyser Grzegorz Braun. Oto został oskarżony przez policjantów o straszliwe pobicie. To oczywiście stary, tandetny chwyt milicjantów przekazywany z ojca nasyna. Dawno temu stosował go milicjant w mojej miejscowości. Najpierw zrzucał sobie czapkę, a później ludzi pałował. A swoją drogą, co to za policjanci, skoro bije ich jeden człowiek? Od razu takie fajtłapy powinno się wywalić z policji, gdyby oczywiście ta policja miała służyć społeczeństwu. A służy tak naprawdę służbie bezpieczeństwa, więc wszystko jest w porządku. SB każe być pobitym, to od razu policjant jest pobity. Każe zrobić w spodnie, to taki jeden z drugim zrobi w spodnie.

 

Sowieccy towarzysze mawiali: „Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”. Nieważne więc, co się stało, czy Grzegorz Braun został pobity, czy on pobił. Ważne, co w notatce służbowej napisał policjant. Sąd to później klepnie, oskarżony do kicia i po sprawie. Coś chyba jednak poszło nie tak, bo proces Grzegorza Brauna trwa już parę lat i jakoś reżysera nie zamknęli. Czyżby tak kiepsko działał niezawisły sąd w III RP (państwie, które od czasu, kiedy prezydentem został Bronisław Komorowski, co rusz zdaje egzamin) czy też groźba wyroku skazującego i odsiadki miała wyhamować działalność Grzegorza Brauna? „Wicie, rozumicie, jak wy w Partię nowym filmem, to my Partia was do pierdla. Zrozumiano?”

 

I chyba niezawisły sąd od słów przeszedł do czynów, bo postanowił wsadzić Grzegorza Brauna do aresztu (areszt to taki rodzaj więzienia) pod pretekstem, że wyszedł z sali rozpraw  i trzasnął drzwiami. Sędzia uznał to zachowanie za obrazę sądu i skazał Grzegorza Brauna na siedem dni aresztu. Ciekawe, że ci, którzy wydają wyroki, nie tylko nie widzą tej prostackiej kombinacji operacyjnej ubeków mającej utrudnić życie reżyserowi, ale jeszcze gorliwie biorą w niej udział. Służą więc sprawiedliwości czy wykonują rozkazy UB? Jakby na to nie patrzeć, sami są obrazą dla sądu. I jeszcze dostają za swoje działania pensje, nagrody, premie, a jak się dobrze spiszą, to już czekają na nich awanse. A powinni (jakby to ująć delikatnie?) w najlepszym przypadku zostać przeciągnięci pod kilem. Nam pozostaje we wszelki możliwy sposób solidaryzować się z prześladowanymi przez III RP. Dziś Grzegorz Braun, jutro ktoś inny, a pojutrze ty. Niech się więc pan trzyma, panie Grzegorzu! Wszystkich to nas czeka!

 

Zamiast zakończenia. Od dawna utrzymuję, że zbliżają się takie czasy, kiedy miejsce normalnego człowieka będzie albo w więzieniu, albo w lesie. Dlatego uczę się konstruować szałasy, uzdatniać wodę, ługować żołędzie, rozpoznawać dzikie rośliny jadalne i jakiego robala można zjeść, żeby się nie porzygać. Chociaż tak naprawdę, skoro nie porzygałem się, patrząc na mordki tych kreatur, które rzekomo chcą nam przychylić nieba, to chyba żaden robal nie będzie mojemu żołądkowi straszny.

 

idź Pod Prąd, październik 2014


Unia Europejska z Chinami

Egzotyczny sojusz!?

Przypominamy artykuł z 2004 roku: Wreszcie prasa otwarcie już donosi (Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita z 29.01.2004) o czymś, czego dociekliwy czytelnik Biblii mógł się od dawna...

ŻYDOWSKI PROJEKT DLA POLSKI

Zasadniczo spodziewam się dwu reakcji na powyższy tytuł – jedni skojarzą go z tzw. „Judeopolonią” i zatrą ręce z zadowolenia, że przywalę „Żydkom”, inni z oburzeniem pomyślą o mnie jako o prymitywnym antysemicie i będą życzyć mi rychłego spotkania z prokuratorem. Rozczaruję jednych i drugich. To, co chcę napisać, nie wypływa ani z anty-, ani z filosemityzmu. Wypływa z głębokiej troski o mój naród, który dziś pogrążony jest w morzu przeogromnej głupoty. By rozświetlić nieco ten mrok, odwołam się do historii Żydów – narodu, którego dzieje naznaczone są zarówno napadami zbiorowego amoku, jak i okresami mądrości, sprawiedliwości, dobrobytu i chwały. Poznajmy więc żydowski projekt, jak podnieść się z upadku i niewoli.

Dziś nawet wrogowie Żydów nie mogą im odmówić sprytu, konsekwencji w dążeniu do narodowych celów, wysokiego stopnia organizacji i dumy narodowej. Nie zawsze jednak tak było. Oto kilka opisów stanu tego narodu, które zabrzmią nam niestety bardzo swojsko:

Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie. Izaj. 1:3

W co jeszcze można was bić, gdy nadal trwacie w odstępstwie? Cała głowa chora i całe serce słabe. Od stóp do głów nic na nim zdrowego: tylko guzy i sińce, i świeże rany; nie opatrzone ani nie przewiązane, ani nie zmiękczone oliwą. Wasz kraj pustynią, wasze miasta ogniem spalone, plony waszej ziemi obcy na waszych oczach pożerają; spustoszenie jak po zniszczeniu Sodomy. Izaj. 1:5-7

Gdy przychodzicie, aby zjawić się przed moim obliczem, któż tego żądał od was, abyście wydeptywali moje dziedzińce? Nie składajcie już ofiary daremnej, kadzenie, nowie i sabaty mi obrzydły, zwoływanie uroczystych zebrań - nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Waszych nowiów i świąt nienawidzi moja dusza, stały mi się ciężarem, zmęczyłem się znosząc je. A gdy wyciągacie swoje ręce, zakrywam moje oczy przed wami, choćbyście pomnożyli wasze modlitwy, nie wysłucham was, bo na waszych rękach pełno krwi. Izaj. 1:12-15

Jakąż nierządnicą stało się to miasto wierne, niegdyś pełne praworządności, sprawiedliwość w nim mieszkała, a teraz mordercy! Twoje srebro obróciło się w żużel, twoje wino zmieszane z wodą. Twoi przewodnicy są buntownikami i wspólnikami złodziei, wszyscy lubią łapówki i gonią za darami, nie wymierzają sprawiedliwości sierocie, a sprawa wdów nie dochodzi przed nich. Izaj. 1:21-23

Biada przekornym synom, mówi Pan, którzy wykonują plan, lecz nie mój, i zawierają przymierze, lecz nie w moim duchu, aby dodawać grzech do grzechu. Wyruszają hen do Egiptu, nie radząc się moich ust, aby oddać się pod opiekę faraona i szukać schronienia w cieniu Egiptu. Lecz opieka faraona narazi was na wstyd, a szukanie schronienia w cieniu Egiptu na hańbę. Izaj. 30:1-3


Nie zamierzam jednak rozpisywać się o polskiej głupocie, krótkowzroczności, pustej religijności, demoralizacji czy szukaniu ratunku u obcych. To każdy widzi. Zwróćmy się ku poszukiwaniu dróg wyjścia.

Żydzi opisani przez Izajasza nie zmądrzeli. Ich państwo uległo zagładzie, a oni poszli w niewolę. Jednak mamy okazję przyjrzeć się temu narodowi klika pokoleń później, w nowej rzeczywistości. Jak wykorzystali czas „smuty”? Czego nauczyli się i co poprawili?

Nie mogę zacytować tu całej Księgi Estery, ale gorąco zachęcam Państwa do przeczytania tych kilku stron w Biblii przed dalszą lekturą artykułu (w Biblii Tysiąclecia księga ta obarczona jest dodatkami greckimi uznanymi za natchnione przez sobór trydencki w 1546 r. Będę posługiwał się wersją oryginalną).

Żydzi nauczyli się żyć w niewoli. Dorobili się nowych majątków, zajmowali stanowiska, wychowywali dzieci i wnuki. Można powiedzieć, że żyło im się dostatnio i spokojnie. Okazało się jednak, że tylko we własnym państwie naród może być prawdziwie bezpieczny. Polacy boleśnie przekonali się o tej prawdzie podczas zaborów, ale niestety ta mądrość została znowu zagubiona i dziś powszechnym staje się przekonanie, że własne państwo jest nam niepotrzebne i równie dobrze, a może i lepiej, będzie nam się żyło pod obcymi rządami.

Spokojna egzystencja Żydów pod obcym panowaniem została brutalnie przerwana jednego dnia, gdy w wyniku intrygi jednego z wysokich urzędników król zgodził się na zagładę wszystkich Żydów w swoim państwie w jednym, ustalonym dniu w najbliższej przyszłości.

Żydzi jednak nie pozostali bierni. Już wcześniej przygotowali się na funkcjonowanie w roli mniejszości. Rozwinęli spryt oraz umiejętność zjednywania sobie przychylności decydentów, rozumieli, że trzeba umieć się maskować, że nie zawsze należy „od razu wykładać wszystkie karty na stół”, zbudowali własny system pozyskiwania z wyprzedzeniem strategicznych informacji (wywiad). Dzięki temu Żydówka została królową, a jej kuzyn ważną osobistością na dworze. Deficyt tych umiejętności jest szczególnie obecny w „mniejszości polskiej” naszego społeczeństwa.

Z Księgi Estery wypływają poważne wnioski na temat związku kondycji państwa z kondycją moralną narodu i jakością życia rodzinnego. Naród o niskim poziomie moralnym produkuje elity słabe, bezideowe i sprzedajne. Z kolei zdeprawowane elity jeszcze bardziej deprawują naród, tworząc ujemne sprzężenie zwrotne. Poziom moralny narodu rozstrzyga się w jego rodzinach – atak na instytucję małżeństwa, na pozycję mężczyzny jako głowy rodziny, promowanie niewierności małżeńskiej oraz braku dyscypliny w wychowaniu dzieci – to najlepsza broń do zniszczenia narodu. Z tego wszystkiego starożytni zdawali sobie doskonale sprawę. Co więc powiedzieć o współczesnych „wykształciuchach”?

Żydzi przekonali się dobitnie, że świat w obecnym kształcie nie jest sielankowy, że wiara w „pokojowe współistnienie”, rozbrojenie oraz powszechną miłość i braterstwo między narodami to idylliczne mrzonki. Narody mogą się wspierać, gdy mają wspólne interesy, a najlepszym gwarantem pokoju jest gotowość do wojny. Będąc mniejszością w obcym państwie, Żydzi kultywowali umiejętności militarne i posiadali osobistą broń. W stanie śmiertelnego zagrożenia to nie wojsko czy policja króla miały być dla nich gwarancją przetrwania, a broń osobista. Przez stulecia, nawet pod zaborami, Polacy pamiętali o tej ważnej prawidłowości. Nasze dzieci od małego zaznajamiane były z bronią i sztuką walki wręcz. Dzięki temu nawet bez państwa byliśmy gotowi organizować powstańcze armie i odnosić sukcesy militarne. Nie tak dawno to zamojscy chłopi pokonali „niezwyciężonych Niemców”, gdy ci postanowili poddać ich eksterminacji i przesiedleniu. Dziś jednak panuje w naszym narodzie chory pacyfizm, zniewieścienie i irracjonalny lęk przed bronią palną. To wspaniały prezent dla naszych wrogów.

Na uwagę zasługuje wewnętrzna organizacja i umiejętność zbiorowego, skoordynowanego działania narodu żydowskiego. Pomimo braku telefonów, telewizji i Internetu szybko przekazywali sobie informacje, podejmowali skoordynowane działania (np. post) i zwoływali zgromadzenia. W porównaniu z ich umiejętnościami w tym zakresie protesty przeciw ACTA to drobnostka. Rozumieli też wagę zbiorowych celów i byli gotowi poświęcać dla nich osobiste interesy.

Żydzi byli przygotowani do obrony, a wzmocnieni politycznym sprytem swoich przywódców budzili postrach u tych, którzy ich nienawidzili. Nie działali chaotycznie, ale czekali na właściwy moment. O ile krócej mogłyby trwać nasze zabory, gdybyśmy posiedli tę sztukę – zamiast składać daninę krwi w powstaniach wywoływanych dla obcych interesów i w czasie dogodnym dla zaborców, uderzyć we właściwej chwili (np. podczas wojny krymskiej w 1854 r.) i w sposób dobrze zorganizowany.

Żydzi nie szukali jak dawniej pomocy w Egipcie, a „załatwili” sobie jedynie u króla wolną rękę w rozprawieniu się ze swoimi wrogami.

Mianowicie Żydzi zebrali się po miastach, gdzie byli, we wszystkich prowincjach króla Achaszwerosza, aby podnieść rękę na tych, którzy pragnęli ich zguby. I ani jeden im się nie opierał, gdyż strach przed nimi padł na wszystkie ludy. I wszyscy książęta prowincji i satrapowie, namiestnicy i wszyscy sprawujący władzę w imieniu króla popierali Żydów, gdyż padł na nich strach przed Mordochajem. Mordochaj bowiem wiele znaczył w pałacu królewskim, a wieść o nim dotarła do wszystkich prowincji, gdyż znaczenie tego męża, Mordochaja, ciągle rosło. I zabili Żydzi wszystkich swoich wrogów mieczem, drogą zabójstwa i zagłady, i robili z tymi, którzy ich nienawidzili, co chcieli. W samym zamku w Suzie wymordowali Żydzi i wygubili pięciuset mężów. (…) Pozostali zaś Żydzi po prowincjach królewskich zebrali się, aby stanąć w obronie swojego życia i zapewnić sobie spokój od swoich wrogów, zabili więc spośród tych, którzy ich nienawidzili, siedemdziesiąt pięć tysięcy, lecz na ich mienie swej ręki nie podnieśli. Estery 9:2-6,16

Sposób traktowania wrogów wydaje się nam dziś niehumanitarny. Wytresowano nas do wiary w „dobroć tego świata”. Żydzi jednak wiedzieli, że walka trwa naprawdę, nie na żarty. Jeśli ktoś chce nas skrzywdzić czy zabić, to nie wyperswadujemy mu tego zamiaru dobrym słowem czy czarującym uśmiechem. Musimy skutecznie uniemożliwić naszym wrogom złe zamiary - oni nas albo my ich. W tamtych realiach oznaczało to eliminację fizyczną. Ale i dla nas w „cywilizowanym” XXI wieku wypływają stąd praktyczne wnioski. Nasi wrogowie nie szanują reguł demokracji, przyzwoitości czy uczciwości. My, stosując się do nich, niechybnie przegramy. Tę prawidłowość dobrze sobie przyswoił (także na swoich błędach w pierwszej kadencji) premier Orbán. W latach 1998-2002 był premierem i przegrał z oszustami, którzy kłamstwo, grabież i zawłaszczanie państwa uczynili istotą swej polityki. Gdy ponownie doszedł do władzy, nie cacka się już ze szkodnikami, czym wzbudza skowyt domorosłych i zagranicznych wrogów prawości. Podobną determinację i świadomość zagrożeń widzieliśmy u Marszałka Piłsudskiego. W III RP patrioci doszli do władzy stosunkowo szybko – już w grudniu 1991r. Spisek postkomunistycznych kombinatorów szybko pozbawił ich jednak złudzeń. Gdy w 2005 roku bracia Kaczyńscy ponownie przejęli stery państwa, nie skorzystali z mądrości Marszałka i znowu dali się ograć wrogom. „Kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d..ę” – tragicznie doświadczamy jako naród tej prawdy…

Ostatnia myśl z Księgi Estery, jaką chcę Państwa pożegnać, to żydowska umiejętność świętowania zwycięstw i kultywowania historii.

Zobowiązując ich, aby rokrocznie święcili czternasty dzień miesiąca Adar i piętnasty dzień tegożmiesiąca, jako dni, w których Żydzi zyskali spokój od wrogów swoich, i jako miesiąc, w którym troska zamieniła im się w radość, a żałoba w dzień pomyślny, aby uczynili je dniami ucztowania i radości, i wzajemnego przesyłania sobie darów żywnościowych i obdarowywania ubogich. I Żydzi przyjęli to, co wtedy zapoczątkowali i co im napisał Mordochaj, jako zwyczaj:
Że Haman, syn Hammedaty, potomek Agaga, gnębiciel wszystkich Żydów, zamyślając wytępić wszystkich Żydów, rzucił "pur", to znaczy los, aby ich zniszczyć i wytępić.
Lecz gdy rzecz doszła do króla, ten nakazał, a jednocześnie dał pisemne zarządzenie, że jego wrogi zamysł, jaki powziął przeciwko Żydom, ma spaść na jego własną głowę, wobec czego powiesili jego samego i jego synów na szubienicy.
Dlatego te dni nazwali "purim", według nazwy "pur". A z powodu wszystkich słów tego listu oraz z powodu tego, co widzieli i co ich spotkało, Żydzi zobowiązali się i przyjęli to zarówno na siebie, jak i na swoje potomstwo i na tych wszystkich, którzy by się do nich przyłączyli, jako zwyczaj, którego się nie przekracza, że będą rokrocznie święcić te dwa dni zgodnie z przepisami i w oznaczonym czasie. A te dni mają być wspominane i obchodzone jako święta po wszystkie pokolenia, we wszystkich rodzinach, we wszystkich prowincjach i we wszystkich miastach. A te Święta "Purim" nie mają zaniknąć wśród Żydów i pamięć o nich nie ma ustać u ich potomstwa. Estery 9:21-28


My nie umiemy pielęgnować pamięci o naszych zwycięstwach, których mamy całkiem pokaźną kolekcję. Nie świętujemy wyzwolenia Wiednia czy zajęcia Moskwy. Nie potrafimy nawet godnie uczcić nie tak przecież odległego rozgromienia sowieckiej dziczy na przedpolach Warszawy (zamiast tego cackamy się z pomnikiem armii sowieckiej w centrum stolicy, stawiamy pomniki najeźdźcom, a nasi hierarchowie inicjują akcję palenia zniczy dla krasnoarmiejców!). Jak naród wychowywany w takiej amnezji historycznej i pomieszaniu wartości ma przejmować tradycje patriotyczne przeszłych pokoleń?

Żydzi obchodzą święto swego zwycięstwa sprzed dwu i pół tysiąca lat! To dla nich nie tylko wesoła uroczystość. To corocznie powtarzana lekcja patriotyzmu i politycznego realizmu. To ludowy epos przekazywany w rodzinach z pokolenia w pokolenie. Taki naród można niewolić, pokonywać, eksterminować, ale on się odrodzi. Historia Żydów jest tego niezaprzeczalnym dowodem.

Choć cytowałem obszernie biblijną księgę Estery, to ani razu nie odwołałem się do Boga. Co ciekawe, ta księga nigdzie nie wspomina o Bogu! Można by rzec, że Bóg opisał w niej organizację narodu za pomocą języka socjologicznego. Nasze życie ma wymiar nadprzyrodzony i naturalny. My, Polacy, często ulegamy pokusie zbyt szybkiego odwoływania się do wymiaru nadprzyrodzonego. Gdy mamy problem, to pierwszą i niestety często jedyną naszą reakcją jest „zamówienie mszy”. Niemiłosiernie zaniedbujemy jednocześnie porządek naturalny. Jeśli nauczymy się właściwie organizować nasze zbiorowe życie w porządku naturalnym (biorąc przykład z mistrzów w tej konkurencji) i mądrze rozpoznamy sygnały nadprzyrodzone, może i nam będzie dane cieszyć się naszym polskim „purim”…

Paweł Chojecki


Broń dla ochrony miru domowego – próba podsumowania

Od marca 2014 roku Ruch Obywatelski Miłośników Broni prowadził akcję społeczną zmierzającą do ustanowienia nowej kategorii pozwolenia na broń - broni dla ochrony miru domowego. 

 

Pomysł początkowo był krytykowany wewnątrz środowiska członków i sympatyków ROMB. Zarzucano mu kojarzenie broni i środowisk strzeleckich z przemocą, zamiast ze sportem i rekreacją. W końcu pomysł znalazł jednak społeczne uznanie. Nieoczekiwanym naszym „sprzymierzeńcem” stała się wojna na Ukrainie. Pomysł ROMB wówczas spotkał się ze sporym zainteresowaniem medialnym. Wojna na Ukrainie zmusiła do przestawienia myślenia. Okazało się, że broń - jak sama nazwa wskazuje - służy jednak do obrony i jest potrzebna. Od momentu rozpoczęcia się konfliktu ukraińskiego temat broni dla ochrony miru domowego niósł się po przeróżnych mediach. Niosła się i informacja o stowarzyszeniu ROMB, staliśmy się dostrzegani społecznie. Gdy zbankrutowała wizja Europy bez wojen, wielu zrozumiało, że bezbronność jest stanem bardzo groźnym dla egzystencji Polaków.

 

Projekt zaczął trafiać do posłów i senatorów dzięki akcji pod hasłem „Idź do swojego posła i senatora”. Wiele osób spośród członków ROMB poświęciło własny czas na spotkania z parlamentarzystami i mówienie o projekcie. Dziękuję wszystkim tym, którzy podjęli trud działania!

 

Projekt wysyłaliśmy również do tzw. polityków rządzących. Okazało się, że od tych adresatów niczego dobrego spodziewać się nie można. Nikt chyba nie ma już w Polsce wątpliwości, że tzw. politykowi obywatel jest potrzebny tyko w chwili głosowania i wówczas obdarzony jest niezwykłą mądrością, gdy na tzw. polityka głosuje. Po wyborach niezwłocznie staje się człowiekiem zwyczajnie niebezpiecznym dla sąsiadów, dybiącym na ich mienie i życie, niegodnym powierzenia mu czegokolwiek innego niż zaszczytnego obowiązku płacenia podatków!

 

Projekt trafił również do Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy okazji dyskusji, zainicjowanej przez Szefa BBN, o roli organizacji społecznych w systemie bezpieczeństwa narodowego. Od Ministra Stanisława Kozieja otrzymałem odpowiedź. Jakkolwiek odpowiedź nie jest zgodna z postulatami stawianymi przez ROMB, dziękuję za jej udzielenie.

 

Po pierwsze, jest to odpowiedź jedyna. Żaden z urzędników, posłów, senatorów nie „zniżył się” do poziomu ludzkiego i nie „zaszczycił” Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni odpowiedzią. Okazuje się, że żałosny jest stan wyższych urzędników naszej Ojczyzny. Gdy na tak ważki społecznie temat, jakim jest dostęp do broni palnej w czasie ogarniającego Europę coraz poważniejszego kryzysu, odpowiada wyłącznie jeden Minister, innych określeń nie znajduję!

 

Po drugie, z treści udzielonej odpowiedzi rzeczywiście wynika, że nad projektem przygotowanym przez ROMB w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego się pochylono, a proponowane przez nas zmiany ustawy o broni i amunicji zostały przeanalizowane. Rzeczywiście proponowane przez ROMB zmiany w ustawie o broni i amunicji opierają się na odmiennej od dotychczasowej „filozofii”. Projekt ROMB zakładał rozszerzenie dostępu do broni palnej – przyjął podejście inne niż to, które wciąż w Polsce pokutuje z minionych czasów, tj. metodycznego rozbrajania Polaków. Proponowane przez nas rozszerzenie założone zostało jednak wyłącznie dla praworządnych i zdrowych psychicznie obywateli, tak aby uprzywilejować prawego Polaka wobec bandytów. Projekt ROMB przyjmuje odmienną od dotychczasowej „filozofię”, albowiem u jego podstaw leży założenie, że praworządny obywatel jest odpowiedzialny i na takie traktowanie zasługuje. U podstaw pomysłu utworzenia kategorii broni dla ochrony miru domowego leży przekonanie, że Polakom są potrzebne skuteczne środki indywidualnego bezpieczeństwa. To przekonanie uzupełnia oczywistą prawdę, że policjanta nie da się postawić przy każdym, a przestępca czyni daleko idące starania, aby przestępstwa nie popełnić w obecności stróża prawa. Ta „filozofia” jest odmienna od dotychczasowej, wynikającej z ustawy o broni i amunicji, bo „filozofia ustawowa” jest zła, niemoralna, szkodliwa i demoralizująca postawy społeczne. Nieeuropejska to „filozofia”. Reglamentacja, restrykcja, konieczność dowodzenia niewinności - to bije z aktualnej ustawy, a źródło swoje ma w innym, bo sowieckim systemie wartości. Mamy w Europie wzorce niemieckie, czeskie, skandynawskie. To jest „filozofa” europejska, tej „filozofii” się w polskim prawodawstwie domagamy.

 

Po trzecie, odpowiedź udzielona przez Ministra Stanisława Kozieja wydaje się nie kończyć sprawy definitywnie. Minister Stanisław Koziej wskazał, że skorzystanie przez Prezydenta z inicjatywy ustawodawczej musiałoby być poprzedzone szeroką debatą publiczną. Na taką debatę, jako Ruch Obywatelski Miłośników Broni, jesteśmy gotowi. Takiej debaty oczekujemy. Prawdą jest, że najlepsze są te rozwiązania prawne, które są powszechnie akceptowane społecznie. Projekt przygotowany przez ROMB w istocie taką debatę rozpoczął. Chcemy tę debatę kontynuować. Oczekujemy od naszych członków i sympatyków, od dziennikarzy, aby nie pozwolili zagrzebać tak ważnej kwestii w gąszczu tematów zastępczych! Gotowi jesteśmy na każde działania i rozmowy, które pozwolą nam prezentować słuszne postulaty i ich uzasadnienie.

 

Andrzej Turczyn, adwokat, ekspert prawny, prezes ROMB

[email protected]

 

 

 

idź Pod Prąd, grudzień 2014


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut