22 kwietnia 2019

Wielka Prostytutka

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

 

 

 


{youtube}Tzo96Myu8-M{/youtube}

 

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

Tak więc nierządnica duchowa to system religijny, który utrzymuje, że jest jedynie prawdziwy i ustanowiony przez samego Boga, zachowuje zewnętrzne pozory wierności, podczas gdy w rzeczywistości zarówno swymi wierzeniami, jak i uczynkami zapiera się prawdziwego Boga. Starotestamentowi Żydzi często postępowali w ten sposób, a szczególnie ich kapłani, co dosadnie ujął Apostoł Paweł: "Ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz? Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa? Który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu bezcześcisz Boga? Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu" (Rzym. 2:21-24). Zamiast prowadzić ludzi do Boga, ten obłudny system od Niego odstręczał!

Ap. Jan zapowiada z kolei, że w czasie po wniebowstąpieniu Jezusa pojawi się kościół z nazwy chrześcijański (Chrystusowy), a w rzeczywistości cudzołożny, ze wszelkimi wcześniej przedstawianymi oznakami duchowej prostytucji.

Werset pierwszy 1 7 rozdziału Apokalipsy określa ten cudzołożny system Wielkim. Epitet ten może odnosić się zarówno do stopnia odstępstwa i zdrady, jak i do skali oddziaływania na ludzi. Następne wersety potwierdzają oba te znaczenia. Wielka Prostytutka siedzi nad wieloma wodami (w.1). Werset 15. tłumaczy ten symbol: "I mówi do mnie: Wody, które widziałeś, nad którymi rozsiadła się wszetecznica, to ludy i tłumy, i narody, i języki" (Ap. 17:15).

Mamy więc do czynienia z jakimś kościołem z nazwy chrześcijańskim, który utrzymuje, że jest jedynym prawdziwym, jest zepsuty moralnie, nie dochowuje wierności Bogu i Jego Słowu, ale ma ogromny wpływ na całą ludzkość.

Werset 2. z naszego rozdziału pokazuje dwa kierunki aktywności tego fałszywego kościoła: nierząd z królami ziemi - walka o ziemską władzę poprzez wywieranie wpływu na przywódców politycznych; upijanie winem duchowego kłamstwa masy zwykłych śmiertelników. Pijany nie umie właściwie rozeznać swych czynów ani nie przyjmuje ostrzeżeń. Prostytuujący się kościół będzie umiał uspokajać sumienia swoich wyznawców i uodparniać ich na Prawdę. Nawet wielkie umysły nie zawsze obronią się przed taką manipulacją...

Werset 3. wprowadza nas w nową fazę bezbożności tego kościoła... "I zaniósł mnie w duchu na pustynię. I widziałem kobietę siedzącą na czerwonym jak szkarłat zwierzęciu, pełnym bluźnierczych imion" (17:3). Nie wdając się w zbytnie szczegóły, ta bestia - zwierzę to zapowiadany w czasach ostatecznych władca odnowionego Imperium Rzymskiego, panującego nad całą ziemią (Obj. 17:7-14; 13:1-8; Dan. 2:40-45; 7:3-7,19-27; 2Tes. 2:1-12). Widzimy więc, jak nasza Wielka Prostytutka wozi się na Antychryście - władcy politycznym globalnego imperium czasów końca. Żyje z nim w doskonałej komitywie na zasadach symbiozy i najprawdopodobniej udzieliła mu poparcia i wiarygodności, gdy pojawił się na ziemi. Sprowadzając to na nasz grunt, fałszywy kościół Chrystusa będzie popierał wszelkie wysiłki na rzecz politycznego zjednoczenia świata i będzie kolaborował, ciągnąc z tego korzyści, z politykami mającymi to na celu. Sielanka nie potrwa jednak długo. Gdy nierządnica zrobi swoje, a Antychryst się umocni, jego skrywana wcześniej niechęć do tej religii objawi się w całej pełni: "A dziesięć rogów, które widziałeś, i zwierzę, ci znienawidzą wszetecznicę i spustoszą ją, i ogołocą, i ciało jej jeść będą, i spalą ją w ogniu" (Ap. 17:16).

Werset 4. przynosi nowe szczegóły wyglądu zepsutej kobiety: "A kobieta była przyodziana w purpurę i w szkarłat, i przyozdobiona złotem, drogimi kamieniami i perłami" (Ap. 17:4a). Fałszywy kościół będzie lubował się w drogocennych ozdobach - złoto, szlachetne kamienie, a najbardziej popularne jego barwy to czerwień i pewien odcień fioletu (ciekawe jest w tym kontekście pochodzenie słów purpurat i kolor biskupi...). Ogólnie można też po tych zewnętrznych przymiotach wywnioskować, że omawiany system będzie dość bogaty...

Typowym gestem tego kościoła będzie też trzymany w ręku złoty kielich pełen nierządu. Złoty kielich, szczególnie podniesiony, w kontekście religijnym kojarzy się z mszą. Ale dlaczego pełen jest "obrzydliwości i nieczystości jej nierządu"? Z pomocą przychodzi tutaj Autor Listu do Hebrajczyków: "Mocą tej woli jesteśmy uświęceni przez ofiarowanie ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. A każdy kapłan sprawuje codziennie swoją służbę i składa wiele razy te same ofiary, które nie mogą w ogóle zgładzić grzechów; Lecz gdy On złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, Oczekując teraz, aż nieprzyjaciele jego położeni będą jako podnóżek stóp jego. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni." "Dodaje: A grzechów ich i ich nieprawości nie wspomnę więcej. Gdzie zaś jest ich odpuszczenie, tam nie ma już ofiary za grzech." (Hbr. 10:10-14 i 17-18). W wiernych Jezusowi kościołach jest tylko jedna ofiara za grzech - ta złożona raz na zawsze przez Niego na Krzyżu Golgoty! Jeśli ktoś w Nią raz uwierzy, otrzymuje na zawsze przebaczenie wszystkich swoich grzechów. Dla niego nie ma już piekła ani żadnego czyśćca! Dla prawdziwego chrześcijanina "nie ma już ofiary za grzech" (Hbr. 10:18b). Wspomina się ją jedynie w celu przypomnienia tego, co Chrystus zrobił dwa tysiące lat temu. Kościół fałszywy będzie natomiast odmawiał takiego znaczenia ofierze Jezusa i wprowadzi na jej podobieństwo swoje ofiary za grzechy, osiągając przy tym korzyści finansowe. "Obrzydliwość i nieczystość nierządu"!

Werset 5. odsyła nas do dalekiej historii. "Wielki Babilon, matka wszetecznic i obrzydliwości ziemi". Każdy chyba zna historię miasta i wieży Babel. Była to pierwsza zbiorowa próba ludzkości, by przeciwstawić się Bogu i od Niego uniezależnić. Bóg ją udaremnił, ale część ludzi pozostała w buncie. W oparciu o nich powstał wrogi Bogu system religijny, będący symbolem i źródłem wszelkiego późniejszego odstępstwa. Mowa o religii Babilonu. Najwyższy kapłan Babilończyków nosił tytuł: "Wielki Budowniczy Mostu". Za pośrednictwem Etrusków pozostałości tej religii z dzisiejszej Azji Mniejszej dotarły do Italii. Najwyższy rzymski kapłan, a potem i cesarz nosił ten babiloński tytuł. Po łacinie brzmi on: "Pontifex Maximus". Czy wiedzą Państwo kto dziś nosi ten tytuł i skąd pochodzi słowo: "pontyfikat"?

Werset 6. przynosi jeszcze bardziej przerażającą cechę Wielkiej Prostytutki. Jawi się ona jako "pijana krwią" autentycznych chrześcijan. Podając się za jedyny prawdziwy kościół Chrystusa, sama nie znosi żadnej konkurencji. Nie tylko uciska myślących inaczej, ale ich fizycznie eliminuje. Ma na swoim koncie nie garstkę ofiar, ale cały tłum. Jest wręcz zamroczona żądzą mordu ludzi prawdziwie wiernych Jezusowi i będzie "ogniem i mieczem" (a także innymi, subtelniejszymi metodami) przyprawiać ich o męczeństwo.

Każdy, kto choć trochę zetknął się z Biblią, kto zna przynajmniej pobieżnie historię i obserwuje trendy dzisiejszej polityki, ma nieodparte skojarzenia i widzi, który kościół coraz szybciej "stara się" wypełnić omawiane proroctwo Pisma. Bóg jednak ma wzgląd także na "prostaczków", którzy nie mają zbyt dużej wiedzy o polityce czy historii. Dla nich to umieścił jeszcze jedną, tym razem bezdyskusyjną cechę fałszywego kościoła. Podał po prostu jego geograficzne umiejscowienie. "A kobieta, którą widziałeś, to wielkie miasto, które panuje nad królami ziemi." (Ap. 17:18). Jakie to miasto? "Tu trzeba umysłu obdarzonego mądrością. Siedem głów, to siedem pagórków, na których rozsiadła się kobieta, i siedmiu jest królów" (17:9). Miasto na siedmiu wzgórzach. Czy ktoś ma wątpliwości jak brzmi jego nazwa? Czy jest jakaś organizacja religijna utożsamiona z tym miastem?

Są to oczywiście trywialne pytania. Ale ludzie często są na tyle ślepi, że nie widzą, że "król jest nagi" i w ogromnym tłumie zachwycają się "purpurą i złotem" monarchy...

Oby dla nikogo nie było strasznym i co najgorsze spóźnionym odkryciem, że "ta karczma Rzym się nazywa"...

 

 

 

Artykuł "Wielka Prostytutka" po raz pierwszy został opublikowany w roku 2004.

"idź Pod Prąd" nr 6, kwiecień-maj 2004r., s. 4

DZIEŃ, W KTÓRYM UMARŁ JEZUS

W opisach męki Jezusa znajdujących się w Ewangeliach można przeczytać o towarzyszących jej cudach i znakach. Według Mateusza od szóstej godziny do godziny dziewiątej ciemność zaległa całą ziemię (Mat. 27:45), a w chwili śmierci zatrzęsła się ziemia i skały popękały (Mat. 27:51). Relacje Marka i Łukasza są bardzo podobne. To, co się działo, wywarło wielkie wrażenie na żołnierzach, którzy wykonywali egzekucję. A setnik i ci, którzy z nim byli i strzegli Jezusa, ujrzawszy trzęsienie ziemi i to, co się działo, przerazili się bardzo i rzekli: Zaiste, ten był Synem Bożym (Mat. 27:54). Podobnie zareagowali Żydzi. A wszystkie te rzesze, które zeszły się na to widowisko, ujrzawszy to, co się stało, bijąc się w piersi zawracały (Łk. 23:48). Oczywiście można do tych relacji podejść w sposób „nowoczesny” i uznać, że ewangeliści tylko „dawali wyraz swojej wierze”. Ponieważ uznali Jezusa za Stworzyciela świata, oczekiwali, że Jego śmierć wstrząśnie całym stworzeniem i wymyślili sobie towarzyszące jej „efekty specjalne”. To samo podejście trzeba wtedy zastosować do przemówienia Piotra po zesłaniu Ducha Świętego. Apostoł przypomniał zebranym proroctwo Joela o ostatecznych dniach. Znakiem, że się one zaczynają, miało być wylanie Ducha na wszelkie ciało, ale nie tylko. Joel zapowiedział też, że Słońce przemieni się w ciemność, a księżyc w krew. Zanim przyjdzie Dzień Pański wielki i wspaniały (Dz. Ap. 2:14). Pojawia się tu jednak pewien problem. Jeśli wydarzenia nie przebiegały tak, jak przedstawia je Biblia, dlaczego w Jerozolimie powstał kościół chrześcijański?

Ludzie tworzący tę wspólnotę decydowali się na porzucenie tradycji, w której wyrośli. Stawiali się poza swoim narodem, okazując nieposłuszeństwo jego „autorytetom moralnym”. O konsekwencjach, które miała dla nich ta decyzja, można przeczytać w Liście do Hebrajczyków: byliście wystawieni na publiczne zniewagi i udręki (…) przyjęliście z radością grabież waszego mienia (Hbr. 10:33–34). Żyd, którego wyłączono z synagogi, był poza prawem. Można go było okradać, bić, nawet zabić. Ci, którzy przyłączali się do nowej „sekty”, musieli być świadomi ryzyka. Los samego Jezusa był wystarczającą przestrogą. Mimo to, jeśli wierzyć znanemu z dokładności Łukaszowi, zaraz po zesłaniu Ducha Świętego pozyskanych zostało (…) około trzech tysięcy dusz (Dz. Ap. 2:41). Co ich motywowało? Zmartwychwstałego Jezusa widziało około pięciuset osób (1 Kor. 15:6). Co przekonało te tysiące, które przyłączyły się w dniu Zielonych Świąt i w następnych? Wypełnienie się znanej, zapisanej prawie 900 lat wcześniej przepowiedni Joela mogło dać im pewność, że stają po właściwej stronie. Jednak aby uznać, że tak się stało, nie wystarczyło zobaczyć ludzi z językami ognia nad głowami przemawiających różnymi językami. Prorok zapowiadał niezwykłe znaki na niebie.

Niemal dokładnie trzydzieści lat temu, w grudniu 1983 roku, ukazał się w czasopiśmie „Nature” artykuł pod tytułem „Datowanie Ukrzyżowania”, który wywołał wielkie poruszenie nie tylko wśród naukowców. Dwaj profesorowie fizyki z uniwersytetu Cambridge, Humphreys i Waddington, wyjaśnili w nim, jak mogło wypełnić się w całkowicie naturalny sposób proroctwo, że księżyc przemieni się w krew. Zaćmienie Księżyca ma miejsce wtedy, gdy wchodzi on w cień rzucany przez Ziemię. Zawsze, zanim stanie się całkowicie lub częściowo niewidoczny, zmienia barwę. Atmosfera ziemska rozszczepia światło słoneczne podobnie jak pryzmat. Księżyc, zanim wejdzie w stożek całkowitego cienia, jest oświetlany światłem fioletowym, niebieskim, a potem kolejnymi barwami aż do czerwonej. Może się też zdarzyć tak zwane zaćmienie półcieniowe. Wtedy księżyc w ogóle nie wchodzi w stożek całkowitego cienia Ziemi, zmienia tylko barwę.

Nie jest dzisiaj problemem obliczenie położenia każdego ciała wchodzącego w skład Układu Słonecznego w dowolnym momencie przeszłości i przyszłości. Okazuje się, że jedno z zaćmień Księżyca miało miejsce 3 kwietnia 33 roku n.e. Było to zaćmienie częściowe, ale w momencie, gdy cień Ziemi „dotknął” powierzchni Księżyca, nie był on widoczny z obszaru Bliskiego Wschodu.1 Był to piątek, a następnego dnia przypadała żydowska Pascha. Według Prawa Mojżeszowego w ten dzień należało zabić baranka.

Wszystko tak, jak opisano w Ewangeliach. Mieszkańcy Jerozolimy widzieli Księżyc w takim położeniu, jak na ilustracji. Czy taki widok nie mógł nasunąć  im myśli, że krew przelana w ten dzień zmieni cały Wszechświat?

Pismo Święte przedstawia Boga jako istotę panującą nad absolutnie wszystkim, co dzieje się we wszechświecie, a życie Jezusa jako realizację szczegółowego planu, którego najważniejszym elementem było złożenie ofiary za nasze grzechy. Był on na to przeznaczony już przed założeniem świata (1 Piotr 1:20). Przyszedł na świat, gdy nadeszło wypełnienie czasu (Gal. 4:4). W opisach, jak Jezus wychodził z niebezpiecznych sytuacji, powtarza się zwrot, że jeszcze nie nadeszła jego godzina. Gdy pozostało niewiele czasu do ukrzyżowania, powiedział: przyszedłem na tę godzinę (Jan 12:27). Artykuł Humphreysa i Waddingtona pozwala lepiej zrozumieć, co biblijni autorzy mieli na myśli. Nawet położenie ciał niebieskich było elementem planu.

Geologowie badający warstwy osadów nad Morzem Martwym znaleźli w nich ślady trzęsienia ziemi, do którego doszło na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych pierwszego wieku naszej ery i dopuszczają możliwość, że to o nim jest mowa w Ewangelii Mateusza. Ich zdaniem nie było ono wystarczająco silne, by doprowadzić do pękania skał, o którym można przeczytać w tej relacji. Czy jednak na podstawie przemieszczeń warstw osadów na brzegu Morza Martwego można dokładnie ocenić natężenie wstrząsów w odległej o około 20 km Jerozolimie? Poza tym opis, który pozostawił Mateusz, jest bardzo krótki, a jedyna szkoda, o której wspomina, to rozdarta zasłona przybytku świątyni. Trudno chyba stanowczo orzec, że w swym opisie przesadzał. Oczywiście nie sposób ustalić dokładnej daty trzęsienia. Można uważać, że wydarzyło się przed lub po ukrzyżowaniu, a Mateusz trochę „naciągnął”, ale możliwości, że wydarzenia te się zbiegły, wykluczyć też nie można.2

Jeśli wierzyć Ewangeliom, najbardziej spektakularnym zjawiskiem, które miało miejsce w dniu śmierci Jezusa, była ciemność, która od szóstej godziny do godziny dziewiątej zaległa całą ziemię (Mat. 27:46). Według naszej rachuby czasu trwało to od 12 do 15. Trudno uwierzyć, żeby apostoł Piotr uznał za spełnienie proroctwa Joela burzę piaskową czy jakąś wyjątkowo dużą chmurę. Jego słów słuchali Żydzi, którzy przybyli na te święta z całego Imperium. Trudno uwierzyć, żeby potraktowali poważnie jego mowę, wiedząc, że tam, gdzie byli w dniu poprzedzającym Paschę, ciemności w samo południe nie zapadły. Jeśli coś takiego rzeczywiście się stało, to nie sposób znaleźć jakieś naturalistyczne wytłumaczenie. Księżyc był w pełni i zaćmienie Słońca „z definicji” nie wchodziło w grę. Zresztą zaćmienie może trwać najwyżej kilka minut. Poza tym Joel pisał, że słońce przemieni się w ciemność, a nie, że coś je zasłoni…

Coraz trudniej jest twierdzić, że teksty Pisma Świętego, którymi dysponujemy obecnie, różnią się od tych z pierwszego wieku. Oznacza to, że czytali je ludzie, którzy przeżyli ten dzień w różnych miejscach naszego globu i z własnego doświadczenia mogli ocenić, czy jego opis odpowiada rzeczywistości. Znali je nie tylko wierzący, lecz także ci, którym nowa wiara się nie podobała i na różne sposoby starali się ją skompromitować. Jednak nie zarzucali chrześcijanom rozpowszechniania bzdur o tym, że w samo południe zgasło słońce. Czy nie dostrzegli okazji do osiągnięcia swojego celu, czy też z jakiegoś powodu uznawali, że lepiej tej sprawy nie poruszać? Niewiele z tego, co napisano w starożytności, zachowało się do naszych czasów. Zachowały się jednak wzmianki o dwóch niewierzących autorach, na których powoływali się chrześcijanie piszący na ten temat.

Jednym z nich był żyjący w I wieku n.e. rzymski historyk Thallus. W trzecim tomie swojej Historii wspomniał o niezwykłych ciemnościach, które zapadły pewnego dnia. Chrześcijański apologeta Sykstus Juliusz zwany Afrykańskim powołał się na to świadectwo, pisząc o dniu ukrzyżowania. Oczywiście odrzuca podane przez Thallusa wyjaśnienie tego zjawiska zaćmieniem Słońca. O tym, że zaćmienie Słońca podczas pełni jest niemożliwe, wiedziano wtedy równie dobrze, jak dziś.3 Drugim był wyzwoleniec cesarza Hadriana Grek Flegon z Tralles. Najbardziej znanym i największym jego dziełem było Zestawienie zwycięzców olimpijskich i czasów. W 16 tomach opisał 229 igrzysk olimpijskich, które odbyły się między 776 rokiem p.n.e. a 137 n.e. Napisał też w Zestawieniu nieco o tym, co poza igrzyskami poruszało wtedy ludzi. Wspomniał między innymi o tym, że w 4 roku 203 olimpiady słońce uległo zaćmieniu większemu niż kiedykolwiek, tak, że w ciemności o godzinie 6 widać było gwiazdy, a równoczesne trzęsienie ziemi w Bitynii w gruzy obróciło wiele domów w Nicei.4 4 rok 203 olimpiady przypadał na 32 i 33 rok n.e., a reszta opisu dziwnie przypomina ten z Ewangelii. Na Flegonta poza Juliuszem Afrykańskim powoływali się też Orygenes i Euzebiusz z Cezarei.5

Ateiści i agnostycy mają swoje argumenty. Nie zachowało się do naszych czasów żadne dzieło Juliusza Afrykańskiego. O tym, że pisał o ciemności podczas ukrzyżowania, wiemy z Kroniki Paschalnej napisanej w IX wieku przez bizantyjskiego mnicha Georgiosa Synkellosa,6 który mógł do cytowanych tekstów dodać to i owo. Z Historii Thallusa też nie zachowało się nic, a ze starożytnego „skarbu kibica” Flegonta z Tralles tylko niewielki fragment dotyczący olimpiad 72–68 p.n.e., więc skąd wiadomo, co naprawdę było tam napisane? W roku 29 n.e. miało miejsce normalne zaćmienie Słońca. Można się było o kilka lat pomylić. Ludzie religijni niekiedy przesadzają i komentatorzy sportowi również. Nie ma wzmianki o niezwykłych ciemnościach u Seneki, Tacyta, Swetoniusza czy Pliniusza. Pamiętajmy jednak, że są fakty, o których lepiej nie wspominać, ponieważ wynikają z nich zbyt daleko idące wnioski. Wielcy myśliciele rozpoznają je szybciej od tych mniej wybitnych.

Powszechny był wtedy przesąd wiążący zaćmienie Słońca ze śmiercią wielkiego króla.7 To, co stało się w dniu śmierci Jezusa, było manifestacją mocy Boga, a przy tym znakiem, że umarł ktoś większy. Przesłanie do świata poręczone cudami i znakami było proste. Dzięki tej śmierci grzeszny człowiek może pojednać się z Bogiem i uniknąć kary. Oferta jest ważna przez wyznaczony czas, który rzeczywiście trudno nazwać inaczej niż dniami ostatecznymi. Okazuje się, że trwa on dostatecznie długo, by umocnił się pogląd, że cudów nie ma, a lęk przed karą za grzechy świadczy o psychicznych problemach…
To też element próby

Przypisy:
1http://eclipse.gsfc.nasa.gov/5MCLE/5MCLE-Figs-05.pdf
2http://news.discovery.com/history/religion/jesus-crucifixion-120524.htm
3http://www.reasonablefaith.org/thallus-on-the-darkness-at-noon
4Tadeusz Sinko, „Literatura grecka” t. III, cz. 1, PAU Kraków 1951, str.455.
5http://pl.wikipedia.org/wiki/Flegon_z_Tralles
6http://pl.wikipedia.org/wiki/Sekstus_Juliusz_Afryka%C5%84ski
7http://www.jgrchj.net/volume8/JGRChJ8-8_Carrier.pdf


TWÓJ RUCH – DEBATA CZY EMIGROWAĆ?

CZEGO BAŁA SIĘ GAZETA WYBORCZA, TEGO NIE BAŁ SIĘ TWÓJ RUCH!

Jacek Piotrowski - wiceprezes zarządu Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości UMCS

Bardzo dużo było pesymizmu. Ja jestem optymistą i nie obawiam się instytucji państwa, bo od każdego z nas zależy, co w przyszłości będziemy robić. Oczywiście, że są podatki, jest źle, ale one są wszędzie, nawet Kajmany od nich nie uciekną. W Polsce podatki są horrendalne. Gdy zakładamy działalność gospodarczą w Niemczech, jeśli nie przynosi nam ona zysków, nie musimy płacić żadnych podatków. W Polce po założeniu działalności już w pierwszym miesiącu musimy płacić ZUS.

Jest bardzo dużo minusów, ale można to zmieniać. Uważam, że w Polsce można zarabiać bardzo dobre pieniądze, uważam, że w Lublinie można zarabiać bardzo dobre pieniądze. Moim zdaniem problem nie wynika z tego, że w Polsce jest źle, ale z tego, że w Polsce ludzie w siebie nie wierzą. Nie wierzą, że można zrobić wszystko. Jeśli chcemy obalić rząd, to po prostu wstajemy i to robimy. Bo wszystko zależy od nas. Jeśli chcemy coś osiągnąć, można to zrobić, wierzcie mi.

Wielu ludzi woli narzekać. Dlaczego woli narzekać? Bo tak jest łatwiej. A wziąć się do roboty i zmienić coś wokół siebie? To już troszeczkę jest z tym problem...

Koszty pracy w Polsce są po prostu horrendalne i porównując się z resztą Europy, jesteśmy w tej dziedzinie liderami.

Decyzja, którą wyda urząd skarbowy, obejmuje tylko urząd, który ją wydał. Jeśli robię szkolenie w Kielcach i pytam o coś urząd skarbowy, to on wydaje mi pozwolenie. Jeśli to samo szkolenie przeprowadzę później we Wrocławiu, urząd orzeknie, że złamałem prawo, okradłem państwo, muszę płacić podatki, dlatego że interpretacja jednego urzędu nie wiążą żadnego innego.

Michał Kabaciński - Ruch Palikota, poseł na Sejm RP VII kadencji

Żeby taki zespół zbudować, musi być poczucie zaufania do siebie nawzajem, do swojego sąsiada. Moi rodzice często opowiadają, jak kiedyś mieszkali w bloku na starym osiedlu i wszyscy ludzie, którzy tam mieszkali, rozmawiali ze sobą na klatce, można było pogadać z sąsiadem w sklepie osiedlowym w kolejce. A jak to dzisiaj jest w mojej rzeczywistości? Wszyscy patrzą na siebie wrogo. Sąsiad sąsiadowi nie odpowiada „dzień dobry”. Z czego to wynika? Dzisiaj, szczególnie pośród młodych ludzi, nie budujemy poczucia, że nie możesz myśleć indywidualnie, tylko musisz pamiętać, że w grupie jest raźniej. Musimy odbudować już podczasedukacji w szkole poczucie zespołowego działania. Dlaczego sprawdziany rozwiązujemy indywidualnie, a nie np. w kilkuosobowych zespołach? W ten sposób tworzylibyśmy poczucie, że ze sobą rozmawiamy i jesteśmy zależni od siebie. To by w przyszłości owocowało, umielibyśmy budować relację i zespół.

Niedawno byłem na spotkaniu z profesorem Kołodką. Podczas dyskusji padła myśl, że jeśli nie zmienimy podejścia państw całego świata do gospodarki i zarządzania środkami, możemy doprowadzić do sytuacji, w której będzie wojna. Niejeden powiedział, że wojna jest pewnego rodzaju oczyszczeniem z różnych patologii i właśnie po wojnie budują się nowe gospodarki, a wszystko rozwija się od początku. Są pewne obawy i po części zgodzę się z nimi, że jeśli nic nie zmieni, to za dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat może dojść do dużego konfliktu – prędzej czy później ten balon pęknie.

Paweł Chojecki - pastor Kościoła Nowego Przymierza w Lublinie, redaktor naczelny miesięcznika "idź Pod Prąd"

Emigracja jest „nagrodą” za wejście Polski do UE! Emigracja tak wielkiej części narodu jest „nagrodą” za głupotę większości Polaków, którzy po 1989 roku wybrali sobie takie elity i którzy wybrali przy dźwiękach „Ody do radości” wejście do UE praktycznie jako niewolnicy, jako tania siła robocza!

Co by było, gdyby ten milion czy dwa miliony młodych, produktywnych, przedsiębiorczych ludzi zostało w Polsce, a nie wyjechało?

Człowiek, który zostanie wprowadzony w kult konsumpcjonizmu, ląduje często w kredytach, poważnie zadłużony. Wtedy ma już pętlę na szyi, nie ma innego wyjścia, jak jechać za granicę, bo tu zostanie bankrutem, zlicytują go etc.

Pomyślcie też o tym aspekcie. Czy swoją nadzieję trzeba lokować w nowym iPhonie, nowym samochodzie, komputerze...

Poczucie bezpieczeństwa. Nasze państwo się zwija. Może się w dalszym ciągu zwijać w ślimaczym tempie, stopniowo zmniejszając nasze poczucie bezpieczeństwa, albo też stanie się to na ostro i dojdzie do zamieszek i rozruchów społecznych. Wtedy żadna policja, która zapewne schowa się i ucieknie, nie zapewni nam bezpieczeństwa. Dlatego zachęcam młodych ludzi do odwiedzania strzelnic i ćwiczenia się w strzelectwie sportowym. Zawsze było to mocną stroną Polaków. Polak, który uważał się za szlachcica, zawsze miał szablę i konia. Dziś o szablę i konia może być ciężko, ale do strzelectwa sportowego bardzo namawiam.

Nasz naród dał już się raz ogłupić pewnej grupie ludzi, później im znowu zaufał, po czym znów wystawili go do wiatru – mam pewne wątpliwości, czy nie potrzeba nam pewnej rewolucji mentalnej. Być może Polacy potrzebują terapii szokowej, aby mogli zobaczyć rzeczywistość w prawdziwych kolorach. W chwili obecnej poprawę odczytałbym jako zjawisko w kategoriach cudu.

Marian Kowalski - członek Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego

Nie znam takiego narodu, który by odniósł sukces, wyzbywając się własnego państwa. Natomiast podam wiele przykładów, które pokazują, że odzyskując albo budując własne państwo, narody osiągają sukces, jak to się stało choćby w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Indiach, Izraelu. Przykładem mogą też być Rosjanie, którzy swego państwa się nigdy nie wyrzekną, choćby ich nie wiadomo jak krzywdzono w tym państwie. Dlatego uczmy się od ludzi rozsądnych. Tymczasem przekonuje się nas, że lepiej wyrzec się swojego państwa, lepiej oddać część kompetencji i suwerenności obcym. Ja nie bardzo wierzę w altruizm. Nigdy w życiu nikt mi nie dał pieniędzy, oprócz osób mi bliskich, napewno nikt obcy. Obcy prędzej człowieka okradną, oszukają, zostawią na lodzie. Dlatego uważam, że Polacy powinni wierzyć we własne państwo, wybierać do władzy ludzi, którzy traktują służbę publiczną jako akt poświęcenia, a nie karierę osobistą.

Nigdy nie słyszałem ani jednego polityka, który powiedział, że koszta pracy są za niskie. Wszyscy mówią, że koszta pracy wywołują bezrobocie, że młodzi uciekają za granicę. Oczywiście, że tak. Z tym, że jest to najłatwiejszy sposób ściągnięcia z ludzi pieniędzy. A te pieniądze są potrzebne. Komu? Potrzebne są systemowi. Politykom, którzy płacą swoim zwolennikom urzędami. Dlatego powstaje biurokracja – bo swoim trzeba dać miejsce w urzędzie. Taki jest mechanizm tej demokracji. Politycy łupią nas z pieniędzy, aby utrzymać swoje „dwory”, urzędników, dać im władzę, dać możliwość pastwienia się nad nami. Inaczej politykom nikt by nie pomagał w kampaniach wyborczych, nie wybierał, nie zostaliby pasożytami na zdrowym ciele narodu. Ale ci politycy nie biorą się z rękawa. Pokazywani są w niektórych telewizjach, lansowani na siłę, zwołuje się konferencje prasowe, na których nie mają nic do powiedzenia, pokazuje się ich jedynie ludziom, w końcu ludzie na nich zagłosują. Tutaj sięgamy jądra systemu. Otóż w Polsce mamy coś takiego, że kilometr autostrady incydentalnie kosztował jedenaście razy drożej, stadiony kosztowały pięć razy drożej i się walą. Wszelkie inwestycje publiczne infrastrukturalne to możliwość kradzieży gigantycznych pieniędzy. Pieniędzy nie kradną krasnoludki. Nie, to są kolesie, którzy przy Okrągłym Stole dostali na tacy od generała Kiszczaka i tzw. opozycji demokratycznej tytuły magnackie i szlacheckie. Suchą nóżką przeszli z systemu do systemu i teraz ich dzieciątka i wnuczęta są na najwyższych stanowiskach. Nasze państwo to dziurawa beczka. Przy każdej z tych dziur siedzi zaprzyjaźniony facet z dawnego układu. Mówimy, że obniżymy koszta pracy – któż by nie chciał obniżyć. Ale musimy najpierw obalić wreszcie system Okrągłego Stołu, odpędzić te świnie od koryta, nim wyciągną nam resztki krwi.

Najbardziej szkoda mi tego, że kolejne pokolenie Polaków, dwudziestopięciolatków, będzie kolejnym zmarnowanym pokoleniem. Mnie już nie czeka nic dobrego, ale resztką sił chcę przekonać was do tego, że jeżeli wasze życie nie ma być zmarnowane, jak nasze, to zróbcie wszystko, by te świnie rozpędzić. Oni nie mają żadnych walorów. Ani intelektualnych, ani moralnych.


Smoleńsk – sprawa zamknięta?

Marian Kowalski, prezes Ruchu 11 Listopada Prawo i Sprawiedliwość przez połowę swego istnienia było jedynym politycznym depozytariuszem sprawy smoleńskiej. Po 2010 roku, a zwłaszcza w...

ŻYDOWSKI PROJEKT DLA POLSKI

Zasadniczo spodziewam się dwu reakcji na powyższy tytuł – jedni skojarzą go z tzw. „Judeopolonią” i zatrą ręce z zadowolenia, że przywalę „Żydkom”, inni z oburzeniem pomyślą o mnie jako o prymitywnym antysemicie i będą życzyć mi rychłego spotkania z prokuratorem. Rozczaruję jednych i drugich. To, co chcę napisać, nie wypływa ani z anty-, ani z filosemityzmu. Wypływa z głębokiej troski o mój naród, który dziś pogrążony jest w morzu przeogromnej głupoty. By rozświetlić nieco ten mrok, odwołam się do historii Żydów – narodu, którego dzieje naznaczone są zarówno napadami zbiorowego amoku, jak i okresami mądrości, sprawiedliwości, dobrobytu i chwały. Poznajmy więc żydowski projekt, jak podnieść się z upadku i niewoli.

Dziś nawet wrogowie Żydów nie mogą im odmówić sprytu, konsekwencji w dążeniu do narodowych celów, wysokiego stopnia organizacji i dumy narodowej. Nie zawsze jednak tak było. Oto kilka opisów stanu tego narodu, które zabrzmią nam niestety bardzo swojsko:

Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie. Izaj. 1:3

W co jeszcze można was bić, gdy nadal trwacie w odstępstwie? Cała głowa chora i całe serce słabe. Od stóp do głów nic na nim zdrowego: tylko guzy i sińce, i świeże rany; nie opatrzone ani nie przewiązane, ani nie zmiękczone oliwą. Wasz kraj pustynią, wasze miasta ogniem spalone, plony waszej ziemi obcy na waszych oczach pożerają; spustoszenie jak po zniszczeniu Sodomy. Izaj. 1:5-7

Gdy przychodzicie, aby zjawić się przed moim obliczem, któż tego żądał od was, abyście wydeptywali moje dziedzińce? Nie składajcie już ofiary daremnej, kadzenie, nowie i sabaty mi obrzydły, zwoływanie uroczystych zebrań - nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Waszych nowiów i świąt nienawidzi moja dusza, stały mi się ciężarem, zmęczyłem się znosząc je. A gdy wyciągacie swoje ręce, zakrywam moje oczy przed wami, choćbyście pomnożyli wasze modlitwy, nie wysłucham was, bo na waszych rękach pełno krwi. Izaj. 1:12-15

Jakąż nierządnicą stało się to miasto wierne, niegdyś pełne praworządności, sprawiedliwość w nim mieszkała, a teraz mordercy! Twoje srebro obróciło się w żużel, twoje wino zmieszane z wodą. Twoi przewodnicy są buntownikami i wspólnikami złodziei, wszyscy lubią łapówki i gonią za darami, nie wymierzają sprawiedliwości sierocie, a sprawa wdów nie dochodzi przed nich. Izaj. 1:21-23

Biada przekornym synom, mówi Pan, którzy wykonują plan, lecz nie mój, i zawierają przymierze, lecz nie w moim duchu, aby dodawać grzech do grzechu. Wyruszają hen do Egiptu, nie radząc się moich ust, aby oddać się pod opiekę faraona i szukać schronienia w cieniu Egiptu. Lecz opieka faraona narazi was na wstyd, a szukanie schronienia w cieniu Egiptu na hańbę. Izaj. 30:1-3


Nie zamierzam jednak rozpisywać się o polskiej głupocie, krótkowzroczności, pustej religijności, demoralizacji czy szukaniu ratunku u obcych. To każdy widzi. Zwróćmy się ku poszukiwaniu dróg wyjścia.

Żydzi opisani przez Izajasza nie zmądrzeli. Ich państwo uległo zagładzie, a oni poszli w niewolę. Jednak mamy okazję przyjrzeć się temu narodowi klika pokoleń później, w nowej rzeczywistości. Jak wykorzystali czas „smuty”? Czego nauczyli się i co poprawili?

Nie mogę zacytować tu całej Księgi Estery, ale gorąco zachęcam Państwa do przeczytania tych kilku stron w Biblii przed dalszą lekturą artykułu (w Biblii Tysiąclecia księga ta obarczona jest dodatkami greckimi uznanymi za natchnione przez sobór trydencki w 1546 r. Będę posługiwał się wersją oryginalną).

Żydzi nauczyli się żyć w niewoli. Dorobili się nowych majątków, zajmowali stanowiska, wychowywali dzieci i wnuki. Można powiedzieć, że żyło im się dostatnio i spokojnie. Okazało się jednak, że tylko we własnym państwie naród może być prawdziwie bezpieczny. Polacy boleśnie przekonali się o tej prawdzie podczas zaborów, ale niestety ta mądrość została znowu zagubiona i dziś powszechnym staje się przekonanie, że własne państwo jest nam niepotrzebne i równie dobrze, a może i lepiej, będzie nam się żyło pod obcymi rządami.

Spokojna egzystencja Żydów pod obcym panowaniem została brutalnie przerwana jednego dnia, gdy w wyniku intrygi jednego z wysokich urzędników król zgodził się na zagładę wszystkich Żydów w swoim państwie w jednym, ustalonym dniu w najbliższej przyszłości.

Żydzi jednak nie pozostali bierni. Już wcześniej przygotowali się na funkcjonowanie w roli mniejszości. Rozwinęli spryt oraz umiejętność zjednywania sobie przychylności decydentów, rozumieli, że trzeba umieć się maskować, że nie zawsze należy „od razu wykładać wszystkie karty na stół”, zbudowali własny system pozyskiwania z wyprzedzeniem strategicznych informacji (wywiad). Dzięki temu Żydówka została królową, a jej kuzyn ważną osobistością na dworze. Deficyt tych umiejętności jest szczególnie obecny w „mniejszości polskiej” naszego społeczeństwa.

Z Księgi Estery wypływają poważne wnioski na temat związku kondycji państwa z kondycją moralną narodu i jakością życia rodzinnego. Naród o niskim poziomie moralnym produkuje elity słabe, bezideowe i sprzedajne. Z kolei zdeprawowane elity jeszcze bardziej deprawują naród, tworząc ujemne sprzężenie zwrotne. Poziom moralny narodu rozstrzyga się w jego rodzinach – atak na instytucję małżeństwa, na pozycję mężczyzny jako głowy rodziny, promowanie niewierności małżeńskiej oraz braku dyscypliny w wychowaniu dzieci – to najlepsza broń do zniszczenia narodu. Z tego wszystkiego starożytni zdawali sobie doskonale sprawę. Co więc powiedzieć o współczesnych „wykształciuchach”?

Żydzi przekonali się dobitnie, że świat w obecnym kształcie nie jest sielankowy, że wiara w „pokojowe współistnienie”, rozbrojenie oraz powszechną miłość i braterstwo między narodami to idylliczne mrzonki. Narody mogą się wspierać, gdy mają wspólne interesy, a najlepszym gwarantem pokoju jest gotowość do wojny. Będąc mniejszością w obcym państwie, Żydzi kultywowali umiejętności militarne i posiadali osobistą broń. W stanie śmiertelnego zagrożenia to nie wojsko czy policja króla miały być dla nich gwarancją przetrwania, a broń osobista. Przez stulecia, nawet pod zaborami, Polacy pamiętali o tej ważnej prawidłowości. Nasze dzieci od małego zaznajamiane były z bronią i sztuką walki wręcz. Dzięki temu nawet bez państwa byliśmy gotowi organizować powstańcze armie i odnosić sukcesy militarne. Nie tak dawno to zamojscy chłopi pokonali „niezwyciężonych Niemców”, gdy ci postanowili poddać ich eksterminacji i przesiedleniu. Dziś jednak panuje w naszym narodzie chory pacyfizm, zniewieścienie i irracjonalny lęk przed bronią palną. To wspaniały prezent dla naszych wrogów.

Na uwagę zasługuje wewnętrzna organizacja i umiejętność zbiorowego, skoordynowanego działania narodu żydowskiego. Pomimo braku telefonów, telewizji i Internetu szybko przekazywali sobie informacje, podejmowali skoordynowane działania (np. post) i zwoływali zgromadzenia. W porównaniu z ich umiejętnościami w tym zakresie protesty przeciw ACTA to drobnostka. Rozumieli też wagę zbiorowych celów i byli gotowi poświęcać dla nich osobiste interesy.

Żydzi byli przygotowani do obrony, a wzmocnieni politycznym sprytem swoich przywódców budzili postrach u tych, którzy ich nienawidzili. Nie działali chaotycznie, ale czekali na właściwy moment. O ile krócej mogłyby trwać nasze zabory, gdybyśmy posiedli tę sztukę – zamiast składać daninę krwi w powstaniach wywoływanych dla obcych interesów i w czasie dogodnym dla zaborców, uderzyć we właściwej chwili (np. podczas wojny krymskiej w 1854 r.) i w sposób dobrze zorganizowany.

Żydzi nie szukali jak dawniej pomocy w Egipcie, a „załatwili” sobie jedynie u króla wolną rękę w rozprawieniu się ze swoimi wrogami.

Mianowicie Żydzi zebrali się po miastach, gdzie byli, we wszystkich prowincjach króla Achaszwerosza, aby podnieść rękę na tych, którzy pragnęli ich zguby. I ani jeden im się nie opierał, gdyż strach przed nimi padł na wszystkie ludy. I wszyscy książęta prowincji i satrapowie, namiestnicy i wszyscy sprawujący władzę w imieniu króla popierali Żydów, gdyż padł na nich strach przed Mordochajem. Mordochaj bowiem wiele znaczył w pałacu królewskim, a wieść o nim dotarła do wszystkich prowincji, gdyż znaczenie tego męża, Mordochaja, ciągle rosło. I zabili Żydzi wszystkich swoich wrogów mieczem, drogą zabójstwa i zagłady, i robili z tymi, którzy ich nienawidzili, co chcieli. W samym zamku w Suzie wymordowali Żydzi i wygubili pięciuset mężów. (…) Pozostali zaś Żydzi po prowincjach królewskich zebrali się, aby stanąć w obronie swojego życia i zapewnić sobie spokój od swoich wrogów, zabili więc spośród tych, którzy ich nienawidzili, siedemdziesiąt pięć tysięcy, lecz na ich mienie swej ręki nie podnieśli. Estery 9:2-6,16

Sposób traktowania wrogów wydaje się nam dziś niehumanitarny. Wytresowano nas do wiary w „dobroć tego świata”. Żydzi jednak wiedzieli, że walka trwa naprawdę, nie na żarty. Jeśli ktoś chce nas skrzywdzić czy zabić, to nie wyperswadujemy mu tego zamiaru dobrym słowem czy czarującym uśmiechem. Musimy skutecznie uniemożliwić naszym wrogom złe zamiary - oni nas albo my ich. W tamtych realiach oznaczało to eliminację fizyczną. Ale i dla nas w „cywilizowanym” XXI wieku wypływają stąd praktyczne wnioski. Nasi wrogowie nie szanują reguł demokracji, przyzwoitości czy uczciwości. My, stosując się do nich, niechybnie przegramy. Tę prawidłowość dobrze sobie przyswoił (także na swoich błędach w pierwszej kadencji) premier Orbán. W latach 1998-2002 był premierem i przegrał z oszustami, którzy kłamstwo, grabież i zawłaszczanie państwa uczynili istotą swej polityki. Gdy ponownie doszedł do władzy, nie cacka się już ze szkodnikami, czym wzbudza skowyt domorosłych i zagranicznych wrogów prawości. Podobną determinację i świadomość zagrożeń widzieliśmy u Marszałka Piłsudskiego. W III RP patrioci doszli do władzy stosunkowo szybko – już w grudniu 1991r. Spisek postkomunistycznych kombinatorów szybko pozbawił ich jednak złudzeń. Gdy w 2005 roku bracia Kaczyńscy ponownie przejęli stery państwa, nie skorzystali z mądrości Marszałka i znowu dali się ograć wrogom. „Kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d..ę” – tragicznie doświadczamy jako naród tej prawdy…

Ostatnia myśl z Księgi Estery, jaką chcę Państwa pożegnać, to żydowska umiejętność świętowania zwycięstw i kultywowania historii.

Zobowiązując ich, aby rokrocznie święcili czternasty dzień miesiąca Adar i piętnasty dzień tegożmiesiąca, jako dni, w których Żydzi zyskali spokój od wrogów swoich, i jako miesiąc, w którym troska zamieniła im się w radość, a żałoba w dzień pomyślny, aby uczynili je dniami ucztowania i radości, i wzajemnego przesyłania sobie darów żywnościowych i obdarowywania ubogich. I Żydzi przyjęli to, co wtedy zapoczątkowali i co im napisał Mordochaj, jako zwyczaj:
Że Haman, syn Hammedaty, potomek Agaga, gnębiciel wszystkich Żydów, zamyślając wytępić wszystkich Żydów, rzucił "pur", to znaczy los, aby ich zniszczyć i wytępić.
Lecz gdy rzecz doszła do króla, ten nakazał, a jednocześnie dał pisemne zarządzenie, że jego wrogi zamysł, jaki powziął przeciwko Żydom, ma spaść na jego własną głowę, wobec czego powiesili jego samego i jego synów na szubienicy.
Dlatego te dni nazwali "purim", według nazwy "pur". A z powodu wszystkich słów tego listu oraz z powodu tego, co widzieli i co ich spotkało, Żydzi zobowiązali się i przyjęli to zarówno na siebie, jak i na swoje potomstwo i na tych wszystkich, którzy by się do nich przyłączyli, jako zwyczaj, którego się nie przekracza, że będą rokrocznie święcić te dwa dni zgodnie z przepisami i w oznaczonym czasie. A te dni mają być wspominane i obchodzone jako święta po wszystkie pokolenia, we wszystkich rodzinach, we wszystkich prowincjach i we wszystkich miastach. A te Święta "Purim" nie mają zaniknąć wśród Żydów i pamięć o nich nie ma ustać u ich potomstwa. Estery 9:21-28


My nie umiemy pielęgnować pamięci o naszych zwycięstwach, których mamy całkiem pokaźną kolekcję. Nie świętujemy wyzwolenia Wiednia czy zajęcia Moskwy. Nie potrafimy nawet godnie uczcić nie tak przecież odległego rozgromienia sowieckiej dziczy na przedpolach Warszawy (zamiast tego cackamy się z pomnikiem armii sowieckiej w centrum stolicy, stawiamy pomniki najeźdźcom, a nasi hierarchowie inicjują akcję palenia zniczy dla krasnoarmiejców!). Jak naród wychowywany w takiej amnezji historycznej i pomieszaniu wartości ma przejmować tradycje patriotyczne przeszłych pokoleń?

Żydzi obchodzą święto swego zwycięstwa sprzed dwu i pół tysiąca lat! To dla nich nie tylko wesoła uroczystość. To corocznie powtarzana lekcja patriotyzmu i politycznego realizmu. To ludowy epos przekazywany w rodzinach z pokolenia w pokolenie. Taki naród można niewolić, pokonywać, eksterminować, ale on się odrodzi. Historia Żydów jest tego niezaprzeczalnym dowodem.

Choć cytowałem obszernie biblijną księgę Estery, to ani razu nie odwołałem się do Boga. Co ciekawe, ta księga nigdzie nie wspomina o Bogu! Można by rzec, że Bóg opisał w niej organizację narodu za pomocą języka socjologicznego. Nasze życie ma wymiar nadprzyrodzony i naturalny. My, Polacy, często ulegamy pokusie zbyt szybkiego odwoływania się do wymiaru nadprzyrodzonego. Gdy mamy problem, to pierwszą i niestety często jedyną naszą reakcją jest „zamówienie mszy”. Niemiłosiernie zaniedbujemy jednocześnie porządek naturalny. Jeśli nauczymy się właściwie organizować nasze zbiorowe życie w porządku naturalnym (biorąc przykład z mistrzów w tej konkurencji) i mądrze rozpoznamy sygnały nadprzyrodzone, może i nam będzie dane cieszyć się naszym polskim „purim”…

Paweł Chojecki


JA NIE PAŃSKI, NIE HETMAŃSKI… CZYLI DLACZEGO BRONIĄ NAM BRONI?

 W dyskusji na temat dostępu do broni palnej warto szukać motywacji i celów strony pragnącej naszego rozbrojenia. Zanim jednak odpowiem na te pytania, zajmę się zagadnieniem przeciwnym – jakie skutki wywołuje w człowieku posiadanie broni?

 

Kiedy syn po raz pierwszy dostaje od ojca do ręki szablę, strzelbę czy pistolet, jakie myśli i uczucia cisną mu się do głowy? Czy rozpiera go duma? Czy czuje, że oto wkracza w świat dorosłych? Czy uświadamia sobie, jak wielką odpowiedzialnością został obdarzony? Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Posiadanie broni palnej czyni młodego mężczyznę:

1) bardziej odpowiedzialnym,

2) bardziej skoncentrowanym,

3) bardziej pewnym siebie,

4) bardziej świadomym swojej roli w społeczeństwie (myśliwy, rycerz).

Dlatego właśnie w Szwajcarii mężczyzna wstępował w związek małżeński dopiero wtedy, gdy dorobił się własnego karabinu. Inaczej to ujmując: najpierw karabin, potem kobieta, najpierw odpowiedzialność, potem seks!

Założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki – najpotężniejszego w historii państwa ludzi wolnych – doskonale zdawali sobie sprawę z politycznych skutków posiadania broni. Jeden z nich napisał: Najmocniejszym powodem, by utrzymać prawo do posiadania i noszenia broni przez ludzi, jest to, że stanowi ono dla nich ostateczny środek do obrony przed tyranią rządu.

Tę samą myśl zawiera i nasza tradycja, którą pięknie ilustruje refren pieśni podhalańczyków:

 

Ja nie pański, nie hetmański

Jeno harny, wolny strzelec podhalański

 

W naszej kulturze mężczyzna z karabinem to wolny mężczyzna z poczuciem dumy, gotowy bronić wolności osobistej, wolności swojej rodziny i ojczyzny.

Moskiewscy wrogowie cywilizacji ludzi wolnych wiedzieli, że nie pokonają Zachodu, jeśli wpierw nie zmienią rycerskiego wychowania naszej młodzieży. Wymyślili więc rewolucję lat 60. ubiegłego wieku: seks, narkotyki i tępa, zmysłowa muzyka (Sex, drugs & rock’n’roll)! Hasełko „Make love, not war” trafiło na podatny grunt młodych umysłów żyjących w świecie dobrobytu i bezpieczeństwa. Etos rycerski szybko został zastąpiony etosem konsumpcji i pożądliwości wszelkiego rodzaju. Jego produktem jest zniewieściały, zagubiony, narcystyczny maminsynek lub w najlepszym wypadku zuchwały cynik pozbawiony wszelkich norm i hamulców. Taki „produkt” bez walki odda swoją wolność – ze strachu bądź dla korzyści.

Ronald Reagan, gdy objął urząd 40. prezydenta USA, wiedział, skąd bierze się zło współczesnego świata. W 1983 roku udało mu się ponownie skierować wysiłek Zachodu przeciw Imperium Zła, komunistycznej Moskwie. Oficjalnie komunizm został pokonany. Niestety, wcześniej zdążył się przepoczwarzyć i ogarnąć kluczowe instytucje europejskie z Watykanem włącznie. W wyniku zdeterminowanej pracy ideologicznej agentury Wolny Świat Zachodu dogorywa, pogrążając się w wewnętrznym chaosie i moralnym upadku. Czy jest jeszcze szansa na ratunek? Póki my żyjemy, tak! Sprawa jest prosta, choć niełatwa. Nie musimy wcale „wynajdywać prochu”. Wystarczy wrócić do starych, wypróbowanych metod. Wolne społeczeństwa Zachodu zakwitły na gruncie chrześcijańskich wartości. Dziś pod płaszczykiem chrześcijaństwa ukryło się bardzo wiele idei absolutnie mu wrogich – humanizm, pacyfizm, socjalizm itp. Jeśli więc mamy uratować nasz świat, musimy wpierw oczyścić chrześcijaństwo z fałszywych idei. Różne są na to pomysły, ale najrozsądniejszym wydaje się konfrontowanie wszystkich doktryn z Biblią, fundamentem chrześcijaństwa. Jeśli coś stoi w sprzeczności z Pismem, należy to odrzucić. Gdy temu testowi poddamy humanizm, socjalizm czy pacyfizm, bez problemu odkryjemy, że są to całkowicie obce Biblii idee. Udało się je skutecznie podłożyć chrześcijaństwu jak kukułcze jajo, ponieważ chrześcijanie przestali poważnie traktować Biblię, a skupili się na poglądach teologów czy hierarchów, z których większość służy wrogim wartościom. Przykładowo już w latach czterdziestych XX w. Moskwa zleciła włoskim komunistom bratanie z się inteligencją katolicką. Efekty tego spisku opisał Józef Mackiewicz (szczególnie w najbardziej znanym dziele w tej tematyce „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”). Wszyscy papieże od czasów Jana XXIII to mniej lub bardziej gorący orędownicy humanizmu, socjalizmu, priorytetu naturalistycznej nauki nad Biblią, pacyfizmu i synkretyzmu religijnego. Obecny papież już otwarcie zwraca się przeciw biblijnemu chrześcijaństwu. Podczas przemówienia w Kongresie USA jasno zdefiniował wroga ludzkości:

 

„Wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę i jesteśmy głęboko zatroskani niepokojącą sytuacją społeczno-polityczną w dzisiejszym świecie. Jest on coraz bardziej miejscem gwałtownych konfliktów, nienawiści i brutalnych zbrodni, popełnianych nawet w imię Boga i religii. Wiemy, że żadna religia nie jest wolna od form indywidualnych urojeń czy ekstremizmu ideologicznego. Oznacza to, że musimy być szczególnie uważni na wszelki rodzaj fundamentalizmu, czy to religijnego czy też innego rodzaju.”

 

Wrogiem ludzkości według papieża nie jest zło, fałsz czy grzech, ale… wszelki fundamentalizm, także chrześcijański. Czym jest fundamentalizm? Jest to rygorystyczne trzymanie się zasad i norm wyznaczonych przez daną ideologię. W przypadku chrześcijan jest to rygorystyczne trzymanie się ponadczasowej, objawionej prawdy Pisma Świętego. Franciszek wskazuje więc konserwatywnych chrześcijan jako wrogów ludzkości na równi z islamskimi mordercami! Co więcej, uderza w podstawowy dla chrześcijan dwubiegunowy obraz świata:

 

Ale jest też inna pokusa, której musimy się szczególnie wystrzegać: upraszczający redukcjonizm, który widzi tylko dobro lub zło; lub jeśli wolicie, sprawiedliwych i grzeszników. Współczesny świat, z jego otwartymi ranami, które naznaczają wiele naszych braci i sióstr, wymaga od nas przeciwstawiania się wszelkim formom polaryzacji, które dzieliłyby go na te dwa obozy.

 

A więc wszyscy, którzy obstają przy jasnym wytyczaniu granic pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy sprawiedliwością a grzechem, pomiędzy obozem ludzi dobrych a Imperium Zła są… wrogami ludzkości. To mówi ten, którego wielu uważa za zastępcę Chrystusa na ziemi…

 

Podążając drogą kulturowego czy odstępczego chrześcijaństwa, nie zatrzymamy upadku cywilizacji, a tylko wspomagamy postęp jego największych wrogów. Jak to trafnie ujął prof. Kazimierz Jodkowski:

 

Ratunek dla Europy i świata to konserwatywne i uzbrojone chrześcijaństwo.

 

Przed złymi ludźmi z bronią, a tacy zawsze czyhali na naszą wolność i zasoby, obroną są dobrzy ludzie z lepszą bronią i sprawnością! Człowiek staje się dobry dzięki głównemu przesłaniu Biblii – dobrej nowinie o darmowym ratunku od kary za nasze grzechy i mocy zła nad nami. Ten ratunek kupił nam już Jezus na krzyżu Golgoty. Karabin każdy musi kupić sobie sam (Łuk 22:36).

 

Tylko broń w rękach ludzi moralnych powstrzyma wrogów naszej cywilizacji.

 

Jeśli Twój syn ma wyjść na człowieka, wyposaż go za młodu w Biblię i karabin!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Idź Pod Prąd 10-11 (135-136) 2015


Zanim wyemigrujesz

Zgodnie z obietnicą Aleksandra Kwaśniewskiego zawartą w broszurze stręczącej nas do głosowania na TAK w euroreferendum, że po wejściu do UE Polacy będą MOGLI emigrować, ta świetlana perspektywa jaśnieje od dekady nad Polską. Polityka tandemu Komorowski/Tusk mocno przyśpieszyła proces wyludniania, szczególnie województw wschodnich (z Podkarpacia i Podlasia wyjechało już ponad 10% ludności!).

Główną przyczyną wyjazdu jest brak perspektyw ekonomicznych. Tego szybko nie zmienimy. Warto jednak, oprócz zysków z emigracji, rozważyć kilka kwestii wątpliwych. Jako że mamy tendencję do unikania trudnych pytań i rozważań nad długofalowymi konsekwencjami naszych działań, postaram się przedstawić problem emigracji z ciemnej strony.




PYTANIA PRZED WYJAZDEM

1) Czy zdajesz sobie sprawę, że już twoje dzieci, a na pewno wnuki, nie będą znały języka polskiego? Jeśli się mocno postarasz, będą umiały sklecić proste zdanie łamaną polszczyzną, ale na tym koniec. Ich myślenie i kody kulturowe ukształtuje nowe środowisko. Nawet  ty sam, jeśli na stare lata wrócisz do Polski, będziesz dożywał swoich dni w samotności. Dla niektórych z nas to nic strasznego – nawet lepiej, że dzieci szybko zapomną o niewdzięcznej ziemi przodków – ale trzeba mieć tego świadomość.

2) Emigrując, wystawiasz się na ryzyko kryzysu tożsamości. Po dłuższym czasie pobytu za granicą nie będziesz do końca wiedział, gdzie jest twój dom – gdy będziesz mówił „u nas”, to co będziesz miał na myśli – wioskę pod Kielcami czy robotniczą dzielnicę Liverpoolu? Nawet kiedy zdecydujesz, że jesteś już Brytyjczykiem czy Niemcem, będzie to tylko pozór. Nigdy do końca nie będziesz się tam czuł u siebie. Co gorsza, nawet gdy zdecydujesz się na powrót do Polski, to i tu nie będziesz całkiem „na miejscu”. Twoje dzieci, szczególnie jeśli urodziły się jeszcze w Polsce, skazujesz na podobne rozterki.

3) Nie przebijesz szklanego sufitu. Każdy naród promuje „swoich”. Ty zawsze pozostaniesz obcy. Twoje dzieci też będą to odczuwać. Jeśli nawet dobrze opanują nowy język i zwyczaje, zawsze zdradzi je nazwisko. W dobie powszechnej globalizacji wydaje się, że to zjawisko zanikło. Rzeczywiście, szczególnie w dużych miastach nie będziesz się z tym często spotykał. Wystarczy jednak jedna poważna przykrość, której doświadczysz na własnej skórze lub co gorsza na skórze swoich dzieci, byś na zawsze czuł się obywatelem drugiej kategorii. Musisz też liczyć się z tym, że będziesz pracował poniżej swoich kwalifikacji czy aspiracji. Poza nielicznymi wyjątkami przybysze z Europy Wschodniej zajmują obszary rynku pracy „niechciane” przez tubylców.
Po ewentualnym powrocie trudno ci będzie zaakceptować pracę za jedną czwartą dotychczasowego wynagrodzenia.

4) Czy bierzesz pod uwagę wzrost zachowań ksenofobicznych na Zachodzie? Bieda postępuje, zagrożenie islamizacją również. Kiedyś nastąpi potężna reakcja na trwającą latami politykę poprawności politycznej i masowy napływ słabo asymilującej się emigracji „zasiłkowej”. Zamieszki w Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwecji to dopiero preludium. Gdy zapłoną zachodnie miasta, gdzie się podziejesz? Czy ktoś ci pomoże? Czy zdążysz uciec?
5) Jeśli masz rodzinę, wyjeżdżając w pojedynkę, nawet na krótko, ryzykujesz rozpadem lub problemami swojej rodziny. Oderwanie od kultury i presji obyczajowej bliskiego otoczenia, samotność i tęsknota to potężni wrogowie wartości, jakie wyznajesz. Nawet jeśli sam oprzesz się temu wszystkiemu, to nie pozbędziesz się podejrzeń, czy druga strona, mąż albo żona, równie dzielnie poradzili sobie z rozłąką. Jednego musisz być świadom – nic nie wypełni dzieciom twojego braku w ich życiu. Możesz sobie mnożyć dowolne usprawiedliwienia, ale faktem pozostanie, że uczynisz swoje dzieci emigracyjnymi sierotami, których jest już w Polsce kilkaset tysięcy.

6) Coś stracisz. Nie zabierzesz ze sobą wszystkich bliskich ci osób. Nie zabierzesz ulubionych miejsc, zapachów czy smaków. Podczas twojej nieobecności wiele się zmieni – ktoś umrze, ktoś dorośnie,inny się zestarzeje. Myśląc o bliskiej perspektywie poprawy swojej sytuacji materialnej, nie myślisz o takich „drobnostkach”, ale po kilku latach dopadnie cię nostalgia. Wtedy wiele chciałbyś oddać, by ją uśmierzyć, ale będzie za późno. Weź też pod uwagę, że samo przysyłanie pieniędzy starym rodzicom czy wynajęcie opiekunki nie da im starości przeżywanej pod opieką własnego syna czy córki. Oni poświecili ci najlepsze lata swojego życia…

Jak ptak, który daleko odleciał od gniazda, tak człowiek, który się tuła z dala od ojczyzny. Przyp. 27:8

Z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania, Dz.Ap. 17:26

„Singlizm”, czyli o oswajaniu samotności

Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.


Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.

 

Zacznijmy od poziomu języka. Single z języka angielskiego oznacza „pojedynczy, niewystępujący w parze.” Słowo to wskazuje zatem na indywidualność, stąd też single kojarzą się nam z pewnym rodzajem tak dziś cenionego indywidualizmu. Podobnym znaczeniem nie może pochwalić się „panna/kawaler”. Ponadto słowo „singiel” jest na swój sposób autonomiczne. Nie ma w języku polskim swojego bezpośredniego przeciwieństwa ani potencjalnego dopełnienia. Tego samego nie można powiedzieć o słowach „panna” oraz „kawaler”. Te bezpośrednio kojarzą nam się ze swoimi przeciwieństwami - „mężatka/żonaty”. „Panna/kawaler” używane są do opisania pewnego stanu, który wymaga rozwinięcia lub dopełnienia. Singlem możesz być całe życie – panną nie. Z panny możesz dobrowolnie zamienić się w mężatkę albo stajesz się – nolens volens – starą panną. Tu pojawia się druga charakterystyczna cecha słowa „singiel”. Swój niewątpliwy sukces zawdzięcza temu, że jest pozbawione negatywnych konotacji. W przeciwieństwie do „panny/kawalera”, „singiel” nie jest narażony na niechciane towarzystwo słowa „stara/stary”. Zobrazujmy tę niemożliwość. Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: Dwie siedemdziesięcioletnie kobiety, wracając z porannego shoppingu na pobliskim bazarze, prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą sytuacji ekonomiczno-społeczno-kulturalnej lokalnej społeczności: „Kojarzysz Iksińską? No wiesz, ta stara singielka z trzema kotami spod trójki. No! To wyobraź sobie...” Przyznają Państwo – czysta abstrakcja. „Singiel” nie jest, jak widać, obarczony (jeszcze) pejoratywnymi skojarzeniami. „Jeszcze”, ponieważ jeżeli tendencja zapożyczania słów z języka angielskiego będzie się utrzymywać, to możemy niedługo spotkać się z „oldsinglem”, wszak „oldbojów” już mamy.

 

Opuśćmy stronę językową i zastanówmy się, czym charakteryzuje się stan „bycia singlem”? W tym przypadku również trudno o jakieś negatywne skojarzenia. Singiel nie jest osobą samotną, zatopioną w smutku swojego osamotnienia. To jednostka niezależna – indywidualista, który idzie przez życie w pojedynkę z własnego wyboru. Ów wybór – moment wolności – jest dla singla niezwykle ważny. Singiel jest wolny i mając tę wolność, chce z niej korzystać, chce wybierać, najczęściej wybierając... wolność. Wszystko inne skażone jest bowiem jakąś miarą ograniczenia. W języku polskim mówimy nawet o singlach jako o osobach „stanu wolnego” (słyszymy także o „wolnych związkach”, przeciwstawionych związkom „niewolnym”, np. małżeństwu), co potwierdza intuicję kojarzącą singla z kategorią wolności. Singiel jest sam, ponieważ niepotrzebuje stałej (jedynie akcydentalną) bliskości drugiego człowieka. Singiel ma znajomych, przyjaciół, czasem umawia się na randki, ale nie zależy mu na stałym związku. Bliskość, którą zapewniają mu kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, wystarcza mu. Nie dąży do jej intensyfikacji w stałym związku z drugą osobą, ponieważ ten rodzaj intensyfikacji obarczony jest „grzechem” przywiązania, a zatem ogranicza. Singiel nie rozumie instytucji małżeństwa lub uważa, że jest ona nie dla niego. Przeraża go zwłaszcza jej religijna wersja. „Na wieki wieków amen” jest dla singla nie do przyjęcia, ponieważ odwołuje się do wieczności (nawet, jeśli ostatecznie zamkniętej w ramach doczesności – „...aż śmierć was nie rozłączy.”). Wartości mające wymiar absolutny muszą z konieczności budzić niechęć singla. Absolutność i związana z nią bezwarunkowość zobowiązania ograniczają.

 

Sposób życia oraz myślenia singli zawiera jeszcze jedną ważną cechę charakterystyczną. Oprócz wspomnianej pochwały dla indywidualizmu i wolności oraz niechęci do absolutnych wartości „singlizm” zdaje się być swego rodzaju próbą poradzenia sobie z samotnością, będącą jednym z największych wyzwań kondycji ludzkiej. Zdaje się, że ten egzystencjalny problem w światopoglądzie singla nie występuje. Zostaje on jednak nie tyle pokonany, ile oswojony. Singiel swoim przykładem pokazuje, że idąc przez życie pod rękę z samotnością, możemy czerpać siłę z tego „związku”. Nawet jeżeli samotność sama w sobie jest źródłem cierpienia, to może przynieść nam korzyści, o ile potraktujemy ją jako pierwszy krok na drodze ku absolutnej wolności.

 

W tym miejscu pojawia się wątpliwość, czy odpowiedź singla na pytanie, które stawia nam życie: „Jak poradzić sobie z samotnością?”, jest odpowiedzią prawidłową. Czy pogodzić się z samotnością oznacza pokonać ją?  Czy może pokonać samotność to przezwyciężyć ją, chwytając wyciągniętą dłoń drugiego człowieka? Druga odpowiedź zdaje się być trudniejsza do zaakceptowania dla nas, nowoczesnych, wolnych, niezależnych jednostek. Sugeruje bowiem, że nie jesteśmy samowystarczalni, że nasza indywidualność i wolność nie są w stanie przezwyciężyć samotności, że aby ją pokonać, potrzebujemy kogoś więcej niż siebie samych; wreszcie, że nasze szczęście nie zależy tylko od nas, lecz leży pośrodku – pomiędzy nami a drugim człowiekiem. Jednak decyzję dotyczącą tego, którą z tych dwóch odpowiedzi powinniśmy wybrać, musimy podjąć sami.

 

„Singlizm” może dawać swoim zwolennikom poczucie bezpieczeństwa przed społecznym brakiem akceptacji. Jeżeli jednak nie jest poprzedzony namysłem nad samotnością, może zamienić się w ślepe podążanie za tendencją, której nie rozumiemy, a która - jeśli okaże się fałszywa - może przysporzyć nam wiele cierpienia. Nie należy bowiem zapominać, że single mogą się mylić, próbując oswoić coś, co oswojone być nie może. Jeśli jednak jesteśmy przekonani, że z samotności można uczynić towarzyszkę naszego życia, to powinno nam być w gruncie rzeczy obojętne, czy mówią o nas, „młoda panna”, czy „stary kawaler” (ostatecznie każdy kiedyś się zestarzeje). Jeżeli natomiast jesteśmy singlami tylko dlatego, że taka jest moda lub chwilowo tak nam wygodniej, to musimy pamiętać, że gdy jako społeczeństwo przyzwyczaimy się do „singla”, możemy niepostrzeżenie zamienić się w „oldsingla”. Co gorsza, wówczas zostaniemy z tym problemem zupełnie sami.

 

KTO JEST ELITĄ? INTELEKTUALIŚCI?

Przyjęło się powszechnie uważać, że ludzie mądrzy, wykształceni i usytuowani stanowią elitę narodu. Szczególną estymą w tym względzie obdarza się obecnie profesorów wyższych uczelni. Warto zbadać ten pogląd w świetle biblijnej relacji o narodzie żydowskim z czasów Jezusa.

Zdefiniujmy na wstępie pojęcie elity narodu. Nie chodzi o ludzi najbogatszych czy najlepiej urodzonych. Nie chodzi też o osoby aktualnie sprawujące nad narodem władzę - Hans Frank czy Bolesław Bierut mieli władzę nad Polakami, ale trudno zaliczyć ich w poczet naszej elity. Intuicyjnie oczekujemy od elity wpływu na los narodu z właściwych motywacji - z troski o jego dobro. W tym znaczeniu używa się niekiedy pojęcia elita rycerska. Ludzie ci mają więc wyróżniać się mądrością, prawością charakteru, stawianiem dobra wspólnego ponad własne oraz zdolnością i odwagą do podejmowania decyzji za innych.

W sytuacji upadku autorytetu polskich polityków, duchownych, o dowódcach wojskowych nawet nie wspomnę, naród gorączkowo szuka kandydatów na elity rycerskie. Stosunkowo mało skompromitowaną grupą wydają się „ludzie nauki”. Dobrze tę tendencję odczytało Prawo i Sprawiedliwość, otaczając się wianuszkiem profesorów. Czy możemy jednak zaufać polskim profesorom?

Po pierwsze, większość z nich „naukę” uprawiała już za komuny. A nawet dziecko wiedziało wtedy, że karierę robi się w tym systemie nie dzięki walorom rzeczywistym…

Po drugie, III RP nawet w symbolicznym stopniu nie oczyściła się z „naukowego” dziedzictwa PRL. Co więcej, centralny system grantów uczynił naukowców jeszcze bardziej zależnymi od władzy i „układów”. Nic więc dziwnego, że nie tylko etos rycerza, ale nawet odważne szukanie prawdy jest w tym środowisku wartością niezmiernie rzadką.

Po trzecie, cywilizacja Zachodu weszła w okres terroru poprawności politycznej oraz dogmatu naturalizmu. Każdy naukowiec zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że odwołując się do Boga, prawdy objawionej w Biblii lub wypowiadając swoje zdanie pod prąd lewackiej ideologii, ogranicza lub kończy swoją karierę.

Biorąc pod uwagę tylko te trzy przesłanki, należy się spodziewać, że wśród naukowców niełatwo znajdzie się kandydatów na rycerzy… Raczej na klakierów władzy lub co najwyżej „tajnych wyznawców” Prawdy. Do nich chciałbym zaadresować refleksję nad smutnym casusem Nikodema.

A był człowiek z faryzeuszów imieniem Nikodem, dostojnik żydowski.

Ten przyszedł do Jezusa w nocy i rzekł mu: Mistrzu! Wiemy, że przyszedłeś od Boga jako nauczyciel; nikt bowiem takich cudów czynić by nie mógł, jakie Ty czynisz, jeśliby Bóg z nim nie był. Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego. Rzekł mu Nikodem: Jakże się może człowiek narodzić, gdy jest stary? Czyż może powtórnie wejść do łona matki swojej i urodzić się? Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest. Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić. Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. Odpowiedział Nikodem i rzekł do niego: Jakże to się stać może? Odpowiedział Jezus i rzekł mu: Jesteś nauczycielem w Izraelu, a tego nie wiesz? Jan. 3:1-10

Profesor tamtych czasów, Nikodem, nie miał wątpliwości, że Jezus przyszedł od Boga. Nie miał jednak odwagi, by udać się do Niego jawnie, w dzień. Wiedział doskonale, jakie opinie na temat Jezusa panują w jerozolimskim PAN-ie i wolał się nie narażać. Przyszedł więc w ukryciu, nocą. Przy okazji konwersacji z Jezusem dowiedział się jeszcze jednej ciekawej rzeczy o sobie - jego tytuł, pozycja, wiedza, kultura nie dają mu wystarczającego mandatu do bycia prawdziwym nauczycielem narodu. Jeśli ktoś nie umie jasno wskazać autentycznej duchowej rzeczywistości, nie umie wskazać maluczkim drogi do zbawienia, to pomimo całej swojej wiedzy na inne tematy, nie posiada dostatecznych kwalifikacji, by być elitą narodu. Może być co najwyżej elitką, która prowadzi naród szeroką drogą do zatracenia.

Prof. Nikodem pojawia się ponownie w narracji biblijnej, tym razem już w sytuacji publicznej, w debacie ze swoimi kolegami po fachu. Oto Jezus staje się coraz większym problemem dla autorytetów Izraela. W polemice z Nim postanawiają sięgnąć do rozstrzygnięć siłowych i nasyłają na niego policję. Niestety, sprawy się komplikują:

Przyszli tedy słudzy do arcykapłanów i faryzeuszów, którzy ich zapytali: Dlaczego nie przyprowadziliście go? Słudzy odpowiedzieli: Nigdy jeszcze człowiek tak nie przemawiał, jak ten człowiek mówi. Wtedy odpowiedzieli im faryzeusze: Czy i wy daliście się zwieść?

Czy kto z przełożonych lub z faryzeuszów uwierzył w niego? Tylko ten motłoch, który nie zna zakonu, jest przeklęty. Rzekł do nich Nikodem, ten, który przyszedł przedtem do niego, jeden z ich grona:

Czyż zakon nasz sądzi człowieka, jeżeli go wpierw nie przesłucha i nie zbada, co czyni?

Odpowiadając mu, rzekli:

Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj Pisma i dowiedz się, że prorok nie z Galilei się wywodzi.

I rozeszli się, każdy do domu swego.

Jan. 7:45-53

Dowódcy straży świątynnej, zamiast aresztować Jezusa, składają świadectwo o Jego wyjątkowości. To musiało zaboleć autorytety! W odpowiedzi sięgają po stare, wypróbowane metody - dyskredytację przeciwnika i jego zwolenników (jego nauka to zwodzenie niewarte naukowej analizy; wyznawcy to zacofany motłoch) oraz powagę autorytetów (czy kto z profesorów…). Nikodem wiedział, że teraz powinien się odezwać, że dalsze milczenie w sprawie Prawdy dyskwalifikuje go jako jej obrońcę. Całe jego dotychczasowe życie było realizacją doktryny „tisze jediesz, dalsze budiesz”. Ale teraz nadszedł czas na działanie! Zbierając w sobie wszystkie nieliczne pokłady odwagi, zabiera głos i jasno staje w obronie… procedur. Tu jednak czeka go zimny prysznic - warknięcie ze strony „towarzystwa”, że jeszcze słowo, a sam może zostać zaliczony w poczet motłochu. Nikodem wie doskonale, że Jezus nie pochodzi z Galilei, ale z Betlejem, wie, że jego mocni w gębie koledzy są zwykłymi ignorantami i mógłby to łatwo wykazać. Ale strach i umiłowanie profesorskich przywilejów wygrywają. Kładzie uszy po sobie i potulnie idzie do domu, by dalej w ukryciu „walczyć z systemem”. Jego naukowa intuicja nie prowadzi go jednak do oczywistego wniosku, że dzięki takim jak on Zło bezkarnie triumfuje…

Tchórzliwego profesora spotykamy jeszcze raz na kartach Biblii. Jest już po wszystkim, autorytety wespół z władzą  opanowały zagrożenie, a Wichrzyciel leży w grobie. Nikodem przyniósł umarłemu kadzidło…

Przyszedł też Nikodem, ten, który poprzednio przybył w nocy do Jezusa, niosąc około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu.

Jan. 19:39

 

  idź Pod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


Dlaczego spowiedź jest niebezpieczna

Tzw. spowiedź uszna jest wynalazkiem późnego średniowiecza (XIII w.). Nie ma o niej mowy w Biblii. Wiele by można powiedzieć o zgubnym duchowym wpływie wiary w skuteczność tego obrządku, ale tym razem skoncentruję się tylko na wymiarze czysto praktycznym. Punktem wyjścia do naszego wnioskowania niech będzie informacja prasowa sprzed dwóch lat:

– Był spowiednikiem żony jednego z obecnych polskich ambasadorów, pana Cz. Wysłuchał jej grzechów w Paryżu. Przychodziły do niego również, by powierzyć mu swoje najskrytsze winy i dostać rozgrzeszenie, także inne osoby z kręgów ówczesnej emigracji – twierdzi nasz rozmówca.


– U jezuitów w Rzymie spowiadali się dyplomaci i wojskowi z krajów należących do NATO. Niewykluczone, że Turowski spowiadał więc także obcokrajowców – komentuje dr Leszek Pietrzak. Jak mówi historyk, bardzo często oficerowie wywiadu PRL zlecali współpracującym duchownym spowiadanie w celu uzyskania informacji. Tak było w wielu polskich środowiskach we Francji i we Włoszech.” „Kto się spowiadał u Turowskiego?”, Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, GP




Kim był Turowski, nie będę przypominał. Mamy więc sytuację, w której agent służb PRL spowiada zarówno pod bokiem Jana Pawła II, jak i w jezuickich ośrodkach we Francji. Dzięki temu ma wgląd w życie intymne emigracji politycznej, dyplomatów i wojskowych. Co ważne, większość ludzi traktuje spowiedź szczerze – czyli agent w koloratce zdobywał najpilniej strzeżone sekrety osobiste z „pierwszej ręki”. Nie były to historie o hobby czy zainteresowaniach, ale dane najbardziej wrażliwe, dotyczące słabości, uzależnień czy pokus. Co więcej, mogły dawać wskazówki dotyczące osób trzecich (np. wyznanie grzechu cudzołóstwa). O możliwościach operacyjnego użytku takich informacji nie trzeba nikogo przekonywać.

Ciekawą historię opowiedział kiedyś ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Otóż SB chciała pozyskać tajną informatorkę spośród sióstr zakonnych (zdaje się, że z Zakładu dla Niewidomych w Laskach). Choć „wytężono siły”, żadna z czterdziestu sióstr nie zdecydowała się na współpracę. Udało się jednak pozyskać kapelana ośrodka, u którego wszystkie pobożne siostry szczerze się spowiadały…

Mając na uwadze powyższe przykłady, rozsądny człowiek poważnie rozważy wyjawianie w konfesjonale sekretów swoich i bliźnich – skąd może wiedzieć, że z drugiej strony nie siedzi jakiś Turowski?

Tych, których dręczy pytanie : „A co z moimi grzechami?”, zachęcam do refleksji nad słowami Pisma:

Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie - odpuszczenie grzechów. Kol 1:12-14

I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy; wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża;
Kol. 2:13-14

A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha. Jan. 19:30

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut