„Singlizm”, czyli o oswajaniu samotności

Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.


Słowo „singiel” dość niepostrzeżenie wdarło się do polskich słowników i zagościło w dyskursie publicznym, wypierając powoli naszą rodzimą „pannę” i „kawalera”. Termin ten doskonale wpisuje się w liberalny sposób myślenia nowoczesnego społeczeństwa. Pozornie „singiel” zdaje się być jedynie kolejnym zapożyczeniem ubierającym znany sens w nową formę. Jednak czy istotnie tak jest? Spróbujmy przez chwilę zastanowić się nad tym, co właściwie kryje się pod słowem „singiel”, by lepiej zrozumieć, co oznacza „być singlem”.

 

Zacznijmy od poziomu języka. Single z języka angielskiego oznacza „pojedynczy, niewystępujący w parze.” Słowo to wskazuje zatem na indywidualność, stąd też single kojarzą się nam z pewnym rodzajem tak dziś cenionego indywidualizmu. Podobnym znaczeniem nie może pochwalić się „panna/kawaler”. Ponadto słowo „singiel” jest na swój sposób autonomiczne. Nie ma w języku polskim swojego bezpośredniego przeciwieństwa ani potencjalnego dopełnienia. Tego samego nie można powiedzieć o słowach „panna” oraz „kawaler”. Te bezpośrednio kojarzą nam się ze swoimi przeciwieństwami - „mężatka/żonaty”. „Panna/kawaler” używane są do opisania pewnego stanu, który wymaga rozwinięcia lub dopełnienia. Singlem możesz być całe życie – panną nie. Z panny możesz dobrowolnie zamienić się w mężatkę albo stajesz się – nolens volens – starą panną. Tu pojawia się druga charakterystyczna cecha słowa „singiel”. Swój niewątpliwy sukces zawdzięcza temu, że jest pozbawione negatywnych konotacji. W przeciwieństwie do „panny/kawalera”, „singiel” nie jest narażony na niechciane towarzystwo słowa „stara/stary”. Zobrazujmy tę niemożliwość. Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: Dwie siedemdziesięcioletnie kobiety, wracając z porannego shoppingu na pobliskim bazarze, prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą sytuacji ekonomiczno-społeczno-kulturalnej lokalnej społeczności: „Kojarzysz Iksińską? No wiesz, ta stara singielka z trzema kotami spod trójki. No! To wyobraź sobie...” Przyznają Państwo – czysta abstrakcja. „Singiel” nie jest, jak widać, obarczony (jeszcze) pejoratywnymi skojarzeniami. „Jeszcze”, ponieważ jeżeli tendencja zapożyczania słów z języka angielskiego będzie się utrzymywać, to możemy niedługo spotkać się z „oldsinglem”, wszak „oldbojów” już mamy.

 

Opuśćmy stronę językową i zastanówmy się, czym charakteryzuje się stan „bycia singlem”? W tym przypadku również trudno o jakieś negatywne skojarzenia. Singiel nie jest osobą samotną, zatopioną w smutku swojego osamotnienia. To jednostka niezależna – indywidualista, który idzie przez życie w pojedynkę z własnego wyboru. Ów wybór – moment wolności – jest dla singla niezwykle ważny. Singiel jest wolny i mając tę wolność, chce z niej korzystać, chce wybierać, najczęściej wybierając... wolność. Wszystko inne skażone jest bowiem jakąś miarą ograniczenia. W języku polskim mówimy nawet o singlach jako o osobach „stanu wolnego” (słyszymy także o „wolnych związkach”, przeciwstawionych związkom „niewolnym”, np. małżeństwu), co potwierdza intuicję kojarzącą singla z kategorią wolności. Singiel jest sam, ponieważ niepotrzebuje stałej (jedynie akcydentalną) bliskości drugiego człowieka. Singiel ma znajomych, przyjaciół, czasem umawia się na randki, ale nie zależy mu na stałym związku. Bliskość, którą zapewniają mu kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, wystarcza mu. Nie dąży do jej intensyfikacji w stałym związku z drugą osobą, ponieważ ten rodzaj intensyfikacji obarczony jest „grzechem” przywiązania, a zatem ogranicza. Singiel nie rozumie instytucji małżeństwa lub uważa, że jest ona nie dla niego. Przeraża go zwłaszcza jej religijna wersja. „Na wieki wieków amen” jest dla singla nie do przyjęcia, ponieważ odwołuje się do wieczności (nawet, jeśli ostatecznie zamkniętej w ramach doczesności – „...aż śmierć was nie rozłączy.”). Wartości mające wymiar absolutny muszą z konieczności budzić niechęć singla. Absolutność i związana z nią bezwarunkowość zobowiązania ograniczają.

 

Sposób życia oraz myślenia singli zawiera jeszcze jedną ważną cechę charakterystyczną. Oprócz wspomnianej pochwały dla indywidualizmu i wolności oraz niechęci do absolutnych wartości „singlizm” zdaje się być swego rodzaju próbą poradzenia sobie z samotnością, będącą jednym z największych wyzwań kondycji ludzkiej. Zdaje się, że ten egzystencjalny problem w światopoglądzie singla nie występuje. Zostaje on jednak nie tyle pokonany, ile oswojony. Singiel swoim przykładem pokazuje, że idąc przez życie pod rękę z samotnością, możemy czerpać siłę z tego „związku”. Nawet jeżeli samotność sama w sobie jest źródłem cierpienia, to może przynieść nam korzyści, o ile potraktujemy ją jako pierwszy krok na drodze ku absolutnej wolności.

 

W tym miejscu pojawia się wątpliwość, czy odpowiedź singla na pytanie, które stawia nam życie: „Jak poradzić sobie z samotnością?”, jest odpowiedzią prawidłową. Czy pogodzić się z samotnością oznacza pokonać ją?  Czy może pokonać samotność to przezwyciężyć ją, chwytając wyciągniętą dłoń drugiego człowieka? Druga odpowiedź zdaje się być trudniejsza do zaakceptowania dla nas, nowoczesnych, wolnych, niezależnych jednostek. Sugeruje bowiem, że nie jesteśmy samowystarczalni, że nasza indywidualność i wolność nie są w stanie przezwyciężyć samotności, że aby ją pokonać, potrzebujemy kogoś więcej niż siebie samych; wreszcie, że nasze szczęście nie zależy tylko od nas, lecz leży pośrodku – pomiędzy nami a drugim człowiekiem. Jednak decyzję dotyczącą tego, którą z tych dwóch odpowiedzi powinniśmy wybrać, musimy podjąć sami.

 

„Singlizm” może dawać swoim zwolennikom poczucie bezpieczeństwa przed społecznym brakiem akceptacji. Jeżeli jednak nie jest poprzedzony namysłem nad samotnością, może zamienić się w ślepe podążanie za tendencją, której nie rozumiemy, a która - jeśli okaże się fałszywa - może przysporzyć nam wiele cierpienia. Nie należy bowiem zapominać, że single mogą się mylić, próbując oswoić coś, co oswojone być nie może. Jeśli jednak jesteśmy przekonani, że z samotności można uczynić towarzyszkę naszego życia, to powinno nam być w gruncie rzeczy obojętne, czy mówią o nas, „młoda panna”, czy „stary kawaler” (ostatecznie każdy kiedyś się zestarzeje). Jeżeli natomiast jesteśmy singlami tylko dlatego, że taka jest moda lub chwilowo tak nam wygodniej, to musimy pamiętać, że gdy jako społeczeństwo przyzwyczaimy się do „singla”, możemy niepostrzeżenie zamienić się w „oldsingla”. Co gorsza, wówczas zostaniemy z tym problemem zupełnie sami.

 

ORNITOLOGIA FEMINISTYCZNA

Brunona Drud, studentka IX roku ornitologii feministycznej, zbierała materiały do pracy magisterskiej. Od świtu czaiła się na łące, gdzie wśród wysokich traw kryło się gniazdo jękacza pospolitego. Gdy wiatr rozsuwał trawy, przykładała do oczu lornetkę i obserwowała. Obserwowała samicę jękacza siedzącą na jajach.

Wiedziała już wszystko o tych ptakach. Widziała przecież kilka tygodni temu, jak samiec tańczył przed samicą, demonstrując swe żółto-zielone pióra. A potem ona zniosła jaja i teraz na nich siedzi, pojękując czasem. Nie widziała już natomiast samca. Brunona jednak znała teorie feministyczne, za pomocą których bez trudu mogła stwierdzić, czym się on obecnie zajmuje. Zapewne bałamuci inną samiczkę, którą w końcu zostawi z jajami, uniemożliwiając pełny rozwój osobowości.

Badaczka postanowiła sfotografować nieszczęsną samicę. W tym celu zbliżyła się do gniazda i rozsunęła delikatnie zasłaniające trawy. Ptak zaczął pojękiwać. Niemal w tej samej chwili Brunona poczuła na głowie jakiś dziwny ciężar. Uniosła w górę wzrok i wtedy ujrzała nad sobą rozpostarte żółto-zielone skrzydła. Ostry dziób boleśnie ukłuł ją w czoło. Rzuciła się do ucieczki. Ale ptak poleciał za nią i leciał tak długo, aż wygnał ją z łąki.


Dlaczego spowiedź jest niebezpieczna

Tzw. spowiedź uszna jest wynalazkiem późnego średniowiecza (XIII w.). Nie ma o niej mowy w Biblii. Wiele by można powiedzieć o zgubnym duchowym wpływie wiary w skuteczność tego obrządku, ale tym razem skoncentruję się tylko na wymiarze czysto praktycznym. Punktem wyjścia do naszego wnioskowania niech będzie informacja prasowa sprzed dwóch lat:

– Był spowiednikiem żony jednego z obecnych polskich ambasadorów, pana Cz. Wysłuchał jej grzechów w Paryżu. Przychodziły do niego również, by powierzyć mu swoje najskrytsze winy i dostać rozgrzeszenie, także inne osoby z kręgów ówczesnej emigracji – twierdzi nasz rozmówca.


– U jezuitów w Rzymie spowiadali się dyplomaci i wojskowi z krajów należących do NATO. Niewykluczone, że Turowski spowiadał więc także obcokrajowców – komentuje dr Leszek Pietrzak. Jak mówi historyk, bardzo często oficerowie wywiadu PRL zlecali współpracującym duchownym spowiadanie w celu uzyskania informacji. Tak było w wielu polskich środowiskach we Francji i we Włoszech.” „Kto się spowiadał u Turowskiego?”, Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, GP




Kim był Turowski, nie będę przypominał. Mamy więc sytuację, w której agent służb PRL spowiada zarówno pod bokiem Jana Pawła II, jak i w jezuickich ośrodkach we Francji. Dzięki temu ma wgląd w życie intymne emigracji politycznej, dyplomatów i wojskowych. Co ważne, większość ludzi traktuje spowiedź szczerze – czyli agent w koloratce zdobywał najpilniej strzeżone sekrety osobiste z „pierwszej ręki”. Nie były to historie o hobby czy zainteresowaniach, ale dane najbardziej wrażliwe, dotyczące słabości, uzależnień czy pokus. Co więcej, mogły dawać wskazówki dotyczące osób trzecich (np. wyznanie grzechu cudzołóstwa). O możliwościach operacyjnego użytku takich informacji nie trzeba nikogo przekonywać.

Ciekawą historię opowiedział kiedyś ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Otóż SB chciała pozyskać tajną informatorkę spośród sióstr zakonnych (zdaje się, że z Zakładu dla Niewidomych w Laskach). Choć „wytężono siły”, żadna z czterdziestu sióstr nie zdecydowała się na współpracę. Udało się jednak pozyskać kapelana ośrodka, u którego wszystkie pobożne siostry szczerze się spowiadały…

Mając na uwadze powyższe przykłady, rozsądny człowiek poważnie rozważy wyjawianie w konfesjonale sekretów swoich i bliźnich – skąd może wiedzieć, że z drugiej strony nie siedzi jakiś Turowski?

Tych, których dręczy pytanie : „A co z moimi grzechami?”, zachęcam do refleksji nad słowami Pisma:

Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie - odpuszczenie grzechów. Kol 1:12-14

I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy; wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża;
Kol. 2:13-14

A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha. Jan. 19:30

WROGOWIE WOLNEGO SPOŁECZEŃSTWA

"Zabrania się zabraniać” − pisano na murach Paryża w 1968 roku. Lewicowi buntownicy domagali się wolnych uniwersytetów, które miały być miejscem niczym nieskrępowanej wymiany poglądów. Wcześniej, bo na przełomie lat 1964−65, lewicujący amerykański studencki Ruch Wolności Słowa w University of California w Berkeley wysuwał podobne postulaty. Kontestująca starą, socjaldemokratyczną i marksistowsko-leninowską, lewicę Nowa Lewica w młodych intelektualistach, których niezbywalnym prawem miała być swoboda wypowiedzi, upatrywała głównej siły rewolucyjnej, zdolnej do dokonania przemian współczesnego świata. Efektem tych przemian miało być wolne społeczeństwo, w którym wszyscy jego członkowie, wszystkie organizacje, partie i związki wyznaniowe miały prawo bronić właściwego sobie sposobu życia i wszystkich, tkwiących u jego podstaw, zasad.

 

Dnia 3 listopada 2014 r. w lubelskiej Chatce Żaka Fundacja Twój Ruch zorganizowała projekcję filmu „Ewolucja kontra Bóg”. Film składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiane są dylematy związane z procesem zachodzenia ewolucji, w drugiej mówi się o moralnych dylematach łączących się z akceptacją postawy ateistycznej. Po filmie odbyła się dyskusja nakierowana na poruszane w filmie sprawy z udziałem doktorantów różnych polskich uczelni, którzy przyznali się do tego, że są kreacjonistami. Jeden z widzów poczuł się tym najwyraźniej dotknięty − po wypowiedzeniu kilku gorzkich słów pod adresem organizatorów opuścił salę. Nie ma w tym nic dziwnego, nie pierwszy to i nie ostatni raz ktoś publicznie wyraża swoje niezadowolenie.

 

Widz ten − polonista, etyk i filozof, upatrujący w racjonalizmie jedynej alternatywy wobec przemocy [1] − swoją konsternację postanowił przelać na papier i w lubelskiej Wyborczej opublikował tekst zatytułowany „Kompromitacja Chatki Żaka UMCS. Kiedy konferencja szamanów?” [2] W tym również nie ma nic dziwnego. „Każdy ma prawo pisać i mówić wszystko, co mu się podoba, bez żadnych ograniczeń” [3] − przekonywał zaniepokojonych komunistów nawet starolewicowy Włodzimierz Lenin.

 

Ostry ton wypowiedzi zdenerwowanego uczestnika (np. wynajęto salę „na potrzeby religijnych obłąkańców, którzy urządzili tam rodzaj sabatu”), choć może razić, też nie jest niczym nadzwyczajnym. Filozofom w gorących, ideologicznych polemikach  przytrafia się używanie mocnych słów (np. „«klechostwo naukowe » filozofii idealistycznej” − grzmiał Lenin − „jest po prostu przedsionkiem jawnego klechostwa” [4]).

 

„Nie jest chyba zbyt dużym słowem skandal” − pisał przeciwnik przemocy − „na określenie tego, że na terenie uniwersytetu i w obiekcie będącym jego własnością dokonuje się pokaz propagandy ignorancji i irracjonalizmu”. Takie „skandale” zdarzały się już wcześniej. O jednym z nich oraz o powodach jego wywołania będzie mowa w dalszej części tego tekstu.

 

Następstwem działań wspomnianego widza, znanej w lewicowym środowisku Lublina postaci, było zerwanie współpracy z Twoim Ruchem przez Chatkę Żaka. I to już nie jest normalne. Nie jest bowiem tajemnicą, że znaczna część lewicy współczesnej, zachodniej Europy to ludzie, którzy aktywnie brali udział w rewoltach 1968 roku, a ich młodsi koledzy są spadkobiercami tych, którzy zabraniali zabraniać i snuli wizje wolnego społeczeństwa. Sukcesorzy idei wolnego społeczeństwa − szafując hasłami tolerancji, która dla nich oznacza teraz jedynie zgodność z lansowanymi przez nich poglądami [5] − stają się teraz jej nieprzejednanymi wrogami.

 

Twórcą jednej z najbardziej radykalnych wizji wolnego społeczeństwa był, luźno związany z Nową Lewicą, filozof Paul Karl Feyerabend (1924−1994), wieloletni wykładowca University of California w Berkeley i berlińskiego Freie Universität. Pomimo że był niezbyt przychylnie nastawiony do chrześcijaństwa („Bóg chrześcijan nie jest moim przyjacielem” [6]), utrzymywał, że w wolnym społeczeństwie „wszystkie tradycje mają równe prawa: zwyczajny fakt, że pewni ludzie poukładali swoje życie w zgodzie z określoną tradycją, wystarcza, aby zapewnić tej tradycji wszystkie podstawowe prawa społeczeństwa, w jakim tradycja ta funkcjonuje”. [7] Miał to być pluralizm grup, które − wedle własnych upodobań − wyznawać mogą różne poglądy i bronić ich krytycznie albo obstawać przy nich dogmatycznie. W wolnym społeczeństwie „każdy człowiek i każda grupa mają tyle wolności, ile można” po to, „by mogli oni urzeczywistniać swoje własne pragnienia, jakkolwiek byłyby one różne od naszych własnych”. [8] Przyznawał jednak, iż zachodnie społeczeństwo nie jest jeszcze w pełni gotowe do wprowadzenia równouprawnienia wszystkich tradycji, dlatego że „wielu ludzi nie osiągnęło jeszcze dojrzałości do życia w wolnym społeczeństwie (odnosi się to przede wszystkim do niektórych uczonych i innych racjonalistów)”. [9]

 

Propozycja Feyerabenda zaadresowana była przede wszystkim do tych, którym wmawia się, że ich własne tradycje nie przystają do rzeczywistości i dlatego powinny zostać porzucone. Zaś występuje przeciwko tym, którzy nie są w stanie zrozumieć, że ich własny, nawet opracowany w najdrobniejszych szczegółach i doskonale uzasadniony, punkt widzenia może okazać się zaledwie jednym z możliwych sposobów układania sobie życia, ważnym jedynie dla tkwiących w określonej tradycji. Dla innych tradycji taki punkt widzenia stanowić może przeszkodę w nieskrępowanym rozwoju lub może być przez nie uznany za nieinteresujący.

 

Warto w tym miejscu nadmienić, że nie były to jedynie deklaracje. Idee, które propagował, również sam realizował. „Mój wykład z filozofii nauki” − informował swojego najlepszego przyjaciela, węgierskiego filozofa Imrego Lakatosa (1922−1974) − „rozpocząłem od obrony Maxa Rafferty’ego,” (1917−1982, konserwatywnego  epublikanina, filozofa edukacji, wykładowcy Troy University w Troy, Alabama), który proponował, aby Księga Rodzaju i teoria ewolucji nauczane były jako dwie alternatywne teorie, a nie jako bajka i «fakt»”; [10] „wciąż dopinguję [studentów] do opracowywania Księgi Rodzaju celem uczynienia z niej skutecznej alternatywy dla teorii ewolucji”; [11] „zorganizowałem [dla studentów w Berkeley] debatę «Stworzenie kontra ewolucja». Facet, który mówił o ewolucji, był cienki, zaś ten od Księgi Rodzaju był bojaźliwy i w sumie wyszła z tego wielka nuda. Oczywiście ten od Genesis mówił, aby nie brać jej dosłownie, że jest to dokument o charakterze moralnym itp., itd. No cóż, przede wszystkim nie ma racji, a po drugie, nauka często czyniła postępy, biorąc na serio fragmenty dziwnych doktryn i używając ich do ataku na dobrze ustalone i precyzyjne poglądy.” [12]

 

Domagał się też, by wszystkie istotne kwestie dotyczące sposobów nauczania tego, co ma być nauczane oraz sprawy „prawdziwości podstawowych przekonań”, takich jak np. teoria ewolucji, pozostawić w gestii płacących podatki, bezpośrednio zainteresowanych kształceniem ludzi: „obywatel ma wpływ na funkcjonowanie instytucji, do której daje finansowy wkład, czy to prywatnie, czy to jako podatnik: średnie szkoły stanowe, uniwersytety stanowe, instytucje badawcze podtrzymywane podatkami, takie jak Narodowa Fundacja Nauki, są poddawane ocenie podatników, podobnie sprawy się mają z każdą taką szkołą podstawową. Gdyby podatnicy Kalifornii chcieli, aby ich uniwersytety stanowe uczyły Voodoo, medycyny ludowej, astrologii, ceremonii tańców deszczowych, to wtedy uniwersytety te będą musiały tego uczyć”. [13]

 

Rodzice, którzy mają prawo decydować o tym, czy ich dzieci będą się uczyły religii, czy też będzie ona nauczana wyłącznie jako zjawisko historyczne, powinni mieć analogiczne prawo do decydowania, w jaki sposób ich potomstwo zapoznawać się będzie z osiągnięciami nauki, czy np. będzie się uczyło teorii ewolucji albo zamiast tej teorii będzie się uczyło Księgi Rodzaju, albo też czy będzie się ich uczyło równolegle. Ten typ kształcenia, w którym nie ma miejsca na żadną wyróżnioną ideologię czy tradycję, ułatwić miał w przyszłości wybór drogi życiowej i przygotować do pełnienia określonej roli w społeczeństwie.

 

Feyerabend lubił prowokować i był z tego powszechnie znany. Jednak bardzo często jego prowokacje miały inny cel niż tylko wprawienie w zakłopotanie adwersarzy. Miały być pewnego rodzaju szkołą tolerancji, bez której nie może funkcjonować wolne społeczeństwo. Każdego rozumnego człowieka przykłady takie zmuszają do myślenia wedle odmiennych standardów niż te, które on wyznaje, stając się tym samym dobrymi narzędziami krytycyzmu wobec tego, co zostało już zaakceptowane i nie jest dalej kwestionowane. Są one również dobrymi instrumentami pozwalającymi na nabranie dystansu w stosunku do płytko rozumianego dialogu i wąsko pojmowanej − wykluczającej znoszenie tych poglądów, które w żaden sposób nie przystają do naszych własnych opinii − tolerancji.

 

Ostoją wolnego społeczeństwa miały być inicjatywy obywatelskie − konkretne działania, uzależnione od konkretnych warunków, wiedzy i życzeń zainteresowanych obywateli, zmierzające do realizacji konkretnych celów, „najlepsza i jedyna szkoła dla wolnych obywateli”. Jedynym ograniczeniem dla tych inicjatyw miało być przestrzeganie dwóch bardzo praktycznych zasad, którymi rządzić się miało wolne społeczeństwo.

 

W myśl pierwszej z nich, nie ma żadnych wspólnych zasad postępowania, z wyjątkiem tych, które członkowie społeczeństwa doraźnie przyjmą dla realizacji konkretnych celów.

 

Druga zasada to zaczerpnięta od Johna S. Milla, zasada minimalnej ingerencji, zgodnie z którą „jedynym celem usprawiedliwiającym ograniczanie przez ludzkość, indywidualnie lub zbiorowo, swobody działania jakiegokolwiek człowieka jest samoobrona, […] jedynym celem, dla osiągnięcia którego ma się prawo sprawować władzę nad członkiem cywilizowanej społeczności, wbrew jego woli, jest zapobieżenie krzywdzie innych. […] Każdy jest odpowiedzialny przed społeczeństwem jedynie za tę część swojego postępowania, która dotyczy innych. W tej części, która dotyczy wyłącznie jego samego, jest absolutnie niezależny; ma suwerenną władzę nad sobą, nad swoim ciałem i umysłem”. [14]

 

Zasady te połączone ze swobodą wypowiadania się miały iść w parze z otwartą wymianą osiągnięć między różnymi tradycjami. (Feyerabend odróżniał wymianę otwartą od kierowanej. Obydwie są sposobami zbiorowego decydowania w jakiejś sprawie. Wymiana kierowana to taka, w której tylko jedna tradycja stanowi punkt odniesienia dla oceny podejmowanych decyzji i działań, zaś wymiana otwarta nie wartościuje żadnej tradycji w ten sposób, dopuszcza ona przenikanie się różnych sposobów myślenia, postrzegania i odczuwania świata, czego efektem są zmieniające się pod wpływem owych czynników skale ocen.) Standardy kierujące wymianą między różnymi tradycjami miały być akceptowane, ulepszane lub eliminowane stosownie do okoliczności przez zainteresowane nimi tradycje. Standardom tym towarzyszyć miała swoboda w wyborze zachowań połączona ze świadomością możliwości odwetu za zachowania agresywne w stosunku do innych ludzi i zbiorowości. Połączenie takie ma z jednej strony chronić różne tradycje, z drugiej zaś skutecznie neutralizować działania mające na celu zdominowanie jednej tradycji przez inną.

 

Wytworem wolnego społeczeństwa, o czym teraz „nie pamiętają” spadkobiercy idei wolnego społeczeństwa, miał być dojrzały obywatel, który ma wiedzieć, jak kształtować własny umysł i świadomie wybierać to, co jest dla niego najbardziej korzystne lub to, co wydaje mu się najbardziej atrakcyjne. Nie został on wyuczony jakiejś konkretnej teorii, światopoglądu czy ideologii, został przygotowany do ich wyboru: studiowania i działania w ich ramach.

 

Dr hab. Krzysztof J. Kilian jest profesorem Uniwersytetu Zielonogórskiego, Kierownikiem Zakładu Ontologii i Teorii Poznania w Instytucie Filozofii UZ.

 

 Przypisy:

1 http://paderewski.lublin.pl/liceum/nauczyciel/dr-adam-kalbarczyk
2 Por. Adam Kalbarczyk, „Kompromitacja Chatki Żaka UMCS. Kiedy konferencja szamanów?”, 28.11.2014, http://lublin.gazeta.pl/lublin/1,35640,17036857,Kompromitacja_Chatki_Zaka_UMCS__Kiedy_konferencja.html
3 Włodzimierz I. Lenin, „Organizacja partyjna a partyjna literatura” (1905), [w:] idem, Dzieła. Tom 10. Listopad 1905-czerwiec 1906, przekład (anonimowy) z czwartego wydania rosyjskiego przygotowanego przez Instytut Marksa-Engelsa-Lenina przy KC WKP(b), Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 32 [29-35].
4 Idem, Dzieła. Tom 14. 1908 (Materializm a empiriokrytycyzm), przekład (anonimowy) z czwartego wydania rosyjskiego przygotowanego przez Instytut Marksa-Engelsa-Lenina przy KC WKP(b), Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 388.
5 Por. np. http://wyborcza.pl/1,75968,15075819,Co_to_jest__ideologia_gender__Nowe_narzedzie_walki.html
6 List Feyerabenda z 18 września 1969 r. do Imrego Lakatosa, [w:] Matteo Motterlini (ed.), For and Against Method. Imre Lakatos and Paul Feyerabend, The University of Chicago Press, Chicago and London, 1999, s. 176.
7 Paul Karl Feyerabend, Science in a Free Society, New Left Books, London 1978, s. 83.
8 Por. idem, „Jak obronić społeczeństwo przed nauką”, [w:] Kazimierz Jodkowski (red.), Czy sprzeczność może być racjonalna? Realizm Racjonalność Relatywizm t. 4, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1986, s. 323 [309-324].
9 Feyerabend, Science in a Free Society…, s. 106.
10 List Feyerabenda z 18 września 1969 r.…, s. 176.
11 List Feyerabenda z 6 lutego 1970 r.…, s. 191.
12 List Feyerabenda z 11 marca 1970 r.…, s. 197.
13 Feyerabend, Science in a Free Society…, s. 87.
14 John S. Mill, O wolności, Wydawnictwo Akme, Warszawa 2002, s. 25.

 

idź Pod Prąd, grudzień 2014


O przypadku BOGDANA CHAZANA i hienach

Bogdana Chazana, dyrektora ginekologiczno-położniczego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, władze stolicy (a pisząc wprost Hanna Gronkiewicz-Waltz, która jest oczywiście katoliczką, ale przede wszystkim dygnitarzem Platformy Obywatelskiej) wywaliły z roboty. Zdaje się, że pretekstem jest jakieś drobne niedociągnięcie, a przynajmniej tak postępowanie Chazana zostałoby określone, gdyby był urzędnikiem urzędu skarbowego i działając niezgodnie z prawem, wykończył jakąś firmę, urzędnikiem ZUS-u i doprowadził do śmierci człowieka, sędzią i wydał wyrok nijak mający się do litery prawa. A gdyby był politykiem i przeszedł na stronę Niemców, to już wszystko byłoby z pewnością na miejscu, w porządku i na czasie.


Bogdana Chazana, dyrektora ginekologiczno-położniczego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, władze stolicy (a pisząc wprost Hanna Gronkiewicz-Waltz,która jest oczywiście katoliczką, ale przede wszystkim dygnitarzem Platformy Obywatelskiej) wywaliły z roboty. Zdaje się, że pretekstem jest jakieś drobne niedociągnięcie, a przynajmniej tak postępowanie Chazana zostałoby określone, gdyby był urzędnikiem urzędu skarbowego i działając niezgodnie z prawem, wykończył jakąś firmę, urzędnikiem ZUS-u i doprowadził do śmierci człowieka, sędzią i wydał wyrok nijak mający się do litery prawa. A gdyby był politykiem i przeszedł na stronę Niemców, to już wszystko byłoby z pewnością na miejscu, w porządku i na czasie.


To ciekawe, że gdy jakiś spryciarz nagrał kiedyś nauczycielkę, która na lekcji, całkiem serio, uczyła dzieci, że Krzysztof Kolumb był Polakiem, to nikt z pracy jej nie wywalił. Tylko szkolenia, kursy ideologiczne, przecież to taka dobra towarzyszka z oddaniem pracująca na odcinku edukacji. Podobnie jak nikt nie wywala z pracy nieuczciwych i niekompetentnych urzędników, policjantów-łapówkarzy, sędziów zależnych od UB, lekarzy, którzy mają w nosie swoje obowiązki i śpią w godzinach pracy albo gdzieś łażą, zamiast odbierać poród.


Rzeczniczka Praw Pacjenta, która tam jakoś po swojemu się nazywa, oceniła, że Bogdan Chazan naruszył prawa pacjenta. Oczywiście, gdy władze wyznaczają limity na leczenie, w wyniku czego chorym odmawia się pomocy medycznej, gdy pacjenci umierają w kolejce do leczenia onkologicznego, gdy jednemu wyznaczają termin zabiegu za 10 lat, a drugiemu, np. jakiemuś miejscowemu dygnitarzowi, po znajomości za dwa dni, gdy pacjent nie ma możliwości dowiedzieć się czegoś o swoim stanie zdrowia, to nie jest naruszanie praw pacjenta. Kiedyś w telewizji był reportaż, zdaje się był to pogram Elżbiety Jaworowicz, o człowieku, któremu lekarz zalecił zażywanie jakiegoś medykamentu, ale nie powiedział, że osłonowo trzeba zażywać inny medykament. Człowiek teraz jest kaleką. I jakoś wszystko jest w porządku, Rzecznik Praw Pacjenta nikogo nie piętnuje, lekarza nikt nie zwalnia, dziennikarze nie domagają się niczyjej głowy.


Można więc między bajki włożyć wrażliwość Rzecznika Praw Pacjenta. Raczej postępuje zgodnie z otrzymanym rozkazem, czyli jest dobrym urzędnikiem. Działa wg wytycznych UB, ma więc szanse na karierę. Taka pani marszałek Ewa Kopacz w swoim czasie twierdziła, że Rosjanie przekopywali ziemię w miejscu katastrofy polskiego Tu-154 w Smoleńsku na głębokość 1,5 metra i proszę, jaką karierę zrobiła - została marszałkiem sejmu! A przecież nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa! Kto wie, może za cztery lata znajdzie się nawet w Parlamencie Europejskim, gdzie będzie mogła zbijać kokosy.


A wracając do sprawy Bogdana Chazana. Oto w telewizorze pojawiało się mnóstwo różnych hien, które niby to pochylają się w trosce, niby drżą o matkę, niby zabiegają o przestrzeganie prawa, ale tak naprawdę mają pretensje do Chazana, że nie zabił nienarodzonego dziecka. Skoro tak bardzo pragnęli śmierci tego człowieka, skoro to miało być dla biednego maluszka takie szczęcie zostać zabitym, to dlaczego nikt z tych mądrali nie zamordował dziecka po jego narodzeniu?! Jeśli być rozszarpanym szczypcami to takie wielkie szczęście, to bardzo proszę, niech ci wszyscy miłośnicy aborcji korzystają z tego szczęścia! Najpierw niech sobie uszarpią nogę, później rękę, drugą nogę i niech tam jakoś wykombinują, jak tu uszarpać sobie ostatnią kończynę. Chyba że najpierw wolą odjąć sobie głowy. Wolno im, w końcu od 25 lat mamy podobno wolność.


Ale kiedy będzie Wigilia, to te różne telewizyjne hieny będą śpiewały jedna przez drugą kolędy, składały życzenia, dzieliły się opłatkiem, przed Wielkanocą będą malować jajka (swoją drogą pewnie oni myślą, że Wielkanoc to takie święto malowania jajek, bo prawda o tym, że Jezus Chrystus zmartwychwstał, mogłaby kogoś obrazić), będą np. w rocznicę urodzin na wyścigi wspominać w programach telewizyjnych o Janie Pawle II, a kiedy przyjedzie może kiedyś nad Wisłę papież Franciszek, to będą cmokać i się zachwycać itd., itp. Słowem, diabeł pozostaje diabłem nawet wtedy, gdy od czasu do czasu przebierze się w ornat i na mszę dzwoni, czy jakoś tak.


Na koniec przydałoby się napisać coś optymistycznego. Ale co tu napisać? Oni mają władzę i mogą robić z nami, co tylko chcą.

 

lipiec 2014

WIELKA UCIECZKA PRZED ŻYCIEM NIJAK

1. Będę czynił wszystko, aby państwo polskie było silne, aby potrafiło ochronić słabszych, aby traktowało równo wszystkich obywateli, aby zwyciężała uczciwość, a nie cynizm i draństwo – tak mówił o swoich pragnieniach i staraniach w 2009 roku śp. Pan Prezydent Lech Kaczyński.
Od tych pragnień tragicznie zmarłego Prezydenta jesteśmy coraz dalsi. Niestety państwo polskie jest słabe, nie potrafi albo nie chce chronić słabszych, nie traktuje równo wszystkich obywateli, a uczciwość bardzo często przegrywa z cynizmem i draństwem.
Dlatego kto może, ten z tego państwa ucieka.

2. Wiadomość z dzisiejszej „Rzepy”.
Ponad 70 proc. naszych emigrantów nie ma 40 lat. Demografowie: krwawimy ludźmi, to wielka strata.
Z 2 mln Polaków, którzy są za granicą, ponad 1,4 mln ma 39 lat lub mniej. W tym jest 226 tys. dzieci do 15. roku życia – wynika z najnowszych danych GUS. Urząd pierwszy raz, na podstawie spisu powszechnego z 2011 r., podał informację o wieku naszych emigrantów. – Te dane zatrważają. Krwawimy ludźmi – mówi „Rz" prof. Krystyna Iglicka, demograf, rektor Uczelni Łazarskiego. Ekonomiści wyliczają, że brak młodych to niższy wzrost gospodarczy, mniejsza konsumpcja, mniejszy potencjał rozwojowy, wyższe wydatki socjalne. – To także mniej przełomowych idei, pomysłów, kreatywnych przedsiębiorców i innowatorów – dodaje Łukasz Hardt, ekonomista z UW.
Z danych GUS wynika, że najliczniejszą grupą emigrantów są osoby w wieku 25–34 lata. Jest ich 726 tys. Urodzili się w latach 1977–1986, a na świat przyszło wtedy 6,85 mln dzieci. Oznacza to, że wyjechało 10,6 proc. wszystkich urodzonych wtedy osób. – To bardzo niepokojące. Ci ludzie są w najlepszym wieku, by zakładać rodziny i mieć dzieci. Nie znają socjalizmu, to miała być nasza nadzieja. Tracąc ich, ponosimy olbrzymią stratę – mówi „Rz" prof. Irena Kotowska, demograf z SGH i szefowa zespołu ekspertów, który przygotował prezydentowi program prorodzinny.
GUS wskazał też po raz pierwszy, skąd wyjeżdżają Polacy. Okazuje się, że głównie ze ściany wschodniej. Na przykład Podkarpacie i Podlasie opuściło prawie 10 proc. ludności. – To wielki ubytek dla tych regionów, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że wyjeżdżają tzw. liderzy zmian – ocenia prof. Iglicka.

3. Pisząc kilka dni temu „Piosenkę współczesnego polskiego emigranta”, jeszcze nie znałem tych wstrząsających danych, ale diagnoza zawarta w rymach, ułożonych do melodii „Piosenki gruzińskiej” Okudżawy, była trafna. Młodzi Polacy uciekają, bo doprawdy już nie wiedzą, nie umieją na ziemi tej żyć... Co dziesiąty młody człowiek szuka już nie szczęścia, ale w ogóle życia za granicą.
I nawet już nie pyta – jak żyć, bo dobrze wie, że nijak.
Praca, jeśli ją nawet znajdziesz po wielkich trudach, to na umowie śmieciowej. Ochrona żadna. Poznałem ostatnio całą serię spraw o wypadki przy pracy. Kazano chłopakowi bez zabezpieczenia wejść na wysokie rusztowanie. Spadł i zabił się, ale wszyscy pracownicy zgodnie zeznali, że szef nie kazał mu tam wchodzić (jakby zeznali co innego, straciliby pracę). Postępowanie umorzone, rodzina bez żadnego odszkodowania. Inny pracował bez kasku na wagonie, dostał łyżką koparki, pół głowy mu urwało – pracownicy zgodnie zeznali, ze sam tam wszedł, gdzie nie powinien – sprawa umorzona, odszkodowania dla dzieci brak. Jeszcze innemu kazano trzymać jakieś deski podczas pracy na torowisku, drezyna zmiażdżyła mu stopę – nikt nie winien, sprawa umorzona, odszkodowania brak.
Człowiek ginie, policja i prokuratura nawet oględzin miejsca wypadku nie robią, bo za ciemno było.

4. Tak się pracuje na cudzym, a na własnym? Proszę bardzo, zakładaj firmę, na przykład transportową. Kup samochód na kredyt, zacznij zarabiać. Urząd skarbowy ustali, ze kupowałeś mafijne paliwo. Mafii nic nie zrobią, a ciebie z torbami puszczą.
Rolnikiem zostałeś, masz ziemię, trochę inwentarza, ktoś najedzie z tyłu na twój traktor, gdy wracałeś po orce z pola – wpakują cię do więzienia, bo lusterko miałeś za krzywe.
Albo na ziemię ci kopalnia wchodzi, nawet się nie pyta, z sądu dostaje postanowienie i włazi na twój grunt jak na własny. Znam dziesiątki takich spraw.
Próbujesz handlu, zakładasz jakiś sklepik – jedenasty supermarket ci w mieście postawili – i leżysz, bo nie wytrzymasz konkurencji z wielką siecią, która w dodatku podatków w Polsce nie płaci.

5. A co potrafi zrobić z ludźmi tak zwany wymiar sprawiedliwości, to już przekracza wszelkie ludzkie pojęcie. Bogu ducha winnych ludzi skazują bez żadnych dowodów, tak jak Grzegorza Wiechę spod Kielc czy Ptaszyńskiego z Białegostoku, bez żadnych, ale to żadnych dowodów. Majątek rozwiedzionych małżonków tak podzielą, że żona utrzymująca dzieci zostaje puszczona z torbami i jeszcze męża trutnia musi spłacać.
Gdzie się nie ruszysz, tam cię kopią. Nie znasz dnia ani godziny, gdzie i od kogo oberwiesz, a od państwa najpierwej.
I dlatego młodzi ludzie uciekają, nie pytając nawet - jak żyć, panie premierze, bo dobrze wiedzą, że nijak.


Czy broń wywołuje agresję?

W wielu dyskusjach o posiadaniu i noszeniu broni bywa przywoływana teza, jakoby broń - nawet sam jej widok - wywoływała lub potęgowała w ludziach agresję. Część psychologów nazwała to „efektem broni.” Jednak wiele źródeł wskazuje, że nie tylko nie jest to prawdą, ale nawet zależność może być odwrotna.

Badania prowadzone w Teksasie pokazały, że ludzie posiadający pozwolenie na przenoszenie broni w ukryciu (Concealed Carry Permit) są zdecydowanie bardziej praworządni niż większość społeczeństwa. Wśród posiadaczy CCP było niemal sześciokrotnie mniej aresztowanych za przestępstwa z użyciem przemocy niż wynosi średnia dla całej populacji. [1] [2]

Dean Weingarten - instruktor strzelectwa w Arizonie i długoletni pracownik Centrum Badań Rozwoju i Inżynierii armii amerykańskiej i popularyzator strzelectwa - tak podsumował swoje doświadczenia instruktorskie:

Podczas mojej 15-letniej kariery instruktora Concealed Carry moi kursanci byli wyjątkowo uprzejmymi, opanowanymi, pomocnymi i odpowiedzialnymi osobami, znacznie ponad normę społeczną. Mogło być to wynikiem zarówno autoselekcji, ponieważ tylko opanowane i spokojne osoby aplikują o pozwolenie CC, jak i tego, że sama obecność broni popycha człowieka do odpowiedzialnego zachowania. Mogła też nastąpić kombinacja obu powyższych okoliczności. Podejrzewam, że po trochu z obu. [3]

Podobnie rzecz ma się z myśliwymi. Profesor Dietmar Heubrock - dyrektor Instytutu Psychologii Prawa na Uniwersytecie w Bremie - stwierdził w niedawnym wywiadzie dla magazynu „Fluter”: [...] potencjał agresji u aktywnych myśliwych jest mniejszy niż przeciętna w społeczeństwie [4]

Jednak te obserwacje dotyczą ludzi, którzy przechodzą przez rygorystyczną selekcję przed otrzymaniem pozwolenia   na broń oraz kończą kursy przygotowawcze. Co z innymi?

Najbardziej podatne na wpływ takich zewnętrznych bodźców powinny być dzieci. Wspomniany profesor Heubrock przed laty czynnie angażował się w akcje dążące do wyeliminowania zabawkowej broni z pokojów dziecięcych. Wynikało to z przekonania, że nawet sam widok broni i udawane posługiwanie się nią zwiększają agresję. Po czasie jednak zmienił zdanie. Teraz jednoznacznie ocenia tamte działania: To było ideologiczne. Z perspektywy czasu powiedziałbym: Te akcje nie były humanitarne.

Twierdzi, że nie ma powodu zabraniać dzieciom bawić się plastikowymi karabinami: Zabawa z bronią nie prowadzi wcale do tego, że ktoś rozwija się jako bandyta czy szaleniec. Broń sama w sobie nie powoduje choroby.

Podobne zarzuty jak do zabawkowej broni wysuwane są wobec gier komputerowych zawierających sceny przemocy. Jednak sądy w wielu przypadkach odrzuciły badania twierdzące, że gry komputerowe pokazujące agresję wywierają na dzieci tak szkodliwy wpływ.

W sprawie „Brown vs. EMA” sędzia Antonin Scalia uzasadniał: Dowody stanu nie są przekonujące. Kalifornia opiera się głównie na badaniach dr. Craiga Andersona i kilku innych psychologów, których prace próbowały wykazać zależność między używaniem gier komputerowych zawierających sceny przemocy i szkodliwymi skutkami u dzieci. Te opracowania zostały odrzucone przez każdy sąd, który je rozpatrywał [...] Nie dowodzą, że brutalne gry komputerowe powodują u nieletnich zachowania agresywne.

[...] niemal wszystkie badania wykazują korelację, nie wykazując związku przyczynowego, a także większość tych opracowań posiada znaczące błędy metodologiczne [5]

Prof. Heubrock zauważa: Kiedy popatrzymy, który gracz-strzelec faktycznie kogoś zranił lub zabił z użyciem broni, to ta liczba jest znikoma. Oczywiście, ta dyskusja pojawia się, kiedy dowiadujemy się, że bandyci, tacy jak Robert Steinhäuser, grali w takie gry. Ale to robi 70 procent męskiej młodzieży.

Heubrock twierdzi również, że rygorystyczne prawo nie chroni przed atakiem z użyciem broni: To byłoby dopiero wtedy możliwe, gdyby wszelka broń zniknęła z cywilnej części społeczeństwa. To po prostu nierealne.

Tych kilka wybranych faktów i opinii pokazuje, że samo obcowanie z bronią nie wzmaga agresji. A jeśli robimy to w sposób odpowiedzialny, to może mieć nawet pozytywny wpływ na psychikę.

Potwierdza to wielowiekowe doświadczenie. Już Thomas Jefferson zalecał swemu siostrzeńcowi ćwiczenia z bronią: Jest to umiarkowane ćwiczenie dla ciała, ale kształtuje śmiałość, inicjatywę i niezależność myśli. [6]

 

Przypisy:

[1] http://www.ncpa.org/pub/ba324

[2] http://www.txchia.org/sturdevant2000.htm

[3] http://www.thetruthaboutguns.com/2015/01/dean-weingarten/question-day-gun-training-cause-people-less-violent/ (tłum. Sylwester Witek)

[4] http://www.fluter.de/de/138/thema/13127/ (tłum. Maciej Stadnicki)

[5] http://volokh.com/2011/06/27/47830/

[6] http://avalon.law.yale.edu/18th_century/let31. asp

 

 

 

 

 

 

idź Pod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


DZIEŃ, W KTÓRYM UMARŁ JEZUS

W opisach męki Jezusa znajdujących się w Ewangeliach można przeczytać o towarzyszących jej cudach i znakach. Według Mateusza od szóstej godziny do godziny dziewiątej ciemność zaległa całą ziemię (Mat. 27:45), a w chwili śmierci zatrzęsła się ziemia i skały popękały (Mat. 27:51). Relacje Marka i Łukasza są bardzo podobne. To, co się działo, wywarło wielkie wrażenie na żołnierzach, którzy wykonywali egzekucję. A setnik i ci, którzy z nim byli i strzegli Jezusa, ujrzawszy trzęsienie ziemi i to, co się działo, przerazili się bardzo i rzekli: Zaiste, ten był Synem Bożym (Mat. 27:54). Podobnie zareagowali Żydzi. A wszystkie te rzesze, które zeszły się na to widowisko, ujrzawszy to, co się stało, bijąc się w piersi zawracały (Łk. 23:48). Oczywiście można do tych relacji podejść w sposób „nowoczesny” i uznać, że ewangeliści tylko „dawali wyraz swojej wierze”. Ponieważ uznali Jezusa za Stworzyciela świata, oczekiwali, że Jego śmierć wstrząśnie całym stworzeniem i wymyślili sobie towarzyszące jej „efekty specjalne”. To samo podejście trzeba wtedy zastosować do przemówienia Piotra po zesłaniu Ducha Świętego. Apostoł przypomniał zebranym proroctwo Joela o ostatecznych dniach. Znakiem, że się one zaczynają, miało być wylanie Ducha na wszelkie ciało, ale nie tylko. Joel zapowiedział też, że Słońce przemieni się w ciemność, a księżyc w krew. Zanim przyjdzie Dzień Pański wielki i wspaniały (Dz. Ap. 2:14). Pojawia się tu jednak pewien problem. Jeśli wydarzenia nie przebiegały tak, jak przedstawia je Biblia, dlaczego w Jerozolimie powstał kościół chrześcijański?

Ludzie tworzący tę wspólnotę decydowali się na porzucenie tradycji, w której wyrośli. Stawiali się poza swoim narodem, okazując nieposłuszeństwo jego „autorytetom moralnym”. O konsekwencjach, które miała dla nich ta decyzja, można przeczytać w Liście do Hebrajczyków: byliście wystawieni na publiczne zniewagi i udręki (…) przyjęliście z radością grabież waszego mienia (Hbr. 10:33–34). Żyd, którego wyłączono z synagogi, był poza prawem. Można go było okradać, bić, nawet zabić. Ci, którzy przyłączali się do nowej „sekty”, musieli być świadomi ryzyka. Los samego Jezusa był wystarczającą przestrogą. Mimo to, jeśli wierzyć znanemu z dokładności Łukaszowi, zaraz po zesłaniu Ducha Świętego pozyskanych zostało (…) około trzech tysięcy dusz (Dz. Ap. 2:41). Co ich motywowało? Zmartwychwstałego Jezusa widziało około pięciuset osób (1 Kor. 15:6). Co przekonało te tysiące, które przyłączyły się w dniu Zielonych Świąt i w następnych? Wypełnienie się znanej, zapisanej prawie 900 lat wcześniej przepowiedni Joela mogło dać im pewność, że stają po właściwej stronie. Jednak aby uznać, że tak się stało, nie wystarczyło zobaczyć ludzi z językami ognia nad głowami przemawiających różnymi językami. Prorok zapowiadał niezwykłe znaki na niebie.

Niemal dokładnie trzydzieści lat temu, w grudniu 1983 roku, ukazał się w czasopiśmie „Nature” artykuł pod tytułem „Datowanie Ukrzyżowania”, który wywołał wielkie poruszenie nie tylko wśród naukowców. Dwaj profesorowie fizyki z uniwersytetu Cambridge, Humphreys i Waddington, wyjaśnili w nim, jak mogło wypełnić się w całkowicie naturalny sposób proroctwo, że księżyc przemieni się w krew. Zaćmienie Księżyca ma miejsce wtedy, gdy wchodzi on w cień rzucany przez Ziemię. Zawsze, zanim stanie się całkowicie lub częściowo niewidoczny, zmienia barwę. Atmosfera ziemska rozszczepia światło słoneczne podobnie jak pryzmat. Księżyc, zanim wejdzie w stożek całkowitego cienia, jest oświetlany światłem fioletowym, niebieskim, a potem kolejnymi barwami aż do czerwonej. Może się też zdarzyć tak zwane zaćmienie półcieniowe. Wtedy księżyc w ogóle nie wchodzi w stożek całkowitego cienia Ziemi, zmienia tylko barwę.

Nie jest dzisiaj problemem obliczenie położenia każdego ciała wchodzącego w skład Układu Słonecznego w dowolnym momencie przeszłości i przyszłości. Okazuje się, że jedno z zaćmień Księżyca miało miejsce 3 kwietnia 33 roku n.e. Było to zaćmienie częściowe, ale w momencie, gdy cień Ziemi „dotknął” powierzchni Księżyca, nie był on widoczny z obszaru Bliskiego Wschodu.1 Był to piątek, a następnego dnia przypadała żydowska Pascha. Według Prawa Mojżeszowego w ten dzień należało zabić baranka.

Wszystko tak, jak opisano w Ewangeliach. Mieszkańcy Jerozolimy widzieli Księżyc w takim położeniu, jak na ilustracji. Czy taki widok nie mógł nasunąć  im myśli, że krew przelana w ten dzień zmieni cały Wszechświat?

Pismo Święte przedstawia Boga jako istotę panującą nad absolutnie wszystkim, co dzieje się we wszechświecie, a życie Jezusa jako realizację szczegółowego planu, którego najważniejszym elementem było złożenie ofiary za nasze grzechy. Był on na to przeznaczony już przed założeniem świata (1 Piotr 1:20). Przyszedł na świat, gdy nadeszło wypełnienie czasu (Gal. 4:4). W opisach, jak Jezus wychodził z niebezpiecznych sytuacji, powtarza się zwrot, że jeszcze nie nadeszła jego godzina. Gdy pozostało niewiele czasu do ukrzyżowania, powiedział: przyszedłem na tę godzinę (Jan 12:27). Artykuł Humphreysa i Waddingtona pozwala lepiej zrozumieć, co biblijni autorzy mieli na myśli. Nawet położenie ciał niebieskich było elementem planu.

Geologowie badający warstwy osadów nad Morzem Martwym znaleźli w nich ślady trzęsienia ziemi, do którego doszło na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych pierwszego wieku naszej ery i dopuszczają możliwość, że to o nim jest mowa w Ewangelii Mateusza. Ich zdaniem nie było ono wystarczająco silne, by doprowadzić do pękania skał, o którym można przeczytać w tej relacji. Czy jednak na podstawie przemieszczeń warstw osadów na brzegu Morza Martwego można dokładnie ocenić natężenie wstrząsów w odległej o około 20 km Jerozolimie? Poza tym opis, który pozostawił Mateusz, jest bardzo krótki, a jedyna szkoda, o której wspomina, to rozdarta zasłona przybytku świątyni. Trudno chyba stanowczo orzec, że w swym opisie przesadzał. Oczywiście nie sposób ustalić dokładnej daty trzęsienia. Można uważać, że wydarzyło się przed lub po ukrzyżowaniu, a Mateusz trochę „naciągnął”, ale możliwości, że wydarzenia te się zbiegły, wykluczyć też nie można.2

Jeśli wierzyć Ewangeliom, najbardziej spektakularnym zjawiskiem, które miało miejsce w dniu śmierci Jezusa, była ciemność, która od szóstej godziny do godziny dziewiątej zaległa całą ziemię (Mat. 27:46). Według naszej rachuby czasu trwało to od 12 do 15. Trudno uwierzyć, żeby apostoł Piotr uznał za spełnienie proroctwa Joela burzę piaskową czy jakąś wyjątkowo dużą chmurę. Jego słów słuchali Żydzi, którzy przybyli na te święta z całego Imperium. Trudno uwierzyć, żeby potraktowali poważnie jego mowę, wiedząc, że tam, gdzie byli w dniu poprzedzającym Paschę, ciemności w samo południe nie zapadły. Jeśli coś takiego rzeczywiście się stało, to nie sposób znaleźć jakieś naturalistyczne wytłumaczenie. Księżyc był w pełni i zaćmienie Słońca „z definicji” nie wchodziło w grę. Zresztą zaćmienie może trwać najwyżej kilka minut. Poza tym Joel pisał, że słońce przemieni się w ciemność, a nie, że coś je zasłoni…

Coraz trudniej jest twierdzić, że teksty Pisma Świętego, którymi dysponujemy obecnie, różnią się od tych z pierwszego wieku. Oznacza to, że czytali je ludzie, którzy przeżyli ten dzień w różnych miejscach naszego globu i z własnego doświadczenia mogli ocenić, czy jego opis odpowiada rzeczywistości. Znali je nie tylko wierzący, lecz także ci, którym nowa wiara się nie podobała i na różne sposoby starali się ją skompromitować. Jednak nie zarzucali chrześcijanom rozpowszechniania bzdur o tym, że w samo południe zgasło słońce. Czy nie dostrzegli okazji do osiągnięcia swojego celu, czy też z jakiegoś powodu uznawali, że lepiej tej sprawy nie poruszać? Niewiele z tego, co napisano w starożytności, zachowało się do naszych czasów. Zachowały się jednak wzmianki o dwóch niewierzących autorach, na których powoływali się chrześcijanie piszący na ten temat.

Jednym z nich był żyjący w I wieku n.e. rzymski historyk Thallus. W trzecim tomie swojej Historii wspomniał o niezwykłych ciemnościach, które zapadły pewnego dnia. Chrześcijański apologeta Sykstus Juliusz zwany Afrykańskim powołał się na to świadectwo, pisząc o dniu ukrzyżowania. Oczywiście odrzuca podane przez Thallusa wyjaśnienie tego zjawiska zaćmieniem Słońca. O tym, że zaćmienie Słońca podczas pełni jest niemożliwe, wiedziano wtedy równie dobrze, jak dziś.3 Drugim był wyzwoleniec cesarza Hadriana Grek Flegon z Tralles. Najbardziej znanym i największym jego dziełem było Zestawienie zwycięzców olimpijskich i czasów. W 16 tomach opisał 229 igrzysk olimpijskich, które odbyły się między 776 rokiem p.n.e. a 137 n.e. Napisał też w Zestawieniu nieco o tym, co poza igrzyskami poruszało wtedy ludzi. Wspomniał między innymi o tym, że w 4 roku 203 olimpiady słońce uległo zaćmieniu większemu niż kiedykolwiek, tak, że w ciemności o godzinie 6 widać było gwiazdy, a równoczesne trzęsienie ziemi w Bitynii w gruzy obróciło wiele domów w Nicei.4 4 rok 203 olimpiady przypadał na 32 i 33 rok n.e., a reszta opisu dziwnie przypomina ten z Ewangelii. Na Flegonta poza Juliuszem Afrykańskim powoływali się też Orygenes i Euzebiusz z Cezarei.5

Ateiści i agnostycy mają swoje argumenty. Nie zachowało się do naszych czasów żadne dzieło Juliusza Afrykańskiego. O tym, że pisał o ciemności podczas ukrzyżowania, wiemy z Kroniki Paschalnej napisanej w IX wieku przez bizantyjskiego mnicha Georgiosa Synkellosa,6 który mógł do cytowanych tekstów dodać to i owo. Z Historii Thallusa też nie zachowało się nic, a ze starożytnego „skarbu kibica” Flegonta z Tralles tylko niewielki fragment dotyczący olimpiad 72–68 p.n.e., więc skąd wiadomo, co naprawdę było tam napisane? W roku 29 n.e. miało miejsce normalne zaćmienie Słońca. Można się było o kilka lat pomylić. Ludzie religijni niekiedy przesadzają i komentatorzy sportowi również. Nie ma wzmianki o niezwykłych ciemnościach u Seneki, Tacyta, Swetoniusza czy Pliniusza. Pamiętajmy jednak, że są fakty, o których lepiej nie wspominać, ponieważ wynikają z nich zbyt daleko idące wnioski. Wielcy myśliciele rozpoznają je szybciej od tych mniej wybitnych.

Powszechny był wtedy przesąd wiążący zaćmienie Słońca ze śmiercią wielkiego króla.7 To, co stało się w dniu śmierci Jezusa, było manifestacją mocy Boga, a przy tym znakiem, że umarł ktoś większy. Przesłanie do świata poręczone cudami i znakami było proste. Dzięki tej śmierci grzeszny człowiek może pojednać się z Bogiem i uniknąć kary. Oferta jest ważna przez wyznaczony czas, który rzeczywiście trudno nazwać inaczej niż dniami ostatecznymi. Okazuje się, że trwa on dostatecznie długo, by umocnił się pogląd, że cudów nie ma, a lęk przed karą za grzechy świadczy o psychicznych problemach…
To też element próby

Przypisy:
1http://eclipse.gsfc.nasa.gov/5MCLE/5MCLE-Figs-05.pdf
2http://news.discovery.com/history/religion/jesus-crucifixion-120524.htm
3http://www.reasonablefaith.org/thallus-on-the-darkness-at-noon
4Tadeusz Sinko, „Literatura grecka” t. III, cz. 1, PAU Kraków 1951, str.455.
5http://pl.wikipedia.org/wiki/Flegon_z_Tralles
6http://pl.wikipedia.org/wiki/Sekstus_Juliusz_Afryka%C5%84ski
7http://www.jgrchj.net/volume8/JGRChJ8-8_Carrier.pdf


BOHATEROWIE SĄ ZMĘCZENI


Wszyscy poważni historycy, a zwłaszcza ci, którzy szczególnie zajmują się historią okresów walki o wolność w aspekcie socjologicznym, wiedzą dobrze, że zarówno akcje zbrojne, jak też inne rodzaje ruchu oporu, gdy trwają zbyt długo, skutkują powolnym zamieraniem ducha walki, zobojętnieniem i demoralizacją.  Dotyczy to żołnierzy regularnej armii, partyzantów walczących w szeregach organizacji podziemnych, jak też innych ruchów społecznych. Widać to wyraźnie, gdy śledzi się nasze powstania w wieku XIX, a zwłaszcza Powstanie Styczniowe. Można to zaobserwować również na przykładzie Żołnierzy Wyklętych, którzy nie ujawnili się po "wyzwoleniu" przez armię sowiecką i byli bez wyroków bestialsko mordowani aż do połowy lat 70. Zawsze pojawiał się ten sam schemat: najpierw zapał, bohaterstwo, szaleńcze akty odwagi, dyscyplina wojskowa, wsparcie ze strony ludności cywilnej, a potem - zdrada, współpraca z wrogiem i utrata poparcia w społeczeństwie, które w miarę upływu czasu zawsze wybiera zniewolone, ale w miarę spokojne życie nad walkę o wolność i suwerenność Ojczyzny. A jak to przekłada się na obecną sytuację w naszym kraju?

Występuje oczywista analogia dostrzegalna gołym okiem. Mord smoleński, seryjny samobójca, szalejące bezprawie, bezrobocie. Władza już przeprowadziła pomyślnie wszelkie próby, do jakich granic zbydlęcenia i obojętności można doprowadzić społeczeństwo i czym zaszantażować instytucje kościelne, żeby prowadzić je na pasku. Doprowadziła do sojuszu Episkopatu z rządem i upewniła się ostatecznie, że z "tubylcami" może zrobić już wszystko. Ale najgorsze dopiero przed nami. Nowo powstałe różnorakie elity niepodległościowe, które w ciągu trzech minionych lat zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu, w ostatnim okresie tracą dotychczasowy impet i pewność siebie. Znaczący przedstawiciele opozycji zaczynają współzawodniczyć ze sobą, uczciwi zaczynają wątpić w celowość swych wysiłków, a karierowicze zdejmują maski i niemal zupełnie otwarcie ubiegają się o pierwsze miejsca w przyszłej IV RP. Fakt, że partie opozycyjne dążące do obalenia obecnych struktur władzy wolą działać osobno, nie jest sam w sobie zjawiskiemnegatywnym. Natomiast to, że niektórzy publicyści „Gazety Polskiej” atakują w niewybredny i agresywny sposób członków jednej partii opozycyjnej, opowiadając się równocześnie jednoznacznie po stronie innej partii opozycyjnej, powoduje, że gazeta ta zatraciła zupełnie obiektywizm, naśladując metody pijarowskie oficjalnych mass mediów, dorównując im niekiedy w zaciekłości i szyderstwach skierowanych wobec swoich naturalnych sprzymierzeńców. Na szczęście nie wszyscy publicyści GP idą tym śladem i nie dają się wciągać w ambicjonalne, ściśle partyjne przepychanki.

Ostatnio pojawił się w publicystyce nowy tygodnik Lisickiego "Do rzeczy". Zastanawiające. Czy to, że pan Paweł Lisicki został usunięty z redakcji gazety "Uważam Rze" po wpadce/sprawie z trotylem w tupolewie, upoważnia prawicowych (podobno opozycyjnych) dziennikarzy do przyjęcia go do swego grona jak "brata", nie zważając na jego dobrze znaną, lewicową przeszłość? A pan Rafał Ziemkiewicz, który tak niedawno w dwóch kolejnych numerach GP wypowiadał się jednoznacznie, że teoria zamachu smoleńskiego jest niedorzecznością - co teraz robi w tygodniku Lisickiego? Dlaczego entuzjastyczne "Wracamy" na okładce pierwszego numeru "Do rzeczy" brzmi tak dziwnie fałszywie, jak słynny koncert Jankiela, gdy przy pomocy fałszywych tonów przybliżał on słuchaczom tragedię Targowicy? Skąd niby ci publicyści wracają? Byli przez cały czas w uczciwej gazecie "W sieci" braci Karnowskich, która dziś rozpaczliwie broni się przed unicestwieniem. Dlaczego ją opuścili? Odpowiedzi na te pytania nie są już chyba dziś tajemnicą.

I wreszcie jeszcze jedno zagrożenie - ostentacyjne odwracanie się plecami do ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej. Olbrzymi potencjał tego ruchu społecznego powinien być właściwie wykorzystany. Zamiast tego, obrzuca się uczciwego narodowca p. Mariana Kowalskiego chamskimi obelgami i insynuacjami - i to znów obciąża „Gazetę Polską”. A kto na tym zyskuje? Agenci wpływu, którzy aż przebierają nóżkami z radości w nadziei wywindowania się na lukratywne stanowiska w obozie władzy. Wykluczając narodowców z obozu niepodległościowego, wyklucza się możliwość powstania suwerennej i niepodległej Polski.

Nie chcę dołączać do grona żałosnych lemingów, którzy najpierw wybrali sami dobrowolnie tę władzę, a teraz są z niej niezadowoleni, bo nie spełniła ich żałosnych i nieuzasadnionych oczekiwań. Wciąż mam nadzieję, wbrew wszelkiej nadziei, że 10 kwietnia, po trzech latach od zamachu smoleńskiego, nastąpi coś więcej niż przebudzenie, że ten naród potrafi grozić, przerażać i osądzać, że zmiecie ten niby-rząd z powierzchni polskiej ziemi. Nie myślmy teraz o następnych wyborach.

Do tego czasu Polska zniknie z mapy Europy. Będzie jedynie regionem w granicach wytyczonych przez rząd światowy. A teraz - jeszcze istnieje. Wprawdzie w żałosnym stanie, ale jeszcze można ją uratować. Archipelag Polskości zgodnie z ideą prof. Zybertowicza już powstał. Cóż stąd, że na razie są to pojedyncze wysepki na mapie Polski, ale jest ich coraz więcej i już tworzy się między nimi wyraźna komunikacja. Niech nas to nie przeraża, że większość polskojęzycznych tubylców jeszcze śpi. Nic to. Powiedzmy im "dobranoc". To nie większość decyduje o losach kraju. To mniejszość jest motorem dziejów. Nie rozdzierajmy szat nad polską demokracją, bo jeszcze jej u nas nie było i chyba nikt na świecie jej nie widział. To tylko utopia, nic więcej.

Wybitny polski reżyser Grzegorz Braun jest monarchistą. Oczywiście, w Polsce nie możemy liczyć na odnalezienie potomków królewskich dynastii. Elity arystokratyczne zostały wymordowane przez zaborców, wyginęły w powstaniach i kolejnych zsyłkach na Sybir. Ale można przecież mieć nadzieję,że zjawi się przywódca, naczelnik na miarę Józefa Piłsudskiego, a jego potomkowie będą dziedziczyć po nim władzę i tak powstaną nowe dynastie. Czy można nazwać to oszołomstwem? Nie sądzę. A cóż innego dzieje się u nas, począwszy od 1945 roku do chwili obecnej? Rządzą nami "Czerwone Dynastie" (Jerzy Robert Nowak). Tyle tylko, że obłudnie nazywamy to demokracją.

Niektórzy nasi patrioci wielką wagę przywiązują do tego, że Episkopat Polski zdradził swój naród. Czy naprawdę jest to aż tak ważne? Przecież większość polskich katolików w ogóle nie ma pojęcia, kim jest obecny prymas Polski Józef Kowalczyk, kim abp Michalik, sekretarz episkopatu Polski, czy też abp Pieronek lub metropolita warszawski abp Nycz albo metropolita krakowski abp Dziwisz. Ale gdy Polska nagle wybuchnie, wierni i tak będą się skupiać wokół tych księży, dla których Bóg, Honor i Ojczyzna są najwyższą wartością. Tak było w całej naszej historii. Być może tak będzie i teraz. Myślę, że po pozbyciu się tej niby-władzy, ci ww. hierarchowie zostaną porzuceni nie tylko przez katolików, ale także i przez tę władzę, która jeszcze istnieje prawem kaduka, ale już teraz ich lekceważy. Do czego mogą się jej przydać dostojnicy kościelni, którzy nie mają poparcia własnego narodu?

Taka jest nadzieja, takie oczekiwania Polskiego Ruchu Niepodległościowego na dziś. A czy Bóg pozwoli, by nasze nadzieje poparte czynem spełniły się już niedługo - tego, niestety, nie wiemy. Tak czy inaczej, musimy podążać drogą Prawdy i bronić jej, jak umiemy, bo tylko idąc taką drogą, ocalimy swą godność i swoje człowieczeństwo.

 

***
Naszej Autorce,
 Krystynie Szczyrek,
składamy wyrazy współczucia
z powodu tragicznej straty Syna
redakcja

***


I CHRZEST, I CHRYSTUS? Polemika z artykułem „CHRZEST CZY CHRYSTUS”

W odniesieniu do słów Pana Pawła Chojeckiego, zamieszczonych w numerze 4-5 (117-118) [kwiecień-maj 2014] „Idź pod prąd”, s. 8 [cyt.: Drugie kłamstwo: „jedność na fundamencie chrztu świętego”. Chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego, ale zaufania osobie Jezusa. Biskup wykorzystuje tu sprytnie pewną zbieżność w języku polskim – chrześcijanin i chrzest. W języku Biblii te dwa terminy nie mają ze sobą nic wspólnego. Chrześcijanin to należący do Chrystusa (christianos), a chrzest (zanurzenie) to baptismos. Wielu Polaków mylnie żyje w przekonaniu, że chrześcijanin pochodzi od słowa chrzest.], pragnę zwrócić pokrótce uwagę na kilka kwestii, poddając tym samym namysłowi słuszność zastosowania w tytule artykułu („Chrzest czy Chrystus”) spójnika dysjunktywnego.


W odniesieniu do słów Pana Pawła Chojeckiego, zamieszczonych w numerze 4-5 (117-118) [kwiecień-maj 2014] „Idź pod prąd”, s. 8 [cyt.: Drugie kłamstwo: „jedność na fundamencie chrztu świętego”. Chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego, ale zaufania osobie Jezusa. Biskup wykorzystuje tu sprytnie pewną zbieżność w języku polskim – chrześcijanin i chrzest. W języku Biblii te dwa terminy nie mają ze sobą nic wspólnego. Chrześcijanin to należący do Chrystusa (christianos), a chrzest (zanurzenie) to baptismos. Wielu Polaków mylnie żyje w przekonaniu, że chrześcijanin pochodzi od słowa chrzest.], pragnę zwrócić pokrótce uwagę na kilka kwestii, poddając tym samym namysłowi słuszność zastosowania w tytule artykułu („Chrzest czy Chrystus”) spójnika dysjunktywnego.


Po pierwsze, charakterystyczna dla języka polskiego i wykazana w przytoczonym cytacie zbieżność lingwistyczna słów „chrześcijanin” i „chrzest” nie jest przypadkowa. Jest bowiem efektem uzusu właściwego językowi staropolskiemu, gdzie christiti – od którego pochodzi słowo „chrzest” – oznacza ‘znaczyć imieniem Chrystusa’, ‘czynić chrześcijaninem’. Termin „chrzest” jest oczywiście derywatem od tytułu założyciela religii chrześcijańskiej: Chrystusa [gr. christós – ‘pomazaniec’, ‘namaszczony’, ‘mesjasz’] (nie odwrotnie) – bezpośrednio łączy się i wskazuje na tę najważniejszą dla chrześcijan postać. Chrzest jest więc aktem naznaczającym osobę jako wyznawcę Chrystusa; jest czymś, co czyni osobę chrześcijaninem – niesie więc sens mocno zbliżony do greckiego terminu baptízein [βαπτίζειν], który etymologicznie istotnie konotuje czynność ‘zanurzenia’ (resp. ‘obmycia’), ale ów akt dokonywany jest zgodnie z przekazem biblijnym (tu: nowotestamentowym) w konkretnym kontekście: związywania osoby ze wspólnotą ludzi podążających za Chrystusem. To, co polscy tłumacze biblijni oddają jako „chrzest”, to literalnie ‘zanurzenie’ – baptismós [βαπτισμός] (forma rzeczownikowa od baptízein) i jest ono oznaką wstąpienia do grupy adherentów Chrystusa. Znamionuje więc baptismós ‘czynienie chrześcijaninem’ (‘należącym do Chrystusa’) – tak, jak polskie słowo „chrzest” –  jakkolwiek pierwotnie, np. już u Platona, nie niósł ów grecki termin konotacji religijnych. Etymologicznie baptismós rzeczywiście nie oznacza chrztu jako aktu czyniącego osobę wyznawcą Chrystusa, ale kontekstualnie – tj. tutaj nowotestamentowo – już tak. W księgach Nowego Testamentu słowa baptízein oraz baptismós zamknięte zostały po prostu w kategoriach sacrum – podobnie jak to się stało z polskim słowem „chrzest”.


Po drugie, co związane pozostaje z powyższym, baptismós jest na stronach Nowego Testamentu symbolem przejścia do nowej egzystencji, do nowego etapu życia – życia duchowego, ponieważ od tej pory wespół z Jezusem Chrystusem. Poprzez chrzest wodny człowiek „rodzi się” ponownie i wchodzi w życie z Chrystusem, włącza się do Kościoła jako do wspólnoty zbawionych (zob. Dz 2:41–42; 5:14), staje się „nowonarodzony” – bo, skutkiem partycypacji w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, bez grzechu. Występowanie tu żywiołu wody, za której pomocą się chrzci, nie jest akcydentalne – oznacza bowiem owe nowe narodziny, odrodzenie i odsyła, jako symbol, do idei rytuałów przejścia (tzw. [fr.] rites de passage).1


Po trzecie, woda symbolizuje tu (i tak naprawdę w większości kultur i tradycji – w tym religijnych) nie tylko odrodzenie, ale i oczyszczenie. Chrześcijański (nowotestamentowy) baptismós jest wszak najpewniej transpozycją żydowskich rytualnych ablucji, tj. rytualnych obmyć wodą [łac. ablutio od abluere – ‘obmyć’, ‘oczyścić’, ‘spłukać’]. Te starotestamentowe obrzędy ablucyjne2 wyznaczają analogię do nowotestamentowego chrztu wodnego. Tradycję rytualnej kąpieli żydów (tzw. mykwa [hebr. מִקְוֶה] – rytualne ‘zanurzenie’; dosłownie mykwa znaczy ‘zbiór wód’; w późniejszym judaizmie termin ten zaczął oznaczać basen/zbiornik z wodą przeznaczoną do rytualnej kąpieli) praktykował Jan Chrzciciel (Jan Baptysta [sic!]), który obmył-ochrzcił (baptízein) Jezusa.3 Chrześcijański chrzest czyniony przez Jezusa i jego uczniów, opisany na kartach Nowego Testamentu, swój prototyp miał przypuszczalnie właśnie w chrzcie jordańskim (a więc wodnym) Jezusa, który wykonał na nim Jan Baptysta4 (o Janie Chrzcicielu, w tym jako chrzczącym Jezusa zob. Mt 3:1-17; Mk 1:1-11; Łk 3:1-22). A że chrzest Janowy był chrztem oczyszczającym ciało – żydowską ablucją kultową – to woda jest tu warunkiem sine qua non.5


Po czwarte, to, co różniło chrzest Janowy od mykwy par excellence, to jego jednorazowość (mykwy charakteryzują się temporalnością, powtarzalnością) – i jest to nota bene również wyznacznik chrztu chrześcijańskiego. Jednak już w świecie żydowskim jednorazowy chrzest wodny zaczął być oferowany prozelitom wstępującym we wspólnotę żydowską 6 – teraz poza systematycznymi mykwami praktykowane zaczyna być zatem specjalne, pojedyncze oczyszczenie-zanurzenie, z którego najpewniej zapożyczy chrześcijański koncept chrztu wodnego jako zewnętrznego przejawu duchowego aktu konwersji.


Po piąte, sakrament chrztu – jako jeden z dwóch sakramentów poświadczonych przez Nowy Testament (w czym zgadzają się protestanci) – czyniący osobę wyznawcą Chrystusa polega dziś w większości wspólnot chrześcijańskich na zanurzeniu w wodzie lub polaniu wodą właśnie i wypowiedzeniu formuły z imieniem Jezusa Chrystusa. Przyjmuje zatem formę obecną już w pierwotnym Kościele (zob. Dz 2:38: „A Piotr do nich: Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić [dosłownie ‘zanurzyć’] w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego”7). I to taki chrzest – czyli chrzest wodny – ustanowiony został jako sakrament przez zmartwychwstałego Chrystusa, w którego nakazie udzielać go należy wszystkim narodom na całym świecie (zob. np. Mk 16:16: „Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony [...]”; Mt 28:19: „Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – zapis grecki bezpośrednio wskazuje na kontekst wodny).


Stąd, po szóste, i zważywszy na powyższe – a zasadniczo na fakt, że już w pierwotnym Kościele chrześcijańskim wstępowało się w ową wspólnotę, tj. we wspólnotę zbawionych, poprzez zanurzenie (baptismós) – można nie zgodzić się z konstatacją Pana Pawła Chojeckiego, że Chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego i merytoryczną prawidłowością zastosowania przez autora w tytule artykułu spójnika wykluczającego („czy”). Terminy „chrzest” i „chrześcijanin” mają bowiem – powtórzę: nie etymologicznie, ale kontekstualnie (tu: nowotestamentowo) – wiele wspólnego: „chrzest” (polskie tłumaczenie biblijnego baptismós) to potwierdzenie związku z Chrystusem, który to związek w języku Biblii ustanawiany jest poprzez, nomen omen, „zanurzenie”.8

 

Przypisy:

1 Wybrzmiewa stąd i swoisty psychologizm: woda chrztu odrodzenia (ponownych narodzin do życia duchowego) nawiązywać może na poziomie nieświadomym do pierwotnych narodzin z pierwotnych wód życia (wód płodowych); zob. Jack Tresidder, Słownik symboli. Ilustrowany przewodnik po tradycyjnych wyobrażeniach obrazowych, znakach ikonicznych i emblematach, tłum. Bożenna Stokłosa, Wydawnictwo RM, Warszawa 2005, s. 28; hasło „chrzest”.
2 Na temat rytualnego oczyszczenia Izraelitów za pomocą wody zob. np. Num rozdz. 19 czy chociażby 2 Sm 12:20 oraz Ps 26: 6; 51:9.
3 Wielka waga do rytualnych ablucji przykładana była we wspólnocie esseńskiej. W kontekście rozważań o Janie Chrzcicielu jest to istotne o tyle, o ile w dyskusji akademickiej przyjmuje się coraz powszechniej, że był on właśnie Esseńczykiem.
4 Por. Judeochrześcijańskie zwyczaje i symbole – inicjacja chrześcijańska, [w:] Jean Daniélou, Henri Irenee Marrou, Historia Kościoła, tłum. Maria Tarnowska, t. I: Od początków do roku 600, Wydawnictwo PAX, Warszawa 1986, s. 70-71.
5 O Janie Chrzcicielu zob. Roland Schütz, Johannes der Täufer, Zwingli Verlag, Zürich 1967; Walter Wink, John the Baptist in the Gospel Tradition, Cambridge University Press, Cambridge 1968.
6 Pierwsze świadectwa na ten temat pochodzą ze źródeł z I w. n.e., choć sama czynność praktykowana była najpewniej znacznie wcześniej.
7 Cytaty nowotestamentowe za tłumaczeniem: Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 1996.
8 Opracowano na podstawie: Religia. Encyklopedia PWN, wersja 1.0, 2003, CD; hasło „chrzest” [op. Ignacy Bokwa]; Die Religion in Geschichte und Gegenwart. Handwörterbuch für Theologie und Religionswissenschaft, Bd. V (S-Z), Hermann Gunkel, Leopold Zscharnack, et al., Verlag von J.C.B. Mohr (Paul Siebeck), Tübingen 1931, kol. 1002-1026; hasło „Taufe” (‘chrzest’) [op. Martin Schian].

 

lipiec 2014

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut