ALTERNATYWA DLA NIEMIEC

Nowa partia w Niemczech. Wielkie Niemcy wpatrzone w małą Szwajcarię.

14.04.2013 r. na kongresie założycielskim w Berlinie przedstawiono program wyborczy nowej partii, której współzałożycielem i rzecznikiem prasowym jest prof. makroekonomii Bernd Lucke z Uniwersytetu w Hamburgu. Podstawowym punktem programowym Alternatywy dla Niemiec (AfD) jest postulat kontrolowanej likwidacji strefy euro poprzez powrót do walut narodowych, najpierw państw południowej Europy, które najbardziej ucierpiały wskutek wprowadzenia euro (wzrost zadłużenia i bezrobocia), a następnie wystąpienie z niej Niemiec (przywrócenie DM nie powinno być tematem tabu). Stąd żądanie zmiany traktatów europejskich, tak aby umożliwić każdemu państwu wyjście ze strefy euro i samodzielne demokratyczne zdecydowanie o swej walucie. Dopuszcza się również tworzenie mniejszych i bardziej stabilnych (niż euro) unii walutowych.

Jeden z założycieli, obecnie przewodniczący rady naukowej nowej partii, prof. ekonomii J. Starbatty, zgłaszał w 1998 r. oraz 2001 r. do Trybunału Konstytucyjnego zażalenia przeciw wprowadzeniu euro i EMS. Całkowicie zrozumiałe z punktu widzenia niemieckiego podatnika wydaje się żądanie, aby koszty tzw. polityki ratunkowej były pokrywane nie z płaconych przez niego podatków, lecz przez banki, fundusze czy prywatnych dużych inwestorów, czyli te podmioty finansowe, które teraz czerpią korzyści z tej polityki. W kryzysie zadłużeniowym banki (lub ich wierzyciele) muszą same pokrywać własne straty. Żądanie natychmiastowego zakazu skupu papierów dłużnych państw zadłużonych przez EBC jest tak logiczne, jak to, że inflacja nie może pożerać oszczędności obywateli. Państwom zadłużonym bez szansy na spłatę swych zobowiązań, jak Grecja, długi powinny zostać anulowane. Powrót do walut narodowych jest podstawowym lekarstwem na przywrócenie gospodarek państw Europy południowej do normalnego funkcjonowania. Postulat ten został przez lewicowych i europoprawnych komentatorów do tego stopnia wyolbrzymiony, że Alternatywa dla Niemiec nazywana jest niekiedy partią jednego postulatu. Nie jest to oczywiście prawdą.

W kwestii polityki międzynarodowej partia opowiada się za Europą suwerennych państw ze wspólnym rynkiem, niczym nieograniczonym budżetem parlamentów narodowych oraz ich całkowitą niezależnością ustawodawczą, zdecydowanie odrzuca scentralizowane państwo europejskie, postuluje reformę UE w celu likwidacji brukselskiej biurokracji, popiera transparentność rządów oraz ich większą wrażliwość na sprawy obywatelskie.

Osobnym ważnym punktem o fundamentalnym znaczeniu jest państwo prawa i demokracja. Działania rządu niemieckiego są ograniczone przez prawa człowieka, konstytucję oraz traktaty europejskie. Praktycznym wyrazem wzmocnienia demokratycznych praw obywatelskich ma być wprowadzenie referendów i inicjatyw na wzór szwajcarski. Szczególnie dotyczy to sytuacji zrzekania się ważnych praw na rzecz UE. Więcej demokracji bezpośredniej potrzeba też partiom w ich wewnętrznym funkcjonowaniu. W kwestii finansów publicznych partia zwraca uwagę na zbyt wysokie zadłużenie Niemiec i konieczność jego ograniczenia, a w kwestii podatków - ich uproszczenie, tak aby każdy obywatel rozumiał, dlaczego i w jakiej wysokości jest opodatkowany. Kryzys euro zagraża wszystkim formom zabezpieczeń emerytalnych. Dlatego wysokość rent ma być gwarantowana, a nie zależna od stanu kasy. Republika Federalna ma za mało dzieci. Z tego powodu ubezpieczenia emerytalne i zdrowotne stoją na glinianych nogach. Dlatego Afd opowiada się za ochroną rodziny jako inwestycją na przyszłość.

Nie jest to idealna partia wolnościowa, skoro B. Lucke opowiada się za likwidacją rajów podatkowych, ale jest to z pewnością ciekawa alternatywa dla obecnych rządów niewidzących odwrotu od wspólnej waluty.


Z SIECI

Zapraszanie do Lednicy wroga krzyża, człowieka rechoczącego nad trumnami ofiar Smoleńska, jest pospolitym draństwem. (B. Komorowskiego na zlot katolickiej młodzieży – przyp. red.) Aleksander Ścios , Twitter

Oto dramatyczny przykład mizerii "naszych" - nawet lider "obrońców Krzyża" okazał się prowokatorem z ramienia P-kta! Paweł Chojecki, Twitter

T. Mazowiecki twierdzi, że "nazywanie katastrofy zamachem" niszczy demokrację. Ale czy nazywanie zamachu katastrofą jest zupełnie nieszkodliwe? Paweł Chojecki, Twitter

***

„Sprawa jest prosta: Solorz zarabia, bo jak można zarobić, to na wszystkim zarabia, ale decyzja ma charakter polityczny. Dlaczego?

Idzie odwilż spowodowana wymianą politycznej ekipy wynajętej do ochrony interesów bezpieczniackich elit. By wymiana była sprawna i dała wyjść z kryzysu, muszą być ofiary - Tusk (błędy i wypaczenia) oraz symulacrum wolności, czyli odwilż, czyli Republika, że niby teraz będzie wolność. Idzie odnowa.

Musimy z tego skorzystać, wstawić nogę w uchylone drzwi, by już ich nie mogli zamknąć.

Według planu, gdy nowe kierownictwo - Schetyna - decydent wynajęty przez oligarchię i Gowin - twarz dla prawicy, która mózgu nie ma, bo w mózgu jest pamięć - oraz jak się da zwerbować Rokita - potrzebna "nowa" twarz, a bezmózgi przecież nie pamiętają, co było wczoraj i przyjemnie jest mieć poczucie, że teraz już będzie dobrze - już się umocni pod patronatem Komoruskiego, czyli Rosja przypieczętuje wypchnięcie Niemiec z Polski, wtedy dojdzie do selekcji i ci, co się przystosują w Republice pozostaną, a inni - nieprzystosowani, co nie zrozumieli - znikną.
Nasze zadanie - by to się nie udało.”

  Józef Darski, naszeblogi.pl
 
Moja muzyka trafia m.in. do ludzi, którzy nie mają jeszcze utrwalonych poglądów, ponieważ wpadli w machinę, która nazywa się "entertainment" i ciężko im się z niej wydostać. Kiedy człowiek wplątany jest w chomiczy kołowrotek pogoni za gadżetami, pieniędzmi, zbytkiem, czego świadkami jesteśmy, wówczas wyjaławia się go z uczuć. Z poczucia prawdziwych wartości. Zabiera mu się tożsamość poprzez instrumentalizację życia. Wmówiono tym biednym ludziom, że pochodzą od zwierząt, i oni teraz pędzą – jak te zwierzęta.    Raper Piotr Kowalczyk Medium, onet.pl

Na temat wydarzeń z przełomu lat 80-90 kłamią wszystkie podręczniki szkolne wydane w III RP. Kłamstwo to było utwierdzane przez ośrodki propagandy medialnej, rządy i instytucje państwowe. To zaś oznacza, że przez dwie dekady wyhodowano pokolenia historycznych analfabetów, którzy nie tylko nie mają pojęcia, czym był komunizm i PRL, ale nie znają genezy obecnej państwowości.

Obawiam się, że dla naprawienia tego stanu nie wystarczą krótkie informacje. Procesodkłamywania historii to zadanie na dziesięciolecia, bo łatwiej jest wpoić sto fałszywych informacji niż odbudować jedną prawdę. W taki proces musieliby zaangażować się nie tylko rzetelni historycy (których deficyt dziś odczuwamy), ale przede wszystkim uczciwe media, rodzice i nauczyciele. Ponieważ jednym i drugim brakuje sumiennej wiedzy, koło się zamyka.

Czytając dzisiejsze publikacje "naszych" mediów i wypowiedzi niektórych polityków opozycji, uświadamiam sobie, jak wielka jest skala zafałszowania i jak ogromna praca czeka przyszłe pokolenia. Aleksander Ścios, bezdekretu.blogspot.com, 4.06.2013

Ale w zasadzie chodzi mi o coś zupełnie innego. O głęboko wdrukowaną w ludziach potrzebę kultu jednostki, o przeświadczenie, że jacyś „starsi i mądrzejsi” muszą im zawsze przewodzić, a oni mogą tylko - symbolicznie rzecz biorąc - parzyć im herbatę. Chodzi mi o to wyuczone, wdrukowane poczucie bezradności i niemocy, o którym pisałam.

***
 

Michalkiewicz, podobnie jak Janusz Korwin Mikke, jest antykomunistyczny w gębie, ale tak jakoś dziwnie się składa, że skutki aktywności publicystycznej i politycznej jednego i drugiego wzmacniają imperialną ofensywę Putina. Ich aktywność publiczna powiększa dezinformację, która w warunkach monopolu medialnego jest głównym środkiem podboju kraju i uderza w polskich polityków przeszkadzających najbardziej powiększaniu wpływów Kremla.

O ile podłączenie JKM pod rosyjską agenturę wpływu staje się oczywiste dla coraz większej liczby osób, o tyle Michalkiewicza obchodzi się z dużą wyrozumiałością. A przecież to, o czym Pan pisze, co jest tylko małą cząstką podobnych "nieścisłości" pozostałych jego tekstów nie pozostawia wątpliwości, że świadomie posługuje się kłamstwem i świadomie dezinformuje, mówiąc wprost, łże jak pies!

W dodatku porusza się na granicy antysemityzmu, dostarczając razwiedce materiał, dający przerobić się w obraz "ciemnego Polaka prawicowca" na użytek zachodniej opinii publicznej, by ta przypadkiem swoich sympatii nie przeniosła z "postępowców" na "faszystów". Spełnia zatem rolę jakościowo podobną do tzw. "pogromu kieleckiego", oczywiście w innej skali. Janko Walski, naszeblogi.pl

„…gwarantem jej interesów (Moskwy – przyp. red.) jest ośrodek prezydencki. Dlatego jakiekolwiek roszady na scenie politycznej, bez rozbicia tego ośrodka, będą zaledwie kosmetyką i nie zagrożą interesom Kremla. Obecny proces wymiany Tuska na mniej zużyty model jest również nadzorowany i inspirowany przez Belweder.” Aleksander Ścios, bezdekretu.blogspot.com


Świątynie nowoczesności

Nie ma znaczenia, skąd pochodzisz, czym się zajmujesz, co lubisz, w co wierzysz czy ile masz lat - w świątyni nowoczesności każdy znajdzie coś dla siebie. Świątynia przygarnie i zaopiekuje się każdym. Zaspokoi wszystkie Twoje potrzeby. A jeśli wydaje Ci się, że już zaspokoiła, to masz rację – tylko Ci się wydaje; przedmioty nieodczuwanych jeszcze przez Ciebie potrzeb są już na etapie produkcji.

Galeria handlowa, niegdyś zwana skromnie centrum, słusznie zmieniła swoją nazwę. Przestała bowiem być wyłącznie siedzibą handlową, a stała się swoistym ośrodkiem kultu konsumpcji. Wprawdzie na próżno tu szukać Damy z Gronostajem lub Venus z Milo, lecz bez problemu w licznych witrynach sklepowych odnajdziemy bezcenne arcydzieła użytkowej sztuki masowej.

Świątynie nowoczesności są otwarte dla swoich wiernych całymi dniami. W godzinach porannych i wczesnopołudniowych można tu spotkać rzesze młodych ludzi, zawiedzionych niskim poziomem gimnazjalnej edukacji, poszukujących swojej tożsamości, nazywanych przez złośliwych wagarowiczami. Mijają się oni z poważnymi biznesmenami, którzy korzystając z przerwy na lunch, popijając drugą kawę, spoglądają z pogardą, znad najnowszego numeru Forbesa, na młodzieńczy tłum i pozostałych uczestników kultu. Godziny popołudniowe i wieczorne to czas dla wszystkich. Przez automatycznie otwierane obrotowe wrota świątyni przelewają się całe rodziny, rody, klany. Kilkuletnie dzieci pośrodku szerokich alejek siedzą w kolorowych pociągach i samolotach lub spędzają niezapomniane chwile z obcą, wysoko wykwalifikowaną opiekunką w małych dziecięcych zoo, spoglądając przez grube szyby na przechodzącą gawiedź niczym małe, ciekawe świata zwierzątka. Pozwala to ich rodzicom w spokoju brać udział w rytuale i dokonywać trafnych wyborów dzieł sztuki masowej. Obok szczęśliwych rodzin przechadzają się wzdłuż alejek zakochani; para; ona i on; dziewczyna i chłopak. Czy może raczej – bardziej nowocześnie – partnerzy życiowi, czy też inni wspólnicy. Ona - całą sobą chłonie każdą cząstkę estetycznych wartości bijących jaskrawo-cekinowym blaskiem z kolorowych witryn. On, nieco bardziej powściągliwy w okazywaniu swoich emocji, oparty o balustradę spogląda zmęczonym wzrokiem w dół na niższe piętra świątyni, szukając zrozumienia w oczach innego młodego mężczyzny, podobnie jak on opartego o barierkę, z wyrazem twarzy tęskniącej za spokojem. Dwa piętra wyżej młoda para wspólników skończyła właśnie romantyczną kolację w McDonaldzie. On wykazał się niespotykanym wręcz heroizmem, przeciskając się przez długą kolejkę, by ostatecznie zamówić dwa BicMaki w powiększonym zestawie z dużymi frytkami i dietetyczną Colą. Ona dowiodła swojej anielskiej cierpliwości, oczekując przez pół godziny, aż jej luby przebrnie z mozołem przez długą kolejkę szybkoobsługowego baru.

W świątyni nowoczesności każdy znajdzie to, czego potrzebuje lub czego jeszcze nie wie, że potrzebuje; zaspokoi pragnienia duszy i ciała. Po wyjściu od fryzjera można, u pobliskiego agenta ubezpieczeniowego, bez trudu ubezpieczyć się przeciw porywistym wiatrom. Wychodząc z kina, obejrzawszy najnowsze, wybitne dziecko rodzimej kinematografii pt. „Miłość na lodowisku”, będącej kontynuacją kultowej już „Miłości na ławce w parku”, można udać się do fotografa, aby na zawsze utrwalić ten niewzruszony filmowy zachwyt bijący z naszych twarzy.

Jeśli komuś się wydaje, że z powodu braku pieniędzy nie może uczestniczyć w kulcie – jest w błędzie. Świątynia szczyci się również działalnością charytatywną. W bocznej nawie znaleźć można kącik kulturalny, w którym posłuchasz najnowszej platynowej płyty Mandaryny, a jeśli jesteś bibliofilem, to dwa rzędy za Dialogami Platona i jeden przed Pismem Świętym znajdziesz najnowsze bestsellerowe arcydzieła Katarzyny Grocholi i Dana Browna. Jeżeli natomiast jesteś wspomnianym młodym krytykiem gimnazjalnego systemu edukacji, możesz bez trudu poszukać swojej tożsamości, kradnąc samochody i napadając na przechodniów w najnowszej odsłonie gry GTA na Xboxa 360.

Jeśli jesteś znudzony swoją szarą rzeczywistością, musisz koniecznie odwiedzić to miejsce. Czas się tutaj zatrzymuje. Brak okien, naturalnego światła oraz zegarków sprawia, że czas przestaje się dla Ciebie liczyć. Stajesz się częścią enklawy. Galeria handlowa to swoiste miasto w mieście, tylko nieco lepiej zorganizowane. Sklepy, salony usługowe i centra rozrywki znajdują się o kilka kroków od siebie. Ruchome schody zawiozą Ciebie i Twoje zmęczone nogi na wybrany poziom. Zgubiłeś się? Nie ma problemu. Nie musisz już pytać ludzi o drogę, narażając się na niepotrzebną i męczącą rozmowę z nimi, która zawsze może grozić nawiązaniem nowych znajomości. Odpowiednie mapki GPS, ustawione w całej galerii, powiedzą Ci dokładnie, gdzie jest Twoje miejsce.

Galeria handlowa, jak na świątynie przystało, z okazji każdego święta wprawia w ruch swoje wielkie dzwony, których dźwięk rozchodzi się na dziesiątki kilometrów, informując wiernych o najnowszych mega- i hiperpromocjach, rabatach, okazjach i trwających miesiącami wyprzedażach związanych z likwidacją konkretnego sklepu. Wystarczy przyjść. Kapłani i kapłanki służą dobrym słowem. A w razie potrzeby rozgrzeszą Cię z niepewności co do słuszności dokonanego zakupu. Jeszcze tylko mały, symboliczny datek na tacę i możesz iść dalej, oddawać się mistycznej ekstazie.

P.Wiatr

 

 

 

 


Dziennikarze śledczy cz.1 – Cezary Gmyza

DZiENNIKARZE ŚLEDCZY

Cz. 1 Cezary Gmyz

Stosunkowo niedawno zaczęłam się interesować niezwykłymi ludźmi, do jakich zaliczają się dziennikarze śledczy, i doceniać rolę , jaką odgrywają w życiu społecznym i politycznym Polski. Teraz już mam świadomość, że wiedzą oni więcej niż większość historyków, politologów, a nawet wybitnych publicystów po naszej stronie sceny politycznej i że ich żmudna i niebezpieczna praca nie ogranicza się bynajmniej do rozpracowywania wyłącznie afer korupcyjnych i problemów gospodarczych, jak do niedawna sądziłam.

Nie sposób w ramach felietonu wymienić wszystkich dziennikarzy śledczych zasługujących na szczególną uwagę. Postanowiłam więc skupić się jedynie na trzech, a mianowicie na Witoldzie Gadowskim, Cezarym Gmyzie iAnicie Gargas.

Jak do tego doszło, że wybitny dziennikarz „ Rzeczpospolitej’, znany jednak głównie w kręgu najbliższych współpracowników i kolegów redakcyjnych, z dnia na dzień stal się postacią pierwszoplanową i znalazł się na czołówkach wszystkich gazet? Stało się to 5 listopada 2012 r., w dniu, w którym po przesłuchaniu w redakcji „Rzeczpospolitej” wręczono mu wypowiedzenie z pracy ze skutkiem natychmiastowym. 6 listopada zorganizowano pikietę protestacyjną pod siedzibą redakcji, w której wzięło udział wielu dziennikarzy ( m.in. Jan Pospieszalski, Anita Gargas, Andrzej Horubała, Jerzy Jachowicz, Piotr Zaremba, Przemysław Babiarz) i czytelników. Ale wszystko zaczęło się o wiele wcześniej, w połowie października 2012 r., gdy nastąpiła wizyta prokuratorów i biegłych w Smoleńsku. Po ich powrocie zapanowało dziwne poruszenie w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej i w Prokuraturze Generalnej. Miały miejsce liczne konsultacje między Jerzym Artymiakiem i Andrzejem Seremetem. Wiadomości te przekazał C. Gmyzowi jeden z jego informatorów. Mniej więcej po tygodniu następny informator doniósł, że na fotelach i centropłacie Tupolewa odkryto ślady trotylu, nitrogliceryny i C-4 oraz że odnaleziono kolejne szczątki samolotu. Po dokładnym sprawdzeniu wszystkich źródeł C. Gmyz napisał o tym artykuł. Decyzję o druku podjął naczelny „Rzeczpospolitej” Tomasz Wróblewski. Później okazało się , że poinformował on Hajdarowicza o tym tekście, a ten z kolei zapoznał z nim rzecznika rządu Pawła Grasia. Tekst trafił do drukarni 29 października w nocy, a na stronie internetowej „ Rzeczpospolitej” ukazało się niesławne oświadczenie „ Pomyliliśmy się”. Co było dalej – o tym powszechnie wiadomo.

Pojawiły się sugestie, że informatorzy Gmyza to ludzie należący do PIS-u lub powiązani z tą partią. C.Gmyz oczywiście nie ujawnia swoich źródeł informacji, ale stwierdza, że Jarosław Kaczyński już 2 tygodnie przed publikacją jego artykułu nadmieniał, że spodziewa się jakiejś zmiany w sprawie Smoleńska, zaś Antoni Macierewicz, który przez ponad 2 lata nie używał słów „zamach” i „ zbrodnia”, w połowie października wprowadził je już do swojego słownika. Jest faktem niezbitym, że niektórzy członkowie PiS-u wiedzieli wcześniej o nieoczekiwanym zwrocie w śledztwie smoleńskim. Nie chcieli jednak ujawniać tej wiedzy przed 6 listopada, mając nadzieję, że Obama nie przejdzie w wyborach prezydenckich. Można sobie wyobrazić, że nie było im na rękę, gdy C. Gmyz przyszedł do redakcji Rzepy, witając kolegów słowami: „ Mam newsa, który może zmienić bieg historii”.

Niestety, frekwencja na obchodach 3. rocznicy zamachu nad Smoleńskiem, jak również raczej modlitewny, niż patriotyczny i ofensywny charakter uroczystości sprawił, że bieg historii jeszcze się nie zmienił.

Jednym z ciekawszych wątków pracy C. Gmyza było jego zaangażowanie w lustrację znanych hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego. Szczególnie cenne informacje zdobył na temat bpa Życińskiego i bpa Wielgusa, opierając się na materiałach IPN, przy współpracy z Piotrem Gontarczykiem i Sławomirem Cenckiewiczem. Wprawdzie teczki hierarchów będących tajnymi współpracownikami SB zostały w większości zlikwidowane, ale nawet na podstawie nielicznych pozostałych dokumentów C. Gmyz potrafił rozwinąć swoje prywatne śledztwo. Zachowała się m.in. teczka zmarłego abpa Bronisława Dąbrowskiego, który wysyłał donosy do SB podczas trwania soboru watykańskiego II, oraz bpa włocławskiego Wiesława Meringa. Wśród duchownych niższej rangi znaleźli się ks. Michał Czajkowski i ks. Mieczysław Maliński.

Mając za sobą duże doświadczenie w badaniu sprawy pozyskiwania do współpracy z SB duchownych katolickich, C. Gmyz zajął się sprawą lustracji Kościoła Ewangelicko- Augsburskiego. W Kościele ewangelickim o najważniejszych sprawach decyduje Synod, będący jednoizbowym parlamentem, któremu podlegają synody diecezjalne, stanowiące odpowiednik katolickich diecezji. C. Gmyz jest obecnie członkiem synodu diecezji warszawskiej oraz Synodu Kościoła. Dla celów lustracji powołano Komisję Historyczną, której zadaniem był wgląd do dokumentów IPN dotyczących związków wyznaniowych. Natomiast drugi organ, Kolegium Komisji Historycznej, złożony z najwyższych dostojników Kościoła, głównie biskupów, miał za zadanie ocenę pracy Komisji.

C. Gmyz opracował własny, szeroko zakrojony projekt badawczy pod nazwą „Kościoły Polskiej Rady Ekumenicznej wobec bezpieki”. Był to rok 2008. Pierwszą teczką, z którą się zapoznał, była założona w roku 1998 teczka personalna Janusza Jaguckiego, zwierzchnika Kościoła Ewangelicko- Augsburskiego. Gmyz wyznaje, że było dla niego wielkim szokiem, iż J. Jagucki współpracował z SB i to nadzwyczaj gorliwie. Donoszenie było pasją jego życia. A był to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Wstępne rozeznanie wykazało, że we współpracę z SB mogło być uwikłanych około 30 % duchownych ewangelickich. Większość dzisiejszych biskupów Kościoła ewangelickiego była w czasach PRL zarejestrowana jako TW Służby Bezpieczeństwa. Zwierzchnicy luteranów byli gorliwymi konfidentami. Oczywiście i tu zdarzały się chlubne wyjątki, o których wspomina Cezary Gmyz.

W podsumowaniu stwierdza: „ Poradziliśmy sobie z tym (z lustracją) ciut lepiej niż Kościół rzymskokatolicki, dużo lepiej niż Kościół prawosławny/…/ ale to nie znaczy, że poradziliśmy sobie dobrze”.

Cezary Gmyz ciężko przeżywa fakt, że z SB współpracowali ludzie znani mu osobiście, którzy dawali ślub jego rodzicom, chrzcili go, z którymi bywał na obozach ewangelickich. „Nie ma nas wielu, więc każdy badany przeze mnie przypadek dotyczył albo kogoś, kogo znałem sam, albo kogoś, kogo znał inny członek mojej rodziny lub któryś ze znajomych”.

Do najważniejszych osiągnięć Cezarego Gmyza należy rozpracowywanie agenta wszechczasów, Tomasza Turowskiego. W chwili obecnej pracuje nad książką, której tytuł będzie brzmiał „Zaraza za spiżową braną”. Tytuł ten kojarzył mi się z przypuszczalną krytyką Jana Pawła II, jako że wyznaczony czasokres dotyczy właśnie pontyfikatu tego papieża i zamyka się w roku 1990, kiedy to nastąpiła likwidacja Służby Bezpieczeństwa. Pomyliłam się jednak, ponieważ określenie „zaraza” odnosi się wyłącznie do działania agentury w Watykanie. Pisał o tym również Leszek Szymowski w książce „Agenci SB kontra Jan Paweł II”. W latach 80. liczba agentów działających w Watykanie przekraczała setkę. Jan Paweł II wiedział, że jest obiektem zainteresowania nie tylko szpiegów z Polski i Rosji, lecz także pracujących dla NATO i CIA i był bardzo ostrożny.

Istnieją informacje, że Turowski mógł być poprzez rodzinę bardzo zaprzyjaźniony z rodziną Karola Wojtyły. Turowscy to rodzina o tradycjach lekarskich, a przyszły papież utrzymywał stosunki z takimi kręgami inteligencji krakowskiej. Tomasz Turowski był studentem filologii rosyjskiej. W marcu 68 podczas zamieszek studenckich został zatrzymany i był przesłuchiwany przez SB. Być może wtedy pozyskano go jako źródło informacji.

Od momentu, gdy zaczęły się ukazywać pierwsze publikacje Gmyza odnośnie Turowskiego, ten ostatni stał się tematem tabu i nikt nie chciał ujawniać żadnych informacji z nim związanych. Turowski należał do najbliższego otoczenia papieża i nie mógł być człowiekiem znikąd. Był na ty z większością polskich hierarchów i księży w Watykanie. Jan Paweł II ufał ludziom i krąg tych, z którymi się spotykał, był szeroki, ale jednak ograniczony do ludzi związanych z dominikańskim duszpasterstwem akademickim w Krakowie, tzw. „Beczką” bądź duszpasterstwem inteligencji. Gmyz podkreśla, że Tomasz Turowski miał świetne dojścia do ówczesnego sekretarza Jana Pawła II, dzisiejszego metropolity krakowskiego Stanisława Dziwisza. W wyniku prywatnego śledztwa Turowski jawi się jako agent doskonały - bezcenny dla bezpieki, ceniony przez wielu wybitnych przedstawicieli opozycji, były jezuita, przyjaciel Janusza Krupskiego, wiceprezesa IPN, który wraz z Januszem Kurtyką zginął w zamachu nad Smoleńskiem. Przyjaźni się ze wszystkimi, donosi na wszystkich i wciąż nie można mu niczego udowodnić. Wiadomo, że był bardzo zaangażowany w sprawę apelu o pojednanie biskupów polskich i rosyjskich. Będąc już emerytem, wraca niespodziewanie do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i po 3 dniach zatrudnienia zostaje mianowany szefem Wydziału Politycznego Ambasady w Moskwie, otrzymując zadanie przygotowania wizyt premiera Donalda Tuska i prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Staje się osobą ważniejszą od ówczesnego ambasadora RP w Rosji, Jerzego Bahra. W Smoleńsku Donalda Tuska wita Putin, a Jarosława Kaczyńskiego Turowski. To on prowadzi go do zwłok Lecha Kaczyńskiego.

Do dziś nie są odkryte kulisy kariery arcyszpiega T. Turowskiego. Wierzę, że Cezary Gmyz tego dokona. Czytając wywiad, jakiego udzielił Piotrowi Goćkowi, miałam możność poznania jego osobowości. To człowiek prawy, uczciwy, rzetelny, dla którego dążenie do odkrywania prawdy jest priorytetem. Jako dziennikarz śledczy jest dociekliwy, cierpliwy i ostrożny, a ponadto obdarzony wielką intuicją.

Jeszcze jedną pozytywną cechą Cezarego Gmyza jest jego obiektywizm w stosunku do ludzi innego wyznania. Będąc w Watykanie w charakterze zawodowym, miał wiele okazji do krytykowania Jana Pawła II. Być może miał zastrzeżenia do sposobu uprawiania polityki tego papieża, ale nie podjął tego wątku. Uważał go za człowieka ufnego, kochającego ludzi. A gdy Piotr Gociek zapytał go, czyją biografię chciałby napisać, odpowiedział: „Jana Pawła II. Ale biografię, a nie hagiografię”.

Wszystkie informacje opisane przeze mnie w tej części felietonu są zaczerpnięte z wydanej w tym roku książki pt. ”Zawód – dziennikarz śledczy” (aut .Cezary Gmyz - Piotr Gociek, wyd. Fronda)

Krystyna Szczyrek

Cd. w następnym nr IPP


Skąd idzie zagłada Polski? Artykuł pastora Chojeckiego w nowym numerze “Idź Pod Prąd”

Na tak postawione pytanie każdy chrześcijanin z łatwością odpowie – z piekła! Racja, diabeł jest naszym wrogiem, jest „zwodzicielem narodów” (Obj. 20:3), a jego...

ŻYDOWSKI PROJEKT DLA POLSKI

Zasadniczo spodziewam się dwu reakcji na powyższy tytuł – jedni skojarzą go z tzw. „Judeopolonią” i zatrą ręce z zadowolenia, że przywalę „Żydkom”, inni z oburzeniem pomyślą o mnie jako o prymitywnym antysemicie i będą życzyć mi rychłego spotkania z prokuratorem. Rozczaruję jednych i drugich. To, co chcę napisać, nie wypływa ani z anty-, ani z filosemityzmu. Wypływa z głębokiej troski o mój naród, który dziś pogrążony jest w morzu przeogromnej głupoty. By rozświetlić nieco ten mrok, odwołam się do historii Żydów – narodu, którego dzieje naznaczone są zarówno napadami zbiorowego amoku, jak i okresami mądrości, sprawiedliwości, dobrobytu i chwały. Poznajmy więc żydowski projekt, jak podnieść się z upadku i niewoli.

Dziś nawet wrogowie Żydów nie mogą im odmówić sprytu, konsekwencji w dążeniu do narodowych celów, wysokiego stopnia organizacji i dumy narodowej. Nie zawsze jednak tak było. Oto kilka opisów stanu tego narodu, które zabrzmią nam niestety bardzo swojsko:

Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie. Izaj. 1:3

W co jeszcze można was bić, gdy nadal trwacie w odstępstwie? Cała głowa chora i całe serce słabe. Od stóp do głów nic na nim zdrowego: tylko guzy i sińce, i świeże rany; nie opatrzone ani nie przewiązane, ani nie zmiękczone oliwą. Wasz kraj pustynią, wasze miasta ogniem spalone, plony waszej ziemi obcy na waszych oczach pożerają; spustoszenie jak po zniszczeniu Sodomy. Izaj. 1:5-7

Gdy przychodzicie, aby zjawić się przed moim obliczem, któż tego żądał od was, abyście wydeptywali moje dziedzińce? Nie składajcie już ofiary daremnej, kadzenie, nowie i sabaty mi obrzydły, zwoływanie uroczystych zebrań - nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Waszych nowiów i świąt nienawidzi moja dusza, stały mi się ciężarem, zmęczyłem się znosząc je. A gdy wyciągacie swoje ręce, zakrywam moje oczy przed wami, choćbyście pomnożyli wasze modlitwy, nie wysłucham was, bo na waszych rękach pełno krwi. Izaj. 1:12-15

Jakąż nierządnicą stało się to miasto wierne, niegdyś pełne praworządności, sprawiedliwość w nim mieszkała, a teraz mordercy! Twoje srebro obróciło się w żużel, twoje wino zmieszane z wodą. Twoi przewodnicy są buntownikami i wspólnikami złodziei, wszyscy lubią łapówki i gonią za darami, nie wymierzają sprawiedliwości sierocie, a sprawa wdów nie dochodzi przed nich. Izaj. 1:21-23

Biada przekornym synom, mówi Pan, którzy wykonują plan, lecz nie mój, i zawierają przymierze, lecz nie w moim duchu, aby dodawać grzech do grzechu. Wyruszają hen do Egiptu, nie radząc się moich ust, aby oddać się pod opiekę faraona i szukać schronienia w cieniu Egiptu. Lecz opieka faraona narazi was na wstyd, a szukanie schronienia w cieniu Egiptu na hańbę. Izaj. 30:1-3


Nie zamierzam jednak rozpisywać się o polskiej głupocie, krótkowzroczności, pustej religijności, demoralizacji czy szukaniu ratunku u obcych. To każdy widzi. Zwróćmy się ku poszukiwaniu dróg wyjścia.

Żydzi opisani przez Izajasza nie zmądrzeli. Ich państwo uległo zagładzie, a oni poszli w niewolę. Jednak mamy okazję przyjrzeć się temu narodowi klika pokoleń później, w nowej rzeczywistości. Jak wykorzystali czas „smuty”? Czego nauczyli się i co poprawili?

Nie mogę zacytować tu całej Księgi Estery, ale gorąco zachęcam Państwa do przeczytania tych kilku stron w Biblii przed dalszą lekturą artykułu (w Biblii Tysiąclecia księga ta obarczona jest dodatkami greckimi uznanymi za natchnione przez sobór trydencki w 1546 r. Będę posługiwał się wersją oryginalną).

Żydzi nauczyli się żyć w niewoli. Dorobili się nowych majątków, zajmowali stanowiska, wychowywali dzieci i wnuki. Można powiedzieć, że żyło im się dostatnio i spokojnie. Okazało się jednak, że tylko we własnym państwie naród może być prawdziwie bezpieczny. Polacy boleśnie przekonali się o tej prawdzie podczas zaborów, ale niestety ta mądrość została znowu zagubiona i dziś powszechnym staje się przekonanie, że własne państwo jest nam niepotrzebne i równie dobrze, a może i lepiej, będzie nam się żyło pod obcymi rządami.

Spokojna egzystencja Żydów pod obcym panowaniem została brutalnie przerwana jednego dnia, gdy w wyniku intrygi jednego z wysokich urzędników król zgodził się na zagładę wszystkich Żydów w swoim państwie w jednym, ustalonym dniu w najbliższej przyszłości.

Żydzi jednak nie pozostali bierni. Już wcześniej przygotowali się na funkcjonowanie w roli mniejszości. Rozwinęli spryt oraz umiejętność zjednywania sobie przychylności decydentów, rozumieli, że trzeba umieć się maskować, że nie zawsze należy „od razu wykładać wszystkie karty na stół”, zbudowali własny system pozyskiwania z wyprzedzeniem strategicznych informacji (wywiad). Dzięki temu Żydówka została królową, a jej kuzyn ważną osobistością na dworze. Deficyt tych umiejętności jest szczególnie obecny w „mniejszości polskiej” naszego społeczeństwa.

Z Księgi Estery wypływają poważne wnioski na temat związku kondycji państwa z kondycją moralną narodu i jakością życia rodzinnego. Naród o niskim poziomie moralnym produkuje elity słabe, bezideowe i sprzedajne. Z kolei zdeprawowane elity jeszcze bardziej deprawują naród, tworząc ujemne sprzężenie zwrotne. Poziom moralny narodu rozstrzyga się w jego rodzinach – atak na instytucję małżeństwa, na pozycję mężczyzny jako głowy rodziny, promowanie niewierności małżeńskiej oraz braku dyscypliny w wychowaniu dzieci – to najlepsza broń do zniszczenia narodu. Z tego wszystkiego starożytni zdawali sobie doskonale sprawę. Co więc powiedzieć o współczesnych „wykształciuchach”?

Żydzi przekonali się dobitnie, że świat w obecnym kształcie nie jest sielankowy, że wiara w „pokojowe współistnienie”, rozbrojenie oraz powszechną miłość i braterstwo między narodami to idylliczne mrzonki. Narody mogą się wspierać, gdy mają wspólne interesy, a najlepszym gwarantem pokoju jest gotowość do wojny. Będąc mniejszością w obcym państwie, Żydzi kultywowali umiejętności militarne i posiadali osobistą broń. W stanie śmiertelnego zagrożenia to nie wojsko czy policja króla miały być dla nich gwarancją przetrwania, a broń osobista. Przez stulecia, nawet pod zaborami, Polacy pamiętali o tej ważnej prawidłowości. Nasze dzieci od małego zaznajamiane były z bronią i sztuką walki wręcz. Dzięki temu nawet bez państwa byliśmy gotowi organizować powstańcze armie i odnosić sukcesy militarne. Nie tak dawno to zamojscy chłopi pokonali „niezwyciężonych Niemców”, gdy ci postanowili poddać ich eksterminacji i przesiedleniu. Dziś jednak panuje w naszym narodzie chory pacyfizm, zniewieścienie i irracjonalny lęk przed bronią palną. To wspaniały prezent dla naszych wrogów.

Na uwagę zasługuje wewnętrzna organizacja i umiejętność zbiorowego, skoordynowanego działania narodu żydowskiego. Pomimo braku telefonów, telewizji i Internetu szybko przekazywali sobie informacje, podejmowali skoordynowane działania (np. post) i zwoływali zgromadzenia. W porównaniu z ich umiejętnościami w tym zakresie protesty przeciw ACTA to drobnostka. Rozumieli też wagę zbiorowych celów i byli gotowi poświęcać dla nich osobiste interesy.

Żydzi byli przygotowani do obrony, a wzmocnieni politycznym sprytem swoich przywódców budzili postrach u tych, którzy ich nienawidzili. Nie działali chaotycznie, ale czekali na właściwy moment. O ile krócej mogłyby trwać nasze zabory, gdybyśmy posiedli tę sztukę – zamiast składać daninę krwi w powstaniach wywoływanych dla obcych interesów i w czasie dogodnym dla zaborców, uderzyć we właściwej chwili (np. podczas wojny krymskiej w 1854 r.) i w sposób dobrze zorganizowany.

Żydzi nie szukali jak dawniej pomocy w Egipcie, a „załatwili” sobie jedynie u króla wolną rękę w rozprawieniu się ze swoimi wrogami.

Mianowicie Żydzi zebrali się po miastach, gdzie byli, we wszystkich prowincjach króla Achaszwerosza, aby podnieść rękę na tych, którzy pragnęli ich zguby. I ani jeden im się nie opierał, gdyż strach przed nimi padł na wszystkie ludy. I wszyscy książęta prowincji i satrapowie, namiestnicy i wszyscy sprawujący władzę w imieniu króla popierali Żydów, gdyż padł na nich strach przed Mordochajem. Mordochaj bowiem wiele znaczył w pałacu królewskim, a wieść o nim dotarła do wszystkich prowincji, gdyż znaczenie tego męża, Mordochaja, ciągle rosło. I zabili Żydzi wszystkich swoich wrogów mieczem, drogą zabójstwa i zagłady, i robili z tymi, którzy ich nienawidzili, co chcieli. W samym zamku w Suzie wymordowali Żydzi i wygubili pięciuset mężów. (…) Pozostali zaś Żydzi po prowincjach królewskich zebrali się, aby stanąć w obronie swojego życia i zapewnić sobie spokój od swoich wrogów, zabili więc spośród tych, którzy ich nienawidzili, siedemdziesiąt pięć tysięcy, lecz na ich mienie swej ręki nie podnieśli. Estery 9:2-6,16

Sposób traktowania wrogów wydaje się nam dziś niehumanitarny. Wytresowano nas do wiary w „dobroć tego świata”. Żydzi jednak wiedzieli, że walka trwa naprawdę, nie na żarty. Jeśli ktoś chce nas skrzywdzić czy zabić, to nie wyperswadujemy mu tego zamiaru dobrym słowem czy czarującym uśmiechem. Musimy skutecznie uniemożliwić naszym wrogom złe zamiary - oni nas albo my ich. W tamtych realiach oznaczało to eliminację fizyczną. Ale i dla nas w „cywilizowanym” XXI wieku wypływają stąd praktyczne wnioski. Nasi wrogowie nie szanują reguł demokracji, przyzwoitości czy uczciwości. My, stosując się do nich, niechybnie przegramy. Tę prawidłowość dobrze sobie przyswoił (także na swoich błędach w pierwszej kadencji) premier Orbán. W latach 1998-2002 był premierem i przegrał z oszustami, którzy kłamstwo, grabież i zawłaszczanie państwa uczynili istotą swej polityki. Gdy ponownie doszedł do władzy, nie cacka się już ze szkodnikami, czym wzbudza skowyt domorosłych i zagranicznych wrogów prawości. Podobną determinację i świadomość zagrożeń widzieliśmy u Marszałka Piłsudskiego. W III RP patrioci doszli do władzy stosunkowo szybko – już w grudniu 1991r. Spisek postkomunistycznych kombinatorów szybko pozbawił ich jednak złudzeń. Gdy w 2005 roku bracia Kaczyńscy ponownie przejęli stery państwa, nie skorzystali z mądrości Marszałka i znowu dali się ograć wrogom. „Kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d..ę” – tragicznie doświadczamy jako naród tej prawdy…

Ostatnia myśl z Księgi Estery, jaką chcę Państwa pożegnać, to żydowska umiejętność świętowania zwycięstw i kultywowania historii.

Zobowiązując ich, aby rokrocznie święcili czternasty dzień miesiąca Adar i piętnasty dzień tegożmiesiąca, jako dni, w których Żydzi zyskali spokój od wrogów swoich, i jako miesiąc, w którym troska zamieniła im się w radość, a żałoba w dzień pomyślny, aby uczynili je dniami ucztowania i radości, i wzajemnego przesyłania sobie darów żywnościowych i obdarowywania ubogich. I Żydzi przyjęli to, co wtedy zapoczątkowali i co im napisał Mordochaj, jako zwyczaj:
Że Haman, syn Hammedaty, potomek Agaga, gnębiciel wszystkich Żydów, zamyślając wytępić wszystkich Żydów, rzucił "pur", to znaczy los, aby ich zniszczyć i wytępić.
Lecz gdy rzecz doszła do króla, ten nakazał, a jednocześnie dał pisemne zarządzenie, że jego wrogi zamysł, jaki powziął przeciwko Żydom, ma spaść na jego własną głowę, wobec czego powiesili jego samego i jego synów na szubienicy.
Dlatego te dni nazwali "purim", według nazwy "pur". A z powodu wszystkich słów tego listu oraz z powodu tego, co widzieli i co ich spotkało, Żydzi zobowiązali się i przyjęli to zarówno na siebie, jak i na swoje potomstwo i na tych wszystkich, którzy by się do nich przyłączyli, jako zwyczaj, którego się nie przekracza, że będą rokrocznie święcić te dwa dni zgodnie z przepisami i w oznaczonym czasie. A te dni mają być wspominane i obchodzone jako święta po wszystkie pokolenia, we wszystkich rodzinach, we wszystkich prowincjach i we wszystkich miastach. A te Święta "Purim" nie mają zaniknąć wśród Żydów i pamięć o nich nie ma ustać u ich potomstwa. Estery 9:21-28


My nie umiemy pielęgnować pamięci o naszych zwycięstwach, których mamy całkiem pokaźną kolekcję. Nie świętujemy wyzwolenia Wiednia czy zajęcia Moskwy. Nie potrafimy nawet godnie uczcić nie tak przecież odległego rozgromienia sowieckiej dziczy na przedpolach Warszawy (zamiast tego cackamy się z pomnikiem armii sowieckiej w centrum stolicy, stawiamy pomniki najeźdźcom, a nasi hierarchowie inicjują akcję palenia zniczy dla krasnoarmiejców!). Jak naród wychowywany w takiej amnezji historycznej i pomieszaniu wartości ma przejmować tradycje patriotyczne przeszłych pokoleń?

Żydzi obchodzą święto swego zwycięstwa sprzed dwu i pół tysiąca lat! To dla nich nie tylko wesoła uroczystość. To corocznie powtarzana lekcja patriotyzmu i politycznego realizmu. To ludowy epos przekazywany w rodzinach z pokolenia w pokolenie. Taki naród można niewolić, pokonywać, eksterminować, ale on się odrodzi. Historia Żydów jest tego niezaprzeczalnym dowodem.

Choć cytowałem obszernie biblijną księgę Estery, to ani razu nie odwołałem się do Boga. Co ciekawe, ta księga nigdzie nie wspomina o Bogu! Można by rzec, że Bóg opisał w niej organizację narodu za pomocą języka socjologicznego. Nasze życie ma wymiar nadprzyrodzony i naturalny. My, Polacy, często ulegamy pokusie zbyt szybkiego odwoływania się do wymiaru nadprzyrodzonego. Gdy mamy problem, to pierwszą i niestety często jedyną naszą reakcją jest „zamówienie mszy”. Niemiłosiernie zaniedbujemy jednocześnie porządek naturalny. Jeśli nauczymy się właściwie organizować nasze zbiorowe życie w porządku naturalnym (biorąc przykład z mistrzów w tej konkurencji) i mądrze rozpoznamy sygnały nadprzyrodzone, może i nam będzie dane cieszyć się naszym polskim „purim”…

Paweł Chojecki


Reporter, tęcza i pani Młynarska czyli po Marszu Niepodległości

W telewizorze i internecie śmieją się z reportera TV Republika, który dał ponieść się emocjom podczas relacjonowania interwencji policji po rozwiązaniu Marszu Niepodległości. Nabijają się z tego szalika, który został po zatrzymanym i wleczonym jak świnia do kastracji człowieku, a który, według wersji policji, rzucał w policjantów, nie pamiętam czy butelką czy czymś. Ale nie jest to najważniejsze.

Oczywiście, gdy tam był dziennikarz, reporter itp. pracujący we wiodących mediach, to by zachował spokój niczym enkawudzista podczas rozstrzeliwań, wiedziałby, że wleczonym jak świnia obywatelowi Polski nie należy się przejmować, a to dlatego, że Władysław Gomułka, chyba w 1946 r., powiedział, że władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy, że policjanci pracują w służbie procesu dziejowego, w którym to siły postępowe mają pokonać faszystów, że ci faszyści to wróg klasowy i tego wroga należy zwalczać w każdy możliwy sposób, jak nauczał Włodzimierz Lenin, a nie martwić się czy procedury podczas zatrzymania zostały zachowane czy zatrzymany był przytomny i czy na pewno to winowajca. Reporter TV Republika widział w zatrzymanym człowieka, a nie przedstawiciela sił skazanych na zagładę w opisanym przez Karola Marksa nieuchronnym procesie dziejowym. Jest to postawa zupełnie obca dziennikarzom wiodących mediów, którzy swoim zachowaniem, komentarzami itd. przypominają raczej prokuratorów z czasów stalinowskich niż kogokolwiek innego. I pewnie stąd to szydzenie z reportera.

Ale czort z nimi. Zdaje się, że wielkie niezadowolenie warszawskiego ratusza spowodowało spalenie tęczy na Placu Zbawiciela. Pewnie dlatego, że wyszedł na jaw szwindel, oto tęcza miała być niepalna, a paliła się, że aż miło było patrzeć. A ktoś pieniądze wziął, za to, żeby była niepalna. Nie dziwię się więc pani prezydentowej, że jest niezadowolona. Ale niepotrzebnie się martwi, przecież niezależna prokuratura nie wdroży energicznego śledztwa, wiadomo, że pieniądze trafiły do tych kieszeni co powinny, a po drugie, będą mogli wziąć jeszcze raz te 70 tys. złotych. A może i nie raz bo pani prezydentowa zapowiedziała, że za każdym razem, gdy tęcza spłonie zostanie odnowiona. Myślałem, że władze największego miasta w Polsce mają bardziej ambitne cele niż marnowanie pieniędzy podatników na głupoty, ale jest już po referendum, a do wyborów zostało jeszcze trochę czasu.

Niedawno piłkarz trzecioligowej drużyny na stadionie Polonii Warszawa po meczu tak ułożył palec wskazujący i kciuk, że utworzyły literę L. Został zatrzymany za to przez policję a sąd raz dwa wymierzył mu karę 1500 zł. Zdaje się, że chodziło o to, że prowokował kibiców Polonii „elką” Legii. Jeżeli sąd byłby konsekwentny, a nie działał na zamówienie zwierzchników, to ukarałby tych co postawili tą tęczę na Placu Zbawiciela i tych, którzy po każdym podpaleniu tą tęczę odnawiają. W końcu jak na dłoni widać, że owa tęcza prowokuje. I chyba, żeby prowokować jeszcze bardziej, z uporem maniaka, jest odnawiana za każdym razem, gdy pójdzie z dymem. Skąd ten upór? Jednym widać wolno prowokować za nasze pieniądze, bo i wykonawcy tego czegoś i „artystka” pewnie wzięli za to forsę, drugiemunawet palców nie wolno tak ułożyć, jakby chciał. Oto jak wygląda wolność, prawa człowieka itd. w III RP.

Wiadomo, że ta tęcza, niezależnie jaki kit będą nam wciskać, jest symbolem zboczeńców. I coś mi się wydaje, że pełni podobną rolę do tej, jaką kiedyś pełnił Pałac im Stalina, ma jasno wskazywać, kto panuje teraz nad Wisłą. I jak tu się dziwić, że takie „instalacje artystyczne” czy jak to się nazywa, ludziom się nie podobają. Ale normalny człowiek ma być reedukowany, tresowany, indoktrynowany i ma jeszcze za to płacić, podobnie jak za wszystko inne co tylko sobie władza zażyczy, a nie wydziwiać.

Chyba, żeby zasłużyć na posadę, pani Młynarska ta z telewizora, w telewizorze oburzała się, że uczestnicy Marszu Niepodległości skandowali hasło „raz sierpem, raz młotem…”, oczywiście nie dokończyła, tak na wszelki wypadek, żeby niezbyt rozgarnięty widz nie mógł dowiedzieć się, że chodzi o „czerwoną hołotę”. Miało to według niej być nawoływaniem do agresji, albo coś podobnego. Ja nawet panią Młynarską rozumiem, stara się zarobić u „czerwonej hołoty” na miskę zupy i te sumy, które co miesiąc wpłacają jej na konto, a wcale nie muszą. Sto takich jak ona czeka pod bramami telewizji na pracę, niczym panienki pod koszarami, i to młodszych, ładniejszych…

MICHAŁ PLUTA


T


EMOCJE NA ZAWOŁANIE, CZYLI JAK JESTEŚMY „USZCZĘŚLIWIANI”

Jedną z typowych cech różniących człowieka od zwierząt jest wolna wola. To właśnie ona daje nam możliwość dokonywania wyboru pomiędzy dobrem a złem. Wspomaga nas w czynieniu planów na przyszłość, dokonywaniu krytycznej oceny sytuacji oraz kierowaniu swoim stanem psychicznym. Jednakże warto sobie zadać pytanie, czy nasze postępowanie i pragnienia są jedynie produktem naszej woli?

Trudno jest znaleźć człowieka, który by nie dążył do przeżywania chwil przyjemności i szukania źródeł pozytywnych emocji. Dają nam one samozadowolenie i satysfakcję z własnych dokonań. Sprawiają, że czujemy się świetnie, dostajemy skrzydeł i chcemy żyć. Na czym polega, z naukowego punktu widzenia, ten stan naszej duszy? Co sprawia, że w konkretnej sytuacji czujemy się tak a nie inaczej? Jak wzbiera w nas błogostan zwany na ogół szczęściem?

Naukowcy odkryli, że pozytywne doznania rodzą się w naszym mózgu, gdywzrasta poziom jednych hormonów, tzw. hormonów szczęścia1, a obniża się poziom innych (np. stresu2). Badania wykazały, że nawet jedna kropelka nieskomplikowanego związku chemicznego może całkowicie zmienić pracę mózgu. Czy zatem działanie naszego umysłu to nic innego jak zwykła „chemia”?

W swojej książce „Zdumiewająca hipoteza” Francis Crick, laureat nagrody Nobla za odkrycie struktury DNA, w taki oto sposób podsumował człowieka wraz z jego najważniejszym organem sterującym: „Ty, twe radości i smutki, twe wspomnienia i ambicje, twoje poczucie tożsamości i wolnej woli to w rzeczywistości nic więcej niż aktywność wielkiego zbioru komórek nerwowych i związanych z nimi cząsteczek.”

Postęp badań naukowych zdaje się od dawna podkopywać naszą wiarę w wyjątkowość i niematerialny charakter umysłu, sprowadzając go do stricte chemicznych procesów, którymi można manipulować. A ponieważ kierowanie emocjami oraz pobudzanie człowieka do tych czy innych zachowań leży w interesie zarówno struktur komercyjnych, jak i państwowych, naukowcy wciąż głowią się, jak wykorzystać nasze hormony do swoich celów.

Praktyczne zastosowanie tej wiedzy, a co za tym idzie kontrolowanie ludzi, staje się najskuteczniejszą metodą dopiero wtedy, gdy przebiega na poziomie nieświadomości osób-obiektów manipulacji. Utożsamiając się ze swoimi pożądaniami, bronimy ich, ponieważ myślimy, że w nich zawarta jest istota naszej wolności – wolna wola.

Przejrzyjmy się kilku metodom oddziaływania na nasze zachowanie:

Wabienie seksem

Mówi się, że naga kobieta sprzeda wszystko. Ogrom reklam, billboardów, produkcji filmowych, programów rozrywkowych nawiązujących do seksu lub noszących znamiona podtekstów seksualnych zalewa nas na co dzień ze wszystkich stron. Dlaczego reklamodawcy i media akurat temu zagadnieniu poświęcają aż tyle uwagi i dlaczego właśnie ono w tak dużym stopniu porusza nasze dusze i ciała?

Seks jest potężnym stymulatorem mózgu. W wyniku przeżywania bliskości intymnej z drugą osobą w tym stosunkowo niewielkim organie niesamowicie wzrasta poziom dopaminy – związku chemicznego, który w oddziaływaniu jest podobny do heroiny. Pełni on kluczową rolę aktywatora tzw. wewnętrznego układu nagrody, który odpowiada za to, że czegoś chcemy. Gdy w naszym mózgu obniża się poziom dopaminy, chcemy wciąż na nowo powtarzać doznania seksualne, żeby powrócić do odczuwania bycia na „haju”.

Innym hormonem szczęścia, który uaktywnia się podczas stosunku seksualnego, jest oksytocyna. Sprawia ona, że dosłownie przywiązujemy się do naszego objet d'amour. Ten hormon odpowiada za cementowanie związku małżeńskiego. Jednak jest bardzo niebezpieczny w zwykłym randkowaniu, ponieważ gdy dojdzie do rozstania, może sprawić niewyobrażalny zawód i niezmierny ból osobom, które przedwcześnie „zlepiły się” emocjonalnie z drugą osobą.

Oprócz funkcji przywiązywania do partnera, oksytocyna ma jeszcze jedną ciekawą właściwość - mianowicie odgrywa ważną rolę w procesie utrwalania w pamięci przyjemnych3 doświadczeń w naszym życiu.

Jak to się ma do reklam, filmów z „momentami”, zdjęciami pornograficznymi i innymi rzeczami nawiązującymi do seksu? Otóż w naszym mózgu uaktywniają się te same procesy, które występują podczas stosunku seksualnego. Otrzymujemy dawkę przyjemności, która następnie zakotwicza się w naszej głowie. Chcemy te obrazy pamiętać i do nich powracać. Uzależniają nas. Niekiedy stajemy się podobni do narkomanów, którzy nie zdają sobie sprawy ze swojego problemu.

Recepta na szczęście

Eliksir szczęścia i miłości już dawno przestał być bajką. Dziś rolę dobrych wróżek, preparujących ów „koktajl przyjemności”, pełnią koncerny farmaceutyczne, które o wszystko już zadbały, a nam wystarczy wyciągnąć rękę (a raczej portfel), aby w domowej apteczce zagościły odpowiednio spreparowane cuda w postaci pigułek i sprejów. „Ma Pani problem z zasypianiem? To objaw depresji”. „Ciężko zwlec się z łóżka rano? Depresja!”. „Męczy zły nastrój? Typowy stan depresyjny”. Wielu lekarzy zazwyczaj przepisuje w takich przypadkach fluoksetynę4, która stała się antidotum praktycznie na wszystko. Próbują nią leczyć nawet dziecięcą hiperaktywność.

Wśród pozostałych specyfików farmakologicznie „uszczęśliwiających” ludzkość wymienić należy również sildenafil (znany lepiej jako Viagra) oraz oksytocynę w spreju. Co sprawiło, że te „uszczęśliwiacze” miały nie tylko gwiazdorskie wejście na farmaceutyczne rynki wielu krajów, ale również zadomowiły się tam na długie lata, przynosząc swoim autorom niewyobrażalne zyski?

Ponad 25 lat temu zaczęła się produkcja preparatu pod nazwą Prozac, pierwszego leku nowej generacji w leczeniu depresji, który przyczynia się do zwiększenia koncentracji serotoniny w sieciach mózgu. Poziom tego hormonu w dużym stopniu wpływa na nasz nastrój, serotonina bowiem jest skutecznym „polepszaczem” samopoczucia. Im wyższe jest jej stężenie w organizmie, tym bardziej będziemy cieszyć się bez przyczyny. Im niższe, tym więcej poniedziałków naliczymy w tygodniu.

Pierwotnie Prozac miał służyć jako środek obniżający ciśnienie krwi, lecz w trakcie badań klinicznych nad lekiem zauważono o wiele ciekawszy efekt: większość pacjentów zaczynało odczuwać znaczne polepszenie nastroju. Producent natychmiast zmienił strategię marketingową produktu. Wystartowała reklama „pigułki szczęścia” - leku na depresję i tendencje samobójcze. Ogromną rolę w promowaniu leku odegrały gwiazdy Hollywood, które „zaczęły się zwierzać” z zażywania antydepresantów w celu poradzenia sobie z kolejnym „kryzysem życiowym”. Stopniowo coraz więcej ludzi zaczęło korzystać z tego leku, lecz w wielu przypadkach „kryzysy życiowe” (w postaci kolejnych „bolączek”) zamiast ustępować… paradoksalnie zaczęły się mnożyć. Jak się okazało, działanie Prozacu może powodować poważne zaburzenia psychiczne. Na liście stwierdzonych działań niepożądanych leku znajdują się takie skutki uboczne, jak halucynacje, pobudzenie psychoruchowe, bezsenność, drżenia mięśniowe, dysfunkcje seksualne, strach i wiele innych. Niektóre ze skutków mogą wręcz zagrażać życiu (myśli samobójcze lub chęć zabicia kogoś5). Często wzmaga się agresja.

Pomimo to antydepresanty są jednym z najczęściej sprzedawanych leków w świecie, roczny obrót z ich sprzedaży wyniósł 11.9 bilionów dolarów w 2011. Liczba psychicznie chorych ludzi wciąż rośnie, a wraz z nią rynek leków antydepresyjnych6 starający się niezwłocznie dotrzeć do nich z „wyciągniętą ręką pomocy”.

Kolejna „pigułka szczęścia” - Viagra – jako jedna z nielicznych mogłaby dorównać Prozacowi w rankingu popularności. W założeniu autorów ta niebieska tabletka, tak samo jak Prozac, miała pełnić zupełnie inną rolę niż obecnie - miała być lekiem na ból w klatce piersiowej w przypadku choroby niedokrwiennej serca. Nikt nie podejrzewał, że na działaniu ubocznym tego specyfiku można będzie dorobić się tak niewyobrażalnych zysków7. W trakcie badań nad lekiem okazało się, że na leczenie wyżej opisanych dolegliwości niebieska pigułka nie pomogła, natomiast autorzy dostali całą masę pozytywnych odzewów od badanych w związku z podwyższeniem potencji. Jeden z uczestników eksperymentu nawet włamał się do laboratorium w celu zdobycia zapasów na później. Wtedy farmaceuci zrozumieli, że znaleźli o wiele więcej, niż szukali.

Na czym polega sekret Viagry? Otóż poza podstawowym działaniem przywracania erekcji, sildenafil oddziałuje na część mózgu odpowiedzialną za uwalnianie oksytocyny, zaś zwiększony poziom tego hormonu we krwi powoduje uczucie szczęścia oraz poprawia relacje międzyludzkie. Amerykańscy biolodzy odkryli, że niebieska tabletka potrafi wpływać na romantyczność mężczyzn, a nawet pomaga im się zakochiwać.

Jednakże wpływać na poziom tego niezwykłego hormonu można nie tylko za pomocą pigułek. Hitem ostatnich czasów stał się również aerozol zoksytocyną. Naukowcy z Kalifornii opublikowali artykuł na temat działania tego hormonu. Uczestnik eksperymentu - żonaty mężczyzna, ojciec trójki dzieci - cierpiał z powodu zaburzenia deficytu uwagi i miał trudności w utrzymaniu więzi społecznych. Miał też napięte relacje z żoną. W trakcie badań stwierdzono, że stosowanie 2 razy dziennie do nosa spreju z oksytocyną nie tylko poprawiło jego życie prywatne (podwyższyło się libido, stał się bardziej miły w stosunku do żony), lecz również uczyniło go wesołym człowiekiem i duszą towarzystwa.

Szereg innych badań wykazał, że rozpylanie do nosa aerozoli z oksytocyną pomaga ojcom chętniej zajmować się dziećmi, małżonkom szybciej dochodzić do porozumienia w kłótniach, a biznesmenom zwiększać stopień zaufania partnera do siebie (np. podczas negocjacji handlowych). Jednakże nie wolno zapominać, że każdy lek sztucznie wpływający na poziom naszych hormonów posiada różne skutki uboczne. Poza tym dodatkowym negatywnym czynnikiem łączącym zarówno antydepresanty, Viagrę8, jak i sprej z oksytocyną jest ich krótki okres oddziaływania, co czyni człowieka całkowicie zależnym od ciągłego zażywania „cudownie” uszczęśliwiających leków.

Szczęście w kaloriach

Przemysł spożywczy to kolejna branża, która potrafi zadziwić zasięgiem sprzedaży. Miliony zwierząt chowanych na antybiotykach i hormonach wzrostu, a do tego cały wachlarz zagęszczaczy, barwników, spulchniaczy, emulgatorów, wzmacniaczy smaku i zapachu itd. – a wszystko z myślą o tym, byśmy nie chodzili głodni... Czyżby?

Wiadomo, że do zaspokojenia poczucia głodu człowiek potrzebuje spożyć nie więcej niż określoną normę produktów. Nasz organizm sam potrafi regulować ilość przyjmowanego pokarmu, kończąc posiłek sygnałem o nasyceniu.

Zatem nie potrzebujemy jeść „aż tyle”. Ale czy potrafimy opanować się tym słodkim pokusom, by popieścić podniebienia poszczególnym smakiem choćby chwilę dłużej? Niestety, życie pokazuje, że mimo intelektu oraz silnych instynktów samozachowawczych, jesteśmy bardzo narażeni na szkodliwe wpływy z zewnątrz.

Po pierwsze, za pomocą chwytliwych reklam i pięknych opakowań (każdy chce spróbować, jakże „to coś” w środku tak naprawdę smakuje), „trenowane” są nasze receptory. Do smaków, które nasz mózg rozpoznaje jako „fajne”, chce się powracać niezależnie od tego, czy produkt jest zdrowy, czy nie (np. glutaminian sodu i aspartam znane są jako szkodliwe; niemniej jednak praktycznie każdy z nas sięga po chipsy czy Coca Colę9). Po drugie, przeważająca część produktów na sklepowych półkach to węglowodany proste (przede wszystkim cukry w każdej postaci), które choć dają nam dużą dawkę potrzebnej energii, błyskawicznie spalają się w naszym organizmie. Zatem jeśli należymy do fanów wszelkiego rodzaju ciasteczek, batoników i drożdżówek (węglowodany, o których mowa, to również wszystkie produkty mączne!), to stanowimy właśnie taką klientelę, o którą chodzi magnatom spożywczym – szybciej spalamy (czytaj: głodniejemy), a co za tym idzie, częściej wracamy do sklepów i w ten sposób koło się zamyka10.

***

Wszystkie wyżej opisane przykłady to tylko znikoma część różnorodnych sposobówoddziaływania na nasze postępowanie i kształtowania pragnień. Feromony z filtrów salonowych samochodów, które wywołują doznanie „właśnie tego, prawdziwego auta”, cząstki psychoaktywnych substancji w napojach, dźwiękowe oraz świetlne aranżacje, które wpływają na nasz nastrój, i wiele innych czynników potrafią skutecznie rozmyć pojęcie „pragnienia podyktowanego własną wolną wolą”.

Zazwyczaj nie się analizujemy swoich przeżyć. Niewiele obchodzi nas wątpliwa jakość produktu spożywczego, skoro wygląda i pachnie apetycznie. A może również niepowtarzalne odczucie kierowania nowiutkim autem jest związane jedynie z genialnym napędem hybrydowym, o którym mówiono w reklamie?

Tak czy inaczej, z pewnością potrzebujemy wciąż nowych doznań i to, czym cieszyli się nasi dziadkowie (a nawet rodzice!), już nie wzbudza w nas zachwytu. Możliwe, że staliśmy się prawdziwymi koneseramiprogresu… a może jest odwrotnie – to on skrupulatnie zbadał nasze słabe miejsca? Każdy powinien szukać odpowiedzi na to pytanie samodzielnie. Albo zażywać swoje sztuczne „cząstki szczęścia” i po cichu wierzyć, że nikt prócz nas samych nie jest w stanie wpłynąć na sferę naszej wolności.

Wykorzystane źródła:

Jan Stradowski, Umysł w pięciu kroplach - http://tiny.pl/q7m66

E. Michael Jones, Libido dominandi. Seks jako narzędzie kontroli społecznej - http://tiny.pl/q7m6k

Jeremy Wiles, Science Proves Premarital Sex Rewires the Brain - http://tiny.pl/q7mvj

Таблеткесчастья - 25 лет: неофициальнаябиографияПрозака - http://tiny.pl/q7m6b

Lawrence Wilson, Why kids kill?  Prozac and alternatives - http://tiny.pl/q7mvh

Prozac Information Sheet #2, Prozac Causes Violence - http://tiny.pl/q7mvm

Daniel Martin, How Viagra makes men loving as well as lusty - http://tiny.pl/q7mv7

Christine Hsu, Scientists Discover a Nasal Spray That May Restore Peace in Warring Relationships - http://tiny.pl/q7m6d

Roger Dobson, 'Cuddle drug' may be the new Viagra - http://tiny.pl/q7m6n

http://pl.wikipedia.org/wiki/Coca-Cola#Sk.C5.82adniki

Epidemia cukrzycy nabiera tempa - http://tiny.pl/q7mvk

1 fenyloetyloaminy, dopaminy, serotoniny, oksytocyny, endorfin itd

2 adrenalina, kortyzol czy histamina

3ale też i negatywnych (w zależności od poziomu lęku separacyjnego u poszczególnej osoby)

4najbardziej znany lek wśród selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI); pierwsza nazwa handlowa Prozac

5przykłady oraz bibliografia znajdują się w artykułach Lawrence Wilsonoraz w Prozac Information Sheet #2podanych w Wykorzystanych źródłach

6dochody ze sprzedaży antydepresantów w roku 2018 szacowane są na 13.4 bilionów dolarów.

7 2.05 biliona dolarów w 2012

8 Ale również inne leki na potencję m.in. Cialis, Levitra czy Kamagra

9 aspartam jest składnikiem tylko w Coca Coli Light i Coca Coli Zero

10 Liczba chorych na cukrzycę z roku na rok gwałtownie wzrasta a sama choroba znajduje się w czołówce na liście chorób cywilizacyjnych


O przypadku BOGDANA CHAZANA i hienach

Bogdana Chazana, dyrektora ginekologiczno-położniczego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, władze stolicy (a pisząc wprost Hanna Gronkiewicz-Waltz, która jest oczywiście katoliczką, ale przede wszystkim dygnitarzem Platformy Obywatelskiej) wywaliły z roboty. Zdaje się, że pretekstem jest jakieś drobne niedociągnięcie, a przynajmniej tak postępowanie Chazana zostałoby określone, gdyby był urzędnikiem urzędu skarbowego i działając niezgodnie z prawem, wykończył jakąś firmę, urzędnikiem ZUS-u i doprowadził do śmierci człowieka, sędzią i wydał wyrok nijak mający się do litery prawa. A gdyby był politykiem i przeszedł na stronę Niemców, to już wszystko byłoby z pewnością na miejscu, w porządku i na czasie.


Bogdana Chazana, dyrektora ginekologiczno-położniczego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, władze stolicy (a pisząc wprost Hanna Gronkiewicz-Waltz,która jest oczywiście katoliczką, ale przede wszystkim dygnitarzem Platformy Obywatelskiej) wywaliły z roboty. Zdaje się, że pretekstem jest jakieś drobne niedociągnięcie, a przynajmniej tak postępowanie Chazana zostałoby określone, gdyby był urzędnikiem urzędu skarbowego i działając niezgodnie z prawem, wykończył jakąś firmę, urzędnikiem ZUS-u i doprowadził do śmierci człowieka, sędzią i wydał wyrok nijak mający się do litery prawa. A gdyby był politykiem i przeszedł na stronę Niemców, to już wszystko byłoby z pewnością na miejscu, w porządku i na czasie.


To ciekawe, że gdy jakiś spryciarz nagrał kiedyś nauczycielkę, która na lekcji, całkiem serio, uczyła dzieci, że Krzysztof Kolumb był Polakiem, to nikt z pracy jej nie wywalił. Tylko szkolenia, kursy ideologiczne, przecież to taka dobra towarzyszka z oddaniem pracująca na odcinku edukacji. Podobnie jak nikt nie wywala z pracy nieuczciwych i niekompetentnych urzędników, policjantów-łapówkarzy, sędziów zależnych od UB, lekarzy, którzy mają w nosie swoje obowiązki i śpią w godzinach pracy albo gdzieś łażą, zamiast odbierać poród.


Rzeczniczka Praw Pacjenta, która tam jakoś po swojemu się nazywa, oceniła, że Bogdan Chazan naruszył prawa pacjenta. Oczywiście, gdy władze wyznaczają limity na leczenie, w wyniku czego chorym odmawia się pomocy medycznej, gdy pacjenci umierają w kolejce do leczenia onkologicznego, gdy jednemu wyznaczają termin zabiegu za 10 lat, a drugiemu, np. jakiemuś miejscowemu dygnitarzowi, po znajomości za dwa dni, gdy pacjent nie ma możliwości dowiedzieć się czegoś o swoim stanie zdrowia, to nie jest naruszanie praw pacjenta. Kiedyś w telewizji był reportaż, zdaje się był to pogram Elżbiety Jaworowicz, o człowieku, któremu lekarz zalecił zażywanie jakiegoś medykamentu, ale nie powiedział, że osłonowo trzeba zażywać inny medykament. Człowiek teraz jest kaleką. I jakoś wszystko jest w porządku, Rzecznik Praw Pacjenta nikogo nie piętnuje, lekarza nikt nie zwalnia, dziennikarze nie domagają się niczyjej głowy.


Można więc między bajki włożyć wrażliwość Rzecznika Praw Pacjenta. Raczej postępuje zgodnie z otrzymanym rozkazem, czyli jest dobrym urzędnikiem. Działa wg wytycznych UB, ma więc szanse na karierę. Taka pani marszałek Ewa Kopacz w swoim czasie twierdziła, że Rosjanie przekopywali ziemię w miejscu katastrofy polskiego Tu-154 w Smoleńsku na głębokość 1,5 metra i proszę, jaką karierę zrobiła - została marszałkiem sejmu! A przecież nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa! Kto wie, może za cztery lata znajdzie się nawet w Parlamencie Europejskim, gdzie będzie mogła zbijać kokosy.


A wracając do sprawy Bogdana Chazana. Oto w telewizorze pojawiało się mnóstwo różnych hien, które niby to pochylają się w trosce, niby drżą o matkę, niby zabiegają o przestrzeganie prawa, ale tak naprawdę mają pretensje do Chazana, że nie zabił nienarodzonego dziecka. Skoro tak bardzo pragnęli śmierci tego człowieka, skoro to miało być dla biednego maluszka takie szczęcie zostać zabitym, to dlaczego nikt z tych mądrali nie zamordował dziecka po jego narodzeniu?! Jeśli być rozszarpanym szczypcami to takie wielkie szczęście, to bardzo proszę, niech ci wszyscy miłośnicy aborcji korzystają z tego szczęścia! Najpierw niech sobie uszarpią nogę, później rękę, drugą nogę i niech tam jakoś wykombinują, jak tu uszarpać sobie ostatnią kończynę. Chyba że najpierw wolą odjąć sobie głowy. Wolno im, w końcu od 25 lat mamy podobno wolność.


Ale kiedy będzie Wigilia, to te różne telewizyjne hieny będą śpiewały jedna przez drugą kolędy, składały życzenia, dzieliły się opłatkiem, przed Wielkanocą będą malować jajka (swoją drogą pewnie oni myślą, że Wielkanoc to takie święto malowania jajek, bo prawda o tym, że Jezus Chrystus zmartwychwstał, mogłaby kogoś obrazić), będą np. w rocznicę urodzin na wyścigi wspominać w programach telewizyjnych o Janie Pawle II, a kiedy przyjedzie może kiedyś nad Wisłę papież Franciszek, to będą cmokać i się zachwycać itd., itp. Słowem, diabeł pozostaje diabłem nawet wtedy, gdy od czasu do czasu przebierze się w ornat i na mszę dzwoni, czy jakoś tak.


Na koniec przydałoby się napisać coś optymistycznego. Ale co tu napisać? Oni mają władzę i mogą robić z nami, co tylko chcą.

 

lipiec 2014