szubienica - kara śmierci

Czy przyzwoity człowiek może popierać karę śmierci?

Coraz więcej tak zwanych autorytetów moralnych głosi wszem i wobec, że kara śmierci jest okrutną i prymitywną pozostałością czasów, gdy "postęp" ludzkości nie osiągnął...

Szczurzy król, czyli o czym tu dumac na warszawskim bruku

As I did stand my watch upon the hill,
I look'd toward Birnam, and anon, methought,
The wood began to move.


Las birnamski

Ile razy wydawało się nam, że jest już blisko, ale okazywało się, że to nasze złudzenie, że to wishful thinking. Myśleliśmy, że Lasem Birnamskim stanie się las smoleński. Katastrofa smoleńska połączyła na chwilę nas wszystkich. Okazało się, że na bardzo krotko. Spory dotyczące  miejsca pochówku prezydenckiej pary natychmiast podzieliły Polaków. Katastrofa smoleńska jest teraz przedmiotem skomplikowanych gier operacyjnych. Zamiast łączyć się w żałobie albo w oczywistej woli wyjaśnienia przyczyn tego wypadku, wdajemy się w „potępieńcze swary”. „Plwają na siebie i żrą jedni drugich” - jak pisał Adam Mickiewicz w epilogu do „Pana Tadeusza”, właśnie usuniętego z listy szkolnych lektur. (Choćby dlatego warto do niego wracać.) A tragiczna okazja zorganizowania Polaków  i rozprawienia się z patologiami III RP została raz na zawsze zaprzepaszczona.
Jesteśmy w pułapce:
 „Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,
Za poznych żalów, potępieńczych swarów.”


I czyż nie są prorocze albo ponadczasowe następne wersy?


 „W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,
Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha
I każą oddać co najprędzej ducha.
  Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,
Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą -
Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,
Że utraciwszy rozum w mękach długich,
Plwają na siebie i żrą jedni drugich!”

Marsze niepodległości, protesty związkowców, referendum.  Ileż wyzwalają nienawiści. I to nie tylko wśród namiestników i funkcjonariuszy reżimu, lecz również wśród ludzi przejętych ideą przerwania agonii kraju. Nikt nikomu nie ufa. Po naszych doświadczeniach zbiorowych  to zrozumiałe. Ale lawinowa atomizacja społeczeństwa umiejętnie podsycana przez rządzących nie daje nadziei na jakąkolwiek zmianę.
Czy można się nadal pocieszać, że „Nasz naród jak lawa, Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi; Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.” ( Dziady część III). Większość z nas starszych  całe swoje życie spędziło w szponach systemu odradzającego się jak hydra. Młodzi innego systemu niż fasadowa demokracja nie znają. Miarą inteligencji jest dla większości z nich przystosowanie się do tego systemu. Biorą kredyty, pracują w korporacjach, mówią, co trzeba i myślą, co trzeba. Nie można się temu dziwić.  Inaczej groziłaby im schizofrenia.
 Natomiast reszta nie bardzo potrafi rozpoznać wroga. Gubi się w skrajnych  ideologiach, jak anarchizm, skrajny liberalizm. A przede wszystkim szuka wrogów w najbliższym otoczeniu.
 Przedsiębiorca widzi wroga w pracowniku, któremu nie odpowiada ruchomy czas pracy, nie zastanawiając się, co zrobiłby na jego miejscu. Pracownik widzi wroga w wykorzystującym go przedsiębiorcy, nie zastanawiając się, czy wytrzymuje on obciążenia podatkowe. Właściciele mieszkań nienawidzą lokatorów kwaterunkowych, choć swoje mieszkania wykupili kilka lat temu za grosze. Lokatorzy kwaterunkowi nienawidzą kamieniczników, choć na ich miejscu też staraliby się odzyskać własność.
Plwają na siebie i żrą jedni drugich!
Polecono mi ostatnio wstrząsający  film.  Można go znaleźć pod adresem Szczurzy król PL -You Tube. Film opisuje technikę pozbywania się szczurów. Otóż łapie się szczura, głodzi, a potem wrzuca do jego klatki martwego pobratymca. Wygłodzony szczur wreszcie go zjada. W ten sposób łamie gatunkowe tabu. Następnie daje mu się do zjedzenia szczura bardzo słabego, ledwie żywego. Za kolejnym razem zdrowego, tylko słabszego. Nasz szczur staje się kanibalem. Wtedy wypuszcza się go na terenie zajmowanym przez szczurzą społeczność. Ciekawe jest zachowanie innych szczurów. Nie likwidują agresora, choć jest ich więcej. Izolują go od siebie i opuszczająteren. Nie chcą zarazić się kanibalizmem.
Prowokowany kanibalizm to – twierdzi autor filmu - metoda zarządzania ludzkimi społecznościami. My nie mamy się gdzie wyprowadzić. Jesteśmy w klatce. Tym bardziej warto się nad sobą zastanowić.

http://naszeblogi.pl/41394-szczurzy-krol-czyli-o-czym-tu-dumac-na-warszawskim-bruku


Logika badawcza

W czasach dzieciństwa zaśmiewaliśmy się z badań radzieckiego uczonego nad słuchem pcheł. Otóż radziecki uczony oberwał pchle nogę i powiedział: „Skacz”. Pchła skoczyła. Uczony oberwał następną nogę i powiedział: „Skacz” - pchła skoczyła. Po oberwaniu ostatniej nogi uczony powiedział: „Skacz”. Pchła nie skoczyła. Uczony zapisał: „Po oberwaniu ostatniej nogi pchła traci słuch”.
Ta urocza anegdota przypomniała mi się, gdy przeczytałam o pracach duńskich uczonych na temat częstości występowania chorób psychicznych u dzieci poczętych metodą in vitro.


W czasach dzieciństwa zaśmiewaliśmy się z badań radzieckiego uczonego nad słuchem pcheł. Otóż radziecki uczony oberwał pchle nogę i powiedział: „Skacz”. Pchła skoczyła. Uczony oberwał następną nogę i powiedział: „Skacz” - pchła skoczyła. Po oberwaniu ostatniej nogi uczony powiedział: „Skacz”. Pchła nie skoczyła. Uczony zapisał: „Po oberwaniu ostatniej nogi pchła traci słuch”.

 

Ta urocza anegdota przypomniała mi się, gdy przeczytałam o pracach duńskich uczonych na temat częstości występowania chorób psychicznych u dzieci poczętych metodą in vitro.

 

Jak wynika z danych opublikowanych przez HFEA (Human Fertilisation and Embryology Authority), rośnie liczba matek poddających się procedurze in vitro. W 2011 r. w samej tylko Wielkiej Brytanii 47 tys. kobiet. zdecydowało się na sztuczne zapłodnienie, a do tej pory na świat przyszło ponad pięć milionów osób poczętych metodą in-vitro.

 

Uczeni z uniwersytetu w Kopenhadze porównali częstość występowania zaburzeń psychicznych u dzieci poczętych naturalnie oraz poczętych metodą zapłodnienia pozaustrojowego.

 

Przebadano 2 430 826 osób urodzonych pomiędzy 1969 r. a 2006 r. Pięć procent z nich stanowiły dzieci poczęte w wyniku in vitro. Ponad 170 tys. z badanych trafiło do zakładów psychiatrycznych, z czego 33 proc. stanowiły osoby urodzone przez matki z problemami z płodnością, które poddały się procedurze sztucznego zapłodnienia.

 

Jak twierdzą badacze, dzieci poczęte metodą in vitro częściej cierpią na zaburzenia psychiczne: schizofrenię, zaburzenia afektywne, autyzm, nerwice. Wyciągnęli jednak wniosek, że to zaburzenia płodności matki, a nie procedura in vitro stwarzają ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych u dzieci.

 

Logika badawcza godna radzieckiego uczonego.

 

naszeblogi.pl, lipiec 2014

O wyższości 11 listopada nad 13 października

Referendum przegrane. Warszawa, na którą zwrócone były oczy całej Polski, zawiodła. Teraz trwa rozdzieranie szat i rozdrapywanie ran oraz poszukiwanie winnych metodą wskazywania palcem.
Warszawiacy mieli okazję osobiście, legalnie i formalnie załatwić pewną ważną dla nich i dla całej Polski sprawę. Nie załatwili. Natomiast 11 listopada będą zapewne kolejny raz manifestować, śpiewać, maszerować, a może nawet dla dobra sprawy dadzą się pobić i potraktować gazem.
 
Marsze to przecież rodzaj ludowego święta. Kiedyś ludzie chodzili manifestować 1 maja, potem – nie wiedzieć czemu- wybrali 3 maja, a teraz upodobali sobie 11 listopada. Kiedyś podczas święta „Trybuny Ludu” rozdawano kiełbaski i baloniki ( dokładnie nie wiem, bo nigdy nie byłam), teraz z okazji dnia Owsiaka ludzie pędzą oglądać światełko do nieba, w Sylwestra Bufetowa funduje sztuczne ognie - można stracić oko albo palce, a gdy do Warszawy przyjadą związkowcy, wyją syreny, płoną kukły i opony. To wszystko jest fascynujące, a odśpiewawszy na koniec „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”, można iść do domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
 
Referendum to zupełnie co innego. Przede wszystkim jasne jest, że ponieważ 95% obecnych przy urnach żądało odwołania HGW, lista obecnych zostanie dobrze przeanalizowana , a nazwiska odnotowane. Więc po co było się narażać? To nie to samo, co patriotyczne śpiewy. Tu ryzyko jest znaczne.
 
Poza tym Guział jest zbyt młody i nosi szalik Legii, Bielecki jest z Eskimosów, więc zamiast domów będzie budował  igloo,  a Kaczyński ma kota. Niedoczekanie kociarzom. Niech nie myślą, że po naszych plecach dojdą do władzy.
 
Przecież nie można tak zaufać byle komu. Trzeba sprawdzać rozporki, świadectwa bierzmowania, rodowody i herby. Trzeba wykluczyć wszystkich, którzy są z rodziny fornalskiej - co się chamstwo będzie panoszyć w Warszawie? Z rodziny Małgorzaty Fornalskiej też - komuchy przeklęte.
 
Przed nami ogrom patriotycznej pracy, więc nic dziwnego, że nie znaleźliśmy czasu na głupie referendum.


Co po torcie?

Banda Trzymająca Władzę ma poważny problem - czy tort to koniec możliwości wzburzonego narodu, czy to dopiero początek? Nieprzypadkowo Belweder w priorytetowym i ekspresowym tempie przygotował podstawy prawne do rozwiązań na czas "wyjątkowy".

Ostatnio w Lublinie Grzegorz Braun wypowiedział się bardzo jasno, że marszami i manifestacjami niczego Polacy nie wskórają. BTW śmieje się zapewne z naszych "marszów w obronie" i temu podobnych. Mają one na władzę taki sam wpływ, jak na morderców tzw. "marsze przeciwko przemocy" w odpowiedzi na brutalne morderstwa. Dla zbójów argumentem na opamiętanie byłaby kara śmierci albo zwiększenie dostępu do broni dla praworządnych obywateli i zmiana prawodawstwa w zakresie obrony koniecznej. Marsze wywołują pusty śmiech i pogardę...




Na scenie reakcji narodu na kolejne upokorzenie pojawił się tort z bitą śmietaną. Władza uciekła. Z pewnością szykuje odwet. Jedną z jego form może być przyśpieszenie wybuchu spodziewanego i powszechnego niezadowolenia społecznego. Czy czekają nas niebawem prowokacje w rodzaju wysadzania bloków mieszkalnych przez siepaczy Putina? Myślę, że nie. Najpierw przećwiczone zostaną pokojowe i demokratyczne metody kastrowania PiS lub przerzucenia nań odpowiedzialności za katastrofę państwa (więcej pisałem o tym w majowym numerze miesięcznika "idź POD PRĄD" - "SCENARIUSZE URATOWANIA KOMUNIZMU W POLSCE"). Dopiero, gdyby te manewry się nie udały (co przy ogólnym ogłupieniu narodu i zhołdowaniu episkopatu jest mało prawdopodobne), będzie czas na rozwiązania siłowe.

Świątynie nowoczesności

Nie ma znaczenia, skąd pochodzisz, czym się zajmujesz, co lubisz, w co wierzysz czy ile masz lat - w świątyni nowoczesności każdy znajdzie coś dla siebie. Świątynia przygarnie i zaopiekuje się każdym. Zaspokoi wszystkie Twoje potrzeby. A jeśli wydaje Ci się, że już zaspokoiła, to masz rację – tylko Ci się wydaje; przedmioty nieodczuwanych jeszcze przez Ciebie potrzeb są już na etapie produkcji.

Galeria handlowa, niegdyś zwana skromnie centrum, słusznie zmieniła swoją nazwę. Przestała bowiem być wyłącznie siedzibą handlową, a stała się swoistym ośrodkiem kultu konsumpcji. Wprawdzie na próżno tu szukać Damy z Gronostajem lub Venus z Milo, lecz bez problemu w licznych witrynach sklepowych odnajdziemy bezcenne arcydzieła użytkowej sztuki masowej.

Świątynie nowoczesności są otwarte dla swoich wiernych całymi dniami. W godzinach porannych i wczesnopołudniowych można tu spotkać rzesze młodych ludzi, zawiedzionych niskim poziomem gimnazjalnej edukacji, poszukujących swojej tożsamości, nazywanych przez złośliwych wagarowiczami. Mijają się oni z poważnymi biznesmenami, którzy korzystając z przerwy na lunch, popijając drugą kawę, spoglądają z pogardą, znad najnowszego numeru Forbesa, na młodzieńczy tłum i pozostałych uczestników kultu. Godziny popołudniowe i wieczorne to czas dla wszystkich. Przez automatycznie otwierane obrotowe wrota świątyni przelewają się całe rodziny, rody, klany. Kilkuletnie dzieci pośrodku szerokich alejek siedzą w kolorowych pociągach i samolotach lub spędzają niezapomniane chwile z obcą, wysoko wykwalifikowaną opiekunką w małych dziecięcych zoo, spoglądając przez grube szyby na przechodzącą gawiedź niczym małe, ciekawe świata zwierzątka. Pozwala to ich rodzicom w spokoju brać udział w rytuale i dokonywać trafnych wyborów dzieł sztuki masowej. Obok szczęśliwych rodzin przechadzają się wzdłuż alejek zakochani; para; ona i on; dziewczyna i chłopak. Czy może raczej – bardziej nowocześnie – partnerzy życiowi, czy też inni wspólnicy. Ona - całą sobą chłonie każdą cząstkę estetycznych wartości bijących jaskrawo-cekinowym blaskiem z kolorowych witryn. On, nieco bardziej powściągliwy w okazywaniu swoich emocji, oparty o balustradę spogląda zmęczonym wzrokiem w dół na niższe piętra świątyni, szukając zrozumienia w oczach innego młodego mężczyzny, podobnie jak on opartego o barierkę, z wyrazem twarzy tęskniącej za spokojem. Dwa piętra wyżej młoda para wspólników skończyła właśnie romantyczną kolację w McDonaldzie. On wykazał się niespotykanym wręcz heroizmem, przeciskając się przez długą kolejkę, by ostatecznie zamówić dwa BicMaki w powiększonym zestawie z dużymi frytkami i dietetyczną Colą. Ona dowiodła swojej anielskiej cierpliwości, oczekując przez pół godziny, aż jej luby przebrnie z mozołem przez długą kolejkę szybkoobsługowego baru.

W świątyni nowoczesności każdy znajdzie to, czego potrzebuje lub czego jeszcze nie wie, że potrzebuje; zaspokoi pragnienia duszy i ciała. Po wyjściu od fryzjera można, u pobliskiego agenta ubezpieczeniowego, bez trudu ubezpieczyć się przeciw porywistym wiatrom. Wychodząc z kina, obejrzawszy najnowsze, wybitne dziecko rodzimej kinematografii pt. „Miłość na lodowisku”, będącej kontynuacją kultowej już „Miłości na ławce w parku”, można udać się do fotografa, aby na zawsze utrwalić ten niewzruszony filmowy zachwyt bijący z naszych twarzy.

Jeśli komuś się wydaje, że z powodu braku pieniędzy nie może uczestniczyć w kulcie – jest w błędzie. Świątynia szczyci się również działalnością charytatywną. W bocznej nawie znaleźć można kącik kulturalny, w którym posłuchasz najnowszej platynowej płyty Mandaryny, a jeśli jesteś bibliofilem, to dwa rzędy za Dialogami Platona i jeden przed Pismem Świętym znajdziesz najnowsze bestsellerowe arcydzieła Katarzyny Grocholi i Dana Browna. Jeżeli natomiast jesteś wspomnianym młodym krytykiem gimnazjalnego systemu edukacji, możesz bez trudu poszukać swojej tożsamości, kradnąc samochody i napadając na przechodniów w najnowszej odsłonie gry GTA na Xboxa 360.

Jeśli jesteś znudzony swoją szarą rzeczywistością, musisz koniecznie odwiedzić to miejsce. Czas się tutaj zatrzymuje. Brak okien, naturalnego światła oraz zegarków sprawia, że czas przestaje się dla Ciebie liczyć. Stajesz się częścią enklawy. Galeria handlowa to swoiste miasto w mieście, tylko nieco lepiej zorganizowane. Sklepy, salony usługowe i centra rozrywki znajdują się o kilka kroków od siebie. Ruchome schody zawiozą Ciebie i Twoje zmęczone nogi na wybrany poziom. Zgubiłeś się? Nie ma problemu. Nie musisz już pytać ludzi o drogę, narażając się na niepotrzebną i męczącą rozmowę z nimi, która zawsze może grozić nawiązaniem nowych znajomości. Odpowiednie mapki GPS, ustawione w całej galerii, powiedzą Ci dokładnie, gdzie jest Twoje miejsce.

Galeria handlowa, jak na świątynie przystało, z okazji każdego święta wprawia w ruch swoje wielkie dzwony, których dźwięk rozchodzi się na dziesiątki kilometrów, informując wiernych o najnowszych mega- i hiperpromocjach, rabatach, okazjach i trwających miesiącami wyprzedażach związanych z likwidacją konkretnego sklepu. Wystarczy przyjść. Kapłani i kapłanki służą dobrym słowem. A w razie potrzeby rozgrzeszą Cię z niepewności co do słuszności dokonanego zakupu. Jeszcze tylko mały, symboliczny datek na tacę i możesz iść dalej, oddawać się mistycznej ekstazie.

P.Wiatr

 

 

 

 


Smoleńsk – sprawa zamknięta?

Marian Kowalski, prezes Ruchu 11 Listopada Prawo i Sprawiedliwość przez połowę swego istnienia było jedynym politycznym depozytariuszem sprawy smoleńskiej. Po 2010 roku, a zwłaszcza w...

Zdania są podzielone

W przeciwieństwie do cywilizacji łacińskiej, w której większość z nas została wychowana, nawet jeżeli niektórzy o tym nie wiedzą (jak pan Jourdain, który nie wiedział, że mówi prozą), filozofia postmodernistyczna neguje istnienie prawdy. Istnieją tylko różne poglądy. Czasami ludzie je wyrażają. Częściej jednak zamiast wyrażać poglądy, „wyrażają siebie”. Można siebie wyrazić, malując włosy na pomarańczowo, można ( jak pewna góralka z Koniakowa) dziergając na szydełku koronkowe stringi.


Pewien młody żonkoś spotyka kolegę.

- No, wreszcie się ożeniłeś - mówi kolega. - Pewnie twoja żona jest piękna.
- Wcale nie - odpowiada żonkoś.
- To może bogata?
- Też nie.
- To pewnie jest świetna w łóżku?
- W tej kwestii zdania są podzielone. Jedni mówią, że tak , a inni, że wręcz przeciwnie- odpowiada żonkoś.


Ten dowcip przypomina mi się zawsze, gdy myślę o postmodernizmie (Jacques Derrida, Jürgen Habermas, James Clifford, Zygmunt Bauman, Wolfgang Welsch).

 

W przeciwieństwie do cywilizacji łacińskiej, w której większość z nas została wychowana, nawet jeżeli niektórzy o tym nie wiedzą (jak pan Jourdain, który nie wiedział, że mówi prozą), filozofia postmodernistyczna neguje istnienie prawdy. Istnieją tylko różne poglądy. Czasami ludzie je wyrażają. Częściej jednak zamiast wyrażać poglądy, „wyrażają siebie”. Można siebie wyrazić, malując włosy na pomarańczowo, można ( jak pewna góralka z Koniakowa) dziergając na szydełku koronkowe stringi.

 

Pierwszy raz spotkałam się ze zjawiskiem „wyrażania siebie” w niejasny dla mnie sposób podczas festiwalu teatrów amatorskich w Avignon w 1985 roku. 10 osób poruszało od wewnątrz ogromnym, uszytym przez nich osobiście smokiem. Przeprowadzono wywiad z osobą, która wypełniała derrière smoka. Powiedziała, że „w ten sposób wyraża samą siebie”. Poważnie zastanawiałam się, co ma na myśli, do chwili, gdy okazało się, że pewien młody człowiek „wyraża sam siebie”, połykając ogień. Zrozumiałam, że za kilka dni ten sam chłopak będzie „wyrażał siebie”, waląc kijkami w krzesło, że to „ wyrażanie siebie” to postmodernistyczna frazeologia, to współczesna „mowa- trawa do chińskiego ludu przez zamknięty lufcik” - jak o nowomowie z czasów PRL napisał socjolog Jakub Karpiński.

 

Ideologię komunistyczną większość z nas poznawała z kontekstu językowego, z języka oficjalnej propagandy, a praktykę - w kolejce po mydło czy papier toaletowy. Nie sądzę, żeby wiele osób czytało dzieła zebrane Marksa, Engelsa czy Stalina albo historię WKP(b).

 

Podobnie ja poznaję ideologię postmodernizmu.

 

Do mojej kamienicy, po brawurowej ucieczce z RFN, sprowadziła się para peerelowskich szpiegów podejrzewanych o otrucie księdza Blachnickiego, Jolanta Gontarczyk ( TW Panna) i jej mąż. Po wielu latach milczenia dobrali się do nich dziennikarze. Nie wiem dlaczego akurat wtedy zdjęto z nich ochronę. Opisał ich działania między innymi „Wprost” ( „Zabójcza Panna” 21/ 2005 -1173)

 

W jednym z wywiadów pani Jolanta powiedziała, że „ każdy ma kilka sumień”. Ta jej wypowiedź wiele mi wyjaśniła. Przede wszystkim zrozumiałam, co przyciąga do postmodernizmu Zygmunta Baumana - nieokreśloność, względność wszelkich prawd , postaw i zachowań. Ponieważ prawda nie istnieje - jedynym zadaniem filozofii jest stawianie dobrych pytań bez oczekiwania na odpowiedź.

 

„ Dobre pytanie” - odpowiadał w filmie „Trzej towarzysze” „Trzech kumpli” Maleszka na każdą próbę ustalenia, dlaczego donosił na najbliższych przyjaciół.

 

Dlatego ilekroć słyszę, że nie sposób ustalić prawdy, bo każdy niesie swoją prawdę, że nie wolno nikogo oceniać, że oceniamy czyn, a nie człowieka, widzę, jak ta ideologia wikła się we własne sprzeczności. Jak możliwe jest działanie sądów? Przecież wyrok dostaje człowiek, nie jego czyn. Dlaczego (pod groźbą kary) zabronione jest ocenianie nie tylko konkretnych homoseksualistów, lecz nawet praktyk homoseksualnych? Bo ktoś może poczuć się urażony?

 

W czasach PRL-u, gdy bezkarnie można było krytykować tylko kelnerów (nazywało się to „krytyka konstruktywna”), nawet jeżeli opisałeś karalucha w zupie, zawsze jakiś kelner poczuł się urażony i wypowiadał się w imieniu wszystkich kelnerów pracujących miast i wsi.

 

Zakaz oceniania człowieka na podstawie jego czynów jest sprzeczny nie tylko z praktyką sądową czy rekrutacją do pracy, lecz nawet z działalnością dydaktyczną. Przecież student mógłby powiedzieć: „ być może moja praca jest niedostateczna, ale pan, panie profesorze, ocenia człowieka, bo konsekwencje pana oceny ponoszę ja. Zatem poproszę 5 do indeksu”.

 

Zakaz dochodzenia swoich racji, zakaz poszukiwania prawdy ma dawne tradycje. Pozwolę sobie zacytować za Miłoszem („Zniewolony umysł”):

 

„Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”.

 

ŻYDOWSKI PROJEKT DLA POLSKI

Zasadniczo spodziewam się dwu reakcji na powyższy tytuł – jedni skojarzą go z tzw. „Judeopolonią” i zatrą ręce z zadowolenia, że przywalę „Żydkom”, inni z oburzeniem pomyślą o mnie jako o prymitywnym antysemicie i będą życzyć mi rychłego spotkania z prokuratorem. Rozczaruję jednych i drugich. To, co chcę napisać, nie wypływa ani z anty-, ani z filosemityzmu. Wypływa z głębokiej troski o mój naród, który dziś pogrążony jest w morzu przeogromnej głupoty. By rozświetlić nieco ten mrok, odwołam się do historii Żydów – narodu, którego dzieje naznaczone są zarówno napadami zbiorowego amoku, jak i okresami mądrości, sprawiedliwości, dobrobytu i chwały. Poznajmy więc żydowski projekt, jak podnieść się z upadku i niewoli.

Dziś nawet wrogowie Żydów nie mogą im odmówić sprytu, konsekwencji w dążeniu do narodowych celów, wysokiego stopnia organizacji i dumy narodowej. Nie zawsze jednak tak było. Oto kilka opisów stanu tego narodu, które zabrzmią nam niestety bardzo swojsko:

Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie. Izaj. 1:3

W co jeszcze można was bić, gdy nadal trwacie w odstępstwie? Cała głowa chora i całe serce słabe. Od stóp do głów nic na nim zdrowego: tylko guzy i sińce, i świeże rany; nie opatrzone ani nie przewiązane, ani nie zmiękczone oliwą. Wasz kraj pustynią, wasze miasta ogniem spalone, plony waszej ziemi obcy na waszych oczach pożerają; spustoszenie jak po zniszczeniu Sodomy. Izaj. 1:5-7

Gdy przychodzicie, aby zjawić się przed moim obliczem, któż tego żądał od was, abyście wydeptywali moje dziedzińce? Nie składajcie już ofiary daremnej, kadzenie, nowie i sabaty mi obrzydły, zwoływanie uroczystych zebrań - nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Waszych nowiów i świąt nienawidzi moja dusza, stały mi się ciężarem, zmęczyłem się znosząc je. A gdy wyciągacie swoje ręce, zakrywam moje oczy przed wami, choćbyście pomnożyli wasze modlitwy, nie wysłucham was, bo na waszych rękach pełno krwi. Izaj. 1:12-15

Jakąż nierządnicą stało się to miasto wierne, niegdyś pełne praworządności, sprawiedliwość w nim mieszkała, a teraz mordercy! Twoje srebro obróciło się w żużel, twoje wino zmieszane z wodą. Twoi przewodnicy są buntownikami i wspólnikami złodziei, wszyscy lubią łapówki i gonią za darami, nie wymierzają sprawiedliwości sierocie, a sprawa wdów nie dochodzi przed nich. Izaj. 1:21-23

Biada przekornym synom, mówi Pan, którzy wykonują plan, lecz nie mój, i zawierają przymierze, lecz nie w moim duchu, aby dodawać grzech do grzechu. Wyruszają hen do Egiptu, nie radząc się moich ust, aby oddać się pod opiekę faraona i szukać schronienia w cieniu Egiptu. Lecz opieka faraona narazi was na wstyd, a szukanie schronienia w cieniu Egiptu na hańbę. Izaj. 30:1-3


Nie zamierzam jednak rozpisywać się o polskiej głupocie, krótkowzroczności, pustej religijności, demoralizacji czy szukaniu ratunku u obcych. To każdy widzi. Zwróćmy się ku poszukiwaniu dróg wyjścia.

Żydzi opisani przez Izajasza nie zmądrzeli. Ich państwo uległo zagładzie, a oni poszli w niewolę. Jednak mamy okazję przyjrzeć się temu narodowi klika pokoleń później, w nowej rzeczywistości. Jak wykorzystali czas „smuty”? Czego nauczyli się i co poprawili?

Nie mogę zacytować tu całej Księgi Estery, ale gorąco zachęcam Państwa do przeczytania tych kilku stron w Biblii przed dalszą lekturą artykułu (w Biblii Tysiąclecia księga ta obarczona jest dodatkami greckimi uznanymi za natchnione przez sobór trydencki w 1546 r. Będę posługiwał się wersją oryginalną).

Żydzi nauczyli się żyć w niewoli. Dorobili się nowych majątków, zajmowali stanowiska, wychowywali dzieci i wnuki. Można powiedzieć, że żyło im się dostatnio i spokojnie. Okazało się jednak, że tylko we własnym państwie naród może być prawdziwie bezpieczny. Polacy boleśnie przekonali się o tej prawdzie podczas zaborów, ale niestety ta mądrość została znowu zagubiona i dziś powszechnym staje się przekonanie, że własne państwo jest nam niepotrzebne i równie dobrze, a może i lepiej, będzie nam się żyło pod obcymi rządami.

Spokojna egzystencja Żydów pod obcym panowaniem została brutalnie przerwana jednego dnia, gdy w wyniku intrygi jednego z wysokich urzędników król zgodził się na zagładę wszystkich Żydów w swoim państwie w jednym, ustalonym dniu w najbliższej przyszłości.

Żydzi jednak nie pozostali bierni. Już wcześniej przygotowali się na funkcjonowanie w roli mniejszości. Rozwinęli spryt oraz umiejętność zjednywania sobie przychylności decydentów, rozumieli, że trzeba umieć się maskować, że nie zawsze należy „od razu wykładać wszystkie karty na stół”, zbudowali własny system pozyskiwania z wyprzedzeniem strategicznych informacji (wywiad). Dzięki temu Żydówka została królową, a jej kuzyn ważną osobistością na dworze. Deficyt tych umiejętności jest szczególnie obecny w „mniejszości polskiej” naszego społeczeństwa.

Z Księgi Estery wypływają poważne wnioski na temat związku kondycji państwa z kondycją moralną narodu i jakością życia rodzinnego. Naród o niskim poziomie moralnym produkuje elity słabe, bezideowe i sprzedajne. Z kolei zdeprawowane elity jeszcze bardziej deprawują naród, tworząc ujemne sprzężenie zwrotne. Poziom moralny narodu rozstrzyga się w jego rodzinach – atak na instytucję małżeństwa, na pozycję mężczyzny jako głowy rodziny, promowanie niewierności małżeńskiej oraz braku dyscypliny w wychowaniu dzieci – to najlepsza broń do zniszczenia narodu. Z tego wszystkiego starożytni zdawali sobie doskonale sprawę. Co więc powiedzieć o współczesnych „wykształciuchach”?

Żydzi przekonali się dobitnie, że świat w obecnym kształcie nie jest sielankowy, że wiara w „pokojowe współistnienie”, rozbrojenie oraz powszechną miłość i braterstwo między narodami to idylliczne mrzonki. Narody mogą się wspierać, gdy mają wspólne interesy, a najlepszym gwarantem pokoju jest gotowość do wojny. Będąc mniejszością w obcym państwie, Żydzi kultywowali umiejętności militarne i posiadali osobistą broń. W stanie śmiertelnego zagrożenia to nie wojsko czy policja króla miały być dla nich gwarancją przetrwania, a broń osobista. Przez stulecia, nawet pod zaborami, Polacy pamiętali o tej ważnej prawidłowości. Nasze dzieci od małego zaznajamiane były z bronią i sztuką walki wręcz. Dzięki temu nawet bez państwa byliśmy gotowi organizować powstańcze armie i odnosić sukcesy militarne. Nie tak dawno to zamojscy chłopi pokonali „niezwyciężonych Niemców”, gdy ci postanowili poddać ich eksterminacji i przesiedleniu. Dziś jednak panuje w naszym narodzie chory pacyfizm, zniewieścienie i irracjonalny lęk przed bronią palną. To wspaniały prezent dla naszych wrogów.

Na uwagę zasługuje wewnętrzna organizacja i umiejętność zbiorowego, skoordynowanego działania narodu żydowskiego. Pomimo braku telefonów, telewizji i Internetu szybko przekazywali sobie informacje, podejmowali skoordynowane działania (np. post) i zwoływali zgromadzenia. W porównaniu z ich umiejętnościami w tym zakresie protesty przeciw ACTA to drobnostka. Rozumieli też wagę zbiorowych celów i byli gotowi poświęcać dla nich osobiste interesy.

Żydzi byli przygotowani do obrony, a wzmocnieni politycznym sprytem swoich przywódców budzili postrach u tych, którzy ich nienawidzili. Nie działali chaotycznie, ale czekali na właściwy moment. O ile krócej mogłyby trwać nasze zabory, gdybyśmy posiedli tę sztukę – zamiast składać daninę krwi w powstaniach wywoływanych dla obcych interesów i w czasie dogodnym dla zaborców, uderzyć we właściwej chwili (np. podczas wojny krymskiej w 1854 r.) i w sposób dobrze zorganizowany.

Żydzi nie szukali jak dawniej pomocy w Egipcie, a „załatwili” sobie jedynie u króla wolną rękę w rozprawieniu się ze swoimi wrogami.

Mianowicie Żydzi zebrali się po miastach, gdzie byli, we wszystkich prowincjach króla Achaszwerosza, aby podnieść rękę na tych, którzy pragnęli ich zguby. I ani jeden im się nie opierał, gdyż strach przed nimi padł na wszystkie ludy. I wszyscy książęta prowincji i satrapowie, namiestnicy i wszyscy sprawujący władzę w imieniu króla popierali Żydów, gdyż padł na nich strach przed Mordochajem. Mordochaj bowiem wiele znaczył w pałacu królewskim, a wieść o nim dotarła do wszystkich prowincji, gdyż znaczenie tego męża, Mordochaja, ciągle rosło. I zabili Żydzi wszystkich swoich wrogów mieczem, drogą zabójstwa i zagłady, i robili z tymi, którzy ich nienawidzili, co chcieli. W samym zamku w Suzie wymordowali Żydzi i wygubili pięciuset mężów. (…) Pozostali zaś Żydzi po prowincjach królewskich zebrali się, aby stanąć w obronie swojego życia i zapewnić sobie spokój od swoich wrogów, zabili więc spośród tych, którzy ich nienawidzili, siedemdziesiąt pięć tysięcy, lecz na ich mienie swej ręki nie podnieśli. Estery 9:2-6,16

Sposób traktowania wrogów wydaje się nam dziś niehumanitarny. Wytresowano nas do wiary w „dobroć tego świata”. Żydzi jednak wiedzieli, że walka trwa naprawdę, nie na żarty. Jeśli ktoś chce nas skrzywdzić czy zabić, to nie wyperswadujemy mu tego zamiaru dobrym słowem czy czarującym uśmiechem. Musimy skutecznie uniemożliwić naszym wrogom złe zamiary - oni nas albo my ich. W tamtych realiach oznaczało to eliminację fizyczną. Ale i dla nas w „cywilizowanym” XXI wieku wypływają stąd praktyczne wnioski. Nasi wrogowie nie szanują reguł demokracji, przyzwoitości czy uczciwości. My, stosując się do nich, niechybnie przegramy. Tę prawidłowość dobrze sobie przyswoił (także na swoich błędach w pierwszej kadencji) premier Orbán. W latach 1998-2002 był premierem i przegrał z oszustami, którzy kłamstwo, grabież i zawłaszczanie państwa uczynili istotą swej polityki. Gdy ponownie doszedł do władzy, nie cacka się już ze szkodnikami, czym wzbudza skowyt domorosłych i zagranicznych wrogów prawości. Podobną determinację i świadomość zagrożeń widzieliśmy u Marszałka Piłsudskiego. W III RP patrioci doszli do władzy stosunkowo szybko – już w grudniu 1991r. Spisek postkomunistycznych kombinatorów szybko pozbawił ich jednak złudzeń. Gdy w 2005 roku bracia Kaczyńscy ponownie przejęli stery państwa, nie skorzystali z mądrości Marszałka i znowu dali się ograć wrogom. „Kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d..ę” – tragicznie doświadczamy jako naród tej prawdy…

Ostatnia myśl z Księgi Estery, jaką chcę Państwa pożegnać, to żydowska umiejętność świętowania zwycięstw i kultywowania historii.

Zobowiązując ich, aby rokrocznie święcili czternasty dzień miesiąca Adar i piętnasty dzień tegożmiesiąca, jako dni, w których Żydzi zyskali spokój od wrogów swoich, i jako miesiąc, w którym troska zamieniła im się w radość, a żałoba w dzień pomyślny, aby uczynili je dniami ucztowania i radości, i wzajemnego przesyłania sobie darów żywnościowych i obdarowywania ubogich. I Żydzi przyjęli to, co wtedy zapoczątkowali i co im napisał Mordochaj, jako zwyczaj:
Że Haman, syn Hammedaty, potomek Agaga, gnębiciel wszystkich Żydów, zamyślając wytępić wszystkich Żydów, rzucił "pur", to znaczy los, aby ich zniszczyć i wytępić.
Lecz gdy rzecz doszła do króla, ten nakazał, a jednocześnie dał pisemne zarządzenie, że jego wrogi zamysł, jaki powziął przeciwko Żydom, ma spaść na jego własną głowę, wobec czego powiesili jego samego i jego synów na szubienicy.
Dlatego te dni nazwali "purim", według nazwy "pur". A z powodu wszystkich słów tego listu oraz z powodu tego, co widzieli i co ich spotkało, Żydzi zobowiązali się i przyjęli to zarówno na siebie, jak i na swoje potomstwo i na tych wszystkich, którzy by się do nich przyłączyli, jako zwyczaj, którego się nie przekracza, że będą rokrocznie święcić te dwa dni zgodnie z przepisami i w oznaczonym czasie. A te dni mają być wspominane i obchodzone jako święta po wszystkie pokolenia, we wszystkich rodzinach, we wszystkich prowincjach i we wszystkich miastach. A te Święta "Purim" nie mają zaniknąć wśród Żydów i pamięć o nich nie ma ustać u ich potomstwa. Estery 9:21-28


My nie umiemy pielęgnować pamięci o naszych zwycięstwach, których mamy całkiem pokaźną kolekcję. Nie świętujemy wyzwolenia Wiednia czy zajęcia Moskwy. Nie potrafimy nawet godnie uczcić nie tak przecież odległego rozgromienia sowieckiej dziczy na przedpolach Warszawy (zamiast tego cackamy się z pomnikiem armii sowieckiej w centrum stolicy, stawiamy pomniki najeźdźcom, a nasi hierarchowie inicjują akcję palenia zniczy dla krasnoarmiejców!). Jak naród wychowywany w takiej amnezji historycznej i pomieszaniu wartości ma przejmować tradycje patriotyczne przeszłych pokoleń?

Żydzi obchodzą święto swego zwycięstwa sprzed dwu i pół tysiąca lat! To dla nich nie tylko wesoła uroczystość. To corocznie powtarzana lekcja patriotyzmu i politycznego realizmu. To ludowy epos przekazywany w rodzinach z pokolenia w pokolenie. Taki naród można niewolić, pokonywać, eksterminować, ale on się odrodzi. Historia Żydów jest tego niezaprzeczalnym dowodem.

Choć cytowałem obszernie biblijną księgę Estery, to ani razu nie odwołałem się do Boga. Co ciekawe, ta księga nigdzie nie wspomina o Bogu! Można by rzec, że Bóg opisał w niej organizację narodu za pomocą języka socjologicznego. Nasze życie ma wymiar nadprzyrodzony i naturalny. My, Polacy, często ulegamy pokusie zbyt szybkiego odwoływania się do wymiaru nadprzyrodzonego. Gdy mamy problem, to pierwszą i niestety często jedyną naszą reakcją jest „zamówienie mszy”. Niemiłosiernie zaniedbujemy jednocześnie porządek naturalny. Jeśli nauczymy się właściwie organizować nasze zbiorowe życie w porządku naturalnym (biorąc przykład z mistrzów w tej konkurencji) i mądrze rozpoznamy sygnały nadprzyrodzone, może i nam będzie dane cieszyć się naszym polskim „purim”…

Paweł Chojecki


(Nie)miłym być

Ateizm atakuje. Na ulicach miast oglądamy ateistyczne bilbordy, a prorocy tacy jak choćby Richard Dawkins zaczynają zajmować zadziwiająco dużo miejsca w przestrzeni medialnej. Ten ostatni zresztą bez ogródek nawołuje swoich wielbicieli do agresywnego, na razie tylko werbalnie, atakowania wierzących w Boga poprzez szydzenie z nich i wyśmiewanie ich poglądów. Postawa wyrażana hasłem „Boga nie ma, a ja go nienawidzę” jest przecież tylko o krok od przeniesienia obiektu złości na realnych przecież wyznawców Jezusa.


Wobec takiej taktyki wrogich Bogu ideologów, którzy wykazują się dodatkowo fanatycznym nastawieniem, wierzący powinni przemyśleć kwestię arsenału środków służących do odpierania ich ataków i przejmowania inicjatywy w dyskusjach i sporach. Czy jednak dysponujemy niezbędną do tego jednością oceny tego, co się godzi, a czego używać nie można?

 

Autor artykułu „Czy chrześcijanie powinni być mili w postępowaniu z wrednymi ateistami” („Should Christians be nice in dealing with nasty atheists?”) David Robertson doświadczył raczej braku zrozumienia u współbraci. Oto po publicznej dyskusji radiowej ze znanym ateistą otrzymał wiele krytycznych głosów od chrześcijan za bycie „niemiłym”, co nie ma rzekomo pomagać w zdobywaniu ludzi dla Jezusa. Autor pisze:

 

„Jak można odpowiedzieć na tego typu zarzuty? Odpierać je, mówiąc: W zasadzie to ja jestem całkiem miły? Brzmi to zarówno nieskromnie, jak i miękko. Chyba nie ma lepszej reakcji na zarzut typu jesteś niemiły jak powiedzenie, że zarzut taki sam jest niemiły. Nie byli przecież mili ani Eliasz szydzący z proroków Baala, ani Paweł Apostoł radzący niektórym Galacjanom, aby się do końca okaleczyli, ani Jezus udowadniający rozmówcom, że ich ojcem jest diabeł. Na ironię zakrawa fakt, że ci, którzy krytykują bycie dosadnym jako niechrześcijańskie, tym samym oskarżają Chrystusa o niebycie sobą!”


Trudno nie zgodzić się z autorem, który następnie przechodzi do uzasadniania potrzeby bycia daleko bardziej ekspresywnym w dyskusjach z agresywnymi przeciwnikami, niż pozwałyby nam na to opacznie przejęte wzorce. Oto na przykład często okazuje się, że niepostrzeżenie przyjmujemy posmodernistyczną zasadę, że można twierdzić dowolne rzeczy, ale tak, aby nie ranić niczyich uczuć. Tymczasem współcześni guru typu Dawkinsa liczą na taką właśnie postawę chrześcijan i niestety rzadko się zawodzą. Podczas gdy „mili wierzący” trwają w przekonaniu o dobrze spełnionej misji, w oczach adwersarzy jawią się raczej głupimi i naiwnymi.

 

Pora więc, abyśmy przemyśleli, jak pozostać czystymi w sumieniu przed Bogiem, używając języka zgodnie z Jego zaleceniami, ale jednocześnie pozostawać wyrazistymi dla świata. Potrzebuje on wyraźnej i często dosadnie wyrażonej oceny jego moralnego stanu, zrozumiałym dla niewierzących językiem. Nie dajmy sobie wmówić złych intencji, kiedy ich nie mamy, i odważnie bierzmy wzór z postaci, które Pismo wyraźnie zaleca nam naśladować. „Wystarczy uczniowi, aby był jak jego mistrz, a sługa jak jego pan” powiedział Jezus, tłumacząc zarzuty, z jakimi spotkają się Jego naśladowcy, aby po chwili przypomnieć nam, żebyśmy nie bali się naszych prześladowców (Mt 10:25-6).

 

Zamiast zatem starać się być miłymi, dążmy raczej do bycia odważnymi i skutecznymi, pozostając zawsze w zgodzie z sumieniem i Bożymi normami. Z pewnością będą tacy, którym nasza postawa pomoże się zawstydzić i wskaże drogę do Tego, „który ma moc zbawić”.