CO SIĘ Z NAMI STAŁO?

Na wyścigach dorabiał sobie do ostatniego wtorku pewien miły człowiek, Jurek. Kiedyś był cenionym pracownikiem wyścigowym. Pamiętam go z tych czasów. Mieszkał jak inni w hotelu robotniczym, pracował w stajni, jadał w stołówce pracowniczej. Nic mu nie brakowało. Jego błąd polegał na tym, że zawierzył systemowi. Biernie - nie czynnie. Na nikogo nie donosił, nikomu nie szkodził, był tylko szeregowym pracownikiem. Pacta sunt servanda – taki argument słyszałam przy fałszowaniu pierwszych sfałszowanych wyborów. Słyszałam również, że nie można odebrać ubekom i katom Polaków wysokich emerytur. Bo prawo nie działa wstecz. Słyszałam, że nie można wyrzucić Jaruzelskiego z domu ukradzionego Przedpełskim, bo przecież kupił ten dom w majestacie obowiązującego wówczas prawa. Natomiast ten argument nie jest podnoszony przy eksmitowaniu na bruk ludzi, którzy uwierzyli, że będą mogli mieszkać w mieszkaniach kwaterunkowych albo w nędznych hotelach robotniczych. Wyścigowy hotel został zburzony. Ludzie wyrzuceni. Część z nich zapewne trafiła do rodzin, część mieszka w węźle ciepłowniczym pod estakadą na Ursynów. Czasami widać suszące się majtki, wystaje jakaś antena telewizyjna. Nikt nie interesuje się ich losem. Nie wiem, gdzie mieszkał pan Jurek. We wtorek dostał jakiegoś ataku. Wezwane pogotowie nie chciało go zabrać do karetki. Nie pachniał Acqua di Gio, raczej wodą ognistą. Po awanturze zabrano go do szpitala przy Czerniakowskiej, gdzie stwierdzono wylew i natychmiast rozebrano go na części zamienne. Nikt nie próbował go ratować. Miał 48 lat.

 

Znajoma lekarka, do której się zwróciłam z zapytaniem o aktualną sytuację w transplantologii, napisała, co cytuję:

„Koleżanka anestezjolog, w moim wieku, zrobiła wszystko, żeby nie pracować na tzw. OIOM-ie (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej - obecnie oddział Anestezjologii i intensywnej Terapii) po przyjęciu przez Polskę tzw. kryteriów Harvardzkich - czyli orzekania o śmierci mózgu. Robi to dwóch lekarzy wg określonej procedury. Nie chciała brać w tym udziału - nie tylko ona. Wybrała pracę na sali operacyjnej, uważaną za znacznie cięższą. Rzeczywistość: rodzina widzi pacjenta nieprzytomnego, podłączonego do aparatury medycznej i otrzymuje informację, że "zwłoki są wentylowane". U nas jeszcze pytają rodzinę o zgodę na pobranienarządów - lęk przed ewentualnymi roszczeniami.

 

Wklejam link - może już znasz - http://www.incet.uj.edu.pl/dzialy.php?l=pl&p=32&i=3&m=22&z=0&n=1&k=4
Polecam w tym linku zwłaszcza ANEKS

 

To link do mądrego tekstu w gazecie lekarskiej: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2012/n201206/n20120622

 

A to link do ciekawego wywiadu: http://www.pch24.pl/gdy-transplantologia-zabija--jedno-cialo-ludzkie-to-2-mln-dolarow,23439,i.html

 

Przeczytałam to wszystko i gorąco polecam.

 

Cóż mam dodać. Ja też zawierzyłam systemowi, opłacając przez całe życie składki. Gdy prosiłam lekarza „pierwszego konfliktu” o skierowanie na „krzywą cukrową”, powiedział: „Nie widzę takiej potrzeby, może sobie pani zrobić prywatnie”. Przez całe życie nie korzystałam z pomocy lekarskiej, nie miałam nawet karty w żadnej przychodni. Korzystałam ze służby zdrowia tylko przy porodach. Teraz żałuję - trzeba było rodzić w domu. Bez lekarzy uspołecznionych nadal sobie poradzę, tak jak radzili sobie ludzie przez setki lat. I nikt nie rozbierze mnie za życia na części. Widać, że nie nadaję się już do niczego.

 

Ale jestem zszokowana. Co stało się z nami wszystkimi? Co stało się z lekarzami?

 

naszeblogi.pl, październik 2014


BOHATEROWIE SĄ ZMĘCZENI


Wszyscy poważni historycy, a zwłaszcza ci, którzy szczególnie zajmują się historią okresów walki o wolność w aspekcie socjologicznym, wiedzą dobrze, że zarówno akcje zbrojne, jak też inne rodzaje ruchu oporu, gdy trwają zbyt długo, skutkują powolnym zamieraniem ducha walki, zobojętnieniem i demoralizacją.  Dotyczy to żołnierzy regularnej armii, partyzantów walczących w szeregach organizacji podziemnych, jak też innych ruchów społecznych. Widać to wyraźnie, gdy śledzi się nasze powstania w wieku XIX, a zwłaszcza Powstanie Styczniowe. Można to zaobserwować również na przykładzie Żołnierzy Wyklętych, którzy nie ujawnili się po "wyzwoleniu" przez armię sowiecką i byli bez wyroków bestialsko mordowani aż do połowy lat 70. Zawsze pojawiał się ten sam schemat: najpierw zapał, bohaterstwo, szaleńcze akty odwagi, dyscyplina wojskowa, wsparcie ze strony ludności cywilnej, a potem - zdrada, współpraca z wrogiem i utrata poparcia w społeczeństwie, które w miarę upływu czasu zawsze wybiera zniewolone, ale w miarę spokojne życie nad walkę o wolność i suwerenność Ojczyzny. A jak to przekłada się na obecną sytuację w naszym kraju?

Występuje oczywista analogia dostrzegalna gołym okiem. Mord smoleński, seryjny samobójca, szalejące bezprawie, bezrobocie. Władza już przeprowadziła pomyślnie wszelkie próby, do jakich granic zbydlęcenia i obojętności można doprowadzić społeczeństwo i czym zaszantażować instytucje kościelne, żeby prowadzić je na pasku. Doprowadziła do sojuszu Episkopatu z rządem i upewniła się ostatecznie, że z "tubylcami" może zrobić już wszystko. Ale najgorsze dopiero przed nami. Nowo powstałe różnorakie elity niepodległościowe, które w ciągu trzech minionych lat zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu, w ostatnim okresie tracą dotychczasowy impet i pewność siebie. Znaczący przedstawiciele opozycji zaczynają współzawodniczyć ze sobą, uczciwi zaczynają wątpić w celowość swych wysiłków, a karierowicze zdejmują maski i niemal zupełnie otwarcie ubiegają się o pierwsze miejsca w przyszłej IV RP. Fakt, że partie opozycyjne dążące do obalenia obecnych struktur władzy wolą działać osobno, nie jest sam w sobie zjawiskiemnegatywnym. Natomiast to, że niektórzy publicyści „Gazety Polskiej” atakują w niewybredny i agresywny sposób członków jednej partii opozycyjnej, opowiadając się równocześnie jednoznacznie po stronie innej partii opozycyjnej, powoduje, że gazeta ta zatraciła zupełnie obiektywizm, naśladując metody pijarowskie oficjalnych mass mediów, dorównując im niekiedy w zaciekłości i szyderstwach skierowanych wobec swoich naturalnych sprzymierzeńców. Na szczęście nie wszyscy publicyści GP idą tym śladem i nie dają się wciągać w ambicjonalne, ściśle partyjne przepychanki.

Ostatnio pojawił się w publicystyce nowy tygodnik Lisickiego "Do rzeczy". Zastanawiające. Czy to, że pan Paweł Lisicki został usunięty z redakcji gazety "Uważam Rze" po wpadce/sprawie z trotylem w tupolewie, upoważnia prawicowych (podobno opozycyjnych) dziennikarzy do przyjęcia go do swego grona jak "brata", nie zważając na jego dobrze znaną, lewicową przeszłość? A pan Rafał Ziemkiewicz, który tak niedawno w dwóch kolejnych numerach GP wypowiadał się jednoznacznie, że teoria zamachu smoleńskiego jest niedorzecznością - co teraz robi w tygodniku Lisickiego? Dlaczego entuzjastyczne "Wracamy" na okładce pierwszego numeru "Do rzeczy" brzmi tak dziwnie fałszywie, jak słynny koncert Jankiela, gdy przy pomocy fałszywych tonów przybliżał on słuchaczom tragedię Targowicy? Skąd niby ci publicyści wracają? Byli przez cały czas w uczciwej gazecie "W sieci" braci Karnowskich, która dziś rozpaczliwie broni się przed unicestwieniem. Dlaczego ją opuścili? Odpowiedzi na te pytania nie są już chyba dziś tajemnicą.

I wreszcie jeszcze jedno zagrożenie - ostentacyjne odwracanie się plecami do ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej. Olbrzymi potencjał tego ruchu społecznego powinien być właściwie wykorzystany. Zamiast tego, obrzuca się uczciwego narodowca p. Mariana Kowalskiego chamskimi obelgami i insynuacjami - i to znów obciąża „Gazetę Polską”. A kto na tym zyskuje? Agenci wpływu, którzy aż przebierają nóżkami z radości w nadziei wywindowania się na lukratywne stanowiska w obozie władzy. Wykluczając narodowców z obozu niepodległościowego, wyklucza się możliwość powstania suwerennej i niepodległej Polski.

Nie chcę dołączać do grona żałosnych lemingów, którzy najpierw wybrali sami dobrowolnie tę władzę, a teraz są z niej niezadowoleni, bo nie spełniła ich żałosnych i nieuzasadnionych oczekiwań. Wciąż mam nadzieję, wbrew wszelkiej nadziei, że 10 kwietnia, po trzech latach od zamachu smoleńskiego, nastąpi coś więcej niż przebudzenie, że ten naród potrafi grozić, przerażać i osądzać, że zmiecie ten niby-rząd z powierzchni polskiej ziemi. Nie myślmy teraz o następnych wyborach.

Do tego czasu Polska zniknie z mapy Europy. Będzie jedynie regionem w granicach wytyczonych przez rząd światowy. A teraz - jeszcze istnieje. Wprawdzie w żałosnym stanie, ale jeszcze można ją uratować. Archipelag Polskości zgodnie z ideą prof. Zybertowicza już powstał. Cóż stąd, że na razie są to pojedyncze wysepki na mapie Polski, ale jest ich coraz więcej i już tworzy się między nimi wyraźna komunikacja. Niech nas to nie przeraża, że większość polskojęzycznych tubylców jeszcze śpi. Nic to. Powiedzmy im "dobranoc". To nie większość decyduje o losach kraju. To mniejszość jest motorem dziejów. Nie rozdzierajmy szat nad polską demokracją, bo jeszcze jej u nas nie było i chyba nikt na świecie jej nie widział. To tylko utopia, nic więcej.

Wybitny polski reżyser Grzegorz Braun jest monarchistą. Oczywiście, w Polsce nie możemy liczyć na odnalezienie potomków królewskich dynastii. Elity arystokratyczne zostały wymordowane przez zaborców, wyginęły w powstaniach i kolejnych zsyłkach na Sybir. Ale można przecież mieć nadzieję,że zjawi się przywódca, naczelnik na miarę Józefa Piłsudskiego, a jego potomkowie będą dziedziczyć po nim władzę i tak powstaną nowe dynastie. Czy można nazwać to oszołomstwem? Nie sądzę. A cóż innego dzieje się u nas, począwszy od 1945 roku do chwili obecnej? Rządzą nami "Czerwone Dynastie" (Jerzy Robert Nowak). Tyle tylko, że obłudnie nazywamy to demokracją.

Niektórzy nasi patrioci wielką wagę przywiązują do tego, że Episkopat Polski zdradził swój naród. Czy naprawdę jest to aż tak ważne? Przecież większość polskich katolików w ogóle nie ma pojęcia, kim jest obecny prymas Polski Józef Kowalczyk, kim abp Michalik, sekretarz episkopatu Polski, czy też abp Pieronek lub metropolita warszawski abp Nycz albo metropolita krakowski abp Dziwisz. Ale gdy Polska nagle wybuchnie, wierni i tak będą się skupiać wokół tych księży, dla których Bóg, Honor i Ojczyzna są najwyższą wartością. Tak było w całej naszej historii. Być może tak będzie i teraz. Myślę, że po pozbyciu się tej niby-władzy, ci ww. hierarchowie zostaną porzuceni nie tylko przez katolików, ale także i przez tę władzę, która jeszcze istnieje prawem kaduka, ale już teraz ich lekceważy. Do czego mogą się jej przydać dostojnicy kościelni, którzy nie mają poparcia własnego narodu?

Taka jest nadzieja, takie oczekiwania Polskiego Ruchu Niepodległościowego na dziś. A czy Bóg pozwoli, by nasze nadzieje poparte czynem spełniły się już niedługo - tego, niestety, nie wiemy. Tak czy inaczej, musimy podążać drogą Prawdy i bronić jej, jak umiemy, bo tylko idąc taką drogą, ocalimy swą godność i swoje człowieczeństwo.

 

***
Naszej Autorce,
 Krystynie Szczyrek,
składamy wyrazy współczucia
z powodu tragicznej straty Syna
redakcja

***


Ja, Polak, domagam się możliwości obrony siebie i swojej rodziny – LIST OTWARTY

Panie i Panowie politycy!

Powoli chyba trzeba zacząć mówić nieco głośniej do Was, politycy! Zadziwiające jest to, że nie dostrzegacie potrzeb społecznych. Postaram się zatem Wam, politykom, te potrzeby wyartykułować prostymi słowami.

 

Domagam się, nie tylko ja, ale i tysiące Polaków, abyście jak najszybciej uchwalili zmiany w kodeksie karnym oraz w ustawie o broni i amunicji. Domagamy się od Was, polityków, wprowadzenia w kodeksie karnym zmian regulujących zasady obrony koniecznej. Domagamy się tego, aby nie istniała odpowiedzialność karna w przypadku przekroczenia granic obrony koniecznej, gdy dobrem zagrożonym zamachem jest bezpieczeństwo powszechne, życie, zdrowie, wolność. Domagamy się też zmian w ustawie o broni i amunicji. Chcemy mieć prawo do posiadania broni palnej dla ochrony naszych domów, dla ochrony miru domowego.

 

My, Polacy, chcemy mieć niezachwianą pewność, że broniąc siebie, naszych rodzin i bliskich, nie będziemy gnili w kryminałach, gdy okaże się, że zamiast potraktować należycie bandziora, powinniśmy dzwonić i czekać na Policję! My, Polacy, chcemy mieć niezachwianą pewność, że broniąc siebie, naszych rodzin i bliskich, będziemy mieli do dyspozycji środki skuteczne i należycie odstraszające złoczyńców.

 

My, Polacy, nie wierzymy Wam, politykom, że jesteśmy bezpieczni! Może Wy, politycy, w twierdzach Waszych urzędów, za kordonami funkcjonariuszy jesteście bezpieczni. My, Polacy, w naszych domach tego bezpieczeństwa nie mamy!

 

Wydarzenia we Francji pokazują, że Europa jest zagrożona. Europa to też Polska! Będziecie, politycy, mieli krew na rękach, jeżeli w Polsce dojdzie do tragedii podobnej jak we Francji, a my, Polacy, nie będziemy mieli zagwarantowanych prawnych i faktycznych środków obrony!

 

Uwierzcie nam, Polakom, Wy, politycy, że jesteśmy w zdecydowanej większości praworządni i zdrowi psychicznie. Nie uwłaczajcie nam, Polakom, Wy, politycy, twierdząc, że wystarczy nam 1 karabin na 100 mieszkańców. Niemcy mają 30 karabinów na 100 mieszkańców i to jest średnia europejska! Wy, politycy, utrzymujecie nas, Polaków, w roli najbardziej bezbronnego ludu w Europie. Zmieńcie to, póki jest na to czas! Zmieńcie to, bo na trwałe powstanie podział na my, Polacy i Wy, politycy!

 

Ja, Polak - Andrzej Turczyn, adwokat


fot.freeimages.com

Polacy i broń – za i przeciw

atOd jakiegoś czasu rozmyślam nad problemem, czy dostęp do broni w Polsce powinien być powszechny, czy jednak reglamentowany. Powszechny, czyli prawo do broni powinno być prawem wynikającym z Konstytucji, z faktu przynależności do wspólnoty Polaków. Reglamentowany czyli regulowany innymi jeszcze kryteriami, opisanymi w przepisach prawa. Zastanawiam się, czy istnieją naturalne mechanizmy społeczne powodujące, że powszechny dostęp do broni palnej nie będzie zagrożeniem dla porządku i bezpieczeństwa publicznego. Poszukuję tych społecznych mechanizmów i zastanawiam się, czy ich minimum powinno być opisane w przepisach prawa, czy też naturalnie istniejące wystarczą. Rozmyślam o tym, mając za wartość to, że człowiek powinien mieć prawo dążyć do szczęścia w sposób przez siebie wymyślony, bez prawa do krzywdzenia innych w realizacji tego dążenia i jednocześnie zachowując uprawnienie do obrony własnego i najbliższych bezpieczeństwa, gdy bez powodu kto chce w nie ingerować.

 

Niezwykle mocno przemawiają do mnie słowa Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej: Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające dla szczęścia i bezpieczeństwa. Roztropność, rzecz jasna, będzie dyktowała, że rządu trwałego nie należy zmieniać dla przyczyn błahych i przemijających, doświadczenie zaś wykazało też, że ludzie wolą raczej ścierpieć wszelkie zło, które jest do zniesienia, aniżeli prostować swoje ścieżki przez unicestwienie form, do których są przyzwyczajeni.

 

Mając te wartości na względzie, poszukuję rozwiązania sprawiedliwego, które będzie realizowało przyrodzone prawa, nie tworząc zagrożenia porządku i bezpieczeństwa publicznego. Szukam raczej idei, która przerodzić się może w dobre prawo. Nie proponuję konkretnych zapisów, bo idea musi wyprzedzać literę. Gdy jest odwrotnie, znaczy, że przepisy tworzą pozbawieni etycznego myślenia technokraci.

 

Nie budzi wątpliwości to, że broń jest urządzeniem, które w rękach nieodpowiednich staje się śmiercionośnie niebezpiecznym urządzeniem. Mie mam wątpliwości co do tego, że w skrajnym przypadku, gdy broń znajdzie się rękach wariata, może stanowić zagrożenie dla Bogu ducha winnego sąsiada. Nie mam wątpliwości, że broń w rękach odpowiedzialnego i zdrowego na umyśle człowieka stanowić może jedyną metodę obrony przed uzbrojonym w niebezpieczne narzędzie wariatem lub bezwzględnym przestępcą. Działania przestępców mają tę charakterystyczną cechę, że podejmowane są w miejscu i w celu uniknięcia obecności policjanta, a działania szaleńców są nie do przewidzenia.

 

Nie mam wątpliwości, że przy pomocy przepisów prawa nie da się uregulować życia. Nie mam wątpliwości, że człowiek jest istotą, która kieruje się zasadami. Jedne zasady determinujące ludzkie działanie są złe, inne dobre. Nie mam w końcu wątpliwości, że człowiek wartości nie nabywa z lektury przepisów prawa, a są one poprzez różne zdarzenia społeczne wprowadzone i zakodowane w jego umyśle, inni powiedzą w sercu. Moim zdaniem wartości w człowieku kształtuje rodzina, religia czy kościół, otoczenie społeczne i pewnie bardzo wiele innych czynników, a te wskazuję jako podstawowe. Nie mam wątpliwości, że treść przepisów prawa jest pochodną wartości wyznawanych przez społeczeństwo. Prawo niesprawiedliwe tworzone jest przez zdemoralizowanych przedstawicieli zdemoralizowanych narodów.

 

W dyskusji o broni Ameryka jest dla jednych niedoścignionym wzorem wolności, dla innych wynaturzeniem istoty posiadania broni. Czy to dla nas dobry przykład? Zapewne jest punktem odniesienia. Ameryka została zbudowana przez ewangelicznych chrześcijan – protestantów. Dla takiego chrześcijanina powinność odpowiedzialnego posiadania broni i posługiwania się nią nie wynika ze strachu przed karą. Tej kary nakładać prawo nie musiało. Chrześcijanin wiedział, że odpowiada przed Bogiem, że Bogu jest winien wdzięczność za wybaczenie win i grzechów. To podejście do odpowiedzialności obce jest krajom opartym na religii katolickiej. Tu dominuje pojęcie kary i strachu przed karą. Tu w przepisy prawa trzeba wpisać to, co wynika z religijnych przekonań większości. Moim zdaniem to ta różnica sprawia, że w krajach jak Polska powszechny dostęp do broni byłby wprost niebezpiecznym zjawiskiem. Inaczej zachowuje się człowiek działający z wdzięczności, a inaczej ten, co karą i groźbą jej spełnienia jest zmuszany do posłuszeństwa. Oczywiście tej miary nie należy przykładać do dzisiejszej Ameryki, powoli dominowanej przez katolicką ludność latynoską. To moje spostrzeżenia z historii tego kraju.

 

Polska jako należąca do krajów o tradycji katolickiej nie może moim zdaniem wprowadzać powszechnego prawa do broni. Stan moralny Polaków jest w słabej kondycji. Z tego powodu posiadanie broni powinno być reglamentowane przepisami prawa. Prawo powinno reglamentować nie po to, aby zakazywać prawym ludziom posiadania broni, a po to, by tworzyć przewagę praworządnego obywatela nad tym, co praworządności nie ceni w życiu. Przy czym proponuję pojęcie praworządności rozmieć jako stan braku zagrożenia dla siebie, porządku i bezpieczeństwa publicznego. Nie sposób w dzisiejszej Polsce rozumieć praworządności jako przestrzegania wszelkich przepisów prawa. Gąszcz przepisów i skala kryminalizacji moralnie obojętnych czynów ludzkich nakazuje odrzucenie takiego sposobu rozumienia praworządności. Reglamentacja nie może być represyjna wobec wszystkich, to byłaby wada systemu. Represja wobec wszystkich to założenie, że wszyscy są niepraworządni, ułomni psychicznie i chętni do tworzenia zagrożenia dla innych. Takie założenia leżą u podstaw systemów totalitarnych. Moim zdaniem w przepisy prawa wpisać należy minimum kryteriów, których spełnienie musi decydować o wydaniu prawa posiadania broni palnej tak, aby jasne było, kto w rozumieniu przepisów jest człowiekiem stwarzającym zagrożenie dla innych. Bezprawia nie można w życiu społecznym na równi traktować z prawym zachowaniem. Należy w przepisach prawa kształtować przewagę prawych nad nieprawymi. Należy utrudniać dostęp do broni temu, kto przemoc wobec innych traktuje jako rzecz normalną i ułatwiać prawemu człowiekowi realizację własnych oczekiwań.

 

Niechętnie posługuję się pojęciem niekaralności. Dzisiejsza represyjność prawa i tworzenie z czynów moralnie obojętnych typów przestępstw odstrasza mnie od pomysłu reglamentowania broni uprzednią niekaralnością. Czym innym w odczuciu społecznym jest karalność za przestępstwa, które mają na celu wyrządzenie szkody drugiemu, a czym innym np. przestępstwa podatkowe, nieumyślne czy o zupełnie drobnym charakterze. Uważam, że nie wolno pozwalać na posiadanie broni osobom karanym za najpoważniejsze typy przestępstw skierowanych przeciwko innej osobie, z użyciem przemocy. Moim zdaniem wystarczająca byłaby regulacja, że wyrok skazujący za popełnione umyślnie przestępstwo z użyciem przemocy uznawany będzie za istnienie zagrożenia dla siebie, porządku i bezpieczeństwa publicznego. Niekaralność zupełna jako przesłanka dysponowania bronią powoduje to, że prawo dysponowania bronią staje się przywilejem dla tych, którzy zgodnie współżyją z systemem. Nagrodą, nie prawem przyrodzonym, istniejącym z natury. Gdy zapomnimy, że pewne prawa są człowiekowi nadane przez Stwórcę lub też z natury istniejące, a uznamy, że ustawodawca o nas decyduje, stworzymy system nieludzki. Gdy będziemy pamiętać, że prawo do bezpieczeństwa i dążenia do szczęścia jest naturalne, łatwiej będzie rozumieć cel, któremu służą przepisy prawa i reglamentacja prawa do broni.

 

Stan zdrowia to kolejna dziedzina, która powinna decydować o prawie do posiadania broni. Moim zdaniem badanie stanu zdrowia ograniczone powinno być do zdrowia psychicznego i takich chorób, które powodują możliwość nagłej i bez kontroli utraty władzy nad bronią. Aktualne prawodawstwo polskie wprost dyskryminuje niepełnosprawnych, np. w zakresie zdolności poruszania się. To dla mnie niezrozumiałe. Dzisiaj, gdy wielki nacisk kładzie się na znoszenie barier i społecznego wyłączenia osób niepełnosprawnych, taka jawna dyskryminacja nie może mieć miejsca.

 

No i rzecz ostatnia, a być może podstawowa. Prawa decydowania o pozwoleniu na broń nie wolno pozostawiać w rękach sowieckiego człowieka. Z tego powodu pozwolenia powinny być wydawane automatycznie po spełnieniu prostych kryteriów. Niezbędne jest dalsze doprecyzowanie przepisów, tak aby człowiekowi sowieckiemu uniemożliwić wulgaryzację przepisów prawa. Optymalnie pozwolenia powinny być wydawane przez cywilną administrację samorządową.

 

Przepisy prawa o broni powinny być tworzone, uwzględniając jako rzecz podstawową to, że naturalnie z faktu urodzenia obdarzeni jesteśmy pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście bez naruszania szczęścia innych. Przepisy prawa powinny być tworzone w celu utrudniania dostępu do broni temu, kto przemoc wobec innych traktuje jako rzecz normalną i ułatwiać prawemu człowiekowi realizację własnych oczekiwań. Wreszcie przepisy prawa powinny w jak najmniejszym zakresie dyskryminować tych, którzy nie mają pełnej władzy fizycznej nad swym ciałem. Gdy te założenia wstępne zostaną uznane za słuszne, możliwe będzie stworzenie prawa, które będzie miało przymiot sprawiedliwego.

 

Chciałbym rozpocząć publiczną dyskusję. Rząd, przedstawiciele wybrani wolą wyborców zwykle zapominają, że są na naszej służbie. Wynoszą się, swoje przekonania traktują najwyżej, za nic mając głos z ludu idący. Nie zmienia to faktu, że musimy mówić głośno o tak ważnej sprawie. Już wszyscy widzimy, że nie będzie wiecznego pokoju, że wojna i niepokoje to rzecz, która może i nas spotkać. Nie można w tak ważnej sprawie jak prawo do broni milczeć i czekać, co los przyniesie.

 

idź Pod Prąd, październik 2014


REPUBLIKA R CZ.12 – NIEZŁOMNY BOJOWNIK

W Republice R prawo zabraniało handlowania, posiadania i zażywania narkotyków. Narzekali na to nie tylko narkomani, lecz przede wszystkim ci, którym były drogie idee właściwie pojętej wolności.

Zmieniło się to, gdy premierem został Brandon Trut. Sprawił on, że narkotyki stały się powszechnie dostępne. Każdy mający powyżej 12 lat mógł je kupić w markecie lub sklepiku ze słodyczami.

Pewnego razu Trut wrócił po posiedzeniu rządu do swego domu. W kieszeni miał pudełko z „Bubelem”, specyfikiem, którym chciał sobie umilić wieczór. Wtem przybiegła jego suka, Dolores. Obwąchała pudełko z narkotykiem, po czym zaczęła skomleć, jak zwykle, gdy chciała coś uzyskać od swojego pana.

- Chcesz tego? - zapytał premier.

Zwierzę zaskomlało z jeszcze większą mocą.

- Doprawdy, nie mogę ci tego odmówić, Dolores. Przecież o to właśnie walczyłem. - pogłaskał ją po głowie i wyjął jedną tabletkę „Bubelu”.

Dolores skwapliwie połknęła dawkę narkotyku.  Przez chwilę stała z rozdziawionym pyskiem i ciężko dyszała. Potem zaczęła groźnie warczeć,spoglądając jednocześnie na Truta. Premier nie zdążył nawet krzyknąć, gdy z niezwykłą siłą rzuciła się na niego, od razu go przewracając. Jej celem była jego szyja, w którą wgryzła się ostrymi kłami. W nekrologach napisano o Trucie: „Niezłomny bojownik o prawo do zażywania narkotyków”.


OD REDAKCJI – CZAS RZEŁOMU

Żyjemy, jak to się mówiło w chińskim przekleństwie, w ciekawych czasach. Wieszczony przez niektórych koniec historii i ogólny nudny „święty spokój” nie nastąpił. Jego miejsce w ludzkich umysłach coraz powszechniej zajmują strach, niepewność i zagubienie. Współczesne społeczeństwa oderwane od Boga i przyzwyczajone do dobrobytu i rozrywek są bezradne wobec realnych problemów. A tych przybywa z każdym dniem. Obszarem najbardziej newralgicznym, któremu w Polsce z racji własnych problemów nie poświęca się wystarczającej uwagi, jest Bliski Wschód. W ostatnich dniach okazało się, że dokonała się tam fundamentalna zmiana – Izrael stracił swego potężnego sojusznika i został sam. O tym scenariuszu pisałem już dziesięć lat temu w jednym z pierwszych numerów „idź POD PRĄD”. Od razu uprzedzam, że nie ma to związku z darem proroctwa, a jedynie z prostym odczytywaniem Biblii i kojarzeniem jej z obserwacją aktualnych trendów. Układ sił wokół Izraela zmienił się bardzo
niekorzystnie. Do roli głównego gracza propagandowego wróciła Rosja sprzymierzona z głównym graczem ekonomicznym – Chinami. Gdy kiedyś czytałem proroctwa biblijne dotyczące czasów ostatecznych, miałem pewien problem – z jednej strony w dziedzinie technologii (np. powszechna inwigilacja i kontrola handlu), socjologii (np. zbuntowane wobec władzy rodziców, amoralne młode pokolenie) czy religii (budowa zjednoczonego kościoła dla „wszystkich ludzi dobrej woli”) współczesny świat niebezpiecznie przybliża się do opisów apokaliptycznych, a z drugiej strony o polityce globalnej decydują Stany Zjednoczone. W opisach biblijnych występują jako główni gracze tylko odnowione Imperium Rzymskie, Babilon, państwo z 200-milionową armią na Wschodzie, i Księstwo Północne (z perspektywy Jerozolimy Moskwa leży na północy). Nie ma w takim układzie miejsca na kluczową rolę innego mocarstwa. Dotychczas bezpieczeństwo Izraela opierało się na dwu filarach: własnej broni nuklearnej oraz sojuszu z USA. Dzięki temu długo nikt nie mógł w regionie „podskoczyć” Żydom. Stany Zjednoczone były stabilnym partnerem Izraela w dużej mierze dzięki protestanckiemu charakterowi tego państwa. Ludzie uznający prymat Biblii bez trudu uznają prawo Żydów do nadanej im przez samego Boga Ziemi Obiecanej. Niestety, amerykańscy protestanci przegrali walkę o duszę swego narodu i dziś z większości stali się mniejszością.  Uwidoczniło się to w bardzo jaskrawy sposób, gdy nie potrafili zapobiec reelekcji zguby Ameryki. Obama wybrany głównie głosami emigrantów, katolików i lewaków metodycznie niszczy wewnętrznie Amerykę i demoluje politykę światową. Nie tylko pozostawił na pastwę Rosji Polskę i Europę Środkową, ale i zdradził Izrael w konflikcie z Iranem, który niebawem zdobędzie broń atomową. Po nim zafundują ją sobie szejkowie z Arabii Saudyjskiej (podobno już mają, ale trzymają w Pakistanie) i nie wiadomo, kto jeszcze. By nie dopuścić do ”total disaster”,
Putin (lub jakiś jego duchowy spadkobierca) wsparty autorytetem Franciszka, Chin i UE z troską pochyli się nad sytuacją i zaproponuje „pokój za atom”. W tym momencie Izrael stanie wobec śmiertelnego zagrożenia (do tego czasu USA pogrążą się w konfliktach wewnętrznych i stracą dominującą rolę w geopolityce).


Warto w tym kontekście skorzystać z oferty przedstawionej na końcu Księgi Apokalipsy. Nie ma innego sposobu, by wyrwać się z sideł niepewności, strachu przed przyszłością czy przed własną śmiercią. I widziałem nowe niebo i nową ziemię; albowiem pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma. I widziałem miasto święte, nowe Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, przygotowane jak przyozdobiona oblubienica dla męża swego. I usłyszałem donośny głos z tronu mówiący: Oto przybytek Boga między ludźmi! I będzie mieszkał z nimi, a oni będą ludem jego, a sam Bóg będzie z nimi, i otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie; albowiem pierwsze rzeczyprzeminęły. I rzekł Ten, który siedział na tronie: Oto wszystko nowym czynię. I mówi: Napisz to, gdyż słowa te są pewne i prawdziwe, I rzekł do mnie: Stało się. Jam jest alfa i omega, początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo ze źródła wody żywota. Zwycięzca odziedziczy to wszystko, i będę mu Bogiem, a on będzie mi synem. Udziałem zaś bojaźliwych i niewierzących, i skalanych, i zabójców, i wszeteczników, i czarowników, i bałwochwalców, i wszystkich kłamców będzie jezioro płonące ogniem i siarką. To jest śmierć druga. (…) Ja, Jezus, wysłałem anioła mego, by poświadczył wam to w zborach, Jam jest korzeń i ród Dawidowy, gwiazda jasna poranna. A Duch i oblubienica mówią: Przyjdź! A ten, kto słyszy, niech powie: Przyjdź! A ten, kto pragnie, niech przychodzi, a kto chce, niech darmo weźmie wodę żywota.
Obj. 21:1-8 i Obj. 22:16-17


Déjà vu, czyli to wszystko już było

„ Gdy wchodzą do miasta Tatarzy, nie pytaj, czy pies trębacza jest szczepiony”.

To nowa wersja starego przysłowia, którą zaprezentował mi podczas dyskusji zaprzyjaźniony Ukrainiec. Podaję ją nieudolnie przetłumaczoną, bo czytelnicy stanowczo zabronili mi pisania w obcych językach. Może dlatego, że robię szkolne błędy.

W Polsce mamy obecnie jedność światopoglądową - od prawa do lewa. Jak za I Solidarności albo za okrągłego stołu i przed pierwszymi, „ wolnymi tylko częściowo”, wyborami.

Taka jedność musi być mistyfikacją, bo interesy ludzkie są sprzeczne.


„ Gdy wchodzą do miasta Tatarzy, nie pytaj, czy pies trębacza jest szczepiony”.

 

To nowa wersja starego przysłowia, którą zaprezentował mi podczas dyskusji zaprzyjaźniony Ukrainiec. Podaję ją nieudolnie przetłumaczoną, bo czytelnicy stanowczo zabronili mi pisania w obcych językach. Może dlatego, że robię szkolne błędy.

 

W Polsce mamy obecnie jedność światopoglądową - od prawa do lewa. Jak za I Solidarności albo za okrągłego stołu i przed pierwszymi, „ wolnymi tylko częściowo”, wyborami.

 

Taka jedność musi być mistyfikacją, bo interesy ludzkie są sprzeczne.

 

Zadawałam kiedyś rozmówcom proste pytanie: „ Jak Michnik może w więzieniu pisać i wydawać książki w sytuacji, gdy szeregowy więzień ma kłopoty z przekazaniem rodzinie kilku słów grypsu?”. Trudno przytaczać głupstwa, które słyszałam w odpowiedzi. Na przykład, żeMichnik ma tak wielką charyzmę, że klękają przed nim strażnicy więzienni i mu pokornie służą. Najczęściej byłam jednak za to proste pytanie odsądzana od czci i wiary.

 

„ Gdybym miał tak spaczony obraz świata jak pani, popełniłbym samobójstwo” - powiedział mi pewien pan z arystokratycznej zubożałej rodziny, który nigdy Michnika na oczy nie widział i nie miał nic wspólnego z polityką, a przede wszystkim ze stalinowską grupą interesu w Polsce.

 

On jeden gorąco mnie przeprosił, gdy Michnik kazał odp... się od Jaruzelskiego i nazwał Kiszczaka człowiekiem honoru. Starszy pan, w przeciwieństwie do innych rozmówców, przeprosił mnie, bo był po prostu dobrze wychowany.

 

Nie twierdzę, że nie należało współpracować z Geremkiem i Michnikiem w czasach, gdy - jak mówiliśmy - „było nam po drodze”. Być może należało współpracować na zasadzie „brać od wszystkich - nikomu nie kwitować”. Okazało się jednak, że to nie my - to kto inny brał bez opamiętania i nie kwitował, my tylko dawaliśmy.

 

Przede wszystkim należało jednak pilnować, żeby stalinowska grupa interesu w Polsce nie przechwyciła steru i nie obróciła go o 180 stopni. Nie wiem, czy to było możliwe. Ustalenie tego to zadanie historyków. Skrajną głupotą było jednak wierzyć, że przedstawiciele tej stalinowskiej grupy interesu zrobią cokolwiek dla sztandarowych robotników „bronionych” przez KOR czy dla entuzjastycznych ciotek rewolucji zbierających dla nich pieniądze i roznoszących bohatersko ulotki.

 

Pamiętam, że za czasów I Solidarności epatowano ludzi daczami byłych prominentów nad Zalewem Zegrzyńskim, podobnie jak pozwolono teraz prostym Ukraińcom gorszyć się złotymi sedesami w pałacach Janukowycza. Podobno kilka tych prominenckich pałaców w Polsce zburzyli sami właściciele. Chyba tylko po to, żeby za kilka lat przejąć na własność cały kraj.

 

Niewygodne pytania, na przykład: „ Kto płaci za toalety typu toi toi na Majdanie?” automatycznie stawiają pytającego w szeregu zwolenników Putina. To bardzo komfortowa psychicznie sytuacja - nigdy nie zadawać niewygodnych pytań i zawsze stawać po dobrej stronie mocy. A potem płakać: „Oszukał nas wróg, jak on tak mógł?”.

 

Za czasów pomarańczowej rewolucji na Ukrainie na Majdan pojechały dzieci z katolickiego gimnazjum, do którego uczęszczała moja córka. Miały machać pomarańczowymi szmatami, za co zapewniono im nocleg i wikt (catering) oraz gwarancję bezpieczeństwa. Kiedy zapytałam na szkolnym zebraniu: „Kto daje takie gwarancje?”, zostałam dosłownie zadziobana. Nie było świństwa, którego by mi nie przypisywano. Córka oczywiście nie pojechała, a jej koleżanki bawiły się wyśmienicie. Jak na prywatce. Miały poza tym poczucie, że zanurzyły stopę w głównym nurcie historii. Wszelkie meandry tego nurtu nic ich nie obchodziły, jeśli nawet je rejestrowały.

 

Nic mnie tak nie przeraża, jak jedność światopoglądowa. Gdy Kiszczak zaczął mówić tym samym głosem co Michnik, Bujak i miliony klakierów, pomyślałam sobie: „To się źle skończy”.
Czy oznacza to, że życzyłam przegranej naszej oddolnej solidarnościowej rewolcie? Nigdy w życiu, ale dopiero wtedy zrozumiałam, że nie ma ona szans, a my wszyscy, jej mięso armatnie, zostaniemy przeżuci i wypluci. Tak się też stało.

 

Niewygodne pytania w sprawie Ukrainy, na przykład: „Dlaczego akceptowana jest jako rzecznik oligarcha, która okradła ich na miliardy dolarów?” świadczą tylko o tym, że pytający bardziej się martwi o prostych Ukraińców, którzy są mięsem armatnim tej rewolty, niż oni sami.

 

Nie chodzi tu o racje geopolityczne, o pełzające rewolucje, które dowodzą, że świat w niebezpieczny sposób dojrzewa do zmiany sojuszy i granic. Nie chodzi o jarzyny do sprzedania Rosjanom ani o fascynację Putinem.

 

Chodzi tylko o tych ludzi na Majdanie. Żeby jak my nie zostali przeżuci i wypluci.

 

naszeblogi.pl/44901-deja-vu-czyli-wszystko-juz-bylo

 

36 milionów Pawlików Morozowów

Po wypadku w Kamieniu Pomorskim, w którym pijany kierowca zabił 6 osób, specjaliści, fachowcy, dziennikarze i policjanci karnie jak na rozkaz odpowiadali na leninowskie pytanie, co robić. Część z nich doszła do wniosku, że to „zwykli ludzie” powinni informować policję o tym, że ktoś jedzie autem wężykiem albo ktoś, będąc pod wpływem alkoholu, wsiada do samochodu. W tym drugim przypadku szczególny obowiązek powiadomienia policji o zdarzeniu spoczywałby na rodzinie bibosza za kółkiem. Oczywiście podano, jak taki donos w formie telefonicznej ma wyglądać, i zachwalano, jak skutecznie przebiegła akcja zatrzymania „niedoszłego mordercy”.


Niedawno w telewizji pokazano reportaż o donosach trafiających do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wiele osób inaczej odczytuje ten skrót, sugerując, że zakład ów zajmuje się utylizacją, ale pozostanę przy nazwie zaczerpniętej z Wikipedii. Swoją drogą, rzeczniczka prasowa jednego z oddziałów ZUS-u powiedziała, że zatrudniająca ją instytucja donosy, które dotyczą spraw niebędących w kompetencji ZUS-u, odsyłał do „właściwych organów”. Ciekaw jestem, jak brzmi podstawa prawna uprawniająca „organy” do przekazywania sobie donosów. Ale czort a nią. Podano oczywiści, jak ma wyglądać wzór takiego donosu, przy czym z reportażu jasno wynikało, że osobą, na którą trzeba donosić, jest ktoś utrzymujący się z drobnego handlu. W żadnym wypadku tzw. samorządowiec tracący stołek i w związku z tym zapadający natychmiast na zdrowiu na pół roku czy rok, dzięki czemu, oprócz odpraw, bierze przez ten czas te kilkanaście tysięcy miesięcznie. Co to, to nie. (PS Nie uważam unikania płacenia składek do ZUS-u przez osoby prowadzące działalność gospodarczą za coś złego. Tak mogą uważać ci, którzy kosztem uczciwych ludzi siedzą na stołkach państwowych albo opłacanych przez samorząd. A niechęć do płacenia ZUS-u traktują jako podcinanie gałęzi, na której siedzą.)

 

Nie trzeba było długo czekać, aż telewizja poinformowała, że dentyści strasznie wyłudzają od Narodowego Funduszu Zdrowia pieniądze za usługi, jakich tak naprawdę nie wykonali, i że pacjenci powinni się zainteresować, co figuruje w ich dokumentacji, a co tak naprawdę zrobił dentysta, a o różnicach oczywiście powinni donosić. Proceder wyłudzania przez dentystów pieniędzy trwa od lat i jakoś nikt z NFZ nie poszedł siedzieć za to, że stworzył złodziejski system i że tolerował jego istnienie. Najpierw pozwalają kraść, a później nie ma na leczenie choćby ludzi chorych na raka.

 

W Polsce jest mnóstwo służb specjalnych, policja, niezależna prokuratura, niezawisłe sądy, straż miejska, ale gdy władze chcą wykryć przestępstwa, to armię tą ma wyręczyć donos od podatnika, który tę całą armię zmuszony jest utrzymywać. Widać oni, wychowani na donoszeniu, innego systemu nie potrafią zbudować. Ale to chyba zbyt optymistyczne wyjaśnienie. Gdyby ten fakt świadczył o nieudolności organów, to byłoby jeszcze pół biedy. Gorzej, że raczej im chodzi o zerwanie więzi między ludźmi i tworzenie, jak to się ładnie określa, zatomizowanego społeczeństwa, gdzie jeden drugiego będzie się bał, że jak powie coś nie tak, zrobi coś nie tak, to ten drugi od razu pobiegnie napisać donos, bojąc się, że ten pierwszy szybciej biega i zdąży wcześniej nie tylko napisać donos, ale w dodatku złożyć go u właściwego organu. Takim społeczeństwem łatwiej się rządzi, takie społeczeństwo nie wytworzy opozycji mogącej odgonić rządzących od koryta itd. Słowem, dla władzy same plusy.

 

Dla nich ideałem jest Związek Sowiecki. A my według nich mamy być takimi Pawlikami Morozowami, oczywiście po pracy, podczas której niczym Stachanow wykonamy, podaję za Wikipedią, 1475% normy. Proszę, czego doczekaliśmy się po 25 latach od przesławnej transformacji ustrojowej, podczas której została obalona komuna.
PS Oczywiście wiem, że z Pawlikiem sprawa wyglądała inaczej, niż przedstawiała to sowiecka propaganda, ale to sprawa na inny artykuł.

 

(michalpluta.bloog.pl)

 

O ZAMKNIĘCIU GRZEGORZA BRAUNA I PAŃSTWIE KISZCZAKA

NIEDAWNO WŁADZE ŚWIĘTOWAŁY 25 LAT WOLNOŚCI. ŚWIĘTOWAŁ WIĘC PAN PREZYDENT BRONISŁAW KOMOROWSKI Z MAŁŻONKĄ, ŚWIĘTOWAŁ PAN PREMIER DONALD TUSK, ŚWIĘTOWAŁA PANI MARSZAŁEK SEJMU EWA KOPACZ, ŚWIĘTOWALI MINISTROWIE, POSŁOWIE, SENATOROWIE, ŚWIĘTOWAŁA „GAZETA WYBORCZA”, CELEBRYCI, KOMBATANCI, ŚWIĘTOWALI OSOBNICY, KTÓRZY OBŁOWILI SIĘ W III RP, JAK NP. PAN BOGDAN BORUSEWICZ I CI, KTÓRZY CHCĄ SIĘ JESZCZE ZDĄŻYĆ NACHAPAĆ. BYŁO IM WESOŁO, JAK KLOWNOM NA ARENIE CYRKOWEJ.

 

Ciekaw jestem, czy generał Czesław Kiszczak nie dostał jakiegoś urazu szczęk od nadmiaru śmiechu, patrząc na tych bałwanów. Chociaż to profesjonalista, więc pewnie tym tak śmiesznym spektaklem w wykonaniu pacynek nie zrobił sobie krzywdy. A skoro o Czesławie Kiszczaku mowa... W swoim czasie mówił, że Solidarność co prawda miała 10 milionów członków, ale z jego agentami. Podczas odprawy kadry kierowniczej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mówił w taki oto sposób o celach ministerstwa na rok 1989: „SB może i powinna kreować różne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji, na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki”. Później zauważył, że mówi się, iż Solidarność w 1989 r. była silna, ale 20 lat trwało, zanim ta Solidarność odebrała mu emeryturę. Tu chyba pan generał trochę fantazjował, bo nie sądzę, aby znalazł się ktoś odważny i rzeczywiście odebrał mu z takim trudem wypracowaną emeryturę. Można mnożyć przykłady prowadzące do wniosku, że III RP jest w rękach PZPR i ubeków, ale nie czas i miejsce na to. Durniów nie przekonam, rozsądnych nie muszę.

 

Jaka jest wolność w Polsce, przekonał się na własnej skórze reżyser Grzegorz Braun. Oto został oskarżony przez policjantów o straszliwe pobicie. To oczywiście stary, tandetny chwyt milicjantów przekazywany z ojca nasyna. Dawno temu stosował go milicjant w mojej miejscowości. Najpierw zrzucał sobie czapkę, a później ludzi pałował. A swoją drogą, co to za policjanci, skoro bije ich jeden człowiek? Od razu takie fajtłapy powinno się wywalić z policji, gdyby oczywiście ta policja miała służyć społeczeństwu. A służy tak naprawdę służbie bezpieczeństwa, więc wszystko jest w porządku. SB każe być pobitym, to od razu policjant jest pobity. Każe zrobić w spodnie, to taki jeden z drugim zrobi w spodnie.

 

Sowieccy towarzysze mawiali: „Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”. Nieważne więc, co się stało, czy Grzegorz Braun został pobity, czy on pobił. Ważne, co w notatce służbowej napisał policjant. Sąd to później klepnie, oskarżony do kicia i po sprawie. Coś chyba jednak poszło nie tak, bo proces Grzegorza Brauna trwa już parę lat i jakoś reżysera nie zamknęli. Czyżby tak kiepsko działał niezawisły sąd w III RP (państwie, które od czasu, kiedy prezydentem został Bronisław Komorowski, co rusz zdaje egzamin) czy też groźba wyroku skazującego i odsiadki miała wyhamować działalność Grzegorza Brauna? „Wicie, rozumicie, jak wy w Partię nowym filmem, to my Partia was do pierdla. Zrozumiano?”

 

I chyba niezawisły sąd od słów przeszedł do czynów, bo postanowił wsadzić Grzegorza Brauna do aresztu (areszt to taki rodzaj więzienia) pod pretekstem, że wyszedł z sali rozpraw  i trzasnął drzwiami. Sędzia uznał to zachowanie za obrazę sądu i skazał Grzegorza Brauna na siedem dni aresztu. Ciekawe, że ci, którzy wydają wyroki, nie tylko nie widzą tej prostackiej kombinacji operacyjnej ubeków mającej utrudnić życie reżyserowi, ale jeszcze gorliwie biorą w niej udział. Służą więc sprawiedliwości czy wykonują rozkazy UB? Jakby na to nie patrzeć, sami są obrazą dla sądu. I jeszcze dostają za swoje działania pensje, nagrody, premie, a jak się dobrze spiszą, to już czekają na nich awanse. A powinni (jakby to ująć delikatnie?) w najlepszym przypadku zostać przeciągnięci pod kilem. Nam pozostaje we wszelki możliwy sposób solidaryzować się z prześladowanymi przez III RP. Dziś Grzegorz Braun, jutro ktoś inny, a pojutrze ty. Niech się więc pan trzyma, panie Grzegorzu! Wszystkich to nas czeka!

 

Zamiast zakończenia. Od dawna utrzymuję, że zbliżają się takie czasy, kiedy miejsce normalnego człowieka będzie albo w więzieniu, albo w lesie. Dlatego uczę się konstruować szałasy, uzdatniać wodę, ługować żołędzie, rozpoznawać dzikie rośliny jadalne i jakiego robala można zjeść, żeby się nie porzygać. Chociaż tak naprawdę, skoro nie porzygałem się, patrząc na mordki tych kreatur, które rzekomo chcą nam przychylić nieba, to chyba żaden robal nie będzie mojemu żołądkowi straszny.

 

idź Pod Prąd, październik 2014


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut