UPADEK EDUKACJI

TYM RAZEM PISZĘ JAKO FACHOWIEC

Mam przed sobą zbiór zadań do matematyki dla klasy V-VI szkoły podstawowej. Autorzy: Tadeusz Korczyc i Jerzy Nowakowski. Wydawnictwo WSiP 1985. Z tego podręcznika uczyły się moje dzieci. Chodziły do zwykłej, dzielnicowej, mocno skomunizowanej szkoły imienia WP, razem z dziećmi dozorców i lokalnego marginesu. Ani moje dzieci, ani dzieci dozorców, które przychodziły czasami do mnie na matematykę, nie miały z tymi zadaniami żadnych poważnych problemów.

Daję zadanie z tego zbioru tegorocznym maturzystom, których douczam w ramach kursu przygotowawczego. Jest to zdanie 37.11 ze strony 182. Podaję dokładne dane, żeby każdy „niewierny” mógł sobie osobiście sprawdzić.

Oto zadanie: <Doświadczenie polega na trzykrotnym rzucie monetą. Czy zdarzenie „wypadnie przynajmniej jeden orzeł” jest tak samo prawdopodobne jak zdarzenie „wypadną dokładnie dwie reszki”?>.

Kiedy dziesiąta z kolei osoba deklaruje, że nie ma bladego pojęcia, jak to rozwiązać, pokazuję okładkę książki. Ogólne niedowierzanie. „Jak to – to zadania dla szkoły podstawowej? Chyba jesteśmy idiotami” - samokrytycznie stwierdza jeden z kursantów.
„Przez uprzejmość nie zaprzeczę” – odpowiadam zgodnie zresztą z najgłębszym przekonaniem.

W tym samym zbiorze są zadania dotyczące wektorów na płaszczyźnie i w przestrzeni, elementy statystyki, nierówności z wartością bezwzględną. Większość tych zadań zdecydowanie przerasta obecne możliwości maturzysty wybierającego maturę na poziomie podstawowym. Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?

1. Pierwsza przyczyna to celowe obniżenie poziomu. Przez 20 lat nie było obowiązkowej matury z matematyki, a program liceum był konsekwentnie kastrowany. Kiedy zaczynałam uczyć w szkole, w programie była analiza matematyczna: granice ciągów i funkcji, szeregi, badanie funkcji, całki. Badanie funkcji było przerabiane w II klasie. Doskonale radziły sobie z nim nawet klasy ogólne. W klasach matematycznych badało się również funkcje wykładnicze i logarytmiczne. Ktoś mnie przekonywał, że w klasach ogólnych badało się tylko wielomiany i funkcje wymierne i że badanie funkcji jest nad wyraz algorytmiczne (czyli można się go nauczyć na zasadzie recepty na piernik). Zgodziłabym się z nim, gdyby nie fakt, że te same funkcje wymierne sprawiają teraz poważny kłopot studentom I roku politechnik i SGH.

Z programu i wymagań egzaminacyjnych w liceum kolejno wypadły: szeregi, w tym szereg geometryczny zbieżny, oczywiście całki, potem pochodna i badanie funkcji. Z programu rachunku prawdopodobieństwa wypadł schemat Bernoulliego, prawdopodobieństwo warunkowe, wzór Bayesa, rozkład zmiennej losowej, wartość oczekiwana i wariancja. Zadania z prawdopodobieństwa całkowitego zaleca się obecnie rozwiązywać „ drzewkiem” – czyli jak w V klasie szkoły podstawowej moich dzieci. W trygonometrii zlikwidowano nierówności trygonometryczne i wzory redukcyjne.

Jakiś mędrek powie: po co znajomość wzorów, które są przecież w tablicach i w Internecie?

Odpowiem. Zawsze na pierwszym roku studiów, w kursie algebry, wprowadzano liczby zespolone i było to traktowane jako rozgrzewka, jako najłatwiejszy dział do opanowania. Obecnie z liczbami zespolonymi jest koszmar. Studenci nie potrafią operować postacią trygonometryczną liczby zespolonej, bo nie operują wzorami redukcyjnymi i ogólnie rzecz biorąc trygonometrycznymi.

Poza tym jeżeli ktoś nie wyprowadzał tych wzorów i ich nie „uwewnętrznił”, źle rozpoznaje ich strukturę. Dam przykład: sin2Φ = 2sinΦcosΦ (jak wiadomo, jest to przecież w tablicach i w Internecie). Uczeń ma według tego wzoru rozwinąć sin10Φ= 2sin5Φcos5Φ, ale zamiast tego nagminnie pisze sin10Φ= 10sinΦcosΦ, co jest bzdurą. Źle rozpoznał wzór, bo go nie używa z namysłem – ufa tablicom.

2. Nadużycie kalkulatorów i komputerów. Na ten sam kurs uczęszcza uczeń szkoły amerykańskiej. Otrzymują w szkole ogromne kalkulatory obliczające wszystko i rysujące wykresy funkcji punkt po punkcie. Ma za zadanie narysować wykres funkcji kwadratowej po sprowadzeniu jej do postaci kanonicznej. Upiera się, że użyje swego kalkulatora. Wpatruje się w napięciu, ze zmarszczonym jak pies rasy mops czołem w pojawiającą się wolniutko na ekranie banalną parabolę. Pomijając fakt, że regulamin matur nie dopuszcza używania podczas egzaminu takiego sprzętu, użycie go do tak trywialnego problemu to strzelanie z armaty do wróbla. Młody człowiek ze swoim liczydłem przypomina mi inkasenta elektrowni albo kontrolera parkometrów, a w najlepszym wypadku panienkę sprzedającą buraki, która liczy na kasie 2+2=4. Ten chłopak jest na prostej drodze do wykonywania właśnie takiego zawodu. „A co będzie, gdy to liczydło ci się zepsuje?” – pytam. Kupię sobie nowy” - odpowiada butnie.

Oczywiście nie jest tak, że nie doceniam znaczenia kalkulatora czy komputera. Pewne obliczenia bez tych urządzeń byłyby niemożliwe. Dzięki kalkulatorom statystyka przestała być dla studentów koszmarem rachunkowym. Za to stała się koszmarem intelektualnym. Kto nie wierzy, niech porozmawia z I rokiem SGH.

3. Wprowadzenie gimnazjów i koncepcja „programu spiralnego”. W założeniu ma się wracać kilka razy do tego samego tematu, ale na wyższym poziomie. W praktyce nie przerabia się go wcale. Trygonometria w trójkącie prostokątnym powinna być wprowadzona w gimnazjum. Nauczyciele mówią jednak: „Będziecie to mieli w liceum” i nie podejmują tematu. W liceum nauczyciele mówią: „Mieliście to w gimnazjum” i zaczynają nauczanie od środka. Rezultaty jak widać.

4. Demokratyzacja oświaty sprowadza się według decydentów do zamiany jakości w ilość. Sama słyszałam przewodniczącego CKE, który wyjaśniał nauczycielom, że aby poprawić wyniki nauczania (w stosunku do UE), należy obniżyć poziom wymagań.

Za czasów PRL nasi uczniowie wyjeżdżający do Europy czy do Stanów uważani byli za geniuszy. Teraz zrównali w dół. Tyle, że w krajach europejskich obok oświaty dla plebsu przeznaczonego do sprzedawania buraków i obsługi stacji benzynowych istnieją elitarne szkoły na bardzo wysokim poziomie. W Stanach też obserwuje się pozorny paradoks, że przy bardzo niskim poziomie przeciętnego ucznia poziom uczelni jest wysoki. To kwestia specjalizacji. Kto nie interesuje się nauką, może poprzestać na tym niskim poziomie szkoły publicznej, zdawać maturę z pielęgnacji niemowląt i szukać sobie z powodzeniem miejsca w społeczeństwie. Nauka jako awans społeczny była to specjalność ZSRR i demoludów. Teraz w Stanach tak naukę traktuje „żółta rasa”. Dlatego w laboratoriach naukowych dominują Chińczycy.

Na koniec uwaga do fantastów, którzy ekscytują się perspektywami e-learningu.

To bardzo wygodna proteza nauczania dla młodzieży z oddalonych ośrodków, której nie stać na stancję i utrzymanie w mieście.

Nauczanie to interakcja z mistrzem. Nauczanie przez komputer tak się ma do prawdziwej edukacji, jak seks-telefon do miłości. Pewien przypadkowy w naszej bacówce gość usiłował mnie kiedyś przekonać, że pornografia (w Internecie) daje takie bogactwo bodźców, jakich nigdy nie da realny stosunek. Na jego usprawiedliwienie przyjęłam, że był mocno znieczulony. Został wyśmiany przez moje – dorosłe już - dzieci, co go bardzo zabolało.

Podobnie traktuję argumenty na temat wizualizacji wszelkich zagadnień fizykalnych, obrazu tropikalnych mórz i rozwiązań wszelkich zadań matematycznych obecnych w sieci.

Moim uczniom zabroniłam korzystania ze stron samopomocowych, gdyż nie mam czasu ani ochoty prostować znajdujących się tam bredni. A co do traktowania Internetu jako mistrza, proponuję wklepać w wyszukiwarkę hasło „prawdziwe zdjęcia duchów” i potem uwierzyć w to, co zobaczycie, i posługiwać się tym w dyskusjach.


CZY WARTO ROZMAWIAĆ?

To pytanie wysuwa się dziś na czoło wszystkich gazet, tych prawicowych i tych lewicowych, a także takich, które w ogóle nie nadają się do określenia. Osobiście uważam, że warto rozmawiać, ale zależy z kim i o czym. Proste?  Proste.

Już ze 2 lata temu doszłam do wniosku, że nie warto tracić cennego czasu na przekonywanie kogokolwiek o czymkolwiek, bo nic dobrego z tego nie wynika. Dlatego nie trafiają mi do przekonania słowa o. Rydzyka, który zaleca pukanie do drzwi najbliższych sąsiadów w celu przekonywania ich do swoich racji. Z tego samego powodu podobne apele prof. J. Roberta Nowaka, którego skądinąd bardzo cenię i szanuję za jego trud i ofiarność w służbie narodu, również mnie nie przekonują. Po zamachu smoleńskim próbowałam przez cały rok obudzić wszystkich śpiących, ale niestety na nic się to nie zdało. Bo o ileż łatwiej żyć ze świadomością, że nad wszystkim czuwa wybrany demokratycznie rząd, niż oskarżać go o morderstwo czy też współudział w zbrodni. Większość ludzi nie chce wierzyć w to, co ich przeraża i zaburza ich spokój.

W tym przekonaniu utwierdził mnie Pan Paweł Chojecki, redaktor miesięcznika „idź Pod Prąd”, swoim artykułem (to jest nauczanie na YT) „Dyskusja z diabłem i Gazetą Wyborczą”.

Zwrócił w nim uwagę na szczególny aspekt, że rozmowy z ludźmi, którzy wierzą tylko w to, w co chcą wierzyć, są złem samym w sobie. Stanowią truciznę, która działa niedostrzegalnie i zdradziecko. Na własny użytek opracowałam prosty test - sprowadzający się do jednego pytania. Czy wierzysz, że Smoleńsk jest wynikiem zbrodniczego zamachu, czy tylko dziełem przypadku? Odpowiedzi najczęściej sprowadzały się do wyrażania agresywnego oburzenia w rodzaju: „Jak można wierzyć w takie bzdury?” albo „Jak może człowiek inteligentny i wykształcony dopuszczać taką ewentualność? To po prostu nie wypada”.

Niezwykle rzadko spotykałam się z przychylnym zainteresowaniem i propozycją ponownego spotkania w celu przedyskutowania problemu. Ostatnio zaobserwowałam zjawisko masowego odcinania się od wersji zamachu. W szczególności dotyczy to polityków i dziennikarzy, do niedawna prezentujących przeciwstawne poglądy. Sądzę, że zauważyli oni, iż obecnie na wszelki wypadek warto zajmować stanowisko bardziej kompromisowe. I że wystarczy choć raz wystąpić w programie Tomasza Lisa, wypowiedzieć się oględnie, że właściwie brak twardych dowodów w sprawie Smoleńska, że trzeba jeszcze poczekać na zakończenie śledztwa i już efekt takich ogólnikowych wypowiedzi jest widoczny. Tacy politycy i dziennikarze zaczynają „istnieć” w przestrzeni publicznej, są zapraszani do programów TVP, do dyskusji z przedstawicielami nowej i starej, ale wciąż jarej lewicy.

Po raz pierwszy zapaliło mi się  ostrzegawcze światełko, gdy na rynku wydawniczym ukazała się nowa gazeta Do Rzeczy. W pierwszym numerze znani mi dziennikarze ogłosili triumfalnie: „Wracamy”. Skąd niby wracali? Ani z emigracji, ani z więzienia. To pewne. Należeli do czołówki porządnego tygodnika Braci Karnowskich W sieci – od niedawna Sieci, który nagle opuścili i założyli własny pt. Do Rzeczy. Pisałam o tym niedawno w artykule „Bohaterowie są zmęczeni” (iPP, kwiecień 2013).

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Dziś już dobrze wiemy, czyje pieniądze i czyje nazwiska kryją się za błyskawicznym wejściem nowej gazety na rynek.

Obecnie cała prawicowa opozycja zajmuje się równie błyskawicznym powstaniem nowego kanału na Multipleksie, a mianowicie TV Republika.

Opinię na temat tego fenomenu przedstawia rzeczowo i klarownie jeden z czołowych publicystów tygodnika Nasza Polska Robert Wit Wyrostkiewicz w swoim felietonie „Od Rywina do TV Republika” (Nasza Polska, nr 20).

Poniżej cytuję w całości niektóre z jego wypowiedzi.

Na początek stawia pytanie: „Czy to możliwe, że naczelnym nowej prawicowej telewizji Republika jest były mason; redaktor naczelny przymila się do portalu Tomasza Lisa, a prezes związany jest z Polsatem Zygmunta Solorza? Kim jest ten tajemniczy prezes?

Otóż jest nim niejaki Piotr Barełkowski. To nazwisko chyba nikomu nic nie mówi. Za to Sakiewicz, Wildstein, Gargas… owszem.

To jednak Barełkowski będzie grał pierwsze skrzypce w stacji konkurencyjnej dla Telewizji Trwam. To on jest „szarą eminencją” rządu Sakiewicza. Czy dobre kontakty prezesa z Zygmuntem Solorzem oraz Bogusławem Chrabotą (nowy naczelny Rzeczpospolitej) pomogą w przejęciu widzów związanych z mediami  o. Rydzyka? I jaką rolę ma do odegrania nowa telewizja związana z Gazetą Polską i Polsatem?

6 maja Telewizja Republika stała się faktem, rozpoczynając emisję na satelicie.

„Powstała telewizja, jakiej jeszcze u nas nie było, nastawiona na autentyczną debatę wolną od cenzury” – ogłosił niedawno Tomasz Sakiewicz. Jednym z pierwszych działań redaktora naczelnego Gazety Polskiej było udzielenie wywiadu portalowi internetowemu Tomasza Lisa Na Temat.pl. W ten sposób uwiarygodnił on ten lewicowy portal i jednocześnie zatracił wyrazistość swoich prawicowych poglądów (komentarz Piotra Jaroszyńskiego w Naszym Dzienniku).

Tego samego zdania jest dr Hanna Karp, wykładowca Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Przychylność ze strony Polsatu i KRRiT świadczy o tym, że TV Republika ma na celu skanalizowanie środowisk prawicowych i przejęcie nad nimi niewidzialnej kontroli.

Wit Wyrostkiewicz kontynuuje sprawę Republiki, przeprowadzając wywiad z Anną T. Pietraszek, filmowcem i wiceprezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy („Trwam czy Republika?” – Nasza Polska, nr 22). Pani A. Pietraszek wskazuje na różnicę między TV Trwam i TV Republika. Media o. Rydzyka – prasa, radio i telewizja mają charakter religijny. A prawo do informowania o świecie przysługuje dziś w Polsce mediom „czerwonym” i „różowym”; może więc dać spokój tym jedynym mediom „czarnym”, czyli katolickim, jedynym na cały nasz kraj i dla Polonii w świecie?

Pora na ostateczną konkluzję mojego felietonu „Czy warto rozmawiać?”.

Tu trzeba zwrócić uwagę na dwuznaczność słowa „warto”.

Dla większości dziennikarzy „warto” oznacza pozycję w świecie mediów oficjalnych i związane z nimi niemałe zarobki. A więc im warto rozmawiać z przedstawicielami rządzących partii politycznych albo z ich narzędziami, w rodzaju Tomasza Lisa.

Dla mnie i mam nadzieję wielu innych ludzi słowo „warto” pochodzi od wartości - takich jak suwerenność, wolność słowa, odwaga i wszystkie inne niemodne dziś pojęcia, określane jako imponderabilia.

Odpowiadając więc na ogólnikowe pytanie „Czy warto rozmawiać?” – wypowiem się enigmatycznie: warto, tylko czasami… wstyd.

Ale słowo „wstyd” jest w XXI wieku tak archaiczne, że niektórzy będą już musieli sięgnąć  do starych encyklopedii, żeby zrozumieć, co ten wyraz oznacza.

Trzymam kciuki za tych nielicznych dziennikarzy, publicystów i wykładowców, którzy nie muszą się wstydzić.


O POLICJANTACH, PLANIE 6-LETNIM I MINISTRZE ROSTOWSKIM

W miejscowości, w której mieszkam, jakiś czas temu aresztowano policjantów pod zarzutem, że to niby brali od kierowców łapówki. Jak tam było, nie wiem, i jak sprawa się skończy, też nie  wiem. Radziłbym jednak policjantom, żeby powołali się na przykład Beaty Sawickiej, która mimo że wzięła całą torbę forsy w ramach korumpowania się, to nie jest winna ani trochę. Ale może to nie najlepsza rada, bo sądy nie działają zgodnie z prawem, ale na rozkaz. Jaki rozkaz dostaną, taki wydadzą wyrok. Nie wiem tylko, czy również w ramach rozkazu dostają uzasadnienie wyroku, ale chyba tak jest, o czym może świadczyć to, co nagadał ten sędzia z resortowej rodziny, który orzekał w sprawie słynnego już chirurga. Ale czort z nimi wszystkimi. Wracajmy do policjantów.

Jak wspomniałem, policjantów aresztowano pod zarzutem korupcji. A czego się panowie komendanci główny, wojewódzcy, powiatowi, szef MSW itp. spodziewali? Gdy kończyłem szkołę średnią, do policji przyjmowali tylko po znajomości i nieważne było, czy mały i garbaty, aby miał plecy. Nie sądzę, żeby od tamtego czasu coś się zmieniło. Skoro ktoś w nieuczciwy sposób został zatrudniony, to co tu się dziwić, że w nieuczciwy sposób postępuje. Raz uczestniczył w szwindlu, jakim było przyjęcie go do pracy (te wszystkie rzucania piłką lekarską i rozmowy z panią psycholog, podczas których pani psycholog włazi pod stół i szczeka), to dlaczego ma nie uczestniczyć w drugim, trzecim i czwartym szwindlu, tym razem w pracy? To po pierwsze, a po drugie ryba psuje się od głowy.

Skoro była grupa przestępcza w Komendzie Głównej Policji, co to zdaje się przetargi ustawiała, to dlaczego policjant z małego miasteczka ma sobie odmawiać paru stów? Co więcej, taki policjant jeden z drugim może i brał łapówki, ale nie zdradził Polski, czego nie można powiedzieć o tych politykach, których mordy ciągle zmuszeni jesteśmy oglądać w telewizorze, i nikt tych dziadów nie tropi, nie wsadza do pierdla i nie wiesza. A zdrada państwa to chyba poważniejsza sprawa niż korupcja w policji w małym miasteczku.

A teraz z innej beczki. Doktor Łukasz Kamiński, obecnie prezes IPN, zajmował się oporem społecznym w Polsce w latach 1944-48. W swojej pracy doktorskiej zaproponował bardzo szeroką definicję oporu społecznego. Najogólniej można powiedzieć, że za opór społeczny w państwie totalitarnym uznał takie dziania, które obiektywnie lub subiektywnie szkodziły władzy. Według niego formami oporu były więc wówczas i strajk, i antykomunistyczny napis w toalecie, i obijanie się w fabryce, itd. Dla ścisłości zaznaczę, że nie uznał za formy oporu zjawisk kryminalnych. Ale czy łapówka w III RP to zjawisko kryminalne? Raczej norma postępowania, wystarczy popatrzeć na rządzących.

Biorąc pod uwagę tendencję władz do trzymania nas coraz krócej za twarze, tresurę, indoktrynację dzieci w szkole, zgony „bez udziału osób trzecich”, obowiązywanie w sferze publicznej tylko jednej, europejskiej ideologii itd., można powiedzieć, że jeśli nie żyjemy w państwie totalitarnym, to zbliżamy się do tego ideału. I jeśli uwaga ta jest słuszna, to stawia ona w zupełnie innym świetle policjantów biorących łapówki. Oczywiście pod warunkiem, że policjanci nie wymuszali łapówek, tylko brali, że tak napiszę, z inicjatywy wręczających w zamian za odstąpienie od czynności.

Oto bowiem działania i tych dających, i tych biorących jawią się jako forma oporu społecznego. Pamiętajmy, że minister finansów zaplanował sobie ogromne korzyści z karania kierowców mandatami. Sabotowanie wykonania planu ministra Rostowskiego jest podobne do sabotowania wykonania planu sześcioletniego za komuny. Po drugie, policjanci pozwolili uniknąć kierowcy pewnie dotkliwszej kary (bo inaczej po co by kierowca dawał łapówkę), np. mandatu i kolejnych punktów karnych, których pewna ilość powoduje utratę prawa jazdy. Zaznaczmy też, że obok karania np. za spowodowanie wypadku, wymuszenie pierwszeństwa, wyprzedzanie na pasach, przepisy nakazują karać kierowcę za brak gaśnicy, zapiętych pasów, ubezpieczenia czy jazdę bez świateł w dzień. Posiadacz samochodu pewnie by takich obowiązków nakładanych na kierowcę potrafił wymienić więcej.

Wychodzi na to, że wspomniani policjanci to nie straszni przestępcy, ale tacy mniej więcej ludzie w mundurach, jak ci żandarmi niemieccy ze starych filmów, którzy w pociągach jadących z prowincji do Warszawy brali pieniądze od podróżnych w zamian za przymykanie oka na przewożone kiełbasy, balerony i inne fragmenty świni. Bez tego przemytu, możliwego pewnie dzięki łapówkom, w Warszawie byłoby mniej żywności, a więc byłoby gorzej, a nie lepiej. A co więcej, bez łapówek dawanym carskim paru więcej powstańców styczniowych powędrowałoby na Syberię. A jak już pisałem, nadchodzą takie czasy, że miejsce uczciwych ludzi będzie albo w lesie, albo w więzieniu, więc oby więcej takich funkcjonariuszy państwa, którzy za parę stów odstąpią od czynności służbowych, czy jak to tam się u nich nazywa. Niestety, takie czasy.


REPUBLIKA R CZ.12 – NIEZŁOMNY BOJOWNIK

W Republice R prawo zabraniało handlowania, posiadania i zażywania narkotyków. Narzekali na to nie tylko narkomani, lecz przede wszystkim ci, którym były drogie idee właściwie pojętej wolności.

Zmieniło się to, gdy premierem został Brandon Trut. Sprawił on, że narkotyki stały się powszechnie dostępne. Każdy mający powyżej 12 lat mógł je kupić w markecie lub sklepiku ze słodyczami.

Pewnego razu Trut wrócił po posiedzeniu rządu do swego domu. W kieszeni miał pudełko z „Bubelem”, specyfikiem, którym chciał sobie umilić wieczór. Wtem przybiegła jego suka, Dolores. Obwąchała pudełko z narkotykiem, po czym zaczęła skomleć, jak zwykle, gdy chciała coś uzyskać od swojego pana.

- Chcesz tego? - zapytał premier.

Zwierzę zaskomlało z jeszcze większą mocą.

- Doprawdy, nie mogę ci tego odmówić, Dolores. Przecież o to właśnie walczyłem. - pogłaskał ją po głowie i wyjął jedną tabletkę „Bubelu”.

Dolores skwapliwie połknęła dawkę narkotyku.  Przez chwilę stała z rozdziawionym pyskiem i ciężko dyszała. Potem zaczęła groźnie warczeć,spoglądając jednocześnie na Truta. Premier nie zdążył nawet krzyknąć, gdy z niezwykłą siłą rzuciła się na niego, od razu go przewracając. Jej celem była jego szyja, w którą wgryzła się ostrymi kłami. W nekrologach napisano o Trucie: „Niezłomny bojownik o prawo do zażywania narkotyków”.


TAKTYKA DLA PIS

Jak Jarosław Kaczyński powinien się zachować podczas operacji wymiany Donalda Tuska na nowszy model, prowadzonej przez Bronisława Komorowskiego? Od mądrości szefa opozycji zależy nie tylko byt jego partii – zastosowanie złej taktyki to niebezpieczeństwo zabetonowania „wiecznej przyjaźni z CCCP” na dziesięciolecia.

Jak na razie Kaczyński popełnia mnóstwo błędów. Celnie punktuje jeden z ostatnich prawicowych analityków, którego warto czytać:

„Z rosnącą irytacją i zdumieniem obserwuję cyrk rozpętany wokół prominentnej postaci PO - Jana Rokity. Nie dziwi mnie, że autorami spektaklu są dziennikarze portalu wPolityce i bliskie im grono „niepokornych” żurnalistów. Po nagłaśnianiu dywagacji Staniszkis, żenującej inscenizacji z Gowinem i grze wokół Wiplera – trzeba wielkich pokładów prostoduszności, by upierać się, że mamy do czynienia z poważnymi „analitykami” życia politycznego lub nie dostrzegać intencji tego środowiska.


Irytuje natomiast, że ten niewybredny spektakl, rozgrywany w fatalnej obsadzie i przewidywalnym scenariuszu, znajduje tylu bezkrytycznych odbiorców, a nawet jest wspierany przez polityków opozycji. W państwie, w którym tysiące zwykłych obywateli jest krzywdzonych i prześladowanych przez kastę komorniczą i tzw. wymiar sprawiedliwości, deklaracja Jarosława Kaczyńskiego o udzieleniu pomocy Rokicie, brzmi co najmniej niemądrze.Aleksander Ścios, „ROKITIADA – O SUKCESORACH MICHNIKOWSKIEJ METODY”, bezdekretu.blogspot.com, podkreślenie autora

Jak jednak Kaczyński powinien się ustawić w rozgrywającej się na naszych oczach walce? Obojętność nic nie pomoże; wspieranie Komorowskiego przeciw Tuskowi (co najczęściej PiS obecnie robi) przy jednoczesnym rozejmie z Belwederem jest taktyką najgłupszą z możliwych. Komorowski wygra, a następnie zrobi porządek z opozycją, mając w ręku pełnię instrumentów władzy – prawodawstwo, służby specjalne, media i rozgrzanych sędziów. Licząc, że po wyeliminowaniu Tuska da się rozprawić z Komorowskim, Kaczyński wykazałby się skrajną naiwnością – zakrawającą na sabotaż. Za Belwederem stoi Moskwa, a w Polsce jej „delegatura” w postaci zdelegalizowanych służb wojskowych.

Z dostępnych rozdanych opcji można wskazać dwie. Jedna nierealna i druga jak najbardziej. Zacznę od nierealnej. W przypadku konfliktu dwu moich wrogów, z których jeden jest zdecydowanie słabszy, kogo powinienem poprzeć? Oczywiście słabszego. W naszych realiach ten scenariusz jest jednak nie do zrealizowania – po pierwsze, konflikt Tusk/Komorowski nie jest do końca rzeczywisty. To raczej rozgrywka w jednej bandzie o miejsce przy korycie. Tusk nie walczy z Komorowskim, ale raczej negocjuje dla siebie jak najlepsze warunki odejścia. Po drugie, po Smoleńsku Tusk jest tak umoczony, że otwarte wpieranie go przez PiS nie dałoby się „sprzedać” twardemu elektoratowi (ale jednocześnie da się łatwo sprzedać koncepcja Adama Lipińskiego - koalicja z post(?)komunistami z SLD…).

Pozostaje więc tylko wariant „zespawania”. Trzeba wykorzystać medialną nagonkę na Tuska i ogólnie na PO, by na dno szedł również Komorowski. Przy każdym medialnym ataku mediów głównego ścieku na Tuska i PO, Kaczyński powinien zwoływać konferencję prasową i pokazywać zażyłość Tuska i Komorowskiego, wzajemne deklaracje poparcia obu panów, sztywne powiązania Komorowskiego z PO od samego jej początku itp. Odbiorcy mediów na wzór psów Pawłowa powinni nabawić się odruchu kojarzenia Komorowskiego z Tuskiem i dołującą w sondażach Platformą. „Nasze media” nie powinny zajmować się niczym innym.

Postępując w ten sposób, wykorzystalibyśmy ogromną machinę medialno-służbową nakierowaną obecnie na zatopienie Tuska, do podtopienia największego zagrożenia dla Polski. Do tej rozgrywki można by dodać i inne demokratyczne elementy dla „bardziej oburzonych”…

ORNITOLOGIA FEMINISTYCZNA

Brunona Drud, studentka IX roku ornitologii feministycznej, zbierała materiały do pracy magisterskiej. Od świtu czaiła się na łące, gdzie wśród wysokich traw kryło się gniazdo jękacza pospolitego. Gdy wiatr rozsuwał trawy, przykładała do oczu lornetkę i obserwowała. Obserwowała samicę jękacza siedzącą na jajach.

Wiedziała już wszystko o tych ptakach. Widziała przecież kilka tygodni temu, jak samiec tańczył przed samicą, demonstrując swe żółto-zielone pióra. A potem ona zniosła jaja i teraz na nich siedzi, pojękując czasem. Nie widziała już natomiast samca. Brunona jednak znała teorie feministyczne, za pomocą których bez trudu mogła stwierdzić, czym się on obecnie zajmuje. Zapewne bałamuci inną samiczkę, którą w końcu zostawi z jajami, uniemożliwiając pełny rozwój osobowości.

Badaczka postanowiła sfotografować nieszczęsną samicę. W tym celu zbliżyła się do gniazda i rozsunęła delikatnie zasłaniające trawy. Ptak zaczął pojękiwać. Niemal w tej samej chwili Brunona poczuła na głowie jakiś dziwny ciężar. Uniosła w górę wzrok i wtedy ujrzała nad sobą rozpostarte żółto-zielone skrzydła. Ostry dziób boleśnie ukłuł ją w czoło. Rzuciła się do ucieczki. Ale ptak poleciał za nią i leciał tak długo, aż wygnał ją z łąki.


ZDRADZILI MEKSYKAŃSKICH KATOLIKÓW

Zdradzili Meksykanów,  dlaczego mają być wierni nam?

„Katyń, który miał w myśl prowokacji hitlerowskiej poróżnić bratnie armie, staje się jeszcze jedną więzią, łączącą nas do wspólnej walki” Jerzy Borejsza, nadzorca życia literackiego komunistycznej Polski, brat kata podziemia Józefa Różańskiego, sprawcy śmierci rotm. Pileckiego, „Nowe Widnokręgi”.

Czy nasi biskupi jednając się z Cerkwią Putina wzorowali się na tych „mądrościach”?

Szczególnie w czasach trudnych rośnie zapotrzebowanie na optymistycznych proroków. Ludzie coraz głośniej jęczą pod jarzmem okoliczności i łapczywie pragną nadziei na lepsze jutro. By przynajmniej na chwilę lepiej się poczuć, wyłączają rozsądek i czekają na sprzedawców złudzeń. Zręczni „iluzjoniści” z ochotą sprzedadzą nam sny, które chcemy śnić – „cóż z tego, że to tylko sen, ale jakże piękny”…


Polacy mają okazję obejrzeć w kinach historię niezwykłego powstania – katolicy, głównie z terenów wiejskich, chwycili za broń, by walczyć o swoje prawa przeciwko socjalistycznemu rządowi i prezydentowi Callesowi. Ich okrzykiem bojowym było: „Viva Cristo Rey!” („Niech Żyje Chrystus Król!”), a nazwano ich Cristeros (Chrystusowcy). Przyświecała im szczytna idea, dowodził zdolny generał, ale skończyli klęską - zdrada przyszła z najmniej spodziewanej strony…

Historia meksykańskich partyzantów ze stosunkowo nieodległych nam czasów powinna być dla nas ważnym ostrzeżeniem. Tamtejsi katolicy w prostocie serca wystąpili przeciw niesprawiedliwościom, gwałtom i dyskryminacji, jakie spadły na tamtejszy Kościół katolicki. Powstanie miało szansę na zwycięstwo, ale zostało zdradzone przez… katolickich hierarchów, którzy dogadali się z antyklerykalnym rządem i wystąpili przeciw broniącym ich Chrystusowcom. Oto, jak opisuje to prof. Jacek Bartyzel, katolicki tradycjonalista:

„Trzecim powodem była ugodowa postawa papieża Piusa XI, który wprawdzie po raz kolejny potępił antyreligijne prześladowania w alokucji konsystorialnej Misericordia Domini (20 XII 1926), lecz polecił biskupom meksykańskim przyjąć ogólnikowe propozycje Callesa. 21 VI 1929 roku, w wyniku negocjacji pomiędzy p.o. prezydenta Emiliem Portesem Gilem (1890-1978) a biskupami: Leopoldem Ruizem (przebywającym na wygnaniu w Waszyngtonie jako delegat apostolski) i Pascualem Diazem oraz papieskim agentem, amerykańskim księdzem Johnem J. Burke’m, przy mediacji ambasadora USA Dwighta W. Morrowa, zawarto porozumienie, zwane arreglos, czyli układami. (…) Cristeros czuli się zdradzeni z powodu ugody zawartej za ich plecami (przeciwko rozpoczętym negocjacjom zdążył jeszcze zaprotestować gen. Gorostieta, a ks. Pedroza prosił w liście do arcybiskupa Ruiza, by pasterze nie wydawali swych owiec katowi), jednak posłuszni biskupom, z nielicznymi wyjątkami, jak Trinidad Mora z Durango, który walczył aż do grudnia 1929 roku, zaniechali walki i wrócili do domów. Ich obawy nie były bezpodstawne: niemal natychmiast po ogłoszeniu amnestii rozpoczęły się represje; jedną z pierwszych ofiar był ks. Aristeo Pedroza, rozstrzelany dwa tygodnie po zawieszeniu broni. Ogółem zamordowano około 500 dowódców i ponad 5000 szeregowych cristeros. (…) Arreglos zostały zawarte również poza plecami polityków i intelektualistów katolickich, tworzących LDNLR i stanowiących polityczne kierownictwo powstania. Przewodniczący LDNLR – Rafael Ceniceros ubolewał nad zaprzepaszczeniem tej zdobyczy cristiady, iż katolicyzm „cierpliwy, uległy, anemiczny i tchórzliwy [wcześniejszych generacji]” (paciente, resignado, anémico y cobarde [de generaciones anteriores]) „został zastąpiony przez katolicyzm skuteczny, żywotny, płomienny, wojowniczy i zaczepny” (se ha trocado en un catolicismo operante, vivo, ardente, batallador y agresivo), który budził strach jego wrogów, pozostając zawsze wiernym papieżowi i Chrystusowi Królowi. Miguel Palomar przywoływał sławne zdanie bpa Wilhelma Emmanuela Kettelera: „najkrwawsze prześladowania przyniosły Kościołowi mniej szkody niż dworski serwilizm biskupów”. Ta opozycja LNDLR doprowadziła do cofnięcia jej uznania przez hierarchię: najpierw (6 XI 1929) Liga została zmuszona do usunięcia ze swojej nazwy przymiotnika Religiosa, stając się odtąd Krajową Ligą Obrony Wolności (LNDL), co sprawiło, że w krótkim czasie utraciła większość swoich członków, a w konsekwencji uległa rozkładowi po upadku „drugiej cristiady” z lat 30., ostatecznie znikając z życia w 1941 roku.” bibula.com

Jeszcze dosadniej opisał to komentator portalu wpolityce.pl:

„Powstanie Cristeros to historia bohaterskiej walki w imię wiary i ideałów, która na skutek zdrady ze strony Kościoła Katolickiego zakończyła się tragicznie. Oglądając ten film, pamiętajmy, co było przyczyną załamania się meksykańskiego Powstania Cristeros (1926-1929). Cristeros byli biednymi, wierzącymi chłopami, którzy walczyli z rewolucyjnym rządem meksykańskim w imię wolności wyznawania wiary w Chrystusa. W 1929 roku hierarchia kościelna, która dotychczasowo popierała powstańców, podpisała porozumienie z ateistycznym rządem meksykańskim zabezpieczające jej przywileje, majątki, wpływy polityczne i... zostawiła powstańców "na lodzie". Kościół posunął się aż do ogłoszenia ekskomuniki dla powstańców i jej przywódców. Jaki był dalszy los powstańców po tej zdradzie? Oczywiście bardzo smutny!!! Część z nich uciekła do Stanów Zjednoczonych (wyemigrowało około 5% całej ówczesnej populacji Meksyku). Większość, która walczyła do końca w obronie wiary katolickiej, została bezlitośnie unicestwiona. Ostateczny bilans powstania to około 90 000 zabitych. Po zdradzie ze strony Kościoła Katolickiego ponad 500 przywódców powstania i 5000 innych jego uczestników zostało zabitych już po poddaniu się... i to często w swoich domach na oczach rodzin i dzieci. Intensywne prześladowania Cristeros trwały jeszcze przez 12 lat po upadku powstania i zmniejszyły się dopiero na początku lat 40. Rewolucyjna Partia Meksyku, popierana przez hierarchię kościelną, utrzymała się przy władzy ponad 70 lat (!) i straciła ją dopiero w 2000 roku...” Gość z CH

Warto pamiętać, że hierarchowie rzadko kierują się ideałami, a prawie zawsze logiką władzy, która każe im dogadywać się z silniejszym, by zachować swoje wpływy. Na tym poziomie drabiny hierarchicznej trwanie instytucji i zagwarantowanie jej bytu materialnego jest wartością nadrzędną – nawet nad wiernością „Chrystusowi Królowi”. Tak było, jest i będzie, a każdy, kto zechce szukać oparcia dla wartości i ideałów u hierarchów, doświadczy tego samego losu, co dzielni meksykańscy Cristeros.

Z naszej najnowszej, powojennej historii wystarczy przywołać chociażby zdradę Żołnierzy Wyklętych przez episkopat i prymasa Wyszyńskiego, którzy 10.04.1950 r. podpisali ugodę z komunistami:

„Kościół Katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, będzie zwalczać również zbrodniczą działalność band podziemia i będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.”

Później mamy wystąpienie prymasa Wyszyńskiego wzywającego robotników sierpnia ’80 „do rozwagi i odpowiedzialności”, kolaborację episkopatu przy okrągłym stole, milczącą zgodę na uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury, na brak lustracji i dekomunizacji, haniebną postawę po katastrofie nad Smoleńskiem, gdy nad trumnami poległych biskupi wzywali do pojednania z Rosją:

„Teraz jednak, po tragicznej katastrofie prezydenckiego samolotu 10 kwietnia br., przekonujemy się, że krew przelana przed 70 laty potrafi łączyć zarówno polityków, jak i zwykłych szarych ludzi. [...] Z perspektywy 70 lat widać wyraźniej niż kiedykolwiek, że niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć". prymas Henryk Muszyński 17.04. 2010
„Siedemdziesiąt lat temu Katyń oddalił dwa narody, a ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało zabliźnić się bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra, tkwiących w osobach i narodach. Współczucie i pomoc, jakiej doświadczyliśmy w tych dniach od braci Rosjan, ożywia nadzieje na zbliżenie i pojednanie naszych dwóch słowiańskich narodów.” kard. Stanisław Dziwisz 18.04.2010

Dalej mamy historię z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, gdzie wysłannicy hierarchów wespół z siepaczami władzy wystąpili przeciw patriotom; wiele obraźliwych wypowiedzi wobec osób upamiętniających smoleńską zbrodnię, by w końcu dokonało się dopełnienie zdrady narodowej 17.08.2012 r. w akcie hołdu wobec Cerkwi Putina za wiedzą i przyzwoleniem Benedykta XVI. Nie należy mieć złudzeń – obecny ugodowy papież będzie dalej dążył do dogadania się z prawosławiem, a „niepojętni” polscy patrioci będą stali temu porozumieniu na przeszkodzie. Jeśli chcemy budować Wolną Polskę, musimy pamiętać, że w obecnym układzie sił hierarchów katolickich będziemy mieć konsekwentnie przeciwko sobie. Można oczywiście żyć naiwnymi stereotypami w rodzaju „Kościół zawsze z narodem”, ale wtedy skazujemy się na tragiczny los Cristeros…

Film „Cristiada” w kinach.


OD REDAKCJI

Już więcej nic nie narysuje…

Arkadiusz Gacparski był niezwykłym komentatorem naszego życia politycznego. Nie pisał jednak artykułów, ale celnie wychwytywał ważkie elementy naszej rzeczywistości i ujmował je w rysunki często więcej mówiące niż niejeden artykuł. Był w nich konsekwentny i nieubłagany dla Salonu – nigdy więc nie przebił się do „głównego nurtu”. To był jego wybór ideowy, za który płacił niemożnością zrobienia wielkiej kariery i pieniędzy.

Gdy tylko zaczęliśmy wydawać „idź POD PRĄD”, nasze drogi zaraz się spotkały. Dziś już nie pamiętam nawet jak. Pamiętam jednak, że od razu doskonale się rozumieliśmy i mieliśmy podobne postrzeganie polskich problemów. Często opisywałem mu tylko szkic rysunku, a on realizował go doskonale komponując wszystkie elementy graficzne. Prawie zawsze powtarzał się też schemat – ja o czymś pisałem artykuł, a niezależnie Arkadiusz tworzył swoje karykatury. Po zestawieniu tekstu i rysunku wydawało się, że to na zamówienie, a to było spotkanie w myślach. Tego będzie mi szczególnie brakowało. Niewielu mamy w życiu ludzi, z którymi łączy nas braterstwo myśli.

Przeszliśmy też podobną drogę polityczną – zaczynaliśmy od zafascynowania UPR-em, ale już podczas wyborów 2005 widzieliśmy konieczność pójścia szerszym frontem obozu patriotycznego. Kwiecień 2010 nie pozostawił złudzeń co do słuszności tego kierunku – wtedy też datuje się erupcja talentu Arkadiusza – prawie codziennie tworzył wymowne, często kolorowe, dzieła będące celną amunicją w walce o Polskę. Wiele okładek „iPP” z tamtego okresu to jego wspaniałe dzieła. Wielkie karykatury Gacpara towarzyszyły manifestacjom nie tylko na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Wieść o ciężkiej chorobie Arkadiusza odebrałem bardzo osobiście – jesteśmy równolatkami. Jeszcze kilka tygodni temu pisał, że mocno wierzy w powrót do zdrowia i pracy twórczej, choć nawet pisanie listu sprawiało mu wielki wysiłek. Ogromnie cieszył się z sukcesów swojej dziesięcioletniej córki – wierzył, że zostanie „reżyserem jak Ewa Stankiewicz”.

Za życia rzadko doświadczał wdzięczności naszego środowiska – patrioci wydają się nie zdawać sobie sprawy z materialnego wymiaru życia – postarajmy się, by chociaż jego Rodzina doświadczyła jej po jego śmierci…


ŚCIOS KONTRA ZYBERTOWICZ

Aleksander Ścios bardzo ostro zaatakował prof. Andrzeja Zybertowicza za artykuł „Labirynty jałowych diagnoz”. "A gdy - zainfekowani defetyzmem - jesteśmy już pozbawieni woli działania, to komu to służy?" ("Sieci"). Tezę Zybertowicza nazwał „kiepskim i wielce demagogicznym manifestem”.

Obu Autorów bardzo cenię za próbę naprawy Rzeczpospolitej, a dokładniej społeczeństwa, które po niej zostało. Ścios stawia sobie za cel bardziej mądrość i sumienie narodu, Zybertowicz jego samoorganizację i skuteczność w realizacji wspólnych celów. Niewielu z nas nie zgodzi się, że we wszystkich tych obszarach mamy spore zaległości – by ująć to optymistycznie. Warto więc przyjrzeć się istocie sporu tak zasłużonych Autorów.

Najpierw tezy Zybertowicza:
„…jesteśmy mistrzami defetyzmu. Zwłaszcza zaś my-obóz niepodległościowy. Ekspertami w tworzeniu map zagrożeń. Gorzej z rysowaniem realistycznych projektów pozytywnych zmian.

Potrzebę diagnozy najczęściej czuje się wtedy, gdy coś nie gra. Gdy chce się bliżej uchwycić, co nie gra. Dlaczego nie gra. I co zrobić, żeby grało. Trzy są kroki sensownej diagnozy: określić, co nie gra; wskazać, dlaczego nie gra; zaproponować, jak to naprawić. Trzy kroki – jeśli diagnoza ma być skuteczna. Ale rzadko jest.
(…) Wreszcie trzeba by zrobić krok trzeci – bo bez niego przecież cała diagnoza psu na budę warta! Cóż nam bowiem po diagnozie, która nie prowadzi do skutecznych kroków zaradczych. Tak byłoby logicznie. Tymczasem spora część (chyba większość!) diagnoz nie służy rozwiązaniu problemów. Przynajmniej nie tych, które są diagnozowane.

Ileż to razy słyszeliśmy, że nic nie możemy zrobić, bo wszędzie są agenci – gdy tylko coś zainicjujemy, zaraz będą nas rozbijali (jakbyśmy sami nie potrafili się namiętnie skłócać). Ileż to razy słyszeliśmy, że ponad naszymi głowami Niemcy się dogadały z Rosją i teraz jesteśmy w kleszczach. Ileż razy słyszeliśmy w mediach wolnego obiegu, jak bardzo nasza obecność w Unii Europejskiej pozbawia nas suwerenności. I o tym, jak bardzo obecne w Polsce wielkie międzynarodowe korporacje osłabiają polski biznes i jednocześnie nasilają presję kultury konsumpcyjnej. Są też głosy o niepokojącej uległości władz polskiego państwa wobec interesów izraelskich oraz żydowskich.

Często autorzy tych diagnoz uważają, że są bardzo odważni, że tylko oni głośno mówią, co nam naprawdę grozi. W każdym z tych głosów jest pewna słuszność. Kłopot z tym, że zazwyczaj dają one tylko jeden efekt: wzmacniają poczucie zagrożenia i bezsilności. I dlatego są szkodliwe. Tak, prawda może być szkodliwa. Tak, prawda może paraliżować.

A gdy - tak silnie zainfekowani defetyzmem - jesteśmy już pozbawieni woli działania, to komu to służy?”

Oto ocena Ściosa:
Czytałem tekst prof. Zybertowicza i w pierwszym odruchu byłem skłonny przygotować polemikę z jego tezami. Doszedłem jednak do wniosku, że byłoby to bezcelowe. Tekst Zybertowicza trudno bowiem uznać za produkt solidnego naukowca i rzetelnego analityka. To raczej polityczna deklaracja, by nie rzec - agitka, powstała w określonym celu i z intencją ukrócenia "rytualnych diagnoz", które przeszkadzają w szerzeniu "filozofii huraoptymizmu". Z takim wytworem nie powinno się polemizować.

Warto natomiast zwrócić uwagę na słabe punkty rozumowania pana Zybertowicza. Jeśli postuluje on, by za każdą "diagnozą" stały propozycje "kroków zaradczych", trzeba pytać - do kogo kieruje ten postulat? Jeśli do publicystów, blogerów czy analityków, to myli powinności tych osób i chce nałożyć na nie całkowicie absurdalne obowiązki.

Nie od tego są publicyści, by wskazywać "środki zaradcze" na polskie problemy i nie od tego są analitycy, by dawać Polakom "złote rady". To bowiem potrafi byle kiep, a potrafi tym lepiej, im większym jest głupcem. Od takich "środków" roi się sieć internetowa i media po "naszej" stronie, a niemal każdy, kto liznął trochę wiedzy o świecie, gotów jest ogłaszać zbiory cudownych "recept" i dawać fachowe porady.

Nic natomiast nie wskazuje, by pan Zybertowicz kierował swoje uwagi w stronę polityków opozycji - a zatem tych ludzi, od których powinniśmy wymagać racjonalnych działań i konkretnych decyzji. To oni, w miejsce ideowych deklaracji, pustych obietnic i komentarzy "na bieżące tematy", są zobowiązani do wskazania swoim wyborcom środków i metod, jakimi zamierzają osiągnąć określone cele. Powinni nie tylko przedstawić uczciwą diagnozę naszej rzeczywistości, ale precyzyjnie wskazać - jak zamierzają przejąć władzę w państwie, jakimi metodami chcą pokonać reżim i co uczynią, gdy obejmą stery władzy.

Jeśli głosi się hasło - "Polacy zasługują na więcej" - tak powinno się walczyć z "poczuciem zagrożenia i bezsilnością".

Jeśli jednak traktuje się Polaków niczym stado baranów lub uważa, że mogą przetrwać tylko w stanie bezmyślnego amoku - szerzy się wówczas bezzasadny "optymizm", "krzepi serca" patriotycznymi przemówieniami i opowiada banialuki o "labiryncie jałowych diagnoz".

Gdyby pan Zybertowicz skierował swoje uwagi do właściwych adresatów - jego tekst byłby potrzebnym i trafnym wystąpieniem. W konwencji, w jakiej został napisany, z tezą, iż "prawda może być szkodliwa, może paraliżować" - jest tylko kiepskim i wielce demagogicznym manifestem. Obawiam się jedynie, by nie został wykorzystany do zagłuszenia poważnych problemów i nie posłużył jako oręż w rękach medialnych cenzorów.  bezdekretu.blogspot.com

Istotą sporu jest problem mówienia prawdy. Czy mamy zawsze mówić prawdę ludziom, dla których jesteśmy autorytetem (czyli też za których ponosimy w jakimś stopniu odpowiedzialność)? Czy też mamy prawo, a wręcz obowiązek, dostosowywać jej zakres do stopnia przygotowania odbiorców? Czy ważne jest mówienie Polakom prawdy, czy też równie ważna jest forma (otoczka), w jakiej się ją poda?

Zakładam, że Ścios zgodziłby się, że nie wystarczy tylko być wiernym prawdzie, ale że trzeba też brać wzgląd na słuchaczy. Dlaczego więc tak ostro (‘agitka’) zaatakował Zybertowicza? Musi mieć jakąś wiedzę lub przypuszczenia, które każą mu widzieć prosty, logiczny i słuszny tekst Zybertowicza jako element gry polityczno-medialnej o dusze Polaków. Dopiero uprzedzony w ten sposób do adwersarza może oskarżać go o traktowanie „Polaków niczym stada baranów” i przygotowywanie narzędzia dla „medialnych cenzorów”.

Być może Polacy są stadem baranów (pewne cykle wydarzeń z naszej historii na to rzeczywiście wskazują), ale właściwym pytaniem jest, jak ich z tego stanu wyprowadzić? Zybertowicz stawia tezę, że można przedstawiać trudne diagnozy tylko wówczas, gdy przedstawi się jednocześnie drogi naprawy sytuacji. Ścios uważa to za próbę „ukrócenia” "rytualnych diagnoz” i ograniczenia pola debaty w obozie patriotycznym.

Uważam, że obu Autorów różni nie istota problemu, ale jego adresowanie. Zybertowicz zwraca się do skupisk patriotów, które spotyka na swoich wykładach w ramach peregrynacji z książką „Pociąg do Polski, Polska do pociągu”. Z dużym uproszczeniem możemy przyjąć, że są to ludzie skupieni wokół „Gazety Polskiej” i Radia Maryja. Ścios z kolei, sekowany coraz bardziej w mediach prawicowych, skupia się na patriotycznej, nielicznej elicie, która potrafi bez różowych okularów czy  huraoptymizmu spojrzeć na nasze tragiczne położenie.

Zybertowicz ma więc rację w odniesieniu do luźnych skupisk patriotów dywagujących nad losem Ojczyzny – tu trzeba nam rzeczywiście przełamywania ducha klęski i niemożności, a propagowanie nawet prawdziwych opisów naszej rzeczywistości bez remedium u przeciętnego Nowaka niechybnie rodzi rezygnację. Rację ma jednak i Ścios, który obawia się spłycenia debaty nad Polską wkręgach elity intelektualnej i decyzyjnej narodu. To rzeczywiście bardzo groźne zjawisko, bo o ile pasażerowie autobusu mogą mieć mgliste pojęcie o warunkach panujących na drodze i perspektywie dotarcia do celu, nie można tego powiedzieć o kierowcach. Głos Ściosa traktuję więc jako mocny (i nie pierwszy) apel do polityków i doradców Prawa i Sprawiedliwości, do liderów obozu patriotycznego, aby przestali się bawić w doraźne gierki polityczno-medialne i rozpoczęli uczciwą debatę nad Polską i szansami na jej wolność. By nie budowali przepaści pomiędzy swoją wiedzą i planami politycznymi a prostymi patriotami karmionymi iluzją sukcesu w kolejnych, już na pewno wygranych, wyborach. Sytuacja jest zbyt poważna.

Podobny dylemat mieli kiedyś Inkowie. W XV wieku ich imperium rządził władca o imieniu Pachacuti, król o wielkim umyśle i rozmachu. Doprowadził Inków do szczytu rozwoju – odbudował Cuzco wraz ze świątynią Inti (Słońca) i wzniósł wiele fortec z Machu Picchu włącznie. Nie zatrzymał się jednak tylko na materialnym umacnianiu swego królestwa. Nurtowały go kwestie zasadnicze. Zastanawiał się nad Bogiem, którego czcił wraz ze swoim ludem. Czy Słońce, które codziennie wykonuje swoją powtarzalną pracę jak zwykły robotnik, jest Wszechmogącym Bogiem? Zauważył, że może zostać ono zasłonięte przez byle jaką chmurę. Doszedł do rewolucyjnego wniosku: jeśli Inti byłby prawdziwym Bogiem, to żadna stworzona rzecz nie mogłaby zaćmić jego światła! Pachacuti ze zgrozą skonstatował, że dotąd oddawał cześć zwykłej rzeczy tak, jak gdyby była ona Stwórcą! Zaczął badać przekazy wcześniejszych inkaskich pokoleń i odkrył, że praojcowie nie oddawali czci Słońcu, ale Wszechmocnemu Stwórcy Wszechrzeczy, którego nazywali Viracocha. Król skonstatował, że bezsensowne jest jednoczesne czczenie części Jego stworzenia w taki sposób, jakby była ona Nim.

Zwołał więc kapłanów Słońca na sobór do Coricancha, przedstawił im swoje wnioski i rozkazał, by odtąd modlitwa była kierowana wyłącznie do Viracochy. Sobór postawił jednak przed królem problem: jak zareagują masy, gdy kapłani Słońca ogłoszą: „Wszystko, co nasze kapłaństwo nauczało przez ostatnich kilka wieków, okazało się błędne! Inti wcale nie jest Bogiem! Te okazałe świątynie, które z ogromnym trudem – i z naszego rozkazu – zbudowaliście dla niego, są bezużyteczne. Wszystkie rytuały i modlitwy związane z Inti są bezowocne. Teraz musimy rozpocząć od początku, od zera z tym prawdziwym Bogiem – Viracochą!”?
Komisyjnie ustalili, że choć kult Inti jest fałszywy, to prawdę o tym zachowają tylko w obrębie klasy wyższej. Może z czasem lud dojrzeje do poznania rzeczywistości.

Okazuje się jednak, że klasy wyższe miewają niekiedy krótki żywot. Pachacuti nie przewidział pojawienia się konkwistadorów… (Gdyby kogoś z Państwa zainteresowała powyższa historia i chciałby o niej poczytać więcej, odsyłam do książki „Wieczność w ich sercach – sensacyjny dowód wiary w jedynego prawdziwego Boga” Dona Richardsona, którą kiedyś przetłumaczyłem.)

Choć więc zgadzam się ze Ściosem, że naród zasługuje na prawdę - choćby była ona bolesna i mało optymistyczna – to nie zgadzam się z nim co do zakresu jej podania narodowi. Ścios chce się zatrzymać na prawdzie i mądrości politycznej, uważając zapewne, że naród nie jest gotowy na bardziej fundamentalną prawdę. Warto więc zadać sobie pytanie, skąd bierze się mądrość? Jak naród może się jej nauczyć? Czy wystarczą tu mądre analizy uczonego profesora, nawet nadawane na okrągło przez telewizję? Uważam, że nie. By naród zaczął mądrzeć, musi zwrócić się do początku mądrości. Nie da się domu zbudować od pierwszego piętra!

„Bojaźń Pana jest początkiem poznania; głupcy gardzą mądrością i karnością.” Przyp. 1:7

Pogardadla mądrości i karności jest w Polsce powszechna. Głupota to praprzyczyna naszych nieszczęść narodowych. Biblia wskazuje jasno, jak wyrwać Polaków z tego stanu. Na niewiele zda się uczenie Polaków mądrości politycznej, gdy nie mają oni bojaźni Bożej.

Ktoś powie, społeczeństwa Zachodu nie mają bojaźni Bożej (są zlaicyzowane), a i tak mają mądrość. Warto jednak zapytać, jak ją zdobyły. Najbardziej rozwinięte narody Europy mają w swojej historii najnowszej powszechny zwrot ku Bogu Biblii. Nie tak dawno ojcowie dzisiejszych Brytyjczyków, Skandynawów, Niemców, Szwajcarów, Holendrów postanowili zbudować swe państwa, opierając je na fundamentach chrześcijaństwa:

1 Sola scriptura (tylko Pismo Święte)
2 Sola fide (tylko przez wiarę/zaufanie)
3 Sola gratia (tylko dzięki łasce)
4 Solo Christo (tylko przez Chrystusa)
5 Soli Deo gloria (chwała tylko Bogu)

Efekty tego wyboru widzimy na przestrzeni ostatnich pięciuset lat historii Europy i świata. To tam rozwinął się dobrobyt i wolne społeczeństwa demokratyczne. Polska swoją szansę zmarnowała, gdy ostatni z Jagiellonów nie poszedł drogą Zachodu Europy, a szlachta obozu reform nie potrafiła się zjednoczyć. Dziś już zapewne nie odzyskamy dawnej imperialnej pozycji w środku Europy. Mamy jednak ciągle szansę na mądrość i Boże błogosławieństwo.

Do tego jednak potrzebujemy prawdy nie tylko na poziomie politycznym, ale w pierwszym rzędzie na duchowym. Gdy więc Ścios, głoszący potrzebę ozdrowieńczej dla narodu prawdy, rozpoczął na swoim blogu dyskusję z takim oto wstępem:

„Ponad dwie dekady kłamstw i nachalnej propagandy sprawiły, że tylko niewielu Polaków dostrzega dziś prawdziwy kontekst wydarzeń przełomu lat 80/90., a jeszcze mniej ma świadomość, że tzw. okrągły stół nie tylko uratował komunistów od odpowiedzialności za zbrodnie przeciwko narodowi, ale doprowadził do legalizacji PRL-u i z komunistycznej „nowej świadomości” uczynił podwaliny tworu zwanego III RP. Dopiero w perspektywie „transformacji ustrojowej” można docenić dalekowzroczność komunistycznej strategii tworzenia fałszywej opozycji oraz zrozumieć, jakie znaczenie miało zaprzęgnięcie jej do pracy nad „uświadomieniem” Polaków.”

Uznałem, że to właściwy czas i miejsce, by dotknąć podstawowej przyczyny powodzenia okrągłostołowego kłamstwa komunistów – współpracy hierarchów kościoła katolickiego z Janem Pawłem II na czele. Ku mojemu zaskoczeniu Gospodarz bloga, który w tak ostry sposób łaja Zybertowicza za próbę ograniczania mówienia narodowi prawdy, szybciutko i niegrzecznie zamknął dyskusję nad tą kluczową dla istnienia narodu kwestią…

Polacy są jednak stadem baranów, nieprawdaż, Panie Aleksandrze?


SPRZEDAWCY ZŁUDZEŃ

Szczególnie w czasach trudnych rośnie zapotrzebowanie na optymistycznych proroków. Ludzie coraz głośniej jęczą pod jarzmem okoliczności i łapczywie pragną nadziei na lepsze jutro. By przynajmniej na chwilę lepiej się poczuć, wyłączają rozsądek i czekają na sprzedawców złudzeń. Zręczni „iluzjoniści” z ochotą sprzedadzą nam sny, które chcemy śnić – „cóż z tego, że to tylko sen, ale jakże piękny”…

Ten schemat powtarza się od wieków. O umysły i serca swoich rodaków walczyli starożytni prorocy prawdy w osobach Izajasza, Jeremiasza czy Ezechiela, mając przeciwko sobie proroków „optymistów”:

Prorocy prorokują fałszywie, a kapłani nauczają według własnego widzimisię; mój zaś lud kocha się w tym. Lecz co poczniecie, gdy to się skończy? Jer. 5:31

Gdyż od najmłodszego do najstarszego wszyscy oni myślą o wyzysku; zarówno prorok jak i kapłan - wszyscy popełniają oszustwo. I leczą rany swojego ludu powierzchownie, mówiąc: Pokój, pokój! choć nie ma pokoju. Jer. 6:13-14

I rzekłem: Ach! Wszechmocny Panie, oto prorocy mówią im: Nie ujrzycie miecza, a głód was nie dotknie, lecz dam wam trwały pokój na tym miejscu. A Pan rzekł do mnie: Fałszywie prorokują prorocy w moim imieniu; nie posłałem ich ani nie dałem im poleceń, ani nie mówiłem do nich. Kłamliwe widzenia, marne wieszczby i wymysły swojego serca wam prorokują. Jer. 14:13-14

Podobną walkę zapowiedział też nam apostoł Paweł:

Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, I odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom; 2 Tym. 4:3-4

Współcześni Polacy są łasi na baśnie i ułudy. Na tym opierają się wszystkie kampanie wyborcze – kto lepiej sprzeda piękniejsze marzenia. Tak do władzy doszli Kwaśniewski i Tusk, opowiadając nam o różnych „zielonych wyspach”. Kto mówi smutną prawdę, przegrywa w demokracji pośród naiwnego społeczeństwa. Nic w tym odkrywczego.

Zastanówmy się jednak, czy w obozie patriotów nie mamy do czynienia z podobnymi zjawiskami. Nasz obóz miał już okazję dojść do władzy. Mieliśmy rząd Olszewskiego i mieliśmy sytuację wymarzoną – naszego premiera i prezydenta! I co, wygraliśmy? Zbudowaliśmy wymarzoną IV RP? Nie, ponieśliśmy sromotną porażkę, którą przypieczętowała katastrofa nad Smoleńskiem. Musimy więc postawić sobie pytania o fałszywe założenia, którymi karmiliśmy się w tamtym czasie. Oczywiście nie aspiruję do opisania wszystkich, ale kilka podstawowych, które ciągną się za nami do dziś, warto wspomnieć:

***


To brak woli u niewolników! Żeby wyciągnąć wnioski, trzeba mieć wolę, stanąć w prawdzie, a to jest niewygodne, niebezpieczne, wymaga działania. Lepsze jest udawanie, że się niczego nie rozumie. Samooszukiwanie się. Bezpieczne i przyjemne. Dlatego tak postąpi większość, a tych, którzy będą mówili prawdę, opluje jako rozbijaczy, agentów, oszołomów itp.
Józef Darski, naszeblogi.pl

***


1) Mit upadku komunizmu i przemian w Rosji.

W rzeczywistości komunizm tylko przepoczwarzył się w jeszcze groźniejszą postać, a Rosja w okresie kilku tygodni od odstawienia Jelcyna sprawnie wróciła na tory imperializmu.

2) Mit przemian demokratycznych.

Prawdziwa demokracja wymaga zaistnienia jednocześnie przynajmniej kilku niespontanicznych zjawisk: konkurencji niezależnych mediów, świadomego społeczeństwa (przynajmniej jego aktywnej części) oraz związanych z narodem elit o wysokim poziomie moralnym. My uzyskaliśmy tylko demokratyczne wybory, których wynik z łatwością można kreować, mając telewizję i aparat liczenia głosów.

3) Mit nieuniknionego zwycięstwa słusznych racji.

Prawda sama nie zwycięża, a sprawiedliwość na ziemi nie triumfuje! By to się stało, ludzie prawi (a zawsze są w mniejszości) muszą się bardzo wysilić – intelektualnie (spryt), organizacyjnie, finansowo, a często i fizycznie.

4) Mit internacjonalistycznego altruizmu Zachodu – jesteśmy w NATO i UE…

5) Mit Kościoła z narodem.

Ulegliśmy iluzji, że jeśli Karol Wojtyła jest papieżem, to nic nam nie może się stać, on z pewnością dopilnuje naszych spraw. Wybrani przez niego polscy hierarchowie nie dopuszczą się z pewnością zdrady narodowej i Targowica nie ma szans się powtórzyć.

6) Mit pokoju.

Czas wojen i rozwiązań militarnych się skończył, dominacja tajnych służb nad życiem społecznym to tylko wspomnienie czasów komuny.
Dziś z łatwością dostrzegamy swoją naiwność, ale to już nam niewiele pomoże. Jesteśmy w głębokiej defensywie, nasi wrogowie wzięli wszystko, co chcieli, możemy tylko bezsilnie patrzeć na upadek naszego świata i deptanie naszych wartości. W tych warunkach podsuwane są nam nowe/stare mity, by nas dalej mamić i odciągać nas od potencjalnej, choć coraz węższej, drogi ratunku. Nie wszyscy, którzy są ich sprzedawcami, mają złą wolę – często są takimi samymi naiwniakami, jak reszta społeczeństwa, tylko trochę bardziej popularnymi. Musimy się jednak nauczyć okiełznywać nasze tęsknoty i patrzeć chłodno na rzeczywistość – inaczej wróg, znając nasze ukryte pragnienia, znowu sprzeda nam bezwartościowe sny o potędze.

1) Każdy, kto dziś mówi, że następne wybory to już na pewno wygramy, tylko musimy się trochę bardziej wysilić, jest durniem lub oszustem.

W obecnych realiach wewnętrznych i geopolitycznych nie ma na to najmniejszych szans. Oni mogą co najwyżej zmienić stroje i dekoracje na scenie, ale reżyser będzie ten sam. Nawet gdy Platformę Obywatelską zamienimy na Oburzonych, a Tuska na Schetynę czy Gowina, dla Polski NIC SIĘ NIE ZMIENI.

2) Mit nieuchronnego kryzysu, po którym z pewnością przejmiemy władzę.

Przed stanem wojennym był poważny kryzys, a jednak Jaruzelski utrzymał się przy władzy jeszcze ładnych parę lat, a na koniec został prezydentem „Wolnej Polski” dzięki takim prawicowym weteranom, jak np. Marek Jurek. Władza ma wiele sposobów, by trwać mimo kryzysu. Nawet masowe protesty społeczne może łatwo wykorzystywać dla swoich celów (patrz grudzień ’70 w Trójmieście).

3) Wygramy, jeśli się tylko lepiej zorganizujemy i nauczymy techniki gry o władzę. Problem w tym, że materiał ludzki, którym dysponuje nasz obóz, jest lichy i zdegenerowany. Jeśli przykładowo prezesem spółki skarbu państwa zostanie ktoś z nadania PO czy PiS, to w ogromnej mierze przypadków złodziejstwo i prywata pozostaną bez zmian. Jeśli ludzie dotychczas czuwający nad bezpieczeństwem Lecha Kaczyńskiego i rozpracowujący strategię wroga dali się tak oszukać przed Smoleńskiem, to dlaczegóż nie miano by ich jeszcze raz ograć? Tego typu pytania można by mnożyć. Zasadniczym jednak zagadnieniem jest program naprawczy.

PRZEBUDOWA OD PODSTAW

By uzdrowić Polskę, trzeba sięgnąć do przyczyny jej nieszczęść. Podstawowa prawda w tej materii brzmi: jesteśmy nią my sami! Polacy uciekają jak najdalej od pokornego jej uznania. Wolimy winić Ruskich, Żydów czy Niemców, wolimy ronić łzy nad dziejową koniecznością czy położeniem geopolitycznym. Niektórzy w swej fantasmagorii idą jeszcze dalej i … nasze nieszczęścia uznają za sukces! Za dowód szczególnego wybrania i umiłowania przez Boga!!! Bóg jednak karci i wychowuje zarówno jednostki, jak i narody, a razy, które nam wymierza, są nakierowane ku naszej poprawie. Gdy jej nie ma, jest … więcej razów.

Ciekawa przemiana nastąpiła u profesora Andrzeja Zybertowicza. Dotychczas był on gorącym propagatorem teorii o nauczeniu Polaków technik samoorganizacji i zdobycia władzy. Ostatnio jednak coraz mocniej akcentuje czynnik metafizyczny. Piękną i mądrą diagnozę naszej sytuacji Profesor przedstawił w świątecznym numerze „…Sieci” (Widok na Warszawę z dwudziestego piętra, nr 12 (16) 2013). Opisując chroniczną i wszechobecną brzydotę naszej rzeczywistości, wiąże ją z brakiem silnego gospodarza, a ten wiąże z naszym stanem:

„Bezsilny gospodarz nie bierze się znikąd. Bierze się z nas. Ze zdegradowanej wspólnoty politycznej z resztkami państwowego etosu. Z państwa bez mózgu”.
Szukając rozwiązania, najpierw tradycyjnie sięga do socjologii:

„Zanim obóz patriotyczny potrafi wyłonić gospodarza, musi uformować się jako sprawna grupa interesów.”

Ale szybko przechodzi do innego wymiaru:

„Są dźwignie materialne i niematerialne. Odbudowa szacunku do samych siebie to dźwignia psychiczna. Wymaga wzbudzenia swojej energii duchowej. Nikt nie zrobi tego za nas. Może szansę daje właśnie Franciszek…”.

To wielka cnota u naukowca, że potrafi dostrzec bogactwo otaczającego świata i nie daje się zamknąć w materialistycznym dogmacie współczesnej nauki. Niezwykłe jest też to, że prof. Zybertowicz uznaje prymat ducha nad materią i wskazuje, że przyczyny naszych nieszczęść tylko pośrednio mają swe źródło w świecie zjawisk, a ich praprzyczyną jest słabość duchowa Polaków. Napisanie otwartym tekstem, że powodem nieszczęść narodu uważającego się za katolicki jest jego słabość duchowa, przejdzie przez niewiele piór Rzeczypospolitej – Panie Profesorze, chylę czoła! Zawsze ceniłem Pana za niezależność i odwagę sądów.

Mamy więc winnych naszego opłakanego stanu – to my sami. Tym, co w nas najsłabsze, jest wymiar duchowy, z którego wyrastają wszystkie inne wymiary naszej osobowości, a następnie porządku wspólnotowego. Pytanie zasadnicze dla przyszłości narodu brzmi więc: jak mamy uzdrowić naszego ducha?

Prof. Zybertowicz podaje tu jednak dwie rozbieżne recepty. Najpierw pisze, że mamy „wzbudzić swoją duchową energię”, by zaraz skierować nas do źródła zewnętrznego - nowego papieża. Musimy tu być bardzo precyzyjni – jeśli nasza choroba ma różne przyczyny, to i różne kuracje mogą ją uleczyć. Jeśli „energia duchowa” już w nas jest, to wystarczy ją tylko rozbudzić, uświadomić, wykorzystać. Jeśli jednak jej w nas nie ma, to zaklinanie rzeczywistości nic tu nie pomoże. Po chwilach emocjonalnych uniesień dalej będziemy duchowo „puści”.

Na ten drugi stan rzeczy wskazuje doświadczenie ostatnich kilkudziesięciu lat. Mieliśmy charyzmatycznego papieża Polaka, który bardzo często przyjeżdżał do Ojczyzny i przemawiał do nas przy różnych okazjach zarówno w jaruzelskiej niewoli, jak i wałęso-kwaśniewskiej wolności. Wiele też mówiło się o nowym pokoleniu Polaków – pokoleniu JP2. Dziś jednak ze wstydem przemilcza się ten miraż. Potem nastał papież intelektualnej i duchowej głębi, którym prof. Zybertowicz tak często się zachwycał. Społeczeństwo polskie upadało niezmiennie dalej. Krzyż z puszek po piwie „Lech” to symbol tego upadku.

Nie wiem, co takiego ma zaprezentować Polakom papież Franciszek, że nagle obudzą w sobie tę „duchową energię”, jeśli nie poradzili z tym sobie JP2 i B16. Może więc rozsądniej jest przyjąć, że Polacy w swej masie nie mają w sobie energii duchowej i stąd te zewnętrzne owoce w postaci degradacji na poziomie indywidualnym i zbiorowym? Jeśli jej nie mają, na nic też zdadzą się piękne wezwania duchownych - nawet z najwyższego, watykańskiego szczebla. Jak to mawiali przodkowie – z pustego i Salomon nie naleje.

Jeśli mam rację, to Polakom wiele nie pomogą socjologiczne projekty naprawcze, nie pomoże nowy ani stary papież – Polakom może pomóc tylko nowa ewangelizacja. Musimy ze wstydem uznać, że jesteśmy narodem pogańskim, a do uzyskania duchowej energii potrzebujemy zewnętrznego Źródła – ale nie w postaci Franciszka, a JEZUSA!

 

***


„… niespodziewanie jednak dla wszystkich odezwał się mecenas Siła-Nowicki, proponując uczczenie minutą ciszy zamordowanych niedawno księży Stefana Niedzielaka i Stanisława Suchowolca. Na sali obrad zapanowała konsternacja. Do ks. Orszulika podszedł przedstawiciel strony rządowej Stanisław Ciosek i zaproponował wycięcie wystąpienia Siły-Nowickiego z transmisji telewizyjnej. Ks. Orszulik propozycję przyjął. Sytuacja, jaka wówczas miała miejsce, nie znalazła się w żadnej z relacji z inauguracji obrad Okrągłego Stołu. Dowiedzieliśmy się o niej dopiero po latach. Miała ona jednak w sobie coś symbolicznego. Jakiś ukryty fałsz, który od początku unosił się nad tymi obradami.”
Leszek Pietrzak, „Teatr Kiszczaka”, URz luty 2013


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut