ŻYDOWSKI PROJEKT DLA POLSKI

Zasadniczo spodziewam się dwu reakcji na powyższy tytuł – jedni skojarzą go z tzw. „Judeopolonią” i zatrą ręce z zadowolenia, że przywalę „Żydkom”, inni z oburzeniem pomyślą o mnie jako o prymitywnym antysemicie i będą życzyć mi rychłego spotkania z prokuratorem. Rozczaruję jednych i drugich. To, co chcę napisać, nie wypływa ani z anty-, ani z filosemityzmu. Wypływa z głębokiej troski o mój naród, który dziś pogrążony jest w morzu przeogromnej głupoty. By rozświetlić nieco ten mrok, odwołam się do historii Żydów – narodu, którego dzieje naznaczone są zarówno napadami zbiorowego amoku, jak i okresami mądrości, sprawiedliwości, dobrobytu i chwały. Poznajmy więc żydowski projekt, jak podnieść się z upadku i niewoli.

Dziś nawet wrogowie Żydów nie mogą im odmówić sprytu, konsekwencji w dążeniu do narodowych celów, wysokiego stopnia organizacji i dumy narodowej. Nie zawsze jednak tak było. Oto kilka opisów stanu tego narodu, które zabrzmią nam niestety bardzo swojsko:

Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie. Izaj. 1:3

W co jeszcze można was bić, gdy nadal trwacie w odstępstwie? Cała głowa chora i całe serce słabe. Od stóp do głów nic na nim zdrowego: tylko guzy i sińce, i świeże rany; nie opatrzone ani nie przewiązane, ani nie zmiękczone oliwą. Wasz kraj pustynią, wasze miasta ogniem spalone, plony waszej ziemi obcy na waszych oczach pożerają; spustoszenie jak po zniszczeniu Sodomy. Izaj. 1:5-7

Gdy przychodzicie, aby zjawić się przed moim obliczem, któż tego żądał od was, abyście wydeptywali moje dziedzińce? Nie składajcie już ofiary daremnej, kadzenie, nowie i sabaty mi obrzydły, zwoływanie uroczystych zebrań - nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Waszych nowiów i świąt nienawidzi moja dusza, stały mi się ciężarem, zmęczyłem się znosząc je. A gdy wyciągacie swoje ręce, zakrywam moje oczy przed wami, choćbyście pomnożyli wasze modlitwy, nie wysłucham was, bo na waszych rękach pełno krwi. Izaj. 1:12-15

Jakąż nierządnicą stało się to miasto wierne, niegdyś pełne praworządności, sprawiedliwość w nim mieszkała, a teraz mordercy! Twoje srebro obróciło się w żużel, twoje wino zmieszane z wodą. Twoi przewodnicy są buntownikami i wspólnikami złodziei, wszyscy lubią łapówki i gonią za darami, nie wymierzają sprawiedliwości sierocie, a sprawa wdów nie dochodzi przed nich. Izaj. 1:21-23

Biada przekornym synom, mówi Pan, którzy wykonują plan, lecz nie mój, i zawierają przymierze, lecz nie w moim duchu, aby dodawać grzech do grzechu. Wyruszają hen do Egiptu, nie radząc się moich ust, aby oddać się pod opiekę faraona i szukać schronienia w cieniu Egiptu. Lecz opieka faraona narazi was na wstyd, a szukanie schronienia w cieniu Egiptu na hańbę. Izaj. 30:1-3


Nie zamierzam jednak rozpisywać się o polskiej głupocie, krótkowzroczności, pustej religijności, demoralizacji czy szukaniu ratunku u obcych. To każdy widzi. Zwróćmy się ku poszukiwaniu dróg wyjścia.

Żydzi opisani przez Izajasza nie zmądrzeli. Ich państwo uległo zagładzie, a oni poszli w niewolę. Jednak mamy okazję przyjrzeć się temu narodowi klika pokoleń później, w nowej rzeczywistości. Jak wykorzystali czas „smuty”? Czego nauczyli się i co poprawili?

Nie mogę zacytować tu całej Księgi Estery, ale gorąco zachęcam Państwa do przeczytania tych kilku stron w Biblii przed dalszą lekturą artykułu (w Biblii Tysiąclecia księga ta obarczona jest dodatkami greckimi uznanymi za natchnione przez sobór trydencki w 1546 r. Będę posługiwał się wersją oryginalną).

Żydzi nauczyli się żyć w niewoli. Dorobili się nowych majątków, zajmowali stanowiska, wychowywali dzieci i wnuki. Można powiedzieć, że żyło im się dostatnio i spokojnie. Okazało się jednak, że tylko we własnym państwie naród może być prawdziwie bezpieczny. Polacy boleśnie przekonali się o tej prawdzie podczas zaborów, ale niestety ta mądrość została znowu zagubiona i dziś powszechnym staje się przekonanie, że własne państwo jest nam niepotrzebne i równie dobrze, a może i lepiej, będzie nam się żyło pod obcymi rządami.

Spokojna egzystencja Żydów pod obcym panowaniem została brutalnie przerwana jednego dnia, gdy w wyniku intrygi jednego z wysokich urzędników król zgodził się na zagładę wszystkich Żydów w swoim państwie w jednym, ustalonym dniu w najbliższej przyszłości.

Żydzi jednak nie pozostali bierni. Już wcześniej przygotowali się na funkcjonowanie w roli mniejszości. Rozwinęli spryt oraz umiejętność zjednywania sobie przychylności decydentów, rozumieli, że trzeba umieć się maskować, że nie zawsze należy „od razu wykładać wszystkie karty na stół”, zbudowali własny system pozyskiwania z wyprzedzeniem strategicznych informacji (wywiad). Dzięki temu Żydówka została królową, a jej kuzyn ważną osobistością na dworze. Deficyt tych umiejętności jest szczególnie obecny w „mniejszości polskiej” naszego społeczeństwa.

Z Księgi Estery wypływają poważne wnioski na temat związku kondycji państwa z kondycją moralną narodu i jakością życia rodzinnego. Naród o niskim poziomie moralnym produkuje elity słabe, bezideowe i sprzedajne. Z kolei zdeprawowane elity jeszcze bardziej deprawują naród, tworząc ujemne sprzężenie zwrotne. Poziom moralny narodu rozstrzyga się w jego rodzinach – atak na instytucję małżeństwa, na pozycję mężczyzny jako głowy rodziny, promowanie niewierności małżeńskiej oraz braku dyscypliny w wychowaniu dzieci – to najlepsza broń do zniszczenia narodu. Z tego wszystkiego starożytni zdawali sobie doskonale sprawę. Co więc powiedzieć o współczesnych „wykształciuchach”?

Żydzi przekonali się dobitnie, że świat w obecnym kształcie nie jest sielankowy, że wiara w „pokojowe współistnienie”, rozbrojenie oraz powszechną miłość i braterstwo między narodami to idylliczne mrzonki. Narody mogą się wspierać, gdy mają wspólne interesy, a najlepszym gwarantem pokoju jest gotowość do wojny. Będąc mniejszością w obcym państwie, Żydzi kultywowali umiejętności militarne i posiadali osobistą broń. W stanie śmiertelnego zagrożenia to nie wojsko czy policja króla miały być dla nich gwarancją przetrwania, a broń osobista. Przez stulecia, nawet pod zaborami, Polacy pamiętali o tej ważnej prawidłowości. Nasze dzieci od małego zaznajamiane były z bronią i sztuką walki wręcz. Dzięki temu nawet bez państwa byliśmy gotowi organizować powstańcze armie i odnosić sukcesy militarne. Nie tak dawno to zamojscy chłopi pokonali „niezwyciężonych Niemców”, gdy ci postanowili poddać ich eksterminacji i przesiedleniu. Dziś jednak panuje w naszym narodzie chory pacyfizm, zniewieścienie i irracjonalny lęk przed bronią palną. To wspaniały prezent dla naszych wrogów.

Na uwagę zasługuje wewnętrzna organizacja i umiejętność zbiorowego, skoordynowanego działania narodu żydowskiego. Pomimo braku telefonów, telewizji i Internetu szybko przekazywali sobie informacje, podejmowali skoordynowane działania (np. post) i zwoływali zgromadzenia. W porównaniu z ich umiejętnościami w tym zakresie protesty przeciw ACTA to drobnostka. Rozumieli też wagę zbiorowych celów i byli gotowi poświęcać dla nich osobiste interesy.

Żydzi byli przygotowani do obrony, a wzmocnieni politycznym sprytem swoich przywódców budzili postrach u tych, którzy ich nienawidzili. Nie działali chaotycznie, ale czekali na właściwy moment. O ile krócej mogłyby trwać nasze zabory, gdybyśmy posiedli tę sztukę – zamiast składać daninę krwi w powstaniach wywoływanych dla obcych interesów i w czasie dogodnym dla zaborców, uderzyć we właściwej chwili (np. podczas wojny krymskiej w 1854 r.) i w sposób dobrze zorganizowany.

Żydzi nie szukali jak dawniej pomocy w Egipcie, a „załatwili” sobie jedynie u króla wolną rękę w rozprawieniu się ze swoimi wrogami.

Mianowicie Żydzi zebrali się po miastach, gdzie byli, we wszystkich prowincjach króla Achaszwerosza, aby podnieść rękę na tych, którzy pragnęli ich zguby. I ani jeden im się nie opierał, gdyż strach przed nimi padł na wszystkie ludy. I wszyscy książęta prowincji i satrapowie, namiestnicy i wszyscy sprawujący władzę w imieniu króla popierali Żydów, gdyż padł na nich strach przed Mordochajem. Mordochaj bowiem wiele znaczył w pałacu królewskim, a wieść o nim dotarła do wszystkich prowincji, gdyż znaczenie tego męża, Mordochaja, ciągle rosło. I zabili Żydzi wszystkich swoich wrogów mieczem, drogą zabójstwa i zagłady, i robili z tymi, którzy ich nienawidzili, co chcieli. W samym zamku w Suzie wymordowali Żydzi i wygubili pięciuset mężów. (…) Pozostali zaś Żydzi po prowincjach królewskich zebrali się, aby stanąć w obronie swojego życia i zapewnić sobie spokój od swoich wrogów, zabili więc spośród tych, którzy ich nienawidzili, siedemdziesiąt pięć tysięcy, lecz na ich mienie swej ręki nie podnieśli. Estery 9:2-6,16

Sposób traktowania wrogów wydaje się nam dziś niehumanitarny. Wytresowano nas do wiary w „dobroć tego świata”. Żydzi jednak wiedzieli, że walka trwa naprawdę, nie na żarty. Jeśli ktoś chce nas skrzywdzić czy zabić, to nie wyperswadujemy mu tego zamiaru dobrym słowem czy czarującym uśmiechem. Musimy skutecznie uniemożliwić naszym wrogom złe zamiary - oni nas albo my ich. W tamtych realiach oznaczało to eliminację fizyczną. Ale i dla nas w „cywilizowanym” XXI wieku wypływają stąd praktyczne wnioski. Nasi wrogowie nie szanują reguł demokracji, przyzwoitości czy uczciwości. My, stosując się do nich, niechybnie przegramy. Tę prawidłowość dobrze sobie przyswoił (także na swoich błędach w pierwszej kadencji) premier Orbán. W latach 1998-2002 był premierem i przegrał z oszustami, którzy kłamstwo, grabież i zawłaszczanie państwa uczynili istotą swej polityki. Gdy ponownie doszedł do władzy, nie cacka się już ze szkodnikami, czym wzbudza skowyt domorosłych i zagranicznych wrogów prawości. Podobną determinację i świadomość zagrożeń widzieliśmy u Marszałka Piłsudskiego. W III RP patrioci doszli do władzy stosunkowo szybko – już w grudniu 1991r. Spisek postkomunistycznych kombinatorów szybko pozbawił ich jednak złudzeń. Gdy w 2005 roku bracia Kaczyńscy ponownie przejęli stery państwa, nie skorzystali z mądrości Marszałka i znowu dali się ograć wrogom. „Kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą d..ę” – tragicznie doświadczamy jako naród tej prawdy…

Ostatnia myśl z Księgi Estery, jaką chcę Państwa pożegnać, to żydowska umiejętność świętowania zwycięstw i kultywowania historii.

Zobowiązując ich, aby rokrocznie święcili czternasty dzień miesiąca Adar i piętnasty dzień tegożmiesiąca, jako dni, w których Żydzi zyskali spokój od wrogów swoich, i jako miesiąc, w którym troska zamieniła im się w radość, a żałoba w dzień pomyślny, aby uczynili je dniami ucztowania i radości, i wzajemnego przesyłania sobie darów żywnościowych i obdarowywania ubogich. I Żydzi przyjęli to, co wtedy zapoczątkowali i co im napisał Mordochaj, jako zwyczaj:
Że Haman, syn Hammedaty, potomek Agaga, gnębiciel wszystkich Żydów, zamyślając wytępić wszystkich Żydów, rzucił "pur", to znaczy los, aby ich zniszczyć i wytępić.
Lecz gdy rzecz doszła do króla, ten nakazał, a jednocześnie dał pisemne zarządzenie, że jego wrogi zamysł, jaki powziął przeciwko Żydom, ma spaść na jego własną głowę, wobec czego powiesili jego samego i jego synów na szubienicy.
Dlatego te dni nazwali "purim", według nazwy "pur". A z powodu wszystkich słów tego listu oraz z powodu tego, co widzieli i co ich spotkało, Żydzi zobowiązali się i przyjęli to zarówno na siebie, jak i na swoje potomstwo i na tych wszystkich, którzy by się do nich przyłączyli, jako zwyczaj, którego się nie przekracza, że będą rokrocznie święcić te dwa dni zgodnie z przepisami i w oznaczonym czasie. A te dni mają być wspominane i obchodzone jako święta po wszystkie pokolenia, we wszystkich rodzinach, we wszystkich prowincjach i we wszystkich miastach. A te Święta "Purim" nie mają zaniknąć wśród Żydów i pamięć o nich nie ma ustać u ich potomstwa. Estery 9:21-28


My nie umiemy pielęgnować pamięci o naszych zwycięstwach, których mamy całkiem pokaźną kolekcję. Nie świętujemy wyzwolenia Wiednia czy zajęcia Moskwy. Nie potrafimy nawet godnie uczcić nie tak przecież odległego rozgromienia sowieckiej dziczy na przedpolach Warszawy (zamiast tego cackamy się z pomnikiem armii sowieckiej w centrum stolicy, stawiamy pomniki najeźdźcom, a nasi hierarchowie inicjują akcję palenia zniczy dla krasnoarmiejców!). Jak naród wychowywany w takiej amnezji historycznej i pomieszaniu wartości ma przejmować tradycje patriotyczne przeszłych pokoleń?

Żydzi obchodzą święto swego zwycięstwa sprzed dwu i pół tysiąca lat! To dla nich nie tylko wesoła uroczystość. To corocznie powtarzana lekcja patriotyzmu i politycznego realizmu. To ludowy epos przekazywany w rodzinach z pokolenia w pokolenie. Taki naród można niewolić, pokonywać, eksterminować, ale on się odrodzi. Historia Żydów jest tego niezaprzeczalnym dowodem.

Choć cytowałem obszernie biblijną księgę Estery, to ani razu nie odwołałem się do Boga. Co ciekawe, ta księga nigdzie nie wspomina o Bogu! Można by rzec, że Bóg opisał w niej organizację narodu za pomocą języka socjologicznego. Nasze życie ma wymiar nadprzyrodzony i naturalny. My, Polacy, często ulegamy pokusie zbyt szybkiego odwoływania się do wymiaru nadprzyrodzonego. Gdy mamy problem, to pierwszą i niestety często jedyną naszą reakcją jest „zamówienie mszy”. Niemiłosiernie zaniedbujemy jednocześnie porządek naturalny. Jeśli nauczymy się właściwie organizować nasze zbiorowe życie w porządku naturalnym (biorąc przykład z mistrzów w tej konkurencji) i mądrze rozpoznamy sygnały nadprzyrodzone, może i nam będzie dane cieszyć się naszym polskim „purim”…

Paweł Chojecki


WROGOWIE WOLNEGO SPOŁECZEŃSTWA

"Zabrania się zabraniać” − pisano na murach Paryża w 1968 roku. Lewicowi buntownicy domagali się wolnych uniwersytetów, które miały być miejscem niczym nieskrępowanej wymiany poglądów. Wcześniej, bo na przełomie lat 1964−65, lewicujący amerykański studencki Ruch Wolności Słowa w University of California w Berkeley wysuwał podobne postulaty. Kontestująca starą, socjaldemokratyczną i marksistowsko-leninowską, lewicę Nowa Lewica w młodych intelektualistach, których niezbywalnym prawem miała być swoboda wypowiedzi, upatrywała głównej siły rewolucyjnej, zdolnej do dokonania przemian współczesnego świata. Efektem tych przemian miało być wolne społeczeństwo, w którym wszyscy jego członkowie, wszystkie organizacje, partie i związki wyznaniowe miały prawo bronić właściwego sobie sposobu życia i wszystkich, tkwiących u jego podstaw, zasad.

 

Dnia 3 listopada 2014 r. w lubelskiej Chatce Żaka Fundacja Twój Ruch zorganizowała projekcję filmu „Ewolucja kontra Bóg”. Film składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiane są dylematy związane z procesem zachodzenia ewolucji, w drugiej mówi się o moralnych dylematach łączących się z akceptacją postawy ateistycznej. Po filmie odbyła się dyskusja nakierowana na poruszane w filmie sprawy z udziałem doktorantów różnych polskich uczelni, którzy przyznali się do tego, że są kreacjonistami. Jeden z widzów poczuł się tym najwyraźniej dotknięty − po wypowiedzeniu kilku gorzkich słów pod adresem organizatorów opuścił salę. Nie ma w tym nic dziwnego, nie pierwszy to i nie ostatni raz ktoś publicznie wyraża swoje niezadowolenie.

 

Widz ten − polonista, etyk i filozof, upatrujący w racjonalizmie jedynej alternatywy wobec przemocy [1] − swoją konsternację postanowił przelać na papier i w lubelskiej Wyborczej opublikował tekst zatytułowany „Kompromitacja Chatki Żaka UMCS. Kiedy konferencja szamanów?” [2] W tym również nie ma nic dziwnego. „Każdy ma prawo pisać i mówić wszystko, co mu się podoba, bez żadnych ograniczeń” [3] − przekonywał zaniepokojonych komunistów nawet starolewicowy Włodzimierz Lenin.

 

Ostry ton wypowiedzi zdenerwowanego uczestnika (np. wynajęto salę „na potrzeby religijnych obłąkańców, którzy urządzili tam rodzaj sabatu”), choć może razić, też nie jest niczym nadzwyczajnym. Filozofom w gorących, ideologicznych polemikach  przytrafia się używanie mocnych słów (np. „«klechostwo naukowe » filozofii idealistycznej” − grzmiał Lenin − „jest po prostu przedsionkiem jawnego klechostwa” [4]).

 

„Nie jest chyba zbyt dużym słowem skandal” − pisał przeciwnik przemocy − „na określenie tego, że na terenie uniwersytetu i w obiekcie będącym jego własnością dokonuje się pokaz propagandy ignorancji i irracjonalizmu”. Takie „skandale” zdarzały się już wcześniej. O jednym z nich oraz o powodach jego wywołania będzie mowa w dalszej części tego tekstu.

 

Następstwem działań wspomnianego widza, znanej w lewicowym środowisku Lublina postaci, było zerwanie współpracy z Twoim Ruchem przez Chatkę Żaka. I to już nie jest normalne. Nie jest bowiem tajemnicą, że znaczna część lewicy współczesnej, zachodniej Europy to ludzie, którzy aktywnie brali udział w rewoltach 1968 roku, a ich młodsi koledzy są spadkobiercami tych, którzy zabraniali zabraniać i snuli wizje wolnego społeczeństwa. Sukcesorzy idei wolnego społeczeństwa − szafując hasłami tolerancji, która dla nich oznacza teraz jedynie zgodność z lansowanymi przez nich poglądami [5] − stają się teraz jej nieprzejednanymi wrogami.

 

Twórcą jednej z najbardziej radykalnych wizji wolnego społeczeństwa był, luźno związany z Nową Lewicą, filozof Paul Karl Feyerabend (1924−1994), wieloletni wykładowca University of California w Berkeley i berlińskiego Freie Universität. Pomimo że był niezbyt przychylnie nastawiony do chrześcijaństwa („Bóg chrześcijan nie jest moim przyjacielem” [6]), utrzymywał, że w wolnym społeczeństwie „wszystkie tradycje mają równe prawa: zwyczajny fakt, że pewni ludzie poukładali swoje życie w zgodzie z określoną tradycją, wystarcza, aby zapewnić tej tradycji wszystkie podstawowe prawa społeczeństwa, w jakim tradycja ta funkcjonuje”. [7] Miał to być pluralizm grup, które − wedle własnych upodobań − wyznawać mogą różne poglądy i bronić ich krytycznie albo obstawać przy nich dogmatycznie. W wolnym społeczeństwie „każdy człowiek i każda grupa mają tyle wolności, ile można” po to, „by mogli oni urzeczywistniać swoje własne pragnienia, jakkolwiek byłyby one różne od naszych własnych”. [8] Przyznawał jednak, iż zachodnie społeczeństwo nie jest jeszcze w pełni gotowe do wprowadzenia równouprawnienia wszystkich tradycji, dlatego że „wielu ludzi nie osiągnęło jeszcze dojrzałości do życia w wolnym społeczeństwie (odnosi się to przede wszystkim do niektórych uczonych i innych racjonalistów)”. [9]

 

Propozycja Feyerabenda zaadresowana była przede wszystkim do tych, którym wmawia się, że ich własne tradycje nie przystają do rzeczywistości i dlatego powinny zostać porzucone. Zaś występuje przeciwko tym, którzy nie są w stanie zrozumieć, że ich własny, nawet opracowany w najdrobniejszych szczegółach i doskonale uzasadniony, punkt widzenia może okazać się zaledwie jednym z możliwych sposobów układania sobie życia, ważnym jedynie dla tkwiących w określonej tradycji. Dla innych tradycji taki punkt widzenia stanowić może przeszkodę w nieskrępowanym rozwoju lub może być przez nie uznany za nieinteresujący.

 

Warto w tym miejscu nadmienić, że nie były to jedynie deklaracje. Idee, które propagował, również sam realizował. „Mój wykład z filozofii nauki” − informował swojego najlepszego przyjaciela, węgierskiego filozofa Imrego Lakatosa (1922−1974) − „rozpocząłem od obrony Maxa Rafferty’ego,” (1917−1982, konserwatywnego  epublikanina, filozofa edukacji, wykładowcy Troy University w Troy, Alabama), który proponował, aby Księga Rodzaju i teoria ewolucji nauczane były jako dwie alternatywne teorie, a nie jako bajka i «fakt»”; [10] „wciąż dopinguję [studentów] do opracowywania Księgi Rodzaju celem uczynienia z niej skutecznej alternatywy dla teorii ewolucji”; [11] „zorganizowałem [dla studentów w Berkeley] debatę «Stworzenie kontra ewolucja». Facet, który mówił o ewolucji, był cienki, zaś ten od Księgi Rodzaju był bojaźliwy i w sumie wyszła z tego wielka nuda. Oczywiście ten od Genesis mówił, aby nie brać jej dosłownie, że jest to dokument o charakterze moralnym itp., itd. No cóż, przede wszystkim nie ma racji, a po drugie, nauka często czyniła postępy, biorąc na serio fragmenty dziwnych doktryn i używając ich do ataku na dobrze ustalone i precyzyjne poglądy.” [12]

 

Domagał się też, by wszystkie istotne kwestie dotyczące sposobów nauczania tego, co ma być nauczane oraz sprawy „prawdziwości podstawowych przekonań”, takich jak np. teoria ewolucji, pozostawić w gestii płacących podatki, bezpośrednio zainteresowanych kształceniem ludzi: „obywatel ma wpływ na funkcjonowanie instytucji, do której daje finansowy wkład, czy to prywatnie, czy to jako podatnik: średnie szkoły stanowe, uniwersytety stanowe, instytucje badawcze podtrzymywane podatkami, takie jak Narodowa Fundacja Nauki, są poddawane ocenie podatników, podobnie sprawy się mają z każdą taką szkołą podstawową. Gdyby podatnicy Kalifornii chcieli, aby ich uniwersytety stanowe uczyły Voodoo, medycyny ludowej, astrologii, ceremonii tańców deszczowych, to wtedy uniwersytety te będą musiały tego uczyć”. [13]

 

Rodzice, którzy mają prawo decydować o tym, czy ich dzieci będą się uczyły religii, czy też będzie ona nauczana wyłącznie jako zjawisko historyczne, powinni mieć analogiczne prawo do decydowania, w jaki sposób ich potomstwo zapoznawać się będzie z osiągnięciami nauki, czy np. będzie się uczyło teorii ewolucji albo zamiast tej teorii będzie się uczyło Księgi Rodzaju, albo też czy będzie się ich uczyło równolegle. Ten typ kształcenia, w którym nie ma miejsca na żadną wyróżnioną ideologię czy tradycję, ułatwić miał w przyszłości wybór drogi życiowej i przygotować do pełnienia określonej roli w społeczeństwie.

 

Feyerabend lubił prowokować i był z tego powszechnie znany. Jednak bardzo często jego prowokacje miały inny cel niż tylko wprawienie w zakłopotanie adwersarzy. Miały być pewnego rodzaju szkołą tolerancji, bez której nie może funkcjonować wolne społeczeństwo. Każdego rozumnego człowieka przykłady takie zmuszają do myślenia wedle odmiennych standardów niż te, które on wyznaje, stając się tym samym dobrymi narzędziami krytycyzmu wobec tego, co zostało już zaakceptowane i nie jest dalej kwestionowane. Są one również dobrymi instrumentami pozwalającymi na nabranie dystansu w stosunku do płytko rozumianego dialogu i wąsko pojmowanej − wykluczającej znoszenie tych poglądów, które w żaden sposób nie przystają do naszych własnych opinii − tolerancji.

 

Ostoją wolnego społeczeństwa miały być inicjatywy obywatelskie − konkretne działania, uzależnione od konkretnych warunków, wiedzy i życzeń zainteresowanych obywateli, zmierzające do realizacji konkretnych celów, „najlepsza i jedyna szkoła dla wolnych obywateli”. Jedynym ograniczeniem dla tych inicjatyw miało być przestrzeganie dwóch bardzo praktycznych zasad, którymi rządzić się miało wolne społeczeństwo.

 

W myśl pierwszej z nich, nie ma żadnych wspólnych zasad postępowania, z wyjątkiem tych, które członkowie społeczeństwa doraźnie przyjmą dla realizacji konkretnych celów.

 

Druga zasada to zaczerpnięta od Johna S. Milla, zasada minimalnej ingerencji, zgodnie z którą „jedynym celem usprawiedliwiającym ograniczanie przez ludzkość, indywidualnie lub zbiorowo, swobody działania jakiegokolwiek człowieka jest samoobrona, […] jedynym celem, dla osiągnięcia którego ma się prawo sprawować władzę nad członkiem cywilizowanej społeczności, wbrew jego woli, jest zapobieżenie krzywdzie innych. […] Każdy jest odpowiedzialny przed społeczeństwem jedynie za tę część swojego postępowania, która dotyczy innych. W tej części, która dotyczy wyłącznie jego samego, jest absolutnie niezależny; ma suwerenną władzę nad sobą, nad swoim ciałem i umysłem”. [14]

 

Zasady te połączone ze swobodą wypowiadania się miały iść w parze z otwartą wymianą osiągnięć między różnymi tradycjami. (Feyerabend odróżniał wymianę otwartą od kierowanej. Obydwie są sposobami zbiorowego decydowania w jakiejś sprawie. Wymiana kierowana to taka, w której tylko jedna tradycja stanowi punkt odniesienia dla oceny podejmowanych decyzji i działań, zaś wymiana otwarta nie wartościuje żadnej tradycji w ten sposób, dopuszcza ona przenikanie się różnych sposobów myślenia, postrzegania i odczuwania świata, czego efektem są zmieniające się pod wpływem owych czynników skale ocen.) Standardy kierujące wymianą między różnymi tradycjami miały być akceptowane, ulepszane lub eliminowane stosownie do okoliczności przez zainteresowane nimi tradycje. Standardom tym towarzyszyć miała swoboda w wyborze zachowań połączona ze świadomością możliwości odwetu za zachowania agresywne w stosunku do innych ludzi i zbiorowości. Połączenie takie ma z jednej strony chronić różne tradycje, z drugiej zaś skutecznie neutralizować działania mające na celu zdominowanie jednej tradycji przez inną.

 

Wytworem wolnego społeczeństwa, o czym teraz „nie pamiętają” spadkobiercy idei wolnego społeczeństwa, miał być dojrzały obywatel, który ma wiedzieć, jak kształtować własny umysł i świadomie wybierać to, co jest dla niego najbardziej korzystne lub to, co wydaje mu się najbardziej atrakcyjne. Nie został on wyuczony jakiejś konkretnej teorii, światopoglądu czy ideologii, został przygotowany do ich wyboru: studiowania i działania w ich ramach.

 

Dr hab. Krzysztof J. Kilian jest profesorem Uniwersytetu Zielonogórskiego, Kierownikiem Zakładu Ontologii i Teorii Poznania w Instytucie Filozofii UZ.

 

 Przypisy:

1 http://paderewski.lublin.pl/liceum/nauczyciel/dr-adam-kalbarczyk
2 Por. Adam Kalbarczyk, „Kompromitacja Chatki Żaka UMCS. Kiedy konferencja szamanów?”, 28.11.2014, http://lublin.gazeta.pl/lublin/1,35640,17036857,Kompromitacja_Chatki_Zaka_UMCS__Kiedy_konferencja.html
3 Włodzimierz I. Lenin, „Organizacja partyjna a partyjna literatura” (1905), [w:] idem, Dzieła. Tom 10. Listopad 1905-czerwiec 1906, przekład (anonimowy) z czwartego wydania rosyjskiego przygotowanego przez Instytut Marksa-Engelsa-Lenina przy KC WKP(b), Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 32 [29-35].
4 Idem, Dzieła. Tom 14. 1908 (Materializm a empiriokrytycyzm), przekład (anonimowy) z czwartego wydania rosyjskiego przygotowanego przez Instytut Marksa-Engelsa-Lenina przy KC WKP(b), Książka i Wiedza, Warszawa 1955, s. 388.
5 Por. np. http://wyborcza.pl/1,75968,15075819,Co_to_jest__ideologia_gender__Nowe_narzedzie_walki.html
6 List Feyerabenda z 18 września 1969 r. do Imrego Lakatosa, [w:] Matteo Motterlini (ed.), For and Against Method. Imre Lakatos and Paul Feyerabend, The University of Chicago Press, Chicago and London, 1999, s. 176.
7 Paul Karl Feyerabend, Science in a Free Society, New Left Books, London 1978, s. 83.
8 Por. idem, „Jak obronić społeczeństwo przed nauką”, [w:] Kazimierz Jodkowski (red.), Czy sprzeczność może być racjonalna? Realizm Racjonalność Relatywizm t. 4, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1986, s. 323 [309-324].
9 Feyerabend, Science in a Free Society…, s. 106.
10 List Feyerabenda z 18 września 1969 r.…, s. 176.
11 List Feyerabenda z 6 lutego 1970 r.…, s. 191.
12 List Feyerabenda z 11 marca 1970 r.…, s. 197.
13 Feyerabend, Science in a Free Society…, s. 87.
14 John S. Mill, O wolności, Wydawnictwo Akme, Warszawa 2002, s. 25.

 

idź Pod Prąd, grudzień 2014


O ZAMKNIĘCIU GRZEGORZA BRAUNA I PAŃSTWIE KISZCZAKA

NIEDAWNO WŁADZE ŚWIĘTOWAŁY 25 LAT WOLNOŚCI. ŚWIĘTOWAŁ WIĘC PAN PREZYDENT BRONISŁAW KOMOROWSKI Z MAŁŻONKĄ, ŚWIĘTOWAŁ PAN PREMIER DONALD TUSK, ŚWIĘTOWAŁA PANI MARSZAŁEK SEJMU EWA KOPACZ, ŚWIĘTOWALI MINISTROWIE, POSŁOWIE, SENATOROWIE, ŚWIĘTOWAŁA „GAZETA WYBORCZA”, CELEBRYCI, KOMBATANCI, ŚWIĘTOWALI OSOBNICY, KTÓRZY OBŁOWILI SIĘ W III RP, JAK NP. PAN BOGDAN BORUSEWICZ I CI, KTÓRZY CHCĄ SIĘ JESZCZE ZDĄŻYĆ NACHAPAĆ. BYŁO IM WESOŁO, JAK KLOWNOM NA ARENIE CYRKOWEJ.

 

Ciekaw jestem, czy generał Czesław Kiszczak nie dostał jakiegoś urazu szczęk od nadmiaru śmiechu, patrząc na tych bałwanów. Chociaż to profesjonalista, więc pewnie tym tak śmiesznym spektaklem w wykonaniu pacynek nie zrobił sobie krzywdy. A skoro o Czesławie Kiszczaku mowa... W swoim czasie mówił, że Solidarność co prawda miała 10 milionów członków, ale z jego agentami. Podczas odprawy kadry kierowniczej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mówił w taki oto sposób o celach ministerstwa na rok 1989: „SB może i powinna kreować różne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji, na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki”. Później zauważył, że mówi się, iż Solidarność w 1989 r. była silna, ale 20 lat trwało, zanim ta Solidarność odebrała mu emeryturę. Tu chyba pan generał trochę fantazjował, bo nie sądzę, aby znalazł się ktoś odważny i rzeczywiście odebrał mu z takim trudem wypracowaną emeryturę. Można mnożyć przykłady prowadzące do wniosku, że III RP jest w rękach PZPR i ubeków, ale nie czas i miejsce na to. Durniów nie przekonam, rozsądnych nie muszę.

 

Jaka jest wolność w Polsce, przekonał się na własnej skórze reżyser Grzegorz Braun. Oto został oskarżony przez policjantów o straszliwe pobicie. To oczywiście stary, tandetny chwyt milicjantów przekazywany z ojca nasyna. Dawno temu stosował go milicjant w mojej miejscowości. Najpierw zrzucał sobie czapkę, a później ludzi pałował. A swoją drogą, co to za policjanci, skoro bije ich jeden człowiek? Od razu takie fajtłapy powinno się wywalić z policji, gdyby oczywiście ta policja miała służyć społeczeństwu. A służy tak naprawdę służbie bezpieczeństwa, więc wszystko jest w porządku. SB każe być pobitym, to od razu policjant jest pobity. Każe zrobić w spodnie, to taki jeden z drugim zrobi w spodnie.

 

Sowieccy towarzysze mawiali: „Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”. Nieważne więc, co się stało, czy Grzegorz Braun został pobity, czy on pobił. Ważne, co w notatce służbowej napisał policjant. Sąd to później klepnie, oskarżony do kicia i po sprawie. Coś chyba jednak poszło nie tak, bo proces Grzegorza Brauna trwa już parę lat i jakoś reżysera nie zamknęli. Czyżby tak kiepsko działał niezawisły sąd w III RP (państwie, które od czasu, kiedy prezydentem został Bronisław Komorowski, co rusz zdaje egzamin) czy też groźba wyroku skazującego i odsiadki miała wyhamować działalność Grzegorza Brauna? „Wicie, rozumicie, jak wy w Partię nowym filmem, to my Partia was do pierdla. Zrozumiano?”

 

I chyba niezawisły sąd od słów przeszedł do czynów, bo postanowił wsadzić Grzegorza Brauna do aresztu (areszt to taki rodzaj więzienia) pod pretekstem, że wyszedł z sali rozpraw  i trzasnął drzwiami. Sędzia uznał to zachowanie za obrazę sądu i skazał Grzegorza Brauna na siedem dni aresztu. Ciekawe, że ci, którzy wydają wyroki, nie tylko nie widzą tej prostackiej kombinacji operacyjnej ubeków mającej utrudnić życie reżyserowi, ale jeszcze gorliwie biorą w niej udział. Służą więc sprawiedliwości czy wykonują rozkazy UB? Jakby na to nie patrzeć, sami są obrazą dla sądu. I jeszcze dostają za swoje działania pensje, nagrody, premie, a jak się dobrze spiszą, to już czekają na nich awanse. A powinni (jakby to ująć delikatnie?) w najlepszym przypadku zostać przeciągnięci pod kilem. Nam pozostaje we wszelki możliwy sposób solidaryzować się z prześladowanymi przez III RP. Dziś Grzegorz Braun, jutro ktoś inny, a pojutrze ty. Niech się więc pan trzyma, panie Grzegorzu! Wszystkich to nas czeka!

 

Zamiast zakończenia. Od dawna utrzymuję, że zbliżają się takie czasy, kiedy miejsce normalnego człowieka będzie albo w więzieniu, albo w lesie. Dlatego uczę się konstruować szałasy, uzdatniać wodę, ługować żołędzie, rozpoznawać dzikie rośliny jadalne i jakiego robala można zjeść, żeby się nie porzygać. Chociaż tak naprawdę, skoro nie porzygałem się, patrząc na mordki tych kreatur, które rzekomo chcą nam przychylić nieba, to chyba żaden robal nie będzie mojemu żołądkowi straszny.

 

idź Pod Prąd, październik 2014


CO SIĘ Z NAMI STAŁO?

Na wyścigach dorabiał sobie do ostatniego wtorku pewien miły człowiek, Jurek. Kiedyś był cenionym pracownikiem wyścigowym. Pamiętam go z tych czasów. Mieszkał jak inni w hotelu robotniczym, pracował w stajni, jadał w stołówce pracowniczej. Nic mu nie brakowało. Jego błąd polegał na tym, że zawierzył systemowi. Biernie - nie czynnie. Na nikogo nie donosił, nikomu nie szkodził, był tylko szeregowym pracownikiem. Pacta sunt servanda – taki argument słyszałam przy fałszowaniu pierwszych sfałszowanych wyborów. Słyszałam również, że nie można odebrać ubekom i katom Polaków wysokich emerytur. Bo prawo nie działa wstecz. Słyszałam, że nie można wyrzucić Jaruzelskiego z domu ukradzionego Przedpełskim, bo przecież kupił ten dom w majestacie obowiązującego wówczas prawa. Natomiast ten argument nie jest podnoszony przy eksmitowaniu na bruk ludzi, którzy uwierzyli, że będą mogli mieszkać w mieszkaniach kwaterunkowych albo w nędznych hotelach robotniczych. Wyścigowy hotel został zburzony. Ludzie wyrzuceni. Część z nich zapewne trafiła do rodzin, część mieszka w węźle ciepłowniczym pod estakadą na Ursynów. Czasami widać suszące się majtki, wystaje jakaś antena telewizyjna. Nikt nie interesuje się ich losem. Nie wiem, gdzie mieszkał pan Jurek. We wtorek dostał jakiegoś ataku. Wezwane pogotowie nie chciało go zabrać do karetki. Nie pachniał Acqua di Gio, raczej wodą ognistą. Po awanturze zabrano go do szpitala przy Czerniakowskiej, gdzie stwierdzono wylew i natychmiast rozebrano go na części zamienne. Nikt nie próbował go ratować. Miał 48 lat.

 

Znajoma lekarka, do której się zwróciłam z zapytaniem o aktualną sytuację w transplantologii, napisała, co cytuję:

„Koleżanka anestezjolog, w moim wieku, zrobiła wszystko, żeby nie pracować na tzw. OIOM-ie (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej - obecnie oddział Anestezjologii i intensywnej Terapii) po przyjęciu przez Polskę tzw. kryteriów Harvardzkich - czyli orzekania o śmierci mózgu. Robi to dwóch lekarzy wg określonej procedury. Nie chciała brać w tym udziału - nie tylko ona. Wybrała pracę na sali operacyjnej, uważaną za znacznie cięższą. Rzeczywistość: rodzina widzi pacjenta nieprzytomnego, podłączonego do aparatury medycznej i otrzymuje informację, że "zwłoki są wentylowane". U nas jeszcze pytają rodzinę o zgodę na pobranienarządów - lęk przed ewentualnymi roszczeniami.

 

Wklejam link - może już znasz - http://www.incet.uj.edu.pl/dzialy.php?l=pl&p=32&i=3&m=22&z=0&n=1&k=4
Polecam w tym linku zwłaszcza ANEKS

 

To link do mądrego tekstu w gazecie lekarskiej: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2012/n201206/n20120622

 

A to link do ciekawego wywiadu: http://www.pch24.pl/gdy-transplantologia-zabija--jedno-cialo-ludzkie-to-2-mln-dolarow,23439,i.html

 

Przeczytałam to wszystko i gorąco polecam.

 

Cóż mam dodać. Ja też zawierzyłam systemowi, opłacając przez całe życie składki. Gdy prosiłam lekarza „pierwszego konfliktu” o skierowanie na „krzywą cukrową”, powiedział: „Nie widzę takiej potrzeby, może sobie pani zrobić prywatnie”. Przez całe życie nie korzystałam z pomocy lekarskiej, nie miałam nawet karty w żadnej przychodni. Korzystałam ze służby zdrowia tylko przy porodach. Teraz żałuję - trzeba było rodzić w domu. Bez lekarzy uspołecznionych nadal sobie poradzę, tak jak radzili sobie ludzie przez setki lat. I nikt nie rozbierze mnie za życia na części. Widać, że nie nadaję się już do niczego.

 

Ale jestem zszokowana. Co stało się z nami wszystkimi? Co stało się z lekarzami?

 

naszeblogi.pl, październik 2014


OPIUM NA CZAS TRANSFORMACJI

JAK TO MOŻLIWE, ŻE NARÓD, KTÓRY W CIĄGU PARU TYGODNI ZBUDOWAŁ ANTYSYSTEMOWY I ANTYSOWIECKI RUCH SPOŁECZNY ZRZESZAJĄCY 25% WSZYSTKICH SWOICH OBYWATELI, STAŁ SIĘ W CIĄGU KILKUNASTU LAT NARODEM NIEWOLNIKÓW? JAK TO MOŻLIWE, ŻE NARÓD, KTÓRY W 1980 ROKU ZERWAŁ SIĘ DO WOLNOŚCI, W 1989 PRZYJĄŁ NA PIERWSZEGO PREZYDENTA „WOLNEJ POLSKI” KOMUNISTYCZNEGO AGENTA I ZBRODNIARZA, KTÓREGO NIEDAWNO POCHOWANO Z HONORAMI JAKO „SŁUGĘ BOŻEGO WOJCIECHA”?

 

Dziś w tzw. „naszych mediach” można znaleźć głosy, które jasno opisują to, co stało się w roku 1989. Oto jeden z nich:

„Kolaboranci i oprawcy umówili się przy okrągłym stole, aby zatrzymać władzę oraz kontynuować układ, który został stworzony przez Stalina w Polsce centralnej i zachodniej zwanej PRL-em po 1944 roku.” prof. M.J Chodkiewicz, Czy polskie elity wyginęły?


Komuniści tuż po wojnie dogadali się z katolicką hierarchią co do pomocy w utrzymaniu władzy ludowej. Gdy Żołnierze Wyklęci broczyli po lasach krwią, katoliccy duchowni układali się z komunistami. W lipcu 1949 roku na wniosek kard. Wyszyńskiego (tego, co niby „non possumus”) episkopat utworzył z sowieciarzami Komisję Mieszaną, a niespełna rok później, za cenę koncesji materialnych i swobód dla siebie, episkopat (za zgodą Piusa XII) podpisał porozumienie z „rządem”, w którym zobowiązał się do potępienia „band podziemia”, nadużywania uczuć religijnych w celach antypaństwowych oraz obiecał akceptację dla tworzenia kołchozów. Na zarzut paktu z diabłem prymas Wyszyński zastosował następującą obronę: "Nie można porozumiewać się z diabłem" - "zupełnie słusznie, z diabłem nie można się porozumiewać, ale z ludźmi tak". Dalej już idzie z górki, kler sprytnie tłumaczy swoje kolejne k…stwa, a durni Polacy do dziś to łykają.

Porozumienie zawarte między przedstawicielami Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Episkopatu Polski (fragmenty)

14 kwietnia 1950 roku, Kraków

„W celu zapewnienia Narodowi, Polsce Ludowej i jej obywatelom najlepszych warunków rozwoju oraz możności wszechstronnej i spokojnej pracy” - Rząd Rzeczypospolitej, który stoi na stanowisku poszanowania wolności religijnej oraz Episkopat Polski, mający na względzie dobro Kościoła i współczesnąpolską rację stanu - regulują swe stosunki w sposób następujący:

Episkopat wezwie duchowieństwo, aby w pracy duszpasterskiej zgodnie z nauką Kościoła nauczało wiernych poszanowania prawa i władzy państwowej.

Wychodząc z założenia, że misja Kościoła może być realizowana w różnych ustrojach społeczno-gospodarczych, ustanowionych przez władzę świecką, Episkopat wyjaśni duchowieństwu, aby nie przeciwstawiało się rozbudowie spółdzielczości na wsi, ponieważ wszelka spółdzielczość w istocie swej jest oparta na etycznym założeniu natury ludzkiej, dążącej do dobrowolnej solidarności społecznej, mającej na celu dobro ogółu.

Kościół - zgodnie ze swymi zasadami - potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych.

Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.” wyróżnienie autora

Za każdym razem, gdy naród burzył się i był gotowy siłą zmieść komunistyczną władzę, ta mogła liczyć na hierarchów, że uspokoją nastroje. Nawet w gorącym sierpniu 1980 roku PZPR mogła liczyć na stojącego nad grobem kardynała. Oto fragment jego homilii z jasnej Góry z 26 sierpnia: „W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku sumienia. Jeżeli budzi się w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa. (...) Odpowiedzialność jest więc wspólna. Dlaczego? Bo wspólna jest i wina”. Dalej wezwał robotników „do spokoju i pokoju oraz dojrzałości narodowej i obywatelskiej”. Komuniści nie mogli otrzymać lepszego prezentu, a robotnicy, podobnie jak trzydzieści lat wcześniej Żołnierze Wyklęci, bardziej bolesnego ciosu w plecy.


Wyszyński oddał nieocenione usługi komunistom, ale potrzebny był pomnik bardziej trwały. A więc dostaliśmy papieża-Polaka. Że będzie on stał nieugięcie na stanowisku „pojednania” z komunistami, Partia już wiedziała po Soborze Watykańskim II, gdzie Karol Wojtyła był jednym z liderów frakcji „liberałów” i głosił walkę z komunizmem za pomocą... miłości. Gdyby ktoś zaproponował taką strategię przeciw Hitlerowi, to nawet najzagorzalszy katolik by go wyśmiał, co innego jednak tow. Stalin i jego dzieci…


Można bez cienia przesady powiedzieć, że JP2 ściskając dłonie Jaruzelskiego czy później Castro legalizował ich jako polityków naszej cywilizacji. Demonstracyjne obwożenie w papamobile wśród wiwatujących tłumów komunistycznego kacyka Kwaśniewskiego było tego prostą kontynuacją.


Tylko niewielu miało odwagę pisać prawdę o zwodzeniu JP2. Do nich należy Waldemar Łysiak (szacun!):

Jeszcze większym cudem był fakt, że papież ugościł „Kwacha” w papamobile jako jedynego spośród licznych znajomych polityków. Cudem to było bulwersującym, zważywszy, iż tego zaszczytu nie dostąpił nawet żaden spośród katolickich dygnitarzy, co mieli z papieżem okoliczność, a ów jedyny wyróżniony „prezio” latami demonstrował tak wojowniczy „antyklerykalizm”, że jego doradcy musieli mu podczas kampanii wyborczych nieomal zatykać dłońmi usta. (…) Czymże innym jak nie cudem można więc tłumaczyć papieski gest faworyzujący ateistę wojującego?

Niektórzy wszakże interpretują to w bardziej racjonalny sposób, wskazując przyczynę inną: bezgraniczne miłosierdzie, którego kult szerzył „con amore” Karol Wojtyła. Pewni uczeni w Piśmie podnoszą zresztą, iż było ono tyle samo bezgraniczne, co i bezwarunkowe (nie warunkowane skruchą grzesznika), a zatem sprzeczne z Pismem Świętym, gdyż Chrystus – jeśli wierzyć „Nowemu Testamentowi” – mówił nie tylko o miłości i wybaczaniu, lecz również o gniewie i karach; nie tylko o Raju, lecz i o Piekle, gdzie męki czekają grzesznika zatwardziałego. Już „Kisiel” (Stefan Kisielewski), komentując papieskie wizyty, pisał, że w homiliach Jana Pawła II brakuje mu problemów zła, przestrogi przed złem, kary za zło, szatana itp. Fakt – brakuje tego we wszystkich egzegezach pisanych i mówionych Ojca Świętego. Można rzec, iż Karol Wojtyła postępowo ocenzurował Pismo Święte, radykalnie wycinając wszelkie fragmenty tyczące gniewu Bożego, tudzież nierozgrzeszania i karania łotrów (…). Pytanie: czy komukolwiek wolno tak wybiórczo traktować testamentowe słowa Jezusa? GP nr 649


Łysiak idzie dalej i pozwala sobie na pytanie wręcz obrazoburcze:
Ale może też więcej sensu i przyzwoitości miałoby wcześniejsze wyniesienie na ołtarze księdza Popiełuszki, kapłana, którego kilkudniowa kagiebowska katorga (ze zrywaniem płatów skóry, wydłubaniem oczu, wyrwaniem języka itp.) była najbardziej makabrycznym męczeństwem świętego, jakie można sobie wyobrazić. Czemu Jan Paweł II, kreator i dysponent „szybkich ścieżek” beatyfikacyjnych, kanonizacyjny rekordzista liczbowy, przez tyle lat nie uświęcił księdza Jerzego? Wielkie marzenie o podróży do Rosji i ciągłe starania o kremlowską zgodę były warte takiego zaniedbania, Ojcze Święty?


Posądzenie JP2 o kupczenie ks. Jerzym w rozgrywkach z Moskwą to zarzut z najwyższej półki. W tym samym jednak artykule rzeczony Łysiak kompromituje się powielaniem obiegowych banialuk o obaleniu komuny:

Jan Paweł II jest istotnie Święty, choć był tylko człowiekiem. Szukają świadków jego cudów. Tymczasem świadków są miliony, a właściwie miliardy, zaś cuda są bezsporne. Miliardy wiedzą, że kilka rzuconych w Polsce słów („Niech zstąpi Duch Twój i odmieni oblicze tej Ziemi”) odmieniło Polskę, Europę i cały świat.


Komuna niestety żyje i ma się najlepiej od czasów swego powstania. Dokonała operacji przepoczwarzenia się w wyższą i bardziej niebezpieczną (bo zakamuflowaną) formę deprawowania cywilizowanego świata. Papież-Polak (jak i cały kościół katolicki) odegrał rolę strażnika nastrojów społecznych i uwiarygodnienia zbrodniarzy jako europejskich polityków i mężów stanu. W tej sytuacji Polacy nie są w stanie zrozumieć swej najnowszej historii i bieżącej fatalnej kondycji. Czynnik JP2, który obalił komunę, „przebaczył” Jaruzelskiemu i namaścił Kwaśniewskiego na prezydenta nadal pełni rolę zasłony dymnej nad przekrętem wszech czasów.


Diabeł ma więc w naszym narodzie dwa podstawowe środki zwodzenia – średniowieczny, bałwochwalczy kult maryjny, który skutecznie osłania Polaków przed zaufaniem Jezusowi Biblii oraz kult JP2, którym komuniści zręcznie pozbawiają Polaków politycznego zrozumienia i woli walki o autentyczną wolność i niepodległość.

 

Józef Piłsudski o polskim ludzie wychowanym przez kler katolicki:

Po wsiach panuje strach, zabobon i ślepe przywiązanie do istniejącego dotąd panowania i bata.

Wałęsa, który walnie przyczynił się do upadku zrywu Solidarności i działał pod dyktando komunistycznych władz, wskazał narodowi patronów: Maryję i JP2 (znaczek w klapie i 40-centymetrowy długopis z wizerunkiem papieża). W czyim interesie działał?

Wchodzący na ekrany film „Służby specjalne”, który gloryfikuje WSI, przedstawia katolicyzm i JP2 jako ostoję moralną. W czyim interesie?
    
Pozostawanie polskich patriotów w cieniu zabobonów i fałszywych kultów jest marzeniem komunistów.

 

idź Pod Prąd, październik 2014


HISTORYJKA PRAWDZIWA

Postanowiłam sobie, że będę się starała pisać przede wszystkim o rzeczach i sprawach, które widziałam na własne oczy. Daję słowo, że poniższa historia to prawda i tylko prawda. Wnioski mogą być natomiast różne.

 

Wszystko zaczęło się na Wyścigach. Pałętał się tam pewien młody człowiek. Widywałam go pijącego z chłopcami stajennymi albo leżącego w rowie. Nie odpowiadałam na jego zaczepki, a nawet nie nawiązywałam z nim kontaktu wzrokowego. Nie dlatego, że czułam się lepsza - takie było zalecenie trenera mojej stajni Stefana Michalczyka. Pan Michalczyk miał dobre serce dla amatorów i był bardzo ugodowy. Jeżeli jednak widział jakieś niebezpieczeństwo, należało to poważnie traktować. W tym przypadku niebezpieczeństwo polegało na wciąganiu amatorów w oszustwa wyścigowe. Grupa ustawiająca wyścigi chciała mieć informacje z pierwszej ręki. Któż lepiej wie, w jakiej formie jest koń, niż ten, kto na nim codziennie jeździ na treningi? Dlatego przy torze roboczym czaili się dziwni panowie ze stoperami, zaczepiali dziewczyny, pytali o formę konia. „O, jaka brzydka dziewczyna na pięknym koniu, przepraszam, jaka piękna dziewczyna na brzydkim koniu.” - zdarzało mi się usłyszeć. Nie odpowiadałam, zgodnie z zaleceniem trenera nie nawiązywałam nawet kontaktu wzrokowego. Myślę, że jego zalecenie uratowało mnie przed wieloma kłopotami. Słyszałam o dżokeju, który nie wywiązawszy się z poleceń mafii, zjadał na moście Poniatowskiego przegrane bilety wyścigowe. Gangsterzy proponowali mu w zamian przyspieszony kurs skoków z mostu do wody. W zimie. Pewna dziewczyna, która niefortunnie przyjęła jakiś prezent od przedstawiciela mafii, została ciężko pobita. Żona jednego z trenerów utopiła się w dość płytkim basenie przeciwpożarowym. Mogłabym – twierdzę - pisać lepsze kryminały od Joanny Chmielewskiej, która znała to wszystko raczej z perspektywy trybun, a nie - jak ja - od wewnątrz.

 

W mojej stajni jeździła pewna dziewczyna, której siostra, nazwijmy ją X, studiowała medycynę. Pomagałam jej przygotować się do egzaminów i doradzałam w wielu życiowych sprawach. Miała do mnie zaufanie. Pewnego dnia przybiegła do nas na Słupecką, gdzie mieszkaliśmy wówczas z mężem i dwójką dzieci, zalewając się łzami. Okazało się, że rzeczony frant z wyścigów zaczepił ją, przedstawił się jako doktorant socjologii i zaproponował zarobek. Miała chodzić na otwarte zebrania studentów przy kościele świętej Anny i zapisywać, o czym się mówi. Każdy mógł tam wejść, ale nasz doktorant rzekomo nie miał czasu, a przygotowywał (również rzekomo) pracę na temat nastrojów religijnych wśród młodzieży. Nie było w tym teoretycznie rzecz biorąc nic dziwnego. Na temat nastrojów religijnych prowadzili wówczas badania między innymi Tadeusz Szawiel i Mirosława Grabowska. Był to wśród socjologów temat bardzo modny. Honorarium X odbierała od rzekomego doktoranta, podpisując jakąś listę płac. Trzeba przyznać, że była wyjątkową idiotką, podpisując wypłatę w kawiarni, nie w kwesturze, ale takie błędy zdarzają się przecież starszym i mądrzejszym. Ja całkiem niedawno podpisałam oszustowi zamówienie na czujnik gazu rzekomo zakładany przez administrację i wpłaciłam nawet 50 złotych a konto, tyle że administracja nic o tym nie wiedziała i nie zakładała żadnych czujników. To bardzo tania lekcja nieufności.

 

Po pewnym czasie rzekomy doktorant wezwał studentkę na rozmowę ze swoim szefem w randze pułkownika. Szef powiedział, że mają jej podpisy na liście płac i jeżeli nie będzie współpracować, ujawnią ten fakt na Akademii Medycznej. Łatwo się domyślić, że szef młodego człowieka nie reprezentował bynajmniej wydziału socjologii UW. Oczekiwał od dziewczyny inwigilowania kolegów z medycyny. Gdy X zapłakana wszystko nam opowiedziała, mąż leniwie oderwał się od swoich zajęć. „Ślicznie płaczesz” - powiedział cynicznie, bo faktycznie z płaczem było jej do twarzy. „Idź do rektora i od progu lej łzy” -dodał . „Nie wiem, czy rektor jest ubekiem, czy nie, ale na pewno ma swoje dojścia. A żaden samiec alfa nie lubi, gdy ktoś mu sika na dywan. Powiedz rektorowi całą prawdę, nic nie kombinuj. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze”. Dziewczyna, jak jej kazaliśmy, wpadła szlochając do gabinetu rektora i wszystko opowiedziała. „Nic się nie martw, dziecko, ja to załatwię” - powiedział rektor. Wychodząc, słyszała, jak darł się w słuchawkę: „Co to k... ma znaczyć?”.

 

Nikt jej nie zaczepiał, nikt nie wzywał. Skończyła spokojnie medycynę i podjęła pracę na prowincji.

 

Jakie wnioski płyną z tej prawdziwej historii? X bardzo nie chciała donosić na kolegów, przygotowywała się nawet wewnętrznie na porzucenie ukochanych studiów. Łatwo sobie jednak wyobrazić osobę bardziej zdeterminowaną, która wpadła w ten sposób w ubecką pułapkę. Czy to usprawiedliwienie donosicieli? Oczywiście, że nie.

 

Moi znajomi ze spółdzielni wysokościowej „Świetlik” przemianowanej potem na „Gdańsk”, która stała się kuźnią Kongresu Liberałów (znałam ich, gdy mieli po 25 lat, byli miłymi chłopakami i daleko im było do władzy, potem w moim kręgu pozostali tylko nieliczni), mawiali zawsze, że „cnota to permanentny brak okazji”. Dotyczyło to raczej spraw męsko-damskich, ale miało swoje przełożenie na sprawy finansowe. „Czy ktoś zaproponował ci kiedyś milion dolarów łapówki?” - pytali. „To skąd możesz wiedzieć, jak byś się zachowała?”. Utwierdzali mnie w ten sposób w przekonaniu,że jestem „mierzwą historii”. Nikt przecież nie usiłował mnie przekupić ani zwerbować. Nie do końca jest to prawda. Miałam kłopoty z odebraniem od administracji wygranego w sprawie sądowej pokoju. Dzielnicowy wezwał mnie na Wilczą. Tam pewien pan, który się nie przedstawił, oświadczył, że załatwią mi ten pokój, ale będą się w nim przez dwa lata odbywały spotkania agentów z kapusiami. Odmówiłam grzecznie. „Wie pan, dzieci, psy”. Pan nie rezygnował. Powiedział: „W zwykłym bloku jesteśmy spaleni po dwóch tygodniach, ale to, co się u pani wyrabia - nikt tego nie dojdzie ”. Faktycznie, chłopcy z „Gdańska” remontowali wtedy fasadę Intraco, wyjeżdżając na wakacje do Ochotnicy, zostawiłam im mieszkanie, przez okna podawali sobie liny i hoboki z klejem, a nawet (jak twierdzili sąsiedzi) przez te okna rzygali. Gdy zdecydowanie odmówiłam, pan oświadczył: „Tej rozmowy nie było”. „Co to, to nie” - odparłam. „ Będę opowiadać o niej każdemu, kto będzie chciał, a nawet nie będzie chciał słuchać”. „Wariatka” - skomentował uprzejmie mój rozmówca i na tym się skończyło.

 

Temu, kto twierdzi, że należało nie zgłosić się na wezwanie, proponuję prosty eksperyment. Niech zatrzymany przez policję drogową powie: „Z psami nie gadam” - i zamknie okno. I niech to potem opisze. Bardzo jestem ciekawa wyników tego eksperymentu.


naszeblogi.pl, październik 2014


POWÓD NASZYCH NIESZCZĘŚĆ

WARTO ZADAĆ SOBIE FUNDAMENTALNE PYTANIE, DLACZEGO NASZ NARÓD Z POCZĄTKIEM XVII WIEKU ZMIENIŁ BIEG SWOJEJ WSPANIAŁEJ HISTORII? DLACZEGO PRZERWAŁ ROZWÓJ UKORONOWANY XVI W. - ZŁOTYM WIEKIEM I WKROCZYŁ NA DROGĘ KLĘSKI I SAMOUNICESTWIENIA? DLACZEGO W OSTATNIEJ WOJNIE MUSIAŁ ZŁOŻYĆ TAK WIELKĄ DANINĘ KRWI I NIC W ZAMIAN NIE UZYSKAŁ? DLACZEGO, CHOĆ NA WEZWANIE JP2 MIAŁ TU ZSTĄPIĆ „DUCH TWÓJ”, POLSKA JEST NAJGŁUPSZYM I NAJBARDZIEJ WYZYSKIWANYM PAŃSTWEM EUROPY? BEZ WŁAŚCIWEJ ODPOWIEDZI NA POWYŻSZE PYTANIA ŻADNE RECEPTY NA ZMIANĘ NIE POMOGĄ. LECZENIE TRZEBA ROZPOCZĄĆ OD TRAFNEJ DIAGNOZY. PRZYKLEJANIE PLASTRÓW NA PĘKNIĘTĄ AORTĘ NIE URATUJE PACJENTA…

 

Gdy zastanawiamy się nad sytuacją narodów Bliskiego Wschodu czy Północnej Afryki, mamy łatwą odpowiedź, co jest przyczyną ich słabego rozwoju i niskiej kultury społecznej. To islam. O ile jeszcze w czasach feudalnych przepaść kulturowa dopiero się zarysowywała, to w wiekach nam bliższych jest bezdyskusyjna. Kraje arabskie nie mają obecnie światu nic do zaoferowania prócz ropy i świętej wojny. Warto z tej obserwacji wyciągnąć wnioski ogólne.


O kulturze narodu, o jego etosie (czyli zbiorze marzeń i tęsknot), o systemie wartości, o więziach międzyludzkich decydują przekonania religijne. Naród staje się podobny do Boga, w którego wierzy. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich jego członków, ale większości. Tam, gdzie dominującą religią jest islam, zawsze będzie moda na lenistwo i obcinanie głów, a gdzie hinduizm, we czci będą święte krowy, a człowiek w pogardzie. 


Trzeba też zmierzyć się z pytaniem, czy Bóg wpływa na historię i losy narodów? Powyżej przedstawiłem tylko socjologiczny wpływ religii na narody, ale czy istnieje coś takiego, jak Boże błogosławieństwo dla społeczeństw? Odpowiedzi można szukać w starożytnej historii Izraela opisanej na kartach Biblii, ale też w „naszych czasach”. Biblia stawia sprawę jasno – gdy Żydzi kierowali się ku Bogu, zawsze następowała pozytywna zmiana ich sytuacji społeczno-gospodarczo-politycznej. Gdy szli za fałszywymi bogami i folgowali swoim chuciom, dostawali cięgi w wymiarze materialnym. Podobnie można spojrzeć na historię i mapę Europy - każdy kraj, który w XVI wieku wybrał pójście za Bogiem Biblii, rozwinął się w nieporównywalnie większym stopniu niż kraje pozostające pod papieską kuratelą. Wystarczy porównać losy Hiszpanii i Anglii. Na początku wyścigu atuty były po stronie Madrytu – poparcie krajów katolickich, błogosławieństwo papieży, ogromny napływ złota z kolonii. Niebawem jednak to nad Imperium Brytyjskim nigdy nie zachodziło Słońce! Hiszpanie rozwinęli katolicką inkwizycję, a Anglicy wybrali autorytet Biblii. Wskutek tego powstało później największe imperium wszechczasów – protestanckie Stany Zjednoczone Ameryki.


Dzięki narodom, które wybrały protestantyzm, wartości chrześcijańskie przetrwały i rozprzestrzeniły się po całym świecie. Uznał to (acz niechętnie) nawet katolicki badacz cywilizacji Feliks Koneczny:


„Bizantynizm do państw Wielkiej Brytanii nie wkroczył. Od Karola II nie żądano, by ujął władzę nieograniczoną celem wytępienia jednej sekty, a wyniesienia drugiej, lecz wszystkie sekty domagały się zgodnie, by uznał wolność wyznań protestanckich i żeby rządził z zachowaniem parlamentu i samorządów. (…) …głównymi piastunami cywilizacji łacińskiej stały się społeczeństwa anglosaskie.” Cywilizacja Bizantyjska, Antyk, str 328, 365, wyr. Autora.


Polska w pierwszej fazie swojej państwowości stawała się państwem coraz bardziej wcielającym w życie etos wolności jednostki, szczególnie w sprawach sumienia. Wyprzedzała pod tym względem całą Europę. Już od XI wieku, za panowania Władysława Hermana, stała się schronieniem dla Żydów wypędzanych za swoją religię z innych państw.

W czasie wojen husyckich Władysław Jagiełło zlekceważył nakaz papieski, by mordować tych, którzy wybrali Biblię za swój autorytet. 


"Wiedz, że interesy Stolicy Apostolskiej, a także twojej korony czynią obowiązkiem eksterminację Husytów. Pamiętaj, że ci bezbożni ludzie ośmielają się głosić zasadę równości; twierdzą, że wszyscy chrześcijanie są braćmi,(…) wzywają ludzi do wolności, to znaczy do unicestwienia królów i kapłanów. Teraz, kiedy jeszcze jest czas, zwróć swoje siły przeciwko Czechom, pal, zabijaj i czyń wszędzie pustynię, gdyż nic nie jest bardziej miłe Bogu ani bardziej pożyteczne dla sprawy królów, niż eksterminacja Husytów." Papież Marcin V do Władysława Jagiełły, r. 1429.


Wcześniej, na soborze w Konstancji, delegacja polska sprzeciwiła się spaleniu Jana Husa (z wyjątkiem zdrajczyka Michała Trąby, który w nagrodę został mianowany pierwszym prymasem Polski), a jej członek, Paweł Włodkowic, głosił „niezwykłe” poglądy, jakoby każdy człowiek miał prawo do wyboru religii, a złem jest zmuszanie do chrześcijaństwa siłą. Ciekawym czynem wsławił się też inny uczestnik tej delegacji, Zawisza Czarny. Gdy nowy papież Marcin V odwołał wcześniejsze korzystne dla Polski w sporze z Krzyżakami bulle swego poprzednika Jana XXIII, a delegacja polska nie została wpuszczona przed oblicze papieża, nasi rycerze wyłamali wrota pałacu i dumnie stanęli przed MV, deklarując, że czci króla polskiego będą bronić "gębą i ręką". Na takie dictum papież zmienił zdanie…


Nic więc dziwnego, że tak myślący i rządzony naród zyskiwał na potędze zarówno dzięki swoim wysiłkom, jak i błogosławieństwu Boga. Nic też dziwnego, że gdy nadszedł czas wielkiej odnowy chrześcijaństwa zapoczątkowany przybiciem do drzwi kościoła w Wittenberdze 95 reformatorskich tez augustiańskiego zakonnika, polska elita masowo odpowiedziała na ten zew wolności i Prawdy. Bóg w odpowiedzi dał kilkadziesiąt najwspanialszych lat w naszej historii zwanych na pamiątkę i wzór przyszłym pokoleniom Złotym Wiekiem.


W tym jednak momencie historii nasi przodkowie zawahali się przed postawieniem kropki nad „i”. Przedostatni z Jagiellonów, wielki Zygmunt Stary niezwykle celnie przewidział rozwój wypadków i wskazał drogę, którą powinna pójść Polska, by dalej być liderem cywilizacji wolności. Niestety, nie uczy się o tym dzieci w szkołach, toteż niewielu nawet światłych Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie Polska jako pierwsza weszła na drogę protestantyzmu na szczeblu organizmu państwowego. To nie Henryk VIII, król Anglii powołał do życia pierwsze państwo protestanckie. Uczynił to prawnuk Władysława Jagiełły! Zygmunt Stary przyjął pod swą władzę jako lenno zsekularyzowany zakon krzyżacki, który przekształcił się w protestanckie Księstwo Prus. Miało to miejsce w roku 1525 – w zaledwie osiem lat po wystąpieniu Marcina Lutra!

Do dalszej pomyślności Polski wiodła już prosta droga. Wystarczyło, by syn Zygmunta Starego, Zygmunt August, uczynił następny logiczny krok – powołał do życia niezależny od Rzymu Kościół narodowy i uczynił swoje królestwo państwem protestanckim. Szlachta protestancka, mająca przewagę na Sejmie w Piotrkowie w roku 1555, uchwaliła zwołanie soboru narodowego (co wstępnie zaakceptował król, a nawet biskupi katoliccy). Zygmunt August wysłał do Rzymu poselstwo z postulatami zwołania soboru narodowego, zgody na odprawianie mszy po polsku, udzielania komunii pod dwiema postaciami oraz zniesienia celibatu księży. Niestety, potomek zwycięzcy spod Grunwaldu okazał się człowiekiem niezdecydowanym, który uległ presji katolickich hierarchów i porzucił plan uczynienia Polski krajem protestanckim. Polacy nie wykorzystali danej przez Boga dziejowej szansy. Król umarł bezpotomnie…


Kolejne lata pokazały dobitnie, jak zgubne dla Rzeczpospolitej stało się podporządkowanie jej polityki interesom papiestwa. W roku 1610 zajęliśmy Moskwę i mogliśmy zwasalizować całą Rosję. Niestety, król Zygmunt III Waza poszedł za radą jezuitów i odmówił bojarom zachowania wolności religijnej. Podobnie kilka dziesięcioleci później pycha i krótkowzroczność polityczna powstrzymała nas przed stworzeniem Rzeczpospolitej trojga narodów, czego skutkiem był całkowity upadek państwa. O ile ostatni z Jagiellonów nie mógł się zdecydować, by na trwałe skierować Polskę ku Bogu Biblii, o tyle ostatni z Wazów się nie zawahał i zwrócił się do Maryi ze słowami: „Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram.” Jak Maryja „zaopiekowała się” swoim królestwem, doskonale wiemy. Naród pogrążał się w ciemnocie i bałwochwalstwie, co skutkowało powolnym upadkiem, którego zwieńczeniem były zabory.


Historię Polski możemy zasadniczo podzielić na dwa okresy – zbliżanie się do Prawdy Biblii, co zaowocowało Złotym Wiekiem, oraz stopniowe odchodzenie od niej, co zakończyło się zaborami.


Niestety, dotychczas żadne pokolenie Polaków nie dostrzegło tej prostej zależności i nie powróciło do źródeł naszego dawnego błogosławieństwa. Teraz my biegniemy w sztafecie dziejów. Czy nadal będziemy na tyle głupi, by brnąć w błędach przodków z czasów kontrreformacji, czy też dokonamy powszechnego zwrotu ku Bogu Biblii? To jest podstawowe pytanie, jeśli chodzi o naszą najbliższą przyszłość. Czarne chmury znowu się gromadzą u naszych granic.


 

idź Pod Prąd, październik 2014


Broń palna a wartości

Postawiłem ostatnio tezę, że posiadaniu broni palnej muszą towarzyszyć wartości („idź Pod Prąd” nr 121-122-123). Moim zdaniem to twierdzenie bezdyskusyjne. Broń palna, z powodu zapewnienia porządku i bezpieczeństwa publicznego, nigdy nie powinna znaleźć się w rękach człowieka niepraworządnego, który zamierza wykorzystać ją przeciwko bezpieczeństwu innych. Jasne jest dla mnie, że przestępstwa z wykorzystaniem broni palnej, dokonywane są z broni palnej posiadanej nielegalnie. Nie zamierzam czynić uwag i wskazówek organom ścigania, jak mają zapobiegać nielegalnemu posiadaniu broni palnej. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistą i wierzę, że w Polsce są służby wykonujące te zadania dobrze. Chciałbym jednak rozważyć co my, praworządni posiadacze broni palnej, możemy zrobić, aby broń palna nie trafiała do rąk niepraworządnych.

 

Można powiedzieć, że dbanie o porządek i bezpieczeństwo publiczne to zadanie wyłącznie właściwych organów ścigania. Jest to prawda. Uważam jednak, że środowiska posiadaczy broni palnej, nie wkraczając w zadania organów państwa, mogą własnym wysiłkiem zapobiegać sytuacjom niepożądanym. Żyjemy w czasach dość rygorystycznej reglamentacji broni palnej. Medialny przekaz dotyczący broni palnej jest na ogół przesadzony. Często niesprawiedliwie zła sława kryminalnych zachowań przestępców z bronią palną w ręku jest przypisywana praworządnym posiadaczom broni. Nie możemy reagować na to wzruszeniem ramion i obojętnością. Siła mediów jest nieprawdopodobnie wielka. Moim zdaniem środowiska posiadaczy broni palnej powinny zwracać na to uwagę, a co najważniejsze - powinny reagować. Rozważenie tezy, którą stawiam, jest moim zdaniem bardzo istotne. Istotne, bo czynna postawa środowisk strzeleckich może być doskonale wykorzystanaw dyspucie społecznej o konieczności racjonalizacji dostępu do broni palnej w Polsce. W przypadku broni palnej rozdzielnego ładowania bardzo podobna argumentacja została wykorzystana w 2004 roku. W tym roku istotnie zliberalizowano przepisy regulujące dostęp do tego rodzaju broni palnej. Wówczas w trakcie debaty sejmowej podnoszono, że taka broń jest wykorzystywana do rekreacji, rekonstrukcji historycznej. Wskazano zatem, że broń taka, pomimo swobodnego do niej dostępu, trafi do środowisk odpowiedzialnych. Słuszna to była teza i przyniosła wielką liberalizację, z której dzisiaj wielu korzysta. Przez ostatnie dziesięć lat te środowiska wykazały daleko idącą odpowiedzialność. Przestępczość z użyciem broni palnej rozdzielnego ładowania nie istnieje! Podobnie jest w przypadku broni palnej dostępnej na podstawie pozwolenia na broń. Na szczęście w Polsce nie doszło do dramatycznych zdarzeń z wykorzystaniem broni palnej przez legalnego jej posiadacza. Na szczęście! Jednak na szczęściu nie można opierać racjonalnego postępowania.

 

Co w tym zakresie jest w ustawie i jak korzystać z instrumentów ustawowych? W ustawie o broni i amunicji określone są ważne przyczyny posiadania broni palnej. Dla posiadania broni palnej w celu sportowym, kolekcjonerskim i w celu rekonstrukcji historycznej jedną z przesłanek zdobycia pozwolenia na broń jest przynależność do stowarzyszeń. W przypadku broni w celu sportowym konieczna jest przynależność do stowarzyszenia o charakterze strzeleckim (sportowym). W przypadku broni w celu kolekcjonerskim konieczna jest przynależność do stowarzyszenia o charakterze kolekcjonerskim. W przypadku broni palnej w celu rekonstrukcji historycznej konieczna jest przynależność do stowarzyszenia, którego statutowym celem jest organizowanie rekonstrukcji historycznych. Stowarzyszenie to podmiot o charakterze korporacyjnym, tj. jego istotą jest zrzeszenie się wielu osób w celu realizacji celów statutowych. Stowarzyszenie to organizacja w pewnej mierze zhierarchizowana, tj. posiadająca władze. Stowarzyszenie to organizacja posiadająca statut, statut musi zaś określać zasady nabywania i utraty członkostwa. Moim zdaniem im mniejsze stowarzyszenie, im bardziej regionalne, tym bardziej wiadome jest, kto staje się nowym członkiem stowarzyszenia. Już tylko te spostrzeżenia nasuwają możliwości społecznej kontroli tego, kto będzie posiadaczem broni palnej. Zasady przyjmowania członków do stowarzyszeń powinny być, moim zdaniem, tak kształtowane, aby do stowarzyszeń nie były przyjmowane osoby przypadkowe lub niesprawdzone. Za racjonalne uważam takie kształtowanie statutów stowarzyszeń, aby istniały tzw. osoby wprowadzające - dające rekomendację dla nowych członków stowarzyszenia. Niech istnieje groźba ostracyzmu społecznego dla tego, kto przyprowadzi do stowarzyszenia osobę nieodpowiedzialną. To może powstrzymywać i zapobiegać. Ten prosty mechanizm może powodować społeczną zaporę przed przyjmowaniem do stowarzyszeń osób niepożądanych czy przypadkowych. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak uregulować warunki przyjęcia do stowarzyszenia, by zapewniały przyjmowanie osób niekaranych. Uważam również, że niczego niedobrego nie będzie w tym, aby pozostawić władzom stowarzyszenia dyskrecjonalną władzę nieprzyjęcia do stowarzyszenia osób niepożądanych. Zdarzyć może się przecież tak, że pomimo formalnej praworządności kandydat do stowarzyszenia pochodzi z nieodpowiedniego środowiska. Myślę, że nie ma powodu dla stanowczego mówienia „nie” takim kandydaturom, nawet bez szerszego uzasadnienia. „Nie, bo nie” - dla dobra praworządnych posiadaczy broni palnej. Warty przypomnienia jest art. 27 ust 5 ustawy o broni i amunicji. Zgodnie z tym przepisem Polski Związek Łowiecki i zarządy stowarzyszeń strzeleckich są obowiązane do corocznego składania właściwym organom Policji aktualnych wykazów członków uprawiających łowiectwo lub strzelectwo z użyciem własnej broni oraz do powiadamiania tych organów o wykluczeniu wymienionych członków tych organizacji w terminie 30 dni od dnia wykluczenia. Wykaz, o którym mowa w ust. 5, obejmuje imię i nazwisko, numer ewidencyjny Powszechnego Elektronicznego Systemu Ewidencji Ludności (PESEL) oraz adres miejsca stałego pobytu, o tym stanowi ust. 6 art. 27. Dostrzegam, że istnienie tego przepisu jest zapomniane zarówno przez stowarzyszenia strzeleckie, jak i organy Policji. Wykonywanie tego przepisu powinno leżeć w interesie wszystkich legalnych posiadaczy broni palnej. Kto wyklucza się ze społeczności członków stowarzyszenia, powinien tracić dobrodziejstwa z członkostwa wynikające. Stowarzyszeniom powinno zależeć, aby zła sława nie dotknęła praworządnych posiadaczy broni palnej, z powodu zaniechania.

 

Wreszcie postulat natury społecznomoralnej. Moim zdaniem środowiska strzeleckie nie mogą tolerować „czarnych owiec” wewnątrz siebie. Ten brak tolerancji powinien współistnieć z tworzeniem więzi społecznych. Otwarcie należy mówić „nie” tym z naszych środowisk, co do których mamy przekonanie, że nie powinni posiadać broni palnej. Nie wzruszajmy ramionami i nie tolerujmy niewłaściwych postaw. Lepiej jasno wskazać „czarną owcę”, zanim dostanie pozwolenie na broń, niż później posuwać się do donosicielstwa lub czekać na tragedię. Jasne przestrzeganie reguł spowoduje stworzenie silnego i odpowiedzialnego środowiska strzeleckiego w Polsce. Gdy nie będzie takiego mechanizmu, jego miejsce zajmie potajemne donosicielstwo, to moim zdaniem oczywiste. Takie zachowania rozbijają więzi społeczne Polaków. W ten sposób nie odtworzymy kultury posiadania broni palnej w Polsce, a to zadanie niezwykle pilne i ważne.

 

Proponowane przeze mnie rozwiązania nie są oczywiście jedynie słuszne. Możliwości jest nieskończenie wiele. Chciałem w tym tekście jedynie wywołać dyskusję i zwrócić uwagę na przemilczany dotychczas problem. Problem, który nie przysporzył nam, posiadaczom broni palnej, problemów, ale lepiej dmuchać na zimne. Nie proponuję tworzenia systemu konfidencji. Proponuję tworzenie zdrowych społecznie mechanizmów, zapobiegających na przyszłość niepożądanym skutkom.

 

 

 

Andrzej Turczyn
adwokat, ekspert prawny, prezes ROMB
[email protected]

 


Duch doktora Mengele unosi się nad Wisłą

ROBERTO DI MATTEI („DYKTATURA RELATYWIZMU”, PROHIBITA, WARSZAWA 2009) PISZE: „UZYSKANIE PRZEZ JEDNOSTKĘ WOLNOŚCI ABSOLUTNEJ I NIESKRĘPOWANEJ ŻADNYM PRAWEM ZMIENIA SIĘ NIEUCHRONNIE W ŻELAZNĄ DYKTATURĘ.”

Wiele lat temu robiłyśmy z koleżanką tłumaczenie książki „Kinsey, seks i oszustwo” dr Judith A. Reisman. Chciałam rozdać swoje egzemplarze autorskie w środowisku ruchu obrony życia „Gaudium Vitae”. Ku memu zdumieniu żadna z nobliwych, zdecydowanie starszych wówczas ode mnie pań nie chciała tej książki nawet za darmo. „Po co mam się katować tymi paskudztwami, to nas nie dotyczy i nigdy nie dotknie, to jest Ameryka” - słyszałam w odpowiedzi.


ROBERTO DI MATTEI („DYKTATURA RELATYWIZMU”, PROHIBITA, WARSZAWA 2009) PISZE: „UZYSKANIE PRZEZ JEDNOSTKĘ WOLNOŚCI ABSOLUTNEJ I NIESKRĘPOWANEJ ŻADNYM PRAWEM ZMIENIA SIĘ NIEUCHRONNIE W ŻELAZNĄ DYKTATURĘ.”

 

Wiele lat temu robiłyśmy z koleżanką tłumaczenie książki „Kinsey, seks i oszustwo” dr Judith A. Reisman. Chciałam rozdać swoje egzemplarze autorskie w środowisku ruchu obrony życia „Gaudium Vitae”. Ku memu zdumieniu żadna z nobliwych, zdecydowanie starszych wówczas ode mnie pań nie chciała tej książki nawet za darmo. „Po co mam się katować tymi paskudztwami, to nas nie dotyczy i nigdy nie dotknie, to jest Ameryka” - słyszałam w odpowiedzi.

 

W książce dr Reisman jest między innymi opis przymusowych warsztatów edukacji seksualnej, w ramach których dzieci „badały” sobie nawzajem genitalia, a chłopcy mieli za zadanie wzajemne badanie prostaty per rectum.

 

Ça ira (to im się uda, to do nas przyjdzie) – twierdziłam i jak zwykle się nie pomyliłam.

 

Tak zwanym postępowcom nie wystarcza fakt, że nikt nie wtrąca się do ich życia i - wbrew temu, co twierdzą - żaden katabas nie zagląda im pod kołdrę.

 

Nie wystarcza, że obskurancki ich zdaniem ciemnogród nie ma żadnych możliwości dyktować innym swoich standardów moralnych i prawnych. To oni, postępowcy, chcą zmusić całe społeczeństwo nie tylko do tolerowania, nie tylko do akceptowania,  lecz do przyjęcia i praktykowania ich zasad i zachowań.

 

Obecnie w Niemczech za odmowę wysłania dziecka na warsztaty masturbacji można  to dziecko bezpowrotnie stracić. Postępowcom nie wystarcza, że jeżeli kobieta chce zabić swoje nienarodzone dziecko, ma do tego prawo. Chcą perwersyjnie zmusić do wykonania aborcji akurat tego lekarza, który zabijać nie chce i nie może, bo mu na to nie pozwala sumienie.

 

Mattei trafnie zauważa, że prześladowania dotykały chrześcijan nie tylko za panowania Nerona czy Dioklecjana, lecz również w czasach pozornie przyjaznych chrześcijaństwu, jak na przykład w odznaczającej się synkretyzmem epoce Sewerów. W Rzymie panował wówczas niezwykły zamęt religijny i nikogo nie obchodziło, kto i jakiemu bożkowi składa ofiary. Prześladowano wyłącznie chrześcijan, gdyż jedność myśli i czynów, a przede wszystkim absolutyzacja prawdy traktowana była jako niebezpieczny fanatyzm.

 

To samo powtarza się współcześnie. Bez przeszkód głoszą swoje prawdy buddyści, arabscy mułłowie, japońscy bonzowie, tybetańscy lamowie, hinduscy bramini. Tylko tak zwany fundamentalizm chrześcijański budzi zastrzeżenia.

 

Chrześcijan skazywano w Rzymie nie za to, co robili, bo nie popełniali żadnych przestępstw, lecz za to, czego nie robili, a mianowicie odmawiali palenia kadzideł przed posągami różnych bożków. Podstawą ich potępienia było samo chrześcijaństwo nomen ipsum.

 

Dokładnie to samo dzieje się w Polsce. Profesor Chazan został pozbawiony pracy nie za to, co zrobił, lecz za to, czego nie chciał zrobić, a mianowicie zamordować chorego dziecka.

 

Wśród nas żyją spokojnie i praktykują swoje zasady wegetarianie, weganie, frutarianie, którzy jedzą tylko te owoce, które spadną z drzewa. I bardzo pięknie. Czy pochwalalibyśmy nakłanianie frutarianina do zjedzenia schabowego, nawet jeżeli nie podzielamy jego poglądów? Czy zmuszalibyśmy hinduistę do zabicia świętej krowy? Dlaczego zatem dopuszczamy zmuszanie lekarza do zabicia chorego dziecka? Dlaczego posługujemy się przy tym prawem?

 

Po doświadczeniach XX wieku szacunek dla ułomnego, a często zbrodniczego prawa stanowionego nie może być dla nikogo usprawiedliwieniem. Powiem więcej – samo to prawo, na przykład Nürnberger Rassengesetze (ustawy norymberskie), zostało post factum surowo osądzone i potępione wraz z jego twórcami i wykonawcami.

 

W Polsce też obserwujemy degrengoladę prawa. Można na przykład zupełnie bezkarnie obrażać czyjąś wiarę. Należy to rzekomo do swobód demokratycznych. Nie wolno natomiast obrazić nie tylko konkretnego homoseksualisty (to zrozumiałe), lecz w ogóle wypowiadać się krytycznie na temat tej dewiacji, jej dość odrażających praktyk i zagrożeń zdrowotnych. Nie wolno również wypowiadać się na temat aborcji, bo może to urazić jakąś kobietę, która tej aborcji w majestacie prawa dokonała.

 

Na tej zasadzie nie powinniśmy wypowiadać się krytycznie o holokauście, bo był przeprowadzany w majestacie obowiązującego wówczas w Niemczech prawa i nasza negatywna opinia może przecież urazić i zakłócić dobrostan jakiegoś niedobitka formacji SS dożywającego spokojnie swoich dni. Mityczni „sąsiedzi” w Jedwabnem też działali w majestacie prawa. Jak Gross śmie ich potępiać?

 

„Służmy pacjentom niezależnie od tego, jaką cenę płacimy, nie budujmy sobie zbawienia kosztem pacjenta” – powiedziała na temat profesora Chazana Ewa Kopacz, lekarz.

 

Przypominam, że doktor Mengele też był lekarzem. I też działał w majestacie obowiązującego wówczas prawa.

 

naszeblogi.pl, lipiec 2014

A z czego nasze pokolenie ma się cieszyć? Z tego, że mamy możliwość uciec...

PIOTR ZAREMBA SŁUSZNIE W SWOIM ARTYKULE NA WPOLITYCE.PL STARA SIĘ TONOWAĆ NASTROJE WOKÓŁ 4 CZERWCA. USPOKAJA, WYWAŻA, POKAZUJE, ŻE TAMTE WYBORY BYŁY SUKCESEM JEGO POKOLENIA, PEWNĄ DEMOKRATYCZNĄ DOGRYWKĄ PO LATACH NIEWOLI. PRZYWOŁUJE POSTAĆ LECHA KACZYŃSKIEGO. SŁUSZNIE. JEDNAK REDAKTOR ZAREMBA I CAŁE JEGO POKOLENIE TO POKOLENIE SZWOLEŻERÓW SOLIDARNOŚCI. TYMCZASEM MOJE ROCZNIKI DZIŚ WYSTĘPUJĄ, NIESTETY, JAKO PODCHORĄŻOWIE NOCY LISTOPADOWEJ.


PIOTR ZAREMBA SŁUSZNIE W SWOIM ARTYKULE NA WPOLITYCE.PL STARA SIĘ TONOWAĆ NASTROJE WOKÓŁ 4 CZERWCA. USPOKAJA, WYWAŻA, POKAZUJE, ŻE TAMTE WYBORY BYŁY SUKCESEM JEGO POKOLENIA, PEWNĄ DEMOKRATYCZNĄ DOGRYWKĄ PO LATACH NIEWOLI. PRZYWOŁUJE POSTAĆ LECHA KACZYŃSKIEGO. SŁUSZNIE. JEDNAK REDAKTOR ZAREMBA I CAŁE JEGO POKOLENIE TO POKOLENIE SZWOLEŻERÓW SOLIDARNOŚCI. TYMCZASEM MOJE ROCZNIKI DZIŚ WYSTĘPUJĄ, NIESTETY, JAKO PODCHORĄŻOWIE NOCY LISTOPADOWEJ.

 

Ta historia jest przecież mało znana i nawet za moich czasów na lekcjach tylko wzmiankowana. Powstanie Listopadowe (zwane wtedy i do Powstania Styczniowego przecież „wojną polsko-rosyjską 1830-1831 roku”) w nocy nagle sobie z niczego wybucha. I owszem – są tam jakieś niesnaski i spory, jak to między nami Polakami, ale potem wszyscy ramię w ramię stajemy i walczymy. Teraz zapewne na lekcjach historii mówi się o tym jeszcze mniej.


A opór bohaterów napoleońskiej epopei wobec powstania? A realne przyczyny zrywu? A obrzydliwa fala obelg i kalumnii spływająca na młodych powstańców z ust i pism ich ojców, zasłużonych przecież też w walce o polskość i Polskę? A wyzwiska – „szaleństwo”, „obłęd” i „jakobinizm” (określenia „faszysta” wtedy nie było) kierowane przez dawnych bohaterów pod adresem nowych? Tego w nauce historii nie ma, a przecież jak echo wraca jakimś chocholim tańcem do nas i dziś. Dlaczego? Skąd ten spór starych i młodych o coś, co się wydaje jasne i oczywiste – sens walki o wolność? O Polskę?


Ponieważ dla szwoleżerów tamta Polska, kongresowa, kaleka, ale jednak „jakaś” to była mimo wszystko Polska, o którą krwawo walczyli. Widzieli w niej wielki sukces swojego pokolenia, za który zapłacili ogromną cenę. Tymczasem pokolenie podchorążych widziało co innego – kraj skundlony, upokorzony, na łasce zaborców, w którym ich, Polaków, traktowano niczym podludzi.


Znów wibruje echo tamtych wydarzeń, tamtych sporów. Bo dziś 4 czerwca, prawie wolne wybory, upadek komuny etc. Ale, przepraszam, że spytam – z czego ma się dziś cieszyć moje pokolenie? Z tego, że mamy możliwość uciec z biedującego państwa na kredyt, a nasi rodzice nie mieli tej możliwości? Z tego, że płace w Polsce sprawiają, że praca zarówno dla pracownika, jak i pracodawcy jest praktycznie nieopłacalna i istnieje jedynie dlatego, że w innym przypadku obaj pomarliby z głodu?


Ze służby zdrowia, która wygląda tak, że wioząc do szpitala naszych rodziców czy dziadków, praktycznie się z nimi żegnamy? Z tego, że młody Polak, pracując za 1200 zł na rękę, może być pewnym tylko tego, że nigdy nie będzie samodzielny i „na swoim”? Z gospodarki budowanej przez postczerwone, te same co dawniej, sitwy i dla tych sitw? Z biedy, kredytu, przekrętów na każdej złotówce, rządów układów, kumoterstwa, politycznego chamstwa i bandytyzmu?


Tak się bowiem składa, że mojemu pokoleniu nie wystarczają już kolorowe flamastry, sklep papierniczy i supermarket oraz iluzja wyboru. Moje pokolenie system norm i oczekiwań ma ustawiony znacznie wyżej, inaczej – Polska naszych marzeń to już nie Polska po prostu wolna od czerwonej zarazy. Dla nas Polska marzeń to kraj silny, suwerenny, prawdziwie wolny w ciele i w duchu, kraj, w którym nagradzana jest pracowitość, mądrość i prawda, a cwaniactwo, głupota i zakłamanie – wypalane żelazem.


Polska cała, Polska na 100 proc. Moje pokolenie 4 czerwca nie tylko nie chce – ono go po prostu nie rozumie. Bo dla nas to święto-widmo, wspomnienie czegoś, czego efektów nijak nie widzimy? Drogi, budowle, stadiony? Ależ dla nas są to oczywiste elementy wolnego państwa, nie widzimy powodów, by świętować otwarcie każdego metra prostego chodnika. Dlatego dziś, 4 czerwca, warto mówić jednym głosem – podchorążowie ze szwoleżerami. Zrozumcie nas, zrozumcie, dlaczego wielu ludzi w moim wieku i młodszych wcale powodów do świętowania nie ma.

 

fot. PAP/Paweł Supernak

wpolityce.pl, czerwiec 2014

NAJNOWSZE ARTYKUŁY