18 czerwca 2019
Strona główna Tagi Inteligentny projekt

Tag: inteligentny projekt

Dobór – ale czy naturalny?

Archiwum: Idź Pod Prąd 2015, nr 137-138 (grudzień-styczeń), s. 9-10. Małgorzata Gazda We współczesnej nauce uczeni standardowo przyjmują założenie, że w procesy przyrodnicze nie ingerował żaden...

ZASADA NATURALIZMU METODOLOGICZNEGO CZY ADEKWATNOŚCI PRZYCZYNOWEJ?

Stephen C. Meyer jest jednym z teoretyków projektu, czyli uczonym propagującym tak zwaną teorię inteligentnego projektu. Jest to koncepcja, według której w świecie przyrody istnieją możliwe do wykrycia rzeczywiste projekty – świadectwa empiryczne świadczące o aktywności jakiegoś inteligentnego projektanta. (Przy czym w ramach tej teorii nie jest określana tożsamość projektanta – teoretycy projektu uznają, że nie da się tego rozstrzygnąć na polu nauk przyrodniczych).

Meyer w ramach teorii inteligentnego projektu rozwija węższą, bardziej szczegółową koncepcję „podpisu w komórce”, mówiącą o jednym, konkretnym przykładzie rzeczywistego projektu w przyrodzie. Tym inteligentnym projektem jest według Meyera informacja genetyczna występująca w komórce w cząsteczkach DNA (ale też RNA i białek).

W 2009 roku ukazała się książka Meyera zatytułowana Signature in the Cell (Podpis w komórce), w której przedstawia on obszerne uzasadnienie dla swojej hipotezy. To uzasadnienie dzieli się na dwojakiego rodzaju argumenty. Z jednej strony stara się wykazać, że wszystkie proponowane alternatywne wyjaśnienia problemu pochodzenia informacji genetycznej po dokładniejszym przeanalizowaniu okazują się nie tylko błędne, ale wręcz w żadnym wariancie niezdolne do wyjaśnienia tej sprawy. Z drugiej zaś strony argumentuje w sposób pozytywny, że podmioty inteligentne są znanym z doświadczenia rodzajem czynnika, który potrafi wytwarzać i wytwarza informację.Meyer ma tu na myśli tzw. „wyspecyfikowaną informację”, czyli takie sekwencje czy ułożenia elementów, które przekazują jakąś treść albo wywołują ściśle określony fizyczny skutek zależny od szczegółowego rozmieszczenia poszczególnych znaków lub innych elementów. Koncepcja Meyera dotyczy zatem problemu, skąd się wzięła wyspecyfikowana, sensowna informacja w żywych komórkach zapisana w liniowej sekwencji nukleotydów w cząsteczce DNA.

Jeśli chodzi o naukowe naturalistyczne koncepcje, to Meyer zauważył, że każdą z nich można przyporządkować do jednej z trzech grup, w których podstawą wyjaśniania są:

a) procesy losowe (przypadek),

b) procesy wymuszone prawami przyrody (konieczność),

c) kombinacja powyższych (przypadek + konieczność), czyli przypadkowe powstawanie sekwencji + selekcja związana z prawami przyrody.

Takie ogólne możliwości ma do dyspozycji nauka naturalistyczna. Meyer analizuje wiele szczegółowych hipotez, ale stara się uogólnić krytykę do całej grupy wyjaśnień danego typu, by w ten sposób wykazać, że w ramach danego podejścia w ogóle nie da się sformułować adekwatnego wyjaśnienia – takiego, które nie napotykałoby na nieprzezwyciężalne trudności czy to praktyczne, czy też nawet i konceptualne.[1]

Meyer po skrytykowaniu tych wszystkich koncepcji formułuje ogólny, daleko idący wniosek, że żadne znane wyjaśnienia naturalistyczne nie są w stanie wyjaśnić powstania wyspecyfikowanej informacji w komórce. Skoro w tych trzech wymienionych grupach koncepcji zamykają się wszystkie hipotezy, które jak dotąd zaproponowano, a on – jak twierdzi – wykazał, że każda z tych grup napotyka na zasadnicze, dyskwalifikujące problemy, to nauka naturalistyczna nie ma żadnego dobrego pomysłu na wyjaśnienie pochodzenia wyspecyfikowanej informacji biologicznej.

W obliczu niepowodzenia wyjaśnień naturalistycznych Meyer czuje się więc uprawniony do tego, by za najlepsze wyjaśnienie pochodzenia informacji w komórce uznać hipotezę inteligentnego zaprojektowania. Jak stwierdza, w wypadku inteligentnych podmiotów z doświadczenia wiemy, że mogą wytwarzać wyspecyfikowaną informację.[2]

Formułując wniosek o zaprojektowaniu informacji w komórce, Meyer wyraźnie łamie zasadę naturalizmu metodologicznego (zakaz odwoływania się do czynników pozanaturalnych w wyjaśnieniach zjawisk przyrodniczych) traktowaną współcześnie jako wyznacznik naukowości. Uważa on jednak, że jego koncepcja zasługuje na miano hipotezy naukowej i na poważne potraktowanie przez uczonych, ponieważ choć jest niezgodna z zasadą naturalizmu metodologicznego, to spełnia inną ważną zasadę metodologiczną, której z kolei nie spełnia żadna alternatywna naukowa hipoteza naturalistyczna.

Chodzi o zasadę adekwatności przyczynowej.[3] Meyer definiuje ją jako ograniczenie się w nauce tylko do takich wyjaśnień przyczynowych, które odwołują się do znanych przyczyn mających potwierdzoną przez doświadczenie zdolność do wywoływania określonych skutków – inaczej mówiąc, uzasadnione jest powoływanie się w wyjaśnieniach naukowych tylko na takie przyczyny, o których wiadomo z doświadczenia, że mogą powodować dany rodzaj skutków. Na przykład występowanie na jakimś terenie warstwy pyłów wulkanicznych wyjaśnia się tym, że miał miejsce wybuch wulkanu – ponieważ jest to jedyna przyczyna, o której wiadomo z doświadczenia, że może spowodować powstanie takiego pyłu. Nie rozważa się natomiast na przykład trzęsienia ziemi jako przyczyny, ponieważ żadne doświadczenie nie potwierdza, że trzęsienia ziemi mogą wytwarzać pył wulkaniczny.

Meyer wskazuje, że również dla Darwina ważne było spełnienie zasady, by powoływać się na znane przyczyny mające potwierdzoną zdolność wywoływania określonych skutków. Postulując, że różnorodne organizmy żywe powstały od wspólnego przodka dzięki procesom dziedziczenia z modyfikacjami, Darwin wskazywał, że obecnie obserwuje się coś takiego w mniejszej skali w hodowli – od wspólnych rodziców po wielu pokoleniach powstają bardzo różne odmiany. I choć oczywiście można mu zarzucać, że rozszerzenie zakresu stosowania się tego mechanizmu poza granice jednego rodzaju organizmów jest nieuzasadnione, to widać, że wyjaśniając dane zjawisko przyrodnicze, starał się wykazać, że przyczyna, do której się odwołuje, ma potwierdzoną zdolność powodowania podobnych skutków jak te, które chce wyjaśnić.

Darwin respektował więc jednocześnie obie zasady metodologiczne – zasadę naturalizmu oraz zasadę adekwatności przyczynowej. W wypadku pracy Darwina można powiedzieć, że się one uzupełniały. Jednak w świetle rozważań Meyera okazuje się, że może zachodzić między nimi niezgodność – że respektowanie jednej wiąże się ze złamaniem drugiej i odwrotnie. Jeśli zachowa się zasadę naturalizmu, to powstanie informacji biologicznej trzeba przypisać jakiejś naturalnej przyczynie, ale nie będzie to przyczyna o potwierdzonej przez doświadczenie zdolności do wywołania takiego skutku. Jeśli natomiast wybierze się zachowanie zasady adekwatności przyczynowej, to jedyną przyczyną znaną z tworzenia informacji jest działanie inteligentnego podmiotu, tym samym ta opcja jest niezgodna z zasadą naturalizmu metodologicznego.

Z logicznego punktu widzenia tak samo możliwe jest przyjęcie którejkolwiek z tych dwóch opcji, wobec tego trzeba się po prostu na którąś z nich zdecydować. Warto zdawać sobie sprawę, że wybór zależy od osobistych preferencji.

Przypisy:

[1] Analizy te zajmują kilka rozdziałów książki Meyera: Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 173-323 (rozdz. 8-14). Część tych argumentów wymieniałam w tekstach: „Czy funkcjonalne białka mogą powstać przypadkowo?”, Idź pod prąd 2013, nr 112-113, s.16-17; „«Świat RNA» z perspektywy krytyków”, Idź Pod Prąd 2013, nr 107, s. 9. O niektórych trudnościach najpoważniejszej hipotezy naturalistycznej dotyczącej pochodzenia życia piszę w artykule „Pochodzenie życia. Krytyka teorii świata RNA w świetle badań laboratoryjnych dotyczących nieenzymatycznej syntezy rybonukleotydów”, Filozofia Nauki 2015, nr 3(91), s. 113-131.

[2] Por. Meyer, Signature in theCell…, s. 325-348.

[3] Por. Meyer, Signature in the Cell…, s. 159-161.

 

 


GENETYCZNY „KOD KRESKOWY”

W wydanej kilka lat temu książce „Signature of Controversy”[1] dokumentującej kontrowersje, jakie toczyły się wokół książki Stephena C. Meyera „Signature in the Cell”[2] (Podpis w komórce), znalazł się bardzo ciekawy wątek dotyczący funkcjonalności czy sensowności pewnych sekwencji (Alu) zaliczanych do tak zwanych transpozonów.

Transpozony są fragmentami DNA, które mogą przemieszczać się w inne miejsca genomu na drodze procesu transpozycji. U ssaków stanowią około połowę sekwencji DNA. Wśród transpozonów podgrupę stanowią retrotranspozony, do których zalicza się między innymi tak zwane sekwencje non-LTR dzielące się na dwa rodzaje – elementy SINE (wśród nich sekwencje Alu) i LINE.

Dla wielu naukowców przekonanych, że genomy organizmów żywych zawierają nie tylko informację, ale też sporą ilość genetycznych „śmieci”, transpozony służyły za przykład tej niechlubnej grupy sekwencji. Później (szczególnie w latach po rozpoczęciu w 2003 roku tzw. projektu ENCODE)[3] wiele się zmieniało, jeśli chodzi o rozumienie roli tych fragmentów DNA. Niestety, informacje widocznie nie rozchodziły się dość szybko, by dotrzeć do jednego z czołowych biologów ewolucyjnych, zanim zdążył użyć przestarzałego argumentu w swoim tekście mającym na celu zdyskredytowanie książki Meyera. Dzięki temu jednak pojawiła się dobra okazja, by krytycy krytyka zajęli się tym tematem w swoich odpowiedziach. W ten sposób powstały ciekawe teksty ujęte później w zbiorze „Signature of Controversy”.

Krytykując Meyera (choć w istocie nie odnosząc się do tego, o czym rzeczywiście pisał), znany biolog ewolucyjny Francisco Ayala przedstawił argument przeciwko idei inteligentnego zaprojektowania ludzkiego genomu. Stwierdził w nim, że oprócz funkcjonalnych genów i elementów służących ich włączaniu i wyłączaniu w materiale genetycznym człowieka znajduje się „mnóstwo nonsensownych sekwencji DNA”. Jako przykład podał sekwencje Alu:

„[…] na obszarze całego ludzkiego genomu rozsianych jest około miliona praktycznie identycznych sekwencji Alu, każda długości około trzystu liter (nukleotydów). […] czterdzieści razy więcej sekwencji Alu niż genów.[4] To tak, jakby redaktor książki Meyera wklejał co dwie strony tekstu „Signature of the Cell” czterdzieści dodatkowych stron zapełnionych tą samą trzystuliterową sekwencją. Takiego redaktora Meyer nie uważałby raczej za „inteligentnego”. Czy kiedykolwiek ten milion niemal identycznych sekwencji Alu okaże się funkcjonalny? Wydaje się to mało prawdopodobne”.[5]

Aby wzmocnić swój argument przeciwko inteligentnemu zaprojektowaniu ludzkiego genomu, Ayala dodaje, że często wklejenia dodatkowych sekwencji Alu uszkadzają materiał genetyczny i powodują śmierć na wczesnych etapach rozwoju płodowego. Radzi zatem, by z powodów teologicznych uznać, że ludzki genom jest wytworem wyłącznie naturalnych procesów ewolucji biologicznej powstałym bez udziału inteligentnego Twórcy.

Odpowiadając na cytowane wyżej zarzuty Ayali, Meyer wymienił kilkanaście różnych funkcji biologicznych, jakie w pracach naukowych są przypisywane sekwencjom Alu, wykazując tym samym fałszywość twierdzenia, jakoby były to sekwencje nonsensowne i bezużyteczne.[6] Zwrócił również uwagę na fakt, że wbrew temu, co sugeruje Ayala, sekwencje te nie są rozmieszczone przypadkowo, ale według pewnego schematu, tworząc w genomie coś w rodzaju „kodu kreskowego” – naprzemiennie występujące w chromosomach pasma z większą i mniejszą zawartością Alu. Ponadto ich lokalizacja wykazuje ścisłą korelację z rozmieszczeniem genów kodujących białka – większość tych genów znajduje się w pasmach zawierających więcej sekwencji Alu. Zauważalna jest również przewaga ich występowania w regionach promotorowych i w intronach. Według Meyera taka ukierunkowana dystrybucja elementów Alu nie jest w żadnym razie spodziewanym efektem zachodzenia przypadkowych insercji (mutacji polegających na wklejeniu nukleotydu lub – jak w tym wypadku – większej sekwencji nukleotydów do chromosomów).[7]

Richard Sternberg ujął ten ostatni temat jeszcze szerzej, co pozwoliło dostrzec inną zdumiewającą prawidłowość dotyczącą dystrybucji retrotranspozonów. Wyszedł on w swojej analizie poza poziom jednego genomu czy genomu jednego gatunku i przedstawił obserwacje, jakich dokonano, porównując liniowe rozmieszczenie retrotranspozonów grupy SINE u różnych gatunków.

Elementy SINE różnych gatunków różnią się pod względem sekwencji. U człowieka występuje sekwencja Alu, u naczelnych różne tzw. podrodziny tej sekwencji wykazujące do niej podobieństwo. U myszy występują trzy rodziny elementów SINE – B1, B2 i B4, przy czym B1 wykazuje pewne podobieństwo do Alu, natomiast B2 i B4 są zupełnie niepodobne zarówno do niej, jak i do siebie nawzajem. U szczura odpowiednikiem są elementy ID – niewykazujące podobieństwa do żadnej wcześniej wymienionej grupy.[8]

Biolodzy ewolucyjni szacują, że linie myszy i szczurów wyodrębniły się od wspólnego przodka jakieś 22 miliony lat temu. Skoro tak, to ich genomy od tego czasu kształtowały się niezależnie od siebie. Sternberg proponuje pewien eksperyment myślowy. Załóżmy, że 22 miliony lat temu doszło do rozpadu jakiegoś ciała niebieskiego i utworzenia z jego części dwóch księżyców. Wyobraźmy sobie, że powierzchnie każdego z nich były następnie kształtowane przez przypadkowe kolizje z asteroidami i uderzenia meteorytów, w związku z czym obecnie (po 22 milionach lat) są pokryte licznymi kraterami. Czy porównując rozmieszczenie kraterów na powierzchniach obu księżyców spodziewalibyśmy się, że będzie ono wyraźnie różne, czy też niemal identyczne? Wracając do sprawy retrotranspozonów, jeżeli założylibyśmy, że słuszne są twierdzenia Ayali na temat nonsensowności elementów SINE i przypadkowości ich rozmieszczenia (rozsiania), to jak powinny mieć się do siebie wzorce rozmieszczenia tych elementów u myszy i u szczura po 22 milionach lat podlegania naturalnemu procesowi przypadkowego wklejania do genomu tych sekwencji? Powinny wyraźnie się różnić, czy też powinny być niemal identyczne?[9]

Badania porównawcze wykazały, że drugi wariant jest zgodny z rzeczywistością.[10] A czy jest zgodny z przewidywaniem opartym na wyżej wymienionych założeniach? Dlaczego stały wzorzec rozmieszczenia elementów SINE miałby być tak istotną cechą genomu, gdyby nie był szczególnie ważny dla biologicznej funkcjonalności? Nie można tego tłumaczyć jako rezultatu chemicznej konieczności związanej z własnościami określonej sekwencji nukleotydów, gdyż – jak wyżej wspomniano – rozmieszczenie jest niemal jednakowe mimo diametralnych różnic sekwencji. Być może jednak ich dystrybucję zgodną ze ściśle określonym wzorcem wymuszają jakieś inne, nieznane cechy genomów?

Meyer i Sternberg przedstawili mocne argumenty przeciwko twierdzeniu, jakoby retrotranspozony grupy SINE były bezużyteczne i przypadkowo rozproszone w genomie. Tylko tyle i aż tyle – bo choć nie musi to oznaczać, że zostały one inteligentnie zaprojektowane, to z całą pewnością utrudnia argumentowanie, że nie zostały. Dodatkową zaś wartością jest podanie w wątpliwość argumentu z autorytetu światowej sławy naukowców. Poleganie na nich może – jak widać – wieść na „bezdroża błędu”.

 

 

Przypisy:

[1] Zob. David Klinghoffer (red.), Signature of Controversy: Responses to Critics of Signature in the Cell, Discovery Institute Press, Seattle 2010, http://tiny.pl/gx2cc.

[2] Zob. Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009.

[3] Pełna nazwa projektu – ENCyclopedia Of DNA Elements (Encyklopedia Elementów DNA). Jego cel to zidentyfikowanie i opisanie wszystkich funkcjonalnych elementów ludzkiego genomu.

[4] Ayala bierze pod uwagę tylko grupę genów kodujących białka, których człowiek ma około 20-25 tysięcy.

[5] Ayala, „On Reading the Cell’s Signature”, http://tiny.pl/gx2sj. Błąd w tytule książki Signature in the Cell obecny jest w oryginalnym tekście Ayali. Ponieważ treść tego tekstu wydaje się wskazywać, że Ayala nie zapoznał się z treścią tej książki, odpowiedź Meyera została umieszczona w zbiorze Signature of Controversy w dziale „On Not Reading Stephen Meyer’s Signature in the Cell”, którego tytuł wyraźnie nawiązuje do tytułu tekstu Ayali).

[6] Por. http://tiny.pl/gx2sp (w przedruku w Signature of Controversy…, s. 13-14). Niektóre wskazane tam funkcje sekwencji Alu to zapewnianie sygnałów dla alternatywnego splicingu RNA, wyznaczanie alternatywnych miejsc startowych dla procesu ekspresji genów, kodowanie cząsteczek RNA modulujących transkrypcję, wpływ na fizyczne układanie się chromatyny.

[7] Por. http://tiny.pl/gx2sp (w przedruku w Signature of Controversy…, s. 14-15).

[8] Por. Signature of Controversy…, s. 59-60

[9] Por. Signature of Controversy…, s. 60-61.

[10] Por. Signature of Controversy…, s. 61-62.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

idź Pod Prąd nr 132/134, lipiec/sierpień/wrzesień 2015

 


PRZESZKODA DLA KORZYSTNYCH MUTACJI

Ewolucjoniści głoszą, że każdy organizm żywy powstał w procesie ewolucji od jakiegoś pierwotnego organizmu jednokomórkowego. Rozwój ten według neodarwinistów odbywa się dzięki istnieniu dziedzicznej zmienności i działaniu doboru naturalnego. Podstawą dziedzicznej zmienności są mutacje – korzystne, niekorzystne i neutralne – zachodzące w materiale genetycznym. Spośród tych trzech dla koncepcji ewolucjonistycznej najważniejsze są oczywiście mutacje korzystne – one bowiem mają odpowiadać za pojawianie się coraz lepszych przystosowań.

Krytycy teorii ewolucji zwracają jednak uwagę na to, że korzystnych mutacji właściwie się nie obserwuje lub obserwuje się bardzo rzadko – jeśli za korzystną uznać mutację wywołującą anemię sierpowatą, która chroni przed śmiercią z powodu malarii, czy mutacje powodujące odporność bakterii na niektóre substancje chemiczne.[1] W jednym z takich krytycznych artykułów autorzy zwrócili uwagę na pewną cechę większych genomów, która podkopuje wiarygodność mechanizmu mutacje + dobór naturalny jako mechanizmu twórczego ulepszania genomów. Autorzy tego artykułu zajęli się mianowicie problemem, w jaki sposób istnienie nakładających się (zachodzących na siebie) kodów genetycznych wpływa na prawdopodobieństwo zajścia korzystnej mutacji.[2]

Pojęcie kodu genetycznego odnosi się do zależności pomiędzy sekwencją nukleotydów w DNA a pojawianiem się określonych skutków biologicznych. Na przykład w powszechnie znanym trójkowym kodzie genetycznym, za którego pomocą kodowane są białka, pewne sekwencje DNA ulegają przepisaniu na cząsteczki pośredniczące (mRNA), a następnie „odczytywane” są w ten sposób, że trzy nukleotydy (stanowiące tryplet, kodon) oznaczają instrukcję wstawienia jednego określonego aminokwasu. Odczytywanie trypletów zgodnie z kolejnością ich ułożenia w sekwencji nukleotydów prowadzi do realizowania instrukcji dotyczących łączenia aminokwasów w prawidłowej kolejności, warunkującej prawidłowe funkcjonowanie białek. Okazuje się jednak, że nie jest to jedyny kod genetyczny i nie jest to jedyny poziom zapisanej informacji genetycznej.

Na przykład istnieje również kod, w którym równolegle do kodu trójkowego (kodującego instrukcje co do kolejności łączenia aminokwasów w białkach) zapisana jest inna informacja (w tych samych sekwencjach nukleotydów, jednak czytanych w inny sposób). Chodzi tutaj o kod, w którym zapisana jest informacja o występowaniu pauz w translacji, co ma znaczenie dla tworzenia właściwej struktury przestrzennej białek, zapewniającej ich funkcjonalność.[3]

Co ciekawe, część fragmentów DNA, które gdy są odczytywane z jednej nici, zawierają zakodowaną informację na temat kolejności łączenia aminokwasów w białkach, posiada również biologiczne znaczenie, gdy są odczytywane z drugiej nici – jako tzw. antysensowne transkrypty.[4]

W 1980 roku odkryto także pewien inny wzorzec sekwencji, który odpowiada za uporządkowane zwijanie (upakowywanie) nici DNA. Nazwano go kodem chromatynowym. Chodzi o periodyczne sekwencje wyznaczające miejsca, w których do DNA przyłączają się białka histonowe, na które DNA nawija się, co wpływa na jego ściślejsze upakowanie w komórce (białka te wraz z nawiniętymi odcinkami DNA to tzw. nukleosomy).[5]

DNA zawiera również informacje jeszcze innego typu, np. dotyczące procesu splicingu genów, regulacji transkrypcji, wyznaczania miejsc wiązania kohezyn. Autorzy artykułu przedstawili swoją propozycję wyodrębnienia aż szesnastu różnych kodów genetycznych odpowiadających różnym poziomom zakodowanej informacji.[6] Oczywiście nie twierdzą oni, że każdy nukleotyd w genomie ma znaczenie dla więcej niż jednego kodu. Dopuszczają nawet możliwość, że niektóre nukleotydy w ogóle nie są brane pod uwagę w żadnym kodzie. Nie twierdzą też, że istnieje choćby jeden nukleotyd, który brałby udział we wszystkich szesnastu kodach.

Dla kwestii prawdopodobieństwa zachodzenia korzystnych mutacji ważne jest to, że różne kody genetyczne mogą w mniejszym lub większym stopniu wykorzystywać te same odcinki nici DNA. Inaczej mówiąc, występowanie takich a nie innych nukleotydów w danym miejscu sekwencji może być istotne ze względu na więcej niż jeden kod. Jeśli chodzi np. o odcinki DNA kodujące aminokwasy w białkach (tzw. eksony stanowiące około 1-2% genomu), to objęte są one co najmniej dwoma kodami – trójkowym oraz dotyczącym występowania pauz podczas translacji. Część nukleotydów znajdujących się w obrębie eksonów jest istotna również ze względu na inne kody, np. kod chromatynowy, ponieważ w obrębie eksonów również znajdują się miejsca wiązania histonów.

We wspomnianym artykule przedstawiono obliczenia pokazujące, jak wielość kodów genetycznych – możliwość wykorzystania tych samych nukleotydów do kodowania informacji różnego typu – wpływa na prawdopodobieństwo ulepszenia sekwencji DNA w wyniku punktowej mutacji.[7] W obliczeniach tych przyjęto założenia, które być może zaniżają bądź zawyżają w pewnym stopniu konkretny wynik liczbowy, warto jednak zwrócić uwagę na ogólne wnioski. Po pierwsze, prawdopodobieństwo korzystnej mutacji jest tym mniejsze, im większy stopień optymalności wykazuje aktualna sekwencja. Po drugie zaś, prawdopodobieństwo korzystnej mutacji jest tym mniejsze, im więcej kodów współdzieli daną sekwencję.

Dla zobrazowania tych zależności można spróbować wyobrazić sobie akapit tekstu, w którym przy różnych sposobach czytania (wprost, wspak, co drugą literę itp.) uzyskuje się jakąś sensowną treść. Jeśli ktoś przepisze ten akapit z jedną literówką, być może uda mu się zwiększyć optymalność tekstu na jednym poziomie odczytu, chociaż o wiele bardziej prawdopodobne jest, że się ona zmniejszy. A jeśli weźmiemy pod uwagę dwa, trzy lub więcej poziomów odczytywania tego tekstu, to prawdopodobieństwo, że przynajmniej na jednym z nich nastąpi ulepszenie bez jednoczesnego uszkodzenia na pozostałych poziomach, jest jeszcze bardziej nikłe.

Chociaż jak dotąd nie wiadomo, jaka jest skala zjawiska występowania nukleotydów istotnych ze względu na informacje kodowane za pomocą więcej niż jednego kodu, to w tych obszarach DNA, w których zjawisko to ma miejsce, prawdopodobieństwo zajścia korzystnej mutacji drastycznie maleje, osiągając bardzo niewielkie wartości w stosunku do prawdopodobieństwa zachodzenia mutacji szkodliwych.[8] Obserwacje potwierdzają, że zachodzenie szkodliwych mutacji jest w genomach normalną tendencją.

Ale skoro tak jest, to jak takie rzadkie korzystne mutacje wśród przytłaczającej większości mutacji szkodliwych mogłyby stanowić wystarczające źródło ulepszania genomów?

 

Przypisy:

[1] Jednak można je uznać za korzystne tylko w takim sensie, że blokują niszczący wpływ jakiegoś jednego czynnika, nie wnoszą natomiast żadnej twórczej korzyści i w normalnych warunkach mogą okazywać się szkodliwe, jak jest w przypadku mutacji wywołującej anemię sierpowatą.

[2] Zob. George Montañez, Robert J. Marks II, Jorge Fernandez and John C. Sanford, „Multiple Overlapping Genetic Codes Profoundly Reduce the Probability of Beneficial Mutation” w: R. J. Marks II, M. J. Behe, W. A. Dembski, B. L. Gordon, and J. C. Sanford, Biological Information. New Perspectives, World Scientific Publishing Company 2013, s. 139-167 (wszystkie artykuły opublikowane w tej książce można pobrać ze strony http://tiny.pl/qzbpz, 28.01.2015 r.).

[3] Por. David J D’Onofrio, David L. Abel, „Redundancy of the genetic code enables translational pausing”, Frontiers in Genetics 2014, vol. 5, s. 1, 3, 4 [1-16], http://tiny.pl/q6nt9 (27.09.2014 r.); pisałam też o tym w tekście „«Śmieciowy» DNA i «zdegenerowany» kod genetyczny”, idź Pod Prąd 2014, nr 8-9-12 (121-122-123), s. 16.

[4] Por. Adam Master, Alicja Nauman, „Regulacja ekspresji genów przez długie naturalnie występujące antysensowne transkrypty”, Postępy Biologii Komórki 2014, tom 41, nr 1, s. 3-28, http://tiny.pl/qzv2f (27.01.2014 r.).

[5] Por. Edward N. Trifonov, „Thirty Years of Multiple Sequence Codes”, Genomics Proteomics Bioinformatics 2011, vol. 9, no 1-2, s. 1-6, http://tiny.pl/qzvfc (27.01.2015 r.). Por. też: J. C. Sanford, Genetic Entropy & The Mystery of the Genome, FMS Publications, New York 2008, s. 132.

[6] Por. Montanez et al., „Multiple Overlapping Genetic Codes…”, s. 154-155.

[7] Por. Tamże, s. 144-148.

[8] Warto dodać, że wiele mutacji wywołuje tak słaby efekt, że są jakby niewidoczne dla doboru naturalnego, przez co nie są selekcjonowane. Niekorzystne mutacje mogą się więc akumulować w genomie, mimo że teoretycznie powinny być eliminowane, korzystne mutacje zaś – nawet jeśli już się pojawią – mogą nie być faworyzowane, a przez to nie będą miały szans zdominować populacji, aby korzystna zmiana została utrwalona w kolejnych pokoleniach. Por. John C. Sanford, John R. Baumgardner and Wesley H. Brewer, „Selection Threshold Severely Constrains Capture of Beneficial Mutations” w: Marks II et al., Biological Information…, s. 265-266 (http://tiny.pl/qzbpz, 28.01.2015 r.).

 

  

 

 

 

 

idź Pod Prąd, nr 1-2 (126-127) styczeń-luty 2015, s. 15-16


Ewolucjoniści robią “wodę z mózgu”

Tradycyjnie ewolucjonistycznej wizji powstania i rozwoju życia sprzeciwiali się kreacjoniści. Ostatnio jednak znacznie popularniejszymi przeciwnikami są zwolennicy tzw. teorii inteligentnego projektu. Na jej temat wypowiada się wiele opinii, nie zawsze trafnych. Niektórzy mówią, że jest to dawny kreacjonizm w przebraniu.

Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu [...]. 1

ID [teoria inteligentnego projektu] [...] nie jest nową postacią kreacjonizmu. To po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą.2

Teoria inteligentnego projektu w rzeczywistości jest ponownym wcieleniem zdyskredytowanej 200-letniej argumentacji, pochodzącej od Williama Paleya, który orzekł, że złożoność organizmów żywych wymaga boskiej interwencji stwórcy. 3

Wypowiedzi takie są przejawem albo braku kompetencji, albo złej woli (nie wykluczam jednak wystąpienia jednocześnie obu tych przyczyn).

Projekty czy projektoidy?
Teoria inteligentnego projektu zwana jest w skrócie ID, od angielskiego zwrotu Intelligent Design. W opinii tej teorii zebrane dotąd świadectwo empiryczne sugeruje, iż życie na Ziemi nie mogło powstać na mocy samego tylko przypadku. Musiało ono być inteligentnie zaprojektowane. Słowo "inteligentnie" dodaje się, by uniknąć nieporozumienia i powiązania ze współczesną teorią ewolucji. W tej ostatniej bowiem mówi się o projekcie, o tym, że ewolucja doprowadza do powstania organizmów znakomicie zaprojektowanych, czyli dostosowanych do środowiska - ale chodzi raczej o wrażenie projektu, bo projektant, o którym mówią ewolucjoniści, dobór naturalny, jest ślepy.

Dwieście lat temu bardzo popularne były książki apologetyczne Williama Paleya. Wpłynęły one także na samego Darwina. Darwinowską teorię ewolucji można nawet rozumieć do pewnego stopnia jako przezwyciężenie argumentów Paleya. Szczególnie uderzającym argumentem Paleya był ten, który dotyczył znalezienia zegarka na wrzosowisku. Wyobraźmy sobie - mówił Paley - że znajdujemy na wrzosowisku leżący zegarek. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że jest on tworem rozumu, zegarmistrza. Świadczą o tym części składowe zegarka, ich wzajemne dopasowanie, współdziałanie, precyzja funkcjonowania. Ale skoro tak - kontynuował Paley - to tym bardziej powinniśmy uznać, że znajdujące się na tym samym wrzosowisku rośliny i kwiaty są tworem rozumu, zostały stworzone przez Boga. Rośliny te bowiem charakteryzują się jeszcze większą złożonością, dopasowaniem i współdziałaniem oraz precyzją działania części, z jakich są zbudowane.

Argument zastosowany przez Paleya nosi nazwę argumentu a fortiori. Skoro występowanie pewnych cech pozwala wyprowadzić pewien wniosek, to tym bardziej (a fortiori) powinniśmy taki wniosek wyprowadzić, jeśli cechy te występują w większej ilości i w większym natężeniu.

Ewolucjoniści zgadzają się, że organizmy żywe są niezwykle skomplikowane. Ale jednocześnie twierdzą, że nie zostały zaprojektowane. Nie są więc, ich zdaniem, projektami. One tylko przypominają projekt. Są projektoidami.

 

Biologia zajmuje się obiektami złożonymi, tworzącymi wrażenie celowego zamysłu.4

[...] żywe efekty działania doboru naturalnego sprawiają wrażenie przemyślanego projektu, jak gdyby zaplanował je prawdziwy zegarmistrz.5

Ale zegarmistrz, który ich stworzył, dobór naturalny działający na przypadkowych mutacjach, nie miał żadnego zamiaru ich stworzyć, nie miał ich na myśli.

Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie są ślepe siły fizyczne [...]. Dobór naturalny - odkryty przez Darwina ślepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dziś, że stanowi wyjaśnienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowości wszystkich form życia - działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można o nim powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza - to jest to ślepy zegarmistrz.6

Dobór naturalny to ślepy zegarmistrz - ślepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu.7

Ponieważ teoria inteligentnego projektu głosi, iż organizmy żywe nie mogły powstać na drodze samego tylko przypadku, zderza się w tej sprawie z teorią niekierowanej przypadkowej ewolucji.

Przypadek czy nie? Co naprawdę głosi ewolucjonizm?
Czasami jednak ewolucjoniści gorąco zaprzeczają, by uznawali przypadek za jedyny czynnik sprawczy procesów ewolucyjnych:

Częściowo za sprawą losowości mutacji rozpowszechniło się niedorzeczne przekonanie, że także dobór naturalny jest procesem przypadkowym.8

Zdają sobie bowiem sprawę, jak bardzo trudne jest do przyjęcia, że życie z całą swoją złożonością jest wyłącznie dziełem przypadku. Ewolucjoniści twierdzą, że tylko mutacje są przypadkowe, ale dobór już nie. W ten sposób usuwają wrażenie niedorzeczności swojej koncepcji. Zastanówmy się jednak, czy to ich twierdzenie - mutacje są przypadkowe, dobór jest nieprzypadkowy - ma rację bytu.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że mówiąc o przypadkowości bądź jego braku, biolog ewolucyjny ma na myśli co innego niż inni uczeni i zwykli ludzie. Ci ostatni bowiem za przypadek uznają takie zjawiska jak niezaplanowany wypadek drogowy, uderzenie meteorytu, wygrana w totolotka czy opady deszczu w drugą niedzielę kwietnia. Pojęcie przypadku jest tu trudne do zdefiniowania. Filozofowie stracili wiele czasu i poświęcili wiele wysiłku, by przypadek zdefiniować - chyba jednak bez większego sukcesu. Niektórzy nawet twierdzą, że o zdarzeniach przypadkowych można powiedzieć tylko to, że mówi o nich rachunek prawdopodobieństwa. Ci, którzy chcą powiedzieć więcej, spierają się, czy istnieją zjawiska bezprzyczynowe (niektóre zjawiska w mikrofizyce wyglądają tak, jakby zachodziły bez przyczyny, na przykład rozpad promieniotwórczy). A ci, którzy odrzucają istnienie zjawisk bezprzyczynowych, sądzą, że przypadek polega na przecięciu się wielu niezależnych, nie związanych ze sobą ciągów przyczynowo-skutkowych.

Ewolucjoniści nadają jednak słowu "przypadek" zupełnie inne znaczenie. Mutacje mają charakter przypadkowy w tym sensie, że nie prowadzą do lepszego przystosowania się organizmu do środowiska. Ich przypadkowość nie polega na tym, że występują spontanicznie. Przyczyny ich występowania są znane. Wywoływane są przez tzw. mutageny - promieniowanie rentgenowskie, promieniowanie kosmiczne, substancje radioaktywne, rozmaite związki chemiczne, a nawet specjalne geny. Ale w opinii ewolucjonistów mutacje, które uprzywilejowują organizmy, które zwiększają szanse na przeżycie i w konsekwencji na wydanie potomstwa, nie pojawiają się częściej, niż to wynika z rachunku prawdopodobieństwa.9 Dobór naturalny działa już inaczej. Ponieważ dobór działa w oparciu o prawa przyrody, a efekty niektórych mutacji usprawniają organizmy, zwiększają ich szanse przetrwania w środowisku, więc dobór sprzyja mutacjom przystosowawczym, utrwala je w populacji. W tym sensie dobór nie jest przypadkowy, jest ukierunkowany.

 

Mutacje są przypadkowe w stosunku do korzyści przystosowawczych, natomiast nieprzypadkowe pod wszystkimi innymi względami. Dobór naturalny - i tylko dobór - prowadzi ewolucję w kierunkach nieprzypadkowych w stosunku do przystosowań organizmu.10

Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to rozumienie nieprzypadkowości doboru nie ma nic wspólnego zarówno z potocznym, jak i z pochodzącym z innych nauk rozumieniem przypadku. W niebiologicznym sensie także i dobór ma - dodajmy i to słowo: oczywiście - charakter przypadkowy. Według słynnej hipotezy Alvarezów dinozaury wyginęły ok. 65 milionów lat temu wskutek uderzenia niewielkiej planetoidy bądź komety. Miał to być przypadek. Planetoida ta, jak wiele innych, mogła przelecieć obok Ziemi. Ale uderzyła w Ziemię. Tor jej lotu był wyznaczony prawami przyrody i rozmaitymi czynnikami, głównie typu oddziaływania grawitacyjnego z innymi ciałami niebieskimi. Ale ten ciąg przyczyn i skutków, jaki wyznaczył kurs planetoidy, nie miał nic wspólnego z zespołem ciągów przyczyn i skutków, charakteryzującym życie na Ziemi. Zderzenie z Ziemią było więc przypadkowe.

W powszechnie używanym sensie słowa "przypadek" nie tylko mutacje, ale i dobór naturalny mają więc charakter przypadkowy. Do działania doboru naturalnego także stosuje się rachunek prawdopodobieństwa. Warto przypomnieć, bo często propagandyści ewolucyjni "zapominają" o tym, że nie ma żadnej pewności, iż dobór zachowa korzystną mutację. Co więcej, istnieje większe prawdopodobieństwo, że korzystna mutacja zniknie z populacji, niż że się w niej utrwali. Genetyka populacyjna mówi, że dla dużych populacji prawdopodobieństwo utrwalenia się korzystnej mutacji wynosi 2e, gdzie e jest tzw. wartością przetrwania (survival value), czyli wielkością, o jaką zwiększa się szansa na przeżycie organizmu. Jeśli średnia wartość przetrwania korzystnej mutacji wynosi - jak się obecnie wydaje - ok. 0,1%, to wynika z tego, że średnio zaledwie jedna na 500 korzystnych mutacji utrwali się w populacji, a 499 zniknie. Dobór naturalny jest niezwykle mało wydajnym sposobem na postęp, bo olbrzymia większość korzystnych mutacji ginie. Ewolucjoniści, ratując swoją koncepcję, odwołują się do milionów lat ewolucji, ale niespecjalnie palą się, by sprawdzić dokładnymi obliczeniami, czy to odwołanie ma sens.

Wróćmy jednak do sprawy przypadku i konieczności. Ewolucjoniści robią nam "wodę z mózgu" twierdząc, że dobór nie działa przypadkowo, a niektórzy, jak sam Darwin, posuwają się nawet do głoszenia jawnej nieprawdy:

 

[...] dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. 11

Jeśli średnio tylko jedna na pięćset korzystnych mutacji zachowuje się, to słowa Darwina, że dobór "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre", są dalekie od prawdy. Darwin nie znał wyliczeń genetyki populacyjnej ani średniej wartości przetrwania dla mutacji (nie wiedział nawet o istnieniu mutacji), ale nie mógł przecież nie wiedzieć, że organizm nawet z bardzo korzystną nową cechą może wskutek nieszczęśliwego wypadku nie dożyć wieku dojrzałości, kiedy dopiero wydaje się potomstwo. Tylko cele propagandowe mogły go skłonić do napisania, że dobór działa "wszędzie i zawsze" oraz że "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre".

O wymarciu dinozaurów12
Wspominałem wyżej o hipotezie Alvarezów, tłumaczącej wymarcie dinozaurów. Profesorowie Luis i Walter Alvarezowie, ojciec i syn, w 1980 roku, po badaniach warstw geologicznych w Gubbio, we Włoszech, doszli do wniosku, że za wymarcie dinozaurów odpowiada uderzenie asteroidy o średnicy 10-20 km. Ten tzw. impakt Chicxulub wyrzucił w górę pył i sadzę, które krążąc w wysokich warstwach atmosfery przytłumiły promienie słoneczne. Wywołane przez impakt pożary oraz późniejsze zahamowanie dopływu promieni słonecznych zniszczyły w dużym stopniu roślinność, co spowodowało wymarcie najpierw roślinożerców, a później mięsożerców. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie w postaci olbrzymiego krateru w pobliżu meksykańskiego półwyspu Jukatan i cienkiej warstwy irydu, oddzielającej warstwy geologiczne, w których znajdowane są pozostałości lub skamieniałe szczątki dinozaurów, od tych położonych wyżej, w których pozostałości takich nie ma.13 Ostatnio hipoteza ta jednak zaczyna być kwestionowana.14 Jednym z problemów jest to, że według zapisu kopalnego dinozaury zaczęły wymierać jeszcze przed impaktem Chicxulub. Uczeni zresztą od dawna proponowali rozmaite rywalizujące hipotezy.15

Kreacjoniści przyczynę wymarcia dinozaurów upatrują w Potopie Noego i zmianie warunków klimatycznych przez Potop wywołanych.16 Jeśli mają rację, to dawniej żyjący ludzie, ci sprzed Potopu, ale także i niektórzy żyjący po Potopie, powinni spotykać jeszcze żywe dinozaury. Ciekawe, że Biblia wydaje się wspominać o takich zdarzeniach. Wprawdzie nie użyto w niej z oczywistych powodów słowa "dinozaur" - słowo to zostało utworzone dopiero w 1841 roku - ale dinozaury bądź zwierzęta podobne do dinozaurów są opisane w Księdze Hioba 40:15-32 oraz 41:1-26 przy użyciu hebrajskich słów behemoth oraz leviathan.

Behemoth jest liczbą mnogą pochodzącą od behema - hebrajskiego słowa określającego bestię. Ale w Księdze Hioba 40:15 jest użyte w liczbie pojedynczej. W tekście hebrajskim taka konstrukcja gramatyczna podkreśla majestat użytego słowa. Z opisu biblijnego wynika, że było to zwierzę trawożerne, ogromnych rozmiarów, miało okazały ogon, żyło w pobliżu wody i było nieustraszone. Niektórzy twierdzą, że był to hipopotam lub słoń. Ale ani hipopotam, ani słoń nie posiada okazałego ogona.

W hebrajskim tekście Biblii słowo lewiatan pojawia się sześć razy (Księga Hioba 3:8; 41:1; Psalm 74:14; 104:26; Księga Izajasza 27:1). Niektórzy sądzą, że mowa jest o krokodylu, ale opis biblijny do tej opinii nie pasuje: "na ziemi nie ma mu równego; jest to stworzenie nieustraszone" (Hioba 41:25), "nawet na to, co wzniosłe, spogląda z góry, on jest królem wszystkich dumnych zwierząt" (Hioba 41:24).

Pogląd, że ludzie mogli spotykać żyjące dinozaury, wydaje się fantastyczny. Ale w ubiegłym roku doniesiono o równie fantastycznym znalezisku. Na stanowisku paleontologicznym w Montanie, gdzie znajdują się szczątki dinozaurów sprzed 68 milionów lat wg przyjętego datowania, znaleziono nie tylko skamieniałości, ale także coś, co ostrożnie określono jako miękkie tkanki, które nie uległy fosylizacji.17 Określono ostrożnie, bo jak bez zawahania się można wypowiedzieć opinie, że przetrwały one 68 milionów lat? A my zapytajmy: może jednak od czasu wyginięcia dinozaurów nie upłynęło aż tyle lat? Może zasady uniformitaryzmu, tak istotne w datowaniu złóż geologicznych, nie są dobrym założeniem? Może jednak wielka katastrofa wodna, opisana w Biblii jako Potop Noego, jest realnością, którą trzeba brać pod uwagę?

Przypisy:

  1. Jerry COYNE, "The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  2. Richard DAWKINS, "Creationism: God"s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html Zwróćmy uwagę na tytuł artykułu. Dawkins jest autorem powiedzenia, że jeśli ktoś wątpi w teorię ewolucji, to jest albo głupcem, albo chorym umysłowo.
  3. Marshall BERMAN, "Intelligent Design: The New Creationism Threatens All of Science and Society", APS News October 2005, vol. 14, no. 9; http://www.cesame-nm.org/Resources/contributions/050930_Berman.html Por. też Marshall BERMAN, "Intelligent Design Creationism: A Threat to Society Not Just Biology", The American Biology Teacher November/December 2003, vol. 65, no. 9, s. 646-648, http://www.cesame-nm.org/Viewpoint/contributions/ABT_editorial_0311.pdf
  4. Richard DAWKINS, Ślepy zegarmistrz: czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW Warszawa 1994, s. 21.
  5. Tamże, s. 47.
  6. Tamże, s. 27.
  7. Tamże, s. 47.
  8. Richard DAWKINS, "Demiurg kontra Darwin", Newsweek 28.12.2005, s. 124.
  9. Por. DAWKINS, Ślepy zegarmistrz..., s. 475-477.
  10. Tamże, s. 484-485.
  11. Karol DARWIN, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, TENŻE, Dzieła wybrane, tom II, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 88.
  12. W tej części wykorzystałem m.in. teksty: Bert THOMPSON, "Spór o dinozaury", Na Początku... 1997, nr 3 (84), s. 50-60; Brad T. BROMLING, "Dinozaury w Biblii?", tamże, s. 60-63; John WOODMORAPPE, "Fossylizacja kości dinozaurów z punktu widzenia młodoziemskiej geologii Potopu", tamże, s. 63-64.
  13. Patrz Paul HOFFMAN, "Asteroid on Trial", Science Digest 1982, vol. 90, No. 6, s. 58-63; "The Great Dyings", Discover May 1984, vol. 5, No. 5, s. 2124, 26-32; Walter ALVAREZ and Frank ASARO, "An Extraterrestrial Impact", Scientific American 1990, vol. 263, No. 4, s. 78-84.
  14. Por. Roger HIGHFIELD, "Experts Clash over Demise of the Dinosaurs:, The Daily Telegraph, 2 February 2006, http://www.telegraph.co.uk/news/main.jhtml?xml=/news/2006/02/02/wdino02.xml&sSheet=/news/2006/02/02/ixnewstop.html
  15. Por. Reginal DALY, Earth's Most Challenging Mysteries, Craig Press, Nutley, NJ 1972, s. 29 i następne. Wymienia on ponad dwadzieścia wyjaśnień zniknięcia dinozaurów.
  16. Patrz na przykład Duane T. GISH, Dinosaurs: Those Terrible Lizards, Creation-Life Publishers, San Diego, CA 1977, s. 55-60; Duane T. GISH, The Amazing Story of Creation from Science and the Bible, Institute for Creation Research, El Cajon, CA 1990, s. 73-75.
  17. Patrz Erik STOKSTAD, "Tyrannosaurus rex Soft Tissue Raises Tantalizing Prospects", Science 25 March, 2005, vol. 307. no. 5717, p. 1852; Mary H. SCHWEITZER, Jennifer L. WITTMEYER, John R. HORNER, Jan K. TOPORSKI, "Soft-Tissue Vessels and Cellular Preservation in Tyrannosaurus rex", Science 25 March 2005, vol. 307, no. 5717, s. 1952-1955; Deirdre Lockwood, "Flexible fossil shows tyrannosaur"s softer side", http://www.nature.com/news/2005/050321/full/050321-13.html; William Mullen, "Break a fossil, look what you learn. A maverick scientist finds possible blood vessels in a T. rex bone, a discovery that could unlock many mysteries of dinosaurs", Chicago Tribune March 25, 2005, http://www.chicagotribune.com/news/local/chi-0503250246mar25,1,4542402.story?coll=chi-news-hed&ctrack=1&cset=true. Patrz też http://news.bbc.co.uk/1/hi/sci/tech/4379577.stm

Proces w Dover

20 grudnia 2005 roku sąd okręgowy w Pensylwanii wydał wyrok w głośnej sprawie dotyczącej programu nauczania w amerykańskich szkołach publicznych. Na temat samej rozprawy i wydanego wyroku wypowiedziano wiele mylących twierdzeń. Przede wszystkim wmawiano niezorientowanym czytelnikom, że proces dotyczy zastąpienia teorii ewolucji przez kreacjonizm:

     Zamiast powszechnie wykładanej teorii ewolucji Darwina teoria o stworzeniu życia przez Boga? Taką możliwość rozważa zarząd edukacji amerykańskiego stanu Kansas. O tym, która teoria stanie się obowiązującą w stanie Kansas, zadecyduje tygodniowe przesłuchanie [...]. Jednak już dziś nie brakuje głosów, że skład sędziowski zarządu [...] zabroni nauczania teorii Darwina.1 

Ta wypowiedź pochodziła z okresu, kiedy jeszcze w pewnym okręgu w stanie Kansas (nie w całym stanie) dyskutowano nad sprawą, która została później rozstrzygnięta przez radę szkolną, a następnie zaskarżona przez rodziców kilkorga dzieci. Można więc do pewnego stopnia usprawiedliwić niewiedzę autora. Sprawa była względnie nowa, mało znana, dopiero na jaw wychodziły pewne szczegóły. Wprawdzie jak się coś pisze, to należy dokładnie sprawdzić, ale errare humanum est. Gorzej, że dokładnie ten sam błąd (błąd czy świadome wprowadzanie w błąd czytelników?) powtarzano potem w niezliczonych komentarzach we wszystkich językach świata. Nawet w najpoważniejszej chyba gazecie w Polsce:

     Rodzice ośmiorga uczniów nie chcieli, by ich dzieci uczyły się o kreacjonizmie, i skierowali sprawę do sądu w Harrisburgu [...].Włączenie teorii ?inteligentnego projektu" do programu szkół publicznych (wiele prywatnych już to zrobiło) jest rozpatrywane w innych stanach, takich jak Kansas czy Ohio, a wśród jego zwolenników jest prezydent George W. Bush.2 

Z tych słów czytelnik ma prawo wnioskować, że rozprawa sądowa w Pensylwanii dotyczyła uczenia w szkołach kreacjonizmu albo - nie jest to do końca jasne - teorii inteligentnego projektu. Niewykluczone też, że zdaniem autora różnica między kreacjonizmem a teorią inteligentnego projektu nie istnieje albo jest niewielka. Trzeba przyznać, że ostatnie zdanie artykułu w Rzeczypospolitej poprawnie przedstawia, o co naprawdę chodziło radzie szkolnej okręgu Dover w Pennsylvanii. Brzmiało ono tak:

     Richard Thompson, adwokat władz szkolnych, podkreśla jednak, że do programu nauczania włączono jedynie uwagę, że istnieje alternatywna teoria wyjaśniająca pochodzenie życia na Ziemi, i każdy, kto chce, może się z nią zapoznać w książce ?O pandach i ludziach", która wyjaśnia podstawy ?teorii inteligentnego projektu".

Nie chodziło więc o wyrugowanie nauczania ewolucjonizmu. Nie chodziło nawet o nauczanie obok ewolucjonizmu także kreacjonizmu czy teorii inteligentnego projektu (bo kreacjonizm i teoria inteligentnego projektu to nie jest to samo!). Chodziło jedynie o niewielką, parozdaniową wzmiankę w podręcznikach.

O co naprawdę chodziło Radzie Szkolnej w Dover?
Pod koniec 2004 roku Rada Szkolna okręgu Dover, Pensylwania, uznała, że uczniów, którzy uczą się teorii ewolucji, należy poinformować, że teoria ta ma luki i że luki te stara się wypełnić inna teoria: teoria inteligentnego projektu. W rezultacie w podręcznikach winna znaleźć się następująca informacja:

     Standardy szkolne stanu Pennsylwania wymagają od uczniów poznania Darwinowskiej teorii ewolucji, tak by w końcu zdali oni standardowy test, którego częścią jest wiedza o ewolucjonizmie.

     Ponieważ teoria Darwina jest teorią, jest ona stale sprawdzana w miarę odkrywania nowych faktów. Teoria ta nie jest faktem. Istnieją w niej luki niewypełnione żadnymi faktami empirycznymi. Teorię naukową definiuje się jako dobrze sprawdzone wyjaśnienie, unifikujące szeroki zakres obserwacji.

     Odmiennym od Darwinowskiego ujęciem jest teoria inteligentnego projektu. Jeśli uczniowie będą zainteresowani szczegółami teorii inteligentnego projektu, mogą sięgnąć do podręcznika Of Pandas and People.

     Uczniów zachęca się, by z otwartym umysłem podchodzili do każdej teorii. Sprawę pochodzenia życia szkoła pozostawia samym studentom i ich rodzinom. Ponieważ w okręgu szkolnym obowiązują określone standardy, instrukcje dydaktyczne mają na celu przygotowanie uczniów do zdobycia przez nich pozytywnych ocen.3 

I to wszystko. Cały hałas o rzekomym nauczaniu kreacjonizmu, o wyrzucaniu z programu szkolnego ewolucjonizmu to zasłona dymna. Naprawdę chodziło o te kilka zdań. O wyrażone opinie, że teoria ewolucji ma luki, że istnieje alternatywne ujęcie i że jak ktoś chce, to może sięgnąć po konkretną książkę, by dowiedzieć się o tym ujęciu więcej. Ale jak ktoś tego nie chce robić, to nie musi. Nie było mowy o żadnym nauczaniu ani kreacjonizmu, ani teorii inteligentnego projektu. To teoria ewolucji miała być przedmiotem nauczania. Trzeba było też na końcu zdać test z jej znajomości, ze znajomości teorii ewolucji, nie kreacjonizmu czy teorii inteligentnego projektu. A że mówiono o lukach w teorii ewolucji? Czy to coś złego? Każda teoria ma luki, ?każda teoria pływa w morzu anomalii",4 mawiał Imre Lakatos, wybitny filozof nauki, uczeń Karla Poppera. W cytowanej wzmiance była zachęta, by uczniowie traktowali wszystkie teorie, a więc teorię ewolucji, ale też i teorię inteligentnego projektu, z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, niedogmatycznie - jednym słowem: krytycznie. Najwyraźniej tego już ewolucjonistom było za wiele. Nie po to dzieci naucza się ewolucjonizmu, by traktowały go one jako jedną z wielu teorii, która ma luki i może nawet być nieprawdziwa.

Manipulacje, ciąg dalszy
Przyjrzyjmy się, jak manipulowano w tej sprawie opinią publiczną w Polsce i za granicą. Tomasz Zalewski tak przedstawiał problem:

     Zarząd oświaty stanu Kansas postanowił, że uczniowie mają się uczyć w szkołach tez podważających teorię ewolucji gatunków Darwina. Decyzja toruje drogę do nauczania religijnych koncepcji kreacjonizmu.5  

Podobnie Zalewski pisał już po wydaniu werdyktu w rozprawie:

     W październiku rada szkolna w miasteczku Dover w Pensylwanii nakazała nauczycielom biologii w miejscowych szkołach informować uczniów, że teoria Darwina ?nie jest udowodniona", w związku z czym należy się też zapoznać z teorią ?rozumnego projektu". Podyktowane nauczycielom oświadczenie odsyłało do podręcznika ?rozumnego projektu" [...].6 

Zwróćmy uwagę na kłamliwe stwierdzenie ?należy się zapoznać". Mała zmiana, prawda? Zamiast ?można" mamy ?należy".
W tych artykułach już nie mówiło się o nauczaniu kreacjonizmu, a tylko o nauczaniu jakichś tajemniczych tez, podważających teorię ewolucji (pewnie chodzi o informację o lukach w teorii albo o otwarty umysł). Tezy te mają jakoś ?torować drogę" do nauczania kreacjonizmu - ale jak torować, już nie wiadomo. Zresztą to ?torowanie" ma być w przyszłości, więc co tu można dokładniej powiedzieć? Pewnie jakoś tak, jak w konserwatywnych stanach południowych i środkowego zachodu, gdzie też dokładnie nie wiadomo, jak się to robi:

     Wtorkowa decyzja w Kansas jest jednak już kolejną z serii podobnych podejmowanych w ostatnich latach w USA, gdzie zwłaszcza na konserwatywnym południu i środkowym zachodzie lokalne władze edukacyjne starają się zastępować teorię ewolucji teorią ?rozumnego projektu".7 

W jakich stanach, kiedy oraz w jaki sposób próby takie podejmowano, autor już nie podaje. Podaje natomiast wyświechtany stereotyp o religijnych ignorantach walczących z nauką, ale bez szczegółów, bo po co? I tak wszyscy ?wiedzą", jak jest. Przy okazji autor daje popis swojej stronniczości:

     Głosi ona [teoria inteligentnego projektu], że wszystkie żywe stworzenia, także człowiek, nie rozwinęły się z jednego organizmu, lecz zostały ?zaprojektowane przez bliżej nieokreśloną istotę rozumną". Teoria ta nie precyzuje, że chodzi o Boga, i jej zwolennicy przedstawiają ją jako alternatywną teorię naukową.

     Przeciwnicy ?rozumnego projektu" - w tym przytłaczająca większość naukowców - uważają, że jest to w istocie pogląd religijny, nowa wersja kreacjonizmu, czyli tezy, że świat i wszystkie istoty żywe zostały stworzone w ciągu siedmiu dni przez Boga.8  

Mamy więc następującą sytuację: teoria inteligentnego projektu wprawdzie nie głosi, że projektantem jest Bóg, ale ?przytłaczająca większość naukowców" - oczywiście ewolucjonistów - uważa, że głosi. Chociaż nie głosi, to jednak głosi. A dlaczego ?przytłaczającej większości naukowców" tak zależy, by teoria inteligentnego projektu głosiła to, czego nie głosi? Odpowiedź jest prosta: bo jeśli głosi, to można ją wtedy uznać za fragment religii i skorzystać z zasady oddzielenia państwa i kościoła. Jeśli jest doktryną religijną, to można jej nauczać w kościołach albo prywatnie, ale nie w publicznych szkołach.

Przedstawianie teorii inteligentnego projektu jako odmiany kreacjonizmu jest standardowym zabiegiem ewolucjonistów na całym świecie. Znany biolog, Jerry Coyne, uważa, że ?Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu popieranego przez Williama Jenningsa Bryana w Dayton."9  Przypominam Czytelnikom, że William Jennings Bryan był oskarżycielem w słynnym ?małpim procesie" (Dayton 1925), w którym Johna Scopesa oskarżono o nauczanie ewolucjonizmu.10  A znany ideolog ewolucjonizmu i propagator ateizmu, Richard Dawkins, uważa, że teoria inteligentnego projektu ?to po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą".11  

Zagraniczni dziennikarze, nawet amerykańscy, manipulują opinią publiczną równie skutecznie jak polscy, nawet w czołowych czasopismach. Oto jak sprawę przedstawiał Time:

     W stanie Kansas konserwatywni członkowie rad szkolnych próbują na nowo sformułować obowiązujące w całym stanie standardy nauczania ewolucjonizmu, by znalazła w nich miejsce teoria inteligentnego projektu, będąca współczesną pasierbicą kreacjonizmu.12 

Wprawdzie nie chodziło o nauczanie kreacjonizmu, ale jego ?pasierbicy", cokolwiek to znaczy. I proszę zwrócić uwagę na ten majstersztyk słowny: ?aby znalazła w nich miejsce teoria inteligentnego projektu". Jak rozumie takie słowa zwykły, niezorientowany czytelnik? Czy tak, ze podaje się tylko nazwę teorii i radę dla zainteresowanych, gdzie można znaleźć więcej informacji, jeśli ktoś tego chce? Z całą pewnością nie. Z całą pewnością normalny czytelnik rozumie, że chodzi o nauczanie ?pasierbicy kreacjonizmu".

Przyjrzyjmy się, jak znany popularyzator nauki i zarazem ewolucjonistyczny propagandysta mąci w umysłach swoich polskich czytelników. Marcin Rotkiewicz pisze tak:

     Szkoły publiczne w USA znów stały się polem bitwy między obrońcami teorii ewolucji a chrześcijańskimi fundamentalistami, którzy domagają się, by dzieci nauczano również kreacjonizmu.

     [...] na lekcjach biologii poświęconych teorii ewolucji uczniowie już na wstępie są informowani, iż ?darwinizm nie jest faktem, ale jedynie pełną luk hipotezą; istnieje natomiast alternatywna koncepcja powstania życia na Ziemi i narodzin człowieka, tzw. teoria inteligentnego projektu, którą obszernie omawia książka ?Of Pandas and People? znajdująca się w szkolnej bibliotece". 13 

Jeśli się pisze ?już na wstępie uczniowie są informowani", to czytelnik ma prawo spodziewać się, że na następnych lekcjach będzie tylko gorzej, że zamiast teorii ewolucji dzieci będą poznawały kreacjonizm. Ma prawo się tego spodziewać, bo pierwsze zdania artykułu mówią wyraźnie o chrześcijańskich fundamentalistach, którzy chcą nauczania kreacjonizmu. A tymczasem na następnych lekcjach, jak widzieliśmy, uczniowie mieli się już uczyć tylko teorii ewolucji i zdać test tylko z jej znajomości. Parozdaniowa informacja była wszystkim, co tak wzburzyło ewolucjonistów. Jak widać, ewolucjoniści nie znoszą, by ktokolwiek, nawet w paru zdaniach, wspominał o lukach w tej teorii i traktowaniu jej z otwartym umysłem. Fizycy, astronomowie, chemicy, geologowie, prawie wszyscy przyrodnicy, nie mają nic przeciwko temu, by wspominać o lukach w ich teoriach. Wszyscy, tylko nie ewolucjoniści. Teoria ewolucji ma być jak żona cezara niezależnie od tego, jak jest naprawdę.

Nie ma się co dziwić, że zasłużona w manipulowaniu polską opinią publiczną Gazeta Wyborcza już po wydaniu werdyktu sędziowskiego nadal ?trzymała linię" zajętą przez ewolucjonistów całego świata:

     Sędzia federalny w USA zakazał uczenia w szkołach teorii uznającej Boga za autora procesu ewolucji. W przynajmniej 20 stanach trwają próby wprowadzenia elementów kreacjonizmu na lekcje biologii w szkołach publicznych.14  

Wprawdzie sędzia rzeczywiście zakazał, ale autor tekstu nie dodał, że teoria inteligentnego projektu nie mówi o Bogu i że nikt nie dążył do tego, co sędzia zakazał Utrwalił w ten sposób w umysłach czytelników Gazety Wyborczej fałszywy stereotyp ?wojny o Darwina".

Orzeczenie sądu w Dover
Cytowana wcześniej parozdaniowa informacja na temat luk w teorii ewolucji, istnieniu teorii inteligentnego projektu, o której można poczytać w książce Of Pandas and People oraz o potrzebie podchodzenia do każdej teorii z otwartym umysłem, została uznana przez sędziego za niezgodną z konstytucją amerykańską (dokładniej: z tzw. pierwszą poprawką do konstytucji), ponieważ rodzice i uczniowie mogliby ją rozumieć jako popieranie religii przez państwo. Orzeczenie sędziego Jonesa liczy sobie 139 stron,15  wypełnione jest informacjami na temat prawnych precedensów i zawiłymi rozumowaniami, ale niesie bardzo wyraźne przesłanie. System prawny Stanów Zjednoczonych nie będzie tolerował ataków na nauczanie ewolucjonizmu, temat religii nie ma miejsca w amerykańskich szkołach, a wierzący w Stwórcę są naiwnymi fanatykami.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nastąpiło charakterystyczne odwrócenie ról. Na początku lat 1920-tych wierzący potępiali dogmatycznie teorię ewolucji i odmawiali jej prawa wstępu do szkół. Dzisiaj ewolucjoniści używają tamtego języka wobec kreacjonistów i zwolenników inteligentnego projektu. Wygląda to tak, jakby ślepa wiara w ewolucję sama stała się religią. Z orzeczenia sędziego Johna E. Jonesa III wynika, że wiara w ewolucję jest fundamentem społeczeństwa amerykańskiego. Nie wszyscy jednak ewolucjoniści są do końca zadowoleni z orzeczenia. Wprawdzie sędzia zakazał nawet wzmianki o teorii inteligentnego projektu, ale nie zakazał dyskutowania o niej na lekcjach nauk społecznych. Już pojawiły się głosy, że Bóg i religia powinny być całkowicie zakazane w szkołach.16  Przypomina to pomysł Orwella, że jeśli wyeliminuje się z języka słowa, opisujące pewne idee, to idee te wkrótce przestaną istnieć.

Przypisy:

  1. ?Zbyt konserwatywni na Darwina", http://www.racjonalista.pl/index.php/s,11/t,4195
  2. Piotr Gillert, ?Bóg, Darwin i szkoły", Rzeczpospolita, 28.09.2005, Nr 227, http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050928/swiat/swiat_a_2.html?k=on;t=2005092820050928
  3. ?Tammy Kitzmiller, et al. v. Dover Area School District, et al.", Case No. 04cv2688, s. 1-2, www.pamd.uscourts.gov/kitzmiller/kitzmiller_342.pdf; ?The Orignal Statement by the Dover School Board", The New York Times December 20, 2005, http://www.nytimes.com/2005/12/20/national/text-dover.html
  4. Anomalie to fakty niezgodne z teorią. Uczeni, którzy akceptują daną teorię, starają się anomalie wyjaśnić. Często im się to po jakimś czasie udaje. Ale nie zawsze. Jeśli jakieś ważne anomalie uporczywie nie dają się usunąć, uczeni mogą zniechęcić się do panującej teorii i uznać, że należy poszukiwać nowej, lepszej.
  5.  Tomasz Zalewski, "Szkoły w Kansas walczą z teorią Darwina", środa, 9 listopada 2005, http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1356&wid=8086252&rfbawp=1131578650.759&ticaid=1841
  6. Tomasz Zalewski, "Sąd przychylił się ku Darwinowi", wtorek, 20 grudnia 2005, http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,wid,8128735,wiadomosc.html
  7. Zalewski, "Szkoły w Kansas...".
  8. Tamże.
  9. Jerry Coyne, ?The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  10.  O procesie tym pisałem dużo we wrześniowym numerze Idź pod prąd (nr 9, s. 8-9, http://creationism.org.pl/Members/miepaj/moje/meandry/Meandry006/document_view) i trochę w paź­dzier­ni­ko­wym numerze Idź pod prąd (nr 10, s. 8), http://www.podprad.knp.lublin.pl/archiwum-2.php?idg=84&tyt=NAUKA%20%20%20A%20%20%20BIBLIA:%20Meandry%20sporów%20o%20pochodzenie%20%20cz.%207
  11. Richard Dawkins, ?Creationism: God?s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html
  12. Charles Krauthammer, ?Let's Have No More Monkey Trials. To teach faith as science is to undermine both", Time Aug. 01, 2005, http://www.time.com/time/columnist/krauthammer/article/0,9565, 1088869,00.html
  13. Marcin Rotkiewicz, ?Ten diabeł Darwin! Wiara czy ewolucja?", Polityka 2005, nr 46, http://wiadomosci.onet.pl/1259421,242,kioskart.html
  14. Marcin Gadziński, ?USA: zakaz nauczania teorii inteligentnego projektu", Gazeta Wyborcza 22.12.2005 r., http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34254,3079652.html
  15. http://www.pamd.uscourts.gov/kitzmiller/kitzmiller_342.pdf
  16. Por. Frank Dunkle, ?Intelligent Design v. Evolution: The Latest Battle in the Culture Wars", World News & Prophecy January 2006, vol. 9, no. 1, s. 3.

HOMEOSTAZA ZAMIAST INTELIGENTNEGO PROJEKTANTA – CZYLI JAK DARWINIŚCI RATUJĄ SIĘ PRZED...

Źródłem sporu ewolucjonistów i kreacjonistów nie jest to, czy istnieje ewolucja, ani czy istnieją mutacje i działa dobór naturalny. Obie strony sporu zgadzają się przecież, że mutacje mają miejsce, a dobór naturalny odsiewa z nich te lepsze. Różnica między oboma obozami dotyczy tego, czy ten mechanizm wystarcza, by wyjaśnić całe zróżnicowanie życia. Kreacjoniści twierdzą, że mechanizm mutacje + dobór wyjaśnia sporo (mikroewolucję), ale nie wszystko (makroewolucję), że w wyjaśnianiu pewnych typów zmian biologicznych, typu makro, należy się odwołać do "mocniejszego" czynnika. W tysiącach książek, artykułów i publicznych wystąpień uczeni kreacjonistyczni przekonywali, że proponowany przez darwinowskich ewolucjonistów mechanizm wyłaniania się nowości biologicznych jest niewystarczający.

Myśl ta powoli zaczyna być akceptowana także i przez zwolenników ewolucjonizmu. Wyrazem tego trendu jest niedawna książka J. Scotta Turnera (The Tinkerer's Accomplice: How Design Emerges from Life Itself), wydana w 2007 roku przez renomowane wydawnictwo Harvard University Press. Jej autor zwątpił w podstawowy dogmat darwinizmu. Uznał, że współczesna biologia ewolucyjna nie ma dobrej odpowiedzi na wiele podstawowych pytań, w tym na wspomniane wyżej: jak nieinteligentny proces w rodzaju doboru naturalnego może utworzyć inteligentne istoty? Przekonanie, że wystarczy do tego mechanizm mutacyjno-selekcyjny, jego zdaniem nałożyło biologom klapki na oczy, uniemożliwiając dostrzeżenie odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że Turner przeszedł na pozycje kreacjonistyczne. Jego niedarwinowska koncepcja jest próbą uratowania istoty ewolucjonizmu - przekonania, że Bóg albo nie istnieje, albo nie działa w przyrodzie, co filozofowie nazywają materializmem metodologicznym lub naturalizmem. Jest więc zmianą formy i drugorzędnych cech, a nie samej istoty ewolucjonizmu.

Koncepcję tę omawia dr Jerry Bergman w najnowszym numerze kreacjonistycznego półrocznika Origins, wydawanego przez Geoscience Research Institute Uniwersytetu Loma Linda w Kalifornii (i nie należy go mylić z kwartalnikiem Origins, wydawanym przez angielskie Biblical Creation Society).

Scott Turner przyznaje, że istnienie projektu (lub pozornego projektu) w organizmach żywych jest największym nierozwiązanym problemem współczesnej biologii. Odrzuca przy tym znaną ideę Dawkinsa samolubnego genu, gdyż sam gen jest tylko polimerem, niezdolnym nic osiągnąć bez mechanizmów termodynamicznych, a co dopiero utworzyć nowe adaptacje.
Jeśli nie geny są odpowiedzialne za powstawanie nowości biologicznych, to co? Turner, podobnie jak kreacjoniści, zwraca uwagę, że wszystkie organizmy ujawniają niezwykłe zharmonizowanie swojej budowy i funkcjonowania. Kreacjoniści nazywają tę cechę celowością, będącą skutkiem inteligentnego projektu. Turner nie chce używać terminologii kreacjonistycznej. Na jej miejsce wprowadza neologizm, mówi o projektowości lub projektyczności (designedness) organizmów żywych. Ta "projektowość" - jego zdaniem - nie jest, jak u kreacjonistów, wynikiem działania twórczej inteligencji, ale nie jest też wynikiem samego darwinowskiego mechanizmu, opartego tylko na mutacjach i doborze naturalnym. Ma to być także skutek działania czynników homeostatycznych. Uważa on więc, że nie bezpośrednio geny, ale homeostaza ? zdolność organizmu lub komórki do utrzymania równowagi przy pomocy sprzężeń zwrotnych - jest w stanie wyprodukować cechy, które kreacjoniści nazywają projektem.

Przykładem, zdaniem Turnera, są czynności wykonywane przez termity, gdy budują one z mułu wysokie i cienkie kominy, w których zamieszkują. Ponieważ termity wymagają konkretnej wartości stężenia dwutlenku węgla i wilgotności, to miały one wyewoluować zdolność do takiego modyfikowania kominów, by utrzymać w nich optymalne dla siebie warunki. Turner nie ograniczał się tylko do przykładu termitów. Wiele ludzkich układów anatomicznych nie mogłoby, jego zdaniem, powstać wskutek działania tylko mechanizmu darwinowskiego. W kilku rozdziałach książki omawia układ krążenia krwi, układ kostny, embrion, układ trawienny, wzrokowy i mózg. Każdy z tych rozdziałów bardzo szczegółowo przedstawia cuda złożoności ludzkiego życia i to w bardzo podobny sposób, jak to robił Michael Behe w niedawno wydanej po polsku książce "Czarna skrzynka Darwina."

Przypomnijmy tu, że Michael Behe, amerykański biochemik, wskazywał na pewną cechę układów żywych, na tzw. nieredukowalną złożoność, jako ślad działania inteligencji. Układ nieredukowalnie złożony to taki, w którym utrata choćby jednego elementu powoduje, że przestaje on pełnić swoją funkcję. Behe wnioskował więc, że układy takie, a jest ich bardzo dużo w każdym organizmie, nie mogły powstać na darwinowskiej drodze, która wymaga stopniowego, krok po kroku, budowania każdej złożoności. Nie mogły, gdyż kolejne wyimaginowane etapy takiej ewolucji charakteryzowałyby się brakiem przydatności. Dobór naturalny jest ślepy i może wybierać tylko takie struktury, które już są na danym etapie przydatne. Dobór naturalny nie działa inteligentnie i nie przewiduje, że jakaś obecnie nieprzydatna struktura po kilku dalszych modyfikacjach stałaby się przydatna. Co jest na danym etapie nieprzydatne, jest przez dobór naturalny bezlitośnie eliminowane. Jeśli jakaś dobrze funkcjonująca struktura wymaga 30 lub 40 elementów i wystarczy brak jednego, by przestała działać, to mogła powstać tylko od razu, a nie na drodze stopniowej ewolucji. Przypadkowe zestawienie 30 lub 40 elementów (a niektóre układy nieredukowalnie złożone, o których mówił Behe, mają nawet kilkaset elementów!) jest niewiarygodnie mało prawdopodobne. Gdyby jeszcze istniał tylko jeden lub dwa takie układy! Ale jest ich bardzo wiele. Wszystkie miałyby powstać przypadkiem? To tak, jakby ktoś wierzył, że jedna i ta sama osoba w każdym losowaniu totolotka przez kilka lat z rzędu może trafiać szóstkę.

Dlatego sam Behe uznał, że istnienie układów nieredukowalnie złożonych najlepiej wyjaśniać ingerencją inteligentnego czynnika - ktoś te układy po prostu wymyślił, zaprojektował i skonstruował. Kto, tego Behe już nie mówi, bo naukowo można stwierdzić tylko fakt zaprojektowania, a nie, kto to zrobił. Posiłkując się filozofią lub teologią, można pójść dalej, np. uznać zgodnie z tradycją, żeprojektantem życia jest Bóg. Ale ludzie mają różne poglądy filozoficzne i teologiczne i odpowiednio do nich mogą rozmaicie odpowiadać na pytanie, kim jest Inteligentny Projektant. Są nawet tacy, którzy rolę tę przypisują jakimś cywilizacjom kosmicznym. Ewolucjonizm, jak widać, mogą odrzucać nie tylko osoby wierzące. Są i ateiści, którzy podpisują się pod teorią inteligentnego projektu.

Wróćmy jednak do J. Scotta Turnera i jego książki, omawianej przez Jerry'ego Bergmana. Turner zna poglądy Behe'ego, ale odrzuca argument o nieredukowalnej złożoności jako błędny, gdyż ma on znajdować Boga w lukach wiedzy. To, że nie wiemy, jak powstała dana struktura, nie znaczy - mówi Turner - że za jej powstanie odpowiada Bóg. Ta krytyka poglądów Behe'ego jest jednak błędna. Po pierwsze, Behe nie twierdzi, że istnienie układów nieredukowalnie złożonych dowodzi istnienia i działalności Boga - jak napisałam wyżej, dowodzi ono tylko tego, że za ich powstanie odpowiada jakaś inteligencja, niekoniecznie boska. Po drugie, wniosek o inteligentnym projektancie nie wynika z luk naszej wiedzy, ale z samej wiedzy, dotyczącej struktury układów nieredukowalnie złożonych. Wiemy, że układy te cechują się wielką złożonością; wiemy, że brak choćby jednego elementu spowoduje bezużyteczność tych układów; wiemy ponadto, że przypadkowe powstanie takiego układu jest niewyobrażalnie niskie. To nie brak wiedzy, ale właśnie szczegółowa wiedza prowadzi do wniosku o inteligentnym projekcie.

Turner jest profesorem w State University of New York, jest więc członkiem tzw. mainstream science, nauki głównego nurtu. Nie może więc, nawet gdyby chciał, przyznać racji Behe'emu. Ale jednocześnie ma on odwagę, by krytykować swoich kolegów za wiarę, że wszystkie zjawiska biologiczne można wyjaśnić przy pomocy paru prostych reguł. I neodarwinizm uznał za przykład tej wiary.

Samo używanie neologizmu "projektyczność" świadczy o tym, że zdaniem Turnera tradycyjny neodarwinizm ma braki i potrzebna jest teleologiczna, celowościowa perspektywa przy wyjaśnianiu zjawisk biologicznych. Turner tego zresztą nie ukrywa. Czy jednak jego własną propozycję "ulepszenia" darwinizmu można uznać za udaną? Chyba nie. Uważa on, że dzięki homeostazie pojawiają się cechy tego, co nazywa "projektycznością". Ale jak mogło przetrwać życie, zanim homeostaza wyewoluowała? W jaki sposób, na jakiej drodze pojawiła się homeostaza? Na te pytania odpowiedzi już nie znajdujemy.

Książka Turnera nie wyjaśnia, jak powstały układy nieredukowalnie złożone. Propozycja, że za braki neodarwinizmu odpowiedzialne jest nieuwzględnianie homeostazy, jest tak samo nie do utrzymania jak propozycja, że wystarczy mechanizm mutacyjno-selekcyjny. Książka stawia więcej pytań niż odpowiedzi. Ale jest cenna, gdyż kwestionuje panujący monopol darwinizmu i ujawnia jego wiele słabości.

(Jerry Bergman, "New Blind Watchmaker: Design by Homeostasis" [review: J. Scott Turner, The Tinkerer's Accomplice: How Design Emerges from Life Itself, Harvard University Press, Cambridge, MA 2007, 304 p.], Origins 2008, No. 62, s. 62-65.)


KREACJONIZM A TEORIA INTELIGENTNEGO PROJEKTU

"Acts & Facts" to miesięcznik wydawany w ponad 100 tysiącach egzemplarzy przez Institute for Creation Research w El Cajon, Kalifornia. W lipcowym numerze z tego roku dyrektor Instytutu dr John D. Morris omówił stosunek klasycznego kreacjonizmu, którego jest zwolennikiem, do modnej w ostatnich latach teorii inteligentnego projektu. Przypomniał na wstępie, że już w czasach Darwina popularne było pojęcie inteligentnego projektu. Używał go Sir Richard Paley, argumentując, że projekt wymaga projektanta. To Paley sformułował znany argument o zegarku znalezionym na wrzosowisku. Skoro jest to funkcjonujące urządzenie zbudowane z wielu współpracujących części i każda z tych części pełni jakąś cząstkową funkcję przyczyniającą się do realizacji funkcji całego zegarka, to nie może on być rezultatem działania pozbawionych myśli naturalnych przyczyn. Projekt widoczny w zegarku wymaga istnienia jakiegoś umysłu, inteligentnego projektanta, zegarmistrza. Paley uważał, że skoro tak łatwo uznajemy istnienie inteligentnego projektanta zegarka, to tym bardziej powinniśmy uznać istnienie inteligentnego projektanta przyrody ożywionej, gdyż organizmy żywe - rośliny i zwierzęta, nie mówiąc o człowieku - są dużo bardziej skomplikowane niż względnie prosty mechanizm zegarka. Paley sformułował ten argument kilka lat przed narodzinami Darwina, ale Darwin doskonale znał publikacje Paleya i przez wiele lat znajdował się pod ich urokiem. Ostatecznie jednak odrzucił je, uznając, że proces doboru naturalnego może bez udziału inteligencji stworzyć to, co nazywamy projektem. Niedostrzegalne drobne zmiany, przyczyniające się jednak do sukcesu organizmu w przetrwaniu i wydaniu potomstwa, miały się kumulować, tworząc widoczny dzisiaj projekt (dokładniej, na co zwrócił uwagę Richard Dawkins: pozór projektu). Dawkins nawiązał do Darwina i do Paleya w swojej głośnej książce "Ślepy zegarmistrz". Przekonywał w niej, że dzięki Darwinowi ateista dzisiaj nie musi się martwić argumentami typu Paleya, Darwin bowiem wyjaśnił, jak mogła powstać cała przyroda ożywiona bez najmniejszej ingerencji Boga. Dawkins jest znanym ateistą, ale jego książki mają niewątpliwie charakter religijny, propagują bowiem religię czy światopogląd naturalistyczny: rzeczywistość ma charakter materialny, nie istnieją żadne bóstwa, a skoro nie istnieją, to i nie mogą w świecie działać.

Istnieje oczywista różnica między naturalistami a kreacjonistami. Ci pierwsi uważają dzisiaj, że projekt jest skutkiem pojawiania się przypadkowych mutacji, z których dobór naturalny odsiewa te korzystne i usuwa niekorzystne. Kreacjoniści, których widzenie świata jest ukształtowane przez Biblię, twierdzą jednak, że widoczny w przyrodzie projekt jest skutkiem celowego działania rozumnego Stwórcy, o którym czytamy w Piśmie Świętym. Kreacjoniści twierdzą tak o projekcie od dawna, od setek lat, ale dzisiaj pojęcie inteligentnego projektu zostało przejęte w latach 90-tych przez tzw. Ruch Inteligentnego Projektu, Ruch ID. Należą do niego uczeni z różnych dziedzin nauki i wyznający rozmaite światopoglądy. Są wśród nich agnostycy, zwolennicy New Age, chrześcijanie, a nawet ewolucjoniści (tyle że niedarwinowscy). Zwolennicy teorii inteligentnego projektu twierdzą, że przypadkowe mutacje i dobór naturalny są w stanie utworzyć jedynie niewielkie zmiany w organizmach żywych, że widoczny w tych ostatnich projekt leży poza zasięgiem tych czysto przyrodniczych procesów. Uważają też, że wyjaśnianie przyrody tylko przy pomocy przyczyn naturalnych jest czymś w rodzaju religii bez Boga.

     Publikacje przedstawicieli teorii inteligentnego projektu mają ściśle świecki charakter: nie odwołują się nigdy do świętych ksiąg jakiejkolwiek religii i nigdy nie utożsamiają inteligentnego projektanta z Bogiem religii. Na temat tożsamości inteligentnegoprojektanta nie wypowiadają się, gdyż ustalenie tej tożsamości wymaga wyjścia poza rozważania naukowe. Niektórzy z nich, posiłkując się filozofią lub teologią, ujawniają, kogo rozumieją pod nazwą "inteligentny projektant", ale ich odpowiedzi są różne. Może to być Bóg, ale także jakaś inteligentna siła przenikająca Wszechświat, obce cywilizacje kosmiczne, a nawet podróżnicy w czasie. Trzeba jednak pamiętać, że gdy takie odpowiedzi słyszymy, to nie są one wygłaszane na terenie teorii inteligentnego projektu. Ta ostatnia wg zgodnej opinii jej zwolenników jest zbyt słaba, by ustalić tożsamość inteligentnego projektanta.

Zwolennicy teorii inteligentnego projektu (ID) uważają, że ich koncepcja lepiej odpowiada znanym faktom przyrodniczym i jako taka powinna być w jakimś stopniu obecna w szkołach. Trzeba jednak pamiętać, że główny ośrodek Ruchu Inteligentnego Projektu, tzw. Discovery Institute w Seattle, w stanie Oregon, nie zaleca wprowadzania do szkół publicznych nauczania tej teorii. Jednak niektóre rady szkolne w Ameryce próbowały umieścić w podręcznikach wzmiankę o istnieniu tej teorii. Spotkało się to z olbrzymią kampanią propagandową mass mediów amerykańskich, opanowanych tak jak w Polsce przez siły lewicowe, laickie i ateistyczne. Kampania ta miała głównie charakter dezinformujący - oskarżano teorię ID o ukryte propagowanie biblijnego kreacjonizmu, a nawet o utożsamianie inteligentnego projektanta z Bogiem. W dzisiejszych czasach siła mediów jest decydująca i zakazano w podręcznikach szkolnych nawet wymieniania teorii inteligentnego projektu. Wolność edukacyjna w Ameryce polega na tym, że uczniowie mogą uczyć się tylko o teorii ewolucji w jej darwinowskim (naturalistycznym) wydaniu.

Dr John D. Morris uważa, że teoria inteligentnego projektu ma wiele zalet, głównie to, że podkreśla pozanaukowy (światopoglądowo-filozoficzny, religijny) charakter współczesnego darwinowskiego ewolucjonizmu. Ma jednak też duże wady, których tradycyjny kreacjonizm jest pozbawiony. Podstawową wadą jest obywanie się bez nauczania biblijnego. Biblia odpowiada na ważne pytania dotyczące życia człowieka, sensu życia, celu życia. Na te same pytania odpowiada naturalizm, tylko inaczej. Ale teoria inteligentnego projektu w tych sprawach milczy. Nie oddaje ona też należnego Bogu hołdu za Jego dzieło, nie próbując zidentyfikować inteligentnego projektanta, o którym mówi. Kreacjonizm nie tylko demaskuje religijny charakter współczesnego ateistycznego ewolucjonizmu, jak to robi teoria inteligentnego projektu, nie tylko jest zainteresowany jak ta teoria w uprawianiu dobrej nauki, ale także troszczy się o właściwe zrozumienie relacji między przyrodą i jej Stwórcą, między człowiekiem i jego Zbawcą. Wszyscy kreacjoniści wierzą w istnienie inteligentnego projektu w przyrodzie, ale nie wszyscy zwolennicy teorii ID wierzą w Boga. Niektórzy nawet Jego istnienie odrzucają - istnieje na przykład ateistyczna quasi-religijna sekta raelian, utożsamiająca inteligentnego projektanta z jakąś cywilizacją kosmiczną. Ruch ID, ściśle rzecz biorąc, nie ma chrześcijańskiego charakteru, dlatego biblijni kreacjoniści, choć popierają wiele twierdzeń tego ruchu, nie mogą się do niego organizacyjnie przyłączyć.

(John D. Morris, "Intelligent Design: Strenghts, Weaknesses, and the Differences", Acts & Facts July 2007, vol. 36, No. 7, s. 1-2)

 

OD REDAKCJI
Stanowisko kreacjonistów reprezentowanych przez dr. Johna D. Morrisa smuci nas i dziwi. To, co dr Morris wytyka jako wadę ID ("obywanie się bez nauczania biblijnego"), uznajemy za ogromną zaletę całkowicie zgodną z wolą Boga Biblii. Naukowcy Ruchu Inteligentnego Projektu potwierdzają jeden z celów stworzenia - objawienie światu cech Projektanta:

Ponieważ to, co o Bogu wiedzieć można, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na swoją obronę, Rzym. 1:19-20
Zgoda, że zwolennicy ID nie realizują tego celu do końca - zatrzymują się tylko na fakcie istnienia Projektanta i na Jego wielkiej inteligencji. W drodze do Jego dalszego zidentyfikowania pozostawiają człowieka samego. Ale przecież nauki przyrodnicze nie mają za zadanie opisywanie Boga!

Kolejny argument za wspieraniem przez chrześcijan wysiłków naukowców ID wypływa z naszego kontekstu kulturowego. Upadek cywilizacji osiągnął już tak niski poziom, że w kręgach naukowych wszelka wzmianka o Bogu skazuje badacza na miano oszołoma i ostracyzm środowiska (przykład Profesora Macieja Giertycha). W Biblii wzywani jesteśmy do roztropności:

Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice. Mat. 10:16

W środowisku postępowych wilków tylko pochwalić należy podejście, które wytrąca im ich główny oręż w walce z biblijnym chrześcijaństwem. Walczą z nami za pomocą tępego cepa: wzmianka o Bogu = przesąd, zabobon, legenda bez najmniejszego związku z podejściem naukowym. Jeśli więc bez używania pojęcia Boga i Biblii uda się na gruncie tylko naturalistycznie pojmowanej nauki wskazać na konieczność istnienia Stwórcy (przed czym właśnie drżą nasi prawdziwi wrogowie), to skaczmy z radości!!! Wspomagajmy takie działania i wysiłki - co oczywiście nie oznacza, że jako chrześcijanie nie mamy iść dalej i nie wskazywać na wszystkie cnoty i dzieła naszego Boga.

Prosimy o praktyczną refleksję - w jakim środowisku łatwiej głosić ewangelię Boga Stwórcy i Zbawiciela: w przekonanym głęboko o naturalistycznym pochodzeniu świata, życia i człowieka czy w przekonanym o istnieniu nieznanego Projektanta?

Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Mar. 9:40 (BT)


O informacji genetycznej i pochodzeniu życia

O INFORMACJI GENETYCZNEJ I POCHODZENIU ŻYCIA

Podpis w komórce - okładkaZaczęło się 10 lutego 1985 roku. Tego dnia w Dallas, gdzie pracował jako geofizyk, odbywała się debata o pochodzeniu życia z udziałem znakomitych naukowców, ekspertów w tej dziedzinie. O konferencji dowiedział się trochę przypadkowo i nie mógł wtedy nawet przypuszczać, jak wielką zmianę spowoduje ona w jego życiu. Stephen C. Meyer przysłuchiwał się dyskusji jako widz. Ku jego zaskoczeniu wszyscy debatujący naukowcy przyznawali, że nie mają żadnej dobrej teorii wyjaśniającej pochodzenie życia. Nie byli w stanie przedstawić żadnego zadowalającego scenariusza ewolucji chemicznej, a najważniejszą przeszkodą był według nich DNA – nośnik informacji genetycznej.

Wśród dyskutujących ekspertów byli także Charles Thaxton, Walter Bradley i Roger Olsen, autorzy książki „The Mystery of Life’s Origin” („Tajemnica pochodzenia życia”), w której zasugerowali, że skoro inne próby wyjaśnienia genezy życia zawiodły, to może należy rozważyć, czy w tym wydarzeniu kluczowej roli nie odegrała jakaś inteligentna przyczyna.


Zabrzmiało to jak powrót starego argumentu z projektu, jednak tym razem jego podstawą było nie wspaniałe przystosowanie struktur biologicznych do pełnienia ich funkcji, lecz sam fakt istnienia w żywych organizmach informacji biologicznej, zakodowanej w specyficznych sekwencjach nukleotydów w cząsteczkach DNA. Jak stwierdził Meyer, naukowcy natrafili na „co najmniej jeden przejaw projektu w biologii, który nie może być, póki co, zadowalająco wyjaśniony przez dobór naturalny ani jakikolwiek inny czysto naturalny mechanizm”1. Jego zdaniem należy zweryfikować powstałe po 1859 roku wrażenie, że Darwin obalił argument z projektu, że pokazał „projekt bez projektanta”, jak to określił Francisco Ayala2.

W wypowiedziach wielu ewolucjonistów ujawnia się przekonanie, że projekt, który widać w przyrodzie, nie jest prawdziwym projektem. Tak też traktują oni kod genetyczny i informację biologiczną. Chociaż wszystkie inne rodzaje informacji, jakie znamy, powstają najpierw w umyśle inteligentnego twórcy, jest teoretycznie możliwe, że informacja przechowywana w DNA powstała w inny sposób, bez udziału świadomego projektanta. Jednak na jakiej podstawie może być zbudowane takie przekonanie?

Otóż ewolucjoniści uważają, że natura potrafi naśladować działanie inteligencji, a przykładem, który to potwierdza, ma być dobór naturalny działający jak świadoma selektywna hodowla, chociaż w rzeczywistości jest ślepy i niekierowany. To jest przesłanka, na której zbudowano przekonanie, że przyroda może stworzyć informację.

Meyer przyznaje, że w nauce zdarzają się przypadki, kiedy ludzkie postrzeganie wprowadza w błąd – np. kontynenty wydają się nieruchome – dlatego możliwe jest, że naukowi materialiści mają rację w sprawie informacji zawartej w DNA. Jest to jednak mimo wszystko dziwne, że przy tak słabych przesłankach na rzecz naturalistycznego wyjaśnienia obecności informacji biologicznej, tak łatwo wielu naukowców lekceważy w tej sprawie intuicję. „Biologowie muszą przez cały czas mieć na uwadze, że to, co widzą, nie zostało zaprojektowane, lecz raczej wyewoluowało" – to zdanie Francisa Cricka3 pokazuje, że u podstaw przekonania o czysto naturalnym pochodzeniu DNA leży nie obserwacja, lecz raczej wstępne założenie, że nie może być inaczej.

Stephen C. Meyer przez wiele lat zajmował się poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, skąd się wzięła informacja biologiczna, jak powstała. Badania doprowadziły go do wniosku, że wyjaśnieniem, które najlepiej odpowiada temu, co dzisiaj wiemy, jest odwołanie się do działania inteligentnej przyczyny.

Meyer uznał, że argument, który jego samego przekonał do teorii inteligentnego projektu, powinien zostać przedstawiony w formie „jednego długiego wywodu” (analogicznie do sposobu, w jaki Darwin przedstawił teorię ewolucji).   I chociaż wcześniej wiele pisał już na ten temat, postanowił, że argument ten zasługuje na całościowe opracowanie w postaci książki. Zatytułował ją „Podpis w komórce”, co sugeruje, że informacja genetyczna jest swego rodzaju podpisem, jaki Twórca życia zostawił w swoim dziele.

Jako że Meyer chciał dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, nie tylko do naukowego audytorium, książka ta przedstawia nową koncepcję na tle historycznego rozwoju poglądów na temat pochodzenia życia oraz na tle osobistej drogi autora, jaką przebył, by ostatecznie ukształtowały się jego własne przekonania.

* Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009
1. tamże, s. 12
2. tamże, s. 9
3. tamże, s. 20

Proste jak budowa komórki

PROSTE JAK BUDOWA KOMÓRKI

Podpis w komórce - okładka

Drugi rozdział książki „Podpis w komórce” Stephen Meyer poświęcił omówieniu wczesnych teorii ewolucji chemicznej, jakie pojawiały się od 1828 roku, kiedy to Friedrich Wöhler przeprowadził słynną reakcję syntezy mocznika, do roku 1953, gdy Watson i Crick przedstawili swój model złożonej struktury cząsteczki DNA.

Przy dzisiejszym stanie wiedzy o budowie i funkcjonowaniu komórki teorie te wydają się śmieszne, jednak w czasie, gdy powstawały, uważano je za poważne naukowe koncepcje.

W roku 1859 Charles Darwin opublikował swoją najsłynniejszą książkę „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego”. Przedstawił w niej teorię dotyczącą wyłaniania się, począwszy od wspólnego przodka, różnorodnych form żywych organizmów. Nie podjął się jednak wyjaśnienia, skąd wziął się ów pierwszy wspólny przodek: „Jego teoria zakłada raczej, niż tłumaczy powstanie pierwszego życia” (s. 35). To, z jaką łatwością naukowcy uznali w tamtym czasie, że teoria Darwina podważyła koncepcję projektu w biologii, mimo iż nie przedstawiła wiarygodnej propozycji wyjaśnienia genezy życia, było dla Meyera zadziwiające: „Jeśli naukowcy nie mieli wówczas uszczegółowionych wyjaśnień dotyczących tego, jak w ogóle powstało życie, to skąd wiedzieli, że projekt […] nie odegrał żadnej roli w tym szczególnym wydarzeniu?” (s. 35-36).


Część odpowiedzi na to pytanie daje pewne wcześniejsze odkrycie z 1828 roku. Eksperyment ten właściwie udał się „niechcący”. Dziewiętnastowieczny chemik, Friedrich Wöhler, nie planował bowiem zsyntetyzowania żadnego związku organicznego. W ramach swoich badań naukowych sprawdzał jedynie, czy w wyniku ogrzewania cyjanianu amonu (NH4NCO) wydzieli się cyjanek. Nie wydzielił się, za to nieorganiczny związek, jakim jest cyjanian amonu, pod wpływem wysokiej temperatury przekształcił się w mocznik (CO(NH2)2), substancję bez wątpienia organiczną.

Doniosłość tego eksperymentu polegała na tym, że wymusił on konieczność zweryfikowania wcześniejszych poglądów, według których związki organiczne i nieorganiczne uważano za dwa rodzaje materii, między którymi istnieje nieprzekraczalna granica. Potraktowano tę reakcję jako świadectwo przeciwko witalizmowi, to jest poglądowi filozoficznemu mówiącemu, że w tym, co żywe, obecne są pewne niematerialne „siły witalne”. Eksperyment Wöhlera zaczęto traktować jako uzasadnienie poglądów, że życie nie jest niczym więcej, jak tylko oddziaływaniem materii i energii w specyficzny sposób, bez udziału jakichkolwiek nadprzyrodzonych czynników. Był więc wzmocnieniem dla materialistycznej wizji świata.

Do początku lat 60. XIX wieku jako naturalistyczne wyjaśnienie pojawienia się życia przyjmowano tak zwaną teorię samorództwa, czyli pogląd, że życie może powstawać spontanicznie z martwej materii. Koncepcję tę miały potwierdzać fakty takie, jak na przykład pojawianie się pleśni na resztkach pożywienia. Jednak ostatecznie Louis Pasteur eksperymentalnie wykazał, że za podobne zjawiska odpowiedzialne są mikroorganizmy, które unoszą się w powietrzu wraz z kurzem. Jeśli osiądą na podłożu sprzyjającym ich rozwojowi, jedynie namnażają się w nim, a nie tworzą. Okazało się, że nauka nie dysponuje żadnymi obserwacjami, z których wynikałoby, że życie może powstawać spontanicznie. Mimo to pojawiły się kolejne teorie proponujące wyjaśnienia, jak mogłoby do tego dojść.

Pod koniec lat 60. XIX wieku Thomas Henry Huxley i Ernst Haeckel zaczęli rozwijać teorie protoplazmatyczne. Opierali się na wcześniejszych odkryciach, w których naukowcy ustalili, że komórki zarówno roślin, jak i zwierząt zawierają bliżej nieokreśloną, bogatą w azot substancję warunkującą ich przeżycie, którą nazwali protoplazmą. Huxley i Haeckel zakładali, że do jej utworzenia prowadzą proste reakcje chemiczne w połączeniu z prostymi właściwościami krystalizacji. Można tutaj znaleźć drugą część odpowiedzi na wspomniane pytanie Meyera. Ich schematy powstawania życia brzmiały wiarygodnie, ponieważ panowało wówczas przekonanie, że życie w ogóle jest proste – że żywa komórka to tylko mały kawałek czegoś w rodzaju galaretki – i nie wymaga skomplikowanych wyjaśnień. Żaden dostępny w tamtym czasie sprzęt badawczy nie umożliwiał uczonym zobaczenia, co naprawdę kryje wnętrze komórki.

Jednak pod koniec XIX wieku, dzięki odkryciu enzymów i ich ważnej roli w procesach życiowych, zaczęto postrzegać komórkę jako „wysoce złożony układ zintegrowanych reakcji chemicznych” (s. 47). Minęło ponad dwadzieścia lat, zanim pojawiła się nowa teoria.
Zaproponował ją rosyjski uczony Aleksandr Oparin. W jego teorii pojawił się element „długiego okresu czasu”, ponieważ uważał, że przy tak wysokim stopniu złożoności życia, jego powstanie musiało być długotrwałym procesem. Swój scenariusz pojawienia się życia podzielił na dwa etapy. W pierwszym kolejne kroki prowadzą do powstania białek. W drugim - białka i inne związki organiczne zostają zamknięte w sferycznych strukturach, zwanych koacerwatami. W ich wnętrzu rozwija się coś na kształt prymitywnego metabolizmu. Pojawia się między nimi konkurencja o pewne związki chemiczne z otoczenia – zaczerpnięta z teorii Darwina koncepcja walki o byt. To prowadzi do wykształcenia się coraz efektywniejszych metabolizmów, a w końcu powstaje pierwsza żywa komórka.

Następnie pojawiło się, jak mogło się wydawać, eksperymentalne potwierdzenie tej teorii, w postaci eksperymentu Millera-Ureya, którego wyniki opublikowano w 1953 roku. Była to symulacja powstawania cząsteczek biologicznych z mieszaniny gazów atmosferycznych – przy założeniu pewnego, innego niż dzisiejszy, składu atmosfery. I rzeczywiście – obok mieszaniny toksycznych substancji pojawiły się również niektóre aminokwasy, z których część była nawet lewoskrętna, a więc potencjalnie nadająca się do budowy żywych komórek. W kręgach naukowych naturalistów spowodowało to euforię, że historia ewolucji została dopełniona.

Jednak Meyer kończy ten rozdział stwierdzeniem, że problem genezy życia wydawał się rozwiązany tylko tak długo, aż nie zaczęto „rozważać innego doniosłego odkrycia 1953 roku” (s. 57). Ma tutaj na myśli odkrycie struktury DNA i jego roli jako nośnika informacji genetycznej. Kwestia powstania precyzyjnych instrukcji potrzebnych do budowy białek, zapisanych w DNA za pomocą kodu genetycznego, wpisuje się w znany z historii schemat, gdy kolejne odkrycia sprawiały, że materialistyczne wyjaśnienie genezy życia stawało się coraz trudniejsze.

* na podstawie książki Stephena C. Meyera „Podpis w komórce” (Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 33-57;wszystkie cytaty pochodzą z tej książki)

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut