-4.3 C
Lublin, PL
19 lutego 2018

PROBLEMY WEWNĘTRZNE – SŁOMIANY OGIEŃ – z dziejów polskiej reformacji cz. 20

W połowie XVI wieku można było odnieść wrażenie, że Polska i Litwa to najbardziej obiecujący „teren misyjny” kalwinizmu. Zbory tego wyznania wyrastały pod rządami Zygmunta Augusta jak grzyby po deszczu i sam monarcha wyraźnie się nim interesował. Jego wyprawa na kalwińskie nabożeństwo przebiegła w sposób głęboko symboliczny. Mikołaj Radziwiłł Czarny, główny protektor kalwinizmu na Litwie, zaprosił króla do zboru, który ufundował w swoim pałacu w Wilnie naprzeciwko katolickiej świątyni pod wezwaniem św. Stanisława. Jadącemu na czele senatorów i innych dygnitarzy Zygmuntowi Augustowi zastąpił drogę pomocniczy biskup wileński Cyprian. Chwyciwszy konia za uzdę, wygłosił pamiętne słowa. Nie ta jest droga, którą przodkowie Waszej Królewskiej Mości na nabożeństwo jeździć zwykli, ale owa. I cały orszak skierował się potulnie tam, gdzie chciał biskup.[1]

W gruncie rzeczy cały nasz „naród szlachecki” zachował się wobec reformacji podobnie, choć trwało to trochę dłużej. Na razie jednak Kalwinowi to wydarzenie mogło dać nadzieję na to, że władca Polski wybierze w przyszłości drogę Hiskiasza i Jozjasza. Monarchy, który okazywałby większą sympatię dla wyznania, w którym wszystkie funkcje obsadzano w drodze wyborów, w tym czasie w Europie nie było. Genewski reformator obserwował wydarzenia w naszym kraju z dużą uwagą i starał się na nie wpływać. Korespondował nie tylko z Zygmuntem Augustem, ale z wieloma innymi Polakami.[2]

Król jednak pozostał wobec reformacji obojętny, ale liczba jej zwolenników, zwłaszcza kalwinistów, wśród szlachty rosła, choć ich wiara najczęściej nie była zbyt głęboka. Ci ludzie odrzucili katolicyzm, ale niekoniecznie szukali prawdziwego Boga. Ich kalwinizm bywał dość osobliwy. Często nadal oddawali cześć Marii, co musiało szokować ich szwajcarskich czy francuskich współwyznawców.[3] Na ogół nie stawali się też bardziej oszczędni ani przedsiębiorczy.[4] Tacy jak Mikołaj Rej, który założył dwa miasta, Rejowiec i Oksę, byli wyjątkami.

Przez setki lat katolików uczono, że pożyczanie pieniędzy na procent jest grzechem. Luter też był tego zdania. Natomiast Kalwin doszedł do wniosku, że znajdujący się w Starym Testamencie zakaz pożyczania pieniędzy na procent, na którym oparte było to nauczanie, nie ma charakteru absolutnego. Odnosił się tylko do Żydów w konkretnej sytuacji historycznej. Kalwin uznał lichwę za dopuszczalną pod warunkiem, że nie będzie stosowana wobec biednych, którzy nie są w stanie spłacić pożyczki.[5] To odkrycie przyczyniło się do sukcesu jego nauki w zachodniej Europie, a zwłaszcza w Niderlandach. Polski szlachcic, którego folwark chłopi obrabiali za darmo, a interesy prowadził najczęściej jakiś Żyd, nie zwrócił na nie uwagi.

W szesnastowiecznej Polsce szlachcic-entuzjasta kalwiński zbór najczęściej tworzył w swojej wsi lub niekiedy w tak zwanej jurydyce, czyli należącej do niego części miasta. Najczęściej wypędzał katolickiego księdza, przejmował świątynię i sprowadzał kogoś, kto miał być duchowym przywódcą zboru, zwykle byłego księdza katolickiego, który przejął się ideami reformacji. Jego podstawowym zadaniem było nauczanie Biblii. Mówiono o nim, że jest sługą Słowa Bożego, po łacinie Verbi Dei minister, i nazywano w skrócie ministrem. Często kpiono z nazwisk tych ministrów, zdradzających plebejskie pochodzenie, i ich polszczyzny skażonej językiem niemieckim.[6] W naszych czasach przywódcy polskich kościołów protestanckich mają chyba podobną skłonność do angielskiego. Sam patron zboru z rodziną zwykle pilnie uczestniczył w nabożeństwach. Jego poddani już nie bardzo.

Ponieważ liczba tych zborów rosła, trzeba było je jakoś zorganizować. W roku 1554 na pierwszym synodzie polskich kalwinistów w Słomnikach podzielono państwo polsko-litewskie na dwie prowincje, małopolską i podlasko-litewską. Pierwszym superintendentem małopolskim został Feliks Krzyżak ze Szczebrzeszyna, a litewskim Szymon Zacjusz – Żak. Prowincje podzielono później na dystrykty. Współpraca między prowincjami od początkunie układała się dobrze. Chyba przyczyną nie była odległość, lecz względy polityczne. Mikołaj Radziwiłł Czarny, główny patron wyznania helweckiego na Litwie, marzył o objęciu tronu wielkoksiążęcego po Zygmuncie Auguście i rozerwaniu unii polsko-litewskiej.[7] Natomiast magnaci małopolscy chcieli jej utrzymania.

Utworzyć zbór było u nas na tyle łatwo, że można to było zrobić na złość proboszczowi czy biskupowi. Trudności zaczynały się później. Świeccy patroni nie znali się na teologii. Ministrowie również nie byli w niej zbyt mocni, co z czasem miało prowadzić do coraz większych problemów.[8] Trudno było ustalić, w co właściwie członkowie zboru mają wierzyć. Jeszcze trudniej było sprawić, by przynajmniej próbowali prowadzić życie podobające się Bogu. Rozczarowany poczynaniami polskich zwolenników reformacji Jan Kochanowski podsumował je krótko. Więc wszyscy teraz każą, a żaden nie słucha.[9] Przebieg synodu, który odbył się w roku 1555 w Kominku, dowodzi, że przywódcy małopolskich kalwinów desperacko szukali jakiegoś wyjścia z tej sytuacji. Zawarli tam unię z braćmi czeskimi. Ten ruch wyrastający z tradycji husyckiej charakteryzował się wysokim poziomem moralnym swych członków i wysoką dyscypliną. Jego członkowie byli zwykle pracowici, chętnie okazywali miłość bliźniego poprzez wzajemną pomoc i słuchali swoich duszpasterzy. Przywódcy polskich kalwinistów zadeklarowali przyjęcie konfessyi i apologii braci czeskich, bo nie potrafili stworzyć własnej.[10] Zapewne mieli też nadzieję, że rozpolitykowani panowie bracia wezmą sobie z nich przykład w życiu codziennym. Unia praktycznie nie weszła w życie. Już w następnym roku podczas synodu w Seceminie znaczna część zborów wypowiedziała się przeciwko niej. Oczywiście istniały przyczyny doktrynalne, ale przede wszystkim małopolscy kalwini byli, jak to ujęli bracia czescy, dość swowolni i swomyślni i nie zamierzali się zmieniać. Na tym samym synodzie Piotr z Goniądza otwarcie zakwestionował naukę o Trójcy i szybko znalazł zwolenników. O tym, jak bezradni czuli się wobec ujawniających się wewnętrznych problemów uczestnicy synodu, świadczy zaproszenie, które wystosowali do Kalwina.[11] Najwyraźniej chcieli tylko, żeby ktoś zrobił porządek za nich.

Kościołowi, który tworzyli, nie zagrażało żadne zewnętrzne niebezpieczeństwo, a jednak ledwie powstał, zaczął się rozpadać. Wtedy jednak zdarzyło się coś, co zapewne uznali za odpowiedź Boga na ich modlitwy. Pod koniec 1556 roku wrócił do kraju najwybitniejszy polski kalwinista - znany ze swoich dokonań w organizowaniu reformowanych zborów we Fryzji i w Londynie - Jan Łaski.
cdn.

 

Przypisy:

[1] Józef Łukaszewicz, „Dzieje kościołów wyznania helweckiego w Litwie t.1, Drukarnia Orędownika, Poznań 1842, s.19.
[2] „Z ufnością w przyszłość. Studia ekumeniczne”, Polska rada Ekumeniczna, Warszawa 1975, s.45-54.
[3] Janusz Tazbir, „Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, s.46.
[4] Janusz Tazbir, op. cit., str.15.
[5] http://mises.pl/blog/2010/08/27/rothbard-ekonomia-kalwina-i-kalwinizmu/
[6] Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, s.24.
[7] Józef Łukaszewicz, op. cit., str.22.
[8] Karol Górski, „Zarys dziejów katolicyzmu polskiego”, Wydawnictwo Naukowe UMK, Toruń 2008, s.175.
[9] „Zgoda”, w. 73.
[10] Józef Łukasiewicz, „Dzieje kościołów wyznania helweckiego w dawnej Małej Polsce”, Księgarnia Jana Żupańskiego, Poznań 1853, str.17 – 23.
[11] http://cmentarz.reformowani.org.pl/historia/historia-kosciola-w-polsce

 

 

 

 

 

 

iPod Prąd, nr 5-6 (130-131), maj-czerwiec 2015


OBOJĘTNOŚĆ NISKO URODZONYCH

Różne nowe idee zakorzeniają się w narodach w podobny sposób. Najpierw interesują się nimi elity, czyli ludzie odznaczający się odwagą myślenia i gotowością do brania odpowiedzialności za społeczność, w której żyją. Pospólstwo obserwuje elitę, naśladuje ją i ocenia jej pomysły. Kryterium jest najczęściej jakaś osobista korzyść. Jeśli idea przynosi dobre owoce, ilość naśladowców rośnie i w końcu zostaje zaakceptowana przez większość, choć tych, którzy naprawdę ją rozumieją, najczęściej jest niewielu. Jeśli nie zyska takiej powszechnej akceptacji, zazwyczaj elita ją w końcu porzuca.

W XVI wieku protestantyzm, zwłaszcza kalwinizm, zyskał wielu wyznawców wśród polskiej szlachty. Wydaje się, że poszukiwania duchowe podjęła najbardziej wartościowa jej część. A jednak nisko urodzeni nie byli skłonni do brania z niej przykładu.

Propaganda katolicka przesadzała, twierdząc, że rzadki taki ewangelik, który by swemu poddanemu miał dopuścić we wsi swej wierzyć po staremu. Szlachta wyznająca protestantyzm wywalczyła sobie wolność sumienia i znaczna jej część pozostawiała ją też swoim poddanym. Ci ludzie uznawali, że wiara jest dar Boży, a przymuszanie przyczyniłoby się bardziej ku zamieszaniu niż ku zbudowaniu.[1] Oczywiście liczni byli też tacy, którzy w przymuszaniu nie widzieli niczego złego. W końcu dziedzic – katolik też pilnował, by chłopi przychodzili na mszę. Stosowali podobne „metody”. Ekonomowie zapędzali chłopów do zboru pod groźbą chłosty i zakucia w dyby. Trochę łagodniej postępowano w miastach. Na przykład kasztelan Andrzej Bzicki, właściciel Bełżyc, karał nieobecność na nabożeństwie grzywną wysokości 6 groszy i aresztem.[2] Akurat Bełżycestały się wskutek tego przymusu silnym ośrodkiem protestanckim, ale na ogół skutek był odwrotny.

Chłopi z wsi należących do protestantów, choć zbór mieli blisko, chodzili na katolickie msze, nadkładając często wiele kilometrów. Chodzili nawet, gdy groziły im za to kary. Wszyscy musieli oczywiście oddawać dziesięcinę pastorowi, ale zdarzali się tacy, którzy dobrowolnie oddawali drugą księdzu.[3]

Przywódcy polskich kalwinistów rozumieli, że reformacja może się rozbić o obojętność chłopów i mieszczan. Kolejne synody zalecały szlacheckim patronom zborów przymuszanie do słuchania Słowa Bożego. Synod

obradujący w roku 1559 w Pińczowie nakazał, by dzieci poddanych - katolików przymusowo chrzcić w zborach i wychowywać w kalwińskiej wierze. Wizytacje ujawniały liczne przypadki ignorowania tych nakazów.[4] Być może szlachcie sumienie nie pozwalało ich wykonać, być może bali się, że poddani się zbuntują lub zaczną uciekać, a część z nich pewnie próbowała uchwałę synodu realizować…

Jeden z polskich kalwinistów tak opisywał duchowość polskiej wsi XVI wieku: Czego się (u księży katolickich) z trudnością dokupywali, to teraz (u protestanckich ministrów) darmo mają, by jeno chcieli, lecz nie smakuje im ten pokarm…

Ten rodzaj mało się nabożeństwem porządnym wedle Boga bawi, okrom swoich zwyczajów i nałogów dawnych, a wolą do lasu niż do kościoła, gdy na nie zadzwonią, a idąli do kościoła, tedy się cmentarzem zajmą na rozmowach, pokładłszy się drudzy; takieć ich nabożeństwo. A będąli w kościele, a spyta się którego, czego się nauczył, wnet odpowie: Azaż ja ksiądz?[5]

Większość polskich chłopów tkwiła jeszcze w magicznych praktykach wywodzących się z pogaństwa, a Bóg objawiony w Biblii mało ich obchodził. Czemu jednak tak mocno trzymali się katolicyzmu? Powodów było kilka. Być może najważniejszym było to, że przyjęcie przez pana kalwinizmu oznaczało najczęściej dla jego poddanych zmianę na gorsze. Chciwość to jeden z grzechów głównych, a w tym czasie, sprzedając zboże do Gdańska, można było osiągać ogromne zyski. Szlachta zwiększała powierzchnię zasiewów, a chłopom wymiar pańszczyzny. Jedyną ochroną przed pańszczyzną były święta.[6] W tych czasach średnio co trzeci dzień wypadało jakieś katolickie święto.[7] Kalwińskich było znacznie mniej… Bardzo popularny wśród szlachty, niezależnie od wyznawanej wiary, był podręcznik rolnictwa pod tytułem Gospodarstwo zalecający bezwzględne karanie niedbale odrabiających pańszczyznę. Jego autorem był kalwinista Anzelm Gostomski.[8] Zapewne ta zasada była w jego otoczeniu powszechnie przyjęta. Z drugiej strony chłopi musieli pozytywnie oceniać protesty katolickiego duchowieństwa przeciwko zmuszaniu ich do pracy w święta i jego działalność charytatywną.[9]

Podczas mszy prostych ludzi musiały poruszać uroczyste obrzędy, wspaniałe ornaty, dym kadzidła. Mogli sobie popatrzeć na obrazy, rzeźby, polichromie. To wszystko przyciągało oczy. Centralnym elementem kalwińskiego nabożeństwa było kazanie, które w większości przypadków pospólstwa nie interesowało, a w budynku zborowym nie było żadnych ozdób. Powiedzenie „pusto jak kalwińskim zborze” świadczy o tym, co zwracało uwagę chłopów.

Kalwiński minister Słowa Bożego nie budził szacunku ludu, bo najczęściej sam się z niego wywodził. Ponadto widać było, że jest całkowicie uzależniony od patrona zboru.[10] Pozycja katolickiego księdza, za którym stała potężna organizacja, była inna i chłopi bardziej go szanowali niż kogoś, kto był właściwie takim poddanym szlachcica, jak oni. Wreszcie najczęściej trudno było zauważyć, by w życiu tegoż szlachcica zmiana wiary wywołała jakieś inne zmiany.

Dość podobnie jak chłopi reagowali mieszczanie. Przykładem może być działalność jednego z wybitniejszych ministrów, Feliksa Krzyżaka, w Seceminie. Spędził tam półtora roku i nie zyskał ani jednego mieszczanina, a tylko powszechną niechęć.[11]

W niektórych regionach Polski reformacja zyskała wśród chłopów prawdziwych wyznawców. Stało się tak w księstwie oświęcimsko-zatorskim, na pograniczu śląsko-wielkopolskim i w okolicach Nowego Sącza.[12] Były to jednak wysepki w katolickim morzu. Wydaje się, że do protestantyzmu skłaniali się chłopi tam, gdzie mieli stosunkowo dużą wolność. Na pewno można to powiedzieć o księstwie oświęcimskim, gdzie wieśniacy ziemię mieli prawie na własność i sami występowali w sądach.[13]

Szlacheccy wyznawcy protestantyzmu mieli jeszcze odnieść wiele politycznych sukcesów, ale obojętność nisko urodzonych źle wróżyła trwałości ich dzieła.

cdn.

Przypisy:

[1] Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2009, str. 77.

[2] http://www.jednota.pl/index2.php?option=com_content&do_pdf=1&id=433

[3] Aleksander Brückner, „Dzieje kultury polskiej” t.II, Książka i Wiedza,  Warszawa 1958, str. 151.

[4] Janusz Tazbir, op. cit., str. 76.

[5] Aleksander Brückner, op. cit.,, str. 150 – 151.

[6] Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str. 24.

[7] Wacław Urban, op. cit., str. 4 – 5.

[8] Janusz Tazbir, „Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1996, str. 41.

[9] Janusz Tazbir, „Dzieje kościoła katolickiego w Polsce (1460 -1795)”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1966, str. 120.

[10]Janusz Tazbir, „Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, str. 15.

[11] Wacław Urban, op. cit., str. 24.

[12]Janusz Tazbir, Dzieje kościoła katolickiego w Polsce (1460 -1795)”, str. 78.

[13] Wacław Urban, op. cit., str. 5.

 

 

 

 

 

 

idźPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015, s. 18

 


NARODOWY SOBÓR, NARODOWY KOŚCIÓŁ… – SŁOMIANY OGIEŃ cz. 17

Zawieszenie w 1552 roku jurysdykcji sądów duchownych nad szlachtą oznaczające w praktyce gwarancję bezkarności dla wyznających protestantyzm panów braci było oczywiście bardzo dotkliwą klęską katolicyzmu, ale biskupi nie tracili nadziei, że na kolejnym sejmie ją sobie powetują. Tymczasem starali się, by porzucenie katolicyzmu mimo wszystko miało dla heretyków jakieś przykre konsekwencje. Przez kilka lat nakłaniali na przykład władze świeckie, by nie dopuszczały ich do udziału w procesach sądowych i traktowały jako „zmarłych”. Zdaje się, że nawet starostowie, który byli katolikami, nie chcieli w taki sposób szykanować innowierców, ale ich pasterze grozili im klątwą. Dopiero ustawa sejmowa z 1562 roku położyła kres takim praktykom.[1]


Skoro szlachcic nie musiał już obawiać się kary za porzucenie katolicyzmu, próbowano zastraszać niższe warstwy społeczne. W roku 1554 w Poznaniu tamtejszy biskup, Andrzej Czarnkowski, skazał na śmierć poznańskich mieszczan, członków zboru braci czeskich, Jakuba Aptekarza, Serafina Krawca i Grzegorza Grycera. Ten ostatni uciekł, a pozostałych dwóch uzbrojona szlachta uwolniła z ratusza, gdzie oczekiwali na wykonanie wyroku.[2] Biskup i inkwizytor Paweł Sarbin spróbowali jeszcze raz. Za wyznawanie herezji skazany został na śmierć poznański szewc Paweł Organista, który również był bratem czeskim i chętnie dyskutował z katolickimi księżmi na tematy duchowe. Przeszło stu szlachciców, zwolenników reformacji, z Jakubem Ostrorogiem przybyło do Czarnkowskiego i wymusiło zmianę wyroku. Biskup, żegnając się z „gośćmi”, miał powiedzieć: Dziwi mnie mocno, moi panowie, że się tak za szewcem ujmujecie, jakbym któremu z was krzywdę wyrządził. Ostroróg odpowiedział: Nie bierzemy na siebie obrony szewca – ale przewidujemy, izbyś to samo, coby ci się dziś z szewcem udało, zrobił jutro z Marszewskim, Tomickim, Ostrorogiem i innymi.[3] Takie też zapewne rzeczywiście były zamiary wielu polskich biskupów, ale szlachta w tym akurat przypadku dobrze rozumiała, że wolność jest niepodzielna. Albo mają ją wszyscy, albo nikt.


13 stycznia 1555 roku papież Juliusz III wyznaczył biskupa Alojzego Lippomano na pierwszego stałego nuncjusza w Polsce. Z tekstu breve nominacyjnego jasno wynika, że zadanie swojego wysłannika uważał za trudne. Przesławne Królestwo Polskie, nietknięte w przeszłości żadną skazą, tak w ostatnich czasach zostało gwałtownie nawiedzone przez herezję, że jeśli się nie zadba zawczasu o odpowiednie lekarstwo, należy się bać, że cały naród zostanie nią zarażony.[4]


Przebieg sejmu, który zebrał się w roku 1555 w Piotrkowie, potwierdził tę ocenę. Protestanci zdominowali całkowicie obrady. Dopóki nie załatwiono spraw wyznaniowych, nie dopuszczali do podjęcia uchwał w innych sprawach. Król i senatorowie, widząc, że może minąć ustawowe 6 tygodni i posłowie rozjadą się, nie uchwaliwszy nawet podatków, poszli na kompromis. W ten sposób innowiercy nie tylko nie dopuścili do przywrócenia uprawnień sądów duchownych i egzekwowania wydanych już przez nie wyroków, ale uzyskali nowe zdobycze: prawo do swobodnego głoszenia swojej wiary i utrzymywania duchownych swego wyznania. Po raz pierwszy pojawił się też pomysł odbycia soboru narodowego.[5]


Na tym sejmie polityczne wpływy protestantów osiągnęły swój szczyt. Historycy stwierdzili, że uczestniczyło w nim 113 zwolenników reformacji.[6] W tych czasach sejm najczęściej liczył 122 posłów. Ta przytłaczająca większość nie była jednak w stanie się dogadać. Jedni gotowi byli wprowadzić luteranizm. Inni woleli kalwinizm. Zgadzali się chyba tylko w tym, że ten sobór powinien się odbyć i wiązali z nim wielkie nadzieje.


Gdy tylko zrozumiano, że reformacja wywołała trwały rozłam w „chrześcijaństwie”, pojawiła się myśl o zwołaniu soboru, który ten podział zlikwiduje. Wyobrażano to sobie tak, że zwaśnione strony spotkają się, razem przedyskutują sporne kwestie, ustalą, co jest prawdą i wszyscy się z tym zgodzą. To, co od 1545 roku odbywało się w Trydencie, było karykaturą takich marzeń. Katolicy nie zaprosili protestantów, którzy zresztą nie byli już zainteresowani debatą z nimi, a poza tym zażarcie walczyli między sobą. Obrady toczyły się ślamazarnie i przez długi czas wydawało się, że żadne stanowcze decyzje nie zapadną. Niewielu ludzi żyjących wtedy, zarówno protestantów, jak i katolików, traktowało sobór trydencki poważnie.[7] Wielu Polaków uważało, że są w stanie rozwiązać ten problem lepiej. Zobowiązano króla, by zorganizował sobór narodowy. W roku 1556 Zygmunt August wysłał do Rzymu kasztelana sandomierskiego Stanisława Maciejowskiego, by uzyskał zgodę papieża na taki sobór.[8]


Wybitny polityk tamtych czasów, początkowo kalwinista, a potem arianin, Mikołaj Sienicki, marszałek sejmu z 1555 roku (i kilku innych) wyobrażał sobie, że zacznie się on od synodu katolickich biskupów, do którego dołączą protestanci. Spodziewał się, że w wyniku takiego starcia poglądów cały świat zobaczy, kto jest prawdziwym odszczepieńcem.[9]


Logicznym następstwem narodowego soboru wydawał się narodowy kościół. Różnie go sobie wyobrażano. Ta część katolików, która zgadzała się na sobór, chciała, żeby był on autonomiczną częścią katolicyzmu. Liturgia byłaby sprawowana po polsku, komunia udzielana pod dwiema postaciami, a księża mogliby się żenić. Resztę ustalono by na soborze. Za takim rozwiązaniem była nawet część biskupów. W tym samym 1555 roku i też w Piotrkowie zebrał się synod biskupów, który poparł sejmowe postulaty. Do Rzymu wysłany został kanonik krakowski Franciszek Krasiński, który miał wspierać Maciejowskiego u papieża, a jednocześnie zapewnić, że bez jego zgody biskupi żadnych zmian nie wprowadzą.[10]


Protestantom trudniej było określić, jakiego kościoła narodowego chcą. Jakub Przyłuski chciał skopiować wzór luterański, czyli poddać go pod władzę króla.11 Z drugiej strony Andrzej Frycz Modrzewski proponował powrót do pierwszych wieków chrześcijaństwa, czyli kościoła, w którym wierni wybierali przywódców. Prawo głosu mieli mieć wszyscy – szlachta, urzędnicy, mieszczanie i chłopi. Kłopot polegał na tym, że dla szlachty obydwa te pomysły były nie do przyjęcia. Realizacja projektu Przyłuskiego oznaczała wzmocnienie władzy króla, czyli zagrożenie dla jej przywilejów. Wizja Modrzewskiego była zagrożeniem dla jej interesów. W tym czasie można było zarabiać ogromne pieniądze, sprzedając zboże do Anglii. Szlachta powiększała folwarki, w których pracowali chłopi.[12] Gdyby mieli wpływ na wybór duchownego, mogliby zapragnąć wpływu na wymiar pańszczyzny… W tej sytuacji panowie bracia szukali „złotego środka” między tymi programami i zapewne każdy znajdował go gdzie indziej.


Oczywiście Paweł IV nie zgodził się na sobór. Jednym z pierwszych zadań nuncjusza Lippomano było uświadomienie biskupom, którzy chcieli go przeprowadzić, że bardzo zbłądzili i ryzykują wiecznym potępieniem, a już na pewno utratą urzędów. Z pomocą biskupa Hozjusza wywiązał się z niego należycie.[13]


Zygmunt August w całym tym zamieszaniu zachowywał się rozsądnie. Uspokoił wzburzone umysły. Zrobił, czego posłowie sobie życzyli. Gdyby papież wyraził zgodę, umocniłby swoją władzę. Ponieważ odmówił, sprawa była zamknięta. Musiałby, tworząc kościół narodowy, oprzeć się na protestantach. A kto rozsądny opiera się na ludziach, którzy sami nie wiedzą, czego chcą?          

 

cdn.

 

Przypisy:

1 Walerian Krasiński, „Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce” t. I, Zwiastun Ewangeliczny, Warszawa 1903, str.124 - 125.
2 Janusz Tazbir, „Dzieje polskiej tolerancji”, Wydawnictwo INTERPRESS, Warszawa 1973, str. 35 – 36.
3 Jędrzej Moraczewski, „Starożytności polskie” t.I, Księgarnia Jana Żupańskiego, Poznań 1842, str. 180 – 181.
4 http://silesia.edu.pl/slask/index.php?title=Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_w_Polsce_w_dobie_Reformacji_i_reformy_trydenckiej
5 Janusz Tazbir, op. cit.,str.36.
6 http://old.luteranie.pl/www/biblioteka/dhistoria/protestanci-mallek.htm
7 Paul Johnson, „Historia chrześcijaństwa”, Wydawnictwo ATEXT, Gdańsk 1993, str.385 – 387.
8 Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.26.
9 Bogumiła Kosmanowa, „Modrzewski i jego przeciwnicy”, Ludowa Spóldzielnia Wydawnicza 1973, str.171.
10 Andrzej Wiencek [red], „Dzieje Kościoła w Polsce”, Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa – Bielsko-Biała, 2008, str.213.
11 Andrzej Wiencek [red], tamże.
12 Bogumiła Kosmanowa, op. cit., str.145 – 146.
13 Bogumiła Kosmanowa, op. cit., str.170.

 

idź Pod Prąd, grudzień 2014


KONTRATAK I PORAŻKA – SŁOMIANY OGIEŃ cz. 16

Edykt wydany w grudniu 1550 roku przez króla Zygmunta Augusta wzbudził wielkie nadzieje wśród polskich gorliwych obrońców katolicyzmu skupionych wokół prymasa Mikołaja Dzierzgowskiego i energicznego biskupa warmińskiego Stanisława Hosego, zwanego najczęściej Hozjuszem. Musiało im się wydawać, że mogą wreszcie odwrócić tak fatalny z ich punktu widzenia bieg wydarzeń.

 

Strategię rozprawy z herezją opracowano na synodzie, który zebrał się w Piotrkowie w roku 1551. Biskup Hozjusz przedstawił na nim Confessio fidei catholicae Chrystiana. Z tego dokumentu, który miał być probierzem prawowierności, każdy polski katolik mógł się dowiedzieć, że jest zobowiązany okazywać posłuszeństwo i cześć papieżowi, wierzyć, że istnieje czyściec, a msza jest ofiarą za grzechy. Confessio pouczało też wiernego, że modląc się, powinien szukać wstawiennictwa świętych, obowiązkowe posty i celibat duchownych wprowadzono zgodnie z wolą Boga, a święcenie wody i ziół to przejawy prawdziwej pobożności. Prymas Dzierzgowski nakazał wszystkim kapłanom podpisanie tego wyznania wiary, po czym przesłał je królowi. Sugerował Zygmuntowi Augustowi, że powinien zmusić swoich urzędników i całą szlachtę, a zwłaszcza senatorów, by też w ten sposób wyrazili swoje oddanie wierze katolickiej. Obradujący w Piotrkowie kapłani musieli zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli król ich posłucha, może dojść do wojny domowej. Świadczą o tym przygotowania, które czynili. Duchowni w Polsce w zasadzie nie płacili podatków, nawet w czasie wojny z wrogiem zewnętrznym, ale tym razem byli skłonni współuczestniczyć w kosztach wystawienia wojska. Królowi obiecywali, że będzie mógł konfiskować majątki heretyków.1 Zdecydowali też ustanowić w każdej diecezji inkwizytora, zapewnić mu utrzymanie i bezpieczeństwo.2

 

Synod obradował w maju, ale polscy protestanci już wcześniej musieli zdawać sobie sprawę z tego, co się szykuje. Po Wielkanocy 1551 roku kalwińscy kaznodzieje w Małopolsce ukryli się.3 Byli to najczęściej ludzie „nisko urodzeni”, którzy na ochronę prawa w Polsce specjalnie liczyć nie mogli. Podobno sygnałem ostrzegawczym było to, co stało się w Kurowie. Tamtejszy proboszcz imieniem Mikołaj, który zaczął głosić swym parafianom nauki protestanckie, udzielał komunii pod dwiema postaciami, a sam ożenił się, został porwany przez ludzi biskupa Zebrzydowskiego i zamęczony w więzieniu na zamku w Lipowcu pod Chrzanowem. Tak twierdził inny kalwiński minister, Marcin Krowicki, który popełnił podobne „występki”. Sam Krowicki uciekł do Pińczowa, pod opiekę właściciela miasta i współwyznawcy Mikołaja Oleśnickiego.4 Podobnie postąpili wspierający polskich protestantów cudzoziemcy: Włoch Stancaro i Grek Lismanin. Inny wybitny kaznodzieja, Feliks Krzyżak ze Szczebrzeszyna, skorzystał w Wielkopolsce z ochrony Jakuba Ostroroga.5 Najoryginalniejszą kryjówkę wybrał sobie Szymon Zacjusz – Żak, katolicki ksiądz ekskomunikowany za głoszenie nauk reformacyjnych w Bochni i Wieliczce.6 Przez dwa lata przebywał na dworze biskupa kujawskiego Jana Drohojowskiego. Biskup ten był skrytym protestantem i umierając, żałował, że nie porzucił katolicyzmu otwarcie.7

 

Jednak główną siłą reformacji w Polsce byli szlacheccy patroni zborów i to nimi przede wszystkim należało się zająć. Pierwszą próbą wykorzystania królewskiego edyktu do tego celu było wezwanie przed krakowski sąd biskupi Konrada Krupki. Oskarżonego wybrano bardzo sprytnie. Ten niewątpliwie zaangażowany w szerzenie nauki Kalwina szlachcic jeszcze niedawno był mieszczaninem. Prawdopodobnie spodziewano się, że ogół szlachty nie przejmie się jego losem. Nadzieja ta okazała się płonna. W sądzie Krupce towarzyszyło kilku wpływowych szlachciców, jego współwyznawców, którzy zdawali sobie sprawę, że chodzi tu o stworzenie precedensu i jeśli proces przebiegnie po myśli biskupów, będą następne. Sam Krupka odważnie przyznał się do swojej wiary. Gdy biskup Zebrzydowski obiecał mu „przebaczenie”, jeżeli od niej odstąpi, odmówił. Został skazany na śmierć i konfiskatę majątku. Od tego momentu sprawa zaczęła się komplikować. Wyrok wywołał powszechne oburzenie szlachty. Nie tylko zwolennicy reformacji, lecz także katolicy widzieli w nim zagrożenie dla swojej wolności. Wykonać musiała go władza świecka, a o tym, kto konkretnie to zrobi, miał zdecydować kanclerz Jan Ocieski. Można się domyślać, że ten zdecydowany zwolennik katolicyzmu życzył heretykowi jak najgorzej. Wobec nastrojów panujących w kraju uznał jednak, że ta egzekucja przyniesie jego religii więcej szkody niż pożytku i nie upoważnił do jej przeprowadzenia nikogo. Wszystko skończyło się dla Krupki wyłącznie ekskomuniką, którą chyba się specjalnie nie przejął.8

 

Prawdziwą klęskę przyniosła próba użycia królewskiego edyktu przeciwko różnowiercom wobec szlachcica w sukni duchownej. Przemyski kanonik Stanisław Orzechowski nie ukrywał, że jest przeciwko celibatowi. To, że miał dwoje dzieci ze swoją gospodynią, nie było czymś niezwykłym, ale napisał także rozprawę, w której stwierdzał, że księża powinni mieć prawo się żenić. Posiłkował się protestanckimi argumentami, które poznał na studiach i od swego krewnego - Mikołaja Reja.9 W roku 1551 przeszedł od słów do czynów, żeniąc się z Magdaleną Chełmicką. Wyklęty i skazany na wygnanie z diecezji przez biskupa Jana Dziaduskiego potrafił wejść do świątyni podczas nabożeństwa i ogłosić wszystkim zebranym, że to on ma rację, a nie biskup. Mógł się nie bać. Wojewoda krakowski Piotr Kmita nie zamierzał iść pod prąd nastrojom i egzekwować wyroku duchownego sądu.10 Orzechowski pozwał swego biskupa do sądu koronnego i domagał się uznania swego małżeństwa przez papieża, pisząc do niego napastliwe listy. Szybko stał się bardzo poczytnym pisarzem, ulubieńcem rzesz panów braci i w końcu głównym ideologiem szlacheckiej „złotej wolności”. W tym przełomowym czasie jak nikt inny obezwładnił biskupów. Dopiero po kilku latach, gdy zmarła mu żona, zmienił front i zaczął atakować protestantyzm równie zajadle, co katolicyzm wcześniej.11


W roku 1552 zebrał się Sejm. Nastroje panujące na nim chyba najlepiej przewidział członek kościoła braci czeskich Rafał Leszczyński. Zrezygnował z godności senatorskiej i został posłem. Na mszy poprzedzającej otwarcie obrad nie klęknął podczas podniesienia i nawet nie zdjął czapki. Wybrano go na marszałka. Nawet większość katolików chciała ograniczenia władzy biskupów. Posłowie województwa ruskiego, gdzie wpływy Orzechowskiego były największe, domagali się zniesienia sądów duchownych. Uchwały sejmowe musiały jednak zapadać jednomyślnie, dlatego w tym wypadku rozstrzygnął król. Zdecydował, że duchowieństwo zachowa prawo sądzenia herezji, lecz nie będzie mogło nakładać kar cywilnych i kryminalnych. Oburzeni biskupi opuścili obrady i grozili, że zrzekną się godności senatorskich. Ponieważ jednak nikt się tym nie przejął, wrócili.12

 

Prawny fundament wolności sumienia w Polsce został założony.
cdn.    

 

Przypisy:

1 Walerian Krasiński, „Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce” t.I, Zwiastun Ewangeliczny, Warszawa 1903, str.112 – 113.
2www.racjonalista.pl/rtf.php/s,2776
3 Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.30.
4 Walerian Krasiński, op. cit., str.114 – 115.
5 Józef Łukaszewicz, „Dzieje kościołów wyznania helweckiego w dawnej Małej Polsce”, Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego, Poznań 1853, str.16.
6 http://www.bochenskiedzieje.pl/index.php/postacie/pedagodzy/197-szymon-zacjusz
7 http://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Zacjusz
8 Walerian Krasiński, op. cit., str.108 – 109.
9 Julian Bukowski, „Dzieje Reformacyi w Polsce” t.II, W. Anczyc i S-ka, Kraków 1886, str.92 – 93.
10 Walerian Krasiński, op. cit., str.119 – 120.
11 Walerian Krasiński, op. cit., str.126 – 128.
12 Walerian Krasiński, op. cit., str.119 – 120.


idź Pod Prąd, październik2014


KWESTIA PEWNEGO MAŁŻEŃSTWA – SŁOMIANY OGIEŃ cz. 15

Łatwość, z jaką protestantyzm w połowie XVI wieku szerzył się na terenie Polski i Litwy, musiała szokować ludzi mieszkających w tym czasie w innych krajach. Także dziś ktoś, kto zna historię konfrontacji między zwolennikami i przeciwnikami reformacji na zachodzie Europy, może być nią zdziwiony. W Niemczech, Niderlandach, Francji, Anglii i Hiszpanii uznawanych za wyżej stojące pod względem kulturalnym od Polski tolerowanie odmiennych poglądów w sprawach duchowych było wtedy potępiane jako przejaw obojętności wobec Boga. Niewątpliwie jest w tej ocenie wiele racji. Na tolerancję łatwo jest nam się zdobyć tylko w sprawach, które niewiele nas obchodzą. Korzystając z tej „mody na gorliwość”, biskupi i inkwizytorzy byli w stanie zmobilizować katolików przeciwko swym zarażonym herezją rodakom i zadawać im mocne ciosy. Protestanci z kolei, tam gdzie zdobyli władzę, z podobnych powodów i w podobny sposób prześladowali katolików i wyznawców innych nurtów protestantyzmu.

 

W państwie polsko-litewskim żyło wtedy 10 milionów ludzi. W czasie, gdy zainteresowanie reformacją osiągnęło swój szczyt, wyznawcy wszystkich jej odłamów mogli liczyć około 200 tysięcy. Stanowiąc wyraźną mniejszość, podejmowali oni działania, które ich współwyznawcom na Zachodzie przy takiej liczebnej przewadze katolików nie przyszłyby nawet na myśl. Byli wśród nich politycy, którzy zupełnie nie kryli się ze swoimi przekonaniami i nie szkodziło to ich karierze. Byli też artyści, którzy swoimi utworami starali się szerzyć biblijne przesłanie. Potomność zapamiętała Mikołaja Reja, ale działało ich więcej, i to nie tylko pisarzy. Zapomnianego dziś Wacława z Szamotuł do czasów Fryderyka Chopina uważano za najwybitniejszego polskiego kompozytora.1 W tych czasach najwydajniejszym sposobem docierania do ludzkich umysłów było posługiwanie się słowem drukowanym. Polscy różnowiercy wiedzieli o tym i podejmowali odpowiednie działania. Zapamiętano, że wydali Biblię Brzeską, ale duże znaczenie miał też fakt, że po prostu drukowali więcej od katolików. Wydawali najróżniejsze pozycje, od traktatów teologicznych po poradniki rolnicze. Jeszcze pod koniec XVI wieku, gdy zwolenników reformacji w Rzeczpospolitej ubywało, mieli oni 24 drukarnie, a katolicy 21.2 Ten sukces mógł być jeszcze większy, gdyby nie pazerność protestanckiej szlachty, która zagarniała dobra katolickich parafii i klasztorów i często trwoniła je na swe zachcianki, skąpiąc Bogu każdego grosza.3

 

Podobnie rzecz miała się ze szkołami. Najbardziej znane było gimnazjum pińczowskie, ale także niektóre inne szkoły zborowe osiągały bardzo wysoki poziom. Mogło ich być więcej, mówiło się nawet o protestanckim uniwersytecie, ale nie udało się zebrać funduszy.4 Także w tej dziedzinie katolicy długo nie przeszkadzali, ale tacy patroni, jak Mikołaj Rej, który budował szkoły i nawet zbory, należeli do rzadkości.5

 

Polscy protestanci z reguły używali świątyń odebranych katolikom, z których usuwali obrazy, rzeźby i krucyfiksy. Jezuici zarzucali im profanację około 2000 świątyń.6 Najprawdopodobniej przesadzali, ale można uznać, że było kilkaset takich przypadków. Na zachodzie Europy znacznie drobniejsze incydenty wywoływały wojny religijne. W Polsce i na Litwie wyznawcy religii panującej znosili to spokojnie. Czy zabrakło wtedy w naszym kraju gorliwych katolików?

 

Rzeczywiście nie było ich wielu, ale przecież podobnie rzecz się miała także na Zachodzie. Tam jednak rozumiało się samo przez się, że władza państwowa musi jakąś religię popierać i zwalczać wszystkie inne. Prymas Dzierzgowski starał się, by tak też było w Polsce. Okazja nadarzyła się wkrótce i w dużym stopniu stworzyli ją sami protestanci. Wkrótce po wstąpieniu Zygmunta Augusta na tron okazało się, że po kryjomu zalegalizował swój długoletni romans, żeniąc się z Barbarą Radziwiłłówną. Oczywiście innym wielkim rodom magnackim nie w smak był taki sukces Radziwiłłów, ale nie tylko one chciały ich pognębić. Radziwiłłowie dążyli zawsze do zachowania możliwie dużej niezależności Litwy wobec Korony. Wyrażała się ona między innymi w tym, że Polacy nie mogli posiadać na Litwie majątków.7 Rzecz jasna ci, którzy marzyli o założeniu folwarku na żyznych ziemiach ukraińskich należących wtedy jeszcze do Wielkiego Księstwa, dążyli do osłabienia pozycji przeciwników „integracji”. Rozgłaszali słowem i drukiem, jak źle prowadzi się Barbara i uznawali małżeństwo króla za „mezalians”. Zgodnie domagali się jego unieważnienia katolicy i protestanci. Ani jedni, ani drudzy nie widzieli w tym niczego niestosownego. Początkowo także prymas Dzierzgowski przyłączył się do tej kampanii, obiecując zwolnić monarchę z przysięgi i rozłożyć winę wiarołomstwa na wszystkich poddanych. Widząc jednak, że Zygmunt August niezłomnie trwa przy żonie, zmienił front i w roku 1550 ukoronował ją.8 Oczywiście nie zrobił tego za darmo. 12 grudnia 1550 roku król zobowiązał się nie dopuszczać heretyków do senatu i urzędów, a zatwardziałych wyganiać z kraju. Nakazał też starostom pod groźbą kar pilną obronę praw i przywilejów duchowieństwa oraz ściganie różnowierców.9

 

Wyegzekwowanie tych edyktów okazało się niemożliwe i można podejrzewać, że Zygmunt August przewidywał to już, wydając je. Stan szlachecki w Polsce zazdrośnie strzegł praw, które mu przysługiwały, i umiał je stosować. Urzędnicy i sędziowie królewscy też do niego należeli i rozumieli, że ukaranie jednego z panów braci za wyznawanie niewłaściwej religii może stać się wstępem do odebrania im wolności, jakiej nikt inny na świecie nie miał. Dlatego niezależnie od swych poglądów w kwestii wiary kierowali się stanową solidarnością. Zarządzenia króla sabotowano na różne sposoby. Edykty przeciwko różnowiercom zostały wydane bez zgody szlachty, a przecież w myśl konstytucji sejmowej Nihil novi żadne nowe prawo nie mogło być bez niej ustanowione. Zatem mogły zostać uznane za bezprawne. Można też było twierdzić, że edykty są niejasne. Wielu ludzi czekało wtedy, jakie stanowisko w sprawie nauk reformatorów zajmie obradujący niespiesznie sobór trydencki. Skoro nie wypowiedział się on jeszcze, to skąd wiadomo, kto jest heretykiem i kogo należy ścigać?

 

Polscy protestanci nie ucierpieli zbytnio w tym prześladowaniu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że przez swoją interesowność stracili bardzo wiele nieco wcześniej. Barbara Radziwiłłówna, wielka miłość Zygmunta Augusta, zmarła w roku 1551. Wkrótce potem po stronie reformacji zaangażował się jej brat cioteczny Mikołaj Radziwiłł zwany Czarnym. To on sam sfinansował druk Biblii Brzeskiej, bo magnatom małopolskim szkoda było na to pieniędzy.10 Być może pamięć o tym, jak kiedyś współwyznawcy potraktowali jego krewną, popchnęła go potem w kierunku arianizmu.11 Być może z tej przyczyny rodzony brat Barbary, Mikołaj Radziwiłł Rudy, przyjął kalwinizm znacznie później, w roku 1564. W postępowaniu króla Zygmunta Augusta wobec zwolenników reformacji trudno dopatrzyć się czegoś więcej niż czystej polityki i niezdecydowania. Być może okazując trochę szacunku małżeństwu, zdobyliby jego prawdziwą przychylność. Oczywiście pewności, co by było gdyby, mieć nie można.
cdn.

 

Przypisy:

1 http://pl.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_z_Szamotu%C5%82
2 http://www.reformowani.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=7&Itemid=4&limit=1&limitstart=2
3 Andrzej Tokarczuk, „Ewangelicy polscy”, Interpress, Warszawa 1988, str.34.
4 Aleksander Brückner, „Dzieje kultury polskiej” t.2, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, str.185–189.
5 Wacław Urban, „Epizod Reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.28.
6 Janusz Tazbir, „Historia kościoła katolickiego w Polsce (1460 – 1795), Wiedza Powszechna, Warszawa 1966, str.59.
7 http://pl.wikipedia.org/wiki/Unia_lubelska
8 Walerian Krasiński, „Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce”t.1, Zwiastun Ewangeliczny, Warszawa 1903, str.99 – 100.
9 Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, ISKRY, Warszawa 2009, str.59 – 60.
10 Aleksander Brückner, „Różnowiercy polscy”, Księgarnia Naukowa, Warszawa 1905, str.5.
11 http://pl.wikipedia.org/wiki/Miko%C5%82aj_Radziwi%C5%82%C5%82_Czarny

 

lipiec 2014


PIERWSZE SUKCESY – SŁOMIANY OGIEŃ cz. 13

Lata 1550 -1562 to okres największych sukcesów reformacji w Polsce. Za jego początek można uznać to, co stało się w Pińczowie. Właściciel miasta Mikołaj Oleśnicki wygnał paulinów z miejscowego klasztoru, usunął z katolickiej świątyni obrazy i zaprosił do głoszenia „szczerego Słowa Bożego” Jakuba Leśniaka ze Śmiłowic. 25 listopada 1550 roku odbyło się w Pińczowie pierwsze publiczne nabożeństwo protestanckie. Namówił Oleśnickiego do tego Francesco Stancaro, włoski ksiądz i wykładowca języka hebrajskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za publiczną krytykę kultu świętych trafił on do więzienia biskupiego w Lipowcu, skąd dzięki pomocy polskich szlachciców podzielających jego pogląd udało mu się uciec. Oleśnicki udzielił mu schronienia. Przez kilkadziesiąt lat Stankar, jak go nazywano, miał odgrywać wśród polskich protestantów ważną, choć nie zawsze pozytywną rolę.


Lata 1550 -1562 to okres największych sukcesów reformacji w Polsce. Za jego początek można uznać to, co stało się w Pińczowie. Właściciel miasta Mikołaj Oleśnicki wygnał paulinów z miejscowego klasztoru, usunął z katolickiej świątyni obrazy i zaprosił do głoszenia „szczerego Słowa Bożego” Jakuba Leśniaka ze Śmiłowic. 25 listopada 1550 roku odbyło się w Pińczowie pierwsze publiczne nabożeństwo protestanckie. (1) Namówił Oleśnickiego do tego Francesco Stancaro, włoski ksiądz i wykładowca języka hebrajskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za publiczną krytykę kultu świętych trafił on do więzienia biskupiego w Lipowcu, skąd dzięki pomocy polskich szlachciców podzielających jego pogląd udało mu się uciec. Oleśnicki udzielił mu schronienia. (2) Przez kilkadziesiąt lat Stankar, jak go nazywano, miał odgrywać wśród polskich protestantów ważną, choć nie zawsze pozytywną rolę.

 

Wydarzenia w Pińczowie odbiły się w kraju głośnym echem.Religia katolicka poniosła dużą stratę. Protestancki zbór powstał w sporym mieście, a nie jak do tej pory gdzieś na uboczu, zaś jego patron był postacią znaczącą. Ród Oleśnickich zawdzięczał swoją potęgę biskupowi Zbigniewowi – pierwszemu polskiemu kardynałowi i pogromcy polskich husytów. Ktoś taki nie musiał obawiać się sądu biskupiego.

 

Na rozprawę stawił się w towarzystwie swoich przyjaciół i dworzan. Było ich tylu i zachowywali się w taki sposób, że sędziowie nie odważyli się rozpocząć posiedzenia. Jednak wypędzenie zakonników z Pińczowa było sprawą poważną, a biskup krakowski Andrzej Zebrzydowski nie należał do ludzi ugodowych. Zdecydował się wezwać na pomoc władzę państwową.

 

Swoją drogą człowiek ten przebył zadziwiającą przemianę. Zaledwie kilka lat wcześniej skłaniał się ku reformacji, czemu dawał wyraz, uczestnicząc w spotkaniach u Andrzeja Trzecieskiego. Gdy został katolickim dostojnikiem, zwrócił się przeciwko niej. Z ówczesnych polskich biskupów chyba właśnie on w najbardziej aktywny sposób zwalczał protestantów. Nie robił tego dla Boga. Otwarcie głosił zasadę: wierz sobie nawet w kozła, jeśli zechcesz, bylebyś mi dziesięcinę płacił. (3) Chciał pieniędzy dla siebie i swojej rodziny, a protestanci płacić nie chcieli.

 

Proces w sprawie profanacji klasztoru w Pińczowie toczył się przed królem i senatem i przerodził się w debatę światopoglądową. W obronę Oleśnickiego zaangażował się Mikołaj Rej, który dowodził, że katolicyzm jest złą religią i nie należy karać kogoś, kto pokazuje rodakom prawdziwie chrześcijańskie nabożeństwo. Zebrzydowski nawet nie próbował bronić go argumentami teologicznymi czy biblijnymi. Zapowiadał tylko, że skutkiem odrzucenia religii katolickiej będzie anarchia podobna do tej, która panowała w Niemczech. Skończyło się na tym, że Oleśnicki nie poniósł kary. Obiecał tylko zwrócić paulinom klasztor, czego zresztą nie zrobił. (4) Król zlecił egzekwowanie zwrotu klasztoru staroście z Nowego Korczyna Andrzejowi Gnojeńskiemu, który sam był protestantem i w roku 1552 utworzył zbór w Żarnowcu koło Miechowa. (5) Z pewnością więc nie naciskał w tej sprawie Oleśnickiego zbyt mocno.

 

Pińczów na kilkadziesiąt lat stał się najważniejszym w Polsce ośrodkiem reformacji. Niedługo po wygnaniu paulinów odbył się w nim pierwszy synod polskich kalwinistów. Takich synodów w latach 1550 – 1570 odbyło się sumie 92, z czego w Pińczowie 20. (6) Mury zamku zapewniały bezpieczeństwo. O tym, że miało to znaczenie, świadczy przebieg synodu w roku 1555. Andrzej Zebrzydowski wysłał oddział ze sfałszowanym mandatem królewskim zakazującym takich zebrań. Ludzi biskupa nie wpuszczono i obrady toczyły się dalej. (7) Trudno powiedzieć, czy biskup krakowski zamierzał jego uczestników tylko rozpędzić, czy też uwięzić.

 

Daniel z Łęczycy założył w Pińczowie protestancką drukarnię. W budynkach klasztoru działało gimnazjum, które ze względu na wysoki poziom nauczania stało się sławne w całej Europie. Kierował nim przysłany przez Kalwina Pierre Statorius, który przeszedł pieszo 1500 kilometrów, aby dostać się do Polski. (8) Zmienił on potem nazwisko na Stoiński. Jego dziełem jest pierwszy podręcznik gramatyki języka polskiego. (9) Były też plany utworzenia w Pińczowie protestanckiego uniwersytetu, ale skończyło się na planach. Na jednym z synodów powstał pomysł przetłumaczenia Pisma Świętego z języków oryginalnych na polski. Przekładu dokonali w latach 1556 – 63 przebywający wtedy w Pińczowie Grzegorz Orszacki, Piotr Statorius, Jan Thenandus, Andrzej Trzecieski, Marcin Krowicki, Szymon Zaciusz – Żak i Grzegorz Paweł z Brzezin. (10) Ponieważ wydrukowano go w Brześciu, nazywany jest najczęściej Biblią brzeską, choć nazwa „pińczowska” też jest używana.

 

Przykład Oleśnickiego wywołał reakcję łańcuchową. Drobniejsza szlachta zwykle wzorowała się na ludziach, których uznawała za wybitnych. Dodatkowo na Ponidziu była ona najczęściej ze sobą spokrewniona, co dodatkowo ośmielało niektórych do zastosowania w praktyce nauki, którą musieli już znać. W krótkim czasie na obszarze między Nidą a Szreniawą, zwaną wtedy heretycką rzeką, powstało duże skupisko zborów kalwińskich. (11)

 

Kalwinizm szerzył się zresztą w całej Polsce i właściwie wszędzie wydarzenia przebiegały podobnie. Najpierw jakiś miejscowy magnat zamieniał katolicką świątynię w protestancki zbór, a potem znajdował naśladowców. W roku 1551 Stanisław Mateusz Stadnicki założył zbór w Dubiecku, a wkrótce potem w Łańcucie. Stadnicki miał też majątki pod Sandomierzem i tam też powstawały zbory. W roku 1552 na dwór Mikołaja Radziwiłła zwanego Czarnym trafił kalwiński kaznodzieja Szymon Zacjusz – Żak. Już w roku następnym kalwińskie nabożeństwa odbywały się w pałacu księcia w Wilnie. W ciągu następnych kilku lat zbory powstały w należących do niego miejscowościach, a było ich sporo. Po śmierci Radziwiłła Czarnego protektorem kalwinizmu na Litwie został jego stryjeczny brat Mikołaj Radziwiłł Rudy. (12) Za tym przykładem szli Kiszkowie, Naruszewiczowie, Billewiczowie…

 

Reformowane zbory nie pojawiły się właściwie tylko na Mazowszu. Tam magnatami byli wyłącznie duchowni, a szlachta była od nich mocno uzależniona ekonomicznie. Zazwyczaj wieś mazowiecka pozostająca w rękach świeckich miała kilku właścicieli. Trudno było w takich warunkach wprowadzać „nową wiarę”. Tworzenie zboru oznaczało też wydatki, które tylko nieliczni byli w stanie ponieść. (13)

 

Także w Krakowie, pod bokiem króla, obecność protestantów była widoczna, choć oczywiście nie mogło być mowy o zmienianiu świątyń w zbory. Protektorem miejscowych kalwinistów był burgrabia krakowski Jan Boner. Spotykali się początkowo w Willi Decjusza na Woli Justowskiej, a potem w należących do Bonera ogrodach za Bramą Mikołajską. Kaznodzieją był Grzegorz Paweł z Brzezin.

 

Historycy dotąd nie potrafią stwierdzić, ile reformowanych zborów istniało wtedy w państwie polsko – litewskim. Szacuje się, że w roku 1570, czyli w czasie, gdy protestantyzm u nas zaczął się już cofać, istniało ponad 420 zborów kalwińskich. Luterańskich było ponad 140, tym ponad 30 polskich. (14) W momencie największego rozkwitu z pewnością było ich więcej.

 

cdn. 

 

Przypisy:

1. Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.29.

2. Walerian Krasiński, „Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce”, Zwiastun Ewangeliczny., Warszawa 1903, str.133.

3. Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, ISKRY, Warszawa 2009, str.118.

4. Walerian Krasiński, op. cit., str.110 – 112.

5. Wacław Urban, op. cit., str.29.

6. Wacław Urban, op. cit., str.31.

7. Janusz Tazbir, op. cit., str.64.

8. http://www.pinczow.com/kultura/przechadzka/hist1.htm

9. http://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Stoi%C5%84ski

10. Andrzej Tokarczyk, Ewangelicy polscy”, Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1988, str.34.

11. Janusz Tazbir, “Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, str.33.

12. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Ewangelicko-Reformowany_w_RP

13. Janusz Tazbir, op. cit., str.24.

14. Wacław Urban, op. cit., str.30.

 

DLACZEGO KALWINIZM – SŁOMIANY OGIEŃ cz. 12

Trudno uwierzyć, by główną przyczyną życzliwości polskiej szlachty dla reformacyjnych nauk i ich wyznawców było poszukiwanie Boga. Ludzie, dla których ta sprawa jest ważna, zawsze byli i są mniejszością. Znacznie bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego zjawiska była niechęć do katolickich kapłanów powszechna w tych czasach w Polsce. Taka już jest natura człowieka, że nie lubi tych, którzy mają więcej praw i więcej pieniędzy od niego, i skłonny jest robić im na złość.


Trudno uwierzyć, by główną przyczyną życzliwości polskiej szlachty dla reformacyjnych nauk i ich wyznawców było poszukiwanie Boga. Ludzie, dla których ta sprawa jest ważna, zawsze byli i są mniejszością. Znacznie bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego zjawiska była niechęć do katolickich kapłanów powszechna w tych czasach w Polsce. Taka już jest natura człowieka, że nie lubi tych, którzy mają więcej praw i więcej pieniędzy od niego, i skłonny jest robić im na złość. Już sam fakt, że szlachcic zobowiązany był do płacenia księdzu dziesięciny, a także kilku innych danin, mógł być przyczyną antyklerykalnego nastawienia. Pogłębiał je sposób wymuszania tych danin. Spory, jakie wynikały między świeckimi a duchownymi, rozpatrywały sądy duchowne. Nietrudno się domyślić, czyją brały stronę. Miały one prawo nałożyć klątwę na tego, kogo uznały za winnego. [1] Nawet jeśli wyklęty uważał, że niekoniecznie oznacza to, iż pójdzie do piekła, i nie przejmował się tym, co myślą o nim inni ludzie, kara ta miała także swoje materialne konsekwencje. Teoretycznie taki człowiek tracił prawa obywatelskie, a starosta powinien skonfiskować cały jego majątek na rzecz królewskiego skarbu. [2]

 

Potęga polskiego katolicyzmu nie opierała się zresztą na opłatach pobieranych przez proboszczów. Jeśli wierzyć raportowi nuncjusza Ruggieriego w roku 1565, arcybiskup gnieźnieński posiadał 360 wsi i miast, a biskup krakowski ponad 300 wsi i 4 miasta. [3] A byli przecież jeszcze inni biskupi i drobniejsi dygnitarze, którzy też coś posiadali. Klasztory także miały wielkie beneficja i było ich sporo. Przez setki lat wykorzystując układy polityczne i dążenie ludzi do zjednania sobie przychylności Boga, instytucja wytrwale gromadziła dobra materialne, które były jednym z fundamentów jej politycznego znaczenia. W połowie XVI wieku należało do niej przynajmniej 10 procent powierzchni państwa polsko – litewskiego. [4]

 

Ten ogromny majątek był niemal całkowicie zwolniony od podatków na rzecz państwa. Duchowni w zasadzie płacili tylko daniny papieżowi i w razie nadzwyczajnej potrzeby, czyli zazwyczaj wojny, tak zwane subsydium charitativum do skarbu królewskiego. To budziło oburzenie szlachty. Już od roku 1520 zaczęła otwarcie je wyrażać na sejmach. Posłowie domagali się stałego opodatkowania duchowieństwa na rzecz obronności kraju i oczywiście ograniczenia sądownictwa duchownego nad świeckim. [5]

 

Czas sprzyjał takim postulatom. Wojna z Turcją była realnym zagrożeniem, a najazdy Tatarów i Mołdawian pustoszyły południowo-wschodnie obszary Polski właściwie co roku. Wybuch nastrojów antyklerykalnych nastąpił w latach 1536 – 37. Najpierw na Sejmie domagano się odebrania duchowieństwu wszystkich dóbr nadanych po 1382 roku. Potem w roku 1537 zwołanopospolite ruszenie szlacheckie przeciwko Mołdawii. Szlachta zebrała się pod Lwowem i zamiast wyruszyć w pole, zaczęła radzić „o dobru publicznym”. Nazwano to „wojną kokoszą”, ponieważ przy okazji wyrżnięto w okolicy wszystkie kury. Postulat zwolnienia szlachty od danin dla duchownych był jednym z ważniejszych. Jak to zwykle bywa w politycznych sporach, ukazywał on w nienajlepszym świetle obie strony. Szlachta, tak „zatroskana” o los kraju, rozjechała się do domów, nie postanawiając czegokolwiek, gdy tylko pojawił się projekt uchwalenia podatku na stałe wojsko, które zastąpiłoby pospolite ruszenie. [6] Natomiast dla duchowieństwa nawet samodzielne utrzymanie około trzech tysięcy żołnierzy „obrony potocznej”, broniącej granicy południowo-wschodniej, nie mogło być wielkim obciążeniem. Chodziło tak naprawdę o to, kto jest w Polsce ważniejszy. Wśród szlachty tacy, którzy dla osiągnięcia zwycięstwa w tej walce gotowi byli porzucić „wiarę ojców”, nie stanowili większości, ale było ich wielu.

 

Oczywiście wprowadzenie reformacji luterańskiej byłoby skutecznym sposobem złamania potęgi kleru. To, co działo się za zachodnią granicą, było tego najlepszym dowodem. Jednak Polacy wiedzieli, że Luter oparł swoją reformę na wsparciu książąt i poddał tworzący się kościół ich władzy. Duchowni zależeli od władcy, a świeccy nie mieli wielkiego wpływu na duchownych. Wprowadzenie luteranizmu oznaczałoby wzmocnienie władzy króla, a szlachta widziała w tym zagrożenie dla swoich przywilejów. Pojawił się jednak reformator, który znacznie bardziej jej odpowiadał.

 

Francuz Jean Cauvin zwany u nas Janem Kalwinem swoją najważniejszą książkę, Institutio religionis Christianae, opublikował w roku 1536. Był to pierwszy kompletny wykład teologii protestanckiej i arcydzieło literatury francuskiej. Pewnie jednak niewielu polskich kalwinistów przez nią przebrnęło. Ważna była dla nich raczej nie teologia, lecz postulowany przez niego ustrój kościoła. Kalwin zorganizował go w Genewie. Od początków XV wieku miasto walczyło z hrabiami Sabaudii, którzy starali się je sobie podporządkować. Tradycje były tam zdecydowanie republikańskie, a nawet demokratyczne i Kalwin, tworząc swoją wzorcową gminę chrześcijańską, musiał je uwzględnić. Na jej czele stał konsystorz, w którego skład oprócz kaznodziejów wchodziło także 12 świeckich wybieranych przez radę miasta. Kalwinizm nie miał skłonności do ulegania woli władcy i stwarzał okazję do sejmikowania także w sferze ducha.

 

Co prawda w rządzonej przez Kalwina Genewie polski szlachcic raczej nie czułby się dobrze. Cichy intelektualista objął władzę w mieście, które po wygnaniu katolickich kapłanów pogrążyło się w anarchii i położył jej kres. Przy okazji uregulował mieszkańcom wszystkie dziedziny życia. Znormalizował suknie kobiet. Zabronił fryzowania włosów, gry w karty, picia alkoholu, tańców i urządzania widowisk teatralnych. Każdy wiedział, co mu wolno i co stanie się z nim, gdy zrobi to, czego mu nie wolno. Nieobecność na nabożeństwie karana była grzywną, a herezja i czary śmiercią. [7] Tylko w latach 1542 - 46 stracono w Genewie 58 osób, a wygnano 78. [8] Jak na społeczność liczącą około 20 tysięcy ludzi to całkiem sporo.

 

W polskich warunkach idee Kalwina wydały całkiem inny owoc. Zaczęły do nas docierać pod koniec lat czterdziestych XVI wieku. Na początek przekonało się do nich sporo polskich luteran - większości z nich o interesowność posądzać nie można, należał do nich na przykład Mikołaj Rej. Trafiły też do serc i umysłów niektórych katolickich kapłanów. Zaczynali głosić tę naukę i najczęściej żenili się. Tylko nielicznych udało się biskupom osadzić w więzieniu. [9] Niekiedy szlachcic i ksiądz zmieniali wspólnie katolicką świątynię w kalwiński zbór. Najczęściej jednak szlachcic wyganiał księdza i osadzał na jego miejscu kalwińskiego kaznodzieję nazywanego „ministrem”. Słowo to znaczy „sługa”, choć może trudno w to uwierzyć. W tym  czasie umarł Zygmunt Stary i władzę przejął jego syn. O Zygmuncie Auguście powszechnie wiedziano, że nie jest tak religijny, jak ojciec. Obawy przed reakcją władzy państwowej się zmniejszyły. Do bezinteresownych dołączyli interesowni i ruszyła lawina. Sądy duchowne nie mogły tego procesu zatrzymać. Starostowie nie egzekwowali ich wyroków wobec „panów braci”, nawet gdy nie podzielali ich poglądów.

 

Powstała sytuacja wręcz wymarzona dla szlacheckich patronów takich zborów. Decydowali o wszystkim. Mogli dowolnie dysponować majątkiem, który pozostał po parafii czy klasztorze, i często zabierali go sobie. Ministrowie byli zazwyczaj ludźmi niskiego pochodzenia i całkowicie od nich zależnymi. Rzadko napominali.

 

Słowa papieża Pawła IV dobrze świadczą o Kalwinie. Siłą tego heretyka jest to, że pieniądz nie wywiera na nim żadnego wrażenia. [10] Niestety jego polskim zwolennikom tej siły brakowało.

cdn.
 
Przypisy:
1 Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, PIW, Warszawa 1967, str. 58 – 59.
2 Andrzej Wiencek (red.), „Dzieje Kościoła w Polsce” , Wydawnictwo Szkolne PWN, Bielsko – Biała 2008, str. 211.
3 http://publicdisorder.wordpress.com/2012/04/1
6 /chlopi-a-biskupi-andrzej-nowicki-e-book/
4 Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.10.
5 Janusz Tazbir, „Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1996, str.8 – 9.
6 Maria Bogucka, „Historia Polski do roku 1864”, Ossolineum, Wrocław 1999, str.124 – 126.
7 Andrzej Tokarczyk, „Jan Kalwin”, KAW, Warszawa 1989, str.81 – 83.
8 http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kalwin
9 Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, PIW, Warszawa 1967, str. 68.
10 Andrzej Tokarczyk, op. cit., str. 141.
 

Słomiany ogień cz.1 – Jak ręką odjął

Patrząc na dzisiejszą Polskę, trudno uwierzyć, że protestantyzm mógł kiedyś być w niej jakąś poważną siłą. A jednak w XVI wieku, gdy wyznania reformowane powstawały, budziły u nas duże zainteresowanie i zyskiwały wielu wyznawców. Bóg zdawał się tym duchowym poszukiwaniom błogosławić. Ten czas nazywa się często naszym „złotym wiekiem”. Rzeczpospolita Obojga Narodów należała wtedy do największych mocarstw w Europie. Jej znaczenie polityczne nie wynikało tylko ze zwycięstw militarnych, choć i tych nie brakowało. Ogromny kredyt udzielony przez królową Bonę królowi Hiszpanii Filipowi II dowodzi potęgi ekonomicznej państwa, choć o przezorności panujących nie najlepiej świadczy. Naukowy i kulturalny dorobek tych lat wciąż jest dla nas powodem do dumy. Ludzie, którzy doprowadzili do rozkwitu kraju uważanego za cywilizacyjne peryferie, często, choć w różny sposób, pozostawali pod wpływem myśli reformacyjnej. Naszaliteratura stanowi rzecz jasna przykład sztandarowy. Jej ojcem nazywany jest Mikołaj Rej – gorliwy protestant. Pisał między innymi po to, by szerzyć swoją wiarę. Wprowadził też „modę” na polszczyznę. Oczywiście katolik, Jan Kochanowski, (z badań m. in. prof. Janusza Małłka z UMK wynika, że mógł być protestantem, przyp. red.) góruje nad nim zdecydowanie, ale był on przecież stypendystą luteranina – księcia Albrechta Hohenzollerna. Odszedł od katolicyzmu Andrzej Frycz Modrzewski – pierwszy pisarz polityczny w Europie, który domagał się równości ludzi wobec prawa. Prawdopodobnie umarł jako arianin. Protestantem był sekretarz, historyk i dyplomata króla Zygmunta Starego, Alzatczyk z urodzenia, a Polak z wyboru Just Ludwik Decjusz. Najwybitniejszy chyba polityk polski przełomu XVI i XVII wieku, Jan Zamojski, urodził się jako kalwin. Podobne przykłady z innych dziedzin można mnożyć, choć związków Kopernika z protestantyzmem dopatrzyć się trudno.


Reformacja w Polsce właściwie nie tknęła niższych warstw społecznych. Największym wyjątkiem od tej zasady był skrawek Śląska, który pozostał w granicach Rzeczypospolitej. Jeszcze w roku 1630 w starostwie lipnickim mieszkał tylko jeden katolik. Wieś Kozy, pomimo wysiłków władz, trwała przy kalwinizmie jeszcze w XVIII wieku. Gdy odebrano budynek zborowy, chłopi wybudowali drugi, gdy i ten odebrano, spotykali się w lasach. W końcu w roku 1770 ponad 300 mieszkańców Kóz uciekło do Prus, gdzie mogli swobodnie praktykować swoją wiarę.1 W XVI wieku podobna sytuacja istniała jeszcze na pograniczu wielkopolsko – śląskim i w okolicach Nowego Sącza.2 Jednak w swej masie polscy chłopi trwali w katolicyzmie nawet wtedy, gdy protestantami byli ich panowie. Luteranizm w miastach miał licznych wyznawców wśród Niemców, ale bariery narodowościowej właściwie nie przekroczył.3 Bardziej otwarta na reformację była warstwa herbowa. Historycy oceniają, że w połowie XVI wieku przynajmniej jedna szósta polskiej szlachty mogła wyznawać protestantyzm. Z reguły byli to ludzie dobrze wykształceni i aktywni politycznie.4 Dążącym do poszerzenia swoich swobód politycznych „panom braciom” najbardziej odpowiadał kalwinizm. Dla samego Kalwina, sprawującego w Genewie dyktatorską władzę, mogło być to pewnym szokiem. Jeszcze ciekawsza sytuacja panowała wśród polskich magnatów. Reprezentacją tej warstwy był senat. W roku 1569 w jego skład wchodziło 58 protestantów i 70 katolików. Trzeba pamiętać, że w senacie z urzędu zasiadało 15 katolickich biskupów.5 Wśród świeckich senatorów protestanci mieli większość. Byli też wśród biskupów. Można przyjąć, że w tym czasie w najwyższych sferach Rzeczypospolitej około połowę stanowili protestanci. Zwykle zaś jest tak, że naród przejmuje poglądy i zachowania swoich elit.

Katolicyzm jako religia panująca w Polsce wydawał się zagrożony z różnych stron. Protestanccy posłowie w Sejmie umieli wykorzystywać prawo z korzyścią dla swoich kościołów. Królowi trudno było zrobić cokolwiek bez zgody Sejmu, a oni blokowali obrady tak długo, aż uchwalono kolejne prawo zabezpieczające wolność wyznania. Czy nie można było spodziewać się lawinowego wzrostu ilości protestantów, skoro można było wyznawać tę wiarę właściwie bez ryzyka? Możliwy wydawał się również wariant angielski. Powołanie kościoła narodowego omawiano już w szczegółach. Obrzędów nie zamierzano zmieniać, ale miały być odprawiane po polsku, celibat zniesiony, kapłani wybierani przez szlachtę. Trwały dyskusje, czy ma on być podporządkowany królowi, czy Sejmowi oraz czy ma być to jedna organizacja, czy raczej luźna federacja kościołów.6

Król Zygmunt August twierdził, że nie wie, jakiej wiary są polscy biskupi. Rzeczywiście, można się było pogubić. Prymas Jakub Uchański chętnie stanąłby na czele kościoła narodowego. Pilnie studiował też heretyckie książki. Miał ich całą bibliotekę. Na łożu śmierci nie przyjął sakramentów. Biskup krakowski Andrzej Zebrzydowski, jeśli wierzyć jego własnym kapłanom, był ateistą. Biskup włocławski Jan Drohojowski umierając żałował, że nie przystał do prawdziwej, czyli ewangelickiej wiary.7 Nie był jednak całkiem bierny. Przez dwa lata ukrywał w swym pałacu Bartłomieja Zacjusza – byłego katolickiego księdza, który został kalwińskim ministrem.8 Biskup wileński Jerzy Pietkiewicz sprzyjał otwarcie protestantom, ale i poganom.9 Przypadek biskupa kijowskiego Mikołaja Paca to historia sama w sobie. Otwarcie deklarował się jako kalwinista, choć raczej niewiele z tej nauki rozumiał. Nadal jednak chodził w szatach biskupa. Nie oddawał też przypisanych do tej godności majątków. Nawet po ostrej nocie papieża  nadal zasiadał w senacie jako biskup.10

Nuncjusz Lippomano, który uważał, że wystarczy ściąć ośmiu, może dziesięciu protestanckich magnatów, a wszystko wróci do normy i otwarcie doradzał Zygmuntowi Augustowi to rozwiązanie, zupełnie nie nadawał się na swoje stanowisko.11 Nie rozumiał narodu, z którym miał do czynienia i chyba nerwy miał za słabe. W Rzymie zresztą szybko to zauważono. Byli jednak wśród katolickich hierarchów ludzie, którzy sytuacji w Polsce nie uważali za tragiczną. Twierdzili, że choć w konfrontacji z protestantami nie można liczyć na pomoc władzy państwowej, to ich sukcesy są przejściowe i nie tracili wiary w zwycięstwo. Mieli rację. Ogień zgasł równie szybko, jak się zapalił. Walka była właściwie bezkrwawa. Zabici zaczęli padać, gdy była już rozstrzygnięta. Polacy dobrowolnie wrócili do katolicyzmu, tak jak dobrowolnie od niego odchodzili. W ciągu kilkudziesięciu lat protestantyzm stał się nieznacznym marginesem i tak już zostało. Warto się jednak przyjrzeć, jak nasi przodkowie nabrali ochoty na reformę swej wiary i jak ją stracili.      
cdn.

Przypisy:
1Radosław Truś, „Beskid Mały; przewodnik”, Wydawnictwo „Rewasz”, Pruszków 2008, str. 35 – 36.
2Janusz Tazbir, „Historia kościoła katolickiego w Polsce 1460 -1795”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1966, str.78.
3Janusz Tazbir, op. cit., str.45
4 Janusz Tazbir, op. cit., str.44.
5http://www.reformowani.pl
6Janusz Tazbir, op. cit. str.46.
7Janusz Tazbir, „Dzieje polskiej tolerancji”, Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1973, str.85.
8http://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Zacjusz
9http://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Pietkiewicz_(biskup)
10Józef Wolf, „Pacowie – materiały historyczno – genealogiczne”, Petersburg 1885, str. 21 – 27.
11Janusz Tazbir, „Historia kościoła katolickiego w Polsce 1460 -1795”, str.52.

Słomiany ogień cz.2 – Korzenie polskiej tolerancji

Angielski purytanin Edwin Sandys w swojej wydanej w 1599 roku książce „Opisanie położenia religii” z dezaprobatą wyrażał się o krajach Europy Środkowej. Powodem była wielka mnogość religii, które się w nich roją, zwłaszcza w Polsce, o której mówią przysłowiowo, że jeśli ktoś utracił swoją religię, to niechaj jej poszukuje w Polsce, a znajdzie ją z pewnością. Jeśli nie, to będzie mógł uznać, że zniknęła ze świata.1 Rzeczywiście w Siedmiogrodzie w latach 1551–72 podjęto decyzję o równouprawnieniu najpierw dwóch, a potem czterech konfesji. Natomiast w Rzeczpospolitej nie było właściwie żadnych ograniczeń. Uchwalona w 1573 roku konfederacja warszawska gwarantowała równość wobec prawa członkom wszystkich społeczności wyznaniowych określających się jako „chrześcijańskie” oraz muzułmanom.2 Legalizowała ona zresztą tylko istniejący od dawna stan rzeczy. W tych czasach, gdy w uznanych za najbardziej kulturalne i godne naśladowania krajach trwała walka między protestantyzmem i katolicyzmem, panująca u nas wolność wyznania zapewniła Rzeczpospolitej Obojga Narodów szokujący Zachód pokój religijny.


W zasadzie gorszyli się nim w równym stopniu najbardziej gorliwi po obydwu stronach konfliktu. Jezuici nie mogli się pogodzić z tym, że każdy heretyk znajduje schronienie w Polsce i wszystko mu tu wolno bezkarnie. Również Teodor Beza, następca Kalwina, potępiał panującą u nas diabelską wolność sumienia. Gdy śmierć zaglądała w oczy, poglądy się trochę zmieniały. Jezuici w Anglii zachwalali polską tolerancję tropiącym ich anglikanom, a hugenoci we Francji wyrzynającym ich katolikom. Wielu mieszkańców  Europy Zachodniej odnosiło się z sympatią do kraju, który potrafił uniknąć związanych ze sporami religijnymi wybuchów nienawiści. Niektórzy zauważali, że z polskiego przypadku wypływa ciekawy wniosek. Wolność sumienia nie musi prowadzić do zaburzeń w państwie, a właśnie obawa przed nimi skłaniała władców państw europejskich do prześladowań religijnych.3

Z czasem coraz więcej polityków zauważało, że lepiej jest innowierców pozostawić w spokoju, niż zwalczać. W następnych wiekach na Zachodzie tolerancja stała się „modna”, a u nas wręcz przeciwnie. Pod koniec XVIII wieku dążący do likwidacji państwa polskiego sąsiedzi próbowali uzasadnić swoje działania między innymi tym, że nie zapewniało ono „dysydentom” odpowiednich praw. Niektórym krajom można było w tym względzie zarzucić więcej. Jednak ten pretekst wystarczył, by wielu oświeceniowych filozofów zaakceptowało zniknięcie Rzeczpospolitej z mapy świata, nie pytając Katarzyny II, jakie prawa mają innowiercy w jej państwie.

Właściwie od samego początku unii Polski i Litwy istniała w niej duża swoboda religijna. Wymusiła ją różnorodność zamieszkujących ją narodów i religii. Katolicyzm wyznawali właściwie wszyscy etniczni Polacy. Ich przodkowie nie przyjęli go jednak, by zaspokoić duchowy głód. Niewiele wiemy o tym, jak przebiegała „chrystianizacja Polski”. Gall Anonim w swej kronice wspomina o mieczu nauczania i towarzyszącym mu mieczu zniszczenia przeznaczonym dla opornych.4 O tym, że narzucona religia się zakorzeniła, nie zdecydował jednak miecz. Polaków zawsze poruszał majestat obrzędów, wystrój świątyń i śpiewy. Zakonnicy uczyli ich nowych sposobów uprawy ziemi i rzemiosł. Kapłani prowadzili szkoły, które dawały szansę społecznego awansu, przytułki dla starców i inne formy działalności charytatywnej. To wszystko wraz z „ochrzczeniem” niektórych pogańskich tradycji wytworzyło szczere przywiązanie do „wiary ojców” i akceptację nakładanych przez nią ciężarów. Co prawda, niektóre ruchy będące problemem dla zachodniego katolicyzmu znajdowały zwolenników wśród Polaków – waldensi, biczownicy i przede wszystkim husyci. Było ich jednak niewielu i zwykle niezbyt gorliwych. Rzadko palono naszych przodków na stosach, choć zdarzały się takie przypadki. Na Litwie katolicyzm przyjęli możni, bo tak rozkazał książę. Prosty lud w swej masie trwał przy pogaństwie i do nowej wiary przyciągano go podobnymi metodami, jak w Polsce. Skutek był pewny, ale trzeba było trochę poczekać. Katolikami byli też przybysze z Zachodu, którzy osiedlali się w krajach rządzonych przez Jagiellonów. Najczęściej byli to Niemcy.

Katolicyzm był bezsprzecznie religią dominującą, ale jego wyznawcy nie stanowili większości. Liczniejsi od razem wziętych Polaków, Litwinów i Niemców byli prawosławni Rusini, choć także oni prawdopodobnie stanowili mniej niż połowę ludności unii. W przyszłości mieli się oni podzielić na Białorusinów i Ukraińców, ale w XV i XVI wieku nie mieli właściwie świadomości narodowej. Mówili jeszcze jednym językiem, który najbliższy był dzisiejszemu białoruskiemu. W tych czasach nazywano go „litewskim”, ponieważ w Wielkim Księstwie spisywano w nim urzędowe dokumenty. Rusini mieli mniejsze prawa od katolików, ale nie zmuszano ich do zmiany wiary. Była to mądra polityka, o czym świadczą wydarzenia wywołane jej zmianą. Pod koniec XVI wieku podjęto próbę narzucenia im władzy papieża poprzez tak zwaną unię brzeską. Większość duchowieństwa prawosławnego przystąpiła do nowego obrządku. Jednak rolę obrońców starego prawosławia przyjęli Kozacy.5 Ich bunty wybuchały z coraz większą siłą. Konflikt społeczny połączony z religijnym wyczerpywał Rzeczpospolitą, aż w końcu w wojnę domową wmieszała się Rosja…

Jagiellonowie panowali także nad Tatarami. Już książę Witold osadził jeńców tatarskich pod Wilnem i sprzyjał ich dobrowolnemu osiedlaniu się w Wielkim Księstwie. Podobnie postępowali jego następcy. Napływ Tatarów trwał przez cały XV wiek. Oczywiście mieszkając na Litwie, nie najeżdżali jej i nie łupili. Wręcz przeciwnie, walczyli za nią, jak na przykład pod Grunwaldem. Jednak ceną za to było tolerowanie islamu, co dla Zachodu było prawdziwym skandalem.

Dla władcy wybór straży przybocznej jest sprawą życia i śmierci. Najlepiej, jeśli składa się ona z ludzi, którzy na zmianie panującego mogą tylko stracić. Księcia Witolda strzegli Karaimowie, którym zapewnił swobodę wyznawania ich religii.

Już w czasach piastowskich wypędzani i prześladowani w wielu państwach Żydzi napływali do Polski, gdzie traktowano ich lepiej. Polscy władcy często potrzebowali pieniędzy i pożyczali je od żydowskich bankierów. Trudno było o innych, bo katolicyzm potępiał pożyczanie pieniędzy na procent. Niewypłacalni monarchowie mogli ustanowić jakieś korzystne dla nich prawo, coś wydzierżawić. Na przykład kopalnię soli. Poza tym Żydzi znali się na medycynie, zarządzaniu i wielu innych sprawach, o których Polacy nie mieli większego pojęcia i nie chcieli mieć. Jagiellonom również brakowało pieniędzy, z tym że pod ich rządami więcej do powiedzenia miała szlachta. Nietrudno było zdobyć jej przychylność. Pan, któremu nie chciało się gospodarzyć, wypuszczał w arendę młyn, karczmę czy ziemię. Otrzymywał stałą roczną opłatę, a dzierżawca „odbijał” ją sobie na jego poddanych.6 Nienawiść niższych stanów do Żydów oczywiście rosła, ale dopóki państwo było w miarę stabilne, mogli się czuć bezpiecznie.

Tolerancja dla Ormian wyznających monofizytyzm też rozpoczęła się jeszcze za Piasta. Kazimierz Wielki, obejmując władzę nad Lwowem, zagwarantował poszanowanie ich religii. Podobnie jak Żydzi, Ormianie pożyczali królom pieniądze, oddawali duże usługi polskiej dyplomacji na wschodzie i wprowadzili modę na noszenie kontusza.7

Trudno się dziwić, że gdy XVI wieku pojawiła się kolejna „nowa wiara”, niewielu mieszkańców Polski i Litwy chciało tępić ją ogniem i mieczem.
cdn.

Przypisy:
1Richard Mackenney, „Europa XVI wieku”, PIW, Warszawa 1997, str.24.
2Elżbieta Elena Wróbel [w], „Dzieje Kościoła w Polsce”, Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa – Bielsko – Biała 2008, str.216.
3Janusz Tazbir, „Dzieje polskiej tolerancji”, Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1973, str.76 – 77.
4Janusz Rajman [w], „Dzieje Kościoła w Polsce”, str.32.
5Aleksander Brückner, „Dzieje kultury polskiej” tom II, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, str.365
6http://www.tygielkultury.eu/4_6_2004/aktual/2ram.htm
7http://pl.wikipedia.org/wiki/Ormianie_w_Polsce

Słomiany ogień cz.3 – Echa niemieckiego wybuchu

Jak można dostać się do nieba? Wciąż jeszcze zdarzają się ludzie, dla których to pytanie nie jest bezsensowne ani dziecinne. Najczęściej znalezienie odpowiedzi odkładają, bo mają różne „pilniejsze” sprawyna głowie, są „za młodzi” - do czasu, gdy staną się „za starzy”. Krótko mówiąc, problem ich niepokoi, ale zabrać się za jego rozwiązanie nie chcą. Zwykle na starość oddają się gorliwie praktykom religijnym i nie dopuszczają do siebie myśli, że Bóg może oczekiwać od nich czegoś więcej.

Takich, którzy zabierają się za ten problem poważnie, jest znacznie mniej. Mają różne pomysły na to, jak zadowolić Boga. Próbujący osiągnąć ten cel ma okazję poznać siebie. Dowiaduje się bez cienia wątpliwości, że jest tchórzem, leniem, kłamcą, a przede wszystkim egoistą. Podejmuje próby wykorzenienia tych cech, ale dają one dość żałosne wyniki. Przy okazji coraz lepiej rozumie, że grzech zasługuje na karę, a dobre uczynki nie „zmazują” winy. Gaśnie ostatnia nadzieja na uniknięcie wiecznego potępienia…


W czasach Marcina Lutra takich ludzi było chyba więcej niż dziś. On sam, pragnąc zadowolić Boga, wstąpił do zakonu. Chcąc osiągnąć doskonałość, gotów był na różne wyrzeczenia. Studiował Pismo i teologię, ale długo nie mógł zrozumieć stwierdzenia apostoła Pawła, że sprawiedliwy z wiary żyć będzie i jego słów o Bożej sprawiedliwości. Ale teraz niezależnie od zakonu objawiona została sprawiedliwość Boża, o której świadczą zakon i prorocy. I to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich wierzących. Nie ma bowiem różnicy. Gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej. I są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie. W końcu doznał olśnienia, że nigdy poprzez swoje wysiłki nie zbliży się do Boga. Nie odwróci od siebie Jego gniewu ani nie zjedna przychylności. To Jezus Chrystus zrobił wszystko, co było potrzebne. Umierając na krzyżu, przyjął karę, która należała się każdemu z nas. Aby zostać usprawiedliwionym, czyli uznanym przez Boga za sprawiedliwego, wystarczy w to uwierzyć. Ta wiara, jeżeli jest prawdziwa, wyrazi się w czynach, choć na tym świecie wierzący nie zostanie uwolniony od skłonności do grzechu.

Na pewno było w tym czasie więcej takich, którzy znali dobrą nowinę o zbawieniu z łaski przez wiarę. Jacques Lefevre d’Etaples doszedł do podobnych wniosków, ale mówił o nich tylko w klasztorze, a oskarżony o herezję szybko zamilkł.2 Dopiero, gdy umarł, zaczęto zwracać uwagę na to, co napisał. To przełożony Lutra w klasztorze, Johan Staupitz, pomógł mu zrozumieć znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu i uwierzyć w miłosierdzie Boga.3 Wydaje się, że można też do nich zaliczyć Biernata z Lublina, który już w 1515 roku pisał: wierzyć należy tylko w Ewangelię; bez ludzkich przepisów możemy się obejść.4 Jednak tylko jeden z nich zdecydowany był zmienić świat tak, by do niej pasował.

Skoro zbawienie jest z łaski, to sprzedaż odpustów jest grzechem, z którym należy skończyć. Skoro Jezus umarł za nasze grzechy raz, to odprawianie mszy jako ofiary za grzechy jest bluźnierstwem i należy go zaprzestać. Skoro nie ma już potrzeby składania ofiar za grzechy, stan kapłański nie ma racji bytu. Skoro w chrześcijaństwie nie ma wyróżnionego stanu kapłańskiego, każdy wierzący powinien poznawać Biblię i opierając się na niej decydować o swoim życiu. Skoro wierzący powinien znać Biblię, należy mu ją udostępnić w jego ojczystym języku. Skoro pisma Ojców Kościoła i inne elementy katolickiej tradycji przeczą Pismu Świętemu, nie można uważać ich za objawioną przez Boga prawdę. Skoro papież nie zgadza się z takim pojmowaniem chrześcijaństwa, należy wymówić mu posłuszeństwo…

Luter nie stworzył jakiegoś „zamkniętego” sytemu teologicznego, w którym można znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie miał zresztą zbyt wiele czasu, by zajmować sięteologią. Chcąc położyć kres handlowi odpustami, napisał traktat teologiczny Disputatio contra scholasticam theologiam, który przeszedł niezauważony.5 Zrozumiał, że nie tędy droga. Trzeba pytać matkę w domu, dzieci na ulicy, mężczyznę na rynku i patrzeć na gębę, jak mówią i według tego tłumaczyć. Wtedy też to zrozumieją i zauważą, że rozmawia się z nimi po niemiecku.6 Stał się agitatorem. W latach 1517–20 napisał 30 traktatów, które wydano w łącznym nakładzie ponad trzystu tysięcy egzemplarzy. Chodziło tylko o to, by czytelnicy przyswoili sobie kilka prostych zasad.7 Mieli je zrozumieć i stać się ich aktywnymi zwolennikami.

Początkowo chodziło mu tylko o ukrócenie handlu odpustami i naprawdę wierzył, że papież da się do tego przekonać. Gdy jednak zrozumiał, że dla osiągnięcia swojego celu musi wywrócić do góry nogami istniejący od wieków porządek rzeczy, nie cofnął się przed tym. Wydaje się, że trudności tylko wzmagały jego energię. W apelu do władców i szlachty Rzeszy, by wbrew papieżowi i cesarzowi dokonali naprawy chrześcijaństwa, nie było wielkiej teologii. Mamy nazwę państwa, ale papież ma od nas dobro, honor, ciało, życie, duszę i wszystko, co mamy. Tak należy Niemców za nos wodzić i zamianą oszukiwać […] mieniąc się panami, staliśmy się sługami najchytrzejszych tyranów i mamy, co prawda, tytuł i herb cesarski, ale skarb, władzę, prawo i wolność posiada papież.8 Znalazł posłuch. Wykorzystując wynalazek druku i rozpowszechnioną już umiejętność czytania, stał się przywódcą wielkiego ruchu, formalnie nie posiadając żadnej władzy.

Wybuch, do którego doszło za naszą zachodnią granicą, musiał obrzucić Polskę odłamkami. Wieści krążą z ust do ust, a książki z rąk do rąk. Luter nazywał naukę, którą głosił, „teologią niemiecką” i początkowo w Polsce przyjmowali ją wyłącznie jego rodacy. Z tego, co wiemy, pierwszy aktywny zwolennik Lutra pojawił się w Gdańsku i to tam, gdzie pozornie najmniej można by się tego spodziewać – w zakonie dominikanów. Nazywał się Jakub Knade i prawdopodobnie głosił Ewangelię już w roku 1518. Niedługo później gdańscy marynarze dzielili się swoją wiarą z mieszkańcami Londynu.9 Do byłego dominikanina przyłączali się kolejni katoliccy kapłani – Bienewald, Bonfeld i inni. Gdy w roku 1523 biskup Drzewiecki próbował uwięzić Knadego, wywołał takie wzburzenie wśród mieszkańców, że sam uciekł z miasta.10 W Toruniu, gdzie również Niemcy przeważali, musiało być w roku 1520 wielu zwolenników reformy. Gdy wysłannik papieża chciał urządzić w tym mieście publiczne palenie portretu Lutra, doszło do tumultu.11

Król Zygmunt I zareagował szybko i zgodnie ze wskazówkami papieskich legatów. W roku 1520 zakazał sprowadzania do Polski pism Lutra pod karą konfiskaty dóbr i banicji. W roku 1523 kolejny edykt wprowadził za tę zbrodnię, podobnie jak za wyznawanie i szerzenie reformacyjnej nauki, karę śmierci.

cdn. 

Przypisy:
1www.newadvent.org/cathen/09114b.htm
2Heiko Oberman, „Marcin Luter, człowiek między Bogiem a diabłem”, Wydawnictwo Marabut, Gdańsk 1996, str.140 – 141.
3Walerian Krasiński, „Zarys dziejów reformacji w Polsce” t. I, Warszawa 1903, str.72.
4http://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_Luter
5Heiko Oberman, op. cit., str.129.
6Paul Johnson, “Historia chrześcijaństwa”, Wydawnictwo ATEXT, Gdańsk.1993, str.362 – 363.
7Heiko Oberman, op. cit., str.37.
8Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.16.
9Aleksander Brűckner, „Dzieje kultury polskiej” t. II, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, str.126.
10Wacław Urban, tamże.
11Janusz Tazbir, „Państwobez stosów”, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2009, str.34.

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut

PLN - Polski złoty
EUR
4,1597
USD
3,3374
GBP
4,6842
HUF
0,0134