W niemal sto lat po uchwaleniu pierwszej na świecie konstytucji Lysander Spooner w eseju Constitution of no authority logicznie wytłumaczył, że jako kontrakt pomiędzy ludźmi nie ma ona właściwie żadnego sensu. Tylko niewiele osób miało szansę wpłynąć na brzmienie tej „umowy”, zgodę na jej przestrzeganie wyraziło osobiście niewiele więcej osób, z których wszystkie dawno już przecież nie żyją. Dlaczego jakaś umowa miałaby zatem obowiązywać ludzi, którzy nie tylko jej nie podpisali, ale nawet nie żyli w czasach, kiedy ją stworzono?

W niemal sto lat po uchwaleniu pierwszej na świecie konstytucji Lysander Spooner w eseju Constitution of no authority logicznie wytłumaczył, że jako kontrakt pomiędzy ludźmi nie ma ona właściwie żadnego sensu. Tylko niewiele osób miało szansę wpłynąć na brzmienie tej „umowy”, zgodę na jej przestrzeganie wyraziło osobiście niewiele więcej osób, z których wszystkie dawno już przecież nie żyją. Dlaczego jakaś umowa miałaby zatem obowiązywać ludzi, którzy nie tylko jej nie podpisali, ale nawet nie żyli w czasach, kiedy ją stworzono?

 

Wszelkie konstytucje niedomagają i to nie tylko z takich „formalnych” powodów. Nawet jeśli założymy, że jako „umowa społeczna” konstytucja ma sens, gdyż inaczej nie da się zorganizować „ram współpracy społecznej” (co jest nieprawdą, gdyż – jak wykazał Hoppe – wszelką współpracę można oprzeć na logicznie spójnych i dobrowolnych umowach), to i tak musimy przyznać, że konstytucja w praktyce nie działa. W myśl ustawy zasadniczej zawsze istnieją rządzący i rządzeni, i choćby nie wiadomo jak mocno władza „ograniczała” sama siebie w teorii, to i tak w praktyce ostateczne słowo w interpretacji zapisów należy – rzecz jasna – do rządzących. Innymi słowy: wszelkie trybunały, sądy i rzecznicy to urzędnicy państwowi opłacani przez tych, którzy ściągają podatki. Jasnym jest więc, że na ogół nie będą podcinali gałęzi, na której siedzą. Nawet gdyby zechcieli, musieliby przecież po prostu zlikwidować źródło własnego finansowania i zrezygnować z funkcji. Dodatkowo (a może nawet przede wszystkim) konstytucja zawiera sprzeczne ze sobą zapisy, zaś owe sprzeczności logiczne to bynajmniej nie znoszące się wzajemnie czysto abstrakcyjne zdania, ale przyczyny „niedziałania” w praktyce prawa je zawierającego. Nie da się bowiem w rzeczywistości osiągnąć sprzecznych celów – logika jest nieodłączną częścią rzeczywistości, zaś prawo (jako równie integralna część, a zarazem regulator owej rzeczywistości) nie może być z kolei od logiki oderwane, jeśli ma skutecznie pełnić swoją rolę.

 

Przykładowo: artykuł dwudziesty pierwszy konstytucji RP zapewnia ochronę własności i prawo dziedziczenia. Jednocześnie artykuł osiemdziesiąty czwarty nakłada obowiązek płacenia podatków i „ponoszenia ciężarów” określonych w (odrębnej) ustawie. Oczywiste jest zatem, że te artykuły są ze sobą sprzeczne. Gdyby bowiem owa odrębna ustawa przewidywała podatek stuprocentowy od wszystkiego, nie istniałaby żadna własność, co narusza artykuł dwudziesty pierwszy ustawy zasadniczej. Ale dlaczego podatek stuprocentowy miałby prawo własności naruszać, a podatek pięćdziesięcioprocentowy już nie? Albo podatki są naruszeniem własności prywatnej, albo nie są. Jeśli niesą – pełne wywłaszczenie obywateli z majątku nie narusza konstytucji, który to pogląd jest ewidentnie sprzeczny z jej artykułem dwudziestym pierwszym. Jeśli zaś podatki są naruszeniem własności prywatnej – cały artykuł osiemdziesiąty czwarty należałoby wyciąć, a wszelkich „decydentów” z racji braku źródeł finansowania rozesłać do uczciwej roboty.

Zobacz też:  CORAZ BLIŻEJ MURU

 

Podobnych sprzeczności w konstytucji jest wiele, choćby zapewnienie o wolności obywateli z jednoczesnym nałożeniem obowiązku obrony kraju, co jest eufemistycznym określeniem zwykłego poboru do wojska (gdzie już człowiekowi pokażą, jak ta wolność wygląda w praktyce).

 

Nawet jeśli pozwolimy sobie przymknąć na to wszystko oczy i w dobrej wierze przyjąć konstytucję, powinniśmy jednak rozumieć, że gwarancją przestrzegania przyobiecanych praw i bezpieczeństwa może być tylko odpowiednie „nasycenie” społeczeństwa prywatną  bronią. Tylko posiadając broń i umiejętności jej użycia oraz mając uzbrojonych sąsiadów gotowych w razie czego bronić swoich domostw, jesteśmy w stanie oprzeć się czy to tyranii państwa własnego, czy napaści państw obcych.

 

Nie można na tym polu w żadnej mierze ufać organizacji państwowej. W rzeczy samej nie istnieje żadna inna forma organizacji działań jednostek, która uczyniłaby tyle zła, co organizacja przyjmująca formę państwa. Żadna firma, żadna fundacja, żaden kościół, stowarzyszenie czy zrzeszenie nie może się w tej kategorii równać z państwem nawet w minimalnym stopniu. Wszelkiego rodzaju państwa o różnorakich ustrojach, począwszy od komunistycznego, w samym dwudziestym wieku wymordowały prawdopodobnie więcej osób niż żyło na przestrzeni wszystkich wieków wcześniejszych. Nawet jeśli jakieś państwo chwilowo nie ma morderczych zamiarów, to i tak skala niekompetencji i braku odpowiedzialności urzędników państwowych jest porażająca. Istnieją na to niezliczone przykłady, o których z jakichś powodów na „forum publicznym” się milczy.

 

Czy można sobie na przykład wyobrazić, by jakaś prywatna organizacja latała po świecie samolotami, co rusz gubiąc tu i ówdzie uzbrojone bomby atomowe? Czy jakiś prywatny właściciel pościągałby dziesiątki statków do atolu Bikini tylko po to, aby zobaczyć, jak wybuchy nuklearne zatapiają je jeden po drugim, zamieniając rajskie wyspy w piekło? Czy ktoś potem przywiózłby tam, jakby nigdy nic, uprzednio wysiedlonych mieszkańców wysp, nie mówiąc im, że nie powinni raczej decydować się na dzieci? Czy jakaś prywatna organizacja testowała promieniowanie na własnych pracownikach, tak jak robiły to USA i ZSRR na własnych żołnierzach? Czy zdarzyło się komuś na przykład zbombardować miasto, w dodatku nie to, co trzeba? Albo wybić gości weselnych zamiast domniemanych terrorystów? A wszystko to przecież tylko nieliczne (choć może najbardziej znamienne) sytuacje, które – o zgrozo – naprawdę miały miejsce.

 

Kiedy 17 września Sowieci napadli na Polskę, zadając tym samym cios w plecy walczącemu z Niemcami Wojsku Polskiemu, rząd drugiej RP przekraczał właśnie granicę polsko-rumuńską, „ewakuując” się do Francji. Nie chodzi już nawet o to, że kapitan schodzi ze statku ostatni. Dlaczego jednak rząd polski, widząc przecież wcześniej, co się święci, nie zadbał o to, żeby każdemu mężczyźnie w kraju wręczyć broń? Niech się potem bronią, jak chcą, ale przynajmniej będą mieli czym. Podobnie nie mieli szans obronić się Francuzi, gdyż na rozkaz tkwili w okopach, podczas gdy Niemcy obeszli ich przez Belgię.

 

Musimy zatem polegać przede wszystkim na sobie. Kiedy więc „znów do murów klajstrem świeżym przylepiać zaczną obwieszczenia”, proponuję zachować się racjonalnie i zamiast „rżnąć karabinem w bruk ulicy”, raczej zabrać go po prostu do domu. I przekonać do tego innych.