„Gra w gęś” to określenie pewnej praktyki w komunistycznych Chinach mającej na celu ochronę biurokratów przed odpowiedzialnością za swoje czyny. Polega ona na przenoszeniu papierów z jednego ministerstwa do drugiego, od urzędnika do urzędnika, stemplowaniu wszystkiego to tu, to tam – aż do momentu, w którym nie da się ustalić, kto właściwie podjął daną decyzję. Czyż nie wystarczy przejść się do urzędu zdrowia, eufemistycznie zwanego przychodnią, żeby poczuć, jak „gra w gęś” sprawdza się u nas? Na jakikolwiek komentarz – na przykład na temat absurdalności papierów, które trzeba wypełniać – wszyscy pracownicy nieodmiennie kiwają głowami ze zrozumieniem, jednocześnie szybko dodając: „ja tego nie wymyśliłem!”. Podobnie jest w innych sferach życia, w których zwykły człowiek styka się z państwem (czyli w dzisiejszych czasach – niemal wszędzie).
Każdy może wybrać absurdy z własnego poletka – a to każą wymienić kasy fiskalne, bo „zmieniają się przepisy” (same się zmieniają?), a to małe przedszkole musi mieć w kuchni co najmniej trzy zlewy i dwie zmywarki (w tym jedną przemysłową, która jednakowoż zwykłych sztućców dobrze nie umyje), a to zatroskany policjant wlepi mandat za jazdę bez pasów na parkingu i tak dalej. Nikt tego nie wymyślił, wszystkim zainteresowanym jest równie ciężko i smutno z powodu, że to tak działa, no i oczywiście niczego nie da się zmienić. A podobno nie dalej jak w XIX wieku człowiek miał tak mało styczności z urzędnikami, że mógł właściwie nie wiedzieć, w jakim państwie żyje. Można było przejechać pół kontynentu bez pokazywania papierów, oraz bez wymieniania waluty, która – jak wiadomo – była wszędzie jednakowa, i to znacznie twardsza od współczesnego Euro. Ochrana – tajna policja cara rosyjskiego, prawdopodobnie największego despoty tamtych czasów, liczyła zaledwie kilka tysięcy funkcjonariuszy. „Quo vadis, świecie?” chciałoby się zapytać…

Zobacz też:  Moralność podatków

Jeśliby natomiast wyliczyć dziedziny życia, w których współczesny człowiek jest ubezwłasnowolniony, wyszłaby nam całkiem imponująca lista. Nie mamy na przykład żadnego wpływu na to, czego i czy w ogóle uczą się nasze dzieci w szkole. Każde ma zostać wychowane według państwowych wzorców i basta. Nie możemy na własną rękę kupić pewnych lekarstw, wybudować domu, ściąć drzewa, zjeść prawdziwych lodów, zacząć handlować na ulicy, „prowadzić działalności gospodarczej” i tak dalej. Weterynarzowi nie wolno leczyć świń bez świńskiej kartoteki, bez odpowiedniego świstka nie można zostać notariuszem, taksówkarzem czy kierowcą. Każdy zawód musi być sklasyfikowany, poważony i pomierzony. Każda działalność ujęta w ramy sztywnej biurokracji. Jeśli coś by uciekło kodyfikacji, to tylko dlatego, że urzędnicy nie nadążają za współczesnym światem. Musimy płacić vaty, zusy i pity, mówić urzędnikowi, ile zarabiamy, oraz obowiązkowo ubezpieczać się od wypadków i od utraty zdrowia, nawetjeśli wołami nie damy się zaciągnąć do szpitala. Jeśli zaś – mimo wszystko – jesteśmy pracodawcami, to nie wolno nam się dogadać z pracownikiem na temat ilości urlopu, godzin pracy czy planów na przyszłość. Nie wolno nam „dyskryminować” kandydatów, nawet jeśli ich wyraźnie nie lubimy, a na koniec, z pieniędzy, które wydamy na pracownika, dostanie on jedynie połowę i będzie wiecznie niezadowolony, słusznie twierdząc, że zarabia o tę połowę za mało.

Że podobnie źle się dzieje nawet w tradycyjnie liberalnych krajach, świadczy niedawny przypadek Włocha, który posłał pracowników na zasłużone wakacje, a sam cichaczem rozmontował własną fabrykę i „śrubka po śrubce” przewiózł ją do Polski. Nie wie biedaczyna, na co się pisze u nas. Chociaż z drugiej strony, może trafi na urzędników, którzy „dadzą mu żyć”. Bo i tacy podobno się zdarzają…