Strona główna Tagi Nauka

Tag: nauka

KREACJONIZM A TEORIA INTELIGENTNEGO PROJEKTU

"Acts & Facts" to miesięcznik wydawany w ponad 100 tysiącach egzemplarzy przez Institute for Creation Research w El Cajon, Kalifornia. W lipcowym numerze z tego roku dyrektor Instytutu dr John D. Morris omówił stosunek klasycznego kreacjonizmu, którego jest zwolennikiem, do modnej w ostatnich latach teorii inteligentnego projektu. Przypomniał na wstępie, że już w czasach Darwina popularne było pojęcie inteligentnego projektu. Używał go Sir Richard Paley, argumentując, że projekt wymaga projektanta. To Paley sformułował znany argument o zegarku znalezionym na wrzosowisku. Skoro jest to funkcjonujące urządzenie zbudowane z wielu współpracujących części i każda z tych części pełni jakąś cząstkową funkcję przyczyniającą się do realizacji funkcji całego zegarka, to nie może on być rezultatem działania pozbawionych myśli naturalnych przyczyn. Projekt widoczny w zegarku wymaga istnienia jakiegoś umysłu, inteligentnego projektanta, zegarmistrza. Paley uważał, że skoro tak łatwo uznajemy istnienie inteligentnego projektanta zegarka, to tym bardziej powinniśmy uznać istnienie inteligentnego projektanta przyrody ożywionej, gdyż organizmy żywe - rośliny i zwierzęta, nie mówiąc o człowieku - są dużo bardziej skomplikowane niż względnie prosty mechanizm zegarka. Paley sformułował ten argument kilka lat przed narodzinami Darwina, ale Darwin doskonale znał publikacje Paleya i przez wiele lat znajdował się pod ich urokiem. Ostatecznie jednak odrzucił je, uznając, że proces doboru naturalnego może bez udziału inteligencji stworzyć to, co nazywamy projektem. Niedostrzegalne drobne zmiany, przyczyniające się jednak do sukcesu organizmu w przetrwaniu i wydaniu potomstwa, miały się kumulować, tworząc widoczny dzisiaj projekt (dokładniej, na co zwrócił uwagę Richard Dawkins: pozór projektu). Dawkins nawiązał do Darwina i do Paleya w swojej głośnej książce "Ślepy zegarmistrz". Przekonywał w niej, że dzięki Darwinowi ateista dzisiaj nie musi się martwić argumentami typu Paleya, Darwin bowiem wyjaśnił, jak mogła powstać cała przyroda ożywiona bez najmniejszej ingerencji Boga. Dawkins jest znanym ateistą, ale jego książki mają niewątpliwie charakter religijny, propagują bowiem religię czy światopogląd naturalistyczny: rzeczywistość ma charakter materialny, nie istnieją żadne bóstwa, a skoro nie istnieją, to i nie mogą w świecie działać.

Istnieje oczywista różnica między naturalistami a kreacjonistami. Ci pierwsi uważają dzisiaj, że projekt jest skutkiem pojawiania się przypadkowych mutacji, z których dobór naturalny odsiewa te korzystne i usuwa niekorzystne. Kreacjoniści, których widzenie świata jest ukształtowane przez Biblię, twierdzą jednak, że widoczny w przyrodzie projekt jest skutkiem celowego działania rozumnego Stwórcy, o którym czytamy w Piśmie Świętym. Kreacjoniści twierdzą tak o projekcie od dawna, od setek lat, ale dzisiaj pojęcie inteligentnego projektu zostało przejęte w latach 90-tych przez tzw. Ruch Inteligentnego Projektu, Ruch ID. Należą do niego uczeni z różnych dziedzin nauki i wyznający rozmaite światopoglądy. Są wśród nich agnostycy, zwolennicy New Age, chrześcijanie, a nawet ewolucjoniści (tyle że niedarwinowscy). Zwolennicy teorii inteligentnego projektu twierdzą, że przypadkowe mutacje i dobór naturalny są w stanie utworzyć jedynie niewielkie zmiany w organizmach żywych, że widoczny w tych ostatnich projekt leży poza zasięgiem tych czysto przyrodniczych procesów. Uważają też, że wyjaśnianie przyrody tylko przy pomocy przyczyn naturalnych jest czymś w rodzaju religii bez Boga.

     Publikacje przedstawicieli teorii inteligentnego projektu mają ściśle świecki charakter: nie odwołują się nigdy do świętych ksiąg jakiejkolwiek religii i nigdy nie utożsamiają inteligentnego projektanta z Bogiem religii. Na temat tożsamości inteligentnegoprojektanta nie wypowiadają się, gdyż ustalenie tej tożsamości wymaga wyjścia poza rozważania naukowe. Niektórzy z nich, posiłkując się filozofią lub teologią, ujawniają, kogo rozumieją pod nazwą "inteligentny projektant", ale ich odpowiedzi są różne. Może to być Bóg, ale także jakaś inteligentna siła przenikająca Wszechświat, obce cywilizacje kosmiczne, a nawet podróżnicy w czasie. Trzeba jednak pamiętać, że gdy takie odpowiedzi słyszymy, to nie są one wygłaszane na terenie teorii inteligentnego projektu. Ta ostatnia wg zgodnej opinii jej zwolenników jest zbyt słaba, by ustalić tożsamość inteligentnego projektanta.

Zwolennicy teorii inteligentnego projektu (ID) uważają, że ich koncepcja lepiej odpowiada znanym faktom przyrodniczym i jako taka powinna być w jakimś stopniu obecna w szkołach. Trzeba jednak pamiętać, że główny ośrodek Ruchu Inteligentnego Projektu, tzw. Discovery Institute w Seattle, w stanie Oregon, nie zaleca wprowadzania do szkół publicznych nauczania tej teorii. Jednak niektóre rady szkolne w Ameryce próbowały umieścić w podręcznikach wzmiankę o istnieniu tej teorii. Spotkało się to z olbrzymią kampanią propagandową mass mediów amerykańskich, opanowanych tak jak w Polsce przez siły lewicowe, laickie i ateistyczne. Kampania ta miała głównie charakter dezinformujący - oskarżano teorię ID o ukryte propagowanie biblijnego kreacjonizmu, a nawet o utożsamianie inteligentnego projektanta z Bogiem. W dzisiejszych czasach siła mediów jest decydująca i zakazano w podręcznikach szkolnych nawet wymieniania teorii inteligentnego projektu. Wolność edukacyjna w Ameryce polega na tym, że uczniowie mogą uczyć się tylko o teorii ewolucji w jej darwinowskim (naturalistycznym) wydaniu.

Dr John D. Morris uważa, że teoria inteligentnego projektu ma wiele zalet, głównie to, że podkreśla pozanaukowy (światopoglądowo-filozoficzny, religijny) charakter współczesnego darwinowskiego ewolucjonizmu. Ma jednak też duże wady, których tradycyjny kreacjonizm jest pozbawiony. Podstawową wadą jest obywanie się bez nauczania biblijnego. Biblia odpowiada na ważne pytania dotyczące życia człowieka, sensu życia, celu życia. Na te same pytania odpowiada naturalizm, tylko inaczej. Ale teoria inteligentnego projektu w tych sprawach milczy. Nie oddaje ona też należnego Bogu hołdu za Jego dzieło, nie próbując zidentyfikować inteligentnego projektanta, o którym mówi. Kreacjonizm nie tylko demaskuje religijny charakter współczesnego ateistycznego ewolucjonizmu, jak to robi teoria inteligentnego projektu, nie tylko jest zainteresowany jak ta teoria w uprawianiu dobrej nauki, ale także troszczy się o właściwe zrozumienie relacji między przyrodą i jej Stwórcą, między człowiekiem i jego Zbawcą. Wszyscy kreacjoniści wierzą w istnienie inteligentnego projektu w przyrodzie, ale nie wszyscy zwolennicy teorii ID wierzą w Boga. Niektórzy nawet Jego istnienie odrzucają - istnieje na przykład ateistyczna quasi-religijna sekta raelian, utożsamiająca inteligentnego projektanta z jakąś cywilizacją kosmiczną. Ruch ID, ściśle rzecz biorąc, nie ma chrześcijańskiego charakteru, dlatego biblijni kreacjoniści, choć popierają wiele twierdzeń tego ruchu, nie mogą się do niego organizacyjnie przyłączyć.

(John D. Morris, "Intelligent Design: Strenghts, Weaknesses, and the Differences", Acts & Facts July 2007, vol. 36, No. 7, s. 1-2)

 

OD REDAKCJI
Stanowisko kreacjonistów reprezentowanych przez dr. Johna D. Morrisa smuci nas i dziwi. To, co dr Morris wytyka jako wadę ID ("obywanie się bez nauczania biblijnego"), uznajemy za ogromną zaletę całkowicie zgodną z wolą Boga Biblii. Naukowcy Ruchu Inteligentnego Projektu potwierdzają jeden z celów stworzenia - objawienie światu cech Projektanta:

Ponieważ to, co o Bogu wiedzieć można, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na swoją obronę, Rzym. 1:19-20
Zgoda, że zwolennicy ID nie realizują tego celu do końca - zatrzymują się tylko na fakcie istnienia Projektanta i na Jego wielkiej inteligencji. W drodze do Jego dalszego zidentyfikowania pozostawiają człowieka samego. Ale przecież nauki przyrodnicze nie mają za zadanie opisywanie Boga!

Kolejny argument za wspieraniem przez chrześcijan wysiłków naukowców ID wypływa z naszego kontekstu kulturowego. Upadek cywilizacji osiągnął już tak niski poziom, że w kręgach naukowych wszelka wzmianka o Bogu skazuje badacza na miano oszołoma i ostracyzm środowiska (przykład Profesora Macieja Giertycha). W Biblii wzywani jesteśmy do roztropności:

Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice. Mat. 10:16

W środowisku postępowych wilków tylko pochwalić należy podejście, które wytrąca im ich główny oręż w walce z biblijnym chrześcijaństwem. Walczą z nami za pomocą tępego cepa: wzmianka o Bogu = przesąd, zabobon, legenda bez najmniejszego związku z podejściem naukowym. Jeśli więc bez używania pojęcia Boga i Biblii uda się na gruncie tylko naturalistycznie pojmowanej nauki wskazać na konieczność istnienia Stwórcy (przed czym właśnie drżą nasi prawdziwi wrogowie), to skaczmy z radości!!! Wspomagajmy takie działania i wysiłki - co oczywiście nie oznacza, że jako chrześcijanie nie mamy iść dalej i nie wskazywać na wszystkie cnoty i dzieła naszego Boga.

Prosimy o praktyczną refleksję - w jakim środowisku łatwiej głosić ewangelię Boga Stwórcy i Zbawiciela: w przekonanym głęboko o naturalistycznym pochodzeniu świata, życia i człowieka czy w przekonanym o istnieniu nieznanego Projektanta?

Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Mar. 9:40 (BT)


ROLA ODCHODÓW DINOZAURA W SPORZE EWOLUCJONIZM-KREACJONIZM

Według ewolucjonistów dinozaury wymarły ok. 65 mln lat temu. Trawa zaś miała wyewoluować ok. 55 milionów lat temu, czyli 10 mln lat po wymarciu dinozaurów. Kreacjoniści twierdzą natomiast, że świat jest młody, że zarówno dinozaury, jak i trawa (oraz inne typy organizmów żywych) zostały stworzone w ciągu pierwszego tygodnia istnienia świata. Istnieje więc prosty sposób sprawdzenia, która z tych koncepcji jest słuszna. Trzeba mianowicie sprawdzić, czy w warstwach geologicznych, w których znajdują się skamieniałe szczątki dinozaurów, są też ślady traw.

Jak wiadomo, zapis kopalny nie ma chaotycznego charakteru. Skamieniałości pewnych organizmów znajdują się tylko w niektórych warstwach, a w innych ich nie ma. Ewolucjoniści zapis kopalny traktują jako zapis historii: warstwy geologiczne miały powstawać w ciągu wielu milionów lat, więc obecność lub nieobecność sfosylizowanych szczątków zwierząt czy roślin świadczy, ich zdaniem, o istnieniu bądź nieistnieniu tych organizmów w epokach odpowiadających owym warstwom.

Kreacjoniści, zgadzając się co do wyglądu zapisu kopalnego, przyjmują odmienny mechanizm powstawania zapisu kopalnego (ściślej: dużej części zapisu kopalnego). Głoszą tzw. geologię Potopu. Według niej warstwy geologiczne nie powstawały stopniowo w długich okresach czasu, ale są skutkiem olbrzymiej katastrofy wodnej, o której informacje zachowały się w mitach wielu ludów na całym świecie, a przede wszystkim w Księdze Rodzaju. Olbrzymie ilości wody sortowały materiał osadowy, w tym także ciała zwierząt i roślin, w postaci warstw geologicznych. Powstały więc one we względnie krótkim czasie. To dlatego, mówią kreacjoniści, szczątki ssaków znajdują się wyżej niż na przykład szczątki dinozaurów, gdyż ssaki były bardziej ruchliwe i potrafiły w pierwszych fazach Potopu chronić się na wyżej położone tereny.

Brak traw w warstwach, w których znajdowano skamieniałości dinozaurów, stanowił jednak mocny argument na rzecz ewolucyjnej wielomilionowej skali, a przeciwko wizji kreacjonistycznej opartej na geologii Potopu. Dlaczego - pytali ewolucjoniści - szczątki traw znajduje się w warstwach wyższych niż te, w których są dinozaury? Przecież trawy nie miały nóg, by uciekać przed podnoszącą się falą powodziową? Przez wiele lat był to trudny problem dla kreacjonistów. Biblia bowiem opisuje Potop Noego, ale bez szczegółów, które umożliwiłyby udzielenie odpowiedzi na wszystkie pytania. Ostatecznie przecież Biblia nie jest podręcznikiem geologii.

Niedawno jednak w Indiach odkryto trawę w skamieniałych odchodach dinozaurów. Odchody te znajdowały się w pobliżu szczątków tytanozaura, dinozaura należącego do grupy zauropodów, czyli dużych dinozaurów roślinnych (V. Prasad, C. Strömberg, H. Alimohammadian, and A. Sahni, Dinosaur coprolites and the early evolution of grasses and graziers, "Science" 18 November 2005, vol. 310, No. 5751, s. 1177-1180). Jest to dla ewolucjonistów zdumiewające odkrycie: jak dinozaury mogły żywić się czymś, co jeszcze nie wyewoluowało? Było to tym bardziej zdumiewające, że w odchodach tych znaleziono co najmniej pięć rodzajów traw, czyli mówiąc z perspektywy ewolucjonistycznej, nastąpiła już ich ewolucyjna dywersyfikacja. Niektóre z tych rodzajów trawy są takie jak istniejące dzisiaj.

Autor omawianego artykułu konkluduje, że wielomilionowe epoki, o których mówią ewolucjoniści, istnieją tylko w ich wyobraźni. Fakt, iż pewnych skamieniałości nie znajduje się w niektórych warstwach, nie znaczy, że zwierzęta czy rośliny nie istniały obok siebie. Po prostu albo jeszcze tych skamieniałości nie odkryliśmy, albo wzburzone wody Potopu spowodowały, że nie ma ich w niektórych warstwach. Argument ewolucjonistyczny okazał się mniej warty niż odchody dinozaura.

(Tas Walker, Dino dung overturn objection, "Creation" September-November  2007, vol. 29, No. 4, s. 35)


O informacji genetycznej i pochodzeniu życia

O INFORMACJI GENETYCZNEJ I POCHODZENIU ŻYCIA

Podpis w komórce - okładkaZaczęło się 10 lutego 1985 roku. Tego dnia w Dallas, gdzie pracował jako geofizyk, odbywała się debata o pochodzeniu życia z udziałem znakomitych naukowców, ekspertów w tej dziedzinie. O konferencji dowiedział się trochę przypadkowo i nie mógł wtedy nawet przypuszczać, jak wielką zmianę spowoduje ona w jego życiu. Stephen C. Meyer przysłuchiwał się dyskusji jako widz. Ku jego zaskoczeniu wszyscy debatujący naukowcy przyznawali, że nie mają żadnej dobrej teorii wyjaśniającej pochodzenie życia. Nie byli w stanie przedstawić żadnego zadowalającego scenariusza ewolucji chemicznej, a najważniejszą przeszkodą był według nich DNA – nośnik informacji genetycznej.

Wśród dyskutujących ekspertów byli także Charles Thaxton, Walter Bradley i Roger Olsen, autorzy książki „The Mystery of Life’s Origin” („Tajemnica pochodzenia życia”), w której zasugerowali, że skoro inne próby wyjaśnienia genezy życia zawiodły, to może należy rozważyć, czy w tym wydarzeniu kluczowej roli nie odegrała jakaś inteligentna przyczyna.


Zabrzmiało to jak powrót starego argumentu z projektu, jednak tym razem jego podstawą było nie wspaniałe przystosowanie struktur biologicznych do pełnienia ich funkcji, lecz sam fakt istnienia w żywych organizmach informacji biologicznej, zakodowanej w specyficznych sekwencjach nukleotydów w cząsteczkach DNA. Jak stwierdził Meyer, naukowcy natrafili na „co najmniej jeden przejaw projektu w biologii, który nie może być, póki co, zadowalająco wyjaśniony przez dobór naturalny ani jakikolwiek inny czysto naturalny mechanizm”1. Jego zdaniem należy zweryfikować powstałe po 1859 roku wrażenie, że Darwin obalił argument z projektu, że pokazał „projekt bez projektanta”, jak to określił Francisco Ayala2.

W wypowiedziach wielu ewolucjonistów ujawnia się przekonanie, że projekt, który widać w przyrodzie, nie jest prawdziwym projektem. Tak też traktują oni kod genetyczny i informację biologiczną. Chociaż wszystkie inne rodzaje informacji, jakie znamy, powstają najpierw w umyśle inteligentnego twórcy, jest teoretycznie możliwe, że informacja przechowywana w DNA powstała w inny sposób, bez udziału świadomego projektanta. Jednak na jakiej podstawie może być zbudowane takie przekonanie?

Otóż ewolucjoniści uważają, że natura potrafi naśladować działanie inteligencji, a przykładem, który to potwierdza, ma być dobór naturalny działający jak świadoma selektywna hodowla, chociaż w rzeczywistości jest ślepy i niekierowany. To jest przesłanka, na której zbudowano przekonanie, że przyroda może stworzyć informację.

Meyer przyznaje, że w nauce zdarzają się przypadki, kiedy ludzkie postrzeganie wprowadza w błąd – np. kontynenty wydają się nieruchome – dlatego możliwe jest, że naukowi materialiści mają rację w sprawie informacji zawartej w DNA. Jest to jednak mimo wszystko dziwne, że przy tak słabych przesłankach na rzecz naturalistycznego wyjaśnienia obecności informacji biologicznej, tak łatwo wielu naukowców lekceważy w tej sprawie intuicję. „Biologowie muszą przez cały czas mieć na uwadze, że to, co widzą, nie zostało zaprojektowane, lecz raczej wyewoluowało" – to zdanie Francisa Cricka3 pokazuje, że u podstaw przekonania o czysto naturalnym pochodzeniu DNA leży nie obserwacja, lecz raczej wstępne założenie, że nie może być inaczej.

Stephen C. Meyer przez wiele lat zajmował się poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, skąd się wzięła informacja biologiczna, jak powstała. Badania doprowadziły go do wniosku, że wyjaśnieniem, które najlepiej odpowiada temu, co dzisiaj wiemy, jest odwołanie się do działania inteligentnej przyczyny.

Meyer uznał, że argument, który jego samego przekonał do teorii inteligentnego projektu, powinien zostać przedstawiony w formie „jednego długiego wywodu” (analogicznie do sposobu, w jaki Darwin przedstawił teorię ewolucji).   I chociaż wcześniej wiele pisał już na ten temat, postanowił, że argument ten zasługuje na całościowe opracowanie w postaci książki. Zatytułował ją „Podpis w komórce”, co sugeruje, że informacja genetyczna jest swego rodzaju podpisem, jaki Twórca życia zostawił w swoim dziele.

Jako że Meyer chciał dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, nie tylko do naukowego audytorium, książka ta przedstawia nową koncepcję na tle historycznego rozwoju poglądów na temat pochodzenia życia oraz na tle osobistej drogi autora, jaką przebył, by ostatecznie ukształtowały się jego własne przekonania.

* Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009
1. tamże, s. 12
2. tamże, s. 9
3. tamże, s. 20

Proste jak budowa komórki

PROSTE JAK BUDOWA KOMÓRKI

Podpis w komórce - okładka

Drugi rozdział książki „Podpis w komórce” Stephen Meyer poświęcił omówieniu wczesnych teorii ewolucji chemicznej, jakie pojawiały się od 1828 roku, kiedy to Friedrich Wöhler przeprowadził słynną reakcję syntezy mocznika, do roku 1953, gdy Watson i Crick przedstawili swój model złożonej struktury cząsteczki DNA.

Przy dzisiejszym stanie wiedzy o budowie i funkcjonowaniu komórki teorie te wydają się śmieszne, jednak w czasie, gdy powstawały, uważano je za poważne naukowe koncepcje.

W roku 1859 Charles Darwin opublikował swoją najsłynniejszą książkę „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego”. Przedstawił w niej teorię dotyczącą wyłaniania się, począwszy od wspólnego przodka, różnorodnych form żywych organizmów. Nie podjął się jednak wyjaśnienia, skąd wziął się ów pierwszy wspólny przodek: „Jego teoria zakłada raczej, niż tłumaczy powstanie pierwszego życia” (s. 35). To, z jaką łatwością naukowcy uznali w tamtym czasie, że teoria Darwina podważyła koncepcję projektu w biologii, mimo iż nie przedstawiła wiarygodnej propozycji wyjaśnienia genezy życia, było dla Meyera zadziwiające: „Jeśli naukowcy nie mieli wówczas uszczegółowionych wyjaśnień dotyczących tego, jak w ogóle powstało życie, to skąd wiedzieli, że projekt […] nie odegrał żadnej roli w tym szczególnym wydarzeniu?” (s. 35-36).


Część odpowiedzi na to pytanie daje pewne wcześniejsze odkrycie z 1828 roku. Eksperyment ten właściwie udał się „niechcący”. Dziewiętnastowieczny chemik, Friedrich Wöhler, nie planował bowiem zsyntetyzowania żadnego związku organicznego. W ramach swoich badań naukowych sprawdzał jedynie, czy w wyniku ogrzewania cyjanianu amonu (NH4NCO) wydzieli się cyjanek. Nie wydzielił się, za to nieorganiczny związek, jakim jest cyjanian amonu, pod wpływem wysokiej temperatury przekształcił się w mocznik (CO(NH2)2), substancję bez wątpienia organiczną.

Doniosłość tego eksperymentu polegała na tym, że wymusił on konieczność zweryfikowania wcześniejszych poglądów, według których związki organiczne i nieorganiczne uważano za dwa rodzaje materii, między którymi istnieje nieprzekraczalna granica. Potraktowano tę reakcję jako świadectwo przeciwko witalizmowi, to jest poglądowi filozoficznemu mówiącemu, że w tym, co żywe, obecne są pewne niematerialne „siły witalne”. Eksperyment Wöhlera zaczęto traktować jako uzasadnienie poglądów, że życie nie jest niczym więcej, jak tylko oddziaływaniem materii i energii w specyficzny sposób, bez udziału jakichkolwiek nadprzyrodzonych czynników. Był więc wzmocnieniem dla materialistycznej wizji świata.

Do początku lat 60. XIX wieku jako naturalistyczne wyjaśnienie pojawienia się życia przyjmowano tak zwaną teorię samorództwa, czyli pogląd, że życie może powstawać spontanicznie z martwej materii. Koncepcję tę miały potwierdzać fakty takie, jak na przykład pojawianie się pleśni na resztkach pożywienia. Jednak ostatecznie Louis Pasteur eksperymentalnie wykazał, że za podobne zjawiska odpowiedzialne są mikroorganizmy, które unoszą się w powietrzu wraz z kurzem. Jeśli osiądą na podłożu sprzyjającym ich rozwojowi, jedynie namnażają się w nim, a nie tworzą. Okazało się, że nauka nie dysponuje żadnymi obserwacjami, z których wynikałoby, że życie może powstawać spontanicznie. Mimo to pojawiły się kolejne teorie proponujące wyjaśnienia, jak mogłoby do tego dojść.

Pod koniec lat 60. XIX wieku Thomas Henry Huxley i Ernst Haeckel zaczęli rozwijać teorie protoplazmatyczne. Opierali się na wcześniejszych odkryciach, w których naukowcy ustalili, że komórki zarówno roślin, jak i zwierząt zawierają bliżej nieokreśloną, bogatą w azot substancję warunkującą ich przeżycie, którą nazwali protoplazmą. Huxley i Haeckel zakładali, że do jej utworzenia prowadzą proste reakcje chemiczne w połączeniu z prostymi właściwościami krystalizacji. Można tutaj znaleźć drugą część odpowiedzi na wspomniane pytanie Meyera. Ich schematy powstawania życia brzmiały wiarygodnie, ponieważ panowało wówczas przekonanie, że życie w ogóle jest proste – że żywa komórka to tylko mały kawałek czegoś w rodzaju galaretki – i nie wymaga skomplikowanych wyjaśnień. Żaden dostępny w tamtym czasie sprzęt badawczy nie umożliwiał uczonym zobaczenia, co naprawdę kryje wnętrze komórki.

Jednak pod koniec XIX wieku, dzięki odkryciu enzymów i ich ważnej roli w procesach życiowych, zaczęto postrzegać komórkę jako „wysoce złożony układ zintegrowanych reakcji chemicznych” (s. 47). Minęło ponad dwadzieścia lat, zanim pojawiła się nowa teoria.
Zaproponował ją rosyjski uczony Aleksandr Oparin. W jego teorii pojawił się element „długiego okresu czasu”, ponieważ uważał, że przy tak wysokim stopniu złożoności życia, jego powstanie musiało być długotrwałym procesem. Swój scenariusz pojawienia się życia podzielił na dwa etapy. W pierwszym kolejne kroki prowadzą do powstania białek. W drugim - białka i inne związki organiczne zostają zamknięte w sferycznych strukturach, zwanych koacerwatami. W ich wnętrzu rozwija się coś na kształt prymitywnego metabolizmu. Pojawia się między nimi konkurencja o pewne związki chemiczne z otoczenia – zaczerpnięta z teorii Darwina koncepcja walki o byt. To prowadzi do wykształcenia się coraz efektywniejszych metabolizmów, a w końcu powstaje pierwsza żywa komórka.

Następnie pojawiło się, jak mogło się wydawać, eksperymentalne potwierdzenie tej teorii, w postaci eksperymentu Millera-Ureya, którego wyniki opublikowano w 1953 roku. Była to symulacja powstawania cząsteczek biologicznych z mieszaniny gazów atmosferycznych – przy założeniu pewnego, innego niż dzisiejszy, składu atmosfery. I rzeczywiście – obok mieszaniny toksycznych substancji pojawiły się również niektóre aminokwasy, z których część była nawet lewoskrętna, a więc potencjalnie nadająca się do budowy żywych komórek. W kręgach naukowych naturalistów spowodowało to euforię, że historia ewolucji została dopełniona.

Jednak Meyer kończy ten rozdział stwierdzeniem, że problem genezy życia wydawał się rozwiązany tylko tak długo, aż nie zaczęto „rozważać innego doniosłego odkrycia 1953 roku” (s. 57). Ma tutaj na myśli odkrycie struktury DNA i jego roli jako nośnika informacji genetycznej. Kwestia powstania precyzyjnych instrukcji potrzebnych do budowy białek, zapisanych w DNA za pomocą kodu genetycznego, wpisuje się w znany z historii schemat, gdy kolejne odkrycia sprawiały, że materialistyczne wyjaśnienie genezy życia stawało się coraz trudniejsze.

* na podstawie książki Stephena C. Meyera „Podpis w komórce” (Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 33-57;wszystkie cytaty pochodzą z tej książki)

DNA – struktura cząsteczki dziedziczności*

Ten i inne teksty kreacjonistyczne znajdą Państwo w książce "Idź Pod Prąd w sporze ewolucjonizm-kreacjonizm". Małgorzata Gazda „DNA i jego charakterystyczny kształt podwójnej helisy to już...

MATEMATYCZNA NATURA WSZECHŚWIATA – ŚLAD AKTYWNOŚCI STWÓRCZEJ

Niektórzy z nas na wspomnienie matematyki czują gęsią skórkę. To przedmiot, którego nienawidziliśmy w szkole, bo był trudny do nauczenia się i mało zrozumiały. Ale matematycy widzą swoją dyscyplinę jako piękną i głęboko sensowną. Okazuje się, że matematyka ma też znaczenie dla chrześcijan. Spróbuję to teraz wyjaśnić.

Od abstrakcji do rzeczywistości

Wydawałoby się, że matematycy wymyślają wysoce teoretyczne i niezwykle abstrakcyjne idee, które mają niewielki związek z rzeczywistością fizyczną, jaką poznajemy zmysłami. Ale to nieprawda. Zobaczmy to na przykładach.

Apoloniusz z Pergi, grecki matematyk i astronom żyjący w III wieku p.n.e., badał krzywe zwane przekrojami stożkowymi. On sam uważał, że prowadził te badania nie po to, by je później praktycznie wykorzystać, ale dla nich samych. Przyjmował więc ideał wiedzy dla wiedzy. Wprawdzie jakieś praktyczne zastosowania dla swych badań widział, ale nie zdawał sobie sprawy, że 2 tysiące lat później będzie się ich używać do precyzyjnego opisu ruchów ciał niebieskich w Układzie Słonecznym.

Znany i ceniony do dzisiaj filozof Rene Descartes, zwany Kartezjuszem (nawiasem mówiąc to on wymyślił powiedzenie "myślę, więc jestem"), stworzył pojęcie układu współrzędnych w geometrii, który umożliwił matematykom prowadzenie wyliczeń w wielu hipotetycznych wymiarach oprócz tych trzech, które znamy z codziennego życia. Z pewnością nie miał zielonego pojęcia, że pewnego dnia użyje się geometrii sześciowymiarowej do opisania słynnego tańca pszczół, przy pomocy którego informują one swoje towarzyszki, gdzie znalazły pożywienie. [1] Ponieważ tej samej geometrii sześciowymiarowej używa się do opisu kwarków, Barbara Shipman, która przy pomocy tego rodzaju geometrii precyzyjnie opisała wspomniany taniec pszczół, przypuszczała, że pszczoły mają jakiś ukryty dla nas kontakt z kwarkami.

Jak może pamiętamy ze szkoły, kwadraty liczb zarówno dodatnich, jak i ujemnych, są zawsze dodatnie. A więc pierwiastek kwadratowy można wyciągać tylko z liczb dodatnich. Trzysta lat temu matematycy Euler i Gauss przyjęli jednak matematycznie absurdalny pomysł, żeby można było wyciągać pierwiastek kwadratowy także z liczb ujemnych. Okazuje się dzisiaj, że przy pomocy tych pierwiastków, czyli tzw. liczb urojonych, [2] wyraża się najbardziej podstawowe prawa fizyki, która powstała dopiero w XX wieku - mechaniki kwantowej.

Cud matematyki

Jak to się więc dzieje, że nawet czysta matematyka, rozwijana, badana i rozszerzana przez stulecia bez żadnego widocznego związku z rzeczywistością, czasami okazuje się wcale nie być abstrakcyjna, tylko stanowi część naszego bardzo przecież realnego i bardzo konkretnego Wszechświata?

Niektórzy uznali, że to zwykły przypadek. Znana jest metafora "szalonego krawca" sformułowana przez Stanisława Lema, polskiego pisarza science fiction, który jednak pisał także felietony, a nawet książki niebeletrystyczne. Lem był zafascynowany rolą przypadku w świecie (podobnie jak wszyscy darwinowscy ewolucjoniści). Pracę matematyka przyrównał do pracy "szalonego krawca, który szyje wszelkie możliwe ubrania, nie wie, dla kogo, nie myśli o tym. (...) Tak jak on, działa matematyka. Buduje ona struktury, ale nie wiadomo czyje. Modele doskonałe (tj. doskonale ścisłe), lecz matematyk nie wie, czego to są modele. Nie interesuje go to. Robi to, co robi, ponieważ taka działalność okazała się możliwa". [3] Fizyk zaś przegląda uszyte ubrania i dobiera sobie takie, których potrzebuje. Gdyby rzeczywiście tak było, to wykrycie takiej teorii matematycznej, która pasuje do świata, byłoby czystym przypadkiem i teorie takie pasowałyby do świata w różnych stopniach dokładności, bo przecież tworząc te teorie, matematycy nie byli skrępowani realną rzeczywistością świata.

W świetle tego, o czym pisał Eugene Wigner, jeden z bardziej znanych fizyków, metafora "szalonego krawca" jest błędna. Oczywiście jest tak, przynajmniej do pewnego czasu, że nowe teorie matematyczne nie są stosowane przez fizyków. Ale w artykule "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych" Wigner zwraca uwagę, że gdy już jakąś teorię matematyczną fizycy stosują, to sprawdza się ona z niezwykłą dokładnością. Teorie są dokładniejsze niż dane empiryczne. I nie jest to zasługa tego, że przy tworzeniu owych teorii wprowadzano do nich jakieś precyzyjne dane wzięte z obserwacji. Dane takie odgrywają drugorzędną rolę, a mimo to teorie matematyczne prowadzą z olbrzymią dokładnością do sprawdzalnych danych.

Wigner nazwał to zjawisko "cudem matematyki". Uznał on, że "przedziwna skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych jest czymś graniczącym z tajemnicą i że nie ma dla niej żadnego racjonalnego wyjaśnienia." A pod koniec artykułu zauważył: "Stosowność języka matematyki do formułowania praw fizyki jest cudownym darem, którego ani nie rozumiemy, ani nań nie zasługujemy." [4]

Nauki przyrodnicze nie są same w stanie wyjaśnić, dlaczego pod powierzchnią rzeczywistości, jaka nas otacza, znajdujemy taki piękny, uporządkowany matematyczny fundament. To zdumiewający fakt, którego uczeni nie potrafią wyjaśnić, chociaż wielu z nich to próbowało zrobić. Pozostaje on fundamentalną tajemnicą nauki.

Artykuł Wignera wywołał ożywioną dyskusję. Na uwagę zasługuje opinia Maxa Tegmarka, profesora w Massachusetts Institute of Technology, według którego świat fizyczny jest w pełni matematyczny, izomorficzny z jakąś strukturą matematyczną i to właśnie tę strukturę stopniowo poznajemy. Teorie fizykalne odnoszą sukces, ponieważ proste struktury matematyczne mogą dostarczać dobrych przybliżeń niektórych aspektów bardziej złożonych struktur matematycznych. Innymi słowy, teorie fizykalne to nie są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie świata fizycznego, ale to są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie innych struktur matematycznych.[5]

Ślady Stwórcy

Pismo Święte mówi nam, że wiele zdumiewających cech Boga można wykryć w cudach Jego stworzenia (Rzym. 1:20). Gdy patrzymy na przepastny ogrom wspaniałego Wszechświata i na niezwykle skomplikowaną strukturę maleńkiego atomu, nie jesteśmy w stanie oprzeć się zdumieniu stwórczą mocą Wszechmogącego. Jego moc widoczna jest we wszystkich dziedzinach nauki, jak biologia, chemia i fizyka - gdzie umysł nasz odnajduje nie tylko ślady wielkiego Stwórcy, ale także pewne cechy Jego osobowości.

Jest to prawda nie tylko, jeśli chodzi o fizykę czy astronomię, ale przede wszystkim - matematykę. Matematyka ujawnia cudowną moc stwórczą Boga w zadziwiający sposób, który dla wielu może stanowić źródło natchnienia. Przyjrzyjmy się zegarkowi. Przy pierwszym wejrzeniu może nas zdumieć regularność jego tykania, wyznaczającego sekundy, minuty i godziny. Ale gdy zdejmiemy wieczko i zajrzymy do środka, nasze zdumienie rośnie, bo widzimy skomplikowane, ale precyzyjne współdziałanie wielu kółeczek, sprężyn i przekładni. Jesteśmy pod wrażeniem pomysłowości projektu i ukrytej za nim inteligencji. Podobnie jest z matematyką. Matematyka jest narzędziem pozwalającym "zdjąć wieczko" Wszechświata i ujrzeć głębszy poziom porządku, precyzji i pomysłowości - czyli właśnie to, czego oczekiwalibyśmy od Wszechświata zaprojektowanego przez Stwórcę o najwyższej inteligencji.

Wielka Księga

Galileusz, znany astronom włoski, w traktacie Il Saggiatore (Waga probiercza) z 1623 roku opisał Wszechświat jako "wielką księgę", która "stale jest otwarta przed naszym wzrokiem, ale której nie można zrozumieć, jeśli wcześniej nie poznamy języka i nie rozpoznamy liter, przy pomocy których została napisana. A napisano ją językiem matematyki".

Dla ateisty czy agnostyka może to stanowić nierozwiązywalną zagadkę. Ale dla wierzących w logicznego, racjonalnego, wszechwiedzącego i wszechmocnego Stwórcę jest to zgodne z oczekiwaniem. W najważniejszej "wielkiej księdze", w Piśmie Świętym, czytamy, że Wszechmocny ustalił "prawa nieba i ziemi" (Jer. 33:25). Teraz widzimy, że wiele z tych praw zostało napisanych językiem matematyki. William Lane Craig, filozof i teolog chrześcijański, wyraził to tak: "Bóg stworzył Wszechświat według struktury matematycznej, jaką miał w umyśle". [6]

Kiedy patrzymy oczyma żywej wiary, każdy aspekt dzieł rąk Bożych będzie wskazywał na chwałę i majestat naszego Stwórcy. Matematyka nie jest suchym i pozbawionym emocji przedmiotem, jak wielu sądzi. Jest ona raczej pięknym narzędziem, przy pomocy którego możemy przybliżyć się do Boskiego umysłu.

[email protected]
creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
(Wallace Smith, "Our Mathematical Universe", Tomorrow's World, July-August 2013, s. 20-21.)

Przypisy:
[1] Adam Frank, "Quantum Honeybees. How could bees of little brain come up with anything as complex as a dance language?", Discover, Saturday, November 01, 1997, http://tiny.pl/hbr5h.
[2] Liczby urojone zostały wprowadzone przez Girolamo Cardano jeszcze w XVI wieku, a nazwę nadał im Kartezjusz w 1637 roku. Zostały zaakceptowane  dopiero dzięki pracom Eulera i Gaussa.
[3] Stanisław Lem, Summa technologiae, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1984, s. 146.
[4] Eugene P. Wigner, "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych", Zagadnienia Filozoficzne w Nauce 1991, XIII, s. 5-18, http://tiny.pl/hbrf3 (oryginał: "The Unreasonable Effectiveness of Mathematics in the Natural Sciences", Communications in Pure and Applied Mathematics, February 1960, vol. 13, no. 1 , ss. 1-14, http://tiny.pl/hbwlx).
[5] Max Tegmark, "The Mathematical Universe", Foundations of Physics 2007, vol. 38, no. 2, s. 101-150, http://tiny.pl/hbwlm.
[6] "God and the Applicability of Mathematics", Reasonable Faith with William Lane Craig, http://tiny.pl/hbwk9.

Jak długo żyją dowody ewolucji

Spotkałam kiedyś opinię, że żaden tzw. dowód na ewolucję nie przetrwał 30 lat. Może jest to lekka przesada, ale coś jest na rzeczy. Ewolucjoniści nagłaśniają nagle jakiś argument, szeroko o nim piszą, dostaje się on nawet do podręczników, ale po jakimś czasie sprawa przycicha i hałas się robi wokół nowego "dowodu".

Przypomnijmy sobie, jak wiele w ostatnim półwieczu pisano o eksperymencie Millera z 1953 roku. Staney Miller utworzył mieszaninę gazów podobną, jak mu się wydawało, do pierwotnej atmosfery Ziemi i przepuszczał przez nią iskry elektryczne. Symulował więc wyładowania elektryczne w pierwotnej atmosferze. Otrzymał jakieś aminokwasy w roztworze wodnym, co dało asumpt do krzykliwej propagandy, że niemal utworzył życie w laboratorium. Jeszcze tylko trochę wysiłku i z zupy aminokwasów naprawdę w laboratorium uczeni stworzą życie obalając kreacjonistyczne przekonania, że życie zostało stworzone.

Od tego czasu mija już 60 lat i ciągle znajdujemy się na etapie z 1953 roku. Entuzjazm ewolucjonistów przygasł, choć nadal twierdzą, że eksperyment Millera był niezwykle cenny i pouczający. Ale rozwiązania zagadki pochodzenia życia szukają już gdzie indziej. Ten nastrój widoczny jest nawet w ostatnim numerze „Świata Nauki” z listopada 2013 roku.

Steve Mirsky pisze tam tak: "Niestety, bulionowa koncepcja tłumacząca początki życia na Ziemi okazała się błędna. Teza ta [...] opierała się na nieprawdopodobnym założeniu, że złożoność biomolekularna może samorzutnie powstać, jeżeli będą ku temu sprzyjające warunki. To ważny eksperyment. Przyczynił się jednak znacznie do narodzin mylnej [...] hipotezy na temat początków życia na naszej planecie." 1

Nie będziemy się już zastanawiali, dlaczego to ważny eksperyment, skoro przyczynił się do narodzin mylnej hipotezy. To z pewnością logika ewolucyjna, która z rzeczywistą logiką niewiele ma wspólnego. Jeśli milionom ludzi namieszano w głowach przez ostatnie pół wieku, to pewnie głupio jakoś przyznać się do tego.

Mirsky tak tłumaczy, dlaczego nadzieje pokładane w eksperymencie Millera okazały się płonne: "Aminokwasy powstałe w Millerowskiej pierwotnej mazi tkwią w niej bez ruchu: nie silą się nawet, by przepłynąć choć centymetr żabką. Gdy te związki chemiczne raz weszły w reakcję, drugi raz tego nie zrobią. Następuje koniec procesu [...]. Natomiast istotą życia są bezustannie zachodzące reakcje chemiczne. W przypadku doświadczenia Millera moglibyśmy czekać w nieskończoność, a w zupie nigdy nie pojawiłaby się mucha". 2

Bardzo to dowcipne, ha, ha, ha. Zupa z aminokwasów, mucha w zupie, rzeczywiście można się pośmiać. Ale co z tymi milionami, którym robiono zupę w mózgu, krzykliwie odwołując się do eksperymentu Millera? I dlaczego, gdy kreacjoniści wskazywali oczywiste ograniczenia eksperymentu Millera, ewolucjoniści nie chcieli wtedy o nich słuchać? 3

Oczywiście, jak nie pierwotna zupa, to coś innego musi ją zastąpić. Ludzie nie mogą nabrać wątpliwości. Mirsky pisze tak: "Ostatnio badacze zidentyfikowali inne miejsca, które bardziej zasługują na miano źródeł życia. Są to podmorskie kominy hydrotermalne, tzw. białe dymniki (white smokers)." Podejrzewamy, że gdyby ewolucjoniści nie mieli niczego innego w zapasie, broniliby wyników Millera jak socjalizmu. Ale Mirsky nie ma złudzeń co do jakości tej nowej hipotezy: "ciepło emitowane przez te kominy, podobnie jak elektryczność w eksperymencie Stanleya Millera, nie jest czynnikiem przesądzającym o powstaniu życia. [...] Być może ich [naładowanych cząsteczek] aktywność wywołuje kaskadę reakcji chemicznych, które sprawiają..." itd. itd.

Ewolucjonizm to ciągle nauka typu "być może", wymagająca od swoich zwolenników olbrzymich pokładów wiary.


Marta Cuberbiller
[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller

Przypisy
1 Steve Mirsky, "Z bouillabaisse powstałeś... Mieszanie chochlą w koncepcjach na temat początków życia na Ziemi", Świat Nauki, listopad 2013, nr 11 (267), s. 75.
2 Tamże.
3 Na temat eksperymentu Millera istnieje olbrzymia kreacjonistyczna literatura. Por. na przykład Jonathan Wells, Ikony ewolucji. Nauka czy mit?, W wyłomie, Gorzów Wlkp. 2007, s. 14-26; Dean H. Kenyon, "Kreacjonistyczne ujęcie pochodzenia życia", w: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, RRR 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 482-495, http://tiny.pl/qm4xj.


Czy funkcjonalne białka mogą powstać przypadkowo?

Ten i inne teksty kreacjonistyczne znajdą Państwo w książce "Idź Pod Prąd w sporze ewolucjonizm-kreacjonizm". Małgorzata Gazda Stephen C. Meyer w swojej książce „Signature in the...

Świat RNA z perspektywy krytyków

Ten i inne teksty kreacjonistyczne znajdą Państwo w książce "Idź Pod Prąd w sporze ewolucjonizm-kreacjonizm". Małgorzata Gazda We wszystkich żywych komórkach biosynteza białek oparta jest na...

CZY DARWIN WYRZEKŁ SIĘ TEORII EWOLUCJI?

James Moore jest historykiem nauki i wykładowcą na jednym z angielskich uniwersytetów (The Open University). Uczony jest znany głównie ze swoich badań nad Darwinem (jest m.in. współautorem obszernej biografii angielskiego przyrodnika).[1]  W 1994 roku nakładem wydawnictwa Baker Books została opublikowana książka The Darwin Legend (Legenda Darwina).[2]  Przedmiotem tej publikacji była historia rzekomego nawrócenia Darwina, którego świadkiem miała być Lady Hope (Elizabeth Reid Cotton).

W opinii Lady Hope autor O powstawaniu gatunków... umarł jako chrześcijanin, a także, niedługo przed śmiercią, wyrzekł się teorii ewolucji. Darwin miał oznajmić: „Byłem człowiekiem młodym o nieuformowanych przekonaniach. Rozrzucałem wokół swoje zapytania i sugestie, stale zastanawiając się nad wszystkim; i ku memu zdziwieniu idee te rozprzestrzeniały się jak ogień. Ludzie z nich uczynili religię.”.[3]  A przy innej okazji przyrodnik miał stwierdzić: „Jakże bym chciał nie wyrazić mojej teorii ewolucji tak, jak to uczyniłem.”[4]

W roku 1969 Chris Royer, redaktor The Advocate of Truth − czasopisma wydawanego przez Kościół Boży Dnia Siódmego, opublikował artykuł, na łamach którego twierdził, że jego ojciec pożyczył mu kiedyś książkę My Apology for My Unformed Ideas (Moje ubolewanie nad moimi nieuformowanymi poglądami). .[5] Autorem owej książki miał być nie kto inny, jak Karol Darwin. Angielski przyrodnik miał się wyrzec wszystkiego, co dotyczyło teorii ewolucji: „Stałem się niczym Król Nabuchodonozor z Księgi Daniela, dziką i nieokrzesaną istotą. Bóg mnie ukarał, czyniąc mnie bezmyślnym, ale kiedy oprzytomniałem, zrozumiałem, że muszę pisać i naprawić błędy, które uczyniłem.”[6]

R. B. Freeman przez wiele lat prowadził badania bibliograficzne poświęcone Darwinowi. Uczony przyznał otwarcie, że nie wierzy, iż książka ta istnieje lub kiedykolwiek istniała.[7]  Również autor The Darwin... sceptycznie podchodził do kwestii autentyczności My Apology.... Moore dokładnie sprawdził katalogi biblioteczne m.in. biblioteki w Cambridge i Oxford, ale bez pozytywnych rezultatów. Uczony postanowił kontynuować swoje badania, ponieważ Royer twierdził, że nakład tej książki jest: „[...] wyczerpany. Można ją znaleźć jedynie w antykwariatach. Wróg prawdy zrobi zapewne wszystko, co w jego mocy, aby zniszczyć tę informację. Mój ojciec przywiózł ze sobą kopię z Seminarium w Niemczech i traktował ją jak rzadki skarb.” [8]

Moore postanowił spotkać się z Royerem i przekonać się, czy posiada on książkę, o której istnieniu pisał w 1969 roku. Spotkanie odbyło się w grudniu 1980 roku w niewielkim miasteczku Salem. Moore poznał rodzinę Royera, przez którą został przyjęty bardzo ciepło, ale główny cel wizyty autora The Darwin... nie został zrealizowany. Moore został zaznajomiony z krótką historią rodziny Royer'ów, ale na pytanie, czy w swojej bibliotece posiadają domniemaną książkę Darwina, otrzymał odpowiedź negatywną. Ch. Royer stwierdził, że książka ta zginęła osiem lat wcześniej (tj. ok 1972, trzy lata po opublikowaniu artykułu na łamach Advocate of Truth). Niemniej jednak zarówno Chris Royer, jak i jego matka (Maria Royer) bardzo dobrze zapamiętali jej treść.[9] Autor „Evolution...” opisał jej wygląd. W jego opinii miała ona 5 na 8 cali, liczyła jakieś 150 stron, miała prostą, szarą okładkę z płótna ze złoconymi brzegami. Została wydrukowana w Anglii w pierwszej dekadzie XX wieku, a opublikowana w Anglii lub w Niemczech, ale tego nie był pewien. Maria Royer potwierdziła, że książka była szara, a w ich rodzinnej bibliotece znajdowała się obok książki Huxleya, która była podobnych rozmiarów. Kiedy Moore poprosił o pokazanie mu owej książki Huxleya, przyniesiono mu pracę zatytułowaną Evolution and Regeneration autorstwa, jak sam zauważył, Henry'ego Proctora.[10]

Autor The Darwin... zapytał swojego rozmówcę, czy wie coś na temat innych egzemplarzy My Apology.... Royer oznajmił, że jego ojciec twierdził, że L. R. Conradi posiadał jeden, a dwie inne sztuki znajdowały się w Magdeburgu. Niestety dla Moore'a, Conradi zmarł wiele lat wcześniej, a trop magdeburski wydał się również mało wiarygodny.[11]

Szanse, że książka, o której istnieniu pisał Royer, faktycznie została napisana, są znikome. Karol Darwin nigdy nie wyrzekł się teorii, którą ogłosił drukiem w 1859 roku. Angielski przyrodnik w jednym z ostatnich listów wyraźnie przedstawił swoje przekonanie, że naturalistyczna wizja pochodzenia życia zostanie w przyszłości udowodniona.[12] W konsekwencji trudno przypuszczać, aby Darwin faktycznie poczuł się kiedyś jak Król Nabuchodonozor.

Przypisy:
[1] Adrian Desmond, James Moore, Darwin. The Life of a Tormented Evolutionist, W. W. Norton & Company, New York – London 1994.
[2] James Moore, The Darwin Legend, Baker Books, Grand Rapids 1994.
[3] „Darwin na łożu śmierci”, Duch Czasów 1985, nr 10, s. 20-23 (cyt za: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm – kreacjonizm, Realizm Racjonalność Relatywizm, t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 330-331).
[4] Moore, The Darwin..., s. 135. Zdanie te Darwin miał rzekomo wypowiedzieć w obecności Lady Hope (por. Moore, The Darwin..., s. 134). Innego zdania był L. R. Croft, w opinii którego świadkiem powyższej wypowiedzi mogła być pani Evans (por. L. R. Croft, Darwin and Lady Hope. The Untold Story, Elmwood Books, Preston 2012, s. 104-106).
[5] Por. Chris Royer, „Evolution Yeccccccch”, Advocate of Truth 1969 (Feb. 3), 19, s. 2,9 (za: Moore, The Darwin..., s. 191).
[6] Royer, „Evolution...” (cyt za: Moore, The Darwin..., s. 169).
[7] Por. R[ichard] B[roke] Freeman, The works of Charles Darwin: an annotated bibliographical handlist, 2d ed., Archon Books, Folkestone 1977, s. 18, http://tiny.pl/hjghg (2013-06-15).  Por. też: Moore, The Darwin..., s. 169.
[8] Moore, The Darwin..., s. 170; Freeman, The works of Charles Darwin..., s. 19.
[9] Matka Chrisa Royera twierdziła, że jej syn po raz pierwszy przeczytał My Apology... jeszcze jako nastolatek (por. Moore, The Darwin..., s. 171).
[10] Por. Moore, The Darwin..., s. 171-172.
[11] Por. Moore, The Darwin..., s. 172-173.
[12] Por. List Karola Darwina do Daniela Mackintosha z 28 lutego 1882 roku (Francis Darwin (ed), More Letters of Charles Darwin, vol. II, John Murray, London 1903, s. 171).

***


Powyższy artykuł pokazuje, jak bardzo jesteśmy narażeni na pokusę "retuszowania" rzeczywistości. Działając zapewne w dobrej wierze, ludzie wierzący posunęli się do mistyfikacji, by choć trochę zneutralizować "bezbożną zarazę teorii ewolucji". W rzeczywistości ośmieszyli chrześcijaństwo. Podobny manewr stosował nieżyjący abp Józef Życiński, próbując udowodnić, że TE nie stoi w sprzeczności z Biblią, a Darwin wcale nie miał zamiaru zniszczenia chrześcijaństwa.

Jako chrześcijanie musimy pamiętać, że o Prawdę walczy sam Bóg i nie wolno nam Go "wspomagać" przyziemnymi, niemoralnymi zabiegami. Prawdę o stworzeniu i błędy Darwina musimy wykazywać bez uciekania się do manipulacji czy „pobożnych kłamstw”. Naszym zadaniem jest powoływanie się na fakty i wykazywanie, że stworzenie wyjaśnia je lepiej niż teoria ewolucji.

„Gdy zaczynasię sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu.” Abp Życiński: nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, wp.pl 14.10.2006

"Niektórzy apologeci opowiadają się za nierozsądną tezą, że Darwin był człowiekiem wierzącym. Teza ta wydaje się "potrzebna" zwłaszcza katolickim myślicielom, skoro papież Jan Paweł II zaakceptował teorię ewolucji - 23 października 1996 roku w liście do członków Papieskiej Akademii Nauk stwierdził on, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą. Arcybiskup Lublina, ks. prof. Józef Życiński, uważa na przykład, że Darwin był wierzący, a jedynie powodowany właściwą dla uczonego ostrożnością wolał się na tematy teologiczne nie wypowiadać:

"Obdarzony zmysłem krytycyzmu Darwin wiedział o swym braku kompetencji filozoficznych czy teologicznych, stąd też starał się programowo unikać komentarzy wykraczających poza jego specjalność. [...] [Darwin] zachowywał rezerwę wobec wszelkich form religii instytucjonalnej, ograniczając się do przyjęcia wiary w Boskiego Stwórcę, który kieruje zmiennością gatunków i całym rozwojem przyrody"." Józef ŻYCIŃSKI, „U źródeł biologii niearystotelesowskiej”, w: Michał HELLER, Józef ŻYCIŃSKI, Dylematy ewolucji, Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków 1990, s. 38.

Mieczysław Pajewski, „MEANDRY SPORÓW O POCHODZENIE”, iPP maj 2005