Strona główna Tagi Ewolucjonizm

Tag: ewolucjonizm

ROLA ODCHODÓW DINOZAURA W SPORZE EWOLUCJONIZM-KREACJONIZM

Według ewolucjonistów dinozaury wymarły ok. 65 mln lat temu. Trawa zaś miała wyewoluować ok. 55 milionów lat temu, czyli 10 mln lat po wymarciu dinozaurów. Kreacjoniści twierdzą natomiast, że świat jest młody, że zarówno dinozaury, jak i trawa (oraz inne typy organizmów żywych) zostały stworzone w ciągu pierwszego tygodnia istnienia świata. Istnieje więc prosty sposób sprawdzenia, która z tych koncepcji jest słuszna. Trzeba mianowicie sprawdzić, czy w warstwach geologicznych, w których znajdują się skamieniałe szczątki dinozaurów, są też ślady traw.

Jak wiadomo, zapis kopalny nie ma chaotycznego charakteru. Skamieniałości pewnych organizmów znajdują się tylko w niektórych warstwach, a w innych ich nie ma. Ewolucjoniści zapis kopalny traktują jako zapis historii: warstwy geologiczne miały powstawać w ciągu wielu milionów lat, więc obecność lub nieobecność sfosylizowanych szczątków zwierząt czy roślin świadczy, ich zdaniem, o istnieniu bądź nieistnieniu tych organizmów w epokach odpowiadających owym warstwom.

Kreacjoniści, zgadzając się co do wyglądu zapisu kopalnego, przyjmują odmienny mechanizm powstawania zapisu kopalnego (ściślej: dużej części zapisu kopalnego). Głoszą tzw. geologię Potopu. Według niej warstwy geologiczne nie powstawały stopniowo w długich okresach czasu, ale są skutkiem olbrzymiej katastrofy wodnej, o której informacje zachowały się w mitach wielu ludów na całym świecie, a przede wszystkim w Księdze Rodzaju. Olbrzymie ilości wody sortowały materiał osadowy, w tym także ciała zwierząt i roślin, w postaci warstw geologicznych. Powstały więc one we względnie krótkim czasie. To dlatego, mówią kreacjoniści, szczątki ssaków znajdują się wyżej niż na przykład szczątki dinozaurów, gdyż ssaki były bardziej ruchliwe i potrafiły w pierwszych fazach Potopu chronić się na wyżej położone tereny.

Brak traw w warstwach, w których znajdowano skamieniałości dinozaurów, stanowił jednak mocny argument na rzecz ewolucyjnej wielomilionowej skali, a przeciwko wizji kreacjonistycznej opartej na geologii Potopu. Dlaczego - pytali ewolucjoniści - szczątki traw znajduje się w warstwach wyższych niż te, w których są dinozaury? Przecież trawy nie miały nóg, by uciekać przed podnoszącą się falą powodziową? Przez wiele lat był to trudny problem dla kreacjonistów. Biblia bowiem opisuje Potop Noego, ale bez szczegółów, które umożliwiłyby udzielenie odpowiedzi na wszystkie pytania. Ostatecznie przecież Biblia nie jest podręcznikiem geologii.

Niedawno jednak w Indiach odkryto trawę w skamieniałych odchodach dinozaurów. Odchody te znajdowały się w pobliżu szczątków tytanozaura, dinozaura należącego do grupy zauropodów, czyli dużych dinozaurów roślinnych (V. Prasad, C. Strömberg, H. Alimohammadian, and A. Sahni, Dinosaur coprolites and the early evolution of grasses and graziers, "Science" 18 November 2005, vol. 310, No. 5751, s. 1177-1180). Jest to dla ewolucjonistów zdumiewające odkrycie: jak dinozaury mogły żywić się czymś, co jeszcze nie wyewoluowało? Było to tym bardziej zdumiewające, że w odchodach tych znaleziono co najmniej pięć rodzajów traw, czyli mówiąc z perspektywy ewolucjonistycznej, nastąpiła już ich ewolucyjna dywersyfikacja. Niektóre z tych rodzajów trawy są takie jak istniejące dzisiaj.

Autor omawianego artykułu konkluduje, że wielomilionowe epoki, o których mówią ewolucjoniści, istnieją tylko w ich wyobraźni. Fakt, iż pewnych skamieniałości nie znajduje się w niektórych warstwach, nie znaczy, że zwierzęta czy rośliny nie istniały obok siebie. Po prostu albo jeszcze tych skamieniałości nie odkryliśmy, albo wzburzone wody Potopu spowodowały, że nie ma ich w niektórych warstwach. Argument ewolucjonistyczny okazał się mniej warty niż odchody dinozaura.

(Tas Walker, Dino dung overturn objection, "Creation" September-November  2007, vol. 29, No. 4, s. 35)


MATEMATYCZNA NATURA WSZECHŚWIATA – ŚLAD AKTYWNOŚCI STWÓRCZEJ

Niektórzy z nas na wspomnienie matematyki czują gęsią skórkę. To przedmiot, którego nienawidziliśmy w szkole, bo był trudny do nauczenia się i mało zrozumiały. Ale matematycy widzą swoją dyscyplinę jako piękną i głęboko sensowną. Okazuje się, że matematyka ma też znaczenie dla chrześcijan. Spróbuję to teraz wyjaśnić.

Od abstrakcji do rzeczywistości

Wydawałoby się, że matematycy wymyślają wysoce teoretyczne i niezwykle abstrakcyjne idee, które mają niewielki związek z rzeczywistością fizyczną, jaką poznajemy zmysłami. Ale to nieprawda. Zobaczmy to na przykładach.

Apoloniusz z Pergi, grecki matematyk i astronom żyjący w III wieku p.n.e., badał krzywe zwane przekrojami stożkowymi. On sam uważał, że prowadził te badania nie po to, by je później praktycznie wykorzystać, ale dla nich samych. Przyjmował więc ideał wiedzy dla wiedzy. Wprawdzie jakieś praktyczne zastosowania dla swych badań widział, ale nie zdawał sobie sprawy, że 2 tysiące lat później będzie się ich używać do precyzyjnego opisu ruchów ciał niebieskich w Układzie Słonecznym.

Znany i ceniony do dzisiaj filozof Rene Descartes, zwany Kartezjuszem (nawiasem mówiąc to on wymyślił powiedzenie "myślę, więc jestem"), stworzył pojęcie układu współrzędnych w geometrii, który umożliwił matematykom prowadzenie wyliczeń w wielu hipotetycznych wymiarach oprócz tych trzech, które znamy z codziennego życia. Z pewnością nie miał zielonego pojęcia, że pewnego dnia użyje się geometrii sześciowymiarowej do opisania słynnego tańca pszczół, przy pomocy którego informują one swoje towarzyszki, gdzie znalazły pożywienie. [1] Ponieważ tej samej geometrii sześciowymiarowej używa się do opisu kwarków, Barbara Shipman, która przy pomocy tego rodzaju geometrii precyzyjnie opisała wspomniany taniec pszczół, przypuszczała, że pszczoły mają jakiś ukryty dla nas kontakt z kwarkami.

Jak może pamiętamy ze szkoły, kwadraty liczb zarówno dodatnich, jak i ujemnych, są zawsze dodatnie. A więc pierwiastek kwadratowy można wyciągać tylko z liczb dodatnich. Trzysta lat temu matematycy Euler i Gauss przyjęli jednak matematycznie absurdalny pomysł, żeby można było wyciągać pierwiastek kwadratowy także z liczb ujemnych. Okazuje się dzisiaj, że przy pomocy tych pierwiastków, czyli tzw. liczb urojonych, [2] wyraża się najbardziej podstawowe prawa fizyki, która powstała dopiero w XX wieku - mechaniki kwantowej.

Cud matematyki

Jak to się więc dzieje, że nawet czysta matematyka, rozwijana, badana i rozszerzana przez stulecia bez żadnego widocznego związku z rzeczywistością, czasami okazuje się wcale nie być abstrakcyjna, tylko stanowi część naszego bardzo przecież realnego i bardzo konkretnego Wszechświata?

Niektórzy uznali, że to zwykły przypadek. Znana jest metafora "szalonego krawca" sformułowana przez Stanisława Lema, polskiego pisarza science fiction, który jednak pisał także felietony, a nawet książki niebeletrystyczne. Lem był zafascynowany rolą przypadku w świecie (podobnie jak wszyscy darwinowscy ewolucjoniści). Pracę matematyka przyrównał do pracy "szalonego krawca, który szyje wszelkie możliwe ubrania, nie wie, dla kogo, nie myśli o tym. (...) Tak jak on, działa matematyka. Buduje ona struktury, ale nie wiadomo czyje. Modele doskonałe (tj. doskonale ścisłe), lecz matematyk nie wie, czego to są modele. Nie interesuje go to. Robi to, co robi, ponieważ taka działalność okazała się możliwa". [3] Fizyk zaś przegląda uszyte ubrania i dobiera sobie takie, których potrzebuje. Gdyby rzeczywiście tak było, to wykrycie takiej teorii matematycznej, która pasuje do świata, byłoby czystym przypadkiem i teorie takie pasowałyby do świata w różnych stopniach dokładności, bo przecież tworząc te teorie, matematycy nie byli skrępowani realną rzeczywistością świata.

W świetle tego, o czym pisał Eugene Wigner, jeden z bardziej znanych fizyków, metafora "szalonego krawca" jest błędna. Oczywiście jest tak, przynajmniej do pewnego czasu, że nowe teorie matematyczne nie są stosowane przez fizyków. Ale w artykule "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych" Wigner zwraca uwagę, że gdy już jakąś teorię matematyczną fizycy stosują, to sprawdza się ona z niezwykłą dokładnością. Teorie są dokładniejsze niż dane empiryczne. I nie jest to zasługa tego, że przy tworzeniu owych teorii wprowadzano do nich jakieś precyzyjne dane wzięte z obserwacji. Dane takie odgrywają drugorzędną rolę, a mimo to teorie matematyczne prowadzą z olbrzymią dokładnością do sprawdzalnych danych.

Wigner nazwał to zjawisko "cudem matematyki". Uznał on, że "przedziwna skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych jest czymś graniczącym z tajemnicą i że nie ma dla niej żadnego racjonalnego wyjaśnienia." A pod koniec artykułu zauważył: "Stosowność języka matematyki do formułowania praw fizyki jest cudownym darem, którego ani nie rozumiemy, ani nań nie zasługujemy." [4]

Nauki przyrodnicze nie są same w stanie wyjaśnić, dlaczego pod powierzchnią rzeczywistości, jaka nas otacza, znajdujemy taki piękny, uporządkowany matematyczny fundament. To zdumiewający fakt, którego uczeni nie potrafią wyjaśnić, chociaż wielu z nich to próbowało zrobić. Pozostaje on fundamentalną tajemnicą nauki.

Artykuł Wignera wywołał ożywioną dyskusję. Na uwagę zasługuje opinia Maxa Tegmarka, profesora w Massachusetts Institute of Technology, według którego świat fizyczny jest w pełni matematyczny, izomorficzny z jakąś strukturą matematyczną i to właśnie tę strukturę stopniowo poznajemy. Teorie fizykalne odnoszą sukces, ponieważ proste struktury matematyczne mogą dostarczać dobrych przybliżeń niektórych aspektów bardziej złożonych struktur matematycznych. Innymi słowy, teorie fizykalne to nie są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie świata fizycznego, ale to są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie innych struktur matematycznych.[5]

Ślady Stwórcy

Pismo Święte mówi nam, że wiele zdumiewających cech Boga można wykryć w cudach Jego stworzenia (Rzym. 1:20). Gdy patrzymy na przepastny ogrom wspaniałego Wszechświata i na niezwykle skomplikowaną strukturę maleńkiego atomu, nie jesteśmy w stanie oprzeć się zdumieniu stwórczą mocą Wszechmogącego. Jego moc widoczna jest we wszystkich dziedzinach nauki, jak biologia, chemia i fizyka - gdzie umysł nasz odnajduje nie tylko ślady wielkiego Stwórcy, ale także pewne cechy Jego osobowości.

Jest to prawda nie tylko, jeśli chodzi o fizykę czy astronomię, ale przede wszystkim - matematykę. Matematyka ujawnia cudowną moc stwórczą Boga w zadziwiający sposób, który dla wielu może stanowić źródło natchnienia. Przyjrzyjmy się zegarkowi. Przy pierwszym wejrzeniu może nas zdumieć regularność jego tykania, wyznaczającego sekundy, minuty i godziny. Ale gdy zdejmiemy wieczko i zajrzymy do środka, nasze zdumienie rośnie, bo widzimy skomplikowane, ale precyzyjne współdziałanie wielu kółeczek, sprężyn i przekładni. Jesteśmy pod wrażeniem pomysłowości projektu i ukrytej za nim inteligencji. Podobnie jest z matematyką. Matematyka jest narzędziem pozwalającym "zdjąć wieczko" Wszechświata i ujrzeć głębszy poziom porządku, precyzji i pomysłowości - czyli właśnie to, czego oczekiwalibyśmy od Wszechświata zaprojektowanego przez Stwórcę o najwyższej inteligencji.

Wielka Księga

Galileusz, znany astronom włoski, w traktacie Il Saggiatore (Waga probiercza) z 1623 roku opisał Wszechświat jako "wielką księgę", która "stale jest otwarta przed naszym wzrokiem, ale której nie można zrozumieć, jeśli wcześniej nie poznamy języka i nie rozpoznamy liter, przy pomocy których została napisana. A napisano ją językiem matematyki".

Dla ateisty czy agnostyka może to stanowić nierozwiązywalną zagadkę. Ale dla wierzących w logicznego, racjonalnego, wszechwiedzącego i wszechmocnego Stwórcę jest to zgodne z oczekiwaniem. W najważniejszej "wielkiej księdze", w Piśmie Świętym, czytamy, że Wszechmocny ustalił "prawa nieba i ziemi" (Jer. 33:25). Teraz widzimy, że wiele z tych praw zostało napisanych językiem matematyki. William Lane Craig, filozof i teolog chrześcijański, wyraził to tak: "Bóg stworzył Wszechświat według struktury matematycznej, jaką miał w umyśle". [6]

Kiedy patrzymy oczyma żywej wiary, każdy aspekt dzieł rąk Bożych będzie wskazywał na chwałę i majestat naszego Stwórcy. Matematyka nie jest suchym i pozbawionym emocji przedmiotem, jak wielu sądzi. Jest ona raczej pięknym narzędziem, przy pomocy którego możemy przybliżyć się do Boskiego umysłu.

[email protected]
creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
(Wallace Smith, "Our Mathematical Universe", Tomorrow's World, July-August 2013, s. 20-21.)

Przypisy:
[1] Adam Frank, "Quantum Honeybees. How could bees of little brain come up with anything as complex as a dance language?", Discover, Saturday, November 01, 1997, http://tiny.pl/hbr5h.
[2] Liczby urojone zostały wprowadzone przez Girolamo Cardano jeszcze w XVI wieku, a nazwę nadał im Kartezjusz w 1637 roku. Zostały zaakceptowane  dopiero dzięki pracom Eulera i Gaussa.
[3] Stanisław Lem, Summa technologiae, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1984, s. 146.
[4] Eugene P. Wigner, "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych", Zagadnienia Filozoficzne w Nauce 1991, XIII, s. 5-18, http://tiny.pl/hbrf3 (oryginał: "The Unreasonable Effectiveness of Mathematics in the Natural Sciences", Communications in Pure and Applied Mathematics, February 1960, vol. 13, no. 1 , ss. 1-14, http://tiny.pl/hbwlx).
[5] Max Tegmark, "The Mathematical Universe", Foundations of Physics 2007, vol. 38, no. 2, s. 101-150, http://tiny.pl/hbwlm.
[6] "God and the Applicability of Mathematics", Reasonable Faith with William Lane Craig, http://tiny.pl/hbwk9.

Listy ateisty 3: Ochrzczony ewolucjonizm

Ochrzczony ewolucjonizm

Jak stwierdził podczas wizyty w Polsce czołowy ideolog ateizmu i biolog ewolucyjny prof. Jerry Coyne, teoria ewolucji jest najlepszym narzędziem w walce z religią, głównie z chrześcijaństwem. Trudno się z nim nie zgodzić – jeśli powstaliśmy w drodze przypadku i naturalnych procesów, to nie ma żadnego Stwórcy, a co za tym idzie obiektywnej potrzeby komunikowania się z Nim czy obawy przed Jego sądem. Religia to wtedy wytwór ludzkiej wyobraźni. Jak chrześcijanie zareagowali na teorię ewolucji?

Ogólnie można podzielić te reakcje na obozy. Jedni odrzucili teorie ewolucji i pozostali wierni biblijnemu kreacjonizmowi. Inni, widząc potęgę współczesnej nauki, postanowili asymilować ewolucjonizm na swoje podwórko. W ten sposób powstał ewolucjonizm teistyczny. Zakłada on z grubsza, że Bóg i owszem stworzył świat, ale za pomocą naturalnych procesów opisywanych przez naukowców- ewolucjonistów. Dla osłody niektórzy dodają chrześcijanom punktową ingerencję Boga – początek życia i tchnienie duszy w człowieka.


Pomysł wydawał się dobry – teistyczny ewolucjonizm nie musi tłumaczyć się przed naturalistyczną nauką - prawie bez zastrzeżeń przyjmuje jej odkrycia i twierdzenia – a jednocześnie ratuje wiarę w Boga i wytrąca ateistom z rąk groźną broń przeciwko religii.

Jest tylko jedno małe „ale”. Teistyczni ewolucjoniści muszą jakoś sobie poradzić z biblijnym, sześciodniowym opisem stworzenia. Potrzeba jest matką wynalazku – szybko więc powstała szkoła symbolicznej interpretacji Biblii. Dotychczas prawie bez zastrzeżeń świat chrześcijański przyjmował dosłowną interpretację Pisma. Do rozumienia symbolicznego uciekano się tylko w pojedynczych wersetach Biblii, teraz trzeba było potraktować tak całą historię stworzenia. Ale cóż robić – potrzeba jest wielka, ewolucjonistyczny wróg u bram –więc pogląd o symbolicznym opisie Księgi Rodzaju rozprzestrzenił się szybko w chrześcijańskim świecie. Czy jednak teistyczny ewolucjonizm spełnił pokładane w nim nadzieje?

Obawiam się, że nie. Raz przesunięta granica nieomylności i precyzji tekstu Biblijnego nie może zostać zatrzymana. Jeśli legenda jest opis stworzenia, to może i potopu? Jeśli potopu, to może i przejścia przez Morze Czerwone? A jeśli tak, to może i cuda Jezusa są tylko dydaktyczną opowiastką? A co z grzechem i odkupieniem? Czy to czasem nie „opium dla ludu”? Może nie każdy teistyczny ewolucjonista pójdzie aż tak daleko w swych wnioskach, ale każdy będzie miła problem z otwarciem Biblii o czytaniem jej jak nieomylne, siedmiokroć oczyszczone, Słowo Boga. Biorąc pod uwagę, że nasza wiara buduje się poznaniem Słów Boga (np. Rzym. 10:17), będziemy mieli rzesze letnich – no właśnie – czy chrześcijan?

Obserwując współczesny świat Zachodu trudno nie dostrzec słuszności powyższej tezy.

Gdy dyskutuję z teistycznymi ewolucjonistami, zawsze zadziwia mnie z jaką pewnością deklarują oni przekonanie o niedosłownym charakterze opisu Mojżesza. Skąd oni to wiedzą? Zapytani, nie potrafiądać przekonującej odpowiedzi. Jest ona bowiem wstydliwa. Otóż interpretację symboliczną przyjęli oni głównie pod wpływem nauki. Z jednej strony deklarują się jako chrześcijanie wierzący w objawione Słowo Boga, z drugiej uznają prymat odkryć naukowych i ich materialistycznej interpretacji nad Biblią. Zakrawa to na rozdwojenie jaźni…

Warto zadać sobie pytanie – jakie cechy powinien mieć opis Biblijny, by uznać go za dosłowny, a jakie by uznać za symboliczny?

Warto przypomnieć sobie czasy dzieciństwa, kiedy często słuchaliśmy historii zaczynających się od słów „dawno, dawno temu, za górami lasami…” Już wiedzieliśmy, że słuchamy bajki. Czy tak rozpoczyna się Księga Rodzaju?

Idźmy dalej, czy Autor podawałby weryfikowalne szczegóły opisu, gdybychciał, by traktować go dosłownie? Czy na przykład napisałby, że wszyscy ludzie wywodzą się od jednego przodka? Czy podałby szczegółową kolejność pojawiania się istot żywych? Czy podałby konkretny zasięg potopu? Czy też poruszałby się w obszarze niejasnych symboli i niedomówień? Zakładając, że Bóg jest wszechwiedzący i zna przyszłość, należy też założyć, że wiedział o współczesnych odkryciach astronomii, geologii, archeologii czy genetyki. Czy świadomie narażałby się na utratę wiarygodności, a nas na zamęt co do podstaw naszej wiary?

Podejdźmy do opisu stworzenia jeszcze z innej strony. Gdy konstruujemy jakąś teorię naukową, najpierw przedstawiamy założenia wstępne, na których się opieramy. Musimy tu być bardzo precyzyjni, bo wykazanie nam błędu na tym etapie dyskwalifikuje naszą dalszą pracę naukową. Czy Stwórca byłby mniej staranny w swoim traktacie skierowanym do nas? Czy na samym początku swego przesłania umieściłby materiał niejasny, niezrozumiały lub obarczony błędami?

Mogę zrozumieć ateistów, którzy pod wpływem materialistycznie zorientowanej nauki odrzucają istnienie Boga, a Biblię traktują za zbiór legend. Jest w tym konsekwencja i logika. Nie mogę jednak tego powiedzieć o chrześcijanach traktujących „symbolicznie” opis stworzenia, który dała nam Osoba najlepiej poinformowana w tej sprawie – sam Stwórca.

Jak długo żyją dowody ewolucji

Spotkałam kiedyś opinię, że żaden tzw. dowód na ewolucję nie przetrwał 30 lat. Może jest to lekka przesada, ale coś jest na rzeczy. Ewolucjoniści nagłaśniają nagle jakiś argument, szeroko o nim piszą, dostaje się on nawet do podręczników, ale po jakimś czasie sprawa przycicha i hałas się robi wokół nowego "dowodu".

Przypomnijmy sobie, jak wiele w ostatnim półwieczu pisano o eksperymencie Millera z 1953 roku. Staney Miller utworzył mieszaninę gazów podobną, jak mu się wydawało, do pierwotnej atmosfery Ziemi i przepuszczał przez nią iskry elektryczne. Symulował więc wyładowania elektryczne w pierwotnej atmosferze. Otrzymał jakieś aminokwasy w roztworze wodnym, co dało asumpt do krzykliwej propagandy, że niemal utworzył życie w laboratorium. Jeszcze tylko trochę wysiłku i z zupy aminokwasów naprawdę w laboratorium uczeni stworzą życie obalając kreacjonistyczne przekonania, że życie zostało stworzone.

Od tego czasu mija już 60 lat i ciągle znajdujemy się na etapie z 1953 roku. Entuzjazm ewolucjonistów przygasł, choć nadal twierdzą, że eksperyment Millera był niezwykle cenny i pouczający. Ale rozwiązania zagadki pochodzenia życia szukają już gdzie indziej. Ten nastrój widoczny jest nawet w ostatnim numerze „Świata Nauki” z listopada 2013 roku.

Steve Mirsky pisze tam tak: "Niestety, bulionowa koncepcja tłumacząca początki życia na Ziemi okazała się błędna. Teza ta [...] opierała się na nieprawdopodobnym założeniu, że złożoność biomolekularna może samorzutnie powstać, jeżeli będą ku temu sprzyjające warunki. To ważny eksperyment. Przyczynił się jednak znacznie do narodzin mylnej [...] hipotezy na temat początków życia na naszej planecie." 1

Nie będziemy się już zastanawiali, dlaczego to ważny eksperyment, skoro przyczynił się do narodzin mylnej hipotezy. To z pewnością logika ewolucyjna, która z rzeczywistą logiką niewiele ma wspólnego. Jeśli milionom ludzi namieszano w głowach przez ostatnie pół wieku, to pewnie głupio jakoś przyznać się do tego.

Mirsky tak tłumaczy, dlaczego nadzieje pokładane w eksperymencie Millera okazały się płonne: "Aminokwasy powstałe w Millerowskiej pierwotnej mazi tkwią w niej bez ruchu: nie silą się nawet, by przepłynąć choć centymetr żabką. Gdy te związki chemiczne raz weszły w reakcję, drugi raz tego nie zrobią. Następuje koniec procesu [...]. Natomiast istotą życia są bezustannie zachodzące reakcje chemiczne. W przypadku doświadczenia Millera moglibyśmy czekać w nieskończoność, a w zupie nigdy nie pojawiłaby się mucha". 2

Bardzo to dowcipne, ha, ha, ha. Zupa z aminokwasów, mucha w zupie, rzeczywiście można się pośmiać. Ale co z tymi milionami, którym robiono zupę w mózgu, krzykliwie odwołując się do eksperymentu Millera? I dlaczego, gdy kreacjoniści wskazywali oczywiste ograniczenia eksperymentu Millera, ewolucjoniści nie chcieli wtedy o nich słuchać? 3

Oczywiście, jak nie pierwotna zupa, to coś innego musi ją zastąpić. Ludzie nie mogą nabrać wątpliwości. Mirsky pisze tak: "Ostatnio badacze zidentyfikowali inne miejsca, które bardziej zasługują na miano źródeł życia. Są to podmorskie kominy hydrotermalne, tzw. białe dymniki (white smokers)." Podejrzewamy, że gdyby ewolucjoniści nie mieli niczego innego w zapasie, broniliby wyników Millera jak socjalizmu. Ale Mirsky nie ma złudzeń co do jakości tej nowej hipotezy: "ciepło emitowane przez te kominy, podobnie jak elektryczność w eksperymencie Stanleya Millera, nie jest czynnikiem przesądzającym o powstaniu życia. [...] Być może ich [naładowanych cząsteczek] aktywność wywołuje kaskadę reakcji chemicznych, które sprawiają..." itd. itd.

Ewolucjonizm to ciągle nauka typu "być może", wymagająca od swoich zwolenników olbrzymich pokładów wiary.


Marta Cuberbiller
[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller

Przypisy
1 Steve Mirsky, "Z bouillabaisse powstałeś... Mieszanie chochlą w koncepcjach na temat początków życia na Ziemi", Świat Nauki, listopad 2013, nr 11 (267), s. 75.
2 Tamże.
3 Na temat eksperymentu Millera istnieje olbrzymia kreacjonistyczna literatura. Por. na przykład Jonathan Wells, Ikony ewolucji. Nauka czy mit?, W wyłomie, Gorzów Wlkp. 2007, s. 14-26; Dean H. Kenyon, "Kreacjonistyczne ujęcie pochodzenia życia", w: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, RRR 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 482-495, http://tiny.pl/qm4xj.


CZY DARWIN WYRZEKŁ SIĘ TEORII EWOLUCJI?

James Moore jest historykiem nauki i wykładowcą na jednym z angielskich uniwersytetów (The Open University). Uczony jest znany głównie ze swoich badań nad Darwinem (jest m.in. współautorem obszernej biografii angielskiego przyrodnika).[1]  W 1994 roku nakładem wydawnictwa Baker Books została opublikowana książka The Darwin Legend (Legenda Darwina).[2]  Przedmiotem tej publikacji była historia rzekomego nawrócenia Darwina, którego świadkiem miała być Lady Hope (Elizabeth Reid Cotton).

W opinii Lady Hope autor O powstawaniu gatunków... umarł jako chrześcijanin, a także, niedługo przed śmiercią, wyrzekł się teorii ewolucji. Darwin miał oznajmić: „Byłem człowiekiem młodym o nieuformowanych przekonaniach. Rozrzucałem wokół swoje zapytania i sugestie, stale zastanawiając się nad wszystkim; i ku memu zdziwieniu idee te rozprzestrzeniały się jak ogień. Ludzie z nich uczynili religię.”.[3]  A przy innej okazji przyrodnik miał stwierdzić: „Jakże bym chciał nie wyrazić mojej teorii ewolucji tak, jak to uczyniłem.”[4]

W roku 1969 Chris Royer, redaktor The Advocate of Truth − czasopisma wydawanego przez Kościół Boży Dnia Siódmego, opublikował artykuł, na łamach którego twierdził, że jego ojciec pożyczył mu kiedyś książkę My Apology for My Unformed Ideas (Moje ubolewanie nad moimi nieuformowanymi poglądami). .[5] Autorem owej książki miał być nie kto inny, jak Karol Darwin. Angielski przyrodnik miał się wyrzec wszystkiego, co dotyczyło teorii ewolucji: „Stałem się niczym Król Nabuchodonozor z Księgi Daniela, dziką i nieokrzesaną istotą. Bóg mnie ukarał, czyniąc mnie bezmyślnym, ale kiedy oprzytomniałem, zrozumiałem, że muszę pisać i naprawić błędy, które uczyniłem.”[6]

R. B. Freeman przez wiele lat prowadził badania bibliograficzne poświęcone Darwinowi. Uczony przyznał otwarcie, że nie wierzy, iż książka ta istnieje lub kiedykolwiek istniała.[7]  Również autor The Darwin... sceptycznie podchodził do kwestii autentyczności My Apology.... Moore dokładnie sprawdził katalogi biblioteczne m.in. biblioteki w Cambridge i Oxford, ale bez pozytywnych rezultatów. Uczony postanowił kontynuować swoje badania, ponieważ Royer twierdził, że nakład tej książki jest: „[...] wyczerpany. Można ją znaleźć jedynie w antykwariatach. Wróg prawdy zrobi zapewne wszystko, co w jego mocy, aby zniszczyć tę informację. Mój ojciec przywiózł ze sobą kopię z Seminarium w Niemczech i traktował ją jak rzadki skarb.” [8]

Moore postanowił spotkać się z Royerem i przekonać się, czy posiada on książkę, o której istnieniu pisał w 1969 roku. Spotkanie odbyło się w grudniu 1980 roku w niewielkim miasteczku Salem. Moore poznał rodzinę Royera, przez którą został przyjęty bardzo ciepło, ale główny cel wizyty autora The Darwin... nie został zrealizowany. Moore został zaznajomiony z krótką historią rodziny Royer'ów, ale na pytanie, czy w swojej bibliotece posiadają domniemaną książkę Darwina, otrzymał odpowiedź negatywną. Ch. Royer stwierdził, że książka ta zginęła osiem lat wcześniej (tj. ok 1972, trzy lata po opublikowaniu artykułu na łamach Advocate of Truth). Niemniej jednak zarówno Chris Royer, jak i jego matka (Maria Royer) bardzo dobrze zapamiętali jej treść.[9] Autor „Evolution...” opisał jej wygląd. W jego opinii miała ona 5 na 8 cali, liczyła jakieś 150 stron, miała prostą, szarą okładkę z płótna ze złoconymi brzegami. Została wydrukowana w Anglii w pierwszej dekadzie XX wieku, a opublikowana w Anglii lub w Niemczech, ale tego nie był pewien. Maria Royer potwierdziła, że książka była szara, a w ich rodzinnej bibliotece znajdowała się obok książki Huxleya, która była podobnych rozmiarów. Kiedy Moore poprosił o pokazanie mu owej książki Huxleya, przyniesiono mu pracę zatytułowaną Evolution and Regeneration autorstwa, jak sam zauważył, Henry'ego Proctora.[10]

Autor The Darwin... zapytał swojego rozmówcę, czy wie coś na temat innych egzemplarzy My Apology.... Royer oznajmił, że jego ojciec twierdził, że L. R. Conradi posiadał jeden, a dwie inne sztuki znajdowały się w Magdeburgu. Niestety dla Moore'a, Conradi zmarł wiele lat wcześniej, a trop magdeburski wydał się również mało wiarygodny.[11]

Szanse, że książka, o której istnieniu pisał Royer, faktycznie została napisana, są znikome. Karol Darwin nigdy nie wyrzekł się teorii, którą ogłosił drukiem w 1859 roku. Angielski przyrodnik w jednym z ostatnich listów wyraźnie przedstawił swoje przekonanie, że naturalistyczna wizja pochodzenia życia zostanie w przyszłości udowodniona.[12] W konsekwencji trudno przypuszczać, aby Darwin faktycznie poczuł się kiedyś jak Król Nabuchodonozor.

Przypisy:
[1] Adrian Desmond, James Moore, Darwin. The Life of a Tormented Evolutionist, W. W. Norton & Company, New York – London 1994.
[2] James Moore, The Darwin Legend, Baker Books, Grand Rapids 1994.
[3] „Darwin na łożu śmierci”, Duch Czasów 1985, nr 10, s. 20-23 (cyt za: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm – kreacjonizm, Realizm Racjonalność Relatywizm, t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 330-331).
[4] Moore, The Darwin..., s. 135. Zdanie te Darwin miał rzekomo wypowiedzieć w obecności Lady Hope (por. Moore, The Darwin..., s. 134). Innego zdania był L. R. Croft, w opinii którego świadkiem powyższej wypowiedzi mogła być pani Evans (por. L. R. Croft, Darwin and Lady Hope. The Untold Story, Elmwood Books, Preston 2012, s. 104-106).
[5] Por. Chris Royer, „Evolution Yeccccccch”, Advocate of Truth 1969 (Feb. 3), 19, s. 2,9 (za: Moore, The Darwin..., s. 191).
[6] Royer, „Evolution...” (cyt za: Moore, The Darwin..., s. 169).
[7] Por. R[ichard] B[roke] Freeman, The works of Charles Darwin: an annotated bibliographical handlist, 2d ed., Archon Books, Folkestone 1977, s. 18, http://tiny.pl/hjghg (2013-06-15).  Por. też: Moore, The Darwin..., s. 169.
[8] Moore, The Darwin..., s. 170; Freeman, The works of Charles Darwin..., s. 19.
[9] Matka Chrisa Royera twierdziła, że jej syn po raz pierwszy przeczytał My Apology... jeszcze jako nastolatek (por. Moore, The Darwin..., s. 171).
[10] Por. Moore, The Darwin..., s. 171-172.
[11] Por. Moore, The Darwin..., s. 172-173.
[12] Por. List Karola Darwina do Daniela Mackintosha z 28 lutego 1882 roku (Francis Darwin (ed), More Letters of Charles Darwin, vol. II, John Murray, London 1903, s. 171).

***


Powyższy artykuł pokazuje, jak bardzo jesteśmy narażeni na pokusę "retuszowania" rzeczywistości. Działając zapewne w dobrej wierze, ludzie wierzący posunęli się do mistyfikacji, by choć trochę zneutralizować "bezbożną zarazę teorii ewolucji". W rzeczywistości ośmieszyli chrześcijaństwo. Podobny manewr stosował nieżyjący abp Józef Życiński, próbując udowodnić, że TE nie stoi w sprzeczności z Biblią, a Darwin wcale nie miał zamiaru zniszczenia chrześcijaństwa.

Jako chrześcijanie musimy pamiętać, że o Prawdę walczy sam Bóg i nie wolno nam Go "wspomagać" przyziemnymi, niemoralnymi zabiegami. Prawdę o stworzeniu i błędy Darwina musimy wykazywać bez uciekania się do manipulacji czy „pobożnych kłamstw”. Naszym zadaniem jest powoływanie się na fakty i wykazywanie, że stworzenie wyjaśnia je lepiej niż teoria ewolucji.

„Gdy zaczynasię sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu.” Abp Życiński: nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, wp.pl 14.10.2006

"Niektórzy apologeci opowiadają się za nierozsądną tezą, że Darwin był człowiekiem wierzącym. Teza ta wydaje się "potrzebna" zwłaszcza katolickim myślicielom, skoro papież Jan Paweł II zaakceptował teorię ewolucji - 23 października 1996 roku w liście do członków Papieskiej Akademii Nauk stwierdził on, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą. Arcybiskup Lublina, ks. prof. Józef Życiński, uważa na przykład, że Darwin był wierzący, a jedynie powodowany właściwą dla uczonego ostrożnością wolał się na tematy teologiczne nie wypowiadać:

"Obdarzony zmysłem krytycyzmu Darwin wiedział o swym braku kompetencji filozoficznych czy teologicznych, stąd też starał się programowo unikać komentarzy wykraczających poza jego specjalność. [...] [Darwin] zachowywał rezerwę wobec wszelkich form religii instytucjonalnej, ograniczając się do przyjęcia wiary w Boskiego Stwórcę, który kieruje zmiennością gatunków i całym rozwojem przyrody"." Józef ŻYCIŃSKI, „U źródeł biologii niearystotelesowskiej”, w: Michał HELLER, Józef ŻYCIŃSKI, Dylematy ewolucji, Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków 1990, s. 38.

Mieczysław Pajewski, „MEANDRY SPORÓW O POCHODZENIE”, iPP maj 2005