Trudno uwierzyć, by główną przyczyną życzliwości polskiej szlachty dla reformacyjnych nauk i ich wyznawców było poszukiwanie Boga. Ludzie, dla których ta sprawa jest ważna, zawsze byli i są mniejszością. Znacznie bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego zjawiska była niechęć do katolickich kapłanów powszechna w tych czasach w Polsce. Taka już jest natura człowieka, że nie lubi tych, którzy mają więcej praw i więcej pieniędzy od niego, i skłonny jest robić im na złość.

Trudno uwierzyć, by główną przyczyną życzliwości polskiej szlachty dla reformacyjnych nauk i ich wyznawców było poszukiwanie Boga. Ludzie, dla których ta sprawa jest ważna, zawsze byli i są mniejszością. Znacznie bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego zjawiska była niechęć do katolickich kapłanów powszechna w tych czasach w Polsce. Taka już jest natura człowieka, że nie lubi tych, którzy mają więcej praw i więcej pieniędzy od niego, i skłonny jest robić im na złość. Już sam fakt, że szlachcic zobowiązany był do płacenia księdzu dziesięciny, a także kilku innych danin, mógł być przyczyną antyklerykalnego nastawienia. Pogłębiał je sposób wymuszania tych danin. Spory, jakie wynikały między świeckimi a duchownymi, rozpatrywały sądy duchowne. Nietrudno się domyślić, czyją brały stronę. Miały one prawo nałożyć klątwę na tego, kogo uznały za winnego. [1] Nawet jeśli wyklęty uważał, że niekoniecznie oznacza to, iż pójdzie do piekła, i nie przejmował się tym, co myślą o nim inni ludzie, kara ta miała także swoje materialne konsekwencje. Teoretycznie taki człowiek tracił prawa obywatelskie, a starosta powinien skonfiskować cały jego majątek na rzecz królewskiego skarbu. [2]

 

Potęga polskiego katolicyzmu nie opierała się zresztą na opłatach pobieranych przez proboszczów. Jeśli wierzyć raportowi nuncjusza Ruggieriego w roku 1565, arcybiskup gnieźnieński posiadał 360 wsi i miast, a biskup krakowski ponad 300 wsi i 4 miasta. [3] A byli przecież jeszcze inni biskupi i drobniejsi dygnitarze, którzy też coś posiadali. Klasztory także miały wielkie beneficja i było ich sporo. Przez setki lat wykorzystując układy polityczne i dążenie ludzi do zjednania sobie przychylności Boga, instytucja wytrwale gromadziła dobra materialne, które były jednym z fundamentów jej politycznego znaczenia. W połowie XVI wieku należało do niej przynajmniej 10 procent powierzchni państwa polsko – litewskiego. [4]

 

Ten ogromny majątek był niemal całkowicie zwolniony od podatków na rzecz państwa. Duchowni w zasadzie płacili tylko daniny papieżowi i w razie nadzwyczajnej potrzeby, czyli zazwyczaj wojny, tak zwane subsydium charitativum do skarbu królewskiego. To budziło oburzenie szlachty. Już od roku 1520 zaczęła otwarcie je wyrażać na sejmach. Posłowie domagali się stałego opodatkowania duchowieństwa na rzecz obronności kraju i oczywiście ograniczenia sądownictwa duchownego nad świeckim. [5]

 

Czas sprzyjał takim postulatom. Wojna z Turcją była realnym zagrożeniem, a najazdy Tatarów i Mołdawian pustoszyły południowo-wschodnie obszary Polski właściwie co roku. Wybuch nastrojów antyklerykalnych nastąpił w latach 1536 – 37. Najpierw na Sejmie domagano się odebrania duchowieństwu wszystkich dóbr nadanych po 1382 roku. Potem w roku 1537 zwołanopospolite ruszenie szlacheckie przeciwko Mołdawii. Szlachta zebrała się pod Lwowem i zamiast wyruszyć w pole, zaczęła radzić „o dobru publicznym”. Nazwano to „wojną kokoszą”, ponieważ przy okazji wyrżnięto w okolicy wszystkie kury. Postulat zwolnienia szlachty od danin dla duchownych był jednym z ważniejszych. Jak to zwykle bywa w politycznych sporach, ukazywał on w nienajlepszym świetle obie strony. Szlachta, tak „zatroskana” o los kraju, rozjechała się do domów, nie postanawiając czegokolwiek, gdy tylko pojawił się projekt uchwalenia podatku na stałe wojsko, które zastąpiłoby pospolite ruszenie. [6] Natomiast dla duchowieństwa nawet samodzielne utrzymanie około trzech tysięcy żołnierzy „obrony potocznej”, broniącej granicy południowo-wschodniej, nie mogło być wielkim obciążeniem. Chodziło tak naprawdę o to, kto jest w Polsce ważniejszy. Wśród szlachty tacy, którzy dla osiągnięcia zwycięstwa w tej walce gotowi byli porzucić „wiarę ojców”, nie stanowili większości, ale było ich wielu.

 

Oczywiście wprowadzenie reformacji luterańskiej byłoby skutecznym sposobem złamania potęgi kleru. To, co działo się za zachodnią granicą, było tego najlepszym dowodem. Jednak Polacy wiedzieli, że Luter oparł swoją reformę na wsparciu książąt i poddał tworzący się kościół ich władzy. Duchowni zależeli od władcy, a świeccy nie mieli wielkiego wpływu na duchownych. Wprowadzenie luteranizmu oznaczałoby wzmocnienie władzy króla, a szlachta widziała w tym zagrożenie dla swoich przywilejów. Pojawił się jednak reformator, który znacznie bardziej jej odpowiadał.

Zobacz też:  Słomiany ogień cz8. - Protektor

 

Francuz Jean Cauvin zwany u nas Janem Kalwinem swoją najważniejszą książkę, Institutio religionis Christianae, opublikował w roku 1536. Był to pierwszy kompletny wykład teologii protestanckiej i arcydzieło literatury francuskiej. Pewnie jednak niewielu polskich kalwinistów przez nią przebrnęło. Ważna była dla nich raczej nie teologia, lecz postulowany przez niego ustrój kościoła. Kalwin zorganizował go w Genewie. Od początków XV wieku miasto walczyło z hrabiami Sabaudii, którzy starali się je sobie podporządkować. Tradycje były tam zdecydowanie republikańskie, a nawet demokratyczne i Kalwin, tworząc swoją wzorcową gminę chrześcijańską, musiał je uwzględnić. Na jej czele stał konsystorz, w którego skład oprócz kaznodziejów wchodziło także 12 świeckich wybieranych przez radę miasta. Kalwinizm nie miał skłonności do ulegania woli władcy i stwarzał okazję do sejmikowania także w sferze ducha.

 

Co prawda w rządzonej przez Kalwina Genewie polski szlachcic raczej nie czułby się dobrze. Cichy intelektualista objął władzę w mieście, które po wygnaniu katolickich kapłanów pogrążyło się w anarchii i położył jej kres. Przy okazji uregulował mieszkańcom wszystkie dziedziny życia. Znormalizował suknie kobiet. Zabronił fryzowania włosów, gry w karty, picia alkoholu, tańców i urządzania widowisk teatralnych. Każdy wiedział, co mu wolno i co stanie się z nim, gdy zrobi to, czego mu nie wolno. Nieobecność na nabożeństwie karana była grzywną, a herezja i czary śmiercią. [7] Tylko w latach 1542 – 46 stracono w Genewie 58 osób, a wygnano 78. [8] Jak na społeczność liczącą około 20 tysięcy ludzi to całkiem sporo.

 

W polskich warunkach idee Kalwina wydały całkiem inny owoc. Zaczęły do nas docierać pod koniec lat czterdziestych XVI wieku. Na początek przekonało się do nich sporo polskich luteran – większości z nich o interesowność posądzać nie można, należał do nich na przykład Mikołaj Rej. Trafiły też do serc i umysłów niektórych katolickich kapłanów. Zaczynali głosić tę naukę i najczęściej żenili się. Tylko nielicznych udało się biskupom osadzić w więzieniu. [9] Niekiedy szlachcic i ksiądz zmieniali wspólnie katolicką świątynię w kalwiński zbór. Najczęściej jednak szlachcic wyganiał księdza i osadzał na jego miejscu kalwińskiego kaznodzieję nazywanego „ministrem”. Słowo to znaczy „sługa”, choć może trudno w to uwierzyć. W tym  czasie umarł Zygmunt Stary i władzę przejął jego syn. O Zygmuncie Auguście powszechnie wiedziano, że nie jest tak religijny, jak ojciec. Obawy przed reakcją władzy państwowej się zmniejszyły. Do bezinteresownych dołączyli interesowni i ruszyła lawina. Sądy duchowne nie mogły tego procesu zatrzymać. Starostowie nie egzekwowali ich wyroków wobec „panów braci”, nawet gdy nie podzielali ich poglądów.

 

Powstała sytuacja wręcz wymarzona dla szlacheckich patronów takich zborów. Decydowali o wszystkim. Mogli dowolnie dysponować majątkiem, który pozostał po parafii czy klasztorze, i często zabierali go sobie. Ministrowie byli zazwyczaj ludźmi niskiego pochodzenia i całkowicie od nich zależnymi. Rzadko napominali.

 

Słowa papieża Pawła IV dobrze świadczą o Kalwinie. Siłą tego heretyka jest to, że pieniądz nie wywiera na nim żadnego wrażenia. [10] Niestety jego polskim zwolennikom tej siły brakowało.

cdn.
 
Przypisy:
1 Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, PIW, Warszawa 1967, str. 58 – 59.
2 Andrzej Wiencek (red.), „Dzieje Kościoła w Polsce” , Wydawnictwo Szkolne PWN, Bielsko – Biała 2008, str. 211.
3 http://publicdisorder.wordpress.com/2012/04/1
6 /chlopi-a-biskupi-andrzej-nowicki-e-book/
4 Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.10.
5 Janusz Tazbir, „Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1996, str.8 – 9.
6 Maria Bogucka, „Historia Polski do roku 1864”, Ossolineum, Wrocław 1999, str.124 – 126.
7 Andrzej Tokarczyk, „Jan Kalwin”, KAW, Warszawa 1989, str.81 – 83.
8 http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kalwin
9 Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, PIW, Warszawa 1967, str. 68.
10 Andrzej Tokarczyk, op. cit., str. 141.