1.6 C
Lublin, PL
21 listopada 2017

JA NIE PAŃSKI, NIE HETMAŃSKI… CZYLI DLACZEGO BRONIĄ NAM BRONI?

 W dyskusji na temat dostępu do broni palnej warto szukać motywacji i celów strony pragnącej naszego rozbrojenia. Zanim jednak odpowiem na te pytania, zajmę się zagadnieniem przeciwnym – jakie skutki wywołuje w człowieku posiadanie broni?

 

Kiedy syn po raz pierwszy dostaje od ojca do ręki szablę, strzelbę czy pistolet, jakie myśli i uczucia cisną mu się do głowy? Czy rozpiera go duma? Czy czuje, że oto wkracza w świat dorosłych? Czy uświadamia sobie, jak wielką odpowiedzialnością został obdarzony? Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Posiadanie broni palnej czyni młodego mężczyznę:

1) bardziej odpowiedzialnym,

2) bardziej skoncentrowanym,

3) bardziej pewnym siebie,

4) bardziej świadomym swojej roli w społeczeństwie (myśliwy, rycerz).

Dlatego właśnie w Szwajcarii mężczyzna wstępował w związek małżeński dopiero wtedy, gdy dorobił się własnego karabinu. Inaczej to ujmując: najpierw karabin, potem kobieta, najpierw odpowiedzialność, potem seks!

Założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki – najpotężniejszego w historii państwa ludzi wolnych – doskonale zdawali sobie sprawę z politycznych skutków posiadania broni. Jeden z nich napisał: Najmocniejszym powodem, by utrzymać prawo do posiadania i noszenia broni przez ludzi, jest to, że stanowi ono dla nich ostateczny środek do obrony przed tyranią rządu.

Tę samą myśl zawiera i nasza tradycja, którą pięknie ilustruje refren pieśni podhalańczyków:

 

Ja nie pański, nie hetmański

Jeno harny, wolny strzelec podhalański

 

W naszej kulturze mężczyzna z karabinem to wolny mężczyzna z poczuciem dumy, gotowy bronić wolności osobistej, wolności swojej rodziny i ojczyzny.

Moskiewscy wrogowie cywilizacji ludzi wolnych wiedzieli, że nie pokonają Zachodu, jeśli wpierw nie zmienią rycerskiego wychowania naszej młodzieży. Wymyślili więc rewolucję lat 60. ubiegłego wieku: seks, narkotyki i tępa, zmysłowa muzyka (Sex, drugs & rock’n’roll)! Hasełko „Make love, not war” trafiło na podatny grunt młodych umysłów żyjących w świecie dobrobytu i bezpieczeństwa. Etos rycerski szybko został zastąpiony etosem konsumpcji i pożądliwości wszelkiego rodzaju. Jego produktem jest zniewieściały, zagubiony, narcystyczny maminsynek lub w najlepszym wypadku zuchwały cynik pozbawiony wszelkich norm i hamulców. Taki „produkt” bez walki odda swoją wolność – ze strachu bądź dla korzyści.

Ronald Reagan, gdy objął urząd 40. prezydenta USA, wiedział, skąd bierze się zło współczesnego świata. W 1983 roku udało mu się ponownie skierować wysiłek Zachodu przeciw Imperium Zła, komunistycznej Moskwie. Oficjalnie komunizm został pokonany. Niestety, wcześniej zdążył się przepoczwarzyć i ogarnąć kluczowe instytucje europejskie z Watykanem włącznie. W wyniku zdeterminowanej pracy ideologicznej agentury Wolny Świat Zachodu dogorywa, pogrążając się w wewnętrznym chaosie i moralnym upadku. Czy jest jeszcze szansa na ratunek? Póki my żyjemy, tak! Sprawa jest prosta, choć niełatwa. Nie musimy wcale „wynajdywać prochu”. Wystarczy wrócić do starych, wypróbowanych metod. Wolne społeczeństwa Zachodu zakwitły na gruncie chrześcijańskich wartości. Dziś pod płaszczykiem chrześcijaństwa ukryło się bardzo wiele idei absolutnie mu wrogich – humanizm, pacyfizm, socjalizm itp. Jeśli więc mamy uratować nasz świat, musimy wpierw oczyścić chrześcijaństwo z fałszywych idei. Różne są na to pomysły, ale najrozsądniejszym wydaje się konfrontowanie wszystkich doktryn z Biblią, fundamentem chrześcijaństwa. Jeśli coś stoi w sprzeczności z Pismem, należy to odrzucić. Gdy temu testowi poddamy humanizm, socjalizm czy pacyfizm, bez problemu odkryjemy, że są to całkowicie obce Biblii idee. Udało się je skutecznie podłożyć chrześcijaństwu jak kukułcze jajo, ponieważ chrześcijanie przestali poważnie traktować Biblię, a skupili się na poglądach teologów czy hierarchów, z których większość służy wrogim wartościom. Przykładowo już w latach czterdziestych XX w. Moskwa zleciła włoskim komunistom bratanie z się inteligencją katolicką. Efekty tego spisku opisał Józef Mackiewicz (szczególnie w najbardziej znanym dziele w tej tematyce „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”). Wszyscy papieże od czasów Jana XXIII to mniej lub bardziej gorący orędownicy humanizmu, socjalizmu, priorytetu naturalistycznej nauki nad Biblią, pacyfizmu i synkretyzmu religijnego. Obecny papież już otwarcie zwraca się przeciw biblijnemu chrześcijaństwu. Podczas przemówienia w Kongresie USA jasno zdefiniował wroga ludzkości:

 

„Wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę i jesteśmy głęboko zatroskani niepokojącą sytuacją społeczno-polityczną w dzisiejszym świecie. Jest on coraz bardziej miejscem gwałtownych konfliktów, nienawiści i brutalnych zbrodni, popełnianych nawet w imię Boga i religii. Wiemy, że żadna religia nie jest wolna od form indywidualnych urojeń czy ekstremizmu ideologicznego. Oznacza to, że musimy być szczególnie uważni na wszelki rodzaj fundamentalizmu, czy to religijnego czy też innego rodzaju.”

 

Wrogiem ludzkości według papieża nie jest zło, fałsz czy grzech, ale… wszelki fundamentalizm, także chrześcijański. Czym jest fundamentalizm? Jest to rygorystyczne trzymanie się zasad i norm wyznaczonych przez daną ideologię. W przypadku chrześcijan jest to rygorystyczne trzymanie się ponadczasowej, objawionej prawdy Pisma Świętego. Franciszek wskazuje więc konserwatywnych chrześcijan jako wrogów ludzkości na równi z islamskimi mordercami! Co więcej, uderza w podstawowy dla chrześcijan dwubiegunowy obraz świata:

 

Ale jest też inna pokusa, której musimy się szczególnie wystrzegać: upraszczający redukcjonizm, który widzi tylko dobro lub zło; lub jeśli wolicie, sprawiedliwych i grzeszników. Współczesny świat, z jego otwartymi ranami, które naznaczają wiele naszych braci i sióstr, wymaga od nas przeciwstawiania się wszelkim formom polaryzacji, które dzieliłyby go na te dwa obozy.

 

A więc wszyscy, którzy obstają przy jasnym wytyczaniu granic pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy sprawiedliwością a grzechem, pomiędzy obozem ludzi dobrych a Imperium Zła są… wrogami ludzkości. To mówi ten, którego wielu uważa za zastępcę Chrystusa na ziemi…

 

Podążając drogą kulturowego czy odstępczego chrześcijaństwa, nie zatrzymamy upadku cywilizacji, a tylko wspomagamy postęp jego największych wrogów. Jak to trafnie ujął prof. Kazimierz Jodkowski:

 

Ratunek dla Europy i świata to konserwatywne i uzbrojone chrześcijaństwo.

 

Przed złymi ludźmi z bronią, a tacy zawsze czyhali na naszą wolność i zasoby, obroną są dobrzy ludzie z lepszą bronią i sprawnością! Człowiek staje się dobry dzięki głównemu przesłaniu Biblii – dobrej nowinie o darmowym ratunku od kary za nasze grzechy i mocy zła nad nami. Ten ratunek kupił nam już Jezus na krzyżu Golgoty. Karabin każdy musi kupić sobie sam (Łuk 22:36).

 

Tylko broń w rękach ludzi moralnych powstrzyma wrogów naszej cywilizacji.

 

Jeśli Twój syn ma wyjść na człowieka, wyposaż go za młodu w Biblię i karabin!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Idź Pod Prąd 10-11 (135-136) 2015


Wielka Prostytutka

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

 

 

 


{youtube}Tzo96Myu8-M{/youtube}

 

Od wieków szczególnie jeden rozdział Nowego Testamentu rozpala umysły i ciekawość czytelników Biblii. Chodzi mianowicie o 17 rozdział Księgi Apokalipsy. Nie mając zamiaru w niniejszym krótkim opracowaniu rozwikłać wszystkich jego zawiłości, postaram się przybliżyć Państwu jego główną antybohaterkę. Mało zaszczytny termin, jakim już w tytule pozwoliłem sobie ją określić, nie jest żadną przesadą, a jedynie współczesnym zamiennikiem staropolskich słów nierządnica czy wszetecznica, jakimi wcześniej ją tytułowano. Wychodząc od definicji tego zawodu czy raczej tożsamości, prostytutka (nierządnica) to kobieta, która sprzeniewierzyła się swemu pierwotnemu powołaniu. Zamiast być wierną i służyć pomocą jednemu mężczyźnie - swemu mężowi, postanowiła w zamian za korzyści materialne oddawać swe usługi wielu chętnym. Wcześniej w Starym Testamencie Bóg nazywał tak swój naród wybrany, gdy ten nie dochowywał mu wierności, czcił obcych bogów i przejmował niemoralne obyczaje. (Jer. 2:20 i 3:20).

Tak więc nierządnica duchowa to system religijny, który utrzymuje, że jest jedynie prawdziwy i ustanowiony przez samego Boga, zachowuje zewnętrzne pozory wierności, podczas gdy w rzeczywistości zarówno swymi wierzeniami, jak i uczynkami zapiera się prawdziwego Boga. Starotestamentowi Żydzi często postępowali w ten sposób, a szczególnie ich kapłani, co dosadnie ujął Apostoł Paweł: "Ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz? Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa? Który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu bezcześcisz Boga? Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu" (Rzym. 2:21-24). Zamiast prowadzić ludzi do Boga, ten obłudny system od Niego odstręczał!

Ap. Jan zapowiada z kolei, że w czasie po wniebowstąpieniu Jezusa pojawi się kościół z nazwy chrześcijański (Chrystusowy), a w rzeczywistości cudzołożny, ze wszelkimi wcześniej przedstawianymi oznakami duchowej prostytucji.

Werset pierwszy 1 7 rozdziału Apokalipsy określa ten cudzołożny system Wielkim. Epitet ten może odnosić się zarówno do stopnia odstępstwa i zdrady, jak i do skali oddziaływania na ludzi. Następne wersety potwierdzają oba te znaczenia. Wielka Prostytutka siedzi nad wieloma wodami (w.1). Werset 15. tłumaczy ten symbol: "I mówi do mnie: Wody, które widziałeś, nad którymi rozsiadła się wszetecznica, to ludy i tłumy, i narody, i języki" (Ap. 17:15).

Mamy więc do czynienia z jakimś kościołem z nazwy chrześcijańskim, który utrzymuje, że jest jedynym prawdziwym, jest zepsuty moralnie, nie dochowuje wierności Bogu i Jego Słowu, ale ma ogromny wpływ na całą ludzkość.

Werset 2. z naszego rozdziału pokazuje dwa kierunki aktywności tego fałszywego kościoła: nierząd z królami ziemi - walka o ziemską władzę poprzez wywieranie wpływu na przywódców politycznych; upijanie winem duchowego kłamstwa masy zwykłych śmiertelników. Pijany nie umie właściwie rozeznać swych czynów ani nie przyjmuje ostrzeżeń. Prostytuujący się kościół będzie umiał uspokajać sumienia swoich wyznawców i uodparniać ich na Prawdę. Nawet wielkie umysły nie zawsze obronią się przed taką manipulacją...

Werset 3. wprowadza nas w nową fazę bezbożności tego kościoła... "I zaniósł mnie w duchu na pustynię. I widziałem kobietę siedzącą na czerwonym jak szkarłat zwierzęciu, pełnym bluźnierczych imion" (17:3). Nie wdając się w zbytnie szczegóły, ta bestia - zwierzę to zapowiadany w czasach ostatecznych władca odnowionego Imperium Rzymskiego, panującego nad całą ziemią (Obj. 17:7-14; 13:1-8; Dan. 2:40-45; 7:3-7,19-27; 2Tes. 2:1-12). Widzimy więc, jak nasza Wielka Prostytutka wozi się na Antychryście - władcy politycznym globalnego imperium czasów końca. Żyje z nim w doskonałej komitywie na zasadach symbiozy i najprawdopodobniej udzieliła mu poparcia i wiarygodności, gdy pojawił się na ziemi. Sprowadzając to na nasz grunt, fałszywy kościół Chrystusa będzie popierał wszelkie wysiłki na rzecz politycznego zjednoczenia świata i będzie kolaborował, ciągnąc z tego korzyści, z politykami mającymi to na celu. Sielanka nie potrwa jednak długo. Gdy nierządnica zrobi swoje, a Antychryst się umocni, jego skrywana wcześniej niechęć do tej religii objawi się w całej pełni: "A dziesięć rogów, które widziałeś, i zwierzę, ci znienawidzą wszetecznicę i spustoszą ją, i ogołocą, i ciało jej jeść będą, i spalą ją w ogniu" (Ap. 17:16).

Werset 4. przynosi nowe szczegóły wyglądu zepsutej kobiety: "A kobieta była przyodziana w purpurę i w szkarłat, i przyozdobiona złotem, drogimi kamieniami i perłami" (Ap. 17:4a). Fałszywy kościół będzie lubował się w drogocennych ozdobach - złoto, szlachetne kamienie, a najbardziej popularne jego barwy to czerwień i pewien odcień fioletu (ciekawe jest w tym kontekście pochodzenie słów purpurat i kolor biskupi...). Ogólnie można też po tych zewnętrznych przymiotach wywnioskować, że omawiany system będzie dość bogaty...

Typowym gestem tego kościoła będzie też trzymany w ręku złoty kielich pełen nierządu. Złoty kielich, szczególnie podniesiony, w kontekście religijnym kojarzy się z mszą. Ale dlaczego pełen jest "obrzydliwości i nieczystości jej nierządu"? Z pomocą przychodzi tutaj Autor Listu do Hebrajczyków: "Mocą tej woli jesteśmy uświęceni przez ofiarowanie ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. A każdy kapłan sprawuje codziennie swoją służbę i składa wiele razy te same ofiary, które nie mogą w ogóle zgładzić grzechów; Lecz gdy On złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, Oczekując teraz, aż nieprzyjaciele jego położeni będą jako podnóżek stóp jego. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni." "Dodaje: A grzechów ich i ich nieprawości nie wspomnę więcej. Gdzie zaś jest ich odpuszczenie, tam nie ma już ofiary za grzech." (Hbr. 10:10-14 i 17-18). W wiernych Jezusowi kościołach jest tylko jedna ofiara za grzech - ta złożona raz na zawsze przez Niego na Krzyżu Golgoty! Jeśli ktoś w Nią raz uwierzy, otrzymuje na zawsze przebaczenie wszystkich swoich grzechów. Dla niego nie ma już piekła ani żadnego czyśćca! Dla prawdziwego chrześcijanina "nie ma już ofiary za grzech" (Hbr. 10:18b). Wspomina się ją jedynie w celu przypomnienia tego, co Chrystus zrobił dwa tysiące lat temu. Kościół fałszywy będzie natomiast odmawiał takiego znaczenia ofierze Jezusa i wprowadzi na jej podobieństwo swoje ofiary za grzechy, osiągając przy tym korzyści finansowe. "Obrzydliwość i nieczystość nierządu"!

Werset 5. odsyła nas do dalekiej historii. "Wielki Babilon, matka wszetecznic i obrzydliwości ziemi". Każdy chyba zna historię miasta i wieży Babel. Była to pierwsza zbiorowa próba ludzkości, by przeciwstawić się Bogu i od Niego uniezależnić. Bóg ją udaremnił, ale część ludzi pozostała w buncie. W oparciu o nich powstał wrogi Bogu system religijny, będący symbolem i źródłem wszelkiego późniejszego odstępstwa. Mowa o religii Babilonu. Najwyższy kapłan Babilończyków nosił tytuł: "Wielki Budowniczy Mostu". Za pośrednictwem Etrusków pozostałości tej religii z dzisiejszej Azji Mniejszej dotarły do Italii. Najwyższy rzymski kapłan, a potem i cesarz nosił ten babiloński tytuł. Po łacinie brzmi on: "Pontifex Maximus". Czy wiedzą Państwo kto dziś nosi ten tytuł i skąd pochodzi słowo: "pontyfikat"?

Werset 6. przynosi jeszcze bardziej przerażającą cechę Wielkiej Prostytutki. Jawi się ona jako "pijana krwią" autentycznych chrześcijan. Podając się za jedyny prawdziwy kościół Chrystusa, sama nie znosi żadnej konkurencji. Nie tylko uciska myślących inaczej, ale ich fizycznie eliminuje. Ma na swoim koncie nie garstkę ofiar, ale cały tłum. Jest wręcz zamroczona żądzą mordu ludzi prawdziwie wiernych Jezusowi i będzie "ogniem i mieczem" (a także innymi, subtelniejszymi metodami) przyprawiać ich o męczeństwo.

Każdy, kto choć trochę zetknął się z Biblią, kto zna przynajmniej pobieżnie historię i obserwuje trendy dzisiejszej polityki, ma nieodparte skojarzenia i widzi, który kościół coraz szybciej "stara się" wypełnić omawiane proroctwo Pisma. Bóg jednak ma wzgląd także na "prostaczków", którzy nie mają zbyt dużej wiedzy o polityce czy historii. Dla nich to umieścił jeszcze jedną, tym razem bezdyskusyjną cechę fałszywego kościoła. Podał po prostu jego geograficzne umiejscowienie. "A kobieta, którą widziałeś, to wielkie miasto, które panuje nad królami ziemi." (Ap. 17:18). Jakie to miasto? "Tu trzeba umysłu obdarzonego mądrością. Siedem głów, to siedem pagórków, na których rozsiadła się kobieta, i siedmiu jest królów" (17:9). Miasto na siedmiu wzgórzach. Czy ktoś ma wątpliwości jak brzmi jego nazwa? Czy jest jakaś organizacja religijna utożsamiona z tym miastem?

Są to oczywiście trywialne pytania. Ale ludzie często są na tyle ślepi, że nie widzą, że "król jest nagi" i w ogromnym tłumie zachwycają się "purpurą i złotem" monarchy...

Oby dla nikogo nie było strasznym i co najgorsze spóźnionym odkryciem, że "ta karczma Rzym się nazywa"...

 

 

 

Artykuł "Wielka Prostytutka" po raz pierwszy został opublikowany w roku 2004.

"idź Pod Prąd" nr 6, kwiecień-maj 2004r., s. 4

T


WPUSZCZANIE W KANAŁ

We wczesnym okresie Solidarności zachowywaliśmy się jak typowy szczeniak, któremu z każdym jest po drodze, który jest gotów pójść za każdym. Było nam po drodze nawet z Geremkiem, z Michnikiem, ze Staszewskim. Dobrze, że nie z Urbanem, ale chyba to Urban nie chciał kolaborować z opozycją. Nie winiliśmy nikogo za grzechy rodziców, a rodziców też chętnie rozgrzeszaliśmy z ich przewin. Każdy szczurołap mógł nas wprowadzić w dowolne maliny.

Uwaga techniczna. Użycie formy MY to w tym przypadku raczej pluralis modestiae. Przez skromność nie chcę wyróżniać się z ogółu, choć wtedy bardzo mi się nie podobała ta amikoszoneria.

Sądzę, że w sferach bezpieczniackich radziło się wówczas nad tym, jak skanalizować oddolną solidarnościową rewoltę. Skanalizować to znaczy dosłownie wpuścić w kanał, rozbroić.

Nie ma wątpliwości, że obecnie stosuje się tę samą taktykę sprawdzoną i skuteczną od czasów Ochrany. Metody infiltracji środowisk niepodległościowych się nie zmieniają. Natomiast jeszcze trudniej im przeciwdziałać, bo zmieniła się panorama polityczna. Kiedyś wybaczaliśmy komuchom niejako na wyrost, po chrześcijańsku. Teraz wiele zarzutów straciło po prostu ciężar gatunkowy.

O wiele poważniejszym problemem jest rozbicie naszej mitycznej solidarności. Nie mówię o organizacji piszącej się solidarycą, lecz o poczuciu solidarności, wszystkich ze wszystkimi, jak się potem często okazywało - solidarności kota z myszą. Interesy ludzkie są rozbieżne, więc trudno na przykład oczekiwać solidarności sprzedawcy z klientem. Sprzedawca chce sprzedać jak najdrożej, a klient kupić jak najtaniej i to generuje sprzeczność. Zwolennicy wolnego rynku twierdzą, że tę sprzeczność usuwa jakaś niewidzialna ręka, ale ja w duchy nie wierzę, a nie o to tutaj zresztą chodzi. Niezwykle skutecznym zabiegiem socjotechnicznym okazała się „ekonomizacja ludzi”. Wmówiono społeczeństwu , że niektórzy ludzie przynoszą same straty, bez przerwy trzeba do nich dokładać, są niejako permanentnie na jego garnuszku. Nie dotyczyło to bynajmniej marginesu społecznego, owych obiboków, którzy chcą „godnie żyć”, lecz nie zamierzają pracować. Zarówno w PRL-u, jak i obecnie są oni pupilkami władzy. Według liberalnej, czyli postkomunistycznej frazeologii tymi pasożytami okazali się robotnicy z wielkich zakładów przemysłowych. Od 30 lat słyszę bez przerwy, że kopalnie są nierentowne i trzeba je likwidować. Jakoś tak się dziwnie składa, że dla nabywców okazują się rentowne. Trudno zresztą, żeby były rentowne w kryminogennej strukturze pośredniczej, w budowaniu której mocno zasłużyła się lewicowa męczennica, śląska Aleksis.

Obecnie równie skutecznie stosuje się strategię napuszczania obywateli na strajkujących górników. „Niech sobie kupią kopalnię i nią zarządzają” - twierdzą różne mędrki. O, sancta simplicitas - przecież przysłowiowy Kowalski nie ma i nigdy nie będzie miał środków, żeby kupić kopalnię, nawet zbankrutowaną. Tam, gdzie groziło niebezpieczeństwo, że zwykli ludzie kupią na przykład pegeerowską ziemię, skutecznie temu przeciwdziałano. W imię mitycznej farmeryzacji rolnictwa, czyli tworzenia gospodarstw wielohektarowych, sprzedawano ziemię bardzo tanio „w pęczku”. Na przykład 1000 ha po 10 groszy za metr. Jak łatwo obliczyć, za taki areał należało zapłacić tylko milion złotych. To bardzo niska cena, ale rolnik nie ma w skarpetce tych pieniędzy, natomiast „oszczędny” parlamentarzysta już może mieć. W ten sposób powstały latyfundia rolników z Marszałkowskiej, którzy teraz czerpią zyski z dopłat unijnych, a potem będą tę ziemię sprzedawać. To wszystko z ewidentną szkodą dla rolnictwa, dla nas wszystkich, dla bezpieczeństwa żywnościowego kraju. Natomiast cukrowni nie chciano sprzedawać spółkom producentów buraków za żadne pieniądze. Przecież miały być zlikwidowane, wraz z polskim cukrem. Jeszcze inny przykład. Uzdrowisko Inowrocław kupił jakiś peowiak i zapłacił 5 milionów. Jest to cena śmieszna. Więcej jest wart sprzęt rehabilitacyjny w jednym z gabinetów fizjoterapii. Jednak Kowalski nie ma tych 5 milionów, a jak twierdzili postkomuniści przerobieni na liberałów, każda rzecz jest tyle warta, ile ktoś chce za nią dać. Te 5 milionów może natomiast wysupłać bez trudu każdy z beneficjentów FOZZ albo innych utworzonych w tym celu specjalnych kraników z forsą dla komunistycznej i postkomunistycznej nomenklatury. Tak następuje oligarchizacja kraju.

PO zabiera się do przejęcia ostatnich klejnotów rodowych Rzeczpospolitej według sprawdzonych wzorów. Kopalnie – twierdzą - nie są nic warte i ich eksploatacja jest nieekonomiczna. Trzeba je zalać. Strajkujący w ich obronie górnicy to wichrzyciele, zagrożenie dla demokracji. Poza tym górnik dostaje na otarcie łez wysoką odprawę, której nie dostanie Kowalski zwolniony w ramach restrukturyzacji ze spółdzielni pracy Zbędny Trud. Kopacz przedstawiana jest wręcz jako polska Margaret Thatcher bohatersko przeciwstawiająca się dyktatowi związkowców.

Czy znowu damy się nabrać na ten sam numer?

 

 

 

 

 

 

 

idźPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015, s. 17

 


ŻYCIE Z PERSPEKTYWY ŚMIERCI

Jaka szkoda, że musiałem czekać do teraz, kiedy moje ciało jest przeżarte przez raka, żeby nauczyć się, jak trzeba żyć – jeden z pacjentów doktora Irvina Yaloma, amerykańskiego terapeuty, ateisty. Cytat z jego książki: „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci”.

Australijska pisarka Bronnie Ware, szukając sensu w swoim życiu i pracy zawodowej, zdecydowała się na niezwykły krok – podjęła się opieki nad osobami umierającymi. Mając za sobą wiele rozmów z ludźmi, którym zostało kilka tygodni lub co najwyżej kilka miesięcy życia, jest pod wrażeniem dojrzałych zmian, jakie powoduje perspektywa rychłego rozstania się z tym światem. Podobne obserwacje miał król Salomon.

Bronnie Ware spisała pięćrzeczy, które jej rozmówcy wymieniali,oceniając swoje życie z perspektywy hospicjum:

1. Szkoda, że nie miałem odwagi żyć tak, jak naprawdę chciałem, a nie tak, jak inni tego ode mnie chcieli.

2. Żałuję, że tyle pracowałem.

3. Szkoda, że nie miałem odwagi wyrazić prawdziwych uczuć.

4. Mogłem więcej czasu poświęcić na utrzymanie kontaktu z przyjaciółmi.

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszym.

(więcej tu: http://tiny.pl/q3qbx, po polsku: http://tiny.pl/q3qbm)

Kiedy jesteśmy młodzi, zdrowi i silni, ulegamy iluzji, że stan ten będzie trwał wiecznie i wszystko zdążymy jeszcze zrobić. Gdy budzimy się w realnym świecie - bliskości śmierci, bezpowrotnej utraty zdrowia, swobody ruchów, siły itp., na wiele zmian w życiu jest już za późno. Dociera do nas świadomość zmarnowanego czasu, odkładania na później rzeczy naprawdę ważnych czy wymieniania czasu z bliskimi i przyjaciółmi na pracę lub inne „obowiązki”. Warto więc od czasu do czasu spojrzeć na nasze życie z perspektywy jego kresu. Może zauważymy potrzebę niezbędnych korekt?

Król Salomon przejmująco, aczkolwiek realistycznie, opisuje starość i nadchodzący koniec:

Zanim się zaćmi słońce i światło, księżyc i gwiazdy, i znowu powrócą obłoki po deszczu, A są to dni, gdy będą drżeć stróże domowi i uginać się silni mężowie, gdy ustaną w pracy młynarki, bo ich będzie za mało, a wyglądające oknami będą zamglone. Gdy zawrą się drzwi na zewnątrz, gdy ścichnie łoskot młyna, dojdzie do tonu świergotu ptasząt, i wszystkie pieśni brzmieć będą cicho. Gdy nawet pagórka bać się będą i strachy czyhać będą na drodze; gdy drzewo migdałowe zakwitnie i szarańcza z trudem wlec się będzie, a kapar wyda swój owoc, bo człowiek zbliża się do swojego wiecznego domu, a płaczący snują się po ulicy. Zanim zerwie się srebrny sznur i stłucze złota czasza, i rozbije się dzban nad zdrojem, a pęknięte koło wpadnie do studni. Wróci się proch do ziemi, tak jak nim był, duch zaś wróci do Boga, który go dał. Kazn. 12:2-7

Niezmiernie ciekawy i konkretny jest jego wniosek, który z tej sytuacji powinien wysnuć każdy człowiek będący jeszcze w pełni sił:

Pamiętaj o swoim Stwórcy w kwiecie swojego wieku, zanim nadejdą złe dni i zbliżą się lata, o których powiesz: Nie podobają mi się. Kazn. 12:1

Mojżesz podobnie pouczał swoich współczesnych i potomnych:

Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt, a gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt; a to, co się ich chlubą wydaje, to tylko trud i znój, gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy. Któż zna moc gniewu twego? Kto boi się ciebie w uniesieniu twoim? Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy posiedli mądre serce!

Ps. 90:10-12

Co więc znaczy to mądre serce czy życie dla swego Stwórcy? Podobne pytanie zadano kiedyś Jezusowi:

Rzekli więc do niego: Cóż mamy czynić, aby wykonywać dzieła Boże? Odpowiedział Jezus i rzekł im: To jest dzieło Boże: wierzyć w tego, którego On posłał. Jan. 6:28-29

Można zrobić i przeżyć w swoim życiu wiele wspaniałych rzeczy, ale jeśli zabraknie w nim tej jednej – zaufania Jezusowi, z perspektywy wieczności okaże się ono zmarnowane. Ap. Jan stawia sprawę bardzo jasno:

Kto wierzy w Syna Bożego, ten ma w sobie świadectwo Boga, kto nie wierzy Bogu, uczynił Go kłamcą, bo nie uwierzył świadectwu, jakie Bóg dał o swoim Synu. A świadectwo jest takie:  że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia. O tym napisałem do was, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne. 1 Jan 5:10-13 (BT)

Wielu ludziom w Polsce wiara w Jezusa kojarzy się z religią, nudnymi rytuałami, powierzchownością czy wręcz faryzejską obłudą. Jest to prosty skutek wpływu religii katolickiej, która wydaje taki właśnie owoc. Jezus przedstawiony w Biblii, w którego uwierzyli apostołowie i pierwsi chrześcijanie, krańcowo odbiega od religijnych wyobrażeń. Zrozumiał to świetnie ap. Paweł, człowiek na wskroś religijny, a wręcz fanatyczny:

Chociaż ja mógłbym pokładać ufność w ciele. Jeżeli ktoś inny sądzi, że może pokładać ufność w ciele, to tym bardziej ja:

Obrzezany dnia ósmego, z rodu izraelskiego, z pokolenia Beniaminowego, Hebrajczyk z Hebrajczyków, co do zakonu faryzeusz, co do żarliwości prześladowca Kościoła, co do sprawiedliwości, opartej na zakonie, człowiek bez nagany.

Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary, żeby poznać go i doznać mocy zmartwychwstania jego, i uczestniczyć w cierpieniach jego, stając się podobnym do niego w jego śmierci, aby tym sposobem dostąpić zmartwychwstania. Nie jakobym już to osiągnął albo już był doskonały, ale dążę do tego, aby pochwycić, ponieważ zostałem pochwycony przez Chrystusa Jezusa. Filip. 3:4-12

Gdy ap. Paweł zrozumiał, kim jest Jezus, i zdecydował się Mu zaufać, jego życie diametralnie się zmieniło. Odrzucił religijne sposoby zasługiwania sobie na przychylność Boga - uznał je wręcz za szkodzący człowiekowi gnój, śmiecie - i całe swoje zaufanie złożył w tym, co Jezus zrobił na krzyżu: zdobył dla niego sprawiedliwość (usprawiedliwienie) w oczach Boga Ojca. Dalsze swoje życie na ziemi widzi jako pasjonującą przygodę służenia Jezusowi, do którego już na zawsze należy. Starzejąc się tu, na ziemi, widząc więdnięcie swojego ciała, nie ma przed oczyma straconego czasu, poczucia zmarnowanych okazji i możliwości, ale dostrzega całkiem nową, nieporównywalnie lepszą i ciekawszą rzeczywistość:

Dlatego nie upadamy na duchu: bo choć zewnętrzny nasz człowiek niszczeje, to jednak ten nasz wewnętrzny odnawia się z każdym dniem. Albowiem nieznaczny chwilowy ucisk przynosi nam przeogromną obfitość wiekuistej chwały, nam, którzy nie patrzymy na to, co widzialne, ale na to, co niewidzialne; albowiem to, co widzialne, jest doczesne, a to, co niewidzialne, jest wieczne. 2 Kor. 4:16-18

Bronnie Ware po latach spędzonych z ludźmi odchodzącymi z tego świata tak podsumowuje swoje obserwacje:

„Wiele osób dopiero na końcu drogi zdało sobie sprawę z tego, że bycie szczęśliwym to wybór. Niestety, za życia za bardzo trzymali się tradycyjnych schematów i nawyków. Brak odwagi, by przełamywać bariery, rzucił cień na ich emocje i całe życie. Obawa przed zmianą zmusiła ich, by udawali przed innymi, a także przed samymi sobą, że są szczęśliwi, podczas gdy gdzieś głęboko w środku tęsknili do tego, by w ich życiu znów pojawiły się szczery uśmiech i beztroska”.

Najlepszy czas na decyzję zmiany życia jest więc… TERAZ!

 

 

 

                                      

                                          

idźPod Prąd, styczeń-luty 2015


RZYM Z WŁOSKIEJ PERSPEKTYWY

Bombardowani jesteśmy ostatnio w Polsce wciąż nowymi wieściami z frontu walki o ekumenizm. Kolejne alianse, koncerty i eventy to wywieszanie białej flagi i przyjmowanie rzymskich doktryn jako akceptowalnych, a niekiedy nawet jako własnych. Rzym też jakby zmiękł i z dobrodusznością godną matki wszelkich religii pochyla się nad zagubionymi owcami, mamrocząc zaklęcie o jednym pasterzu i jednej owczarni.

Ma ruch ekumeniczny i swoich proroków. Od jednego z nich, luteranina (a jakże!), wyszło pojęcie „jedności w różnorodności”, określające postawę akceptowania u domniemanych braci w wierze doktrynalnych różnic. Jest w tym pojęciu iście złowieszcza mieszanina prawdy z kłamstwem. Choć bowiem Pismo wzywa do akceptowania różnic u słabszych, niedojrzałych braci, to jednocześnie braterstwo w Biblii oparte jest na wierze w ewangelię o zbawieniu jedynie na podstawie zaufania Jezusowi Chrystusowi, który zbawienie ofiarowuje wyłącznie ze swojej łaski. Nazywanie bratem osoby, która wierzy w rzymskie dogmaty, jest zatem odrzuceniem podstawowych prawd, które Bóg jasno objawił w swoim Słowie. Tymczasem obecna soteriologia Rzymu tak różni się od biblijnej, jak trydencka msza od zebrania wierzących w pierwszym wieku. I pomyśleć, że Paweł apostoł radził tym, którzy chcieli dodać do wiary w Jezusa jeden tylko ruch noża, aby odcięli sobie i całe przyrodzenie (Gal 5:12). Jaką radę od Pawła usłyszałby teolog katolicki dzisiaj – aż strach pomyśleć.

Skąd zatem takie parcie na ekumenizm wśród wyznających Jezusa między Odrą a Bugiem? Między innymi z duchowej ślepoty i bezbożnej naiwności jego propagatorów. Co im radzić? Może powinni pójść po rozum do głowy albo - jeśli taka podróż wydaje się im zbyt daleka - po radę do wierzących w Jezusa we Włoszech, mieszkających tam, gdzie tron ma sam Pontifex Maximus, a którzy „trzymają się mocno imienia Jezusa i nie zaparli się wiary w Niego” (Obj 2:13). Owi bracia (ok. 85% wszystkich włoskich chrześcijan ewangelicznych), obyci z imperialnym Kościołem rzymskim, wystosowali 19 lipca 2014 roku takie oto wezwanie:

W następstwie okrągłego stołu z udziałem the Italian Evangelical Alliance, the Federation of Pentecostal Churches, the Assemblies of God in Italy, the Apostolic Church oraz the Pentecostal Congregations, jaki miał miejsce w Aversea 19 lipca 2014 roku w Zielonoświątkowym Kolegium Studiów Religijnych (the Pentecostal College of Religious Sciences), wspomniane wyżej kościoły i organizacje, zaalarmowane ostatnimi ekumenicznymi działaniami ze strony chrześcijan ewangelicznych oraz kręgów zielonoświątkowych w odniesieniu do Kościoła rzymskokatolickiego i jego obecnego zwierzchnika, nie osądzając wiary poszczególnych członków tego kościoła, uważają, iż jest niezgodne z nauczaniem Pisma twierdzenie, że kościół może być pośrednikiem w kwestii zbawienia czy też przedstawiać inne osoby jako pośredników łaski, ponieważ Boża łaska jest dostępna wyłącznie przez wiarę w Jezusa Chrystusa (Ef 2:8) bez udziału pośredników (1 Tym 2:5).

Uważamy również za niemożliwe dopogodzenia z Pismem istnienie kościoła, którego sercem jest państwo polityczne będące spuścizną kościoła „imperialnego”, od którego bierze ono swoje tytuły oraz prerogatywy. Kościoły chrześcijańskie muszą powstrzymywać się od naśladowania „książąt tego świata” i iść za przykładem Jezusa, który przyszedł, aby służyć, nie zaś, aby Mu służono (Mk 10:42-45).

Wierzymy również, że to, co w niektórych elementach wydaje się podobne do ewangelicznej wiary i duchowości, nie pozwala żywić nadziei, że w Kościele rzymskokatolickim dokonała się prawdziwa przemiana. Z powodu wszystkich teologicznych i etycznych różnic te podobieństwa nie mogą usprawiedliwić inicjowania ekumenicznych kroków wobec Kościoła rzymskokatolickiego.

Wzywamy chrześcijan ewangelicznych w kraju i na forum międzynarodowym do stosowania zdrowej biblijnej metody badania (1 Jan 4:1) bez popadania w unifikacyjne inicjatywy, które są sprzeczne z Pismem, oraz do odnowienia swego oddania sprawie zaniesienia ewangelii Jezusa Chrystusa do całego świata (Mt 28:18-20).

Powyższy tekst, choć napisany formalnym i wygładzonym stylem, i tak byłby niedopuszczalnie sekciarski dla dużej części polskich „ewangelikałów”. Oduczyli się oni biblijnej ostrości, a w imię fałszywej jedności z ziemską potęgą Rzymu na indeks wersetów zakazanych wpisali i ten:

Dlatego, mając tę służbę, która nam została poruczona z miłosierdzia, nie upadamy na duchu, lecz wyrzekliśmy się tego, co ludzie wstydliwie ukrywają, i nie postępujemy przebiegle ani nie fałszujemy Słowa Bożego, ale przez składanie dowodu prawdy polecamy siebie samych sumieniu wszystkich ludzi przed Bogiem. A jeśli nawet ewangelia nasza jest zasłonięta, zasłonięta jest dla tych, którzy giną,  w których bóg świata tego zaślepił umysły niewierzących, aby im nie świeciło światło ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga. 2 Kor 4:1-4 

Oby wszyscy wierzący w Polsce mogli te słowa szczerze za Pawłem powtórzyć!

 

  

 

 

 

 

idź Pod Prąd, styczeń-luty 2015, s.7


KTO JEST ELITĄ? INTELEKTUALIŚCI?

Przyjęło się powszechnie uważać, że ludzie mądrzy, wykształceni i usytuowani stanowią elitę narodu. Szczególną estymą w tym względzie obdarza się obecnie profesorów wyższych uczelni. Warto zbadać ten pogląd w świetle biblijnej relacji o narodzie żydowskim z czasów Jezusa.

Zdefiniujmy na wstępie pojęcie elity narodu. Nie chodzi o ludzi najbogatszych czy najlepiej urodzonych. Nie chodzi też o osoby aktualnie sprawujące nad narodem władzę - Hans Frank czy Bolesław Bierut mieli władzę nad Polakami, ale trudno zaliczyć ich w poczet naszej elity. Intuicyjnie oczekujemy od elity wpływu na los narodu z właściwych motywacji - z troski o jego dobro. W tym znaczeniu używa się niekiedy pojęcia elita rycerska. Ludzie ci mają więc wyróżniać się mądrością, prawością charakteru, stawianiem dobra wspólnego ponad własne oraz zdolnością i odwagą do podejmowania decyzji za innych.

W sytuacji upadku autorytetu polskich polityków, duchownych, o dowódcach wojskowych nawet nie wspomnę, naród gorączkowo szuka kandydatów na elity rycerskie. Stosunkowo mało skompromitowaną grupą wydają się „ludzie nauki”. Dobrze tę tendencję odczytało Prawo i Sprawiedliwość, otaczając się wianuszkiem profesorów. Czy możemy jednak zaufać polskim profesorom?

Po pierwsze, większość z nich „naukę” uprawiała już za komuny. A nawet dziecko wiedziało wtedy, że karierę robi się w tym systemie nie dzięki walorom rzeczywistym…

Po drugie, III RP nawet w symbolicznym stopniu nie oczyściła się z „naukowego” dziedzictwa PRL. Co więcej, centralny system grantów uczynił naukowców jeszcze bardziej zależnymi od władzy i „układów”. Nic więc dziwnego, że nie tylko etos rycerza, ale nawet odważne szukanie prawdy jest w tym środowisku wartością niezmiernie rzadką.

Po trzecie, cywilizacja Zachodu weszła w okres terroru poprawności politycznej oraz dogmatu naturalizmu. Każdy naukowiec zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że odwołując się do Boga, prawdy objawionej w Biblii lub wypowiadając swoje zdanie pod prąd lewackiej ideologii, ogranicza lub kończy swoją karierę.

Biorąc pod uwagę tylko te trzy przesłanki, należy się spodziewać, że wśród naukowców niełatwo znajdzie się kandydatów na rycerzy… Raczej na klakierów władzy lub co najwyżej „tajnych wyznawców” Prawdy. Do nich chciałbym zaadresować refleksję nad smutnym casusem Nikodema.

A był człowiek z faryzeuszów imieniem Nikodem, dostojnik żydowski.

Ten przyszedł do Jezusa w nocy i rzekł mu: Mistrzu! Wiemy, że przyszedłeś od Boga jako nauczyciel; nikt bowiem takich cudów czynić by nie mógł, jakie Ty czynisz, jeśliby Bóg z nim nie był. Odpowiadając Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego. Rzekł mu Nikodem: Jakże się może człowiek narodzić, gdy jest stary? Czyż może powtórnie wejść do łona matki swojej i urodzić się? Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest. Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić. Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. Odpowiedział Nikodem i rzekł do niego: Jakże to się stać może? Odpowiedział Jezus i rzekł mu: Jesteś nauczycielem w Izraelu, a tego nie wiesz? Jan. 3:1-10

Profesor tamtych czasów, Nikodem, nie miał wątpliwości, że Jezus przyszedł od Boga. Nie miał jednak odwagi, by udać się do Niego jawnie, w dzień. Wiedział doskonale, jakie opinie na temat Jezusa panują w jerozolimskim PAN-ie i wolał się nie narażać. Przyszedł więc w ukryciu, nocą. Przy okazji konwersacji z Jezusem dowiedział się jeszcze jednej ciekawej rzeczy o sobie - jego tytuł, pozycja, wiedza, kultura nie dają mu wystarczającego mandatu do bycia prawdziwym nauczycielem narodu. Jeśli ktoś nie umie jasno wskazać autentycznej duchowej rzeczywistości, nie umie wskazać maluczkim drogi do zbawienia, to pomimo całej swojej wiedzy na inne tematy, nie posiada dostatecznych kwalifikacji, by być elitą narodu. Może być co najwyżej elitką, która prowadzi naród szeroką drogą do zatracenia.

Prof. Nikodem pojawia się ponownie w narracji biblijnej, tym razem już w sytuacji publicznej, w debacie ze swoimi kolegami po fachu. Oto Jezus staje się coraz większym problemem dla autorytetów Izraela. W polemice z Nim postanawiają sięgnąć do rozstrzygnięć siłowych i nasyłają na niego policję. Niestety, sprawy się komplikują:

Przyszli tedy słudzy do arcykapłanów i faryzeuszów, którzy ich zapytali: Dlaczego nie przyprowadziliście go? Słudzy odpowiedzieli: Nigdy jeszcze człowiek tak nie przemawiał, jak ten człowiek mówi. Wtedy odpowiedzieli im faryzeusze: Czy i wy daliście się zwieść?

Czy kto z przełożonych lub z faryzeuszów uwierzył w niego? Tylko ten motłoch, który nie zna zakonu, jest przeklęty. Rzekł do nich Nikodem, ten, który przyszedł przedtem do niego, jeden z ich grona:

Czyż zakon nasz sądzi człowieka, jeżeli go wpierw nie przesłucha i nie zbada, co czyni?

Odpowiadając mu, rzekli:

Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj Pisma i dowiedz się, że prorok nie z Galilei się wywodzi.

I rozeszli się, każdy do domu swego.

Jan. 7:45-53

Dowódcy straży świątynnej, zamiast aresztować Jezusa, składają świadectwo o Jego wyjątkowości. To musiało zaboleć autorytety! W odpowiedzi sięgają po stare, wypróbowane metody - dyskredytację przeciwnika i jego zwolenników (jego nauka to zwodzenie niewarte naukowej analizy; wyznawcy to zacofany motłoch) oraz powagę autorytetów (czy kto z profesorów…). Nikodem wiedział, że teraz powinien się odezwać, że dalsze milczenie w sprawie Prawdy dyskwalifikuje go jako jej obrońcę. Całe jego dotychczasowe życie było realizacją doktryny „tisze jediesz, dalsze budiesz”. Ale teraz nadszedł czas na działanie! Zbierając w sobie wszystkie nieliczne pokłady odwagi, zabiera głos i jasno staje w obronie… procedur. Tu jednak czeka go zimny prysznic - warknięcie ze strony „towarzystwa”, że jeszcze słowo, a sam może zostać zaliczony w poczet motłochu. Nikodem wie doskonale, że Jezus nie pochodzi z Galilei, ale z Betlejem, wie, że jego mocni w gębie koledzy są zwykłymi ignorantami i mógłby to łatwo wykazać. Ale strach i umiłowanie profesorskich przywilejów wygrywają. Kładzie uszy po sobie i potulnie idzie do domu, by dalej w ukryciu „walczyć z systemem”. Jego naukowa intuicja nie prowadzi go jednak do oczywistego wniosku, że dzięki takim jak on Zło bezkarnie triumfuje…

Tchórzliwego profesora spotykamy jeszcze raz na kartach Biblii. Jest już po wszystkim, autorytety wespół z władzą  opanowały zagrożenie, a Wichrzyciel leży w grobie. Nikodem przyniósł umarłemu kadzidło…

Przyszedł też Nikodem, ten, który poprzednio przybył w nocy do Jezusa, niosąc około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu.

Jan. 19:39

 

  idź Pod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


Czy broń wywołuje agresję?

W wielu dyskusjach o posiadaniu i noszeniu broni bywa przywoływana teza, jakoby broń - nawet sam jej widok - wywoływała lub potęgowała w ludziach agresję. Część psychologów nazwała to „efektem broni.” Jednak wiele źródeł wskazuje, że nie tylko nie jest to prawdą, ale nawet zależność może być odwrotna.

Badania prowadzone w Teksasie pokazały, że ludzie posiadający pozwolenie na przenoszenie broni w ukryciu (Concealed Carry Permit) są zdecydowanie bardziej praworządni niż większość społeczeństwa. Wśród posiadaczy CCP było niemal sześciokrotnie mniej aresztowanych za przestępstwa z użyciem przemocy niż wynosi średnia dla całej populacji. [1] [2]

Dean Weingarten - instruktor strzelectwa w Arizonie i długoletni pracownik Centrum Badań Rozwoju i Inżynierii armii amerykańskiej i popularyzator strzelectwa - tak podsumował swoje doświadczenia instruktorskie:

Podczas mojej 15-letniej kariery instruktora Concealed Carry moi kursanci byli wyjątkowo uprzejmymi, opanowanymi, pomocnymi i odpowiedzialnymi osobami, znacznie ponad normę społeczną. Mogło być to wynikiem zarówno autoselekcji, ponieważ tylko opanowane i spokojne osoby aplikują o pozwolenie CC, jak i tego, że sama obecność broni popycha człowieka do odpowiedzialnego zachowania. Mogła też nastąpić kombinacja obu powyższych okoliczności. Podejrzewam, że po trochu z obu. [3]

Podobnie rzecz ma się z myśliwymi. Profesor Dietmar Heubrock - dyrektor Instytutu Psychologii Prawa na Uniwersytecie w Bremie - stwierdził w niedawnym wywiadzie dla magazynu „Fluter”: [...] potencjał agresji u aktywnych myśliwych jest mniejszy niż przeciętna w społeczeństwie [4]

Jednak te obserwacje dotyczą ludzi, którzy przechodzą przez rygorystyczną selekcję przed otrzymaniem pozwolenia   na broń oraz kończą kursy przygotowawcze. Co z innymi?

Najbardziej podatne na wpływ takich zewnętrznych bodźców powinny być dzieci. Wspomniany profesor Heubrock przed laty czynnie angażował się w akcje dążące do wyeliminowania zabawkowej broni z pokojów dziecięcych. Wynikało to z przekonania, że nawet sam widok broni i udawane posługiwanie się nią zwiększają agresję. Po czasie jednak zmienił zdanie. Teraz jednoznacznie ocenia tamte działania: To było ideologiczne. Z perspektywy czasu powiedziałbym: Te akcje nie były humanitarne.

Twierdzi, że nie ma powodu zabraniać dzieciom bawić się plastikowymi karabinami: Zabawa z bronią nie prowadzi wcale do tego, że ktoś rozwija się jako bandyta czy szaleniec. Broń sama w sobie nie powoduje choroby.

Podobne zarzuty jak do zabawkowej broni wysuwane są wobec gier komputerowych zawierających sceny przemocy. Jednak sądy w wielu przypadkach odrzuciły badania twierdzące, że gry komputerowe pokazujące agresję wywierają na dzieci tak szkodliwy wpływ.

W sprawie „Brown vs. EMA” sędzia Antonin Scalia uzasadniał: Dowody stanu nie są przekonujące. Kalifornia opiera się głównie na badaniach dr. Craiga Andersona i kilku innych psychologów, których prace próbowały wykazać zależność między używaniem gier komputerowych zawierających sceny przemocy i szkodliwymi skutkami u dzieci. Te opracowania zostały odrzucone przez każdy sąd, który je rozpatrywał [...] Nie dowodzą, że brutalne gry komputerowe powodują u nieletnich zachowania agresywne.

[...] niemal wszystkie badania wykazują korelację, nie wykazując związku przyczynowego, a także większość tych opracowań posiada znaczące błędy metodologiczne [5]

Prof. Heubrock zauważa: Kiedy popatrzymy, który gracz-strzelec faktycznie kogoś zranił lub zabił z użyciem broni, to ta liczba jest znikoma. Oczywiście, ta dyskusja pojawia się, kiedy dowiadujemy się, że bandyci, tacy jak Robert Steinhäuser, grali w takie gry. Ale to robi 70 procent męskiej młodzieży.

Heubrock twierdzi również, że rygorystyczne prawo nie chroni przed atakiem z użyciem broni: To byłoby dopiero wtedy możliwe, gdyby wszelka broń zniknęła z cywilnej części społeczeństwa. To po prostu nierealne.

Tych kilka wybranych faktów i opinii pokazuje, że samo obcowanie z bronią nie wzmaga agresji. A jeśli robimy to w sposób odpowiedzialny, to może mieć nawet pozytywny wpływ na psychikę.

Potwierdza to wielowiekowe doświadczenie. Już Thomas Jefferson zalecał swemu siostrzeńcowi ćwiczenia z bronią: Jest to umiarkowane ćwiczenie dla ciała, ale kształtuje śmiałość, inicjatywę i niezależność myśli. [6]

 

Przypisy:

[1] http://www.ncpa.org/pub/ba324

[2] http://www.txchia.org/sturdevant2000.htm

[3] http://www.thetruthaboutguns.com/2015/01/dean-weingarten/question-day-gun-training-cause-people-less-violent/ (tłum. Sylwester Witek)

[4] http://www.fluter.de/de/138/thema/13127/ (tłum. Maciej Stadnicki)

[5] http://volokh.com/2011/06/27/47830/

[6] http://avalon.law.yale.edu/18th_century/let31. asp

 

 

 

 

 

 

idź Pod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


Pastor z karabinem

John Correia jest starszym pastorem w kościele West Greenway Bible Church w miejscowości Glendale w Arizonie i wykwalifikowanym instruktorem strzelectwa organizacji National Rifle Association (NRA, Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie Ameryki).
Dla tego ojca czworga dzieci nie ma niczego nienormalnego w głoszeniu Słowa Bożego i jednoczesnym posiadaniu broni palnej.

Correia mieszka wraz ze swoją żoną Laurą (38 l.) oraz czwórką dzieci: Phoenix (17 l.), Jamesem (15 l.), Sarą (12 l.) i ośmioletnią Abby w Phoenix w Arizonie.

Z czworga jego dzieci tylko najstarsza córka Phoenix nie interesuje się bronią. Za to jej młodszy brat szkoli się na instruktora strzelectwa NRA. Posiada swój własny karabin Browning BLR, strzelbę Remington 870, kilka karabinów kal. 22 oraz pistolet Kahr CW9. Sara jest dumną posiadaczką strzelby, zaś 8-letnia Abby otrzymała na swoje urodziny karabin Crickett 22 w kolorze różowym.

Correia, były żołnierz Marynarki Wojennej USA, posiada swój własny arsenał liczący ponad 20 sztuk broni. Ten ewangeliczny chrześcijanin ma trzy strzelby, pistolet Glock 19 oraz karabin AR-15. Ten ostatni jest „cywilną" wersją M16, karabinu szturmowego używanego podczas wojny w Wietnamie, ale nie ma ustawienia strzelania automatycznego.

Wycieczka z przewodnikiem po wszystkich rodzajach broni, jakie posiadam, zajęłaby trochę czasu - mówi Correia i dodaje: Ludzie żartują, że jeśli wiesz, ile sztuk broni posiadasz, to prawdopodobnie masz jej za mało.

38-letni pastor widzi uzasadnienie posiadania i ewentualnego użycia broni jako wynikające z Biblii.

Co napędza moją pasję związaną z bronią i samoobroną? Przede wszystkim moja chrześcijańska wiara. Chciałbym, aby wszyscy się z sobą dogadywali i byli dla siebie mili, ale tak nie jest i aż do nadejścia idealnego świata, do którego weźmie nas Jezus, musimy być w stanie się bronić. Jezus powiedział w Ewangelii Łukasza 22:36: „kto nie ma miecza, niech sprzeda suknię swoją i kupi".
Ludzie ciągle mnie pytają: „A co z pokojem i dobrą wolą wobec innych?" Oczywiście, mocno wierzę w słowa Pawła Apostoła z Listu do Rzymian 12:18: „Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie". Kocham pokój i jestem przyjazny w stosunku do ludzi. Tylko wiesz co? Są ludzie, którzy nie będą chcieli z tobą pokoju.

Choć członkowie kościoła prowadzonego przez pastora zgadzają się z jego podejściem do broni, nie dla wszystkich wierzących wspólne strzelanie było do zaakceptowania i część z nich odeszła ze wspólnoty z tego powodu.

John Correia prowadzi strony internetowe poświęcone aktywnej samoobronie oraz stronę na FB propagującą strzelectwo wśród kobiet. Twierdzi, że ze względu na to, iż są słabsze fizycznie, kobiety powinny umieć posługiwać się samoobroną z dystansu, w czym broń palna jest szczególnie skuteczna.

Ciekawe, że Correia i jego żona wychowali się w Kalifornii, stanie drastycznie ograniczającym dostęp do broni, a już szczególnie w porównaniu z Arizoną. Laura przyznaje, że w dzieciństwie bardzo obawiała się broni, a sam kontakt z bronią w sklepie, w którym pracowała, napawał ją przerażeniem. Kiedy jednak jej mąż zdecydował się zakupić broń do obrony domu, postanowiła przezwyciężyć swój strach i nauczyć się bronią władać. Dzisiaj mówi: Czuję się teraz kompetentna i bezpieczna. Czuję się też silna, ale nie w tym popularnym sensie: „Patrz, mam broń i mogę jej użyć, więc nie zadzieraj ze mną". Myślę o broni w sensie defensywnym, wiem, że mam możliwość skutecznej obrony przed kimś, kto chciałby zrobić mi krzywdę.

John regularnie chodzi z dziećmi na polowania i na strzelnicę. Podoba się to jego 8-letniej córce: Lubię strzelać, bo to fajna zabawa. Moi znajomi w szkole uważają, że broń jest bardzo niebezpieczna i nie powinno się jej posiadać. Ja myślę, że posiadanie broni jest OK, jeśli się wie, jak jej używać i tak samo używanie broni jest OK, jeśli używa się jej, kiedy trzeba.

Gdy po strzelaninie w Sandy Hook idea posiadania broni znalazła się pod szczególną krytyką, zdeterminowało to pastora jeszcze bardziej do przekazywania umiejętności strzeleckich w swojej rodzinie.

Patrzcie, ten morderca z Sandy Hook zamordował najpierw swoją matkę, aby ukraść jej broń, a potem popełnił poważne przestępstwa, przewożąc ją i wnosząc na teren szkoły. Zabił kolejne 25 osób, a kiedy przestał? Wtedy, gdy nadjechały policyjne wozy. Odebrał sobie życie, bo pojawili się dobrzy ludzie z bronią. Karabin w ręku dobrego człowieka jest dobry, a karabin w ręku człowieka złego jest zły. Co Bóg sądzi o broni? To tylko narzędzie.

Oboje małżonkowie mają pozwolenie na noszenie broni w ukryciu, ale dzieci mają dostęp do broni tylko pod ścisłą kontrolą rodziców. Broń w moim domu jest niezwykła i atrakcyjna dla moich dzieci w tym samym stopniu, co mop w kuchni - mówi John.

Pastor mocno wierzy w Drugą Poprawkę do Konstytucji USA zezwalającą na posiadanie broni. Jak zareagowałbym, gdyby rząd chciał odebrać mi broń? Wierzę, że jakikolwiek rząd USA, który by próbował to zrobić, przestałby być rządem legalnym.

Moim pierwszym i bezpośrednim zwierzchnikiem jest Jezus Chrystus. Gdybyś powiedział, że Jezus przyszedł i każe oddać mi broń, to pod warunkiem, że byłby to rzeczywiście Jezus, oddałbym ją, ponieważ to Jemu jestem winien posłuszeństwo w pierwszej kolejności. Jezus tak jednak nie mówi. Mówi raczej „John, nosisz w sobie podobieństwo Boga, więc chroń je. Chroń je w mądry sposób". Uważam, że broń palna jest dziś najlepszym na taką ochronę sposobem.

 

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2738052/Pastor-John-Correia-teaches-flock-shoot-automatic-assault-rifles-spread-word-Lord.html

https://www.youtube.com/watch?v=LNXf1DS7Ym0

 

streszczenie i tłumaczenie Paweł Machała

fot. kadr z filmu „Gun Of A Preacher Man: Evangelical Pastor Says Jesus Justifies Firearms”, reż. Dave Cruz
źródło: Barcroft TV (https://www.youtube.com/watch?v=ZV1nonDZ5PM)

 

 

 

iPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015

 


Kiedy USA wyjawią prawdę o Smoleńsku?

W kontekście rewelacji Jürgena Rotha o zamachu smoleńskim warto rozważyć, co na ten temat pisał pastor Paweł Chojecki w styczniu 2012 roku:

 

Kiedy USA wyjawią prawdę o Smoleńsku?

Odpowiedź jest prosta. Wtedy, kiedy będzie to się im opłacało. A kiedy to nastąpi? Szacuję, że w dwóch przypadkach.


Pierwszy dotyczy naszej kondycji. Gdyby Polskę zamieszkiwał świadomy i zorganizowany naród, z którym trzeba byłoby się liczyć, USA już dawno przekazałyby nam swoją wiedzę, umacniając sojusznicze więzi i naszą pozycję w regionie. Amerykanie zdają sobie jednak sprawę, że Polskę zamieszkuje już nie naród, lecz społeczeństwo, w którym Polacy stanowią zanikającą mniejszość. Do tego społeczeństwo głupie, podzielone i gnuśne (najaktywniejsze jednostki na masową skalę opuściły Polskę w dwu falach – na życzenie komunistów, po stanie wojennym, i na życzenie eurosocjalistów, po wejściu do UE). To społeczeństwo, choć posiada sympatie proamerykańskie związane z dolarem - z jego siłą i uosobieniem dobrobytu, łatwo z powrotem zgonić do rosyjskiej strefy wpływów. To społeczeństwo nie posiada godności – wybrało winnych śmierci swoich elit ponownie do rządzenia. Takiego społeczeństwa i takiej władzy nie można traktować poważnie i nic nie wskazuje na zmianę tej sytuacji w najbliższej przyszłości. Pozostaje więc powód drugi.

Nie jest on od nas zależny, co już samo w sobie daje poważną nadzieję na jego zaistnienie. Związany jest z nową doktryną polityczną USA. Pisałem o niej w 2010 roku, kiedy jeszcze żadnemu Arabowi nie były w głowie „spontaniczne rewolucje”:

Ciekawe wieści dochodzą też z amerykańskiego podwórka. Oto Robert Kagan, jeden z najbardziej znanych i wpływowych neokonserwatystów, w artykule "America: Once engaged, now ready to lead" w The Washington Post z 1 października 2010 obwieszcza, że USA z roli zaangażowania w politykę międzynarodową przechodzą znowu do fazy przewodzenia jej. Powołuje się między innymi na wizytę w Polsce sekretarz stanu USA Hilary Clinton, która skrytykowała państwa autorytarne (wymieniając z nazwy Chiny, Rosję i Egipt) za "powolne tłamszenie społeczeństwa obywatelskiego i ludzkiego ducha". Tak kończy swój tekst: W tych okolicznościach starzy demokratyczni sojusznicy w Azji i Europie jawią się jako lepsze oparcie dla polityki USA. Demokracja wydaje się być lepszą niż autorytaryzm odpowiedzią na wiele światowych wyzwań, podobnie jak amerykańskie przywództwo to lepsza opcja niż dogadywanie się z autorytarnymi potęgami. Przygotujcie się na Drugą Fazę. „Yankee come home”, Idź POD PRĄD, październik 2010

Amerykanie są poważnym narodem i nie rzucają słów na wiatr. Z Egiptem i Północną Afryką już sobie poradzili. Akcja przeniosła się do Iranu i Syrii. To już bezpośredni sojusznicy Rosji i Chin (z podobnych powodów tak długo trwało „przywracanie demokracji” w Libii). Uderzenie na Iran wywołałoby ostrą reakcję – być może nawet militarną - Rosji i Chin. Potrzebne więc będą działania równoległe. Wojna z Iranem musi wydarzyć się w czasie, gdy Rosja i Chiny zajęte będą czymś innym. W przypadku Chin taką sprawą może być Korea Płn. lub Tajwan. Na wywołanie niepokojów wewnętrznych jest tam chyba jeszcze za wcześnie.

Inaczej jest jednak w Rosji. Sam główny ideolog Kremla, Siergiej Karaganow, nie ukrywa napiętej sytuacji w swojej ojczyźnie (wypowiedź z 2010 roku):

Problemem jest to, że rządząca Rosją elita ciągle nie chce takiej modernizacji, która by wymagała rezygnacji z masowej korupcji i stosunkowo spokojnego życia po długich latach wyrzeczeń i chaosu. Na szczęście rosyjska nowa inteligencja zaczęła wreszcie się budzić i żądać zmian, przede wszystkim rezygnacji z kapitalizmu stagnacyjno-korupcyjnego z dużym udziałem państwa, który wykształcił się w naszym kraju, a jest coraz mniej konkurencyjny zarówno w gospodarce, jak i sferze wojskowo-technicznej. (…) Napisałem już tu sporo gorzkich rzeczy pod adresem mojej ojczyzny. Ta będzie ostatnia: jeśli tendencje antymodernizacyjne w Rosji utrzymają się jeszcze kilka lat, nie będziemy w stanie pozwolić sobie na rolę samodzielnego gracza pierwszej klasy. I jeśli nie zjednoczymy naszych wysiłków z Europą, w sposób nieunikniony będziemy dryfować ku roli surowcowego dodatku do Chin. wyborcza.pl

Jak oszczędnie nas informowano przed świętami, na ulice Moskwy już wychodzą kilkudziesięciotysięczne manifestacje, a Putin musi ściągać wojsko i czołgi do walki z własnym narodem. Wybory prezydenckie zapowiedziano w Rosji na 4 marca 2012 roku. Komentatorzy są zgodni, że to może być moment zapalny i obecne protesty wybuchną przed wyborami ze zdwojoną siłą. Gdyby dodatkowo udało się skompromitować Putina na arenie międzynarodowej, to neutralizacja, a może i kompletna destabilizacja Rosji stałaby się realnym scenariuszem. A cóż byłoby lepszym sposobem na skompromitowanie Putina niż pokazanie światu prawdy o katastrofie nad Smoleńskiem?

Może się więc okazać, że triumf Kremla nad trumną naszego Prezydenta i towarzyszących mu osobistości, który z nieukrywana butą opisywał w lecie 2010 r. Karaganow w gazecie Michnika (już nie przeszkadzają „różni Juszczenkowie”), był początkiem jego klęski.

Jak to jednak wpłynie na Polskę? Zapewne nieco otrzeźwiająco. Na chwilę zamilkną „autorytety” dziś obśmiewające wysiłki Antoniego Macierewicza i jego komisji badającej przyczyny katastrofy, ale społeczeństwa to wielce nie odmieni. Dalej pozostaniemy z naszymi wadami i fatalną kondycją. Może nawet PiS obejmie władzę, którą będzie trochę mniej niezdarnie niż ostatnio sprawował. Ameryka załatwi swoje interesy, pozostawiając nam na klika lat demokratyczny (w najlepszym wypadku) chaos na Wschodzie i Niemcy pochłonięte ratowaniem strefy euro na Zachodzie. Nasuwa się tu prosta analogia do roku 1918. Ale wtedy okazało się, że mamy prawdziwy naród, choć posklejany z trzech zaborów. Dziś będziemy musieli zbudować go od podstaw – na nowych fundamentach. Czy jednak ktoś nad tym już zawczasu pracuje? Okno otworzy się tylko na krótko…

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut

PLN - Polski złoty
EUR
4,2290
USD
3,6090
GBP
4,7786
HUF
0,0135