Wyobraźcie sobie Państwo następującą sytuację (jakkolwiek nie byłaby ona chwilami abstrakcyjna, proszę na pewien czas zaufać autorowi i dać się ponieść fantazji).

Otóż proszę sobie wyobrazić, że pewnego dnia, siedząc spokojnie we własnym salonie, słyszymy pukanie do drzwi. Otwieramy, a za drzwiami widzimy nieznajomą nam osobę – powiedzmy, że jest to mężczyzna. Twierdzi on, że mieszka – a właściwie mieszkał – kilka ulic dalej, lecz jego dom, jak również domy jego sąsiadów z dzielnicy, z bliżej nieokreślonych przyczyn uległy zniszczeniu. Z tego powodu mieszkańcy wspomnianej dzielnicy, nie mając dokąd się udać, szukają schronienia w okolicznych dzielnicach. Nieznajomy wybrał akurat nasz dom, ponieważ – jak twierdzi – słyszał o nas wiele dobrego. Poza tym z pewnością wie, że nie należymy do najbiedniejszych osób w okolicy. Poruszeni historią Nieznajomego zapraszamy go do środka. Dziwi nas jednak fakt, iż nasz gość nie raczył zdjąć butów przed wejściem do salonu. Nie zwracamy mu jednak uwagi, nie chcąc zadręczać go drobiazgami w tak trudnej sytuacji życiowej. Nieznajomy prosi o strawę. Przygotowujemy więc obiad, taki sam jak dla reszty członków naszej rodziny. Niestety posiłek, który przygotowaliśmy, nie odpowiada naszemu gościowi. Twierdzi on, że wolałby coś, co jest przygotowane tak samo lub podobnie, jak robi się to w jego domu. Nieco zdziwieni, przystajemy ostatecznie na prośbę naszego gościa i przygotowujemy posiłek wedle jego instrukcji. Po obiedzie gość nieoczekiwanie, nie pytając o nic, zapala w salonie papierosa. Prosimy go grzecznie, żeby nie palił w naszym domu, gdyż nikt z naszej rodziny nie pali, w dodatku mieszkają z nami nasze dzieci, którym dym szkodzi szczególnie. Nieznajomy twierdzi jednak, że musi zapalić. Mówimy wówczas, że może to zrobić, jednak nie w domu, a w ogrodzie. Nieznajomy nie zgadza się jednak, kończąc papierosa w salonie, a następnie gasząc go pod nogą na wypolerowanym na wysoki połysk parkiecie. Myślimy – „Tak dłużej nie będzie!”. Jednak po chwili uspokajamy się, przypominając sobie, że nasi sąsiedzi również przyjęli Nieznajomych do swoich domostw i póki co nie słychać, by ktoś z nich wyrzucił swojego gościa. Nie możemy sobie pozwolić na to, by być pierwszymi, skupiając na sobie oczy sąsiadów i będąc posądzonymi o brak tolerancji dla drobnych inności, które reprezentuje sobą nasz gość. Mijają tygodnie. Nieznajomy nie kwapi się, by opuścić nasz dom. Mimo wielu konfliktów zdołaliśmy jednak przyzwyczaić się do niego i jego odmienności. Jednocześnie nasze niezłe niegdyś fundusze zaczęły topnieć. Niemały wpływ miał na to fakt, iż Nieznajomy postanowił sprowadzić do naszego domu swoją rodzinę (niestety bez naszej zgody – jednak i to ostatecznie przełknęliśmy). Proponujemy zatem gościom prace w naszej małej, rodzinnej firmie, by w ten sposób mogli odwdzięczyć się za pomoc, której im udzieliliśmy, oraz by wspomóc nasze domowe przedsiębiorstwo, które utrzymuje nas wszystkich. Na tę propozycję Nieznajomy odpowiada pytaniem: „A co ja będę z tego miał?”. Odpowiadamy, że w zasadzie nic nowego poza tym, co już od nas otrzymał i dalej będzie otrzymywał. Nieznajomy informuje nas, że w takim wypadku jemu się to zupełnie nie opłaca. Po co bowiem ma pracować na coś, co i tak przecież otrzymuje za darmo. Argumentacja ta przelewa czarę goryczy. Oświadczamy Nieznajomemu, że ma tydzień na wyprowadzenie się z naszego domu. Ten jednak niewiele sobie z tego robi, grożąc, że jeśli wyrzucimy go z domu, pójdzie na skargę do wszystkich naszych sąsiadów i powie im, jakimi złymi i nietolerancyjnymi ludźmi jesteśmy. Po raz kolejny uginamy się. Korzystając z okazji, Nieznajomy informuje nas, że za kilka dni przyjadą do naszego domu jego przyjaciele z dawnej dzielnicy i zamieszkają razem z nami przez jakiś czas. Oświadcza również, że jest kilka rzeczy i zasad, które szczególnie nie podobają mu się w naszym domu i które należy zmienić…

Zobacz też:  MIELIŚMY PAPIEŻA, MAMY CESARZA

Tu zakończymy naszą opowieść. Przyznają Państwo, że niezwykle trudno wyobrazić sobie nam taką sytuację. Nawet ci z nas, którzy są niezwykle czuli na ludzkie tragedie, nie mogliby chyba wytrzymać tego rodzaju niewdzięczności i pogardy od osób, którym ofiarowało się pomoc. Co może wydać się zaskakujące, jeżeli przenieść opisaną sytuację na płaszczyznę polityki europejskich państw, to jest ona powszechna. Imigranci, którzy nie tylko nie chcą dostosować się do zasad panujących w kraju, do którego przybyli, ale także pragną te zasady zmieniać; którzy nie chcą pracować, oczekując jedynie państwowej pomocy w postaci rozmaitych świadczeń socjalnych – to wszystko sytuacje powszechne dziś w wielu europejskich krajach. Szczegółowe kwestie związane z falą imigrantów były omawiane niejednokrotnie, dlatego też przywoływanie liczb czy poszczególnych przypadków „wchodzenia w butach do domu” nie ma większego sensu. Chodzi jedynie o przedstawienie ogólnego mechanizmu i zadziwiającego braku reakcji ze strony władz poszczególnych krajów na poczynania niektórych imigrantów, którzy po przybyciu do kraju, dającego im schronienie, przyjmują postawę nie tylko niewdzięczną, ale wręcz roszczeniową. Dlaczego mamy obecnie do czynienia z tak niewieloma politykami (czyli osobami mianowanymi przez społeczeństwo do pełnienia roli gospodarzy poszczególnych państw), potrafiącymi wyartykułować myśl, która zdaje się oczywista, jeśli przełożymy ją na powyżej zarysowany przykład. Czy paralela ta jest rzeczywiście zbyt odległa? Wydaje się, że nie. Przecież wielu z nas traktuje ojczyznę jak swój własny – prawdziwy, a nie metaforyczny – dom.

Nie chodzi bynajmniej o to, by nie udzielać schronienia osobom, które go potrzebują lub które szukają lepszych warunków do życia dla siebie i swojej rodziny. Takie zachowanie stałoby bowiem w sprzeczności z wartościami, na jakich ufundowana została nasza europejska kultura, jak również zapewne w opozycji do naszych indywidualnych sumień – co dla wielu z nas oznacza w zasadzie jedno i to samo. Sądzę jednak, że każdy z nas ma prawo grzecznie, ale stanowczo powiedzieć „nie”, gdy ktoś, kogo przyjęliśmy do siebie, chce wejść do naszego domu w butach.