Zawieszenie w 1552 roku jurysdykcji sądów duchownych nad szlachtą oznaczające w praktyce gwarancję bezkarności dla wyznających protestantyzm panów braci było oczywiście bardzo dotkliwą klęską katolicyzmu, ale biskupi nie tracili nadziei, że na kolejnym sejmie ją sobie powetują. Tymczasem starali się, by porzucenie katolicyzmu mimo wszystko miało dla heretyków jakieś przykre konsekwencje. Przez kilka lat nakłaniali na przykład władze świeckie, by nie dopuszczały ich do udziału w procesach sądowych i traktowały jako „zmarłych”. Zdaje się, że nawet starostowie, który bylikatolikami, nie chcieli w taki sposób szykanować innowierców, ale ich pasterze grozili im klątwą. Dopiero ustawa sejmowa z 1562 roku położyła kres takim praktykom.[1]

Skoro szlachcic nie musiał już obawiać się kary za porzucenie katolicyzmu, próbowano zastraszać niższe warstwy społeczne. W roku 1554 w Poznaniu tamtejszy biskup, Andrzej Czarnkowski, skazał na śmierć poznańskich mieszczan, członków zboru braci czeskich, Jakuba Aptekarza, Serafina Krawca i Grzegorza Grycera. Ten ostatni uciekł, a pozostałych dwóch uzbrojona szlachta uwolniła z ratusza, gdzie oczekiwali na wykonanie wyroku.[2] Biskup i inkwizytor Paweł Sarbin spróbowali jeszcze raz. Za wyznawanie herezji skazany został na śmierć poznański szewc Paweł Organista, który również był bratem czeskim i chętnie dyskutował z katolickimi księżmi na tematy duchowe. Przeszło stu szlachciców, zwolenników reformacji, z Jakubem Ostrorogiem przybyło do Czarnkowskiego i wymusiło zmianę wyroku. Biskup, żegnając się z „gośćmi”, miał powiedzieć: Dziwi mnie mocno, moi panowie, że się tak za szewcem ujmujecie, jakbym któremu z was krzywdę wyrządził. Ostroróg odpowiedział: Nie bierzemy na siebie obrony szewca – ale przewidujemy, izbyś to samo, coby ci się dziś z szewcem udało, zrobił jutro z Marszewskim, Tomickim, Ostrorogiem i innymi.[3] Takie też zapewne rzeczywiście były zamiary wielu polskich biskupów, ale szlachta w tym akurat przypadku dobrze rozumiała, że wolność jest niepodzielna. Albo mają ją wszyscy, albo nikt.

13 stycznia 1555 roku papież Juliusz III wyznaczył biskupa Alojzego Lippomano na pierwszego stałego nuncjusza w Polsce. Z tekstu breve nominacyjnego jasno wynika, że zadanie swojego wysłannika uważał za trudne. Przesławne Królestwo Polskie, nietknięte w przeszłości żadną skazą, tak w ostatnich czasach zostało gwałtownie nawiedzone przez herezję, że jeśli się nie zadba zawczasu o odpowiednie lekarstwo, należy się bać, że cały naród zostanie nią zarażony.[4]

Przebieg sejmu, który zebrał się w roku 1555 w Piotrkowie, potwierdził tę ocenę. Protestanci zdominowali całkowicie obrady. Dopóki nie załatwiono spraw wyznaniowych, nie dopuszczali do podjęcia uchwał w innych sprawach. Król i senatorowie, widząc, że może minąć ustawowe 6 tygodni i posłowie rozjadą się, nie uchwaliwszy nawet podatków, poszli na kompromis. W ten sposób innowiercy nie tylko nie dopuścili do przywrócenia uprawnień sądów duchownych i egzekwowania wydanych już przez nie wyroków, ale uzyskali nowe zdobycze: prawo do swobodnego głoszenia swojej wiary i utrzymywania duchownych swego wyznania. Po raz pierwszy pojawił się też pomysł odbycia soboru narodowego.[5]

Na tym sejmie polityczne wpływy protestantów osiągnęły swój szczyt. Historycy stwierdzili, że uczestniczyło w nim 113 zwolenników reformacji.[6] W tych czasach sejm najczęściej liczył 122 posłów. Ta przytłaczająca większość nie była jednak w stanie się dogadać. Jedni gotowi byli wprowadzić luteranizm. Inni woleli kalwinizm. Zgadzali się chyba tylko w tym, że ten sobór powinien się odbyć i wiązali z nim wielkie nadzieje.

Gdy tylko zrozumiano, że reformacja wywołała trwały rozłam w „chrześcijaństwie”, pojawiła się myśl o zwołaniu soboru, który ten podział zlikwiduje. Wyobrażano to sobie tak, że zwaśnione strony spotkają się, razem przedyskutują sporne kwestie, ustalą, co jest prawdą i wszyscy się z tym zgodzą. To, co od 1545 roku odbywało się w Trydencie, było karykaturą takich marzeń. Katolicy nie zaprosili protestantów, którzy zresztą nie byli już zainteresowani debatą z nimi, a poza tym zażarcie walczyli między sobą. Obrady toczyły się ślamazarnie iprzez długi czas wydawało się, że żadne stanowcze decyzje nie zapadną. Niewielu ludzi żyjących wtedy, zarówno protestantów, jak i katolików, traktowało sobór trydencki poważnie.[7] Wielu Polaków uważało, że są w stanie rozwiązać ten problem lepiej. Zobowiązano króla, by zorganizował sobór narodowy. W roku 1556 Zygmunt August wysłał do Rzymu kasztelana sandomierskiego Stanisława Maciejowskiego, by uzyskał zgodę papieża na taki sobór.[8]

Zobacz też:  RZYM Z WŁOSKIEJ PERSPEKTYWY

Wybitny polityk tamtych czasów, początkowo kalwinista, a potem arianin, Mikołaj Sienicki, marszałek sejmu z 1555 roku (i kilku innych) wyobrażał sobie, że zacznie się on od synodu katolickich biskupów, do którego dołączą protestanci. Spodziewał się, że w wyniku takiego starcia poglądów cały świat zobaczy, kto jest prawdziwym odszczepieńcem.[9]

Logicznym następstwem narodowego soboru wydawał się narodowy kościół. Różnie go sobie wyobrażano. Ta część katolików, która zgadzała się na sobór, chciała, żeby był on autonomiczną częścią katolicyzmu. Liturgia byłaby sprawowana po polsku, komunia udzielana pod dwiema postaciami, a księża mogliby się żenić. Resztę ustalono by na soborze. Za takim rozwiązaniem była nawet część biskupów. W tym samym 1555 roku i też w Piotrkowie zebrał się synod biskupów, który poparł sejmowe postulaty. Do Rzymu wysłany został kanonik krakowski Franciszek Krasiński, który miał wspierać Maciejowskiego u papieża, a jednocześnie zapewnić, że bez jego zgody biskupi żadnych zmian nie wprowadzą.[10]

Protestantom trudniej było określić, jakiego kościoła narodowego chcą. Jakub Przyłuski chciał skopiować wzór luterański, czyli poddać go pod władzę króla.11 Z drugiej strony Andrzej Frycz Modrzewski proponował powrót do pierwszych wieków chrześcijaństwa, czyli kościoła, w którym wierni wybierali przywódców. Prawo głosu mieli mieć wszyscy – szlachta, urzędnicy, mieszczanie i chłopi. Kłopot polegał na tym, że dla szlachty obydwa te pomysły były nie do przyjęcia. Realizacja projektu Przyłuskiego oznaczała wzmocnienie władzy króla, czyli zagrożenie dla jej przywilejów. Wizja Modrzewskiego była zagrożeniem dla jej interesów. W tym czasie można było zarabiać ogromne pieniądze, sprzedając zboże do Anglii. Szlachta powiększała folwarki, w których pracowali chłopi.[12] Gdyby mieli wpływ na wybór duchownego, mogliby zapragnąć wpływu na wymiar pańszczyzny… W tej sytuacji panowie bracia szukali „złotego środka” między tymi programami i zapewne każdy znajdował go gdzie indziej.

Oczywiście Paweł IV nie zgodził się na sobór. Jednym z pierwszych zadań nuncjusza Lippomano było uświadomienie biskupom, którzy chcieli go przeprowadzić, że bardzo zbłądzili i ryzykują wiecznym potępieniem, a już na pewno utratą urzędów. Z pomocą biskupa Hozjusza wywiązał się z niego należycie.[13]

Zygmunt August w całym tym zamieszaniu zachowywał się rozsądnie. Uspokoił wzburzone umysły. Zrobił, czego posłowie sobie życzyli. Gdyby papież wyraził zgodę, umocniłby swoją władzę. Ponieważ odmówił, sprawa była zamknięta. Musiałby, tworząc kościół narodowy, oprzeć się na protestantach. A kto rozsądny opiera się na ludziach, którzy sami nie wiedzą, czego chcą?          

cdn.

Przypisy:

1 Walerian Krasiński, „Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce” t. I, Zwiastun Ewangeliczny, Warszawa 1903, str.124 – 125.
2 Janusz Tazbir, „Dzieje polskiej tolerancji”, Wydawnictwo INTERPRESS, Warszawa 1973, str. 35 – 36.
3 Jędrzej Moraczewski, „Starożytności polskie” t.I, Księgarnia Jana Żupańskiego, Poznań 1842, str. 180 – 181.
4 http://silesia.edu.pl/slask/index.php?title=Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_w_Polsce_w_dobie_Reformacji_i_reformy_trydenckiej
5 Janusz Tazbir, op. cit.,str.36.
6 http://old.luteranie.pl/www/biblioteka/dhistoria/protestanci-mallek.htm
7 Paul Johnson, „Historia chrześcijaństwa”, Wydawnictwo ATEXT, Gdańsk 1993, str.385 – 387.
8 Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.26.
9 Bogumiła Kosmanowa, „Modrzewski i jego przeciwnicy”, Ludowa Spóldzielnia Wydawnicza 1973, str.171.
10 Andrzej Wiencek [red], „Dzieje Kościoła w Polsce”, Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa – Bielsko-Biała, 2008, str.213.
11 Andrzej Wiencek [red], tamże.
12 Bogumiła Kosmanowa, op. cit., str.145 – 146.
13 Bogumiła Kosmanowa, op. cit., str.170.