Jak zostaje się w Polsce autorytetem moralnym i powszechnie szanowanym bohaterem? Historia, którą opowiedział pan Stanisław Adamczyk, rzuca na to pewne światło.  Zaczęła się gdzieś na przełomie lat 1952 i 53 w restauracji „Pod Arkadami” w Poznaniu. Lokal ten chętnie odwiedzali oficerowie, a on był wtedy podporucznikiem lotnictwa wojskowego. Przyszedł tam z dziewczyną, a jej koleżanka przyszła z innym porucznikiem, który też miał na imię Stanisław. Panowie poznali się i od tego czasu widywali się dość często, zwykle przy podobnych okazjach. Znajomość przerodziła się w zażyłość i kolega Stanisława Adamczyka zaczął opowiadać więcej o sobie. Okazało się, że jest funkcjonariuszem poznańskiego Urzędu Bezpieczeństwa i prowadzi tajnych współpracowników. Szczególnie dumny był ze swych osiągnięć w penetrowaniu środowiska byłych członków Armii Krajowej. Jego agent podał nazwiska około stu oficerów AK, którzy zataili swoją przeszłość przed organami bezpieczeństwa. Porucznik Staszek mówił, że ten człowiek nazywa się Rylski.

Może to dziwić, że funkcjonariusz organów bezpieczeństwa tak beztrosko zdradzał tajemnice służby, ale ludzie bardzo lubią się chwalić. Poza tym oficer UB był pewien, że oficer LWP to swój, który tajemnicy dochowa – i tu się mylił. Stanisław Adamczyk sam należał do AK. W czasie okupacji był jeszcze bardzo młody, ale łącznikiem mógł już zostać. Gdy do Garwolina weszła Armia Czerwona, miejscowa organizacja rozwiązała się, ale część jej członków ruszyła do Warszawy. Wierzyli, że wybuchnie tam powstanie, które odmieni los Polski. On też tak zrobił. Walczył na Pradze w oddziale Stanisława Sękowskiego. Trwało to tylko kilka dni, ale zdążył nawet być ranny. Wstąpił potem do Zrzeszenia WiN i był jego członkiem do „amnestii” ogłoszonej po „wyborach” w 1947 roku. Gdy się ujawniał, jakiś życzliwy milicjant, który chyba chciał piętnastoletniemu chłopcu oszczędzić kłopotów, odebrał od niego broń, nie zapisał nazwiska i kazał iść. Ponieważ w papierach na obywatela Stanisława Adamczyka niczego nie było, władza ludowa pozwoliła mu zostać oficerem Ludowego Wojska Polskiego.

Niedługo potem wojskowa kariera porucznika Adamczyka skończyła się ostatecznie. Wysłano go z żołnierzami do pomocy w zakładaniu Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, czyli polskiego kołchozu. Stanął po stronie „uszczęśliwianych”, co skończyło się strzelaniną z funkcjonariuszami UB. Został zdegradowany i skazany na 5 lat więzienia. W tym czasie za mniejsze rzeczy skazywano na śmierć, ale jego rodzina znała się z generałem Piotrem Jaroszewiczem. Trafił do obozów pracy przy śląskich kopalniach węgla. Nie każdemu udawało się tam przeżyć, ale on dotrwał do października 1956 roku i został zwolniony. Do wojska oczywiście wrócić nie mógł, ale znalazł pracę na Śląsku, w kopalni, założył rodzinę. O swoim koledze z UB i jego opowieściach zapomniał na długie lata.

Po upadku komunizmu dowiedział się, że powstaje Związek Powstańców Warszawskich i zadzwonił do Zarządu Głównego, aby dowiedzieć się więcej. Zastępca prezesa pułkownik Baronowski poinformował, że istnieje koło w Katowicach, a prezesem Zarządu Głównego jest pułkownik Zbigniew Ścibor–Rylski. Wtedy Stanisław Adamczyk zapytał, czy prezes nie mieszkał po wojnie w Poznaniu, bo on słyszał, że był tam agent UB o tym nazwisku… Nie został przyjęty do związku dlatego, że chciał grzebać ludziom w życiorysach. Po prostu nie miał dwóch świadków, którzy mogliby potwierdzić, że rzeczywiście brał udział w powstaniu. Ta zasada jest zapisana w statucie i należy jej przestrzegać…

Przez wiele lat nie był pewny. W końcu oficer UB nie zawsze mówi prawdę, a Rylskich w Polsce jest wielu. Dopiero w tym roku trafiły mu w ręce wspomnienia cichociemnego Marka Lachowicza, żołnierza 27 Wołyńskiej Dywizji AK. Krzysztof Tochman z Oddziału IPN w Rzeszowie, który opracował tę książkę, stwierdził, że jeden z oficerów tej dywizji, Zbigniew Ścibor–Rylski figuruje w archiwach Wydziału I, czyli kontrwywiadu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu. Został zarejestrowany w roku 1947 jako TW „Zdzisławski”, a wyrejestrowany w roku 1964, gdy przeniósł się do Warszawy. Wszystko pasuje do słów kolegi Stanisława Adamczyka. Ten człowiek mieszkał w Poznaniu, z pewnością mógł podać sto nazwisk oficerów AK, a ci pewnie nie podejrzewali, że to on ich wydał. Awansowany w 2005 roku na generała Zbigniew Ścibor – Rylski wydaje się bohaterem bez skazy. Na swoje dwa krzyże Virtuti Militari i dwa Krzyże Walecznych z pewnością zasłużył. Walczył we wrześniu 1939 roku, został ranny, uciekł z niewoli, w konspiracji działał właściwie od początku, od 1943 roku w partyzantce, w powstaniu warszawskim był wszędzie, gdzie najtrudniej – na Woli, Starym Mieście, Czerniakowie i Mokotowie. Czy można złamać takiego człowieka? Każdego można, a w UB pracowali ludzie, którzy umieli to robić.

Zobacz też:  DYSKI PROTOPLANETARNE?

Sam Zbigniew Ścibor–Rylski przyznał się do współpracy z UB, ale twierdzi, że była to gra wywiadowcza prowadzona przez Zrzeszenie WiN. Wątpliwe, czy konfident może prowadzić jakąś grę. To oficer prowadzący zadaje mu pytania, a nieon oficerowi. Generał ogłosił, że „kilku ludzi uratował”, ale według porucznika Staszka przynajmniej stu wkopał. Poza tym, czemu nie wspomniał o swej grze, zanim znalazła się jego teczka?

Trudno uwierzyć w opowieść o nowym Konradzie Wallenrodzie jeszcze z jednego powodu. Wykrycie agentów i ukaranie podziemia niepodległościowego we własnych szeregach było jednym z priorytetów komunistycznej bezpieki. Takich ludzi często zabijano, nie bawiąc się w sądowe formalności, a już na pewno utrudniano im życie na wszelkie możliwe sposoby. W roku 1984 Zbigniew Ścibor–Rylski wszedł w skład Komitetu Obywatelskiego obchodów 40. rocznicy powstania warszawskiego. Rządzili wtedy Polską generałowie Jaruzelski i Kiszczak, którzy swoje kariery rozpoczynali w Zarządzie Informacji WP. Był to wojskowy odpowiednik UB, tylko znacznie od niego groźniejszy. Czy dopuściliby do takiego wyniesienia kogoś, kto wywiódł w pole ich towarzyszy?

Stanisław Adamczyk często rozmawia z dziennikarzami, którzy chcą pisać o naszej historii najnowszej. Jego wspomnienia z czasów niemieckiej okupacji drukują chętnie. Opowiada im też, jak komuniści rozprawili się ze Zrzeszeniem WiN. Członkom tej organizacji urządzano w Garwolinie publiczne procesy, na które ubierano ich w niemieckie mundury lub zakładano opaski ze swastyką. Na rozstrzelanie przywożono ich z połamanymi nogami, żeby nie mogli uciec… Takie opowieści również dziennikarzy interesują.

O tym, że w latach pięćdziesiątych przebywał w obozach pracy na Śląsku, piszą już bardzo ogólnikowo. Warunki były nieludzkie, a praca ponad siły. Rzadko wspominają, że przez ten polski GUŁAG musiały przejść setki tysięcy ludzi, że znaczna część zmarła i do dziś tej sprawy nie zbadano, nie mówiąc już o ukaraniu winnych czy zadośćuczynieniu ofiarom.

O przeszłości agenturalnej Zbigniewa Ścibora – Rylskiego dziennikarze wolą raczej nie wspominać. Nie chcą sprawiać kłopotu prezydentowi. Sprawujących władzę dziś się nie szanuje, a tych, którzy przelewali krew za Polskę – tak. Dlatego warto, żeby ważnego dygnitarza popierał jakiś szacowny weteran. Donald Tusk miał Władysława Bartoszewskiego, a Bronisław Komorowski chętnie pokazuje się z generałem Rylskim. Jego obecność przydaje się podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego. Czy można znaleźć lepszego kombatanta? Wstydliwa karta w życiorysie jest przecież gwarancją jego lojalności. W polityce nie można człowiekowi ufać. Trzeba być go pewnym.