1.6 C
Lublin, PL
21 listopada 2017

A więc oni też?

Wiosna 2013 minęła nam na organizowaniu kongresu Ruchu Narodowego. Zebranie pieniędzy, znalezienie sali na ponad 1000 delegatów przy jednoczesnym zakładaniu struktur to spory wysiłek. Reżimowe media kłamały i psuły klimat jak mogły. Kongres odbył się i wypadł, według mnie, super. Pierwszym medium, które zaatakowało, i to kłamliwie, nie była wcale Wyborcza, lecz powiązana z Gazetą Polską, a więc PiS-owska Niezależna.pl.

Podali, że honorowym gościem był Bohdan Poręba, reżyser „Hubala”. Napisano, że był on dygnitarzem PZPR-owskim. Pan Poręba był zwykłym uczestnikiem i poprosił o głos celem zarekomendowania swej inicjatywy nakręcenia filmu o Jedwabnem. Przemawiał jako ostatni i nie brano pod uwagę ani obecności, ani chęci występowania pana Poręby. Nazwanie go dygnitarzem to spora przesada.

Poza tym posłanka Pawłowicz, mówiąc o nas, zadała stale powtarzające się pytanie: ”Kto za nimi stoi?”. A więc za każdą inicjatywą polityczną w Polsce musi ktoś stać? I mówi to posłanka PiS-u? Rozumiem, że ten ktoś stojący to nie jakiś menel spod sklepu, lecz ktoś z pieniędzmi i innymi możliwościami, których możemy się jedynie domyślać. Mój wcale nie garbaty nos mówi mi, że skoro za każdym ktoś stoi, to i stoi za PiS-em. Czyżby oznaczało to, że Jarosław Kaczyński otrzymał od gen. Kiszczaka przy Okrągłym Stole koncesję na odgrywanie roli prawicy i to takiej, żeby nigdy nie objęła skutecznie władzy? Wszystko układa się w logiczną całość. Dystansowanie się od rządu Jana Olszewskiego, oddanie bez walki władzy PO, zapaskudzanie sprawy Smoleńskiej nowinkami Macierewicza to tylko kilka przykładów dołowania „prawicy” przez pana Prezesa. Obecnie PiS wyprzedza w sondażach PO, ale nadal nie przekracza 30 %. Do tego nie ma żadnej zdolności koalicyjnej z obecnymi partiami. A tu robią, co mogą, żeby jedynego potencjalnego koalicjanta, czyli RN, przedstawić w czarnych barwach. A poseł Hoffman nie wyklucza koalicji z SLD. Toż to jaja na twardo! Antykomunistyczny PiS, sprawca śmierci pani Blidy, ma rządzić razem z postkomuną! Oj, coś mi podpowiada, że CAŁY układ polityczny gra swoje role, a reżyserem wcale nie jest pan Poręba. Dotychczas przychylnie spoglądałem na PiS mimo jego lewackiego odchylenia w sprawach gospodarczych. Gdy byłem w UPR-ze, liczyłem na koalicję z PiS-em. Ci jednak po Smoleńsku zrobili wszystko, żeby cały powstały wówczas potencjał społeczny rozproszył się i zmarnował. Rola wiecznej opozycji, immunitety, diety i 14 mln zł rocznie dotacji, zero odpowiedzialności to super pozycja, a Polska niech sobie tonie rządzona przez kretynów, którzy nawet na koncercie Madonny ponoszą stratę.

Widzę, że nie ma innego wyjścia, tylko zawalczyć przeciw wszystkim panom i paniom posłom oraz cudakom bezpłciowym paraliżującym inicjatywę Polaków. No, ale skoro za każdym z nich ktoś stoi, to wszystko jasne. Dałbym jednak chętnie 100 zł, żeby choć raz takiego kogoś zobaczyć, a każde pieniądze, by się dowiedzieć, kto temu ktosiowi płaci i wydaje rozkazy. No, ale jest wolność i demokracja, jak zapewniał pan Prezydent Komorowski 4czerwca, nie mogąc sobie przypomnieć, czy głosował w pamiętnych wyborach, rzekomo obalających komunę. W końcu pani prezydentowa przypomniała małżonkowi, że nie głosowali wcale. I znów nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, że pani prezydentowa ma lepszą pamięć niż małżonek, i to przy takiej tuszy. A i tak dobrze, że nie wrąbała słynnego orła z czekolady.


Co po torcie?

Banda Trzymająca Władzę ma poważny problem - czy tort to koniec możliwości wzburzonego narodu, czy to dopiero początek? Nieprzypadkowo Belweder w priorytetowym i ekspresowym tempie przygotował podstawy prawne do rozwiązań na czas "wyjątkowy".

Ostatnio w Lublinie Grzegorz Braun wypowiedział się bardzo jasno, że marszami i manifestacjami niczego Polacy nie wskórają. BTW śmieje się zapewne z naszych "marszów w obronie" i temu podobnych. Mają one na władzę taki sam wpływ, jak na morderców tzw. "marsze przeciwko przemocy" w odpowiedzi na brutalne morderstwa. Dla zbójów argumentem na opamiętanie byłaby kara śmierci albo zwiększenie dostępu do broni dla praworządnych obywateli i zmiana prawodawstwa w zakresie obrony koniecznej. Marsze wywołują pusty śmiech i pogardę...

Na scenie reakcji narodu na kolejne upokorzenie pojawił się tort z bitą śmietaną. Władza uciekła. Z pewnością szykuje odwet. Jedną z jego form może być przyśpieszenie wybuchu spodziewanego i powszechnego niezadowolenia społecznego. Czy czekają nas niebawem prowokacje w rodzaju wysadzania bloków mieszkalnych przez siepaczy Putina? Myślę, że nie. Najpierw przećwiczone zostaną pokojowe i demokratyczne metody kastrowania PiS lub przerzucenia nań odpowiedzialności za katastrofę państwa (więcej pisałem o tym w majowym numerze miesięcznika "idź POD PRĄD" - "SCENARIUSZE URATOWANIA KOMUNIZMU W POLSCE"). Dopiero, gdyby te manewry się nie udały (co przy ogólnym ogłupieniu narodu i zhołdowaniu episkopatu jest mało prawdopodobne), będzie czas na rozwiązania siłowe.


ZAPOMNIANY CZŁOWIEK

„Skoro tylko A zauważy coś, co wydaje mu się złe, i wskutek czego cierpi X, omawia sprawę z B, po czym A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinien zrobić C (...).” Tak pisał już w XIX wieku Wiliam Graham Sumner, trafnie opisując „proces legislacyjny” i nazywając C „Zapomnianym Człowiekiem”. C ciężko pracuje, aby utrzymać coraz większą rzeszę X-ów, ale to nie interesuje rządzących, bo dla nich nie istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość. Żyją oni w przeświadczeniu, że prawo przez nich stanowione stoi wyżej od praw naturalnych, zatem w majestacie „prawa”, legalnie można ograbiać ludzi, a moralnym uzasadnienieniem będzie potrzeba, jaką ma X i sam fakt uchwalenia ustawy.

Tak się składa, że zapomnianym człowiekiem, czyli C, jest z reguły osoba pracowita, rzetelna i uczciwa – bo tacy ludzie wytwarzają bogactwo. Zatem jeśli ktoś prezentuje cechy poszukiwane przez innych i przez to zarabia pienądze – zostanie odpowiednio do swoich zasług ukarany.

Powstaje jednak pytanie, jak dzielić pomiędzy X-ów zrabowane w podatkach i w inflacji (zwłaszcza w inflacji ostatnimi czasy!) pieniądze. Kto ma dostać i ile? Tutaj przebiegają linie podziałów, tutaj tworzą się polityczne spory.

Jedni chcą za „publiczne” pieniądze promować zboczenia (vide ideologia gender), inni, porządniejsi, chcą za „publiczne” pieniądze promować rodzinę i wartości. Z pozoru działania ludzi porządnych mają sens: skoro oni zabierają nam pieniądze na koncerty Madonny, in vitro, „transseksualne dzieci”, muzea holokaustu, czy co tam jest obecnie w modzie, to mogą równie dobrze łożyć na rodzinę, dopłacać do żłobków, rozdawać darmowe mleko i batoniki. Jest to jednak sensowne jedynie z pozoru, koniec końców wszystko to wróci pod postacią podatków, inflacji i demoralizacji wynikającej z życia za cudze pieniądze.

Podstawową troską jasno myślącego człowieka powinno być zatem to, by nie było czego dzielić z „publicznych” pieniędzy. Powinniśmy się spierać o zniesienie danin, a nie o to, jak je wydać! Świat jest tak urządzony, że ucziwość, rzetelność, pracowitość, pewność siebie, rodzina, przebojowość i odwaga popłaca. Z takimi ludźmi chętniej się robi interesy, od takich ludzi chętniej się kupuje, takich ludzi chętniej się zatrudnia, z takimi ludźmi lepiej się przebywa. Ludziom porządnym nie trzeba dopłacać – im trzeba przestać zabierać. Z kolei osoby niesłowne, leniwe, agresywne czy niemoralne mają trudności ze znalezieniem zajęcia i swojego miejsca w świecie. To jest prawo naturalne, takie jak prawo ciążenia albo to, że dwa razy dwa to cztery.

Jedyną i pewną drogą do degeneracji moralnej jest więc zabieranie pieniędzy tym, którzy je zdobywają własnym wysiłkiem, i rozdawanie tym, którzy w normalnych warunkach by ich nie mieli.

W ten oto sposób dochodzimy do sedna. Jeśli stwierdzimy, że problemem dzisiejszego świata jest rozpasanie moralne, zanik wartości, uczuć i zdrowego rozsądku, to winić za to powinniśmy w pierwszym rzędzie podatki i inflację. W warunkach, gdy pracowitość i cnota nie popłaca, nawet święty nie wytrzyma i połakomi się w końcu na „darmową” kasę, i … zgnuśnieje.


REPUBLIKA R CZ.12 – NIEZŁOMNY BOJOWNIK

W Republice R prawo zabraniało handlowania, posiadania i zażywania narkotyków. Narzekali na to nie tylko narkomani, lecz przede wszystkim ci, którym były drogie idee właściwie pojętej wolności.

Zmieniło się to, gdy premierem został Brandon Trut. Sprawił on, że narkotyki stały się powszechnie dostępne. Każdy mający powyżej 12 lat mógł je kupić w markecie lub sklepiku ze słodyczami.

Pewnego razu Trut wrócił po posiedzeniu rządu do swego domu. W kieszeni miał pudełko z „Bubelem”, specyfikiem, którym chciał sobie umilić wieczór. Wtem przybiegła jego suka, Dolores. Obwąchała pudełko z narkotykiem, po czym zaczęła skomleć, jak zwykle, gdy chciała coś uzyskać od swojego pana.

- Chcesz tego? - zapytał premier.

Zwierzę zaskomlało z jeszcze większą mocą.

- Doprawdy, nie mogę ci tego odmówić, Dolores. Przecież o to właśnie walczyłem. - pogłaskał ją po głowie i wyjął jedną tabletkę „Bubelu”.

Dolores skwapliwie połknęła dawkę narkotyku. Przez chwilę stała z rozdziawionym pyskiem i ciężko dyszała. Potem zaczęła groźnie warczeć, spoglądając jednocześnie na Truta. Premier nie zdążył nawet krzyknąć, gdy z niezwykłą siłą rzuciła się na niego, od razu go przewracając. Jej celem była jego szyja, w którą wgryzła się ostrymi kłami. W nekrologach napisano o Trucie: „Niezłomny bojownik o prawo do zażywania narkotyków”.


CZY WARTO ROZMAWIAĆ?

To pytanie wysuwa się dziś na czoło wszystkich gazet, tych prawicowych i tych lewicowych, a także takich, które w ogóle nie nadają się do określenia. Osobiście uważam, że warto rozmawiać, ale zależy z kim i o czym. Proste? Proste.

Już ze 2 lata temu doszłam do wniosku, że nie warto tracić cennego czasu na przekonywanie kogokolwiek o czymkolwiek, bo nic dobrego z tego nie wynika. Dlatego nie trafiają mi do przekonania słowa o. Rydzyka, który zaleca pukanie do drzwi najbliższych sąsiadów w celu przekonywania ich do swoich racji. Z tego samego powodu podobne apele prof. J. Roberta Nowaka, którego skądinąd bardzo cenię i szanuję za jego trud i ofiarność w służbie narodu, również mnie nie przekonują. Po zamachu smoleńskim próbowałam przez cały rok obudzić wszystkich śpiących, ale niestety na nic się to nie zdało. Bo o ileż łatwiej żyć ze świadomością, że nad wszystkim czuwa wybrany demokratycznie rząd, niż oskarżać go o morderstwo czy też współudział w zbrodni. Większość ludzi nie chce wierzyć w to, co ich przeraża i zaburza ich spokój.

W tym przekonaniu utwierdził mnie Pan Paweł Chojecki, redaktor miesięcznika „idź Pod Prąd”, swoim artykułem (to jest nauczanie na YT) „Dyskusja z diabłem i Gazetą Wyborczą”.

Zwrócił w nim uwagę na szczególny aspekt, że rozmowy z ludźmi, którzy wierzą tylko w to, w co chcą wierzyć, są złem samym w sobie. Stanowią truciznę, która działa niedostrzegalnie i zdradziecko. Na własny użytek opracowałam prosty test - sprowadzający się do jednego pytania. Czy wierzysz, że Smoleńsk jest wynikiem zbrodniczego zamachu, czy tylko dziełem przypadku? Odpowiedzi najczęściej sprowadzały się do wyrażania agresywnego oburzenia w rodzaju: „Jak można wierzyć w takie bzdury?” albo „Jak może człowiek inteligentny i wykształcony dopuszczać taką ewentualność? To po prostu nie wypada”.

Niezwykle rzadko spotykałam się z przychylnym zainteresowaniem i propozycją ponownego spotkania w celu przedyskutowania problemu. Ostatnio zaobserwowałam zjawisko masowego odcinania się od wersji zamachu. W szczególności dotyczy to polityków i dziennikarzy, do niedawna prezentujących przeciwstawne poglądy. Sądzę, że zauważyli oni, iż obecnie na wszelki wypadek warto zajmować stanowisko bardziej kompromisowe. I że wystarczy choć raz wystąpić w programie Tomasza Lisa, wypowiedzieć się oględnie, że właściwie brak twardych dowodów w sprawie Smoleńska, że trzeba jeszcze poczekać na zakończenie śledztwa i już efekt takich ogólnikowych wypowiedzi jest widoczny. Tacy politycy i dziennikarze zaczynają „istnieć” w przestrzeni publicznej, są zapraszani do programów TVP, do dyskusji z przedstawicielami nowej i starej, ale wciąż jarej lewicy.

Po raz pierwszy zapaliło mi się ostrzegawcze światełko, gdy na rynku wydawniczym ukazała się nowa gazeta Do Rzeczy. W pierwszym numerze znani mi dziennikarze ogłosili triumfalnie: „Wracamy”. Skąd niby wracali? Ani z emigracji, ani z więzienia. To pewne. Należeli do czołówki porządnego tygodnika Braci Karnowskich W sieci – od niedawna Sieci, który nagle opuścili i założyli własny pt. Do Rzeczy. Pisałam o tym niedawno w artykule „Bohaterowie są zmęczeni” (iPP, kwiecień 2013).

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Dziś już dobrze wiemy, czyje pieniądze i czyje nazwiska kryją się za błyskawicznym wejściem nowej gazety na rynek.

Obecnie cała prawicowa opozycja zajmuje się równie błyskawicznym powstaniem nowego kanału na Multipleksie, a mianowicie TV Republika.

Opinię na temat tego fenomenu przedstawia rzeczowo i klarownie jeden z czołowych publicystów tygodnika Nasza Polska Robert Wit Wyrostkiewicz w swoim felietonie „Od Rywina do TV Republika” (Nasza Polska, nr 20).

Poniżej cytuję w całości niektóre z jego wypowiedzi.

Na początek stawia pytanie: „Czy to możliwe, że naczelnym nowej prawicowej telewizji Republika jest były mason; redaktor naczelny przymila się do portalu Tomasza Lisa, a prezes związany jest z Polsatem Zygmunta Solorza? Kim jest ten tajemniczy prezes?

Otóż jest nim niejaki Piotr Barełkowski. To nazwisko chyba nikomu nic nie mówi. Za to Sakiewicz, Wildstein, Gargas… owszem.

To jednak Barełkowski będzie grał pierwsze skrzypce w stacji konkurencyjnej dla Telewizji Trwam. To on jest „szarą eminencją” rządu Sakiewicza. Czy dobre kontakty prezesa z Zygmuntem Solorzem oraz Bogusławem Chrabotą (nowy naczelny Rzeczpospolitej) pomogą w przejęciu widzów związanych z mediami o. Rydzyka? I jaką rolę ma do odegrania nowa telewizja związana z Gazetą Polską i Polsatem?

6 maja Telewizja Republika stała się faktem, rozpoczynając emisję na satelicie.

„Powstała telewizja, jakiej jeszcze u nas nie było, nastawiona na autentyczną debatę wolną od cenzury” – ogłosił niedawno Tomasz Sakiewicz. Jednym z pierwszych działań redaktora naczelnego Gazety Polskiej było udzielenie wywiadu portalowi internetowemu Tomasza Lisa Na Temat.pl. W ten sposób uwiarygodnił on ten lewicowy portal i jednocześnie zatracił wyrazistość swoich prawicowych poglądów (komentarz Piotra Jaroszyńskiego w Naszym Dzienniku).

Tego samego zdania jest dr Hanna Karp, wykładowca Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Przychylność ze strony Polsatu i KRRiT świadczy o tym, że TV Republika ma na celu skanalizowanie środowisk prawicowych i przejęcie nad nimi niewidzialnej kontroli.

Wit Wyrostkiewicz kontynuuje sprawę Republiki, przeprowadzając wywiad z Anną T. Pietraszek, filmowcem i wiceprezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy („Trwam czy Republika?” – Nasza Polska, nr 22). Pani A. Pietraszek wskazuje na różnicę między TV Trwam i TV Republika. Media o. Rydzyka – prasa, radio i telewizja mają charakter religijny. A prawo do informowania o świecie przysługuje dziś w Polsce mediom „czerwonym” i „różowym”; może więc dać spokój tym jedynym mediom „czarnym”, czyli katolickim, jedynym na cały nasz kraj i dla Polonii w świecie?

Pora na ostateczną konkluzję mojego felietonu „Czy warto rozmawiać?”.

Tu trzeba zwrócić uwagę na dwuznaczność słowa „warto”.

Dla większości dziennikarzy „warto” oznacza pozycję w świecie mediów oficjalnych i związane z nimi niemałe zarobki. A więc im warto rozmawiać z przedstawicielami rządzących partii politycznych albo z ich narzędziami, w rodzaju Tomasza Lisa.

Dla mnie i mam nadzieję wielu innych ludzi słowo „warto” pochodzi od wartości - takich jak suwerenność, wolność słowa, odwaga i wszystkie inne niemodne dziś pojęcia, określane jako imponderabilia.

Odpowiadając więc na ogólnikowe pytanie „Czy warto rozmawiać?” – wypowiem się enigmatycznie: warto, tylko czasami… wstyd.

Ale słowo „wstyd” jest w XXI wieku tak archaiczne, że niektórzy będą już musieli sięgnąć do starych encyklopedii, żeby zrozumieć, co ten wyraz oznacza.

Trzymam kciuki za tych nielicznych dziennikarzy, publicystów i wykładowców, którzy nie muszą się wstydzić.


Sędziowie myśli cz.74 – Żadnej litości

W XVI wieku Hiszpanie byli na ogół bardzo przywiązani do katolicyzmu. Jeśli któryś z nich stawał się zwolennikiem reformacji, to przewidując reakcję rodaków, zwykle opuszczał kraj. Emigrantów zbyt energicznie starających się szerzyć protestanckie idee niekiedy porywano, aby odpowiednio ukarać. Pierwszym, którego spotkał taki los, był Francisco de San Roman (chciał nawrócić cesarza Karola V). Później zdarzyło się jeszcze kilka podobnych przypadków, które z pewnością robiły na Hiszpanach – protestantach pewne wrażenie. Byli jednak i tacy, którzy decydowali się pozostać w kraju i starali się skrycie propagować swoje poglądy, zapewne licząc na to, że w końcu urosną w siłę, z którą trzeba się będzie liczyć. Inkwizycja zdawała sobie sprawę, że istnieją. Jej funkcjonariusze konfiskowali Biblie i inne heretyckie książki drukowane w Niemczech i Szwajcarii. Było oczywiste, że ktoś je sprowadza… Słusznie szukano wśród intelektualistów i tych, którzy mieli kontakty z cudzoziemcami, ale długo nie udawało się trafić na tych właściwych.

Największa wspólnota protestancka w XVI-wiecznej Hiszpanii działała w Sewilli, w mieście, w którym powstał pierwszy Święty Trybunał. Wydaje się, że w największym stopniu do jej powstania przyczynił się ksiądz Juan Gil zwany Egido, kanonik sewilskiej katedry, a przez krótki czas nawet biskup Tortosy.1 Najliczniejszą grupę stanowili w niej zakonnicy. Przede wszystkim byli to członkowie zakonu hieronimitów z klasztoru San Isidoro na czele z przeorem. Do wspólnoty należało też kilka hieronimitek z klasztoru Santa Paula. Łącznie ze świeckimi liczyła ona około 120 osób.2

Juan Gil „zaraził się” protestantyzmem od Rodriga de Valery, znanego bezbożnika, który w pewnym momencie zapragnął pojednać się z Bogiem. Sewilla była wielkim centrum handlowym, w którym można było spotkać ludzi z całej Europy i dowiedzieć się, jak w ich krajach rozwiązuje się różne problemy. Nauka o zbawieniu z łaski przez wiarę trafiła de Valerze do przekonania. Zaczął głosić ją ludziom na ulicach i dyskutować z księżmi. Zmarł w więzieniu inkwizycji w roku 1550. Księdzu Gilowi de Valera zaproponował, żeby głosił z ambony nauki biblijne. Wkrótce wielu ludzi przychodziło do katedry go słuchać.3

Przez wiele lat jakoś nikomu nie przyszło na myśl, że powszechnie ceniony za swoją dobroć i wiedzę kapłan jest heretykiem. Musi to dziwić tym bardziej, że biskup diecezji sewilskiej Fernando de Valdes był od 1546 roku Inkwizytorem Generalnym. Dopiero gdy w roku 1549 cesarz Karol V postanowił mianować Juana Gila biskupem, zaczęto sprawdzać wpływające na niego donosy i uznano za heretyckie dziesięć głoszonych przez niego tez. Nominacja biskupia została cofnięta, ale jego samego potraktowano dość łagodnie. Część członków komisji badającej jego sprawę uważała, że to bardzo dobry ksiądz, który pomijając tę „wpadkę”, po prostu zasługiwał na awans.4 Inni być może uważali, że wykrycie wśród kleru Sewilli heretyka stanie się plamą także na ich honorze i starali się zatuszować sprawę.

Oczywiście Juan Gil, chcąc uniknąć stosu, musiał się wyrzec tego, co głosił. Uczynił to w roku 1552. Uznano, że zasłużony kapłan nieco pobłądził, ale nie miał uczniów. Skazano go na rok pobytu w zamku Triana, siedzibie sewilskiej inkwizycji. Innych podejrzanych uwolniono. Gdy zmarł w roku 1555, urządzono mu uroczysty pogrzeb.5 Na jego miejsce mianowany został ksiądz doktor Constantin Ponce de la Fuente, który przebywając w Niemczech, nasiąkł podobnymi przekonaniami, co Gil, i również swoimi kazaniami zdobył serca mieszkańców miasta.

W tym samym czasie powstała druga wspólnota protestancka w mieście Valladolid. Jej głównym twórcą był Carlos de Seso, włoski żołnierz w służbie hiszpańskiej, który w uznaniu swoich zasług został w 1554 roku mianowany corregidorem, czyli przedstawicielem króla w mieście Toro.6 Swoją pozycję wykorzystywał do głoszenia nauki o zbawieniu z łaski przez wiarę wśród członków hiszpańskiej elity. Przekonał między innymi Augustina Cazallę, kaznodzieję cesarza Karola V, a potem wszystkich członków tej rodziny ochrzczonych Żydów. W grupie byli też członkowie znakomitych rodów starych chrześcijan. Łącznie było to prawdopodobnie 55 osób.7

W roku 1557 aresztowano ludzi przemycających i rozpowszechniających w Hiszpanii książki drukowane w rządzonej przez Kalwina Genewie. W ten sposób inkwizycja trafiła na właściwy trop i już z niego nie zeszła. W tym samym roku z klasztoru San Isidoro uciekło 12 zakonników. Jeden z nich, Antonio del Corro, był krewnym sewilskiego inkwizytora i być może dzięki temu orientował się, że nie ma już na co czekać.8 Del Corro był potem pastorem hiszpańskich emigrantów w Londynie. Uciekający razem z nim Juan Perez de Pineda pełnił podobną posługę w Genewie i przełożył na kastylijski Nowy Testament i Psalmy, Cipriano de Valera i Casiodoro de Reina przetłumaczyli na ten język całą Biblię. Ten klasztor dał reformacji wielu oddanych pracowników.

Już w następnym roku ujęto chyba wszystkich protestantów, którzy pozostali w Sewilli i Valladolid. Był to duży wstrząs dla całego kraju. Ludzie o wysokiej pozycji społecznej okazali się heretykami. Władza musiała coś zrobić.

Karol V Habsburg formalnie już nie rządził. W roku 1556 abdykował na rzecz syna, Filipa II, i zamieszkał w klasztorze. Nadal jednak interesował się tym, co działo się w państwie i problem ten rozwiązano tak, jak radził. Nie wiem, czy wystarczy w tym wypadku zastosować zwykłą praktykę, zgodną z powszechnym prawem, że wszyscy błagający o litość i ci, którzy przyznali się do winy, otrzymują łagodniejszą karę, pod warunkiem, że to ich pierwsze wykroczenie. Tacy ludzie wypuszczeni na wolność mogą dalej popełniać tę samą zbrodnię, szczególnie, jeśli to osoby wykształcone. (…) należy więc rozważyć, czy nie potraktować ich jako sprawców buntu, wrzenia, zamieszek i niepokojów w państwie. Byliby zatem winni podżegania do buntu i nie mogliby oczekiwać żadnej litości.9

Od tej pory protestanci stanowili dla hiszpańskich Świętych Trybunałów osobną kategorię. Wyznawcom judaizmu lub iluminizmu, którzy zostali zatrzymani po raz pierwszy i deklarowali skruchę, musiały one darować życie. Im niekoniecznie.

Uroczyste zakończenie śledztwa w sprawie pierwszych 30 heretyków z Valladolid odbyło się 21 maja 1559 roku. Wszystkich oskarżano po raz pierwszy. Tylko jeden z nich, Francisco Herero nie wyraził skruchy, ale spalono 14. Kolejne takie auto da fe odbyło się 8 października tego roku. Znów wystąpiło 30 heretyków, z których spalono 12, a z zarzutów oczyszczono 4. Zapamiętano słowa Carlo de Seso. W imię Jezusa Chrystusa zachowuję nadzieję, tylko Jemu ufam i Jego wielbię, i stawiając swoją bezwartościową osobę po Jego świętej stronie, przejdę przez mękę Jego krwi, by cieszyć się obietnicami, które złożył przed wybranymi. Wszyscy pozostali wyrzekli się swej wiary. Święty Trybunał w Sewilli był mniej surowy. 24 września 1559 roku z 76 oskarżonych spalono 19, a 22 grudnia 1560 roku 14 z 54. Spalono też wtedy wydobyte z grobu ciało Juana Gila i Constanitina Ponce de la Fuente, który zmarł w śledztwie. W roku 1562 spalono w Sewilli kolejnych 18 osób, w tym przeora klasztoru San Isidoro. Historycy uznają za okres najsurowszych represji wobec protestantów w Hiszpanii lata 1559–66. Spalono ich wtedy ponad 100.10
cdn.       

Przypisy:
1Guy Testas, Jean Testas, „Inkwizycja”, Wydawnictwo AGADE, Warszawa 1994, str.84 – 85.
2Henry Kamen, „Inkwizycja hiszpańska”, PIW, Warszawa 2005, str.92.
3http://www.rrb3.com/mypub/books/spn_bible_inception_men_translation
4Henry Kamen, op. cit., str.91.
5http://www.protestantedigital.com/ES/Magacin/articulo/3656/El-dr-egidio-la-fuerza-de-la-flaueza
6http://herodotovirtual.blogspot.com/2006/10/carlos-de-seso1516-1559.html
7Henry Kamen, op. cit., str.92.
8http://www.rrb3.com/mypub/books/spn_bible_inception_men_translation
9Henry Kamen, op. cit., str.93.
10Henry Kamen, op. cit., str.94 – 95.


Słomiany ogień cz.7 – Faza utajona

Marcin Luter na różne sposoby starał się budzić wśród Niemców poczucie dumy i jedności narodowej. Nawet swoją naukę nazwał „teologią niemiecką”. Ułatwiało mu to szerzenie jej wśród rodaków, ale czyniło ją obcą dla innych narodów. Mimo to luteranizm przekroczył barierę narodowościową, zyskując zwolenników i wyznawców także wśród Polaków. Władza duchowna i świecka obserwowały ten proces z niepokojem i starały się mu przeciwdziałać. Od roku 1527 polscy biskupi zaczęli wyznaczać inkwizytorów do walki z herezją. Ci jednak, pozbawieni poparcia władz i otoczeni powszechną wrogością, nie odnosili sukcesów.1 W tych czasach wielu młodych Polaków wyjeżdżało na studia do Niemiec. Król Zygmunt Stary dostrzegał związane z tym niebezpieczeństwo. Przyszła elita kraju mogła „zarazić się” herezją. W roku 1534 nakazał swoim poddanym studiującym na kacerskich uniwersytetach powrót, grożąc nieposłusznym, że nie zostaną dopuszczeni do sprawowania urzędów. W roku 1540 kolejny edykt zakazał studiów w krajach opanowanych przez herezję pod groźbą kary śmierci. Mimo to Polacy nadal studiowali na luterańskich uniwersytetach, choć w mniejszej liczbie. Ci, którzy się na to decydowali, uważali, że król nie spełni swoich gróźb, i mieli rację.2

Bywało też, że niemieccy profesorowie wykładali w Polsce. To także była okazja, by poza specjalistyczną wiedzą przekazać coś jeszcze. Najbardziej znany jest przypadek Krzysztofa Hegendorfera, który w latach 1529 – 34 był dziekanem wydziału nauk wyzwolonych w tak zwanym Kolegium Lubrańskiego w Poznaniu. Formalnie była to szkoła średnia, ale ze względu na poziom nauczania nazywano ją „Akademią”. Niemała była w tym zasługa Hegendorfera, który wprowadził nowe metody nauczania i stał się bardzo popularny wśród uczniów i ich rodziców. W końcu jednak duchowieństwo zażądało usunięcia go i, co prawda po ciężkiej walce, postawiło na swoim.3

Kontakty z luteranami wpływały na Polaków. Trudno powiedzieć, jaka część z nich przyjmowała luteranizm, ale wszyscy mieli okazję obserwować zawiązane z nim wzorce zachowań i niekiedy podejmowali próby przeniesienia ich na polskigrunt. W 1534 roku zebrana w Środzie szlachta wielkopolska domagała się książek pisanych po polsku. I tam prosimy, aby nam książa nie bronili imprymować po polsku historyk, kronik, praw naszych i też inszych rzeczy, a zwłaszcza o Bibliją.(…) Tu nam się wielka krzywda widzi od książej. Albowiem każdy jązyk ma swym jązykiem pisma, a nam książa każą głupimi być…4 To poczucie krzywdy mogło się zrodzić tylko u ludzi dobrze wiedzących, że tak, jak teraz jest w Polsce, wcale być nie musi. Być może uczestnicy tego sejmiku studiowali w Niemczech lub przy jakiejś innej okazji zauważyli zasadniczy przełom, który za sprawą Lutra tam się dokonał. Biblia stała się dostępna w ojczystym języku. Można się domyślać, że o nią autorom tej rezolucji chodziło najbardziej, choć wymienili ją na końcu.

Rok 1534 to w dziejach polskiej reformacji przekroczenie pewnego progu. Wykryto pierwszego Polaka – luteranina. Był nim ksiądz Jakub z Iłży, który prowadził swoją działalność misyjną wśród małopolskich mieszczan i na Uniwersytecie Jagiellońskim. Trwała ona dość długo. Pierwszy raz upomniano go za nieprawomyślne nauczanie już w roku 1528. Wtedy wyparł się wszelkich związków z luteranizmem, a biskup Tomicki dał temu wiarę. Za drugim razem świadków było już tak wielu, że sąd biskupi nie mógł mieć cienia wątpliwości, co ksiądz głosi. Jakub z Iłży obiecał publicznie wyprzeć się swoich przekonań, ale nie stawił się na tę uroczystość. Uciekł do Wrocławia, skąd nadal starał się propagować idee reformacyjne poprzez listy.5 Zostawił też uczniów, którzy kontynuowali jego dzieło.

Jeden z nich, działający w Poznaniu dominikanin Andrzej Samuel, postępował bardzo podobnie. Oskarżony w roku 1541 o szerzenie luteranizmu, wszystkiego się wypierał i sąd biskupi oddalił zarzuty. Nie czekał jednak, aż zostanie oskarżony po raz drugi. Po procesie wyjechał „na dalsze studia” do Wittenbergii i Lipska. Tam ożenił się i w końcu osiadł w Prusach Książęcych. Został pastorem i pisał rozprawy teologiczne.6 Uczeń i współpracownik Samuela, Jan z Siekluk zwany Seklucjanem uciekł przed sądem biskupim i dołączył do niego w roku 1544. Przełożył katechizm Lutra na język polski.7

Inny uczeń Jakuba z Iłży, Wawrzyniec z Przasnysza, nazywany ze względu na swoją kłótliwość Discordia, czyli Niezgoda, był przez pewien czas nadwornym kaznodzieją Zygmunta Augusta. Wydalony został z dworu w roku 1547, gdy biskupi zebrani na synodzie w Łęczycy uznali go za heretyka.8

Również pod wpływem Jakuba z Iłży podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim luteraninem został litewski książę Abraham Kulwieć. Studia teologii, języków starożytnych i filozofii kontynuował w Wittenberdze. Zdobył olbrzymią wiedzę. Stał się najwybitniejszym lingwistą i znawcą kultury starożytnej w państwie polsko – litewskim swoich czasów. Nie krył się ze swymi przekonaniami. Wtrącono za to do więzienia jego rodziców. Abraham powrócił na Litwę w roku 1538 i dzięki znajomości z królem zdołał ich uwolnić. Zaczął organizować odczyty, na których starał się przekonać do swojej wiary. W roku 1540 za zgodą Zygmunta Starego utworzył szkołę, do której przysyłały swoich synów najznakomitsze rody z Litwy i Korony. Biskup wileński Paweł Holszański rozumiejąc, że głównym celem tego przedsięwzięcia jest propagowanie reformacji, wymógł na królu w roku 1542 wydanie edyktu nakazującego Kulwieciowi stawienie się przed sądem biskupim i przyjęcie wyznaczonej kary. W razie odmowy lub ucieczki jego majątek miał być skonfiskowany. Abraham Kulwieć wybrał ucieczkę do Prus Książęcych, gdzie został profesorem utworzonego przez Albrechta Hohenzollerna uniwersytetu w Królewcu. Objął tam katedręjęzyka greckiego. Wykładał też hebrajski. Jego matkę znów wtrącono do więzienia. Została uwolniona dzięki wstawiennictwu królowej Bony. Musiała przysiąc, że nie będzie się kontaktować z synem. Gdy w roku 1546 zachorowała, syn „załatwił” sobie glejt na powrót do Wilna. Miał przy okazji odbyć debatę z katolikami, ale nagle poczuł się źle, pojechał do domu matki i zmarł. Być może przyczyną była choroba płuc, na którą cierpiał, ale podejrzewano też otrucie.9

Późniejszy rozwój kościołów reformowanych na Litwie jest w znacznym stopniu zasługą Abrahama Kulwiecia. Przetłumaczył na litewski luterański katechizm, który został wydrukowany w Królewcu już po jego śmierci i z pewnością trafił do wielu rąk. Jest też współautorem kancjonału "Gesmes Chrikszczioniszkai" (Pieśni Chrześcijańskie).10 Jego los pozwala też lepiej zrozumieć postępowanie Jakuba z Iłży, Andrzeja Samuela czy Jana Seklucjana. Oni nie pochodzili z książęcych rodów i nie znali osobiście króla. Mogli spodziewać się gorszego.
cdn.

Przypisy:
z dziejów polskiej reformacji
1http://pl.wikipedia.org/wiki/Inkwizycja_w_Polsce
2Karol Górski, „Zarys dziejów katolicyzmu polskiego”, Wydawnictwo Naukowe UMK, Toruń 2008, str.164.
3http://pl.wikipedia.org/wiki/Akademia_Lubra%C5%84skiego
4Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.18.
5http://www.dziejekrakowa.pl/biogramy/index.php?id=1474
6http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Samuel
7http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Seklucjan
8http://pl.wikipedia.org/wiki/Wawrzyniec_z_Przasnysza
9http://archiwum2000.tripod.com/488/rodowo.html
10http://pl.wikipedia.org/wiki/Abraham_Kulwie%C4%87


CZY DARWIN WYRZEKŁ SIĘ TEORII EWOLUCJI?

James Moore jest historykiem nauki i wykładowcą na jednym z angielskich uniwersytetów (The Open University). Uczony jest znany głównie ze swoich badań nad Darwinem (jest m.in. współautorem obszernej biografii angielskiego przyrodnika).[1]  W 1994 roku nakładem wydawnictwa Baker Books została opublikowana książka The Darwin Legend (Legenda Darwina).[2]  Przedmiotem tej publikacji była historia rzekomego nawrócenia Darwina, którego świadkiem miała być Lady Hope (Elizabeth Reid Cotton).

W opinii Lady Hope autor O powstawaniu gatunków... umarł jako chrześcijanin, a także, niedługo przed śmiercią, wyrzekł się teorii ewolucji. Darwin miał oznajmić: „Byłem człowiekiem młodym o nieuformowanych przekonaniach. Rozrzucałem wokół swoje zapytania i sugestie, stale zastanawiając się nad wszystkim; i ku memu zdziwieniu idee te rozprzestrzeniały się jak ogień. Ludzie z nich uczynili religię.”.[3]  A przy innej okazji przyrodnik miał stwierdzić: „Jakże bym chciał nie wyrazić mojej teorii ewolucji tak, jak to uczyniłem.”[4]

W roku 1969 Chris Royer, redaktor The Advocate of Truth − czasopisma wydawanego przez Kościół Boży Dnia Siódmego, opublikował artykuł, na łamach którego twierdził, że jego ojciec pożyczył mu kiedyś książkę My Apology for My Unformed Ideas (Moje ubolewanie nad moiminieuformowanymi poglądami). .[5] Autorem owej książki miał być nie kto inny, jak Karol Darwin. Angielski przyrodnik miał się wyrzec wszystkiego, co dotyczyło teorii ewolucji: „Stałem się niczym Król Nabuchodonozor z Księgi Daniela, dziką i nieokrzesaną istotą. Bóg mnie ukarał, czyniąc mnie bezmyślnym, ale kiedy oprzytomniałem, zrozumiałem, że muszę pisać i naprawić błędy, które uczyniłem.”[6]

R. B. Freeman przez wiele lat prowadził badania bibliograficzne poświęcone Darwinowi. Uczony przyznał otwarcie, że nie wierzy, iż książka ta istnieje lub kiedykolwiek istniała.[7]  Również autor The Darwin... sceptycznie podchodził do kwestii autentyczności My Apology.... Moore dokładnie sprawdził katalogi biblioteczne m.in. biblioteki w Cambridge i Oxford, ale bez pozytywnych rezultatów. Uczony postanowił kontynuować swoje badania, ponieważ Royer twierdził, że nakład tej książki jest: „[...] wyczerpany. Można ją znaleźć jedynie w antykwariatach. Wróg prawdy zrobi zapewne wszystko, co w jego mocy, aby zniszczyć tę informację. Mój ojciec przywiózł ze sobą kopię z Seminarium w Niemczech i traktował ją jak rzadki skarb.” [8]

Moore postanowił spotkać się z Royerem i przekonać się, czy posiada on książkę, o której istnieniu pisał w 1969 roku. Spotkanie odbyło się w grudniu 1980 roku w niewielkim miasteczku Salem. Moore poznał rodzinę Royera, przez którą został przyjęty bardzo ciepło, ale główny cel wizyty autora The Darwin... nie został zrealizowany. Moore został zaznajomiony z krótką historią rodziny Royer'ów, ale na pytanie, czy w swojej bibliotece posiadają domniemaną książkę Darwina, otrzymał odpowiedź negatywną. Ch. Royer stwierdził, że książka ta zginęła osiem lat wcześniej (tj. ok 1972, trzy lata po opublikowaniu artykułu na łamach Advocate of Truth). Niemniej jednak zarówno Chris Royer, jak i jego matka (Maria Royer) bardzo dobrze zapamiętali jej treść.[9] Autor „Evolution...” opisał jej wygląd. W jego opinii miała ona 5 na 8 cali, liczyła jakieś 150 stron, miała prostą, szarą okładkę z płótna ze złoconymi brzegami. Została wydrukowana w Anglii w pierwszej dekadzie XX wieku, a opublikowana w Anglii lub w Niemczech, ale tego nie był pewien. Maria Royer potwierdziła, że książka była szara, a w ich rodzinnej bibliotece znajdowała się obok książki Huxleya, która była podobnych rozmiarów. Kiedy Moore poprosił o pokazanie mu owej książki Huxleya, przyniesiono mu pracę zatytułowaną Evolution and Regeneration autorstwa, jak sam zauważył, Henry'ego Proctora.[10]

Autor The Darwin... zapytał swojego rozmówcę, czy wie coś na temat innych egzemplarzy My Apology.... Royer oznajmił, że jego ojciec twierdził, że L. R. Conradi posiadał jeden, a dwie inne sztuki znajdowały się w Magdeburgu. Niestety dla Moore'a, Conradi zmarł wiele lat wcześniej, a trop magdeburski wydał się również mało wiarygodny.[11]

Szanse, że książka, o której istnieniu pisał Royer, faktycznie została napisana, są znikome. Karol Darwin nigdy nie wyrzekł się teorii, którą ogłosił drukiem w 1859 roku. Angielski przyrodnik w jednym z ostatnich listów wyraźnie przedstawił swoje przekonanie, że naturalistyczna wizja pochodzenia życia zostanie w przyszłości udowodniona.[12] W konsekwencji trudno przypuszczać, aby Darwin faktycznie poczuł się kiedyś jak Król Nabuchodonozor.

Przypisy:
[1] Adrian Desmond, James Moore, Darwin. The Life of a Tormented Evolutionist, W. W. Norton & Company, New York – London 1994.
[2] James Moore, The Darwin Legend, Baker Books, Grand Rapids 1994.
[3] „Darwin na łożu śmierci”, Duch Czasów 1985, nr 10, s. 20-23 (cyt za: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm – kreacjonizm, Realizm Racjonalność Relatywizm, t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 330-331).
[4] Moore, The Darwin..., s. 135. Zdanie te Darwin miał rzekomo wypowiedzieć w obecności Lady Hope (por. Moore, The Darwin..., s. 134). Innego zdania był L. R. Croft, w opinii którego świadkiem powyższej wypowiedzi mogła być pani Evans (por. L. R. Croft, Darwin and Lady Hope. The Untold Story, Elmwood Books, Preston 2012, s. 104-106).
[5] Por. Chris Royer, „Evolution Yeccccccch”, Advocate of Truth 1969 (Feb. 3), 19, s. 2,9 (za: Moore, The Darwin..., s. 191).
[6] Royer, „Evolution...” (cyt za: Moore, The Darwin..., s. 169).
[7] Por. R[ichard] B[roke] Freeman, The works of Charles Darwin: an annotated bibliographical handlist, 2d ed., Archon Books, Folkestone 1977, s. 18, http://tiny.pl/hjghg (2013-06-15).  Por. też: Moore, The Darwin..., s. 169.
[8] Moore, The Darwin..., s. 170; Freeman, The works of Charles Darwin..., s. 19.
[9] Matka Chrisa Royera twierdziła, że jej syn po raz pierwszy przeczytał My Apology... jeszcze jako nastolatek (por. Moore, The Darwin..., s. 171).
[10] Por. Moore, The Darwin..., s. 171-172.
[11] Por. Moore, The Darwin..., s. 172-173.
[12] Por. List Karola Darwina do Daniela Mackintosha z 28 lutego 1882 roku (Francis Darwin (ed), More Letters of Charles Darwin, vol. II, John Murray, London 1903, s. 171).

***


Powyższy artykuł pokazuje, jak bardzo jesteśmy narażeni na pokusę "retuszowania" rzeczywistości. Działając zapewne w dobrej wierze, ludzie wierzący posunęli się do mistyfikacji, by choć trochę zneutralizować "bezbożną zarazę teorii ewolucji". W rzeczywistości ośmieszyli chrześcijaństwo. Podobny manewr stosował nieżyjący abp Józef Życiński, próbując udowodnić, że TE nie stoi w sprzeczności z Biblią, a Darwin wcale nie miał zamiaru zniszczenia chrześcijaństwa.

Jako chrześcijanie musimy pamiętać, że o Prawdę walczy sam Bóg i nie wolno nam Go "wspomagać" przyziemnymi, niemoralnymi zabiegami. Prawdę o stworzeniu i błędy Darwina musimy wykazywać bez uciekania się do manipulacji czy „pobożnych kłamstw”. Naszym zadaniem jest powoływanie się na fakty i wykazywanie, że stworzenie wyjaśnia je lepiej niż teoria ewolucji.

„Gdy zaczyna się sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu.” Abp Życiński: nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, wp.pl 14.10.2006

"Niektórzy apologeci opowiadają się za nierozsądną tezą, że Darwin był człowiekiem wierzącym. Teza ta wydaje się "potrzebna" zwłaszcza katolickim myślicielom, skoro papież Jan Paweł II zaakceptował teorię ewolucji - 23 października 1996 roku w liście do członków Papieskiej Akademii Nauk stwierdził on, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą. Arcybiskup Lublina, ks. prof. Józef Życiński, uważa na przykład, że Darwin był wierzący, a jedynie powodowany właściwą dla uczonego ostrożnością wolał się na tematy teologiczne nie wypowiadać:

"Obdarzony zmysłem krytycyzmu Darwin wiedział o swym braku kompetencji filozoficznych czy teologicznych, stąd też starał się programowo unikać komentarzy wykraczających poza jego specjalność. [...] [Darwin] zachowywał rezerwę wobec wszelkich form religii instytucjonalnej, ograniczając się do przyjęcia wiary w Boskiego Stwórcę, który kieruje zmiennością gatunków i całym rozwojem przyrody"." Józef ŻYCIŃSKI, „U źródeł biologii niearystotelesowskiej”, w: Michał HELLER, Józef ŻYCIŃSKI, Dylematy ewolucji, Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków 1990, s. 38.

Mieczysław Pajewski, „MEANDRY SPORÓW O POCHODZENIE”, iPP maj 2005


UPADEK EDUKACJI

TYM RAZEM PISZĘ JAKO FACHOWIEC

Mam przed sobą zbiór zadań do matematyki dla klasy V-VI szkoły podstawowej. Autorzy: Tadeusz Korczyc i Jerzy Nowakowski. Wydawnictwo WSiP 1985. Z tego podręcznika uczyły się moje dzieci. Chodziły do zwykłej, dzielnicowej, mocno skomunizowanej szkoły imienia WP, razem z dziećmi dozorców i lokalnego marginesu. Ani moje dzieci, ani dzieci dozorców, które przychodziły czasami do mnie na matematykę, nie miały z tymi zadaniami żadnych poważnych problemów.

Daję zadanie z tego zbioru tegorocznym maturzystom, których douczam w ramach kursu przygotowawczego. Jest to zdanie 37.11 ze strony 182. Podaję dokładne dane, żeby każdy „niewierny” mógł sobie osobiście sprawdzić.

Oto zadanie: <doświadczenie polega="" na="" trzykrotnym="" rzucie="" monetą.="" czy="" zdarzenie="" „wypadnie="" przynajmniej="" jeden="" orzeł”="" jest="" tak="" samo="" prawdopodobne="" jak="" „wypadną="" dokładnie="" dwie="" reszki”?="">.

Kiedy dziesiąta z kolei osoba deklaruje, że nie ma bladego pojęcia, jak to rozwiązać, pokazuję okładkę książki. Ogólne niedowierzanie. „Jak to – to zadania dla szkoły podstawowej? Chyba jesteśmy idiotami” - samokrytycznie stwierdza jeden z kursantów.
„Przez uprzejmość nie zaprzeczę” – odpowiadam zgodnie zresztą z najgłębszym przekonaniem.

W tym samym zbiorze są zadania dotyczące wektorów na płaszczyźnie i w przestrzeni, elementy statystyki, nierówności z wartością bezwzględną. Większość tych zadań zdecydowanie przerasta obecne możliwości maturzysty wybierającego maturę na poziomie podstawowym. Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?

1. Pierwsza przyczyna to celowe obniżenie poziomu. Przez 20 lat nie było obowiązkowej matury z matematyki, a program liceum był konsekwentnie kastrowany. Kiedy zaczynałam uczyć w szkole, w programie była analiza matematyczna: granice ciągów i funkcji, szeregi, badanie funkcji, całki. Badanie funkcji było przerabiane w II klasie. Doskonale radziły sobie z nim nawet klasy ogólne. W klasach matematycznych badało się również funkcje wykładnicze i logarytmiczne. Ktoś mnie przekonywał, że w klasach ogólnych badało się tylko wielomiany i funkcje wymierne i że badanie funkcji jest nad wyraz algorytmiczne (czyli można się go nauczyć na zasadzie recepty na piernik). Zgodziłabym się z nim, gdyby nie fakt, że te same funkcje wymierne sprawiają teraz poważny kłopot studentom I roku politechnik i SGH.

Z programu i wymagań egzaminacyjnych w liceum kolejno wypadły: szeregi, w tym szereg geometryczny zbieżny, oczywiście całki, potem pochodna i badanie funkcji. Z programu rachunku prawdopodobieństwa wypadł schemat Bernoulliego, prawdopodobieństwo warunkowe, wzór Bayesa, rozkład zmiennej losowej, wartość oczekiwana i wariancja. Zadania z prawdopodobieństwa całkowitego zaleca się obecnie rozwiązywać „ drzewkiem” – czyli jak w V klasie szkoły podstawowej moich dzieci. W trygonometrii zlikwidowano nierówności trygonometryczne i wzory redukcyjne.

Jakiś mędrek powie: po co znajomość wzorów, które są przecież w tablicach i w Internecie?

Odpowiem. Zawsze na pierwszym roku studiów, w kursie algebry, wprowadzano liczby zespolone i było to traktowane jako rozgrzewka, jako najłatwiejszy dział do opanowania. Obecnie z liczbami zespolonymi jest koszmar. Studenci nie potrafią operować postacią trygonometryczną liczby zespolonej, bo nie operują wzorami redukcyjnymi i ogólnie rzecz biorąc trygonometrycznymi.

Poza tym jeżeli ktoś nie wyprowadzał tych wzorów i ich nie „uwewnętrznił”, źle rozpoznaje ich strukturę. Dam przykład: sin2Φ = 2sinΦcosΦ (jak wiadomo, jest to przecież w tablicach i w Internecie). Uczeń ma według tego wzoru rozwinąć sin10Φ= 2sin5Φcos5Φ, ale zamiast tego nagminnie pisze sin10Φ= 10sinΦcosΦ, co jest bzdurą. Źle rozpoznał wzór, bo go nie używa z namysłem – ufa tablicom.

2. Nadużycie kalkulatorów i komputerów. Na ten sam kurs uczęszcza uczeń szkoły amerykańskiej. Otrzymują w szkole ogromne kalkulatory obliczające wszystko i rysujące wykresy funkcji punkt po punkcie. Ma za zadanie narysować wykres funkcji kwadratowej po sprowadzeniu jej do postaci kanonicznej. Upiera się, że użyje swego kalkulatora. Wpatruje się w napięciu, ze zmarszczonym jak pies rasy mops czołem w pojawiającą się wolniutko na ekranie banalną parabolę. Pomijając fakt, że regulamin matur nie dopuszcza używania podczas egzaminu takiego sprzętu, użycie go do tak trywialnego problemu to strzelanie z armaty do wróbla. Młody człowiek ze swoim liczydłem przypomina mi inkasenta elektrowni albo kontrolera parkometrów, a w najlepszym wypadku panienkę sprzedającą buraki, która liczy na kasie 2+2=4. Ten chłopak jest na prostej drodze do wykonywania właśnie takiego zawodu. „A co będzie, gdy to liczydło ci się zepsuje?” – pytam. Kupię sobie nowy” - odpowiada butnie.

Oczywiście nie jest tak, że nie doceniam znaczenia kalkulatora czy komputera. Pewne obliczenia bez tych urządzeń byłyby niemożliwe. Dzięki kalkulatorom statystyka przestała być dla studentów koszmarem rachunkowym. Za to stała się koszmarem intelektualnym. Kto nie wierzy, niech porozmawia z I rokiem SGH.

3. Wprowadzenie gimnazjów i koncepcja „programu spiralnego”. W założeniu ma się wracać kilka razy do tego samego tematu, ale na wyższym poziomie. W praktyce nie przerabia się go wcale. Trygonometria w trójkącie prostokątnym powinna być wprowadzona w gimnazjum. Nauczyciele mówią jednak: „Będziecie to mieli w liceum” i nie podejmują tematu. W liceum nauczyciele mówią: „Mieliście to w gimnazjum” i zaczynają nauczanie od środka. Rezultaty jak widać.

4. Demokratyzacja oświaty sprowadza się według decydentów do zamiany jakości w ilość. Sama słyszałam przewodniczącego CKE, który wyjaśniał nauczycielom, że aby poprawić wyniki nauczania (w stosunku do UE), należy obniżyć poziom wymagań.

Za czasów PRL nasi uczniowie wyjeżdżający do Europy czy do Stanów uważani byli za geniuszy. Teraz zrównali w dół. Tyle, że w krajach europejskich obok oświaty dla plebsu przeznaczonego do sprzedawania buraków i obsługi stacji benzynowych istnieją elitarne szkoły na bardzo wysokim poziomie. W Stanach też obserwuje się pozorny paradoks, że przy bardzo niskim poziomie przeciętnego ucznia poziom uczelni jest wysoki. To kwestia specjalizacji. Kto nie interesuje się nauką, może poprzestać na tym niskim poziomie szkoły publicznej, zdawać maturę z pielęgnacji niemowląt i szukać sobie z powodzeniem miejsca w społeczeństwie. Nauka jako awans społeczny była to specjalność ZSRR i demoludów. Teraz w Stanach tak naukę traktuje „żółta rasa”. Dlatego w laboratoriach naukowych dominują Chińczycy.

Na koniec uwaga do fantastów, którzy ekscytują się perspektywami e-learningu.

To bardzo wygodna proteza nauczania dla młodzieży z oddalonych ośrodków, której nie stać na stancję i utrzymanie w mieście.

Nauczanie to interakcja z mistrzem. Nauczanie przez komputer tak się ma do prawdziwej edukacji, jak seks-telefon do miłości. Pewien przypadkowy w naszej bacówce gość usiłował mnie kiedyś przekonać, że pornografia (w Internecie) daje takie bogactwo bodźców, jakich nigdy nie da realny stosunek. Na jego usprawiedliwienie przyjęłam, że był mocno znieczulony. Został wyśmiany przez moje – dorosłe już - dzieci, co go bardzo zabolało.

Podobnie traktuję argumenty na temat wizualizacji wszelkich zagadnień fizykalnych, obrazu tropikalnych mórz i rozwiązań wszelkich zadań matematycznych obecnych w sieci.

Moim uczniom zabroniłam korzystania ze stron samopomocowych, gdyż nie mam czasu ani ochoty prostować znajdujących się tam bredni. A co do traktowania Internetu jako mistrza, proponuję wklepać w wyszukiwarkę hasło „prawdziwe zdjęcia duchów” i potem uwierzyć w to, co zobaczycie, i posługiwać się tym w dyskusjach.


TWÓJ RUCH – DEBATA CZY EMIGROWAĆ?

CZEGO BAŁA SIĘ GAZETA WYBORCZA, TEGO NIE BAŁ SIĘ TWÓJ RUCH!

Jacek Piotrowski - wiceprezes zarządu Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości UMCS

Bardzo dużo było pesymizmu. Ja jestem optymistą i nie obawiam się instytucji państwa, bo od każdego z nas zależy, co w przyszłości będziemy robić. Oczywiście, że są podatki, jest źle, ale one są wszędzie, nawet Kajmany od nich nie uciekną. W Polsce podatki są horrendalne. Gdy zakładamy działalność gospodarczą w Niemczech, jeśli nie przynosi nam ona zysków, nie musimy płacić żadnych podatków. W Polce po założeniu działalności już w pierwszym miesiącu musimy płacić ZUS.

Jest bardzo dużo minusów, ale można to zmieniać. Uważam, że w Polsce można zarabiać bardzo dobre pieniądze, uważam, że w Lublinie można zarabiać bardzo dobre pieniądze. Moim zdaniem problem nie wynika z tego, że w Polsce jest źle, ale z tego, że w Polsce ludzie w siebie nie wierzą. Nie wierzą, że można zrobić wszystko. Jeśli chcemy obalić rząd, to po prostu wstajemy i to robimy. Bo wszystko zależy od nas. Jeśli chcemy coś osiągnąć, można to zrobić, wierzcie mi.

Wielu ludzi woli narzekać. Dlaczego woli narzekać? Bo tak jest łatwiej. A wziąć się do roboty i zmienić coś wokół siebie? To już troszeczkę jest z tym problem...

Koszty pracy w Polsce są po prostu horrendalne i porównując się z resztą Europy, jesteśmy w tej dziedzinie liderami.

Decyzja, którą wyda urząd skarbowy, obejmuje tylko urząd, który ją wydał. Jeśli robię szkolenie w Kielcach i pytam o coś urząd skarbowy, to on wydaje mi pozwolenie. Jeśli to samo szkolenie przeprowadzę później we Wrocławiu, urząd orzeknie, że złamałem prawo, okradłem państwo, muszę płacić podatki, dlatego że interpretacja jednego urzędu nie wiążą żadnego innego.

Michał Kabaciński - Ruch Palikota, poseł na Sejm RP VII kadencji

Żeby taki zespół zbudować, musi być poczucie zaufania do siebie nawzajem, do swojego sąsiada. Moi rodzice często opowiadają, jak kiedyś mieszkali w bloku na starym osiedlu i wszyscy ludzie, którzy tam mieszkali, rozmawiali ze sobą na klatce, można było pogadać z sąsiadem w sklepie osiedlowym w kolejce. A jak to dzisiaj jest w mojej rzeczywistości? Wszyscy patrzą na siebie wrogo. Sąsiad sąsiadowi nie odpowiada „dzień dobry”. Z czego to wynika? Dzisiaj, szczególnie pośród młodych ludzi, nie budujemy poczucia, że nie możesz myśleć indywidualnie, tylko musisz pamiętać, że w grupie jest raźniej. Musimy odbudować już podczas edukacji w szkole poczucie zespołowego działania. Dlaczego sprawdziany rozwiązujemy indywidualnie, a nie np. w kilkuosobowych zespołach? W ten sposób tworzylibyśmy poczucie, że ze sobą rozmawiamy i jesteśmy zależni od siebie. To by w przyszłości owocowało, umielibyśmy budować relację i zespół.

Niedawno byłem na spotkaniu z profesorem Kołodką. Podczas dyskusji padła myśl, że jeśli nie zmienimy podejścia państw całego świata do gospodarki i zarządzania środkami, możemy doprowadzić do sytuacji, w której będzie wojna. Niejeden powiedział, że wojna jest pewnego rodzaju oczyszczeniem z różnych patologii i właśnie po wojnie budują się nowe gospodarki, a wszystko rozwija się od początku. Są pewne obawy i po części zgodzę się z nimi, że jeśli nic nie zmieni, to za dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat może dojść do dużego konfliktu – prędzej czy później ten balon pęknie.

Paweł Chojecki - pastor Kościoła Nowego Przymierza w Lublinie, redaktor naczelny miesięcznika "idź Pod Prąd"

Emigracja jest „nagrodą” za wejście Polski do UE! Emigracja tak wielkiej części narodu jest „nagrodą” za głupotę większości Polaków, którzy po 1989 roku wybrali sobie takie elity i którzy wybrali przy dźwiękach „Ody do radości” wejście do UE praktycznie jako niewolnicy, jako tania siła robocza!

Co by było, gdyby ten milion czy dwa miliony młodych, produktywnych, przedsiębiorczych ludzi zostało w Polsce, a nie wyjechało?

Człowiek, który zostanie wprowadzony w kult konsumpcjonizmu, ląduje często w kredytach, poważnie zadłużony. Wtedy ma już pętlę na szyi, nie ma innego wyjścia, jak jechać za granicę, bo tu zostanie bankrutem, zlicytują go etc.

Pomyślcie też o tym aspekcie. Czy swoją nadzieję trzeba lokować w nowym iPhonie, nowym samochodzie, komputerze...

Poczucie bezpieczeństwa. Nasze państwo się zwija. Może się w dalszym ciągu zwijać w ślimaczym tempie, stopniowo zmniejszając nasze poczucie bezpieczeństwa, albo też stanie się to na ostro i dojdzie do zamieszek i rozruchów społecznych. Wtedy żadna policja, która zapewne schowa się i ucieknie, nie zapewni nam bezpieczeństwa. Dlatego zachęcam młodych ludzi do odwiedzania strzelnic i ćwiczenia się w strzelectwie sportowym. Zawsze było to mocną stroną Polaków. Polak, który uważał się za szlachcica, zawsze miał szablę i konia. Dziś o szablę i konia może być ciężko, ale do strzelectwa sportowego bardzo namawiam.

Nasz naród dał już się raz ogłupić pewnej grupie ludzi, później im znowu zaufał, po czym znów wystawili go do wiatru – mam pewne wątpliwości, czy nie potrzeba nam pewnej rewolucji mentalnej. Być może Polacy potrzebują terapii szokowej, aby mogli zobaczyć rzeczywistość w prawdziwych kolorach. W chwili obecnej poprawę odczytałbym jako zjawisko w kategoriach cudu.

Marian Kowalski - członek Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego

Nie znam takiego narodu, który by odniósł sukces, wyzbywając się własnego państwa. Natomiast podam wiele przykładów, które pokazują, że odzyskując albo budując własne państwo, narody osiągają sukces, jak to się stało choćby w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Indiach, Izraelu. Przykładem mogą też być Rosjanie, którzy swego państwa się nigdy nie wyrzekną, choćby ich nie wiadomo jak krzywdzono w tym państwie. Dlatego uczmy się od ludzi rozsądnych. Tymczasem przekonuje się nas, że lepiej wyrzec się swojego państwa, lepiej oddać część kompetencji i suwerenności obcym. Ja nie bardzo wierzę w altruizm. Nigdy w życiu nikt mi nie dał pieniędzy, oprócz osób mi bliskich, na pewno nikt obcy. Obcy prędzej człowieka okradną, oszukają, zostawią na lodzie. Dlatego uważam, że Polacy powinni wierzyć we własne państwo, wybierać do władzy ludzi, którzy traktują służbę publiczną jako akt poświęcenia, a nie karierę osobistą.

Nigdy nie słyszałem ani jednego polityka, który powiedział, że koszta pracy są za niskie. Wszyscy mówią, że koszta pracy wywołują bezrobocie, że młodzi uciekają za granicę. Oczywiście, że tak. Z tym, że jest to najłatwiejszy sposób ściągnięcia z ludzi pieniędzy. A te pieniądze są potrzebne. Komu? Potrzebne są systemowi. Politykom, którzy płacą swoim zwolennikom urzędami. Dlatego powstaje biurokracja – bo swoim trzeba dać miejsce w urzędzie. Taki jest mechanizm tej demokracji. Politycy łupią nas z pieniędzy, aby utrzymać swoje „dwory”, urzędników, dać im władzę, dać możliwość pastwienia się nad nami. Inaczej politykom nikt by nie pomagał w kampaniach wyborczych, nie wybierał, nie zostaliby pasożytami na zdrowym ciele narodu. Ale ci politycy nie biorą się z rękawa. Pokazywani są w niektórych telewizjach, lansowani na siłę, zwołuje się konferencje prasowe, na których nie mają nic do powiedzenia, pokazuje się ich jedynie ludziom, w końcu ludzie na nich zagłosują. Tutaj sięgamy jądra systemu. Otóż w Polsce mamy coś takiego, że kilometr autostrady incydentalnie kosztował jedenaście razy drożej, stadiony kosztowały pięć razy drożej i się walą. Wszelkie inwestycje publiczne infrastrukturalne to możliwość kradzieży gigantycznych pieniędzy. Pieniędzy nie kradną krasnoludki. Nie, to są kolesie, którzy przy Okrągłym Stole dostali na tacy od generała Kiszczaka i tzw. opozycji demokratycznej tytuły magnackie i szlacheckie. Suchą nóżką przeszli z systemu do systemu i teraz ich dzieciątka i wnuczęta są na najwyższych stanowiskach. Nasze państwo to dziurawa beczka. Przy każdej z tych dziur siedzi zaprzyjaźniony facet z dawnego układu. Mówimy, że obniżymy koszta pracy – któż by nie chciał obniżyć. Ale musimy najpierw obalić wreszcie system Okrągłego Stołu, odpędzić te świnie od koryta, nim wyciągną nam resztki krwi.

Najbardziej szkoda mi tego, że kolejne pokolenie Polaków, dwudziestopięciolatków, będzie kolejnym zmarnowanym pokoleniem. Mnie już nie czeka nic dobrego, ale resztką sił chcę przekonać was do tego, że jeżeli wasze życie nie ma być zmarnowane, jak nasze, to zróbcie wszystko, by te świnie rozpędzić. Oni nie mają żadnych walorów. Ani intelektualnych, ani moralnych.


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut

PLN - Polski złoty
EUR
4,2290
USD
3,6090
GBP
4,7786
HUF
0,0135