17 października 2018

Z SIECI

Zapraszanie do Lednicy wroga krzyża, człowieka rechoczącego nad trumnami ofiar Smoleńska, jest pospolitym draństwem. (B. Komorowskiego na zlot katolickiej młodzieży – przyp. red.) Aleksander Ścios , Twitter

Oto dramatyczny przykład mizerii "naszych" - nawet lider "obrońców Krzyża" okazał się prowokatorem z ramienia P-kta! Paweł Chojecki, Twitter

T. Mazowiecki twierdzi, że "nazywanie katastrofy zamachem" niszczy demokrację. Ale czy nazywanie zamachu katastrofą jest zupełnie nieszkodliwe? Paweł Chojecki, Twitter
***

„Sprawa jest prosta: Solorz zarabia, bo jak można zarobić, to na wszystkim zarabia, ale decyzja ma charakter polityczny. Dlaczego?

Idzie odwilż spowodowana wymianą politycznej ekipy wynajętej do ochrony interesów bezpieczniackich elit. By wymiana była sprawna i dała wyjść z kryzysu, muszą być ofiary - Tusk (błędy i wypaczenia) oraz symulacrum wolności, czyli odwilż, czyli Republika, że niby teraz będzie wolność. Idzie odnowa.

Musimy z tego skorzystać, wstawić nogę w uchylone drzwi, by już ich nie mogli zamknąć.

Według planu, gdy nowe kierownictwo - Schetyna - decydent wynajęty przez oligarchię i Gowin - twarz dla prawicy, która mózgu nie ma, bo w mózgu jest pamięć - oraz jak się da zwerbować Rokita - potrzebna "nowa" twarz, a bezmózgi przecież nie pamiętają, co było wczoraj i przyjemnie jest mieć poczucie, że teraz już będzie dobrze - już się umocni pod patronatem Komoruskiego, czyli Rosja przypieczętuje wypchnięcie Niemiec z Polski, wtedy dojdzie do selekcji i ci, co się przystosują w Republice pozostaną, a inni - nieprzystosowani, co nie zrozumieli - znikną.
Nasze zadanie - by to się nie udało.”
Józef Darski, naszeblogi.pl

Moja muzyka trafia m.in. do ludzi, którzy nie mają jeszcze utrwalonych poglądów, ponieważ wpadli w machinę, która nazywa się "entertainment" i ciężko im się z niej wydostać. Kiedy człowiek wplątany jest w chomiczy kołowrotek pogoni za gadżetami, pieniędzmi, zbytkiem, czego świadkami jesteśmy, wówczas wyjaławia się go z uczuć. Z poczucia prawdziwych wartości. Zabiera mu się tożsamość poprzez instrumentalizację życia. Wmówiono tym biednym ludziom, że pochodzą od zwierząt, i oni teraz pędzą – jak te zwierzęta. Raper Piotr Kowalczyk Medium, onet.pl

Na temat wydarzeń z przełomu lat 80-90 kłamią wszystkie podręczniki szkolne wydane w III RP. Kłamstwo to było utwierdzane przez ośrodki propagandy medialnej, rządy i instytucje państwowe. To zaś oznacza, że przez dwie dekady wyhodowano pokolenia historycznych analfabetów, którzy nie tylko nie mają pojęcia, czym był komunizm i PRL, ale nie znają genezy obecnej państwowości.

Obawiam się, że dla naprawienia tego stanu nie wystarczą krótkie informacje. Proces odkłamywania historii to zadanie na dziesięciolecia, bo łatwiej jest wpoić sto fałszywych informacji niż odbudować jedną prawdę. W taki proces musieliby zaangażować się nie tylko rzetelni historycy (których deficyt dziś odczuwamy), ale przede wszystkim uczciwe media, rodzice i nauczyciele. Ponieważ jednym i drugim brakuje sumiennej wiedzy, koło się zamyka.

Czytając dzisiejsze publikacje "naszych" mediów i wypowiedzi niektórych polityków opozycji, uświadamiam sobie, jak wielka jest skala zafałszowania i jak ogromna praca czeka przyszłe pokolenia. Aleksander Ścios, bezdekretu.blogspot.com, 4.06.2013

Ale w zasadzie chodzi mi o coś zupełnie innego. O głęboko wdrukowaną w ludziach potrzebę kultu jednostki, o przeświadczenie, że jacyś „starsi i mądrzejsi” muszą im zawsze przewodzić, a oni mogą tylko - symbolicznie rzecz biorąc - parzyć im herbatę. Chodzi mi o to wyuczone, wdrukowane poczucie bezradności i niemocy, o którym pisałam.
***

Michalkiewicz, podobnie jak Janusz Korwin Mikke, jest antykomunistyczny w gębie, ale tak jakoś dziwnie się składa, że skutki aktywności publicystycznej i politycznej jednego i drugiego wzmacniają imperialną ofensywę Putina. Ich aktywność publiczna powiększa dezinformację, która w warunkach monopolu medialnego jest głównym środkiem podboju kraju i uderza w polskich polityków przeszkadzających najbardziej powiększaniu wpływów Kremla.

O ile podłączenie JKM pod rosyjską agenturę wpływu staje się oczywiste dla coraz większej liczby osób, o tyle Michalkiewicza obchodzi się z dużą wyrozumiałością. A przecież to, o czym Pan pisze, co jest tylko małą cząstką podobnych "nieścisłości" pozostałych jego tekstów nie pozostawia wątpliwości, że świadomie posługuje się kłamstwem i świadomie dezinformuje, mówiąc wprost, łże jak pies!

W dodatku porusza się na granicy antysemityzmu, dostarczając razwiedce materiał, dający przerobić się w obraz "ciemnego Polaka prawicowca" na użytek zachodniej opinii publicznej, by ta przypadkiem swoich sympatii nie przeniosła z "postępowców" na "faszystów". Spełnia zatem rolę jakościowo podobną do tzw. "pogromu kieleckiego", oczywiście w innej skali. Janko Walski, naszeblogi.pl

„…gwarantem jej interesów (Moskwy – przyp. red.) jest ośrodek prezydencki. Dlatego jakiekolwiek roszady na scenie politycznej, bez rozbicia tego ośrodka, będą zaledwie kosmetyką i nie zagrożą interesom Kremla. Obecny proces wymiany Tuska na mniej zużyty model jest również nadzorowany i inspirowany przez Belweder.” Aleksander Ścios, bezdekretu.blogspot.com


LISTY ATEISTY

Niektórzy ludzie zadają sobie różne trudne pytania na temat Boga. Chrześcijanom zdarza się uciekać od odpowiedzi na nie, a nierzadko nawet dystansować się od „ateistów”. Niniejsza rubryka jest miejscem na zadanie dowolnego pytania na temat Boga lub wyrażenia wątpliwości co do Jego istnienia. W miarę możliwości podejmiemy dyskusję.

Piotr: Skoro Bóg jest doskonały i samowystarczalny, to oznacza, że nie potrzebuje do istnienia niczego. Tymczasem chrześcijański Bóg potrzebuje czci od swojego stworzenia.
Okazuje też słabości, jak wpadanie w gniew. Nie może być zatem doskonały.

Gdyby Bóg przedstawiony w Biblii czegoś potrzebował (w sensie niemożności istnienia bez tego), rzeczywiście byłby tylko jednym z bożków wymyślonych przez ludzi na swoje podobieństwo. Biblia jasno odcina się od takiego postrzegania Boga:

Bóg, który stworzył świat i wszystko, co na nim, Ten, będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych. Ani też nie służy mu się rękami ludzkimi, jak gdyby czego potrzebował, gdyż sam daje wszystkim życie i tchnienie, i wszystko. Dz.Ap. 17:24-25

Bóg Biblii nie potrzebuje niczego z naszej strony. Pragnie jednak, byśmy odwzajemnili Jego miłość do nas. Nie jest Mu ona jednak niezbędna do istnienia.

Biblia często pokazuje różnice pomiędzy bogami wymyślonymi przez ludzi, a Bogiem w niej objawionym:

Będąc więc z rodu Bożego, nie powinniśmy sądzić, że bóstwo jest podobne do złota albo srebra, albo do kamienia, wytworu sztuki i ludzkiego umysłu. Dz.Ap. 17:29

Bóg nasz jest w niebie, Czyni wszystko, co zechce.
Bożyszcza ich są ze srebra i złota, Są dziełem rąk ludzkich.
Mają usta, a nie mówią, Mają oczy, a nie widzą.
Mają uszy, a nie słyszą, Mają nozdrza, a nie wąchają.
Mają ręce, a nie dotykają, Mają nogi, a nie chodzą, Ani nie wydają głosu krtanią swoją.
Niech będą im podobni twórcy ich. Wszyscy, którzy im ufają! Ps. 115:3-8

Wzięli tedy cielca, którego im dano, oprawili go i wzywali imienia Baala od rana aż do południa, mówiąc: Baalu, wysłuchaj nas. Lecz nie było żadnej odpowiedzi. Wykonywali przy tym taniec kultowy wokoło ołtarza, który wznieśli. A gdy nastało południe, Eliasz zaczął drwić z nich, mówiąc: Wołajcie głośniej, wszak jest bogiem, ale może się zamyślił lub jest czym innym zajęty, lub może udał się w drogę, albo może śpi? Niech się więc obudzi!

Wołali więc głośno i według swojego zwyczaju zadawali sobie rany nożami i włóczniami, aż krew po nich spływała. A gdy minęło południe, oni trwali jeszcze w swoim upojeniu aż do pory składania ofiary z pokarmów, ale nie było żadnej odpowiedzi.

Wtedy Eliasz rzekł do całego ludu: przystąpcie do mnie. A gdy cały lud zbliżył się do niego, on naprawił zburzony ołtarz Pana. (…) I rzekł: Napełnijcie cztery wiadra wodą i wylejcie je na ofiarę całopalną i na drwa. Potem rzekł: Powtórzcie to jeszcze raz. I oni powtórzyli to jeszcze raz. I znów rzekł: Uczyńcie to po raz trzeci. I oni uczynili to po raz trzeci.

35. I spłynęły wody te z ołtarza tak, że i rów wypełnił się wodą. A gdy nadeszła pora składania ofiary z pokarmów, prorok Eliasz przystąpił i rzekł: Panie, Boże Abrahama, Izaaka i Izraela! Niech się dziś okaże, że Ty jesteś Bogiem w Izraelu, a ja twoim sługą i że według twego słowa uczyniłem to wszystko. Odezwij się, Panie, odpowiedz mi, a niech ten lud pozna, że Ty, Panie, jesteś Bogiem prawdziwym i że Ty odmienisz ich serca.

Wtedy spadł ogień Pana i strawił ofiarę całopalną i drwa, i kamienie, i ziemię, a wodę, która była w rowie, wysuszył. Gdy to cały lud zobaczył, padł na twarz, mówiąc: Pan jest Bogiem, Pan jest Bogiem! 1 Król. 18:26-39

Drugim przez Pana poruszanym problemem jest gniew Boga, który rzekomo wskazuje na jego niedoskonałość. Jest to antropomorfizacja Boga – przypisywanie mu naszych cech i ocenianie ich z naszej perspektywy. Zwykle oceniamy ludzki gniew jako słabość lub wadę. Tę perspektywę łatwo przenosimy na Boga. Jeśli Bóg wpada w gniew, tak jak człowiek, to jest niedoskonały. Trzeba by jednak wykazać, że gniew Boga jest moralnie naganny lubniekontrolowany. Biblia przedstawia tu zgoła inną perspektywę:

Gniew Boga jest sprawiedliwy – to znaczy zawsze wypływa ze słusznych przesłanek.

Jeśli bowiem nasza nieprawość uwydatnia sprawiedliwość Bożą, to cóż powiemy? Czyż Bóg jest niesprawiedliwy, gdy gniew wywiera? Po ludzku mówię. Z pewnością nie! Bo jak Bóg ma sądzić ten świat? Rzym. 3:5-6

Przykładem sprawiedliwego gniewu, który podlega pełnej kontroli, jest znane zachowanie Jezusa przeciw religijnemu kupczeniu:

I zastał w świątyni sprzedających woły i owce, i gołębie, i siedzących wekslarzy.

I skręciwszy bicz z powrózków, wypędził ich wszystkich ze świątyni wraz z owcami i wołami; wekslarzom rozsypał pieniądze i stoły powywracał, a do sprzedawców gołębi rzekł: Zabierzcie to stąd, z domu Ojca mego nie czyńcie targowiska. Wtedy uczniowie jego przypomnieli sobie, że napisano: Żarliwość o dom twój pożera mnie. Jan. 2:14-17

Różnicę pomiędzy gniewem ludzkim i Bożym widzimy też w historii z Jonaszem:

Na polecenie króla i jego dostojników ogłoszono taki rozkaz: Ludzie i zwierzęta, bydło i owce niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i niech nie piją wody! Niech włożą włosiennice, zarówno ludzie jak i bydło, i niech żarliwie wołają do Boga, niech każdy zawróci ze swojej złej drogi i od bezprawia, własnoręcznie popełnionego. A może Bóg znów się użali i odstąpi od swojego gniewu, i nie zginiemy.

A gdy Bóg widział ich postępowanie, że zawrócili ze swojej złej drogi, wtedy użalił się Bóg nieszczęścia, które postanowił zesłać na nich, i nie uczynił tego.

Jonaszowi bardzo się to nie podobało, tak że się rozgniewał.

I modlił się do Pana, mówiąc: Ach, Panie! Czy nie to miałem na myśli, gdy jeszcze byłem w mojej ojczyźnie? Dlatego pierwszym razem uciekałem do Tarszyszu; wiedziałem bowiem, że Ty jesteś Bogiem łaskawym i miłosiernym, cierpliwym i pełnym łaski, który żałuje nieszczęścia. Otóż teraz, Panie, zabierz moją duszę, bo lepiej mi umrzeć aniżeli żyć.

A Pan odpowiedział: Czy to słuszne, tak się gniewać?(…)

Lecz nazajutrz z pojawieniem się zorzy wyznaczył Bóg robaka, który podgryzł krzew rycynowy, tak że usechł. A gdy wzeszło słońce, zesłał Bóg suchy wiatr wschodni i słońce prażyło głowę Jonasza, tak że omdlewał i życzył sobie śmierci, mówiąc: Lepiej mi umrzeć niż żyć.

Wtedy rzekł Bóg do Jonasza: Czy to słuszne, tak się gniewać z powodu krzewu rycynowego? A ten odpowiedział: Słusznie jestem zagniewany, i to na śmierć.

A Pan rzekł: Ty żałujesz krzewu rycynowego, koło którego nie pracowałeś i którego nie wyhodowałeś; wyrósł on w ciągu jednej nocy i w ciągu jednej nocy zginął, a Ja nie miałbym żałować Niniwy, tego wielkiego miasta, w którym żyje więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie umieją rozróżnić między tym, co prawe, a tym, co lewe, a nadto wiele bydła?

Jon. 3:7-10 i 4:1-11

Gniew sam w sobie nie jest więc moralniezły – może mieć jedynie złe powody lub formy wyrazu. Warto też nadmienić, że Bóg stale powściąga Swój słuszny gniew przeciwko ludzkości:

Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy - bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka - ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia. 2 Piotr. 3:9


TAKTYKA DLA PIS

Jak Jarosław Kaczyński powinien się zachować podczas operacji wymiany Donalda Tuska na nowszy model, prowadzonej przez Bronisława Komorowskiego? Od mądrości szefa opozycji zależy nie tylko byt jego partii – zastosowanie złej taktyki to niebezpieczeństwo zabetonowania „wiecznej przyjaźni z CCCP” na dziesięciolecia.

Jak na razie Kaczyński popełnia mnóstwo błędów. Celnie punktuje jeden z ostatnich prawicowych analityków, którego warto czytać:

„Z rosnącą irytacją i zdumieniem obserwuję cyrk rozpętany wokół prominentnej postaci PO - Jana Rokity. Nie dziwi mnie, że autorami spektaklu są dziennikarze portalu wPolityce i bliskie im grono „niepokornych” żurnalistów. Po nagłaśnianiu dywagacji Staniszkis, żenującej inscenizacji z Gowinem i grze wokół Wiplera – trzeba wielkich pokładów prostoduszności, by upierać się, że mamy do czynienia z poważnymi „analitykami” życia politycznego lub nie dostrzegać intencji tego środowiska.

Irytuje natomiast, że ten niewybredny spektakl, rozgrywany w fatalnej obsadzie i przewidywalnym scenariuszu, znajduje tylu bezkrytycznych odbiorców, a nawet jest wspierany przez polityków opozycji. W państwie, w którym tysiące zwykłych obywateli jest krzywdzonych i prześladowanych przez kastę komorniczą i tzw. wymiar sprawiedliwości, deklaracja Jarosława Kaczyńskiego o udzieleniu pomocy Rokicie, brzmi co najmniej niemądrze.” Aleksander Ścios, „ROKITIADA – O SUKCESORACH MICHNIKOWSKIEJ METODY”, bezdekretu.blogspot.com, podkreślenie autora

Jak jednak Kaczyński powinien się ustawić w rozgrywającej się na naszych oczach walce? Obojętność nic nie pomoże; wspieranie Komorowskiego przeciw Tuskowi (co najczęściej PiS obecnie robi) przy jednoczesnym rozejmie z Belwederem jest taktyką najgłupszą z możliwych. Komorowski wygra, a następnie zrobi porządek z opozycją, mając w ręku pełnię instrumentów władzy – prawodawstwo, służby specjalne, media i rozgrzanych sędziów. Licząc, że po wyeliminowaniu Tuska da się rozprawić z Komorowskim, Kaczyński wykazałby się skrajną naiwnością – zakrawającą na sabotaż. Za Belwederem stoi Moskwa, a w Polsce jej „delegatura” w postaci zdelegalizowanych służb wojskowych.

Z dostępnych rozdanych opcji można wskazać dwie. Jedna nierealna i druga jak najbardziej. Zacznę od nierealnej. W przypadku konfliktu dwu moich wrogów, z których jeden jest zdecydowanie słabszy, kogo powinienem poprzeć? Oczywiście słabszego. W naszych realiach ten scenariusz jest jednak nie do zrealizowania – po pierwsze, konflikt Tusk/Komorowski nie jest do końca rzeczywisty. To raczej rozgrywka w jednej bandzie o miejsce przy korycie. Tusk nie walczy z Komorowskim, ale raczej negocjuje dla siebie jak najlepsze warunki odejścia. Po drugie, po Smoleńsku Tusk jest tak umoczony, że otwarte wpieranie go przez PiS nie dałoby się „sprzedać” twardemu elektoratowi (ale jednocześnie da się łatwo sprzedać koncepcja Adama Lipińskiego - koalicja z post(?)komunistami z SLD…).

Pozostaje więc tylko wariant „zespawania”. Trzeba wykorzystać medialną nagonkę na Tuska i ogólnie na PO, by na dno szedł również Komorowski. Przy każdym medialnym ataku mediów głównego ścieku na Tuska i PO, Kaczyński powinien zwoływać konferencję prasową i pokazywać zażyłość Tuska i Komorowskiego, wzajemne deklaracje poparcia obu panów, sztywne powiązania Komorowskiego z PO od samego jej początku itp. Odbiorcy mediów na wzór psów Pawłowa powinni nabawić się odruchu kojarzenia Komorowskiego z Tuskiem i dołującą w sondażach Platformą. „Nasze media” nie powinny zajmować się niczym innym.

Postępując w ten sposób, wykorzystalibyśmy ogromną machinę medialno-służbową nakierowaną obecnie na zatopienie Tuska, do podtopienia największego zagrożenia dla Polski. Do tej rozgrywki można by dodać i inne demokratyczne elementy dla „bardziej oburzonych”…


A więc oni też?

Wiosna 2013 minęła nam na organizowaniu kongresu Ruchu Narodowego. Zebranie pieniędzy, znalezienie sali na ponad 1000 delegatów przy jednoczesnym zakładaniu struktur to spory wysiłek. Reżimowe media kłamały i psuły klimat jak mogły. Kongres odbył się i wypadł, według mnie, super. Pierwszym medium, które zaatakowało, i to kłamliwie, nie była wcale Wyborcza, lecz powiązana z Gazetą Polską, a więc PiS-owska Niezależna.pl.

Podali, że honorowym gościem był Bohdan Poręba, reżyser „Hubala”. Napisano, że był on dygnitarzem PZPR-owskim. Pan Poręba był zwykłym uczestnikiem i poprosił o głos celem zarekomendowania swej inicjatywy nakręcenia filmu o Jedwabnem. Przemawiał jako ostatni i nie brano pod uwagę ani obecności, ani chęci występowania pana Poręby. Nazwanie go dygnitarzem to spora przesada.

Poza tym posłanka Pawłowicz, mówiąc o nas, zadała stale powtarzające się pytanie: ”Kto za nimi stoi?”. A więc za każdą inicjatywą polityczną w Polsce musi ktoś stać? I mówi to posłanka PiS-u? Rozumiem, że ten ktoś stojący to nie jakiś menel spod sklepu, lecz ktoś z pieniędzmi i innymi możliwościami, których możemy się jedynie domyślać. Mój wcale nie garbaty nos mówi mi, że skoro za każdym ktoś stoi, to i stoi za PiS-em. Czyżby oznaczało to, że Jarosław Kaczyński otrzymał od gen. Kiszczaka przy Okrągłym Stole koncesję na odgrywanie roli prawicy i to takiej, żeby nigdy nie objęła skutecznie władzy? Wszystko układa się w logiczną całość. Dystansowanie się od rządu Jana Olszewskiego, oddanie bez walki władzy PO, zapaskudzanie sprawy Smoleńskiej nowinkami Macierewicza to tylko kilka przykładów dołowania „prawicy” przez pana Prezesa. Obecnie PiS wyprzedza w sondażach PO, ale nadal nie przekracza 30 %. Do tego nie ma żadnej zdolności koalicyjnej z obecnymi partiami. A tu robią, co mogą, żeby jedynego potencjalnego koalicjanta, czyli RN, przedstawić w czarnych barwach. A poseł Hoffman nie wyklucza koalicji z SLD. Toż to jaja na twardo! Antykomunistyczny PiS, sprawca śmierci pani Blidy, ma rządzić razem z postkomuną! Oj, coś mi podpowiada, że CAŁY układ polityczny gra swoje role, a reżyserem wcale nie jest pan Poręba. Dotychczas przychylnie spoglądałem na PiS mimo jego lewackiego odchylenia w sprawach gospodarczych. Gdy byłem w UPR-ze, liczyłem na koalicję z PiS-em. Ci jednak po Smoleńsku zrobili wszystko, żeby cały powstały wówczas potencjał społeczny rozproszył się i zmarnował. Rola wiecznej opozycji, immunitety, diety i 14 mln zł rocznie dotacji, zero odpowiedzialności to super pozycja, a Polska niech sobie tonie rządzona przez kretynów, którzy nawet na koncercie Madonny ponoszą stratę.

Widzę, że nie ma innego wyjścia, tylko zawalczyć przeciw wszystkim panom i paniom posłom oraz cudakom bezpłciowym paraliżującym inicjatywę Polaków. No, ale skoro za każdym z nich ktoś stoi, to wszystko jasne. Dałbym jednak chętnie 100 zł, żeby choć raz takiego kogoś zobaczyć, a każde pieniądze, by się dowiedzieć, kto temu ktosiowi płaci i wydaje rozkazy. No, ale jest wolność i demokracja, jak zapewniał pan Prezydent Komorowski 4czerwca, nie mogąc sobie przypomnieć, czy głosował w pamiętnych wyborach, rzekomo obalających komunę. W końcu pani prezydentowa przypomniała małżonkowi, że nie głosowali wcale. I znów nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, że pani prezydentowa ma lepszą pamięć niż małżonek, i to przy takiej tuszy. A i tak dobrze, że nie wrąbała słynnego orła z czekolady.


Co po torcie?

Banda Trzymająca Władzę ma poważny problem - czy tort to koniec możliwości wzburzonego narodu, czy to dopiero początek? Nieprzypadkowo Belweder w priorytetowym i ekspresowym tempie przygotował podstawy prawne do rozwiązań na czas "wyjątkowy".

Ostatnio w Lublinie Grzegorz Braun wypowiedział się bardzo jasno, że marszami i manifestacjami niczego Polacy nie wskórają. BTW śmieje się zapewne z naszych "marszów w obronie" i temu podobnych. Mają one na władzę taki sam wpływ, jak na morderców tzw. "marsze przeciwko przemocy" w odpowiedzi na brutalne morderstwa. Dla zbójów argumentem na opamiętanie byłaby kara śmierci albo zwiększenie dostępu do broni dla praworządnych obywateli i zmiana prawodawstwa w zakresie obrony koniecznej. Marsze wywołują pusty śmiech i pogardę...

Na scenie reakcji narodu na kolejne upokorzenie pojawił się tort z bitą śmietaną. Władza uciekła. Z pewnością szykuje odwet. Jedną z jego form może być przyśpieszenie wybuchu spodziewanego i powszechnego niezadowolenia społecznego. Czy czekają nas niebawem prowokacje w rodzaju wysadzania bloków mieszkalnych przez siepaczy Putina? Myślę, że nie. Najpierw przećwiczone zostaną pokojowe i demokratyczne metody kastrowania PiS lub przerzucenia nań odpowiedzialności za katastrofę państwa (więcej pisałem o tym w majowym numerze miesięcznika "idź POD PRĄD" - "SCENARIUSZE URATOWANIA KOMUNIZMU W POLSCE"). Dopiero, gdyby te manewry się nie udały (co przy ogólnym ogłupieniu narodu i zhołdowaniu episkopatu jest mało prawdopodobne), będzie czas na rozwiązania siłowe.


ZAPOMNIANY CZŁOWIEK

„Skoro tylko A zauważy coś, co wydaje mu się złe, i wskutek czego cierpi X, omawia sprawę z B, po czym A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinien zrobić C (...).” Tak pisał już w XIX wieku Wiliam Graham Sumner, trafnie opisując „proces legislacyjny” i nazywając C „Zapomnianym Człowiekiem”. C ciężko pracuje, aby utrzymać coraz większą rzeszę X-ów, ale to nie interesuje rządzących, bo dla nich nie istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość. Żyją oni w przeświadczeniu, że prawo przez nich stanowione stoi wyżej od praw naturalnych, zatem w majestacie „prawa”, legalnie można ograbiać ludzi, a moralnym uzasadnienieniem będzie potrzeba, jaką ma X i sam fakt uchwalenia ustawy.

Tak się składa, że zapomnianym człowiekiem, czyli C, jest z reguły osoba pracowita, rzetelna i uczciwa – bo tacy ludzie wytwarzają bogactwo. Zatem jeśli ktoś prezentuje cechy poszukiwane przez innych i przez to zarabia pienądze – zostanie odpowiednio do swoich zasług ukarany.

Powstaje jednak pytanie, jak dzielić pomiędzy X-ów zrabowane w podatkach i w inflacji (zwłaszcza w inflacji ostatnimi czasy!) pieniądze. Kto ma dostać i ile? Tutaj przebiegają linie podziałów, tutaj tworzą się polityczne spory.

Jedni chcą za „publiczne” pieniądze promować zboczenia (vide ideologia gender), inni, porządniejsi, chcą za „publiczne” pieniądze promować rodzinę i wartości. Z pozoru działania ludzi porządnych mają sens: skoro oni zabierają nam pieniądze na koncerty Madonny, in vitro, „transseksualne dzieci”, muzea holokaustu, czy co tam jest obecnie w modzie, to mogą równie dobrze łożyć na rodzinę, dopłacać do żłobków, rozdawać darmowe mleko i batoniki. Jest to jednak sensowne jedynie z pozoru, koniec końców wszystko to wróci pod postacią podatków, inflacji i demoralizacji wynikającej z życia za cudze pieniądze.

Podstawową troską jasno myślącego człowieka powinno być zatem to, by nie było czego dzielić z „publicznych” pieniędzy. Powinniśmy się spierać o zniesienie danin, a nie o to, jak je wydać! Świat jest tak urządzony, że ucziwość, rzetelność, pracowitość, pewność siebie, rodzina, przebojowość i odwaga popłaca. Z takimi ludźmi chętniej się robi interesy, od takich ludzi chętniej się kupuje, takich ludzi chętniej się zatrudnia, z takimi ludźmi lepiej się przebywa. Ludziom porządnym nie trzeba dopłacać – im trzeba przestać zabierać. Z kolei osoby niesłowne, leniwe, agresywne czy niemoralne mają trudności ze znalezieniem zajęcia i swojego miejsca w świecie. To jest prawo naturalne, takie jak prawo ciążenia albo to, że dwa razy dwa to cztery.

Jedyną i pewną drogą do degeneracji moralnej jest więc zabieranie pieniędzy tym, którzy je zdobywają własnym wysiłkiem, i rozdawanie tym, którzy w normalnych warunkach by ich nie mieli.

W ten oto sposób dochodzimy do sedna. Jeśli stwierdzimy, że problemem dzisiejszego świata jest rozpasanie moralne, zanik wartości, uczuć i zdrowego rozsądku, to winić za to powinniśmy w pierwszym rzędzie podatki i inflację. W warunkach, gdy pracowitość i cnota nie popłaca, nawet święty nie wytrzyma i połakomi się w końcu na „darmową” kasę, i … zgnuśnieje.


REPUBLIKA R CZ.12 – NIEZŁOMNY BOJOWNIK

W Republice R prawo zabraniało handlowania, posiadania i zażywania narkotyków. Narzekali na to nie tylko narkomani, lecz przede wszystkim ci, którym były drogie idee właściwie pojętej wolności.

Zmieniło się to, gdy premierem został Brandon Trut. Sprawił on, że narkotyki stały się powszechnie dostępne. Każdy mający powyżej 12 lat mógł je kupić w markecie lub sklepiku ze słodyczami.

Pewnego razu Trut wrócił po posiedzeniu rządu do swego domu. W kieszeni miał pudełko z „Bubelem”, specyfikiem, którym chciał sobie umilić wieczór. Wtem przybiegła jego suka, Dolores. Obwąchała pudełko z narkotykiem, po czym zaczęła skomleć, jak zwykle, gdy chciała coś uzyskać od swojego pana.

- Chcesz tego? - zapytał premier.

Zwierzę zaskomlało z jeszcze większą mocą.

- Doprawdy, nie mogę ci tego odmówić, Dolores. Przecież o to właśnie walczyłem. - pogłaskał ją po głowie i wyjął jedną tabletkę „Bubelu”.

Dolores skwapliwie połknęła dawkę narkotyku. Przez chwilę stała z rozdziawionym pyskiem i ciężko dyszała. Potem zaczęła groźnie warczeć, spoglądając jednocześnie na Truta. Premier nie zdążył nawet krzyknąć, gdy z niezwykłą siłą rzuciła się na niego, od razu go przewracając. Jej celem była jego szyja, w którą wgryzła się ostrymi kłami. W nekrologach napisano o Trucie: „Niezłomny bojownik o prawo do zażywania narkotyków”.


CZY WARTO ROZMAWIAĆ?

To pytanie wysuwa się dziś na czoło wszystkich gazet, tych prawicowych i tych lewicowych, a także takich, które w ogóle nie nadają się do określenia. Osobiście uważam, że warto rozmawiać, ale zależy z kim i o czym. Proste? Proste.

Już ze 2 lata temu doszłam do wniosku, że nie warto tracić cennego czasu na przekonywanie kogokolwiek o czymkolwiek, bo nic dobrego z tego nie wynika. Dlatego nie trafiają mi do przekonania słowa o. Rydzyka, który zaleca pukanie do drzwi najbliższych sąsiadów w celu przekonywania ich do swoich racji. Z tego samego powodu podobne apele prof. J. Roberta Nowaka, którego skądinąd bardzo cenię i szanuję za jego trud i ofiarność w służbie narodu, również mnie nie przekonują. Po zamachu smoleńskim próbowałam przez cały rok obudzić wszystkich śpiących, ale niestety na nic się to nie zdało. Bo o ileż łatwiej żyć ze świadomością, że nad wszystkim czuwa wybrany demokratycznie rząd, niż oskarżać go o morderstwo czy też współudział w zbrodni. Większość ludzi nie chce wierzyć w to, co ich przeraża i zaburza ich spokój.

W tym przekonaniu utwierdził mnie Pan Paweł Chojecki, redaktor miesięcznika „idź Pod Prąd”, swoim artykułem (to jest nauczanie na YT) „Dyskusja z diabłem i Gazetą Wyborczą”.

Zwrócił w nim uwagę na szczególny aspekt, że rozmowy z ludźmi, którzy wierzą tylko w to, w co chcą wierzyć, są złem samym w sobie. Stanowią truciznę, która działa niedostrzegalnie i zdradziecko. Na własny użytek opracowałam prosty test - sprowadzający się do jednego pytania. Czy wierzysz, że Smoleńsk jest wynikiem zbrodniczego zamachu, czy tylko dziełem przypadku? Odpowiedzi najczęściej sprowadzały się do wyrażania agresywnego oburzenia w rodzaju: „Jak można wierzyć w takie bzdury?” albo „Jak może człowiek inteligentny i wykształcony dopuszczać taką ewentualność? To po prostu nie wypada”.

Niezwykle rzadko spotykałam się z przychylnym zainteresowaniem i propozycją ponownego spotkania w celu przedyskutowania problemu. Ostatnio zaobserwowałam zjawisko masowego odcinania się od wersji zamachu. W szczególności dotyczy to polityków i dziennikarzy, do niedawna prezentujących przeciwstawne poglądy. Sądzę, że zauważyli oni, iż obecnie na wszelki wypadek warto zajmować stanowisko bardziej kompromisowe. I że wystarczy choć raz wystąpić w programie Tomasza Lisa, wypowiedzieć się oględnie, że właściwie brak twardych dowodów w sprawie Smoleńska, że trzeba jeszcze poczekać na zakończenie śledztwa i już efekt takich ogólnikowych wypowiedzi jest widoczny. Tacy politycy i dziennikarze zaczynają „istnieć” w przestrzeni publicznej, są zapraszani do programów TVP, do dyskusji z przedstawicielami nowej i starej, ale wciąż jarej lewicy.

Po raz pierwszy zapaliło mi się ostrzegawcze światełko, gdy na rynku wydawniczym ukazała się nowa gazeta Do Rzeczy. W pierwszym numerze znani mi dziennikarze ogłosili triumfalnie: „Wracamy”. Skąd niby wracali? Ani z emigracji, ani z więzienia. To pewne. Należeli do czołówki porządnego tygodnika Braci Karnowskich W sieci – od niedawna Sieci, który nagle opuścili i założyli własny pt. Do Rzeczy. Pisałam o tym niedawno w artykule „Bohaterowie są zmęczeni” (iPP, kwiecień 2013).

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Dziś już dobrze wiemy, czyje pieniądze i czyje nazwiska kryją się za błyskawicznym wejściem nowej gazety na rynek.

Obecnie cała prawicowa opozycja zajmuje się równie błyskawicznym powstaniem nowego kanału na Multipleksie, a mianowicie TV Republika.

Opinię na temat tego fenomenu przedstawia rzeczowo i klarownie jeden z czołowych publicystów tygodnika Nasza Polska Robert Wit Wyrostkiewicz w swoim felietonie „Od Rywina do TV Republika” (Nasza Polska, nr 20).

Poniżej cytuję w całości niektóre z jego wypowiedzi.

Na początek stawia pytanie: „Czy to możliwe, że naczelnym nowej prawicowej telewizji Republika jest były mason; redaktor naczelny przymila się do portalu Tomasza Lisa, a prezes związany jest z Polsatem Zygmunta Solorza? Kim jest ten tajemniczy prezes?

Otóż jest nim niejaki Piotr Barełkowski. To nazwisko chyba nikomu nic nie mówi. Za to Sakiewicz, Wildstein, Gargas… owszem.

To jednak Barełkowski będzie grał pierwsze skrzypce w stacji konkurencyjnej dla Telewizji Trwam. To on jest „szarą eminencją” rządu Sakiewicza. Czy dobre kontakty prezesa z Zygmuntem Solorzem oraz Bogusławem Chrabotą (nowy naczelny Rzeczpospolitej) pomogą w przejęciu widzów związanych z mediami o. Rydzyka? I jaką rolę ma do odegrania nowa telewizja związana z Gazetą Polską i Polsatem?

6 maja Telewizja Republika stała się faktem, rozpoczynając emisję na satelicie.

„Powstała telewizja, jakiej jeszcze u nas nie było, nastawiona na autentyczną debatę wolną od cenzury” – ogłosił niedawno Tomasz Sakiewicz. Jednym z pierwszych działań redaktora naczelnego Gazety Polskiej było udzielenie wywiadu portalowi internetowemu Tomasza Lisa Na Temat.pl. W ten sposób uwiarygodnił on ten lewicowy portal i jednocześnie zatracił wyrazistość swoich prawicowych poglądów (komentarz Piotra Jaroszyńskiego w Naszym Dzienniku).

Tego samego zdania jest dr Hanna Karp, wykładowca Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Przychylność ze strony Polsatu i KRRiT świadczy o tym, że TV Republika ma na celu skanalizowanie środowisk prawicowych i przejęcie nad nimi niewidzialnej kontroli.

Wit Wyrostkiewicz kontynuuje sprawę Republiki, przeprowadzając wywiad z Anną T. Pietraszek, filmowcem i wiceprezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy („Trwam czy Republika?” – Nasza Polska, nr 22). Pani A. Pietraszek wskazuje na różnicę między TV Trwam i TV Republika. Media o. Rydzyka – prasa, radio i telewizja mają charakter religijny. A prawo do informowania o świecie przysługuje dziś w Polsce mediom „czerwonym” i „różowym”; może więc dać spokój tym jedynym mediom „czarnym”, czyli katolickim, jedynym na cały nasz kraj i dla Polonii w świecie?

Pora na ostateczną konkluzję mojego felietonu „Czy warto rozmawiać?”.

Tu trzeba zwrócić uwagę na dwuznaczność słowa „warto”.

Dla większości dziennikarzy „warto” oznacza pozycję w świecie mediów oficjalnych i związane z nimi niemałe zarobki. A więc im warto rozmawiać z przedstawicielami rządzących partii politycznych albo z ich narzędziami, w rodzaju Tomasza Lisa.

Dla mnie i mam nadzieję wielu innych ludzi słowo „warto” pochodzi od wartości - takich jak suwerenność, wolność słowa, odwaga i wszystkie inne niemodne dziś pojęcia, określane jako imponderabilia.

Odpowiadając więc na ogólnikowe pytanie „Czy warto rozmawiać?” – wypowiem się enigmatycznie: warto, tylko czasami… wstyd.

Ale słowo „wstyd” jest w XXI wieku tak archaiczne, że niektórzy będą już musieli sięgnąć do starych encyklopedii, żeby zrozumieć, co ten wyraz oznacza.

Trzymam kciuki za tych nielicznych dziennikarzy, publicystów i wykładowców, którzy nie muszą się wstydzić.


Sędziowie myśli cz.74 – Żadnej litości

W XVI wieku Hiszpanie byli na ogół bardzo przywiązani do katolicyzmu. Jeśli któryś z nich stawał się zwolennikiem reformacji, to przewidując reakcję rodaków, zwykle opuszczał kraj. Emigrantów zbyt energicznie starających się szerzyć protestanckie idee niekiedy porywano, aby odpowiednio ukarać. Pierwszym, którego spotkał taki los, był Francisco de San Roman (chciał nawrócić cesarza Karola V). Później zdarzyło się jeszcze kilka podobnych przypadków, które z pewnością robiły na Hiszpanach – protestantach pewne wrażenie. Byli jednak i tacy, którzy decydowali się pozostać w kraju i starali się skrycie propagować swoje poglądy, zapewne licząc na to, że w końcu urosną w siłę, z którą trzeba się będzie liczyć. Inkwizycja zdawała sobie sprawę, że istnieją. Jej funkcjonariusze konfiskowali Biblie i inne heretyckie książki drukowane w Niemczech i Szwajcarii. Było oczywiste, że ktoś je sprowadza… Słusznie szukano wśród intelektualistów i tych, którzy mieli kontakty z cudzoziemcami, ale długo nie udawało się trafić na tych właściwych.

Największa wspólnota protestancka w XVI-wiecznej Hiszpanii działała w Sewilli, w mieście, w którym powstał pierwszy Święty Trybunał. Wydaje się, że w największym stopniu do jej powstania przyczynił się ksiądz Juan Gil zwany Egido, kanonik sewilskiej katedry, a przez krótki czas nawet biskup Tortosy.1 Najliczniejszą grupę stanowili w niej zakonnicy. Przede wszystkim byli to członkowie zakonu hieronimitów z klasztoru San Isidoro na czele z przeorem. Do wspólnoty należało też kilka hieronimitek z klasztoru Santa Paula. Łącznie ze świeckimi liczyła ona około 120 osób.2

Juan Gil „zaraził się” protestantyzmem od Rodriga de Valery, znanego bezbożnika, który w pewnym momencie zapragnął pojednać się z Bogiem. Sewilla była wielkim centrum handlowym, w którym można było spotkać ludzi z całej Europy i dowiedzieć się, jak w ich krajach rozwiązuje się różne problemy. Nauka o zbawieniu z łaski przez wiarę trafiła de Valerze do przekonania. Zaczął głosić ją ludziom na ulicach i dyskutować z księżmi. Zmarł w więzieniu inkwizycji w roku 1550. Księdzu Gilowi de Valera zaproponował, żeby głosił z ambony nauki biblijne. Wkrótce wielu ludzi przychodziło do katedry go słuchać.3

Przez wiele lat jakoś nikomu nie przyszło na myśl, że powszechnie ceniony za swoją dobroć i wiedzę kapłan jest heretykiem. Musi to dziwić tym bardziej, że biskup diecezji sewilskiej Fernando de Valdes był od 1546 roku Inkwizytorem Generalnym. Dopiero gdy w roku 1549 cesarz Karol V postanowił mianować Juana Gila biskupem, zaczęto sprawdzać wpływające na niego donosy i uznano za heretyckie dziesięć głoszonych przez niego tez. Nominacja biskupia została cofnięta, ale jego samego potraktowano dość łagodnie. Część członków komisji badającej jego sprawę uważała, że to bardzo dobry ksiądz, który pomijając tę „wpadkę”, po prostu zasługiwał na awans.4 Inni być może uważali, że wykrycie wśród kleru Sewilli heretyka stanie się plamą także na ich honorze i starali się zatuszować sprawę.

Oczywiście Juan Gil, chcąc uniknąć stosu, musiał się wyrzec tego, co głosił. Uczynił to w roku 1552. Uznano, że zasłużony kapłan nieco pobłądził, ale nie miał uczniów. Skazano go na rok pobytu w zamku Triana, siedzibie sewilskiej inkwizycji. Innych podejrzanych uwolniono. Gdy zmarł w roku 1555, urządzono mu uroczysty pogrzeb.5 Na jego miejsce mianowany został ksiądz doktor Constantin Ponce de la Fuente, który przebywając w Niemczech, nasiąkł podobnymi przekonaniami, co Gil, i również swoimi kazaniami zdobył serca mieszkańców miasta.

W tym samym czasie powstała druga wspólnota protestancka w mieście Valladolid. Jej głównym twórcą był Carlos de Seso, włoski żołnierz w służbie hiszpańskiej, który w uznaniu swoich zasług został w 1554 roku mianowany corregidorem, czyli przedstawicielem króla w mieście Toro.6 Swoją pozycję wykorzystywał do głoszenia nauki o zbawieniu z łaski przez wiarę wśród członków hiszpańskiej elity. Przekonał między innymi Augustina Cazallę, kaznodzieję cesarza Karola V, a potem wszystkich członków tej rodziny ochrzczonych Żydów. W grupie byli też członkowie znakomitych rodów starych chrześcijan. Łącznie było to prawdopodobnie 55 osób.7

W roku 1557 aresztowano ludzi przemycających i rozpowszechniających w Hiszpanii książki drukowane w rządzonej przez Kalwina Genewie. W ten sposób inkwizycja trafiła na właściwy trop i już z niego nie zeszła. W tym samym roku z klasztoru San Isidoro uciekło 12 zakonników. Jeden z nich, Antonio del Corro, był krewnym sewilskiego inkwizytora i być może dzięki temu orientował się, że nie ma już na co czekać.8 Del Corro był potem pastorem hiszpańskich emigrantów w Londynie. Uciekający razem z nim Juan Perez de Pineda pełnił podobną posługę w Genewie i przełożył na kastylijski Nowy Testament i Psalmy, Cipriano de Valera i Casiodoro de Reina przetłumaczyli na ten język całą Biblię. Ten klasztor dał reformacji wielu oddanych pracowników.

Już w następnym roku ujęto chyba wszystkich protestantów, którzy pozostali w Sewilli i Valladolid. Był to duży wstrząs dla całego kraju. Ludzie o wysokiej pozycji społecznej okazali się heretykami. Władza musiała coś zrobić.

Karol V Habsburg formalnie już nie rządził. W roku 1556 abdykował na rzecz syna, Filipa II, i zamieszkał w klasztorze. Nadal jednak interesował się tym, co działo się w państwie i problem ten rozwiązano tak, jak radził. Nie wiem, czy wystarczy w tym wypadku zastosować zwykłą praktykę, zgodną z powszechnym prawem, że wszyscy błagający o litość i ci, którzy przyznali się do winy, otrzymują łagodniejszą karę, pod warunkiem, że to ich pierwsze wykroczenie. Tacy ludzie wypuszczeni na wolność mogą dalej popełniać tę samą zbrodnię, szczególnie, jeśli to osoby wykształcone. (…) należy więc rozważyć, czy nie potraktować ich jako sprawców buntu, wrzenia, zamieszek i niepokojów w państwie. Byliby zatem winni podżegania do buntu i nie mogliby oczekiwać żadnej litości.9

Od tej pory protestanci stanowili dla hiszpańskich Świętych Trybunałów osobną kategorię. Wyznawcom judaizmu lub iluminizmu, którzy zostali zatrzymani po raz pierwszy i deklarowali skruchę, musiały one darować życie. Im niekoniecznie.

Uroczyste zakończenie śledztwa w sprawie pierwszych 30 heretyków z Valladolid odbyło się 21 maja 1559 roku. Wszystkich oskarżano po raz pierwszy. Tylko jeden z nich, Francisco Herero nie wyraził skruchy, ale spalono 14. Kolejne takie auto da fe odbyło się 8 października tego roku. Znów wystąpiło 30 heretyków, z których spalono 12, a z zarzutów oczyszczono 4. Zapamiętano słowa Carlo de Seso. W imię Jezusa Chrystusa zachowuję nadzieję, tylko Jemu ufam i Jego wielbię, i stawiając swoją bezwartościową osobę po Jego świętej stronie, przejdę przez mękę Jego krwi, by cieszyć się obietnicami, które złożył przed wybranymi. Wszyscy pozostali wyrzekli się swej wiary. Święty Trybunał w Sewilli był mniej surowy. 24 września 1559 roku z 76 oskarżonych spalono 19, a 22 grudnia 1560 roku 14 z 54. Spalono też wtedy wydobyte z grobu ciało Juana Gila i Constanitina Ponce de la Fuente, który zmarł w śledztwie. W roku 1562 spalono w Sewilli kolejnych 18 osób, w tym przeora klasztoru San Isidoro. Historycy uznają za okres najsurowszych represji wobec protestantów w Hiszpanii lata 1559–66. Spalono ich wtedy ponad 100.10
cdn.       

Przypisy:
1Guy Testas, Jean Testas, „Inkwizycja”, Wydawnictwo AGADE, Warszawa 1994, str.84 – 85.
2Henry Kamen, „Inkwizycja hiszpańska”, PIW, Warszawa 2005, str.92.
3http://www.rrb3.com/mypub/books/spn_bible_inception_men_translation
4Henry Kamen, op. cit., str.91.
5http://www.protestantedigital.com/ES/Magacin/articulo/3656/El-dr-egidio-la-fuerza-de-la-flaueza
6http://herodotovirtual.blogspot.com/2006/10/carlos-de-seso1516-1559.html
7Henry Kamen, op. cit., str.92.
8http://www.rrb3.com/mypub/books/spn_bible_inception_men_translation
9Henry Kamen, op. cit., str.93.
10Henry Kamen, op. cit., str.94 – 95.


Słomiany ogień cz.7 – Faza utajona

Marcin Luter na różne sposoby starał się budzić wśród Niemców poczucie dumy i jedności narodowej. Nawet swoją naukę nazwał „teologią niemiecką”. Ułatwiało mu to szerzenie jej wśród rodaków, ale czyniło ją obcą dla innych narodów. Mimo to luteranizm przekroczył barierę narodowościową, zyskując zwolenników i wyznawców także wśród Polaków. Władza duchowna i świecka obserwowały ten proces z niepokojem i starały się mu przeciwdziałać. Od roku 1527 polscy biskupi zaczęli wyznaczać inkwizytorów do walki z herezją. Ci jednak, pozbawieni poparcia władz i otoczeni powszechną wrogością, nie odnosili sukcesów.1 W tych czasach wielu młodych Polaków wyjeżdżało na studia do Niemiec. Król Zygmunt Stary dostrzegał związane z tym niebezpieczeństwo. Przyszła elita kraju mogła „zarazić się” herezją. W roku 1534 nakazał swoim poddanym studiującym na kacerskich uniwersytetach powrót, grożąc nieposłusznym, że nie zostaną dopuszczeni do sprawowania urzędów. W roku 1540 kolejny edykt zakazał studiów w krajach opanowanych przez herezję pod groźbą kary śmierci. Mimo to Polacy nadal studiowali na luterańskich uniwersytetach, choć w mniejszej liczbie. Ci, którzy się na to decydowali, uważali, że król nie spełni swoich gróźb, i mieli rację.2

Bywało też, że niemieccy profesorowie wykładali w Polsce. To także była okazja, by poza specjalistyczną wiedzą przekazać coś jeszcze. Najbardziej znany jest przypadek Krzysztofa Hegendorfera, który w latach 1529 – 34 był dziekanem wydziału nauk wyzwolonych w tak zwanym Kolegium Lubrańskiego w Poznaniu. Formalnie była to szkoła średnia, ale ze względu na poziom nauczania nazywano ją „Akademią”. Niemała była w tym zasługa Hegendorfera, który wprowadził nowe metody nauczania i stał się bardzo popularny wśród uczniów i ich rodziców. W końcu jednak duchowieństwo zażądało usunięcia go i, co prawda po ciężkiej walce, postawiło na swoim.3

Kontakty z luteranami wpływały na Polaków. Trudno powiedzieć, jaka część z nich przyjmowała luteranizm, ale wszyscy mieli okazję obserwować zawiązane z nim wzorce zachowań i niekiedy podejmowali próby przeniesienia ich na polskigrunt. W 1534 roku zebrana w Środzie szlachta wielkopolska domagała się książek pisanych po polsku. I tam prosimy, aby nam książa nie bronili imprymować po polsku historyk, kronik, praw naszych i też inszych rzeczy, a zwłaszcza o Bibliją.(…) Tu nam się wielka krzywda widzi od książej. Albowiem każdy jązyk ma swym jązykiem pisma, a nam książa każą głupimi być…4 To poczucie krzywdy mogło się zrodzić tylko u ludzi dobrze wiedzących, że tak, jak teraz jest w Polsce, wcale być nie musi. Być może uczestnicy tego sejmiku studiowali w Niemczech lub przy jakiejś innej okazji zauważyli zasadniczy przełom, który za sprawą Lutra tam się dokonał. Biblia stała się dostępna w ojczystym języku. Można się domyślać, że o nią autorom tej rezolucji chodziło najbardziej, choć wymienili ją na końcu.

Rok 1534 to w dziejach polskiej reformacji przekroczenie pewnego progu. Wykryto pierwszego Polaka – luteranina. Był nim ksiądz Jakub z Iłży, który prowadził swoją działalność misyjną wśród małopolskich mieszczan i na Uniwersytecie Jagiellońskim. Trwała ona dość długo. Pierwszy raz upomniano go za nieprawomyślne nauczanie już w roku 1528. Wtedy wyparł się wszelkich związków z luteranizmem, a biskup Tomicki dał temu wiarę. Za drugim razem świadków było już tak wielu, że sąd biskupi nie mógł mieć cienia wątpliwości, co ksiądz głosi. Jakub z Iłży obiecał publicznie wyprzeć się swoich przekonań, ale nie stawił się na tę uroczystość. Uciekł do Wrocławia, skąd nadal starał się propagować idee reformacyjne poprzez listy.5 Zostawił też uczniów, którzy kontynuowali jego dzieło.

Jeden z nich, działający w Poznaniu dominikanin Andrzej Samuel, postępował bardzo podobnie. Oskarżony w roku 1541 o szerzenie luteranizmu, wszystkiego się wypierał i sąd biskupi oddalił zarzuty. Nie czekał jednak, aż zostanie oskarżony po raz drugi. Po procesie wyjechał „na dalsze studia” do Wittenbergii i Lipska. Tam ożenił się i w końcu osiadł w Prusach Książęcych. Został pastorem i pisał rozprawy teologiczne.6 Uczeń i współpracownik Samuela, Jan z Siekluk zwany Seklucjanem uciekł przed sądem biskupim i dołączył do niego w roku 1544. Przełożył katechizm Lutra na język polski.7

Inny uczeń Jakuba z Iłży, Wawrzyniec z Przasnysza, nazywany ze względu na swoją kłótliwość Discordia, czyli Niezgoda, był przez pewien czas nadwornym kaznodzieją Zygmunta Augusta. Wydalony został z dworu w roku 1547, gdy biskupi zebrani na synodzie w Łęczycy uznali go za heretyka.8

Również pod wpływem Jakuba z Iłży podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim luteraninem został litewski książę Abraham Kulwieć. Studia teologii, języków starożytnych i filozofii kontynuował w Wittenberdze. Zdobył olbrzymią wiedzę. Stał się najwybitniejszym lingwistą i znawcą kultury starożytnej w państwie polsko – litewskim swoich czasów. Nie krył się ze swymi przekonaniami. Wtrącono za to do więzienia jego rodziców. Abraham powrócił na Litwę w roku 1538 i dzięki znajomości z królem zdołał ich uwolnić. Zaczął organizować odczyty, na których starał się przekonać do swojej wiary. W roku 1540 za zgodą Zygmunta Starego utworzył szkołę, do której przysyłały swoich synów najznakomitsze rody z Litwy i Korony. Biskup wileński Paweł Holszański rozumiejąc, że głównym celem tego przedsięwzięcia jest propagowanie reformacji, wymógł na królu w roku 1542 wydanie edyktu nakazującego Kulwieciowi stawienie się przed sądem biskupim i przyjęcie wyznaczonej kary. W razie odmowy lub ucieczki jego majątek miał być skonfiskowany. Abraham Kulwieć wybrał ucieczkę do Prus Książęcych, gdzie został profesorem utworzonego przez Albrechta Hohenzollerna uniwersytetu w Królewcu. Objął tam katedręjęzyka greckiego. Wykładał też hebrajski. Jego matkę znów wtrącono do więzienia. Została uwolniona dzięki wstawiennictwu królowej Bony. Musiała przysiąc, że nie będzie się kontaktować z synem. Gdy w roku 1546 zachorowała, syn „załatwił” sobie glejt na powrót do Wilna. Miał przy okazji odbyć debatę z katolikami, ale nagle poczuł się źle, pojechał do domu matki i zmarł. Być może przyczyną była choroba płuc, na którą cierpiał, ale podejrzewano też otrucie.9

Późniejszy rozwój kościołów reformowanych na Litwie jest w znacznym stopniu zasługą Abrahama Kulwiecia. Przetłumaczył na litewski luterański katechizm, który został wydrukowany w Królewcu już po jego śmierci i z pewnością trafił do wielu rąk. Jest też współautorem kancjonału "Gesmes Chrikszczioniszkai" (Pieśni Chrześcijańskie).10 Jego los pozwala też lepiej zrozumieć postępowanie Jakuba z Iłży, Andrzeja Samuela czy Jana Seklucjana. Oni nie pochodzili z książęcych rodów i nie znali osobiście króla. Mogli spodziewać się gorszego.
cdn.

Przypisy:
z dziejów polskiej reformacji
1http://pl.wikipedia.org/wiki/Inkwizycja_w_Polsce
2Karol Górski, „Zarys dziejów katolicyzmu polskiego”, Wydawnictwo Naukowe UMK, Toruń 2008, str.164.
3http://pl.wikipedia.org/wiki/Akademia_Lubra%C5%84skiego
4Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.18.
5http://www.dziejekrakowa.pl/biogramy/index.php?id=1474
6http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Samuel
7http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Seklucjan
8http://pl.wikipedia.org/wiki/Wawrzyniec_z_Przasnysza
9http://archiwum2000.tripod.com/488/rodowo.html
10http://pl.wikipedia.org/wiki/Abraham_Kulwie%C4%87


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut