17 października 2018

CARRY TRADE PO POLSKU I CO MA Z TYM WSPÓLNEGO SOCJALIZM?

Oczy widzą prawdę, uszy słyszą fałsz, jak mawiają Chińczycy, więc kiedy od czasu do czasu przynajmniej niektórym ludziom otwierają się oczy na sprawy gospodarcze, o ile zgłębią temat i nie zadowolą się powierzchownymi wyjaśnieniami, dotrą w końcu do Austriackiej Szkoły Ekonomii i uzyskają logiczne wyjaśnienie bałaganu, który się dookoła dzieje. Trudno bowiem oczekiwać, by „otwieranie oczu” miało miejsce przy pięknej pogodzie, kiedy wszystko wydaje się być w porządku, a statek co prawda już mocno przecieka, ale przecież jeszcze nie tonie.

Łatwo zauważyć, że ostatni (ale przecież nie pierwszy i z pewnością nie ostatni sensu stricto) „bałagan” gospodarczy miał związek z niespodziewanym wzrostem kursu franka szwajcarskiego o niemal czterdzieści procent w stosunku do innych walut. Postawiło to w trudnej sytuacji wiele osób, które mają kredyt rozliczany w tej właśnie walucie, i to właśnie te osoby mają teraz największą motywację, by szukać wyjaśnień. Istnieje poważne ryzyko, iż uznają oni, że padli ofiarą „dzikiego wolnego rynku” i „kapitalizmu”, pośpieszmy więc wyjaśnić rzecz zgodnie ze zdrowym rozsądkiem – czyli po austriacku.

Kredyt we franku szwajcarskim to swoista odmiana carry trade, czyli operacji finansowych mających na celu wykorzystanie różnic w stopach procentowych. Carry trader pożycza pieniądze w kraju, który utrzymuje niskie stopy procentowe (a więc tanio) i „inwestuje je” – o ile kupno na przykład obligacji można w ogóle nazwać inwestowaniem – w kraju, który stopy procentowe ma relatywnie wyższe. Zakładając, że waluty tych krajów pozostają we wzajemnie stabilnej relacji, zarabia na różnicy w oprocentowaniu. Podobnie wzięcie kredytu „denominowanego we franku szwajcarskim” umożliwiało korzystanie z (póki co) niskich szwajcarskich stóp procentowych. Ryzyko jest takie samo, jak przy „tradycyjnym” carry trade (wzrost kursu pożyczonej waluty, podwyżka szwajcarskich stóp procentowych) i ta strategia nawet pomimo wzrostu kursu franka może być opłacalna. Ponieważ Szwajcarzy (a raczej ich bank centralny) zeszli ze stopami procentowymi poniżej zera (co samo w sobie jest socjalistycznym paradoksem – oznacza „pożyczę ci sto franków, ale za rok będziesz musiał oddać już tylko dziewięćdziesiąt!”), raty wciąż mogą być niższe niż w porównywalnym kredycie złotówkowym.

Tyle z teorii operacji finansowych – a przyznać trzeba, że w obecnym systemie papierowych walut, banków centralnych i rezerwy cząstkowej możliwe operacje finansowe są tak skomplikowane, że nawet ich „wynalazcy” zapewne nie do końca je rozumieją. Przedstawienie sprawy jak powyżej na pierwszy rzut oka wskazuje jednoznacznie winowajcę – „wolny rynek wpakował ludzi w bagno”. Należy koniecznie zacieśnić kontrolę nad kredytami, nad bankami, a w ogóle najlepiej nad pieniędzmi i wolną wolą ludzi, żeby czasem sobie krzywdy nie zrobili.

Trzeba dysponować prawdziwą – austriacką – wiedzą ekonomiczną, aby odeprzeć te zarzuty.

Po pierwsze, na prawdziwie wolnym rynku pieniądz jest towarem produkowanym przez rynek (najpewniej złotem lub srebrem), nie zaś papierkiem drukowanym przez rząd. Gdyby tak, jak jeszcze w dziewiętnastym wieku, frank, dolar lub złotówka były jedynie nazwą określonej ilości metalu, banknoty zaś jedynie potwierdzeniem własności zdeponowanej w bankach – żadne różnice kursowe nie mogłyby zajść, gdyż wymiana walut sprowadzałaby się do przeliczania wag. Rządy, ze względu na swój nienasycony apetyt na pieniądze, którego nie dało się już zaspokoić podatkami, powoli ograniczały rolę pieniądza towarowego na rzecz drukowanego przez siebie papieru.

Najpierw w ten rażący sposób, a potem za pomocą bankowego mechanizmu kreacji pieniądza nauczono się niejawnie wywłaszczać swoich obywateli. Ekonomia jest jednak nieubłagana – wartość każdego pieniądza dąży do kosztów jego wyprodukowania. W przypadku papieru jest to właściwie zero (a w przypadku pieniędzy elektronicznych „jeszcze bardziej zero” niż w przypadku papieru), dlatego wartość każdej waluty dąży do zera. Jedne rządy są jednak bardziej powściągliwe w tym szaleństwie od innych – stąd też różnice kursowe.

Po drugie, w dzisiejszych czasach banki to w sensie dosłownym fabryki pieniędzy. W normalnych warunkach przekształcałyby jedynie oszczędności jednych w pożyczki drugich. Ponieważ jednak bankowość i monopol na produkcję pieniądza to sojusz wielkiego biznesu i socjalizmu, banki po prostu tworzą, czy jak się to eufemistycznie ujmuje, kreują pożyczane pieniądze. Zatem to, ile kosztuje kredyt, nie zależy już od chęci ludzi do oszczędzania, czyli od podaży oszczędności, lecz – jak to w socjalizmie – jest ustalane centralnie. Zamiast naturalnej, względnie stałej stopy procentowej mamy więc huśtawkę cen kredytu zależną od czyjegoś widzimisię (i tytuły profesorskie posiadane czasem przez tych, którzy owo widzimisię mają, wcale nie zwiększają wartości „widzimisiowania”). Gdybyśmy zatem wprowadzili wreszcie wolny rynek, można by wziąć kredyt o stałej, niskiej stopie procentowej na cały okres kredytowania, zamiast podpisywać szalone umowy, w których nie dość, że oprocentowanie jest zmienne, to jeszcze ustala je nie bezosobowy mechanizm rynkowy, lecz owiana mgłą tajemnicy rada „mędrców” polityki pieniężnej. Carry trade sprowadzałby się wówczas do handlu arbitrażowego i nie zagościłby zapewne w nieruchomościach.

Nie wspomnę już o tym, że wolnorynkowa gospodarka zawsze kwitnie i nie deprecjonuje pieniądza z roku na rok (a wręcz podnosi jego wartość), zatem na dom dałoby się najzwyczajniej w świecie zaoszczędzić.

Jakie zatem są widoki na przyszłość? O ile nie zmieni się świadomość szerokiego ogółu, należy obawiać się, że nie najlepsze. W podobnej sytuacji węgierski rząd zmusił banki do przewalutowania kredytów i wzięcia na siebie kosztów operacji (ich zyski są z gruntu nieuczciwe, więc nie ma co żałować, że większy rabuś pogonił mniejszego). Sądząc jednak po realiach programu „Rodzina na swoim”, który zamiast obniżać kapitał pozostały do spłaty, pasie banki odsetkami, należy spodziewać się czegoś podobnego. Zamiast więc przewalutowania, będziemy mieli na przykład dopłacanie do różnic kursowych z podatków lub, co bardziej prawdopodobne, z długu „publicznego”. Problem nie zniknie, banki będą karmione cudzymi pieniędzmi i przy okazji stworzy się trochę nowego kredytu. Tylko co się stanie w momencie podniesienia stóp procentowych przez Szwajcarów? To mądry naród i trudno oczekiwać, by długo tolerował rozdawanie pieniędzy za darmo…

 

 

 

 

 

 

 

idźPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


HEREZJE NIE Z TEJ ZIEMI

Badając wpływ ingerencji człowieka w skomplikowane mechanizmy, Amerykanie ukuli termin: niezamierzone konsekwencje. Mogą być one negatywne lub pozytywne, w zależności od konkretnego przypadku, jednak w razie ingerencji rządu w wolny rynek, czy też – mówiąc jaśniej – aparatu przymusu i przemocy w przedsiębiorcze działania ludzi, konsekwencje te są zawsze negatywne i zwykle bezpośrednio dotykają tej grupy osób, która miała na interwencji rzekomo skorzystać.

 

Weźmy za przykład niedawną rekomendację Komisji Nadzoru Finansowego, które to „ciało” władne jest narzucić bankom i kredytobiorcom wymóg posiadania „wkładu własnego” przy zawieraniu umowy o kredyt hipoteczny. O ile inicjatywa wydaje się na pierwszy rzut oka słuszna, o tyle nie trzeba być szalenie przenikliwym, by przewidzieć, jak finansowany będzie ów „wkład własny”. Najpewniej kredytem konsumenckim, a więc droższym i na znacznie gorszych warunkach.

 

Skąd taka „rekomendacja”? Zapewne KNF widzi spadek cen mieszkań, a co za tym idzie, coraz słabsze zabezpieczenie kredytów już udzielonych, gdyż wartość nieruchomości przestaje pokrywać kwotę udzielonego kredytu, nawet tego spłacanego od kilku lat. Motywem są więc raczej obawy o wypłacalność banków, a nie troska o „zwykłego człowieka”.
Ale czy istniałyby obawy o wypłacalność banków, gdyby banki nie były permanentnymi bankrutami? Nawiasem mówiąc, w czasie ostatniego kryzysu bywały przypadki, że człowiek szedł siedzieć za takie insynuacje, a nie dalej jak w lipcu aresztowano sześć osób za wywołanie paniki bankowej w Bułgarii, czy zatem KNF na pewno wie, co robi!?

 

Swoją drogą, przerażające jest, że rządzący mają ludzi za kompletnych debili, aresztując „panikarzy” za „rozsiewanie zupełnie bezpodstawnych plotek”. Gdyby owe plotki były takie „bezpodstawne”, to po co się tym przejmować? Jeśli zaś owe „plotki” mają podstawy, o czym napisano setki prac ekonomicznych, książek i artykułów – właściwie zmieściłaby się tu cała literatura na temat przekrętu zwanego „bankowością z rezerwą częściową”  – to jak inaczej niż zwykłym porwaniem i zniewoleniem nazwać tego typu „aresztowania”? Jeszcze bardziej przerażające jest to, iż rządzący nie mylą się jakoś szczególnie w swoich ocenach stanu mentalnego społeczeństwa. Jeśli zaś nie jesteś Czytelniku jeszcze przekonany, że obecna bankowość to jeden wielki szwindel, odpowiedz sobie na pytanie: skoro bank używa Twoich pieniędzy do udzielania pożyczek komu innemu, to dlaczego po takiej operacji saldo konta nigdy się nie zmniejsza? Cud! Istny cud!

 

Wracając zatem do banków. Nie byłyby permanentnymi bankrutami, gdyby nie istniała „rezerwa częściowa”, ta zaś nie istniałaby, gdyby nie monopol państwa na produkcję fiducjarnego, czyli papierowego pieniądza. Żeby zatem uwolnić się od przykrych i nieprzewidzianych konsekwencji bankructw bankowych, należy zrobić coś niewyobrażalnego, co nie mieści się ludziom w głowach i rozciąga poza zasięgiem horyzontu myślowego niemal stu procent społeczeństwa. Należy pozwolić ludziom płacić i kupować, czym tylko zechcą. Jeśli obie strony dogadają się co do transakcji w euro, dolarach, starych poczciwych markach (zapewne wielu Niemców ma je jeszcze w poważaniu, podobno zaś niektórzy nie przyjmują euro pochodzącego z innego kraju niż Niemcy), rublach albo bitcoinach – ich sprawa. Zapewne tę konkurencyjną walkę wygrałyby złote i srebrne monety, być może wymienialne po wolnym kursie na bitcoiny, mające wszelkie cechy złota, poza „fizycznością”.

 

Problem uwolnienia pieniądza nie jest oczywiście nowy. Dokładnie takie samo rozwiązanie przyniosłoby ulgę trapionej przez hiperinflację Republice Weimarskiej, gdzie – co oczywiste – zrobiono dokładnie na odwrót i utworzono urząd do walki ze spekulacją walutową, chociaż w panicznej ucieczce od marki ludzie zaczynali się chwytać już nawet rubli Kiereńskiego (czyli, w teorii, wymienialnych na złoto banknotów rządu tymczasowego utworzonego po upadku caratu, a przed puczem – tak puczem, a nie rewolucją! – bolszewickim. Swoją drogą, były to ciekawe banknoty, ukazujące dwugłowego carskiego orła na tle swastyki).

 

Wiele, a można nawet powiedzieć, że wszystkie z pozoru nierozwiązywalne problemy, da się rozwiązać tym właśnie sposobem – pozwolić ludziom działać wedle własnego uznania. Oznaczałoby to oczywiście utratę części, jeśli nie całości władzy rządzących. I właśnie tu jest pies pogrzebany –  łatwiej zniszczyć świat, który znamy, niż pogodzić się z utratą władzy. Jak to się mówi: „po nas choćby potop”.

 

Kolejny przykład – spora część rodziców narzeka ostatnimi czasy na obowiązkowe lekcje religii w szkołach. I słusznie, patrząc od strony etycznej, praktycznej i bazując na doświadczeniu, należy przyłączyć się do protestów. Ale nie wolno zatrzymywać się w pół kroku, nie należy domagać się zniesienia lekcji religii, ale (na podstawie takich samych przesłanek) przymusu szkolnego i państwowej edukacji w ogóle. I znowu coś, co nie mieści się ludziom w głowach, a choć  gołym okiem widać: przymusowa „edukacja” wzorowana na pruskim ordnungu fabrycznym niekoniecznie wychodzi dzieciom na zdrowie. A przecież edukacja, jak każda inna usługa, może być swobodnie dostarczana na rynku, dokładnie taka, jakiej chcą rodzice, i w dodatku taniej niż ta rządowa. Bo „edukacja” państwowa nie jest wcale darmowa, choć tego nie widać – za nią też ktoś płaci.

 

Podobnie dużo atencji, choćby w expose naszej nowej pani premier, zbiera słowo „bezpieczeństwo”, którego p. premier raczyła użyć w wystąpieniu aż piętnaście razy. Wiadomo - jak partia mówi, że bierze, to bierze, a jak mówi, że daje, to mówi. Nic tak nie zapewnia bezpieczeństwa domowego, jak kałasznikow pod łóżkiem i mężczyzna wiedzący, jak się nim posługiwać. Celowo pomijam tutaj kobiety, bo teksańscy eksperci od broni dla kobiet zalecają raczej lżejsze wersje szotgunów, czyli „pompek”, dające dobry rozrzut pocisków przy niewielkim kopnięciu (z ang. kickback) w ramię. I to nie jest żart, tylko branie bezpieczeństwa na poważnie.

 

Przeszliśmy zatem pobieżnie przez trzy pozornie nierozwiązywalne problemy, które stanowią temat tabu w każdym szanującym się społeczeństwie demokratycznym. Nie do wyobrażenia jest przecież, aby uwolnić pieniądz spod władzy banków, oddać rodzicom władzę nad dziećmi i do tego pozwolić ludziom posiadać broń. Herezje nie z tej ziemi. Wiadomo przecież powszechnie, co by z tego wynikło. Nie zapominajmy też, że jako naród jesteśmy na to za głupi.

 
idź Pod Prąd, październik 2014


Kto cię obroni Polsko?

W niemal sto lat po uchwaleniu pierwszej na świecie konstytucji Lysander Spooner w eseju Constitution of no authority logicznie wytłumaczył, że jako kontrakt pomiędzy ludźmi nie ma ona właściwie żadnego sensu. Tylko niewiele osób miało szansę wpłynąć na brzmienie tej „umowy”, zgodę na jej przestrzeganie wyraziło osobiście niewiele więcej osób, z których wszystkie dawno już przecież nie żyją. Dlaczego jakaś umowa miałaby zatem obowiązywać ludzi, którzy nie tylko jej nie podpisali, ale nawet nie żyli w czasach, kiedy ją stworzono?


W niemal sto lat po uchwaleniu pierwszej na świecie konstytucji Lysander Spooner w eseju Constitution of no authority logicznie wytłumaczył, że jako kontrakt pomiędzy ludźmi nie ma ona właściwie żadnego sensu. Tylko niewiele osób miało szansę wpłynąć na brzmienie tej „umowy”, zgodę na jej przestrzeganie wyraziło osobiście niewiele więcej osób, z których wszystkie dawno już przecież nie żyją. Dlaczego jakaś umowa miałaby zatem obowiązywać ludzi, którzy nie tylko jej nie podpisali, ale nawet nie żyli w czasach, kiedy ją stworzono?

 

Wszelkie konstytucje niedomagają i to nie tylko z takich „formalnych” powodów. Nawet jeśli założymy, że jako „umowa społeczna” konstytucja ma sens, gdyż inaczej nie da się zorganizować „ram współpracy społecznej” (co jest nieprawdą, gdyż - jak wykazał Hoppe - wszelką współpracę można oprzeć na logicznie spójnych i dobrowolnych umowach), to i tak musimy przyznać, że konstytucja w praktyce nie działa. W myśl ustawy zasadniczej zawsze istnieją rządzący i rządzeni, i choćby nie wiadomo jak mocno władza „ograniczała” sama siebie w teorii, to i tak w praktyce ostateczne słowo w interpretacji zapisów należy – rzecz jasna – do rządzących. Innymi słowy: wszelkie trybunały, sądy i rzecznicy to urzędnicy państwowi opłacani przez tych, którzy ściągają podatki. Jasnym jest więc, że na ogół nie będą podcinali gałęzi, na której siedzą. Nawet gdyby zechcieli, musieliby przecież po prostu zlikwidować źródło własnego finansowania i zrezygnować z funkcji. Dodatkowo (a może nawet przede wszystkim) konstytucja zawiera sprzeczne ze sobą zapisy, zaś owe sprzeczności logiczne to bynajmniej nie znoszące się wzajemnie czysto abstrakcyjne zdania, ale przyczyny „niedziałania” w praktyce prawa je zawierającego. Nie da się bowiem w rzeczywistości osiągnąć sprzecznych celów – logika jest nieodłączną częścią rzeczywistości, zaś prawo (jako równie integralna część, a zarazem regulator owej rzeczywistości) nie może być z kolei od logiki oderwane, jeśli ma skutecznie pełnić swoją rolę.

 

Przykładowo: artykuł dwudziesty pierwszy konstytucji RP zapewnia ochronę własności i prawo dziedziczenia. Jednocześnie artykuł osiemdziesiąty czwarty nakłada obowiązek płacenia podatków i „ponoszenia ciężarów” określonych w (odrębnej) ustawie. Oczywiste jest zatem, że te artykuły są ze sobą sprzeczne. Gdyby bowiem owa odrębna ustawa przewidywała podatek stuprocentowy od wszystkiego, nie istniałaby żadna własność, co narusza artykuł dwudziesty pierwszy ustawy zasadniczej. Ale dlaczego podatek stuprocentowy miałby prawo własności naruszać, a podatek pięćdziesięcioprocentowy już nie? Albo podatki są naruszeniem własności prywatnej, albo nie są. Jeśli niesą - pełne wywłaszczenie obywateli z majątku nie narusza konstytucji, który to pogląd jest ewidentnie sprzeczny z jej artykułem dwudziestym pierwszym. Jeśli zaś podatki są naruszeniem własności prywatnej - cały artykuł osiemdziesiąty czwarty należałoby wyciąć, a wszelkich „decydentów” z racji braku źródeł finansowania rozesłać do uczciwej roboty.

 

Podobnych sprzeczności w konstytucji jest wiele, choćby zapewnienie o wolności obywateli z jednoczesnym nałożeniem obowiązku obrony kraju, co jest eufemistycznym określeniem zwykłego poboru do wojska (gdzie już człowiekowi pokażą, jak ta wolność wygląda w praktyce).

 

Nawet jeśli pozwolimy sobie przymknąć na to wszystko oczy i w dobrej wierze przyjąć konstytucję, powinniśmy jednak rozumieć, że gwarancją przestrzegania przyobiecanych praw i bezpieczeństwa może być tylko odpowiednie „nasycenie” społeczeństwa prywatną  bronią. Tylko posiadając broń i umiejętności jej użycia oraz mając uzbrojonych sąsiadów gotowych w razie czego bronić swoich domostw, jesteśmy w stanie oprzeć się czy to tyranii państwa własnego, czy napaści państw obcych.

 

Nie można na tym polu w żadnej mierze ufać organizacji państwowej. W rzeczy samej nie istnieje żadna inna forma organizacji działań jednostek, która uczyniłaby tyle zła, co organizacja przyjmująca formę państwa. Żadna firma, żadna fundacja, żaden kościół, stowarzyszenie czy zrzeszenie nie może się w tej kategorii równać z państwem nawet w minimalnym stopniu. Wszelkiego rodzaju państwa o różnorakich ustrojach, począwszy od komunistycznego, w samym dwudziestym wieku wymordowały prawdopodobnie więcej osób niż żyło na przestrzeni wszystkich wieków wcześniejszych. Nawet jeśli jakieś państwo chwilowo nie ma morderczych zamiarów, to i tak skala niekompetencji i braku odpowiedzialności urzędników państwowych jest porażająca. Istnieją na to niezliczone przykłady, o których z jakichś powodów na „forum publicznym” się milczy.

 

Czy można sobie na przykład wyobrazić, by jakaś prywatna organizacja latała po świecie samolotami, co rusz gubiąc tu i ówdzie uzbrojone bomby atomowe? Czy jakiś prywatny właściciel pościągałby dziesiątki statków do atolu Bikini tylko po to, aby zobaczyć, jak wybuchy nuklearne zatapiają je jeden po drugim, zamieniając rajskie wyspy w piekło? Czy ktoś potem przywiózłby tam, jakby nigdy nic, uprzednio wysiedlonych mieszkańców wysp, nie mówiąc im, że nie powinni raczej decydować się na dzieci? Czy jakaś prywatna organizacja testowała promieniowanie na własnych pracownikach, tak jak robiły to USA i ZSRR na własnych żołnierzach? Czy zdarzyło się komuś na przykład zbombardować miasto, w dodatku nie to, co trzeba? Albo wybić gości weselnych zamiast domniemanych terrorystów? A wszystko to przecież tylko nieliczne (choć może najbardziej znamienne) sytuacje, które – o zgrozo – naprawdę miały miejsce.

 

Kiedy 17 września Sowieci napadli na Polskę, zadając tym samym cios w plecy walczącemu z Niemcami Wojsku Polskiemu, rząd drugiej RP przekraczał właśnie granicę polsko-rumuńską, „ewakuując” się do Francji. Nie chodzi już nawet o to, że kapitan schodzi ze statku ostatni. Dlaczego jednak rząd polski, widząc przecież wcześniej, co się święci, nie zadbał o to, żeby każdemu mężczyźnie w kraju wręczyć broń? Niech się potem bronią, jak chcą, ale przynajmniej będą mieli czym. Podobnie nie mieli szans obronić się Francuzi, gdyż na rozkaz tkwili w okopach, podczas gdy Niemcy obeszli ich przez Belgię.

 

Musimy zatem polegać przede wszystkim na sobie. Kiedy więc „znów do murów klajstrem świeżym przylepiać zaczną obwieszczenia”, proponuję zachować się racjonalnie i zamiast „rżnąć karabinem w bruk ulicy”, raczej zabrać go po prostu do domu. I przekonać do tego innych.

 

Moralność podatków

„9 sierpnia 1943 roku austriacki rolnik Franz Jägerstätter został ścięty przez niemieckie władze wojskowe, ponieważ wielokrotnie odmawiał złożenia przysięgi wojskowej oraz wzięcia udziału w czymś, co nazwał >>niesprawiedliwą wojną<<. (…) Trwał w tym przekonaniu nawet w obliczu wszelkiego możliwego rodzaju sprzeciwów ze strony wojska i państwa, ale także ze strony innych katolików, duchowieństwa i oczywiście własnej rodziny. Musiał spotkać się praktycznie ze wszystkimi >>chrześcijańskimi argumentami<<, jakie podaje się, by usprawiedliwić wojnę. Traktowano go jako buntownika, osobę nieposłuszną wobec legalnej władzy, zdrajcę własnego kraju. Oskarżono go o egoizm, upór, brak troski o rodzinę oraz o lekceważenie obowiązków wobec własnych dzieci. (…) Mówiono mu również, że nie ma wystarczających informacji, by osądzać, czy wojna jest sprawiedliwa, czy też nie; że ma obowiązek podporządkowania się >>wyższej mądrości<< państwa.” [1]


 

Jeśli komuś wydaje się, że te czasy minęły, niech tylko spróbuje zakwestionować „wyższą mądrość państwa” w wydawaniu naszych pieniędzy, a natychmiast spotka się z identycznymi argumentami, jak ów Austriak kilkadziesiąt lat temu. Jednostka ma nadal poświęcać jeśli nie życie, to niemal cały swój produktywny wysiłek dla dobra abstrakcyjnego ogółu, co ma zapewnić powszechne szczęście. Unikanie płacenia podatków traktowane jest przez „porządnych obywateli” niemal w kategorii grzechu, zaś sam pomysł, że podatki są złe i szkodliwe, jawi się jako próba wywrócenia porządku społecznego.

 

Na skutek wieloletniej propagandy, finansowanej oczywiście z podatków, niemal każdy „rozumie” potrzebę opodatkowania, jednocześnie prawie nikt nie wie, że podatki to nie tylko podatek dochodowy, ale wszelkie daniny płacone państwu, wliczając w to „składki” emerytalne, zdrowotne, opłaty ukryte „po stronie pracodawcy”, VAT, akcyzy, cła, oraz – przede wszystkim – inflację. Inflacja to w istocie tworzenie pieniędzy „z powietrza”, na skutek czego wszyscy egalitarnie biedniejemy.

 

Nikt zatem nie ma pojęcia, ile wynoszą podatki, pewne jest jednak, że niebezpiecznie zbliżają nas do poziomu niewolnictwa. Właściwie nie ma też sposobu na odwrócenie trendu mocnego wzrostu podatków, chyba że wystarczająco wiele osób zrozumie, czym one właściwie są i jak wpływają na nasze codzienne życie.

 

Przede wszystkim podatki to kradzież. Jakkolwiek bowiem politycy, szczególnie ci rządzący  (żyjący przecież z podatków), oraz ich wszelkiej maści klakierzy nie obracaliby tego kota ogonem, musimy przyznać, że pewna zorganizowana grupa ludzi pod groźbą użycia przemocy zabiera pieniądze drugiej grupie ludzi, eufemistycznie nazywając to „opodatkowaniem”. Aby pozostawać w zgodzie z elementarną przyzwoitością, musimy uznać to za stan faktyczny. Jeżeli zatem opodatkowanie to kradzież – czyn moralnie naganny – zatem wszelkie  (nawet te pozornie dobre) efekty płynące z opodatkowania skażone są „grzechem pierworodnym”, jakim było wywłaszczenie kogoś z majątku. Praktyka pokazuje jednocześnie, że podatki dotykają głównie ludzi mało zaradnych i biednych, czyli tych, dla dobra których (podobno) są w pierwszym rzędzie wprowadzane.

 

Wiele osób uznaje ten argument, ma jednak wątpliwości, jak społeczeństwo funkcjonowałoby bez opodatkowania. A przecież istnieją prywatne przedszkola i prywatne szkoły, i prywatne szpitale, i prywatne drogi i wszystko to działa kilkanaście razy lepiej od tych państwowych. Płacąc sto pięćdziesiąt złotych ubezpieczenia miesięcznie, można wykupić pakiet opieki zdrowotnej dla całej rodziny łącznie z rehabilitacjąi podstawowymi badaniami. Płacąc tysiąc pięćset złotych przymusowego haraczu do NFZ-u, nie można nawet ustalić wizyty u lekarza rodzinnego.

 

Dodatkowo, potulnie płacąc podatki, rozstajemy się ze swoimi pieniędzmi i nie mamy najmniejszej kontroli nad tym, na co są one wydawane. Istnieje duża szansa na to, że pieniądze, które dzisiaj oddajemy, finansują to, czego nie popieramy, i to, czego nie chcemy. Jeśli ktoś zatem uważa płacenie podatków za moralny obowiązek wręcz zagrożony sankcją grzechu, powinien najpierw odpowiedzieć uczciwie na pytanie: czy wiesz, co finansujesz? Czy przypadkiem nie przyczyniasz się w ten sposób do prowadzenia wojen, promowania aborcji, demoralizacji młodzieży, propagowania  badziewia czy też źle pojętej tolerancji? A do tego być może urzędnik opłacany z Twoich podatków przyjdzie odebrać Ci pod byle pozorem Twoje dziecko lub zamknąć Twoją firmę?

 

Oprócz argumentów moralnych za zniesieniem opodatkowania istnieje szereg argumentów utylitarnych. Podatki wypierają działalność prywatną. Niemożliwe lub bardzo trudne jest prowadzenie działalności tam, gdzie dobra i usługi dostarczane są „za darmo” (czyli finansowane pod przymusem). Ponieważ w tych „darmowych” sektorach zanika konkurencja, dostarczane dobra i usługi (o ile w ogóle są dostarczane) są podłej jakości oraz mają wysoką cenę, ukrytą jednak przed ostatecznym odbiorcą. Ponieważ w takim wypadku pieniądze w żaden sposób nie podążają za konsumentem, traktowany jest on raczej jako petent – problem, którego trzeba się pozbyć, nie zaś jako klient pełną gębą, którym zapewne by został, gdyby pieniądze przynosił po prostu ze sobą.

 

Podatki nie są więc „mniejszym” lub „koniecznym” złem, nie są też „w końcowym rozrachunku dobre” ani „tak pewne, jak śmierć”. Są raczej narzędziem niesprawiedliwości, demoralizują beneficjentów, uczą cwaniactwa, obniżają satysfakcję z wykonywanej pracy, a co za tym idzie, produktywność i chęć do działania. U tych, którzy utrzymywani są z podatków, powodują zanik kręgosłupa moralnego, a w konsekwencji zdrowego rozsądku, u tych zaś, którzy zmuszeni są płacić podatki, wywołują niechęć i wpływają na zanik dobroczynności.

 

Niestety sprawa postrzegania podatków wciąż wygląda podobnie, jak w następującej opowieści: „Dwóch podróżnych wybrało się w drogę. Kiedy szli przez las, rozbójnicy napadli obu, jednego ograbili, drugiemu zaś udało się szczęśliwie ujść z dobytkiem. Kiedy dotarli do wsi, wszelkie pretensje skupiły się na tym drugim podróżnym”. Czyż nie pora jednak potępić rozbójników, zamiast wieszać psy na tym, który uciekł?

 

1 Thomas Merton “Pasja pokoju” s. 388-389.

 

Gra w gęś

„Gra w gęś” to określenie pewnej praktyki w komunistycznych Chinach mającej na celu ochronę biurokratów przed odpowiedzialnością za swoje czyny. Polega ona na przenoszeniu papierów z jednego ministerstwa do drugiego, od urzędnika do urzędnika, stemplowaniu wszystkiego to tu, to tam – aż do momentu, w którym nie da się ustalić, kto właściwie podjął daną decyzję. Czyż nie wystarczy przejść się do urzędu zdrowia, eufemistycznie zwanego przychodnią, żeby poczuć, jak „gra w gęś” sprawdza się u nas? Na jakikolwiek komentarz – na przykład na temat absurdalności papierów, które trzeba wypełniać – wszyscy pracownicy nieodmiennie kiwają głowami ze zrozumieniem, jednocześnie szybko dodając: „ja tego nie wymyśliłem!”. Podobnie jest w innych sferach życia, w których zwykły człowiek styka się z państwem (czyli w dzisiejszych czasach – niemal wszędzie).
Każdy może wybrać absurdy z własnego poletka – a to każą wymienić kasy fiskalne, bo „zmieniają się przepisy” (same się zmieniają?), a to małe przedszkole musi mieć w kuchni co najmniej trzy zlewy i dwie zmywarki (w tym jedną przemysłową, która jednakowoż zwykłych sztućców dobrze nie umyje), a to zatroskany policjant wlepi mandat za jazdę bez pasów na parkingu i tak dalej. Nikt tego nie wymyślił, wszystkim zainteresowanym jest równie ciężko i smutno z powodu, że to tak działa, no i oczywiście niczego nie da się zmienić. A podobno nie dalej jak w XIX wieku człowiek miał tak mało styczności z urzędnikami, że mógł właściwie nie wiedzieć, w jakim państwie żyje. Można było przejechać pół kontynentu bez pokazywania papierów, oraz bez wymieniania waluty, która – jak wiadomo – była wszędzie jednakowa, i to znacznie twardsza od współczesnego Euro. Ochrana – tajna policja cara rosyjskiego, prawdopodobnie największego despoty tamtych czasów, liczyła zaledwie kilka tysięcy funkcjonariuszy. „Quo vadis, świecie?” chciałoby się zapytać...

Jeśliby natomiast wyliczyć dziedziny życia, w których współczesny człowiek jest ubezwłasnowolniony, wyszłaby nam całkiem imponująca lista. Nie mamy na przykład żadnego wpływu na to, czego i czy w ogóle uczą się nasze dzieci w szkole. Każde ma zostać wychowane według państwowych wzorców i basta. Nie możemy na własną rękę kupić pewnych lekarstw, wybudować domu, ściąć drzewa, zjeść prawdziwych lodów, zacząć handlować na ulicy, „prowadzić działalności gospodarczej” i tak dalej. Weterynarzowi nie wolno leczyć świń bez świńskiej kartoteki, bez odpowiedniego świstka nie można zostać notariuszem, taksówkarzem czy kierowcą. Każdy zawód musi być sklasyfikowany, poważony i pomierzony. Każda działalność ujęta w ramy sztywnej biurokracji. Jeśli coś by uciekło kodyfikacji, to tylko dlatego, że urzędnicy nie nadążają za współczesnym światem. Musimy płacić vaty, zusy i pity, mówić urzędnikowi, ile zarabiamy, oraz obowiązkowo ubezpieczać się od wypadków i od utraty zdrowia, nawetjeśli wołami nie damy się zaciągnąć do szpitala. Jeśli zaś – mimo wszystko – jesteśmy pracodawcami, to nie wolno nam się dogadać z pracownikiem na temat ilości urlopu, godzin pracy czy planów na przyszłość. Nie wolno nam „dyskryminować” kandydatów, nawet jeśli ich wyraźnie nie lubimy, a na koniec, z pieniędzy, które wydamy na pracownika, dostanie on jedynie połowę i będzie wiecznie niezadowolony, słusznie twierdząc, że zarabia o tę połowę za mało.

Że podobnie źle się dzieje nawet w tradycyjnie liberalnych krajach, świadczy niedawny przypadek Włocha, który posłał pracowników na zasłużone wakacje, a sam cichaczem rozmontował własną fabrykę i „śrubka po śrubce” przewiózł ją do Polski. Nie wie biedaczyna, na co się pisze u nas. Chociaż z drugiej strony, może trafi na urzędników, którzy „dadzą mu żyć”. Bo i tacy podobno się zdarzają…


W rocznicę odzyskania wolności

Kiedy na świat przyjdzie dziecko, należy je zarejestrować w urzędzie w przeciągu dwóch tygodni. Samochody, źródła dochodów, nieruchomości, firmy i tym podobne rejestruje się po to, aby urzędnicy mieli nad nimi kontrolę. W odpowiednim czasie państwo zażąda ubezpieczenia, podatku od dochodów, od darowizny, od spadku, od oszczędności, od nieruchomości i tak dalej. W tym samym celu rejestruje się też człowieka - aby od pierwszych chwil poddać go prawnemu przymusowi. W ciągu kilku minut po urodzeniu, dla dobra społeczeństwa rzecz jasna, musi dożylnie przyjąć dawkę toksyn i wirusów dla niepoznaki nazwanych szczepionkami. Wtedy też po raz pierwszy staje się źródłem zarobku dla pseudokapitalistów, którzy zamiast oferować swoje usługi na rynku, wolą wymusić ich "zakup" za pomocą propagandy i opresyjnego prawa. Podobny mechanizm zadziała i później, kiedy dorosłe już dziecko przymusi się do "wyboru" OFE albo innego „ubezpieczenia”.

Kiedy dziecko podrośnie, zostanie poddane "obowiązkowi przedszkolnemu" a niedługo potem – "szkolnemu". Rodzice dziecka nie będą mieć w zasadzie żadnego wpływu na to, czego jest uczone, zaś sam proces nauki zostanie zamieniony w parodię zdobywania ocen, a nie wykształcenia. Wyrośnięte dziecko stanie się w końcu podstawą dobrobytu ekonomicznego wielu urzędników, fałszywych przedsiębiorców i polityków oraz – zgodnie z najlepszą pruską tradycją - przymusowym żywicielem emerytów, którym odebrano wcześniej szansę na zdobycie własnych oszczędności. Politycy będą pożyczać pieniądze, zastawiając jego dochody na kilkadziesiąt lat do przodu. Wydadzą je na bezsensowne „projekty” niszczące kręgosłup moralny całego pokolenia – tam, gdzie króluje łatwa kasa, szybko tracą na znaczeniu zasady i elementarna uczciwość.

Jeśli założy własną firmę - urzędnicy będą nękać ją kontrolami. Każą płacić haracze za licencje i atesty. Jeśli będzie pracować u kogoś - określą dokładnie, ile godzin tygodniowo i na jakich warunkach. Zabiorą bez słowa sensownego uzasadnienia połowę pensji. Każą "odkładać" na emeryturę w momencie, w którym najbardziej potrzebuje pieniędzy - na założenie i utrzymanie rodziny.

Jeśli zechce wybudować dom, będzie musiał prosić o zgodę miejscowe władze. Podobnie jeśli zechce ściąć własne drzewo. Zostanie ukarany dotkliwym mandatem, jeśli przekroczy nieco dozwoloną prędkość. Nikt mu jednak nie zapłaci za stanie w korkach po kilka godzin dziennie. Będzie płacił obowiązkowe "ubezpieczenia" zdrowotne, jednak lepiej niech nie choruje, jeśli go na to nie stać. Każdego roku inflacja będzie zżerać kilka procent jego oszczędności, zabierając tym samym połowę co dwadzieścia lat.

Przy tym wszystkim będzie święcie wierzył, że żyje w liberalizmie i kapitalizmie. Zapatrzony w kraje Zachodu, będzie nazywał demokrację najlepszym systemem, jaki wymyślono. Będzie wybierał sobie „przywódców”, chodził na wybory, choć nikt nigdy nie zada w nich podstawowego pytania – czy w ogóle chce on mieć nad sobą pana. Na wzmiankę o monarchii zareaguje pobłażliwym, pełnym szyderstwa uśmiechem, ale nie zauważy nawet, że partie polityczne zmieniają tylko nazwy, bynajmniej nie ludzi, którzy w sprawie gnębienia społeczeństwa zawsze głosują tak samo - wszyscy za (jeśli przyjmuje on, że król jest tylko zwykłym gnębicielem, czy się to zatem czymś – co do zasady – różni od owej wyśmiewanej przez niego monarchii?).

Na koniec, jego dom, samochód i cokolwiek posiada będą mogły zostać zajęte przez państwo pod byle pretekstem, zaś on sam w dowolnym momencie powołany do wojska i wysłany na drugi koniec świata. Jednocześnie, mimo że sytuacja geograficzna naszego kraju jakoś się nie zmieniła - Polska nadal leży między Niemcami a Rosją - nie wolno mu będzie posiadać broni, o której nawet będzie się bał rozmawiać, nie mówiąc o jej bezpiecznym używaniu. Oto Polska Anno Domini 2013.

Pomyślmy o tym w listopadzie, kiedy po raz kolejny powtarzać będziemy, że mieszkamy w wolnym i niepodległym kraju.

Bartłomiej Podolski


CORAZ BLIŻEJ MURU

Sprawiedliwość społeczna musi być czymś zgoła innym od zwyczajnej sprawiedliwości, skoro począwszy od hierachów kościelnych, skończywszy na przewodniczących związków zawodowych, wszyscy nawołują do sprawiedliwości społecznej właśnie.

Zwykła sprawiedliwość zakłada, że każdy dostaje to, na co zasługuje, sprawiedliwość społeczna musi zatem polegać na tym, że przynajmniej niektórzy dostają to, na co nie zasłużyli. Ciekawe, że ponad dziewięćdziesiąt lat temu bolszewicy nieśli na zachód te same ideały sprawiedliwości społecznej i braterstwa, do których i dziś zachęcają nas rozmaite autorytety, a o których pewien Francuz, po doświadczeniach rewolucji we własnym kraju, napisał, że gdyby miał brata, to wolałby go nazywać kuzynem. Naród poznał się jednak na tych szatańskich sztuczkach, rozumiejąc, że chodzi o zwykłe grabieże, gwałty i morderstwa, a nie żadną sprawiedliwość, i pogonił czerwoną hołotę, wskutek czego Europa Zachodnia nie zaznała jeszcze komunizmu, choć od kilkunastu lat usilnie się o to stara.

Ciekawe, co też mają na myśli współcześni piewcy sprawiedliwości społecznej. Gdyby, co zdają się sugerować, chodziło o to, żeby wszystkim było po równo lepiej, to jest na to wiele sposobów, które można wprowadzić od ręki. Można na przykład znieść całkowicie akcyzę na paliwa. Paliwo po złoty pięćdziesiąt za litr powinno być wystarczająco sprawiedliwe społecznie. Gdyby ktoś jednak argumentował, że nie wszyscy mają samochody i tak dalej, można przecież całkowicie znieść podatek VAT.  Niemal wszystko tańsze w sklepach o ponad dwadzieścia procent powinno uczynić zadość nawet najtwardszym społecznym wymaganiom.

Można też całkowicie wyeliminować inflację. Ten krok wymaga zrozumienia, że rząd do spółki z systemem bankowym tworzą pieniądze z powietrza – jak to określał Murray N. Rothbard – ale jak ktoś chce przewodzić masom w drodze ku lepszemu, to chyba można wymagać od niego, aby takie rzeczy rozumiał?

Jednak te wszystkie kroki byłyby przejawem zwykłej sprawiedliwości, więc nie o to w tym zapewne chodzi. To doprawdy zastanawiające, jak niewiele opiniotwórczych osób upomina się o niższe podatki i swobodę wszelkiej uczciwej działalności, jednocześnie domagając się bliżej niesprecyzowanej sprawiedliwości społecznej.

Pewne światło na całą sprawę rzuci być może rozmowa, którą - jako reprezentatywną dla wielu wykształconych i myślących ludzi - przytoczę poniżej.

Rzecz poszła o spodziewane bankructwo ZUS-u. Mój rozmówca przyznał, że widzi i rozumie, iż instytucja ta robi wszystkich przymusowych składkowiczów w konia, gdyż pobieranych składek nijak nie odda nikomu w przyszłości, nie mówiąc już o odsetkach, jednak na sugestię, że należy się jej pozbyć, a pieniądze pozostawić do dyspozycji ludzi, stwierdził, że nie można tego zrobić, bo wiele osób jest zbyt nieodpowiedzialnych i nie odłoży nic na emeryturę. Innymi słowy jesteśmy zbyt głupi, by sami o siebie zadbać.

Jest to pogląd powszechny i niemal nieograniczony, w miejsce emerytur można podstawić cokolwiek: służba zdrowia – jesteśmy zbyt głupi, by wykupić ubezpieczenie, edukacja – jesteśmy zbyt głupi, by posyłać dzieci do szkół, nie daj Boże – broń – jesteśmy zbyt głupi, by ją posiadać i tak dalej. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, jaki wniosek należy wysnuć z faktu, że niektórzy przepijają wszystkie swoje pieniądze? Albo że źle zajmują się dziećmi?

Tymczasem rząd musi pożyczyć kolejne miliardy złotych, by wydać je w tych obszarach, w których jesteśmy rzekomo zbyt głupi, by sobie poradzić. W tym celu senatorowie RP „zawiesili” zapisany w konstytucji próg ostrożnościowy, chociaż konstytucja niczego takiego nie przewiduje. Może to być pewnym otrzeźwieniem dla tych osób, które wierzą w rzeczy typu trójpodział władzy, konstytucja, karty praw i tym podobne deklaracje. Jak widać, potrzeba jest matką wynalazku i wszystko da się obejść, kiedy pusta kasa.

Niestety, nie widać najmniejszej woli wycofania się państwa z jakichkolwiek już okupowanych dziedzin życia, zatem system niechybnie wyrżnie głową w mur, kiedy okaże się, że nikt już rządowi nie chce pożyczać i trzeba będzie podnieść podatki, a i najpewniej stopy procentowe, czego wielu Polaków, już balansujących na krawędzi, może spokojnie nie przetrzymać. Tylko czy oburzeni ludzie zrozumieją, że to upadek socjalizmu, czy też tradycyjnie obarczą winą za swoje kłopoty nasz rzekomo wolny rynek?

 


ZAPOMNIANY CZŁOWIEK

„Skoro tylko A zauważy coś, co wydaje mu się złe, i wskutek czego cierpi X, omawia sprawę z B, po czym A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinien zrobić C (...).”  Tak pisał już w XIX wieku Wiliam Graham Sumner, trafnie opisując „proces legislacyjny” i nazywając C „Zapomnianym Człowiekiem”. C ciężko pracuje, aby utrzymać coraz większą rzeszę X-ów, ale to nie interesuje rządzących, bo dla nich nie istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość. Żyją oni w przeświadczeniu, że prawo przez nich stanowione stoi wyżej od praw naturalnych, zatem w majestacie „prawa”, legalnie można ograbiać ludzi, a moralnym uzasadnienieniem będzie potrzeba, jaką ma X i sam fakt uchwalenia ustawy.

Tak się składa, że zapomnianym człowiekiem, czyli C, jest z reguły osoba pracowita, rzetelna i uczciwa – bo tacy ludzie wytwarzają bogactwo. Zatem jeśli ktoś prezentuje cechy poszukiwane przez innych i przez to zarabia pienądze – zostanie odpowiednio do swoich zasług ukarany.

Powstaje jednak pytanie, jak dzielić pomiędzy X-ów zrabowane w podatkach i w inflacji (zwłaszcza w inflacji ostatnimi czasy!) pieniądze. Kto ma dostać i ile? Tutaj przebiegają linie podziałów, tutaj tworzą się polityczne spory.

Jedni chcą za „publiczne” pieniądze promować zboczenia (vide ideologia gender), inni, porządniejsi, chcą za „publiczne” pieniądze promować rodzinę i wartości. Z pozoru działania ludzi porządnych mają sens: skoro oni zabierają nam pieniądze na koncerty Madonny, in vitro, „transseksualne dzieci”, muzea holokaustu, czy co tam jest obecnie w modzie, to mogą równie dobrze łożyć na rodzinę, dopłacać do żłobków, rozdawać darmowe mleko i batoniki. Jest to jednak sensowne jedynie z pozoru, koniec końców wszystko to wróci pod postacią podatków, inflacji i demoralizacji wynikającej z życia za cudze pieniądze.

Podstawową troską jasno myślącego człowieka powinno być zatem to, by nie było czego dzielić z „publicznych” pieniędzy. Powinniśmy się spierać o zniesienie danin, a nie o to, jak je wydać! Świat jest tak urządzony, że ucziwość, rzetelność, pracowitość, pewność siebie, rodzina, przebojowość i odwaga popłaca. Z takimi ludźmi chętniej się robi interesy, od takich ludzi chętniej się kupuje, takich ludzi chętniej się zatrudnia, z takimi ludźmi lepiej się przebywa. Ludziom porządnym nie trzeba dopłacać – im trzeba przestać zabierać. Z kolei osoby niesłowne, leniwe, agresywne czy niemoralne mają trudności ze znalezieniem zajęcia i swojego miejscaw świecie. To jest prawo naturalne, takie jak prawo ciążenia albo to, że dwa razy dwa to cztery.

Jedyną i pewną drogą do degeneracji moralnej jest więc zabieranie pieniędzy tym, którzy je zdobywają własnym wysiłkiem, i rozdawanie tym, którzy w normalnych warunkach by ich nie mieli.

W ten oto sposób dochodzimy do sedna. Jeśli stwierdzimy, że problemem dzisiejszego świata jest rozpasanie moralne, zanik wartości, uczuć i zdrowego rozsądku, to winić za to powinniśmy w pierwszym rzędzie podatki i inflację. W warunkach, gdy pracowitość i cnota nie popłaca, nawet święty nie wytrzyma i połakomi się w końcu na „darmową” kasę, i … zgnuśnieje.


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut