1.6 C
Lublin, PL
21 listopada 2017

Moralność podatków

„9 sierpnia 1943 roku austriacki rolnik Franz Jägerstätter został ścięty przez niemieckie władze wojskowe, ponieważ wielokrotnie odmawiał złożenia przysięgi wojskowej oraz wzięcia udziału w czymś, co nazwał >>niesprawiedliwą wojną<<. (…) Trwał w tym przekonaniu nawet w obliczu wszelkiego możliwego rodzaju sprzeciwów ze strony wojska i państwa, ale także ze strony innych katolików, duchowieństwa i oczywiście własnej rodziny. Musiał spotkać się praktycznie ze wszystkimi >>chrześcijańskimi argumentami<<, jakie podaje się, by usprawiedliwić wojnę. Traktowano go jako buntownika, osobę nieposłuszną wobec legalnej władzy, zdrajcę własnego kraju. Oskarżono go o egoizm, upór, brak troski o rodzinę oraz o lekceważenie obowiązków wobec własnych dzieci. (…) Mówiono mu również, że nie ma wystarczających informacji, by osądzać, czy wojna jest sprawiedliwa, czy też nie; że ma obowiązek podporządkowania się >>wyższej mądrości<< państwa.” [1]


 

Jeśli komuś wydaje się, że te czasy minęły, niech tylko spróbuje zakwestionować „wyższą mądrość państwa” w wydawaniu naszych pieniędzy, a natychmiast spotka się z identycznymi argumentami, jak ów Austriak kilkadziesiąt lat temu. Jednostka ma nadal poświęcać jeśli nie życie, to niemal cały swój produktywny wysiłek dla dobra abstrakcyjnego ogółu, co ma zapewnić powszechne szczęście. Unikanie płacenia podatków traktowane jest przez „porządnych obywateli” niemal w kategorii grzechu, zaś sam pomysł, że podatki są złe i szkodliwe, jawi się jako próba wywrócenia porządku społecznego.

 

Na skutek wieloletniej propagandy, finansowanej oczywiście z podatków, niemal każdy „rozumie” potrzebę opodatkowania, jednocześnie prawie nikt nie wie, że podatki to nie tylko podatek dochodowy, ale wszelkie daniny płacone państwu, wliczając w to „składki” emerytalne, zdrowotne, opłaty ukryte „po stronie pracodawcy”, VAT, akcyzy, cła, oraz – przede wszystkim – inflację. Inflacja to w istocie tworzenie pieniędzy „z powietrza”, na skutek czego wszyscy egalitarnie biedniejemy.

 

Nikt zatem nie ma pojęcia, ile wynoszą podatki, pewne jest jednak, że niebezpiecznie zbliżają nas do poziomu niewolnictwa. Właściwie nie ma też sposobu na odwrócenie trendu mocnego wzrostu podatków, chyba że wystarczająco wiele osób zrozumie, czym one właściwie są i jak wpływają na nasze codzienne życie.

 

Przede wszystkim podatki to kradzież. Jakkolwiek bowiem politycy, szczególnie ci rządzący  (żyjący przecież z podatków), oraz ich wszelkiej maści klakierzy nie obracaliby tego kota ogonem, musimy przyznać, że pewna zorganizowana grupa ludzi pod groźbą użycia przemocy zabiera pieniądze drugiej grupie ludzi, eufemistycznie nazywając to „opodatkowaniem”. Aby pozostawać w zgodzie z elementarną przyzwoitością, musimy uznać to za stan faktyczny. Jeżeli zatem opodatkowanie to kradzież – czyn moralnie naganny – zatem wszelkie  (nawet te pozornie dobre) efekty płynące z opodatkowania skażone są „grzechem pierworodnym”, jakim było wywłaszczenie kogoś z majątku. Praktyka pokazuje jednocześnie, że podatki dotykają głównie ludzi mało zaradnych i biednych, czyli tych, dla dobra których (podobno) są w pierwszym rzędzie wprowadzane.

 

Wiele osób uznaje ten argument, ma jednak wątpliwości, jak społeczeństwo funkcjonowałoby bez opodatkowania. A przecież istnieją prywatne przedszkola i prywatne szkoły, i prywatne szpitale, i prywatne drogi i wszystko to działa kilkanaście razy lepiej od tych państwowych. Płacąc sto pięćdziesiąt złotych ubezpieczenia miesięcznie, można wykupić pakiet opieki zdrowotnej dla całej rodziny łącznie z rehabilitacjąi podstawowymi badaniami. Płacąc tysiąc pięćset złotych przymusowego haraczu do NFZ-u, nie można nawet ustalić wizyty u lekarza rodzinnego.

 

Dodatkowo, potulnie płacąc podatki, rozstajemy się ze swoimi pieniędzmi i nie mamy najmniejszej kontroli nad tym, na co są one wydawane. Istnieje duża szansa na to, że pieniądze, które dzisiaj oddajemy, finansują to, czego nie popieramy, i to, czego nie chcemy. Jeśli ktoś zatem uważa płacenie podatków za moralny obowiązek wręcz zagrożony sankcją grzechu, powinien najpierw odpowiedzieć uczciwie na pytanie: czy wiesz, co finansujesz? Czy przypadkiem nie przyczyniasz się w ten sposób do prowadzenia wojen, promowania aborcji, demoralizacji młodzieży, propagowania  badziewia czy też źle pojętej tolerancji? A do tego być może urzędnik opłacany z Twoich podatków przyjdzie odebrać Ci pod byle pozorem Twoje dziecko lub zamknąć Twoją firmę?

 

Oprócz argumentów moralnych za zniesieniem opodatkowania istnieje szereg argumentów utylitarnych. Podatki wypierają działalność prywatną. Niemożliwe lub bardzo trudne jest prowadzenie działalności tam, gdzie dobra i usługi dostarczane są „za darmo” (czyli finansowane pod przymusem). Ponieważ w tych „darmowych” sektorach zanika konkurencja, dostarczane dobra i usługi (o ile w ogóle są dostarczane) są podłej jakości oraz mają wysoką cenę, ukrytą jednak przed ostatecznym odbiorcą. Ponieważ w takim wypadku pieniądze w żaden sposób nie podążają za konsumentem, traktowany jest on raczej jako petent – problem, którego trzeba się pozbyć, nie zaś jako klient pełną gębą, którym zapewne by został, gdyby pieniądze przynosił po prostu ze sobą.

 

Podatki nie są więc „mniejszym” lub „koniecznym” złem, nie są też „w końcowym rozrachunku dobre” ani „tak pewne, jak śmierć”. Są raczej narzędziem niesprawiedliwości, demoralizują beneficjentów, uczą cwaniactwa, obniżają satysfakcję z wykonywanej pracy, a co za tym idzie, produktywność i chęć do działania. U tych, którzy utrzymywani są z podatków, powodują zanik kręgosłupa moralnego, a w konsekwencji zdrowego rozsądku, u tych zaś, którzy zmuszeni są płacić podatki, wywołują niechęć i wpływają na zanik dobroczynności.

 

Niestety sprawa postrzegania podatków wciąż wygląda podobnie, jak w następującej opowieści: „Dwóch podróżnych wybrało się w drogę. Kiedy szli przez las, rozbójnicy napadli obu, jednego ograbili, drugiemu zaś udało się szczęśliwie ujść z dobytkiem. Kiedy dotarli do wsi, wszelkie pretensje skupiły się na tym drugim podróżnym”. Czyż nie pora jednak potępić rozbójników, zamiast wieszać psy na tym, który uciekł?

 

1 Thomas Merton “Pasja pokoju” s. 388-389.

 

Gra w gęś

„Gra w gęś” to określenie pewnej praktyki w komunistycznych Chinach mającej na celu ochronę biurokratów przed odpowiedzialnością za swoje czyny. Polega ona na przenoszeniu papierów z jednego ministerstwa do drugiego, od urzędnika do urzędnika, stemplowaniu wszystkiego to tu, to tam – aż do momentu, w którym nie da się ustalić, kto właściwie podjął daną decyzję. Czyż nie wystarczy przejść się do urzędu zdrowia, eufemistycznie zwanego przychodnią, żeby poczuć, jak „gra w gęś” sprawdza się u nas? Na jakikolwiek komentarz – na przykład na temat absurdalności papierów, które trzeba wypełniać – wszyscy pracownicy nieodmiennie kiwają głowami ze zrozumieniem, jednocześnie szybko dodając: „ja tego nie wymyśliłem!”. Podobnie jest w innych sferach życia, w których zwykły człowiek styka się z państwem (czyli w dzisiejszych czasach – niemal wszędzie).
Każdy może wybrać absurdy z własnego poletka – a to każą wymienić kasy fiskalne, bo „zmieniają się przepisy” (same się zmieniają?), a to małe przedszkole musi mieć w kuchni co najmniej trzy zlewy i dwie zmywarki (w tym jedną przemysłową, która jednakowoż zwykłych sztućców dobrze nie umyje), a to zatroskany policjant wlepi mandat za jazdę bez pasów na parkingu i tak dalej. Nikt tego nie wymyślił, wszystkim zainteresowanym jest równie ciężko i smutno z powodu, że to tak działa, no i oczywiście niczego nie da się zmienić. A podobno nie dalej jak w XIX wieku człowiek miał tak mało styczności z urzędnikami, że mógł właściwie nie wiedzieć, w jakim państwie żyje. Można było przejechać pół kontynentu bez pokazywania papierów, oraz bez wymieniania waluty, która – jak wiadomo – była wszędzie jednakowa, i to znacznie twardsza od współczesnego Euro. Ochrana – tajna policja cara rosyjskiego, prawdopodobnie największego despoty tamtych czasów, liczyła zaledwie kilka tysięcy funkcjonariuszy. „Quo vadis, świecie?” chciałoby się zapytać...

Jeśliby natomiast wyliczyć dziedziny życia, w których współczesny człowiek jest ubezwłasnowolniony, wyszłaby nam całkiem imponująca lista. Nie mamy na przykład żadnego wpływu na to, czego i czy w ogóle uczą się nasze dzieci w szkole. Każde ma zostać wychowane według państwowych wzorców i basta. Nie możemy na własną rękę kupić pewnych lekarstw, wybudować domu, ściąć drzewa, zjeść prawdziwych lodów, zacząć handlować na ulicy, „prowadzić działalności gospodarczej” i tak dalej. Weterynarzowi nie wolno leczyć świń bez świńskiej kartoteki, bez odpowiedniego świstka nie można zostać notariuszem, taksówkarzem czy kierowcą. Każdy zawód musi być sklasyfikowany, poważony i pomierzony. Każda działalność ujęta w ramy sztywnej biurokracji. Jeśli coś by uciekło kodyfikacji, to tylko dlatego, że urzędnicy nie nadążają za współczesnym światem. Musimy płacić vaty, zusy i pity, mówić urzędnikowi, ile zarabiamy, oraz obowiązkowo ubezpieczać się od wypadków i od utraty zdrowia, nawetjeśli wołami nie damy się zaciągnąć do szpitala. Jeśli zaś – mimo wszystko – jesteśmy pracodawcami, to nie wolno nam się dogadać z pracownikiem na temat ilości urlopu, godzin pracy czy planów na przyszłość. Nie wolno nam „dyskryminować” kandydatów, nawet jeśli ich wyraźnie nie lubimy, a na koniec, z pieniędzy, które wydamy na pracownika, dostanie on jedynie połowę i będzie wiecznie niezadowolony, słusznie twierdząc, że zarabia o tę połowę za mało.

Że podobnie źle się dzieje nawet w tradycyjnie liberalnych krajach, świadczy niedawny przypadek Włocha, który posłał pracowników na zasłużone wakacje, a sam cichaczem rozmontował własną fabrykę i „śrubka po śrubce” przewiózł ją do Polski. Nie wie biedaczyna, na co się pisze u nas. Chociaż z drugiej strony, może trafi na urzędników, którzy „dadzą mu żyć”. Bo i tacy podobno się zdarzają…


W rocznicę odzyskania wolności

Kiedy na świat przyjdzie dziecko, należy je zarejestrować w urzędzie w przeciągu dwóch tygodni. Samochody, źródła dochodów, nieruchomości, firmy i tym podobne rejestruje się po to, aby urzędnicy mieli nad nimi kontrolę. W odpowiednim czasie państwo zażąda ubezpieczenia, podatku od dochodów, od darowizny, od spadku, od oszczędności, od nieruchomości i tak dalej. W tym samym celu rejestruje się też człowieka - aby od pierwszych chwil poddać go prawnemu przymusowi. W ciągu kilku minut po urodzeniu, dla dobra społeczeństwa rzecz jasna, musi dożylnie przyjąć dawkę toksyn i wirusów dla niepoznaki nazwanych szczepionkami. Wtedy też po raz pierwszy staje się źródłem zarobku dla pseudokapitalistów, którzy zamiast oferować swoje usługi na rynku, wolą wymusić ich "zakup" za pomocą propagandy i opresyjnego prawa. Podobny mechanizm zadziała i później, kiedy dorosłe już dziecko przymusi się do "wyboru" OFE albo innego „ubezpieczenia”.

Kiedy dziecko podrośnie, zostanie poddane "obowiązkowi przedszkolnemu" a niedługo potem – "szkolnemu". Rodzice dziecka nie będą mieć w zasadzie żadnego wpływu na to, czego jest uczone, zaś sam proces nauki zostanie zamieniony w parodię zdobywania ocen, a nie wykształcenia. Wyrośnięte dziecko stanie się w końcu podstawą dobrobytu ekonomicznego wielu urzędników, fałszywych przedsiębiorców i polityków oraz – zgodnie z najlepszą pruską tradycją - przymusowym żywicielem emerytów, którym odebrano wcześniej szansę na zdobycie własnych oszczędności. Politycy będą pożyczać pieniądze, zastawiając jego dochody na kilkadziesiąt lat do przodu. Wydadzą je na bezsensowne „projekty” niszczące kręgosłup moralny całego pokolenia – tam, gdzie króluje łatwa kasa, szybko tracą na znaczeniu zasady i elementarna uczciwość.

Jeśli założy własną firmę - urzędnicy będą nękać ją kontrolami. Każą płacić haracze za licencje i atesty. Jeśli będzie pracować u kogoś - określą dokładnie, ile godzin tygodniowo i na jakich warunkach. Zabiorą bez słowa sensownego uzasadnienia połowę pensji. Każą "odkładać" na emeryturę w momencie, w którym najbardziej potrzebuje pieniędzy - na założenie i utrzymanie rodziny.

Jeśli zechce wybudować dom, będzie musiał prosić o zgodę miejscowe władze. Podobnie jeśli zechce ściąć własne drzewo. Zostanie ukarany dotkliwym mandatem, jeśli przekroczy nieco dozwoloną prędkość. Nikt mu jednak nie zapłaci za stanie w korkach po kilka godzin dziennie. Będzie płacił obowiązkowe "ubezpieczenia" zdrowotne, jednak lepiej niech nie choruje, jeśli go na to nie stać. Każdego roku inflacja będzie zżerać kilka procent jego oszczędności, zabierając tym samym połowę co dwadzieścia lat.

Przy tym wszystkim będzie święcie wierzył, że żyje w liberalizmie i kapitalizmie. Zapatrzony w kraje Zachodu, będzie nazywał demokrację najlepszym systemem, jaki wymyślono. Będzie wybierał sobie „przywódców”, chodził na wybory, choć nikt nigdy nie zada w nich podstawowego pytania – czy w ogóle chce on mieć nad sobą pana. Na wzmiankę o monarchii zareaguje pobłażliwym, pełnym szyderstwa uśmiechem, ale nie zauważy nawet, że partie polityczne zmieniają tylko nazwy, bynajmniej nie ludzi, którzy w sprawie gnębienia społeczeństwa zawsze głosują tak samo - wszyscy za (jeśli przyjmuje on, że król jest tylko zwykłym gnębicielem, czy się to zatem czymś – co do zasady – różni od owej wyśmiewanej przez niego monarchii?).

Na koniec, jego dom, samochód i cokolwiek posiada będą mogły zostać zajęte przez państwo pod byle pretekstem, zaś on sam w dowolnym momencie powołany do wojska i wysłany na drugi koniec świata. Jednocześnie, mimo że sytuacja geograficzna naszego kraju jakoś się nie zmieniła - Polska nadal leży między Niemcami a Rosją - nie wolno mu będzie posiadać broni, o której nawet będzie się bał rozmawiać, nie mówiąc o jej bezpiecznym używaniu. Oto Polska Anno Domini 2013.

Pomyślmy o tym w listopadzie, kiedy po raz kolejny powtarzać będziemy, że mieszkamy w wolnym i niepodległym kraju.

Bartłomiej Podolski


CORAZ BLIŻEJ MURU

Sprawiedliwość społeczna musi być czymś zgoła innym od zwyczajnej sprawiedliwości, skoro począwszy od hierachów kościelnych, skończywszy na przewodniczących związków zawodowych, wszyscy nawołują do sprawiedliwości społecznej właśnie.

Zwykła sprawiedliwość zakłada, że każdy dostaje to, na co zasługuje, sprawiedliwość społeczna musi zatem polegać na tym, że przynajmniej niektórzy dostają to, na co nie zasłużyli. Ciekawe, że ponad dziewięćdziesiąt lat temu bolszewicy nieśli na zachód te same ideały sprawiedliwości społecznej i braterstwa, do których i dziś zachęcają nas rozmaite autorytety, a o których pewien Francuz, po doświadczeniach rewolucji we własnym kraju, napisał, że gdyby miał brata, to wolałby go nazywać kuzynem. Naród poznał się jednak na tych szatańskich sztuczkach, rozumiejąc, że chodzi o zwykłe grabieże, gwałty i morderstwa, a nie żadną sprawiedliwość, i pogonił czerwoną hołotę, wskutek czego Europa Zachodnia nie zaznała jeszcze komunizmu, choć od kilkunastu lat usilnie się o to stara.

Ciekawe, co też mają na myśli współcześni piewcy sprawiedliwości społecznej. Gdyby, co zdają się sugerować, chodziło o to, żeby wszystkim było po równo lepiej, to jest na to wiele sposobów, które można wprowadzić od ręki. Można na przykład znieść całkowicie akcyzę na paliwa. Paliwo po złoty pięćdziesiąt za litr powinno być wystarczająco sprawiedliwe społecznie. Gdyby ktoś jednak argumentował, że nie wszyscy mają samochody i tak dalej, można przecież całkowicie znieść podatek VAT.  Niemal wszystko tańsze w sklepach o ponad dwadzieścia procent powinno uczynić zadość nawet najtwardszym społecznym wymaganiom.

Można też całkowicie wyeliminować inflację. Ten krok wymaga zrozumienia, że rząd do spółki z systemem bankowym tworzą pieniądze z powietrza – jak to określał Murray N. Rothbard – ale jak ktoś chce przewodzić masom w drodze ku lepszemu, to chyba można wymagać od niego, aby takie rzeczy rozumiał?

Jednak te wszystkie kroki byłyby przejawem zwykłej sprawiedliwości, więc nie o to w tym zapewne chodzi. To doprawdy zastanawiające, jak niewiele opiniotwórczych osób upomina się o niższe podatki i swobodę wszelkiej uczciwej działalności, jednocześnie domagając się bliżej niesprecyzowanej sprawiedliwości społecznej.

Pewne światło na całą sprawę rzuci być może rozmowa, którą - jako reprezentatywną dla wielu wykształconych i myślących ludzi - przytoczę poniżej.

Rzecz poszła o spodziewane bankructwo ZUS-u. Mój rozmówca przyznał, że widzi i rozumie, iż instytucja ta robi wszystkich przymusowych składkowiczów w konia, gdyż pobieranych składek nijak nie odda nikomu w przyszłości, nie mówiąc już o odsetkach, jednak na sugestię, że należy się jej pozbyć, a pieniądze pozostawić do dyspozycji ludzi, stwierdził, że nie można tego zrobić, bo wiele osób jest zbyt nieodpowiedzialnych i nie odłoży nic na emeryturę. Innymi słowy jesteśmy zbyt głupi, by sami o siebie zadbać.

Jest to pogląd powszechny i niemal nieograniczony, w miejsce emerytur można podstawić cokolwiek: służba zdrowia – jesteśmy zbyt głupi, by wykupić ubezpieczenie, edukacja – jesteśmy zbyt głupi, by posyłać dzieci do szkół, nie daj Boże – broń – jesteśmy zbyt głupi, by ją posiadać i tak dalej. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, jaki wniosek należy wysnuć z faktu, że niektórzy przepijają wszystkie swoje pieniądze? Albo że źle zajmują się dziećmi?

Tymczasem rząd musi pożyczyć kolejne miliardy złotych, by wydać je w tych obszarach, w których jesteśmy rzekomo zbyt głupi, by sobie poradzić. W tym celu senatorowie RP „zawiesili” zapisany w konstytucji próg ostrożnościowy, chociaż konstytucja niczego takiego nie przewiduje. Może to być pewnym otrzeźwieniem dla tych osób, które wierzą w rzeczy typu trójpodział władzy, konstytucja, karty praw i tym podobne deklaracje. Jak widać, potrzeba jest matką wynalazku i wszystko da się obejść, kiedy pusta kasa.

Niestety, nie widać najmniejszej woli wycofania się państwa z jakichkolwiek już okupowanych dziedzin życia, zatem system niechybnie wyrżnie głową w mur, kiedy okaże się, że nikt już rządowi nie chce pożyczać i trzeba będzie podnieść podatki, a i najpewniej stopy procentowe, czego wielu Polaków, już balansujących na krawędzi, może spokojnie nie przetrzymać. Tylko czy oburzeni ludzie zrozumieją, że to upadek socjalizmu, czy też tradycyjnie obarczą winą za swoje kłopoty nasz rzekomo wolny rynek?

 


ZAPOMNIANY CZŁOWIEK

„Skoro tylko A zauważy coś, co wydaje mu się złe, i wskutek czego cierpi X, omawia sprawę z B, po czym A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinien zrobić C (...).”  Tak pisał już w XIX wieku Wiliam Graham Sumner, trafnie opisując „proces legislacyjny” i nazywając C „Zapomnianym Człowiekiem”. C ciężko pracuje, aby utrzymać coraz większą rzeszę X-ów, ale to nie interesuje rządzących, bo dla nich nie istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość. Żyją oni w przeświadczeniu, że prawo przez nich stanowione stoi wyżej od praw naturalnych, zatem w majestacie „prawa”, legalnie można ograbiać ludzi, a moralnym uzasadnienieniem będzie potrzeba, jaką ma X i sam fakt uchwalenia ustawy.

Tak się składa, że zapomnianym człowiekiem, czyli C, jest z reguły osoba pracowita, rzetelna i uczciwa – bo tacy ludzie wytwarzają bogactwo. Zatem jeśli ktoś prezentuje cechy poszukiwane przez innych i przez to zarabia pienądze – zostanie odpowiednio do swoich zasług ukarany.

Powstaje jednak pytanie, jak dzielić pomiędzy X-ów zrabowane w podatkach i w inflacji (zwłaszcza w inflacji ostatnimi czasy!) pieniądze. Kto ma dostać i ile? Tutaj przebiegają linie podziałów, tutaj tworzą się polityczne spory.

Jedni chcą za „publiczne” pieniądze promować zboczenia (vide ideologia gender), inni, porządniejsi, chcą za „publiczne” pieniądze promować rodzinę i wartości. Z pozoru działania ludzi porządnych mają sens: skoro oni zabierają nam pieniądze na koncerty Madonny, in vitro, „transseksualne dzieci”, muzea holokaustu, czy co tam jest obecnie w modzie, to mogą równie dobrze łożyć na rodzinę, dopłacać do żłobków, rozdawać darmowe mleko i batoniki. Jest to jednak sensowne jedynie z pozoru, koniec końców wszystko to wróci pod postacią podatków, inflacji i demoralizacji wynikającej z życia za cudze pieniądze.

Podstawową troską jasno myślącego człowieka powinno być zatem to, by nie było czego dzielić z „publicznych” pieniędzy. Powinniśmy się spierać o zniesienie danin, a nie o to, jak je wydać! Świat jest tak urządzony, że ucziwość, rzetelność, pracowitość, pewność siebie, rodzina, przebojowość i odwaga popłaca. Z takimi ludźmi chętniej się robi interesy, od takich ludzi chętniej się kupuje, takich ludzi chętniej się zatrudnia, z takimi ludźmi lepiej się przebywa. Ludziom porządnym nie trzeba dopłacać – im trzeba przestać zabierać. Z kolei osoby niesłowne, leniwe, agresywne czy niemoralne mają trudności ze znalezieniem zajęcia i swojego miejscaw świecie. To jest prawo naturalne, takie jak prawo ciążenia albo to, że dwa razy dwa to cztery.

Jedyną i pewną drogą do degeneracji moralnej jest więc zabieranie pieniędzy tym, którzy je zdobywają własnym wysiłkiem, i rozdawanie tym, którzy w normalnych warunkach by ich nie mieli.

W ten oto sposób dochodzimy do sedna. Jeśli stwierdzimy, że problemem dzisiejszego świata jest rozpasanie moralne, zanik wartości, uczuć i zdrowego rozsądku, to winić za to powinniśmy w pierwszym rzędzie podatki i inflację. W warunkach, gdy pracowitość i cnota nie popłaca, nawet święty nie wytrzyma i połakomi się w końcu na „darmową” kasę, i … zgnuśnieje.


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut

PLN - Polski złoty
EUR
4,2290
USD
3,6090
GBP
4,7786
HUF
0,0135