17 października 2018

Intelektualna ekwilibrystyka arcybiskupa

Mieczysław Pajewski Jak pisałem w majowym numerze Idź Pod Prąd, problem zła istniejącego w świecie, a zwłaszcza osobista tragedia – śmierć ukochanej córki, doprowadziła Darwina...

80. rocznica procesu Scopesa (“małpiego procesu”), cz. 1

Mieczysław Pajewski W lipcu 2005 roku minęła 80 rocznica bardzo ważnego wydarzenia w sporach o pochodzenie. Uczestnicy tego wydarzenia nazwali je „małpim procesem” i tak...

Choroba Darwina

Charles Robert Darwin, według dziewiętnastowiecznego polskiego i słusznie dziś zarzuconego zwyczaju tłumaczenia imion 1 - Karol Darwin, urodził się 12 lutego 1809 roku w Downe, dwadzieścia kilometrów na południowy wschód od Londynu. Gdy miał osiem lat, zmarła mu matka i życia uczyły go siostry. W Autobiografii napisanej, gdy miał 67 lat, wspomniał, że w ogóle matki nie pamięta. Za młodu lubił strzelanie do ptaków. Później interesował się owadami, motylami itp. Około osiemnastego roku życia zaczął zbierać muszle jaja, pieczątki, monety itd. Uważał później, że pasja kolekcjonowania "miała wyraźnie wrodzony charakter". Trzy lata później przyglądał się, jak jego starszy brat dokonuje eksperymentów chemicznych i bardzo go to interesowało. Zbierając minerały, interesował się przede wszystkim ich nazwami, nie usiłując ich klasyfikować.

W wieku szesnastu lat uważano go za zwykłego chłopca, stojącego intelektualnie raczej poniżej średniej - jak skromnie zapisał w Autobiografii. Nie odnosił sukcesów w dziedzinach wymagających racjonalnego myślenia, jak metafizyka czy matematyka. Przejawiał niewielką inicjatywę, by rozumieć ogólne zasady. 2 Temat ewolucji w rodzinie Darwinów był znany długo przedtem, zanim Karol przyszedł na świat. Dziadek Karola, Erazm Darwin, w latach 1794-1796 wydał książkę Zoonomia. Odrzucił w niej mechanistyczną interpretację człowieka, popularyzowaną w tamtych czasach przez takich myślicieli jak hrabia de Buffon (1707-1788) czy Julian Offray de la Mettrie (1709-1751). Zwłaszcza tytuł książki napisanej przez tego ostatniego - Człowiek maszyna - wiele mówił o pojmowaniu istoty człowieka przez materialistów oświeceniowych.

Babcia Karola, czyli żona Erazma, zmarła na nieznaną chorobę i strach przed nią dręczył ich potomków. Sam Erazm korespondował ze swoim synem, Robertem, ojcem Karola, na temat prawdopodobieństwa dziedziczenia chorób. Robert pojął za żonę Zuzannę ze znanej rodziny Wedgwoodów. Członkowie tej rodziny byli raczej sceptycznie usposobieni do religii. Jednym z nielicznych wyjątków była Emma Wedgwood, która została żoną Karola. Matka Karola miała brata i Emma była jego córką. Dla Karola była więc bliską krewną, siostrą cioteczną. Niewykluczone, że to właśnie było przyczyną śmierci kilkorga dzieci Karola i Emmy, a pośrednio wpłynęło w istotny sposób na pojawienie się darwinowskiej teorii ewolucji. 3 Wcześniej Karol był zakochany w Fanny Owen, ale poślubiła ona Roberta Biddulpha, gdy Karol uczestniczył w znanej wyprawie na statku "Beagle".

Ojciec Karola, Robert, był mężczyzną olbrzymiej postury. Przy wzroście blisko 190 cm ważył 175 kg. Sam Karol opisał go jako najpotężniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widział. Jak twierdziła Emma, żona Karola, jego ojciec nie rozumiał syna i nie lubił go. Utrzymywał w rodzinie surową dyscyplinę, a Karol uważał go za światłego człowieka. Właśnie to połączenie - osobowej wspaniałości i surowego charakteru - miało doprowadzić Karola, zdaniem niektórych komentatorów, w tym lekarzy, do choroby psychosomatycznej. Według jednego z tych lekarzy, Douglasa Hubble'a,

choroba Karola Darwina wyrosła z tłumienia i nierozpoznawania bolesnych emocji. Takim emocjom zawsze towarzyszy strach, gwałt lub nienawiść [...]. U Karola Darwina emocje te pochodziły z jego związku z ojcem.

Diagnoza ta ukazała się najpierw w brytyjskim czasopiśmie medycznym, Lancet, a w Autobiografii Darwina umieściła ją jego wnuczka, Nora Barlow, która zdecydowała się wydać nieokrojony tekst. 4 Do podobnego wniosku, jak Hubble, doszli trzej inni lekarze, wymienieni w tej książce: Walter Alvarez, Rankine Good i E.J. Kempf. Do zdrowotnych problemów Darwina należały zawroty głowy, zmęczenie psychiczne, bóle mięśni, bóle żołądka i nieprawidłowości skórne. 5

Dr Ralph Colp, psychiatra, zauważył, 6 że chociaż Karol Darwin cierpiał na palpitacje serca, zanim w grudniu 1831 roku wyruszył z Plymouth na wyprawę statkiem "Beagle", w trakcie samej wyprawy i po powrocie do Anglii w październiku 1836 roku, to jednak stan ten jeszcze się pogorszył w 1836 roku, kiedy rozpoczął spisywać w tajemnicy swoje ewolucjonistyczne poglądy. W następnym roku, między 1837 i 1838, palpitacje i rozstrój żołądka - choroby mające psychologiczne źródło - zaczęły się powtarzać z trudną do wytrzymania regularnością. Zdaniem Colpa prawdopodobnie główną przyczyną intensywnego charakteru choroby była ta tajna praca na temat ewolucji. Uważa on też, że początki tej choroby mogły być wywołane przez stres psychiczny związany z rozważaniami na ten sam temat. Choć Darwin wówczas jeszcze mógł wierzyć w odległego od spraw świata Boga, to musiał zdawać sobie sprawę, że konsekwencje światopoglądowe idei ewolucjonistycznych nie mogły przypaść do gustu nie tylko znanym mu uczonym, będącym także duchownymi (np. Sedgwickowi, Foxowi i Henslowowi), ale nawet jego własnej żonie.

Colp uważa więc, że Darwin cierpiał na chorobę psychiczną i to ona miała spowodować, że stał się kaleką, samotnikiem w wieku trzydziestu lat. Darwin mianowicie miał uświadamiać sobie, jak wielkie zamieszanie i spustoszenie wywoła jego teoria w świecie intelektualnym. 7 Co ciekawe, choroba miała się zacząć od myśli na temat teorii ewolucji, a stan zdrowia polepszył się, gdy już teoria ewolucji została zaakceptowana i Darwin przestał nad nią pracować. 8

Analogicznego spostrzeżenia dokonał Irving Stone, że nie tylko Darwin, ale także Joseph Hooker i Thomas Huxley byli hipochondrykami. Wszyscy oni uważali, że ich praca jest najważniejszą sprawą w ich życiu. Wskutek nadmiernej pracy podatni byli na realne i wyimaginowane choroby, a lekarstwem mogło być oderwanie się od pracy, np. w postaci wycieczki, albo zmiana tempa życia. 9

W liście do New York Timesa z 4 sierpnia 1991 roku dr Colp podał dalsze szczegóły na temat zdrowia Darwina. Po śmierci matki w 1817 roku, gdy miał zaledwie osiem lat, jego siostry nauczyły go, by nie wyrażał słowami uczuć żalu i zmartwienia. To wtedy zaczął je wyrażać objawami fizycznymi: bólami żołądka i zmianami skórnymi, kołataniem serca, zawrotami i bólem głowy. W dorosłym życiu przecierpiał trzy okresy szczególnego wzrostu choroby: w latach 1840-1841, 1848-1849 i 1863-1865. Był wówczas niemal niezdolny do pracy i bał się, że umrze. Zdaniem Colpa przyczyn należy szukać w połączeniu stresów psychologicznych: zamartwianie się narodzinami, opieką i zdrowiem jego dziesięciorga dzieci, trudności w udowodnieniu teorii ewolucji, obawa przed krytyką za antyreligijne implikacje tej teorii, a także żal po utracie ojca.

Ślady choroby Darwina można zauważyć i dzisiaj, zwiedzając jego dom. W rogu pokoju, w którym uczony pisał swoje dzieła, za zasłoną znajdował się porcelanowy pojemnik na wymioty. Darwin często podczas pisania zmuszony był do szybkiego przerywania pracy i zwracania całej zawartości żołądka. Zdaniem Johna Darntona, który zwiedził dom twórcy ewolucjonizmu, 10 Darwin w ten sposób płacił osobistą cenę za to, że wyciągał logiczne wnioski, postępując wedle wskazań naukowych, niezależnie od tego, gdzie one go prowadziły. A prowadziły go one - według Darntona - do tego, że stał się narzędziem pozwalającym obalić pusty dogmat religii Zachodu.

Ten ostatni pogląd domaga się korekty. To nie było tak, że Darwin zaczął rygorystycznie stosować się do obiektywnej metody naukowej, w rezultacie czego "pusty dogmat religii Zachodu" stanął pod znakiem zapytania. Darwin - owszem - stosował się do metody naukowej, ale do tej, którą sam stworzył. To Darwin dopiero zaczął konsekwentnie stosować się do - jak ją nazywają filozofowie - zasady naturalizmu metodologicznego, czyli zakazu odwoływania się w wyjaśnieniach naukowych do przyczyn nadnaturalnych, do czegoś więcej jak tylko zjawisk i praw przyrody. Obalanie religii było więc nie skutkiem stosowania metody naukowej, ale jej założeniem. Darwin na samym początku przyjął postawę wykluczania Boga z jakichkolwiek wyjaśnień tego, co obserwujemy w świecie. Jeśli Bóg istnieje i działa lub działał w świecie, takie założenie musi prowadzić do istotnego zniekształcenia prawdy. Niestety, to arbitralne założenie rozpowszechniło się i dziś jest traktowane jako element definiujący naukę.

John Darnton nie za dobrze uświadamia sobie różnicę między założeniem i konsekwencją. Nie ma wątpliwości - pisze autor cytowanego artykułu - że Darwin zdawał sobie sprawę z olbrzymich światopoglądowych implikacji swego dzieła. W O powstawaniu gatunków nie atakował bezpośrednio idei Boga, ale jego teoria ewolucji drogą doboru naturalnego nie pozostawiała żadnego miejsca dla biblijnego stwórcy.

Z upływem lat ateistyczne przekonania Darwina stawały się coraz mocniejsze. Odwiedzającym go gościom ten znany już i szanowany na całym świecie myśliciel przedstawiał się chętnie jako niewierzący, a przynajmniej jako agnostyk. W autobiografii napisanej, gdy miał 73 lata, porównał dążenia religijne do zwykłego zachowania instynktownego, podobnego do obawy małpy przed wężami.

Janet Browne, autorka biografii Darwina, 11 przedstawiła go jako stalowy intelekt, akceptujący z odwagą myśl o wszechświecie bez Boga. Nie bał się spoglądać głęboko w pustą przestrzeń. Jeśli bowiem zwierzęta i rośliny są wynikiem nieosobowych, niezmiennych sił, to świat przyrody nie ma żadnego celu i moralności. My wszyscy, psy i rzepy przyczepiające się do ich ogonów, gołębie i chwasty, jesteśmy tym samym w oczach przyrody, równie ważni i równie zbędni.

Ponieważ całkiem często duchowni różnych wyznań, zwłaszcza katoliccy, wmawiają niezorientowanym, że między darwinizmem i religią nie ma konfliktu, przyjrzyjmy się paru cytatom z jednej tylko publikacji zmarłego parę lat temu czołowego biologa ewolucyjnego, Ernsta Mayra. Cytaty pochodzą z artykułu "Wpływ Darwina na myśl współczesną", Świat Nauki, wrzesień 2000, Nr 9 (109), s. 59-63:

"Przełomowe znaczenie zasady doboru naturalnego polega na tym, że pozwala ona zrezygnować z odwoływania się do 'przyczyn celowych' - czyli jakichś teleologicznych sił prowadzących do określonego z góry celu" (s. 60);
"[?] w połowie XIX wieku praktycznie wszyscy wielcy uczeni byli chrześcijanami. Uznawali, że świat został stworzony przez Boga, który - jak twierdzili teologowie przyrody - ustanowił mądre prawa, dzięki którym wszystkie organizmy są doskonale dostosowane do środowiska" (s. 61);
"Darwinizm odrzuca wszelkie zjawiska nadprzyrodzone. Teoria ewolucji drogą doboru naturalnego tłumaczy przystosowania i zróżnicowanie świata w sposób czysto materialny. Nie wymaga to Boga jako stwórcy ani projektanta [?]" (s. 61);
"Każdy aspekt 'cudownego projektu' [?] można wytłumaczyć doborem naturalnym" (s. 61);
"Eliminacja Boga z nauki utorowała drogę czysto racjonalnym wyjaśnieniom wszelkich zjawisk przyrodniczych" (s. 61);
"Dobór naturalny w odniesieniu do grup społecznych wystarcza, by wyjaśnić powstanie i utrzymywanie się altruistycznych systemów etycznych [?]" (s. 63).

Deistyfikacja
Jezuita George Coyne, dyrektor Obserwatorium Watykańskiego, znany jest z gwałtownej obrony darwinizmu i wypowiadania teologicznie ryzykownych twierdzeń. Niedawno na pytanie "czy potrzebujemy Boga do wyjaśnienia pochodzenia życia?" odparł:

"Odpowiadam krótko i węzłowato - nie". 12 Coyne należy do tych myślicieli, którzy uważają, że między nauką i religią nie może istnieć konflikt, gdyż obie te dziedziny dotyczą rozłącznych sfer. Nauka mówi o związkach przyczynowo-skutkowych zachodzących w materialnym świecie, religia zaś - o świecie nadprzyrodzonym, o sensie i celu życia, ewentualnie o aktywności Boga w sferze pozaempirycznej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to niektórzy filozofowie mówią o podtrzymywaniu przez Boga istnienia świata.

Poglądy takie są niezwykle bliskie deizmowi. Deizm to pogląd przypisujący Bogu aktywność jedynie "na początku". Bóg według deistów miał się potem, po stworzeniu świata, ostatecznie wycofać z ingerowania w bieg wydarzeń. Ponieważ deizm jest uznawany przez główne wyznania chrześcijańskie za herezję, Coyne i jemu podobni nie przyznają się do niego. Mówią, dla zatarcia niedobrego wrażenia, o stałym działaniu Boga, tyle że w dziedzinie nieempirycznej, np. o stałym podtrzymywaniu istnienia świata. Głoszą więc w praktyce deizm przy jednoczesnej mistyfikacji, że go nie głoszą. Proponuję połączyć oba te słowa - "deizm" i "mistyfikacja" - i utworzyć nowe: "deistyfikacja" oraz "deistyfikatorzy", aby adekwatnie odnosić się do tego, z czym mamy do czynienia.

Pismo Święte, jak wiemy, obfituje w opisy ingerencji Boga w bieg zdarzeń. Niektóre z nich deistyfikatorzy pozbawiają dosłownego sensu. Tak traktują opis stworzenia świata w ciągu 6 dni i wszystko to, co jest opisane w pierwszych 11 rozdziałach Księgi Rodzaju. Nie wiem jak Coyne, ale niektórzy o zbliżonych do niego poglądach podobnie zaczynają już traktować nowotestamentowe opisy działalności Jezusa. Przemienił wodę w wino w Kanie Galilejskiej? Chodził po wodzie? Rozmnożył żywność dla potrzebujących tłumów? Wskrzesił umarłego? I - w końcu - zmartwychwstał?

Jeśli jacyś deistyfikatorzy nie mają jeszcze odwagi, by zakwestionować dosłowność wszystkich tych opisów, zwłaszcza ostatniego, to są niekonsekwentni. Jeśli bowiem Bóg mógł działać w I wieku naszej ery, to dlaczego tak zdecydowanie mamy zaprzeczać Jego aktywności w innych okresach historycznych? Dlatego, że takie jest założenie współczesnej nauki? Jeśli przyjrzymy się historii nauki, to dostrzec możemy wiele jej założeń, które później upadły. Dwutysiącletnia tradycja chrześcijaństwa mówi, że za niektóre wydarzenia odpowiada bezpośrednio sam Bóg (należy tu m.in. stworzenie świata, życia, jego różnych form i w końcu człowieka), a za inne - stworzona przyroda razem z obowiązującymi w niej prawami. Od 150 lat w nauce obowiązuje tradycja inna - że Bóg nie odpowiada bezpośrednio, jako tzw. przyczyna pierwszorzędna, za żadne empirycznie wykrywalne wydarzenie. Za wszystkie bezpośrednio odpowiada przyroda i jej prawa. Mamy więc do czynienia ze zderzeniem dwóch tradycji.

Jeśli deistyfikatorzy opowiadają się za tą drugą, to trzeba mieć świadomość tego, co robią. Odrzucają mianowicie tradycyjnie rozumiane chrześcijaństwo.

Przypisy:

  1. Polskim koszmarnym zwyczajem XIX wieku było nie tylko spolszczanie imion, ale i nazwisk: Waszyngton, Marks, Szekspir, Szopen itd. Ciekawe, że ci dzisiejsi tradycjonaliści, którzy krzyczą, że należy spolszczać imiona współcześnie żyjących osób, nie robią tego także i w odniesieniu do nazwisk. Mielibyśmy Busza, Blera, Szyraka, a nieco wcześniej Degola, Żyskara Destenia, Czerczila, Taczer i inne dziwolągi.
  2. Por. Geoffrey WEST, Charles Darwin: A Portrait, Yale University Press, New Haven 1938, s. 335.
  3. O roli, jaką w kształtowaniu się światopoglądu Karola Darwina odegrała śmierć jego ukochanej córeczki, Annie, por. w "Meandry 1" (Idź pod prąd maj 2005, nr 5 (10), s. 8-9).
  4. Charles DARWIN, The Autobiography of Charles Darwin, 1809-1882, Appendix and Notes by Granddaughter Nora Barlow, W.W. Norton & Company, New York 1958.
  5. Por. John BOWLBY, Charles Darwin: A New Life, W.W. Norton, New York 1991.
  6. Por. Ralph COLP, To Be an Invalid: The Illness of Charles Darwin, University of Chicago Press, Chicago 1977, s. 9-11, 14.
  7. Tamże, s. 20.
  8. Por. Richard MILNER, "Darwin's shrink: a noted Darwin historian proves the naturalist's inner life", Natural History November 2005, http://www.findarticles.com/p/articles/mi_m1134/is_9_114/ai_n15792476
  9. Por. Irving STONE, The Origin: A Biographical Novel of Charles Darwin, Doubleday&Company Inc., New York 1980, s. 614 (za: Larry AZAR, Evolution and Other Fairy Tales, AuthorHouse, Bloomington, Indiana 2005, s. 472).
  10. Por. John DARNTON, "Darwin paid for the fury he unleashed. How a believer became an iconoclast", San Francisco Chronicle September 25, 2005; http://sfgate.com/cgi-bin/article.cgi?f=/c/a/2005/09/25/INGAUERQK01.DTL&hw=darwin&sn=001&sc=1000
  11. Charles Darwin: Voyaging, Knopf 1995 oraz Charles Darwin: The Power of Place, Knopf, 2002.
  12. Wg Stephen BARR, "On the Square. Observation & Contentions", http://www.firstthings.com/ June 2, 2006 (http://creationism.org.pl/groups/ptkrmember/nauka-religia/document.2006-06-02.6585640674)

O tym, jak ewolucjonistyczni rycerze światłości walczyć muszą z kreacjonistyczną Armią Mroku

W ostatnim numerze idź POD PRĄD p. Janusz Korwin-Mikke przedstawił nieco swoich refleksji po śmierci Stanisława Lema, dołączając tego ostatniego do sporego już szeregu pretendentów do tytułu "obalacza socjalizmu" (jest tam m.in. JPII, Gorbaczow, Wałęsa, zbiorowo Solidarność; osobiście najbardziej cenię wkład Reagana). Dzisiaj chciałbym napisać o innym autorze Science-Fiction, Isaacu Asimovie, i nie o jego dziełach literackich, ale popularno-naukowych. A i to węziej, bo dotyczących tylko kreacjonizmu. Isaac Asimov napisał co najmniej 216 książek (s. 45),1 powieści, książek popularyzujących naukę, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Zajmował się też krytyką kreacjonizmu, wypowiadając przy tej okazji wiele odkrywczych i malowniczych twierdzeń.

Zagrożenie przez kreacjonizm
Kreacjoniści to fanatycy, którzy mogą doprowadzić do "upadku całych narodów". Kreacjonizm to "zły sen dla tych, którzy "zetknęli się z prawdziwą nauką", to "nagły powrót do życia w koszmarze", nowy marsz Armii Mroku, stanowiący "wyzwanie dla wolnej myśli i oświecenia" (s. 11).

"Armie Mroku" lub "Armie Nocy" (armies of night) to szczególnie udane wyrażenie Asimova. Armia Mroku składa się z dziesiątków milionówkreacjonistów, którzy "nigdy nawet nie słyszeli i nie myśleli o argumentach" ani za, ani przeciw teorii ewolucji, a którzy maszerują "z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową". Bo, oczywiście, jak się maszeruje, trzymając Biblię w ręku, w dodatku jeszcze wysoko nad głową, to myślenie jest niemożliwe. Armia Mroku to "potężna i przerażająca siła, głucha na argumenty" i zabezpieczona przed czystym racjonalizmem (s. 19). Zwłaszcza ta Biblia jest szczególnie groźna, bo cóż to jest Biblia? To po prostu kolekcja napisana "dwa i pół tysiąca lat temu przez prowincjonalnych pisarzy plemiennych nie posiadających najmniejszej wiedzy" z biologii, astronomii i kosmogonii. A takiej wiedzy wojownicy Armii Mroku w Biblii szukają (s. 36). Kreacjoniści, "mając do wyboru Biblię i naukę, wybiorą Biblię, odrzucając całkowicie naukę, mimo licznych dowodów i świadectw" (s. 21). Swoją definicją Biblii Asimov konkuruje z Richardem Dawkinsem, innym antykreacjonistą, według którego:

Niemal wszystkie ludy mają swoje mity o stworzeniu świata, a historia opisana w Genesis wyróżnia się tylko tym, że została przyjęta przez pewne szczególne plemię pasterzy na Bliskim Wschodzie. Jej status nie odbiega specjalnie od przekonań pewnego zachodnioafrykańskiego plemienia, które wierzy, że świat stworzony został z odchodów mrówek.2

Zdaniem niżej podpisanego definicja Biblii podana przez Dawkinsa jest lepsza od tej znajdowanej u Asimova - zwłaszcza mówienie o odchodach i Biblii jednocześnie to majstersztyk dobrego smaku i subtelnego wychowania! Przegrywając w tej jednej dziedzinie z Dawkinsem, Asimov jednak góruje w kilku innych.

Kim są wojownicy Armii Mroku i co głoszą?
Po pierwsze, wierzą oni w młodą Ziemię. Upierają się, że "wszechświat, życie i istoty ludzkie zostały powołane do istnienia w obecnym kształcie zaledwie przed paru tysiącami lat" (s. 41), że Ziemia ma co najwyżej 10 000 lat (s. 10, 25), że datowanie za pomocą pomiarów radioaktywności jest niepewne (s. 14). Uczony, który dyskutuje z kreacjonistami, winien domagać się od nich "rzeczywistych faktów wskazujących, że stworzenie wszechświata miało miejsce przed kilkoma tysiącami lat" (s. 42).

 

A CO NAPRAWDĘ MÓWIĄ KREACJONIŚCI?
Naukowy model stworzenia NIE JEST w ogóle związany z koncepcją młodej Ziemi, pomimo istniejącego bardzo szerokiego nieporozumienia na ten temat. Podstawowe świadectwa na rzecz stworzenia i przeciwko ewolucji (np. luki w zapisie kopalnym, prawa termodynamiki, złożoność układów ożywionych) są całkowicie niezależne od wieku Ziemi czy od daty stworzenia. Dlatego kreacjoniści nie porponują nauczania w szkołach publicznych takiej odmiany kreacjonizmu, który byłby związany z niedawnym stworzeniem.

Henry M. Morris, CREATION AND ITS CRITICS. ANSWERS TO COMMON QUESTIONS AND CRITICISM ON THE CREATION MOVEMENT, Creation-Life Publishers, San Diego 1982, s. 25-26.


Po drugie, Armia Mroku wierzy, że "istoty ludzkie wraz z innymi gatunkami zostały powołane przez Wszechmocnego Stwórcę jako zupełnie odrębne gatunki" (s. 10). Twierdzi, iż "ewolucjoniści nie są w stanie na podstawie żadnych skamieniałości wskazać stadium pośredniego pomiędzy gatunkami" (s. 14). Ogólnie rzecz biorąc "każdy oddzielny gatunek został stworzony przez Stwórcę" (s. 25).

A NAPRAWDĘ...
kreacjoniści nie głoszą osobnego stworzenia wszystkich istniejących gatunków - mówią, i to od dawna, nawet w czasach Darwina - o stworzeniu większych jednostek taksonomicznych niż gatunek, nazywając je "rodzajem", "ty-pem", "podstawowym typem" lub "barami-nem" (patrz w tej sprawie "Meandry 7", idź POD PRĄD październik 2005, nr 10 (15), s. 8-9).


Po trzecie wreszcie, kreacjoniści twierdzą, że 'nigdy nie zachodziły ani nie zachodzą żadne procesy ewolucyjne' (s. 10). Nie wierzą, że istniały stadia pośrednie między gatunkami (s. 14).

A NAPRAWDĘ...
kreacjoniści akceptują istnienie tak mutacji, jak i doboru naturalnego. Działa on w ramach stworzonych typów, prowadząc do pojawiania się rozmaitych gatunków. Kreacjoniści akceptują więc mikroewolucję, a zaprzeczają istnieniu makroewolucji, powstawaniu nowych ogólnych planów życia poprzez radykalną ekspansję puli genetycznej.


Źródłem kreacjonizmu jest brak wiedzy i nieuctwo płynące (oczywiście) z Biblii.
Od początku świata niewiedza była źródłem wiary w bogów i demony: "deszcz zraszający ziemię spływać musi z naczynia trzymanego rękami boga", "wiatr dmie z płuc boga", "słońce podróżujące po niebie domaga się ognistego rumaka oraz trzymającego lejce boga". Asimov słusznie zauważa, że "można tak ciągnąć tego typu racje bez końca. Dla ludzi sprzed ery naukowej całkowicie nie do przyjęcia była myśl, by słońce, wiatr i deszcz wynikały jedynie z następstwa praw ślepej natury, bez uczestnictwa sprawczego rozumu" (s. 11). Kreacjoniści znajdują się na poziomie ludzi sprzed ery naukowej, ale czego można się spodziewać od ludzi, którzy maszerują "z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową"? Gdyby jeszcze trzymali je za pazuchą albo pod pachą. Ale nie, oni trzymają ją nad głową! Wiele jeszcze jest tajemnic wszechświata, na które nauka nie może udzielić zadawalającej odpowiedzi" - zauważa Asimov - ale to nie powód, by te tajemnice wyjaśniać, odwołując się do Boga. "Tego typu argumenty redukują Boga do kilkusylabowego substytutu, znaczącego po prostu 'Nie wiem'. [...]" Dać się pokonać przez niewiedzę czy wręcz nieuctwo, a później nazwać przeciwnika Bogiem - to był zawsze symptom niedojrzałości" (s. 12).

A NAPRAWDĘ...
Wnioski kreacjonistyczne wyprowadzane są nie z tego, czego nie wiemy, ale z tego, co wiemy. To wiedza o skamieniałościach, rodzajach i tempie mutacji, o nieredukowalnej złożoności układów biochemicznych, o informacji biologicznej skłania nas do przyjęcia wniosku, że wiele układów biologicznych nie mogło powstać na mocy samych tylko ślepych praw przyrody.


Zamiast starać się usuwać swoją niewiedzę, kreacjoniści interesują się tylko starożytnymi podaniami żydowskimi. Gorzej, "jedynie o nich właśnie (w większości przypadków) w ogóle słyszeli i tylko je w związku z tym chcieliby propagować" (s.12). Dla czytelnika tekstu Asimova złowieszcza rola Biblii nie jest jednak do końca jasna. Z jednej strony "kreacjo-niści wymagają, by nauczać dosłownie słów Biblii" (s. 26), z drugiej strony "aktualna strategia jego [kreacjonizmu] wyznawców polega na tym, by się na nią [Biblię] nie powoływać" (s. 17). Asimov nie wyjaśnił, jak można wymagać dosłownego nauczania słów Biblii i jednocześnie się na nią nie powoływać, ale skoro wiemy, że Armia Mroku to "potężna i przerażająca siła, głucha na argumenty", a przy tym maszeruje "z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową", to możemy być pewni, że jakiś sposób zabójczy "dla wolnej myśli i oświecenia", niestety, Armia ta znajdzie. Skąd ci kreacjoniści wiedzą, że Bóg stworzył świat? Ponieważ tak mówi Biblia, a dla nich "to jest wszystko, co ma naprawdę jakiekolwiek znaczenie" (s. 18).

O co im chodzi? Gdzie maszeruje Armia Mroku?
Kreacjoniści kładą "fundament pod renesans barbarzyństwa, pod legalnie kontrolowane i siłą wprowadzane nieuctwo", chcą zaprowadzić "totali-tarną kontrolę myśli i sumień" (s. 21). Opanowali już niektóre mniej popularne kościoły na prowincji, przekształcając je na bastiony kreacjonizmu (s. 19). Kościoły te wpływają na dom, na gazety, na całą otaczającą społeczność. Wyraża się to "choćby w naturze świąt". Od kreacjonistów nie można się uwolnić, to prawdziwa zmora myślących ludzi. Nie można przed nimi uciec nawet w Kosmos: "w 1968 roku astronautom krążącym wokół Księżyca nakazano przeczytać kilka wersetów Genesis, tak jakby NASA pragnęła w ten sposób uspokoić opinię publiczną, że odważyła się pogwałcić firmament niebieski" (s. 10). Astronauci wili się jak piskorze, ale co mogli zrobić, skoro im nakazano! "Nawet prezydent Stanów Zjednoczonych [Ronald Reagan] wyrażał swoją sympatię dla kreacjonistów" (s. 19). Kreacjoniści mają w garści nie tylko NASA i astronautów, ale nawet prezydenta. Nie zawsze Amerykanie mają to szczęście, by mieć takiego prezydenta jak Bill Clinton, który w przeciwieństwie do Reagana i Busha opierał się, jak tylko mógł, naciskom kreacjonistów, popierał aborcję i związki homoseksualne, a na złość kreacjonistom nie przesadzał z ulubionym przez nich staroświeckim związkiem monogamicznym, twórczo wykorzystując do tego celu cygaro.

A NAPRAWDĘ...
Podstawowy, a nieprawdziwy zarzut [antykreacjonistów] sprowadza się do tego, że kreacjoniści traktują Pismo Święte jako źródło wiedzy naukowej.

Maciej GIERTYCH, "O uczciwą polemikę w sprawie ewolucji", w: Eugeniusz MOCZYDLOWSKI (red.),
PAN BÓG CZY DOBÓR NATURALNY, Megas, Białystok 1994, s. 85 oraz Kosmos 1993, t. 42 (3/4), s. 676.
Kreacjoniści rozróżniają dwa całkowicie rożne rodzaje kreacjonizmu - biblijny i naukowy. Naukowy kreacjonizm nie opiera się ani na Księdze Genesis, ani na jakimkolwiek nauczaniu religijnym. Żadne rozumowanie nie korzysta tu z autorytetu Biblii. Naukowi kreacjoniści mówią o genetyce, paleontologii, termodynamice, geologii itd., a nie o teologii czy religii. Ich argumenty na rzecz stworzenia opierają się na wiedzy o DNA, mutacjach, skamieniałościach, termodynamice itp. Pojęcia te w ogóle nie występują w Biblii. Kreacjonizm biblijny natomiast opiera się wyłącznie na Biblii.

Mieczysław PAJEWSKI, STWORZENIE CZY EWOLUCJA?, Wydawnictwo "Duch Czasów", Bielsko-Biała 1992, s. 11-12, http://kchds.pl/wydawn.htm


"Jedynie szkoła może wymknąć się ich kontroli. Niestety - tylko w bardzo ograniczonym stopniu" (s. 20), bo nauczyciele są "skrępowani, wiedząc wystarczająco dobrze, że ich praca jest w rękach członków komitetu szkolnego, którzy, jak wiadomo, nie są zazwyczaj nastawieni na rozwój intelektualny czy na poszerzanie horyzontów umysłowych uczniów" (s. 20). Komitety szkolne w Ameryce złożone są z rodziców, a - jak wiadomo - wszystkim rodzicom na świecie bardzo zależy, by ich dzieci niczego się w szkole nie nauczyły. Najlepiej by było, gdyby nauczyciele nie krępowali się w żaden sposób opinią rodziców i robili, co chcą (oczywiście, co chcą ewolucjoniści).

Asimov nie wyjaśnia jednak pewnej tajemniczej sprawy: dlaczego szkoła może wymknąć się spod kontroli Armii Mroku? Jeśli Armia ta stanowi większość odmalowaną plastycznie wcześniej (te koszmarne miliony ludzi z Bibliami trzymanymi wysoko w rękach!), to jak szkoła może wymknąć się spod kontroli większości w tak demokratycznym państwie jak Stany Zjednoczone? A może (aż strach pomyśleć ijeszcze większy strach powiedzieć!) demokracja amerykańska ma swoje granice i dobrze zorganizowana i zdecydowana na wszystko mniejszość jest w stanie wbrew woli większości opanować całe dziedziny życia społecznego, jak szkolnictwo, radio, prasę, telewizję, przemysł filmowy i rozrywkowy, sądownictwo i administrację? Tylko, niestety, pozostają jeszcze te kościoły! Ale i tu jest postęp. "Przyznać trzeba, że jest również wiele dość liberalnych kościołów, które pogodziły się z postępami nauki - nawet z ewolucją" (s. 19). Na szczęście są i takie kościoły. Chwała wszystkim postępowym pastorom, rabinom, księżom i arcybiskupom! Niestety, nie wszystkie kościoły jeszcze są takie. Spokojnie można będzie zasnąć dopiero wtedy, gdy zniknie ostatni kościół, który jeszcze nie godzi się z postępami nauki, odrzuca ewolucjonizm i uważa Biblię za coś bardziej wartościowego niż odchody mrówek.

Wasze kościoły, nasze szkoły!
Dopóki jednak kreacjoniści mają swoje kościoły, wara im od szkoły! Ostatecznie konkurencja wymaga istnienia na równych prawach obu stron. A jakie to równe prawa, jaka to równość, jeśli kreacjoniści mają swoje kościoły, a chcą jeszcze wejść na teren szkół publicznych? "Kreacjoniści, kontrolujący kościół i społeczeństwo, w którym żyją, i którzy za 'przeciwnika' mają jedynie szkoły publiczne o okrojonym programie w zakresie ewolucji, nie mogą zdzierżyć nawet tej nikłej konkurencji i domagają się 'równego czasu nauczania'" (s. 20). Mają swoje kościoły i jeszcze im mało! Co za bezczelność!

A NAPRAWDĘ...
Gdy Associated Press i NBC News zadali Amerykanom w 1981 roku pytanie na temat nauczania w szkole kreacjonizmu obok ewolucjonizmu, to 86% odpowiedzi poparło taką ideę (wg MORRIS, CREATION AND ITS CRITICS..., s. 13). Taką ideę nauczania obu punktów widzenia poparli nawet niektórzy rodzice niewierzący, którzy po prostu chcieli, by ich dzieci otrzymały wszechstronny obraz kontrowersji na temat pochodzenia życia i rodzajów życia.

Gdy jednak w 1994 roku Public Agenda zadała rodzicom uczniów amerykańskich szkół publicznych pytanie, jaką mają opinię w sprawie "nauczania na lekcjach nauk przyrodniczych na równi biblijnego uj,ęcia stworzenia i darwinowskiej teorii ewolucji", to odpowiedzi popierających udzieliło tylko 38% pytanych, a spośród praktykujących chrześcijan jeszcze mniej, bo tylko 37% (FIRST THINGS FIRST: WHAT AMERICANS EXPECT FROM THE PUBLIC SCHOOLS, Public Agenda, New York 1994, za: Molleen Matsumura, "Finds 38% of Americans Favor Teaching Creationism", National Center for Science Education Reports, Fall 1996, vol. 125, No. 3, s. 5). I słusznie poparło tak niewielu - prawdę mówiąc, nikt nie powinien tego pomysłu poprzeć - bo biblijny kreacjonizm ma charakter teologiczny, religijny i może być nauczany tylko na lekcjach religii. Obok ewolucjonizmu na lekcjach nauk przyrodniczych można nauczać jedynie innej przyrodniczej koncepcji, kreacjonizmu naukowego.


Asimov w proroczym natchnieniu maluje przyszłość, jaka nastąpi, jeśli kreacjonistów wpuści się do szkół: "Jeżeli rząd zdecyduje się użyć swojej policji i swoich więzień, aby zapewnić, że nauczyciele poświęcą tyle samo uwagi kreacjonizmowi co ewolucji, w następnej chwili może okazać się, że ta sama siła zostanie użyta do całkowitej eliminacji teorii ewolucji ze szkolnego nauczania" (s. 21). Tym samym położy się - o czym już pisałem - "funda-ment pod renesans barbarzyństwa, pod legalnie kontrolowane i siłą wprowadzane nieuctwo, i w końcu pod totalitarną kontrolę myśli i sumień" (s. 21). Ostatecznie przecież już teraz widać, co kreacjoniści wyrabiają u siebie:

"w kościołach kongregacji kreacjonistów wymaga się kategorycznie wiary pod groźbą ognia piekielnego. Wrażliwi młodzi ludzie nauczeni, że czeka ich Piekło, gdy będą słuchać o teorii ewolucji, czynią to bardzo niechętnie, a jeśli już się na to zdecydują, to trudno im w nią uwierzyć" (s. 20). Jedyny ratunek przed totalitarnym zagrożeniem myśli ze strony kreacjonistów, to nie pozwolić im choćby przez minutę na propagowanie ich poglądów. Pełna wolność myśli i przekonań zostanie uratowana dopiero wtedy, gdy zamknie się usta ostatniemu kreacjoniście. Wolność słowa, prawdziwy pluralizm i niczym nie skrępowana konkurencja będą zagwarantowane tylko wówczas, gdy w szkołach będzie się nauczać jedynie ewolucjonizmu.

Oczywistość ewolucjonizmu i nienaukowość kreacjonizmu
Istnienie kreacjonistów jest tym bardziej nie do zniesienia, że "naukowe świadectwa przekonujące o wieku Ziemi i procesach ewolucyjnych są dla naukowców oczywiste i miażdżące. Jakim sposobem ktokolwiek może w nie wątpić?" (s. 11). Kto może wątpić w coś, co jest oczywiste i miażdżące? Oczywiście, tylko chory umysłowo albo nieuk, a najprędzej chory umysłowo nieuk. W nauce istnieją różne teorie, ale "być może żadna teoria nie jest lepiej zbadana, solidniej przeegzaminowana, krytyczniej przeanalizowana i powszechniej akceptowana niż teoria ewolucji" (s. 13). Jeśli jednak tak dobrze jest z teorią ewolucji, to po co tracić czas na polemikę z kreacjonistami? A może aż tak dobrze z tą teorią ewolucji to nie jest? Ale nie, precz zwątpienia! Uczeni "mają odmienne zdania o pewnych szczegółach teorii ewolucji [...]. Tym niemniej całkowicie akceptują samo istnienie procesu ewolucji" (s. 15). Paranoja, której ulegli kreacjoniści jest tym większa, że "te-orię ewolucji, mozolnie budowaną i rozwijaną przez ponad dwa stulecia w oparciu o badania naukowe, wspiera niezwykła ilość dowodów i argumentów. Wszyscy biolodzy, bez wyjątku, niezależnie zupełnie od swoich pozycji, akceptują oczywistą prawdę"

(s. 24) o ewolucji. Wynika z tego, że jeśli ktoś tej oczywistej prawdy, mozolnie budowanej przez ponad dwa stulecia nie akceptuje, to nie jest biologiem, nawet jeśli skończył studia z biologii i przez całe życie pracował w tej dziedzinie w jakiejś instytucji naukowej, jak np. prof. Dean H. Kenyon z San Francisco State University czy prof. Michael Behe z Lehigh University. Na tle wspaniałej teorii ewolucji jakże nikczemnie wygląda kreacjonizm i sami kreacjoniści. Dyskwalifikuje już ich sam fakt, że "kreacjoniści często podkreślają, że ewolucja jest 'jedynie teorią'" (s. 13). O teorii, która jest mozolnie budowana przez ponad dwa stulecia nie można bezkarnie mówić, że jest tylko teorią. Co prawda wiadomo, że to teoria, ale za to jaka wspaniała! Tak wspaniała, że aż trudno wymówić słowo "teoria". "W przeciwieństwie do niej kreacjonizm nie jest teorią. Z punktu widzenia nauki nie ma żadnego świadectwa, które by go wspierało - najmniejszego strzępu" (s. 13). Spróbujcie bowiem znaleźć w pismach naukowych (tzn. ewolucjonistycznych oczywiście!) choćby najmniejszy strzęp świadectwa popierającego kreacjonizm. Na pewno niczego takiego nie znajdziecie! Bo wiecie, czym jest kreacjonizm? Jest on "jedynie wiarą w stare legendy Bliskiego Wschodu" (s. 13). Co innego legendy, które są mozolnie budowane od 1859 roku, ale stare legendy mające kilka tysięcy lat na pewno nie mogą mieć nic wspólnego z prawdą! Zwłaszcza, że "kreacjoniści, dla kontrastu, nie przedstawiają żadnych dowodów na poparcie swoich poglądów" (s. 25).

No to co właściwie przedstawiają kreacjoniści? Okazuje się, że ich "argumentacja jest jedynie negacją" (s. 25). Gdyby proponowali teorię ewolucji, to byłoby wszystko w porządku, ale oni - proszę sobie wyobrazić! - "utrzymują, że jeżeli teoria ewolucji nie wyjaśnia wyczerpująco wszystkiego, [to] jest to powód wystarczający do przyjęcia kreacjonizmu [...]. Wyłapują niedokładności, sprzeczności i luki w argumentacji przemawiającej za ewolucją" (s. 25). Ups..., to znaczy, że są jakieś niedokładności, sprzeczności i luki w argumentacji, przemawiającej za ewolucją? Jeśli nawet są, to są bardzo malutkie, tak małe, że ich nie ma.

Poza tym kreacjonistom wydaje się, że ewolucjonizm i kreacjonizm są dwiema wzajemnie wykluczającymi się i uzupełniającymi poglądami na temat pochodzenia życia i jego form:

Ostatecznie rzecz biorąc istnieją tylko dwie możliwości co do pochodzenia wszelkiego wzorca porządku. Albo materia (masa-energia) jest jedyną rzeczywistością, a wszelki porządek pochodzi od czasu i przypadku, działających na wewnętrzne własności materii (ewolucja), albo w grę wchodzi nie tylko materia i istnieją nieredukowalne własności organizacji, które są rezultatem projektu i stworzenia. 3

Nic bardziej błędnego! Niestety dali to sobie wmówić nawet ewolucjoniści. Dla przykładu znakomity krytyk kreacjonizmu, Douglas Futuyma, wypowiedział błędną myśl, idąc nieopatrznie i niepotrzebnie tym samym na rękę kreacjonistom:

Kreacjonizm i ewolucjonizm wyczerpują możliwe wyjaśnienia pochodzenia organizmów ożywionych. Organizmy te albo pojawiły się na Ziemi w pełni rozwinięte, albo nie. Jeśli nie, to musiały rozwinąć się z wcześniej istniejących gatunków na drodze jakiegoś procesu modyfikacji. Jeśli pojawiły się w pełni rozwiniętym stanie, to musiały faktycznie być stworzone przez jakąś wszechmocną inteligencję.4

Asimov bardzo przekonująco obalił to przekonanie. "Jeżeli idea ewolucji byłaby rzeczywiście nieodpowiednia, nie dawałoby to mimo wszystko żadnych podstaw do przyjęcia poglądu [kreacjonistycznego] [...]. Przecież jeśli po dokładnych badaniach okazałoby się, że nasza fizjologia reprodukcji nie jest całkowicie słuszna, nie znaczyłoby to jeszcze wcale, że dzieci przynoszone są przez bociany. Równie dobrze mogą być przecież znajdywane w główkach kapusty lub przynoszone w czarnej lekarskiej torbie" (s. 25). Niestety muszę zmartwić naszych Czytelników. Asimov nie wyjaśnił, czy jest zwolennikiem teorii kapuścianej czy torbowej. Na pewno ewolucjonizm i kreacjonizm nie są jedynymi możliwymi koncepcjami pochodzenia życia. Na pewno istnieją jeszcze jakieś inne teorie, czego dowodzi bez cienia wątpliwości niezwykle przekonujący argument z główkami kapusty i lekarską torbą. Ale Asimov przecenił zdolności umysłowe swoich czytelników (tak to bywa z geniuszami, że zapominają o ograniczeniach umysłowych innych osób) i nie wymienił żadnej innej koncepcji oprócz ewolucjonizmu i kreacjonizmu. Niestety Asimov już zmarł i zabrał tę tajemnicę ze sobą do grobu. Ale nie martwmy się! Ewolucjoniści mają niejednego geniusza i prędzej czy później dowiemy się wszystkiego.

W każdym razie na pewno wiemy, że "nauka to samokorygujący się proces, a naukowcy rzeczywiście zmieniają swoje poglądy. Robią to jednak jedynie w oparciu o nowe fakty" (s. 25). A fakty nigdy nie będą przemawiały za kreacjonizmem: kreacjoniści "muszą przedstawić istotne fakty [...]. Nie trzeba tu mówić, że tego nigdy nie będą w stanie dokonać" (s. 25). Uczeni (czyli ewolucjoniści) zmieniają więc swoje poglądy, ale nigdy nie zmienią ich na inne, czyli kreacjonistyczne. Ewolucjoniści tak zmieniają te poglądy, że pozostają zawsze przy poglądach ewolucjonistycznych. Jeśli ktoś nie rozumie, jak można zmieniać poglądy, nie zmieniając ich, to po prostu nie rozumie istoty nauki.

Poza tym nie należy zapominać, że kreacjonizm jest prawie kompletnie pozbawiony treści: "Załóżmy jednak, że zamierzamy nauczać kreacjonizmu. Co będzie przedmiotem nauczania? Jedynie to, że Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki? Tylko tyle? Nic więcej? Żadnych szczegółów?" (s. 26) Ten zarzut bezlitośnie obnaża nicość publikacji kreacjonistycznych. Weźmy bowiem dla przykładu taką książkę Pajewskiego Stworzenie czy ewolucja? Jej autor bez przerwy, od początku do końca, powtarza tylko jedno zdanie: Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki. Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki. Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki. Stwórca powołał... itd. na wszystkich 220 stronach swej książki. To samo jest z innymi książkami kreacjonistycznymi. Wszystkie mielą bez przerwy to samo zdanie. Tylko tyle. Nic więcej. Żadnych szczegółów.

Co gorsza, powtarzając ciągle to samo zdanie dopuszczają się "przeinaczeń i fałszerstw nauki" (s. 15), a "niedokładności [ewolucjonizmu] przedstawiają bardzo często w przekręcony, uproszczony i całkowicie błędny sposób" (s. 25). Jak to możliwe, by powtarzając tylko jedno zdanie - tylko tyle, nic więcej i żadnych szczegółów - mogli jeszcze przeinaczać i fałszować naukę, a jej niedokładności przedstawiać w przekręcony, uproszczony i całkowicie błędny sposób? A, właśnie! Pewnie nie wiecie? Zapomnieliście już, co to jest Armia Mroku. Jak się niesie Biblie wysoko nad głowami, to nie takie rzeczy są możliwe!

Jeśli jakiś kreacjonista przedstawia się jako profesor, to nie wierzcie w to, bo prace kreacjonistów "pisane są przez ludzi, którzy nie mają za sobą najmniejszego dorobku naukowego" (s. 17). A my dodajmy, że nie mają oni najmniejszego dorobku naukowego także i przed sobą, i obok siebie, i nad sobą, i pod sobą. A skąd to wiadomo? Cytowaliśmy już odpowiedź na to pytanie: "Nie trzeba tu mówić, że tego nigdy nie będą w stanie dokonać" (s. 25). A skoro nie trzeba tu mówić, to czas kończyć. Nie ma rady.


Przypisy:

  1. Wszystkie odnośniki o tej postaci odnoszą się do książki Isaaka ASIMOVA, Błądzący umysł, Pandora, Łódź 1995.
  2. Richard DAWKINS, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1994, s. 490.
  3. PAJEWSKI, Stworzenie czy ewolucja?, s. 158.
  4. Douglas J. FUTUYMA, Science on Trial, Pantheon Books, New York 1983, s. 197.

Ewolucjoniści robią “wodę z mózgu”

Tradycyjnie ewolucjonistycznej wizji powstania i rozwoju życia sprzeciwiali się kreacjoniści. Ostatnio jednak znacznie popularniejszymi przeciwnikami są zwolennicy tzw. teorii inteligentnego projektu. Na jej temat wypowiada się wiele opinii, nie zawsze trafnych. Niektórzy mówią, że jest to dawny kreacjonizm w przebraniu.

Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu [...]. 1

ID [teoria inteligentnego projektu] [...] nie jest nową postacią kreacjonizmu. To po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą.2

Teoria inteligentnego projektu w rzeczywistości jest ponownym wcieleniem zdyskredytowanej 200-letniej argumentacji, pochodzącej od Williama Paleya, który orzekł, że złożoność organizmów żywych wymaga boskiej interwencji stwórcy. 3

Wypowiedzi takie są przejawem albo braku kompetencji, albo złej woli (nie wykluczam jednak wystąpienia jednocześnie obu tych przyczyn).

Projekty czy projektoidy?
Teoria inteligentnego projektu zwana jest w skrócie ID, od angielskiego zwrotu Intelligent Design. W opinii tej teorii zebrane dotąd świadectwo empiryczne sugeruje, iż życie na Ziemi nie mogło powstać na mocy samego tylko przypadku. Musiało ono być inteligentnie zaprojektowane. Słowo "inteligentnie" dodaje się, by uniknąć nieporozumienia i powiązania ze współczesną teorią ewolucji. W tej ostatniej bowiem mówi się o projekcie, o tym, że ewolucja doprowadza do powstania organizmów znakomicie zaprojektowanych, czyli dostosowanych do środowiska - ale chodzi raczej o wrażenie projektu, bo projektant, o którym mówią ewolucjoniści, dobór naturalny, jest ślepy.

Dwieście lat temu bardzo popularne były książki apologetyczne Williama Paleya. Wpłynęły one także na samego Darwina. Darwinowską teorię ewolucji można nawet rozumieć do pewnego stopnia jako przezwyciężenie argumentów Paleya. Szczególnie uderzającym argumentem Paleya był ten, który dotyczył znalezienia zegarka na wrzosowisku. Wyobraźmy sobie - mówił Paley - że znajdujemy na wrzosowisku leżący zegarek. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że jest on tworem rozumu, zegarmistrza. Świadczą o tym części składowe zegarka, ich wzajemne dopasowanie, współdziałanie, precyzja funkcjonowania. Ale skoro tak - kontynuował Paley - to tym bardziej powinniśmy uznać, że znajdujące się na tym samym wrzosowisku rośliny i kwiaty są tworem rozumu, zostały stworzone przez Boga. Rośliny te bowiem charakteryzują się jeszcze większą złożonością, dopasowaniem i współdziałaniem oraz precyzją działania części, z jakich są zbudowane.

Argument zastosowany przez Paleya nosi nazwę argumentu a fortiori. Skoro występowanie pewnych cech pozwala wyprowadzić pewien wniosek, to tym bardziej (a fortiori) powinniśmy taki wniosek wyprowadzić, jeśli cechy te występują w większej ilości i w większym natężeniu.

Ewolucjoniści zgadzają się, że organizmy żywe są niezwykle skomplikowane. Ale jednocześnie twierdzą, że nie zostały zaprojektowane. Nie są więc, ich zdaniem, projektami. One tylko przypominają projekt. Są projektoidami.

 

Biologia zajmuje się obiektami złożonymi, tworzącymi wrażenie celowego zamysłu.4

[...] żywe efekty działania doboru naturalnego sprawiają wrażenie przemyślanego projektu, jak gdyby zaplanował je prawdziwy zegarmistrz.5

Ale zegarmistrz, który ich stworzył, dobór naturalny działający na przypadkowych mutacjach, nie miał żadnego zamiaru ich stworzyć, nie miał ich na myśli.

Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie są ślepe siły fizyczne [...]. Dobór naturalny - odkryty przez Darwina ślepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dziś, że stanowi wyjaśnienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowości wszystkich form życia - działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można o nim powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza - to jest to ślepy zegarmistrz.6

Dobór naturalny to ślepy zegarmistrz - ślepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu.7

Ponieważ teoria inteligentnego projektu głosi, iż organizmy żywe nie mogły powstać na drodze samego tylko przypadku, zderza się w tej sprawie z teorią niekierowanej przypadkowej ewolucji.

Przypadek czy nie? Co naprawdę głosi ewolucjonizm?
Czasami jednak ewolucjoniści gorąco zaprzeczają, by uznawali przypadek za jedyny czynnik sprawczy procesów ewolucyjnych:

Częściowo za sprawą losowości mutacji rozpowszechniło się niedorzeczne przekonanie, że także dobór naturalny jest procesem przypadkowym.8

Zdają sobie bowiem sprawę, jak bardzo trudne jest do przyjęcia, że życie z całą swoją złożonością jest wyłącznie dziełem przypadku. Ewolucjoniści twierdzą, że tylko mutacje są przypadkowe, ale dobór już nie. W ten sposób usuwają wrażenie niedorzeczności swojej koncepcji. Zastanówmy się jednak, czy to ich twierdzenie - mutacje są przypadkowe, dobór jest nieprzypadkowy - ma rację bytu.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że mówiąc o przypadkowości bądź jego braku, biolog ewolucyjny ma na myśli co innego niż inni uczeni i zwykli ludzie. Ci ostatni bowiem za przypadek uznają takie zjawiska jak niezaplanowany wypadek drogowy, uderzenie meteorytu, wygrana w totolotka czy opady deszczu w drugą niedzielę kwietnia. Pojęcie przypadku jest tu trudne do zdefiniowania. Filozofowie stracili wiele czasu i poświęcili wiele wysiłku, by przypadek zdefiniować - chyba jednak bez większego sukcesu. Niektórzy nawet twierdzą, że o zdarzeniach przypadkowych można powiedzieć tylko to, że mówi o nich rachunek prawdopodobieństwa. Ci, którzy chcą powiedzieć więcej, spierają się, czy istnieją zjawiska bezprzyczynowe (niektóre zjawiska w mikrofizyce wyglądają tak, jakby zachodziły bez przyczyny, na przykład rozpad promieniotwórczy). A ci, którzy odrzucają istnienie zjawisk bezprzyczynowych, sądzą, że przypadek polega na przecięciu się wielu niezależnych, nie związanych ze sobą ciągów przyczynowo-skutkowych.

Ewolucjoniści nadają jednak słowu "przypadek" zupełnie inne znaczenie. Mutacje mają charakter przypadkowy w tym sensie, że nie prowadzą do lepszego przystosowania się organizmu do środowiska. Ich przypadkowość nie polega na tym, że występują spontanicznie. Przyczyny ich występowania są znane. Wywoływane są przez tzw. mutageny - promieniowanie rentgenowskie, promieniowanie kosmiczne, substancje radioaktywne, rozmaite związki chemiczne, a nawet specjalne geny. Ale w opinii ewolucjonistów mutacje, które uprzywilejowują organizmy, które zwiększają szanse na przeżycie i w konsekwencji na wydanie potomstwa, nie pojawiają się częściej, niż to wynika z rachunku prawdopodobieństwa.9 Dobór naturalny działa już inaczej. Ponieważ dobór działa w oparciu o prawa przyrody, a efekty niektórych mutacji usprawniają organizmy, zwiększają ich szanse przetrwania w środowisku, więc dobór sprzyja mutacjom przystosowawczym, utrwala je w populacji. W tym sensie dobór nie jest przypadkowy, jest ukierunkowany.

 

Mutacje są przypadkowe w stosunku do korzyści przystosowawczych, natomiast nieprzypadkowe pod wszystkimi innymi względami. Dobór naturalny - i tylko dobór - prowadzi ewolucję w kierunkach nieprzypadkowych w stosunku do przystosowań organizmu.10

Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to rozumienie nieprzypadkowości doboru nie ma nic wspólnego zarówno z potocznym, jak i z pochodzącym z innych nauk rozumieniem przypadku. W niebiologicznym sensie także i dobór ma - dodajmy i to słowo: oczywiście - charakter przypadkowy. Według słynnej hipotezy Alvarezów dinozaury wyginęły ok. 65 milionów lat temu wskutek uderzenia niewielkiej planetoidy bądź komety. Miał to być przypadek. Planetoida ta, jak wiele innych, mogła przelecieć obok Ziemi. Ale uderzyła w Ziemię. Tor jej lotu był wyznaczony prawami przyrody i rozmaitymi czynnikami, głównie typu oddziaływania grawitacyjnego z innymi ciałami niebieskimi. Ale ten ciąg przyczyn i skutków, jaki wyznaczył kurs planetoidy, nie miał nic wspólnego z zespołem ciągów przyczyn i skutków, charakteryzującym życie na Ziemi. Zderzenie z Ziemią było więc przypadkowe.

W powszechnie używanym sensie słowa "przypadek" nie tylko mutacje, ale i dobór naturalny mają więc charakter przypadkowy. Do działania doboru naturalnego także stosuje się rachunek prawdopodobieństwa. Warto przypomnieć, bo często propagandyści ewolucyjni "zapominają" o tym, że nie ma żadnej pewności, iż dobór zachowa korzystną mutację. Co więcej, istnieje większe prawdopodobieństwo, że korzystna mutacja zniknie z populacji, niż że się w niej utrwali. Genetyka populacyjna mówi, że dla dużych populacji prawdopodobieństwo utrwalenia się korzystnej mutacji wynosi 2e, gdzie e jest tzw. wartością przetrwania (survival value), czyli wielkością, o jaką zwiększa się szansa na przeżycie organizmu. Jeśli średnia wartość przetrwania korzystnej mutacji wynosi - jak się obecnie wydaje - ok. 0,1%, to wynika z tego, że średnio zaledwie jedna na 500 korzystnych mutacji utrwali się w populacji, a 499 zniknie. Dobór naturalny jest niezwykle mało wydajnym sposobem na postęp, bo olbrzymia większość korzystnych mutacji ginie. Ewolucjoniści, ratując swoją koncepcję, odwołują się do milionów lat ewolucji, ale niespecjalnie palą się, by sprawdzić dokładnymi obliczeniami, czy to odwołanie ma sens.

Wróćmy jednak do sprawy przypadku i konieczności. Ewolucjoniści robią nam "wodę z mózgu" twierdząc, że dobór nie działa przypadkowo, a niektórzy, jak sam Darwin, posuwają się nawet do głoszenia jawnej nieprawdy:

 

[...] dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. 11

Jeśli średnio tylko jedna na pięćset korzystnych mutacji zachowuje się, to słowa Darwina, że dobór "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre", są dalekie od prawdy. Darwin nie znał wyliczeń genetyki populacyjnej ani średniej wartości przetrwania dla mutacji (nie wiedział nawet o istnieniu mutacji), ale nie mógł przecież nie wiedzieć, że organizm nawet z bardzo korzystną nową cechą może wskutek nieszczęśliwego wypadku nie dożyć wieku dojrzałości, kiedy dopiero wydaje się potomstwo. Tylko cele propagandowe mogły go skłonić do napisania, że dobór działa "wszędzie i zawsze" oraz że "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre".

O wymarciu dinozaurów12
Wspominałem wyżej o hipotezie Alvarezów, tłumaczącej wymarcie dinozaurów. Profesorowie Luis i Walter Alvarezowie, ojciec i syn, w 1980 roku, po badaniach warstw geologicznych w Gubbio, we Włoszech, doszli do wniosku, że za wymarcie dinozaurów odpowiada uderzenie asteroidy o średnicy 10-20 km. Ten tzw. impakt Chicxulub wyrzucił w górę pył i sadzę, które krążąc w wysokich warstwach atmosfery przytłumiły promienie słoneczne. Wywołane przez impakt pożary oraz późniejsze zahamowanie dopływu promieni słonecznych zniszczyły w dużym stopniu roślinność, co spowodowało wymarcie najpierw roślinożerców, a później mięsożerców. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie w postaci olbrzymiego krateru w pobliżu meksykańskiego półwyspu Jukatan i cienkiej warstwy irydu, oddzielającej warstwy geologiczne, w których znajdowane są pozostałości lub skamieniałe szczątki dinozaurów, od tych położonych wyżej, w których pozostałości takich nie ma.13 Ostatnio hipoteza ta jednak zaczyna być kwestionowana.14 Jednym z problemów jest to, że według zapisu kopalnego dinozaury zaczęły wymierać jeszcze przed impaktem Chicxulub. Uczeni zresztą od dawna proponowali rozmaite rywalizujące hipotezy.15

Kreacjoniści przyczynę wymarcia dinozaurów upatrują w Potopie Noego i zmianie warunków klimatycznych przez Potop wywołanych.16 Jeśli mają rację, to dawniej żyjący ludzie, ci sprzed Potopu, ale także i niektórzy żyjący po Potopie, powinni spotykać jeszcze żywe dinozaury. Ciekawe, że Biblia wydaje się wspominać o takich zdarzeniach. Wprawdzie nie użyto w niej z oczywistych powodów słowa "dinozaur" - słowo to zostało utworzone dopiero w 1841 roku - ale dinozaury bądź zwierzęta podobne do dinozaurów są opisane w Księdze Hioba 40:15-32 oraz 41:1-26 przy użyciu hebrajskich słów behemoth oraz leviathan.

Behemoth jest liczbą mnogą pochodzącą od behema - hebrajskiego słowa określającego bestię. Ale w Księdze Hioba 40:15 jest użyte w liczbie pojedynczej. W tekście hebrajskim taka konstrukcja gramatyczna podkreśla majestat użytego słowa. Z opisu biblijnego wynika, że było to zwierzę trawożerne, ogromnych rozmiarów, miało okazały ogon, żyło w pobliżu wody i było nieustraszone. Niektórzy twierdzą, że był to hipopotam lub słoń. Ale ani hipopotam, ani słoń nie posiada okazałego ogona.

W hebrajskim tekście Biblii słowo lewiatan pojawia się sześć razy (Księga Hioba 3:8; 41:1; Psalm 74:14; 104:26; Księga Izajasza 27:1). Niektórzy sądzą, że mowa jest o krokodylu, ale opis biblijny do tej opinii nie pasuje: "na ziemi nie ma mu równego; jest to stworzenie nieustraszone" (Hioba 41:25), "nawet na to, co wzniosłe, spogląda z góry, on jest królem wszystkich dumnych zwierząt" (Hioba 41:24).

Pogląd, że ludzie mogli spotykać żyjące dinozaury, wydaje się fantastyczny. Ale w ubiegłym roku doniesiono o równie fantastycznym znalezisku. Na stanowisku paleontologicznym w Montanie, gdzie znajdują się szczątki dinozaurów sprzed 68 milionów lat wg przyjętego datowania, znaleziono nie tylko skamieniałości, ale także coś, co ostrożnie określono jako miękkie tkanki, które nie uległy fosylizacji.17 Określono ostrożnie, bo jak bez zawahania się można wypowiedzieć opinie, że przetrwały one 68 milionów lat? A my zapytajmy: może jednak od czasu wyginięcia dinozaurów nie upłynęło aż tyle lat? Może zasady uniformitaryzmu, tak istotne w datowaniu złóż geologicznych, nie są dobrym założeniem? Może jednak wielka katastrofa wodna, opisana w Biblii jako Potop Noego, jest realnością, którą trzeba brać pod uwagę?

Przypisy:

  1. Jerry COYNE, "The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  2. Richard DAWKINS, "Creationism: God"s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html Zwróćmy uwagę na tytuł artykułu. Dawkins jest autorem powiedzenia, że jeśli ktoś wątpi w teorię ewolucji, to jest albo głupcem, albo chorym umysłowo.
  3. Marshall BERMAN, "Intelligent Design: The New Creationism Threatens All of Science and Society", APS News October 2005, vol. 14, no. 9; http://www.cesame-nm.org/Resources/contributions/050930_Berman.html Por. też Marshall BERMAN, "Intelligent Design Creationism: A Threat to Society Not Just Biology", The American Biology Teacher November/December 2003, vol. 65, no. 9, s. 646-648, http://www.cesame-nm.org/Viewpoint/contributions/ABT_editorial_0311.pdf
  4. Richard DAWKINS, Ślepy zegarmistrz: czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW Warszawa 1994, s. 21.
  5. Tamże, s. 47.
  6. Tamże, s. 27.
  7. Tamże, s. 47.
  8. Richard DAWKINS, "Demiurg kontra Darwin", Newsweek 28.12.2005, s. 124.
  9. Por. DAWKINS, Ślepy zegarmistrz..., s. 475-477.
  10. Tamże, s. 484-485.
  11. Karol DARWIN, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, TENŻE, Dzieła wybrane, tom II, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 88.
  12. W tej części wykorzystałem m.in. teksty: Bert THOMPSON, "Spór o dinozaury", Na Początku... 1997, nr 3 (84), s. 50-60; Brad T. BROMLING, "Dinozaury w Biblii?", tamże, s. 60-63; John WOODMORAPPE, "Fossylizacja kości dinozaurów z punktu widzenia młodoziemskiej geologii Potopu", tamże, s. 63-64.
  13. Patrz Paul HOFFMAN, "Asteroid on Trial", Science Digest 1982, vol. 90, No. 6, s. 58-63; "The Great Dyings", Discover May 1984, vol. 5, No. 5, s. 2124, 26-32; Walter ALVAREZ and Frank ASARO, "An Extraterrestrial Impact", Scientific American 1990, vol. 263, No. 4, s. 78-84.
  14. Por. Roger HIGHFIELD, "Experts Clash over Demise of the Dinosaurs:, The Daily Telegraph, 2 February 2006, http://www.telegraph.co.uk/news/main.jhtml?xml=/news/2006/02/02/wdino02.xml&sSheet=/news/2006/02/02/ixnewstop.html
  15. Por. Reginal DALY, Earth's Most Challenging Mysteries, Craig Press, Nutley, NJ 1972, s. 29 i następne. Wymienia on ponad dwadzieścia wyjaśnień zniknięcia dinozaurów.
  16. Patrz na przykład Duane T. GISH, Dinosaurs: Those Terrible Lizards, Creation-Life Publishers, San Diego, CA 1977, s. 55-60; Duane T. GISH, The Amazing Story of Creation from Science and the Bible, Institute for Creation Research, El Cajon, CA 1990, s. 73-75.
  17. Patrz Erik STOKSTAD, "Tyrannosaurus rex Soft Tissue Raises Tantalizing Prospects", Science 25 March, 2005, vol. 307. no. 5717, p. 1852; Mary H. SCHWEITZER, Jennifer L. WITTMEYER, John R. HORNER, Jan K. TOPORSKI, "Soft-Tissue Vessels and Cellular Preservation in Tyrannosaurus rex", Science 25 March 2005, vol. 307, no. 5717, s. 1952-1955; Deirdre Lockwood, "Flexible fossil shows tyrannosaur"s softer side", http://www.nature.com/news/2005/050321/full/050321-13.html; William Mullen, "Break a fossil, look what you learn. A maverick scientist finds possible blood vessels in a T. rex bone, a discovery that could unlock many mysteries of dinosaurs", Chicago Tribune March 25, 2005, http://www.chicagotribune.com/news/local/chi-0503250246mar25,1,4542402.story?coll=chi-news-hed&ctrack=1&cset=true. Patrz też http://news.bbc.co.uk/1/hi/sci/tech/4379577.stm

Zmarł Henry M. Morris, odnowiciel współczesnego kreacjonizmu


25 lutego b.r. w szpitalu pod San Diego w Kalifornii zmarł Henry M. Morris. Miał 87 lat. Z wykształcenia inżynier, posiadał doktorat z inżynierii wodnej, pracował na kilku świeckich uczelniach amerykańskich, m.in. przez 13 lat kierował wydziałem w Virginia Polytechnic Institute, Blacksburg, Virginia. To od wydania jego książki w 1961 roku, The Genesis Flood (Potop z Księgi Rodzaju), historycy datują odrodzenie ruchu kreacjonistycznego zniszczonego, wydawałoby się, do samych fundamentów przez Darwina i jego następców. Morris od 1970 roku poświęcił się wyłącznie kreacjonizmowi, pracując głównie w założonym przez siebie Instytucie Badań Kreacjonistycznych (Institute for Creation Research) w El Cajon, w pobliżu San Diego, w południowej Kalifornii.

1959 - rok Darwina
Zaledwie dwa lata przed wydaniem The Genesis Flood obchodzono z wielką pompą stuletnią rocznicę wydania głównego dzieła Darwina, O powstawaniu gatunków. Kreacjonizm wydawał się zepchnięty na kompletny margines. Przyznawali się do niego tylko członkowie niewielkich grup religijnych, z reguły ludzie niewykształceni i z pobudek religijnych, nie naukowych. Oczywiście były wyjątki od tej reguły, ale w I połowie XX wieku kreacjonistów, którzy byli w stanie coś opublikować, można było policzyć zaledwie na palcach obu rąk. Ewolucjoniści jawnie tryumfowali. Oto kilka wypowiedzi Sir Juliana Huxleya z przemówienia wygłoszonego 26 listopada 1959 roku (w dokładną setną rocznicę wydania dzieła Darwina) na Uniwersytecie w Chicago:

[...] wszystkie aspekty rzeczywistości są podporządkowane ewolucji, od atomów i gwiazd do ryb i kwiatów, od ryb i kwiatów do ludzkich społeczeństw i wartości - faktycznie cała rzeczywistość jest jednym wielkim procesem ewolucji.

[...] W ewolucyjnym wzorcu myślenia nie ma już ani potrzeby, ani nawet miejsca na element nadprzyrodzony. Ziemia nie została stworzona, lecz wyewoluowała. Podobnie zwierzęta i rośliny, które ją zamieszkują, w tym i ludzie, umysł i dusza, jak też mózg i ciało. Także religia.

[...] Człowiek ewolucyjny nie może już nadal uciekać od swej samotności w ramiona istniejącego tylko w wyobraźni boskiego ojca, którego sam stworzył, czy uciekać od odpowiedzialności związanej z podejmowaniem decyzji, chroniąc się pod parasolem Boskiego Autorytetu, ani też unikać stawiania czoła aktualnym problemom, planując swą przyszłość zgodnie z wolą wszechwiedzącej, ale - niestety - zagadkowej, Opatrzności.

[...] W końcu, wizja ewolucyjna umożliwia nam dostrzec, przynajmniej w zarysie, cechy nowej religii, jaka z pewnością powstanie, by zaspokajać potrzeby nadchodzącej epoki. 1

Huxley nie był byle kim. To jeden z twórców współczesnej syntezy ewolucyjnej, czyli neodarwinizmu (według którego ewolucja następuje przez przypadkowe mutacje i dobór naturalny). W takiej atmosferze intelektualnej przyszło Morrisowi walczyć o uznanie wiarygodności kreacjonizmu. Wszystkie książki napisane na cześć Darwina i seminaria gloryfikujące myśl ewolucyjną głosiły śmierć kreacjonizmu. Nawet American Scientific Affiliation, organizacja zrzeszająca amerykańskich uczonych, przyznających się do wiary w Boga, skapitulowała wobec teistycznego ewolucjonizmu. Prawie wszystkie chrześcijańskie college'e i seminaria duchowne poszły ich śladem. Te kilka z nich, które nadal odrzucały teistyczny ewolucjonizm, nauczały albo progresywnego kreacjonizmu (stworzenie odbywało się etapami co wiele milionów lat), albo teorii luki czasowej (między pierwotnym stworzeniem Wszechświata a stworzeniem życia naZiemi istniała potężna, może nawet wielomiliardoletnia, luka czasowa).

Współpraca
Ale w tym samym roku 1959 Morris ukończył wstępną wersję książki, która przyczyniła się w decydującym stopniu do odrodzenia kreacjonizmu - tylko już nie wśród teologów, lecz uczonych-przyrodników. Książką tą był The Genesis Flood (Potop z Księgi Rodzaju). Jej współautorem był biblista, specjalizujący się w problematyce Starego Testamentu, John C. Whitcomb.

Whitcomb po ukończeniu studiów historycznych w 1948 roku zaczął studiować teologię. Morris i Whitcomb spotkali się osobiście w 1953 roku na zjeździe American Scientific Affiliation. Morris przedstawił na nim referat pt. "Biblical Evidence for a Recent Creation and Universal Deluge" (Biblijne dowody na rzecz niedawnego stworzenia i powszechnego potopu). Whitcomb w napisanym zaraz potem liście do Morrisa wyraził swoje uznanie dla treści referatu. Jego zdaniem wnioski, do których Morris doszedł, są całkowicie zgodne z Biblią i powinny być w przyszłości poparte przez rzetelne świadectwo geologiczne. Tak rozpoczęła się ich przyjaźń, której punktem kulminacyjnym było późniejsze wspólne autorstwo The Genesis Flood. Gdy w 1955 roku Whitcomb podjął decyzję, by pisać pracę doktorską z teologii na temat ogólnoświatowego potopu, zwrócił się do Morrisa o pomoc, o dane bibliograficzne i szczegółowe sugestie.

Morris należał do tych kreacjonistów, którzy troskliwie przez lata przygotowywali się do kompetentnego zajmowania się kreacjonizmem. Już w 1947 roku zdecydował się pracować nad doktoratem z hydrologii, z uboczną specjalnością w geologii. Uważał, że takie połączenie umożliwi mu stworzenie rzetelnego ujęcia geologii potopu (geologia potopu była wcześniej rozwijana przez niektórych kreacjonistów, ale w połowie XX wieku ich ujęcia były już przestarzałe.) Maszynopis książki Morrisa na temat Potopu Noego, gdy Whitcomb zwrócił się do niego o pomoc i sugestie, obejmował 4 rozdziały liczące ok. 300 stron.

W 1957 roku Morris, po pracy na kilku amerykańskich uczelniach, przeniósł się do Virginia Polytechnic Institute, gdzie zaczął kierować wydziałem inżynierii niewojskowej. W tym samym roku Whitcomb obronił doktorat z teologii na temat potopu. Morris uznal, że pierwsze rozdziały pracy Whitcomba na temat biblijnych i historycznych aspektów Potopu były znakomite, ale pozostałe rozdziały w gruncie rzeczy streszczały jedynie argumenty jednego z dawniejszych teoretyków geologii potopu (George'a McCready Price'a). Były więc przestarzałe, gdyż od publikacji Price'a upłynęło 30 lat. Whitcomb nie miał jednak odpowiedniego przygotowania fachowego, by tę część swojej pracy uaktualnić. Obaj panowie uznali więc, że najlepszym wyjściem będzie napisanie wspólnej książki, w której Morris napisze dwa 50-stronicowe rozdziały kolejno na temat krytyki uniformitaryzmu geologicznego oraz przedstawiając zarys biblijnej ramy roboczej dla danych z geologii historycznej.

Ostatecznie jednak Morris przygotował 350 stron książki, a Whitcomb - 150. Whitcomb był autorem pierwszych czterech rozdziałów i dwu dodatków, a Morris - pozostałych trzech rozdziałów. Ale czytali wzajemnie przygotowywane przez siebie rozdziały i sugerowali wiele poprawek. Książka była naprawdę ich wspólnym tworem.

Pracę nad nią powinno się datować od 1947 roku, gdy Morris rozpoczął swój rękopis nigdy nieopublikowanej książki Creation and Destruction of the World (Stworzenie i zniszczenie świata). Whitcomb pisał swoją pracę doktorską od 1955 roku. Ostatecznie The Genesis Flood wydano w 1961 roku.

Zanim to się stało, Morris wysyłał rękopis do niektórych znanych sobie uczonych, aby zapoznać się z oceną tak wielu kompetentnych naukowców, na ile to możliwe. Lista uczonych w podziękowaniach, przytoczonych w książce, obejmuje nazwiska 21 przyrodników, 9 teologów i 2 filologów. W ten sposób utworzyła się początkowo nieformalna dyskusyjna grupa korespondencyjna, która w końcu przekształciła się w Creation Research Society (Towarzystwo Badań nad Stworzeniem). CRS to najpoważniejsza dziś organizacja kreacjonistyczna na świecie, do której należeć mogą tylko te osoby, które ukończyły studia wyższe z jakiejś dziedziny nauki. Wydanie książki w 1961 roku powszechnie uchodzi za punkt zwrotny w historii kreacjonizmu. 2 A jej wpływ można zauważyć choćby w tym, że przez następne kilkadziesiąt lat była ciągle wznawiana. 3 Łączna liczba wydanych egzemplarzy wynosi kilkaset tysięcy. 4

Antynaturalizm
Książka została napisana w sposób nie do zaakceptowania przez współczesnych uczonych. Ma charakter naukowy (ewolucjoniści powiedzieliby: z pozoru naukowy), mianowicie wypełniona jest argumentami z nauk przyrodniczych, ale zaczyna się od przyjęcia słownej nieomylności Pisma Świętego. Jak autorzy wyjaśnili we wstępie, argumenty zawarte w książce oparte są na założeniu, że Biblia jest prawdziwa. Nie używając współczesnej terminologii filozoficznej, autorzy odrzucili więc powszechnie akceptowany postulat naturalizmu metodologicznego, według którego w nauce nie wolno odwoływać się do przyczyn nadprzyrodzonych. Naturalizm jest więc połączeniem materializmu i praktycznego ateizmu. Nie głosi nieistnienia Boga, ale tak funkcjonuje, jakby Go nie było. Morris uważał, że jeśli Bóg istnieje i działa w świecie, to założenie, że w nim nie działa, musi prowadzić do fałszywych wniosków. Jeśli celem nauki jest dociekanie prawdy o świecie, to nauka nie może udawać, że nic nie wie o aktywności stwórczej Boga. W szczególności nauka nie może zakładać, że aktywności tej nie było.

Więcej - jeśli aktywność Boża w świecie została poprawnie opisana w Piśmie Świętym, to wyniki badań naukowych nie tylko nie mogą tej prawdzie zaprzeczać, ale nawet mogą i powinny być wsparte przez te faktualne twierdzenia, jakie znaleźć można w Biblii. Biblijny opis stworzenia i potopu uznać można za wyznaczenie terenu, na którym dopiero można prowadzić rzetelne, to jest nakierowane na prawdę, badania naukowe, uszczegóławiające ogólne z natury rzeczy twierdzenia Biblii. Poszukiwania naukowe winny być tak prowadzone, aby dopasowywać się do tych ogólnych biblijnych ram. Postawę badawczą Morrisa i Whitcomba uznać więc można za fundamentalizm - uznanie priorytetu poznawczego Biblii nad badaniem naukowym.

Trzeba pamiętać, że książka została napisana dla chrześcijan, a nie dla świata jako takiego, zwłaszcza tego zeświecczonego. Jej podstawową przesłanką była nieomylność Słowa Bożego. A jej celem było wezwanie tych chrześcijan, którzy akceptowali autorytet Biblii, by powrócili do prawdziwego kreacjonizmu. Trzeba bowiem pamiętać, że nawet wśród biblijnych chrześcijan w połowie XX wieku niewielu było takich, którzy wierzyli, że Biblia naprawdę mówi to, co jest w niej napisane. Przeważały poglądy, że dni stworzenia należy interpretować niedosłownie, jako epoki, a sam Potop Noego miał ograniczony zasięg. Zdaniem autorów książka wykazała rozstrzygająco, że Biblia naucza niedawnego stworzenia i potopu, który zniszczył poprzednio istniejący świat. Nie można pogodzić Biblii czy to z teorią potopu lokalnego, który miał miejsce na przykład jedynie na terenie Mezopotamii, czy z teorią co prawda potopu globalnego, ale przebiegającego spokojnie. Opis biblijny ogólnoświatowego kataklizmu, wodnej katastrofy ogarniającej i niszczącej cały poprzednio istniejący świat, należy przyjąć jako rzeczywisty opis historyczny. Wynika z niego, oczywiście, że dane geologiczne były w głównym nurcie nauki niewłaściwie interpretowane - tak, aby umożliwić zaakceptowanie długotrwałych epok geologicznych bez globalnego potopu. Jeśli jednak potop naprawdę miał miejsce, co Biblia wyraźnie opisuje, to wynika z tego, że wiele, a może nawet większość formacji geologicznych musiała powstać pod jego wpływem. Autorzy próbowali wykazać, że dane geologiczne można tak zinterpretować, by dopasować je do twierdzeń biblijnych, ale ciągle podkreślali, że ich wnioski geologiczne są tymczasowe, próbne, podatne na modyfikację pod wpływem wyników dalszych badań, o ile tylko przyjmie się, że nie można zmienić podstawowych nauk biblijnych na temat globalnego kataklizmu. Wszystkie fakty odkryte przez geologię i inne nauki przy poprawnym ich zinterpretowaniu muszą potwierdzić rzeczywisty charakter stworzenia i potopu. Prawdą jest, że te same fakty uczeni głównego nurtu interpretują inaczej, ale jest to wynik wcześniejszego zaangażowania po stronie naturalizmu. Jeśli apriorycznie przyjmiemy, że Bóg nie działał stwórczo w dziedzinie empirycznej i że biblijne opisy potopu nie są prawdziwe, to musimy dojść do wniosku, że Wszechświat jest stary, że warstwy geologiczne Ziemi powstawały w ciągu milionów lat i że wszystkie organizmy żywe musiały wyewoluować. Tyle że wnioski te zawarte są już we wcześniej przyjętych założeniach. Moc ewolucjonizmu wypływa z jego metodologii.

Ewolucjoniści zwykle krytykują fakt, iż Morris (i inni kreacjoniści) czerpią z Biblii najogólniejszą ramę roboczą dla późniejszych analiz naukowych. Założenie, iż świat został stworzony ok. 10 tys. lat temu i że parę tysięcy lat później miał miejsce ogólnoświatowy potop, uważają za niedopuszczalną ingerencję religii w sprawy nauki. Jednak należy zauważyć, że oba założenia - Wszechświat został stworzony i Wszechświat nie został stworzony - mają tę samą moc. Jeśli pierwsze jest niedopuszczalną ingerencją religii w sprawy nauki, to drugie jest niedopuszczalną ingerencją ateizmu w sprawy nauki. Ale jedno z tych założeń musi być prawdziwe, a bez któregoś z nich nie da się uprawiać nauki.

Ktoś niezorientowany mógłby sądzić, że nauka może obyć się bez tych założeń, że może dopiero na drodze badań naukowych ustalić, które z nich jest prawdziwe. Ale to złudzenie. Nie da się uprawiać nauki bez przyjęcia jednego lub drugiego założenia. Zanim zaczniemy poszukiwać przyczyn dla zjawisk z otaczającego nas świata, musimy rozstrzygnąć - arbitralnie - gdzie tych przyczyn będziemy poszukiwali. Naturalistycznie zorientowani uczeni poszukują ich w samym świecie, odrzucając możliwość przyczyn nadnaturalnych. Tę możliwość odrzuca się, zanim jeszcze rozpocznie się jakiekolwiek badania. Nauka nie dowodzi, bo nie może tego zrobić, prawdziwości naturalizmu. Naturalizm można tylko założyć albo go odrzucić.

Skoro jedni uczeni mogą z góry wykluczać stwórcze działanie Boga, to inni, zwłaszcza wierzący w Pismo Święte chrześcijanie, mogą, a nawet powinni przyjmować założenie przeciwne. Jedynym sposobem argumentowania, która z obu omawianych postaw jest lepsza, są osiągane wyniki. Który system wiedzy - naturalistyczny czy nadnaturalistyczny - ma mniej kłopotów z wyjaśnianiem świata? Który jest bardziej spójny? Który jest prostszy? Który jest bardziej owocny?

Niestety, taka porównawcza ocena nie jest tak prosta, jak się może wydawać. Nie jest prosta, gdyż obie rywalizujące strony przywiązują inne znaczenie dla zalet i wad głoszonych przez siebie i przez adwersarzy systemów wiedzy. Dla kreacjonistów kluczową wartością jest zgodność z Biblią, podczas gdy dla naturalistów nie ma ona żadnej wartości. I odwrotnie: brak odwoływania się do czynników nadprzyrodzonych, podstawowa w opinii naturalistów zaleta systemu naturalistycznego, jest wadą w oczach kreacjonistów. Obie strony nie tylko głoszą inne aktualne twierdzenia na temat rzeczywistości. Przyjmują one także inne kryteria wydawania ocen, wartościowania wygłaszanych twierdzeń, co praktycznie uniemożliwia rzeczową dyskusję na temat wartości całych systemów wiedzy. Możliwe są tylko dyskusje cząstkowe, dla których uda się znaleźć wspólną płaszczyznę.

Systematyka kreacjonizmów
Henry M. Morris ustanowił dzisiejszy obraz standardowego kreacjonisty. Zanim zaczął swoją działalność, większość kreacjonistów traktowała opis biblijny niedosłownie i uznawała starożytność Ziemi i Wszechświata. Byli to więc kreacjoniści starej Ziemi. Spór o wiek Ziemi to najpoważniejszy spór w łonie kreacjonizmu. Kreacjoniści młodoziemscy uważają, że zawarte w Biblii chronologie nie pozwalają na tradycyjne datowania wieku Ziemi i Kosmosu. Wprawdzie chronologie te nie są kompletne, ale nie na tyle, by wiek Ziemi liczyć w miliardach lat. Jeśli zsumowanie podawanych okresów życia patriarchów biblijnych daje ok. 6 tys. lat, to istniejące luki w chronologiach pozwalają wydłużyć ten wiek do ok. 10 tys. lat (najodważniejsi kreacjoniści młodoziemscy mówią o ok. 15 tys. lat). Ponieważ ewolucjoniści, zwalczając młody wiek Ziemi, powołują się na rozmaite datowania radiometryczne, kreacjoniści poświęcają wiele wysiłku krytyce tych metod. 5

Zdaniem Morrisa świat powstał z niczego wskutek Boskiego "niech się tak stanie". Odrzuca tym samym pogląd tzw. kreacjonistów progresywnych, według których nowe organizmy żywe powstawały dzięki indukowanym przez Boga rearanżacjom materiału genetycznego. Bóg w ujęciu Morrisa jest Bogiem Stwórcą, a nie inżynierem genetycznym.

Należy też pamiętać o rozróżnianiu kreacjonistów biblijnych od kreacjonistów naukowych. Ci pierwsi uzasadniają szczegółowe twierdzenia, odwołując się do analiz biblijnych - w ten sposób można wykazać, jak nazywali się pierwsi rodzice lub ile osób uratowało się w czasie potopu. Kreacjoniści naukowi zaś prawdziwość swoich twierdzeń uzasadniają odwołując się wyłącznie do badań empirycznych. Kwalifikacji tej nie zmienia fakt, iż to Biblia ustala najogólniejszą ramę roboczą badań kreacjonistycznych.

Dziedzictwo i przyszłość
Henry M. Morris zmarł. Ale prąd intelektualny, do odrodzenia którego w decydujący sposób się przyczynił, trwa i rozwija się. Przypisy:

  1. Sir Julian HUXLEY, "The Evolutionary Vision: The Convocation Address", w: Sol TAX and Charles CALLENDER (eds.), Evolution after Darwin. The University of Cicago Centennial, vol. III. Issues in Evolution. The University of Chicago Centennial Discussions, The University of Chicago Press 1960, s. 249-261.
  2. Por. Ronald L. NUMBERS, "Creationism in 20th Century America", Science 5 Nov. 1982, vol. 218, s. 542.
  3. Mój własny egzemplarz z 1998 roku pochodzi z 42-go wznowienia.
  4. Por. Ronald L. NUMBERS, The Creationists. The Evolution of Scientific Creationism, University of California Press, Berkeley - Los Angeles - London 1992, s. 209.
  5. Najpoważniejsze prace tego rodzaju to John Woodmorappe, The Mythology of Modern Dating Methods, Institute for Creation Research, El Cajon 1999 oraz Larry Vardiman, Andrew A. Snelling, Eugene F. Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth. A Young-Earth Creationist Research Initiative, Institute for Creation Research, El Cajon and Creation Research Society, St. Joseph 2000.

Proces w Dover

20 grudnia 2005 roku sąd okręgowy w Pensylwanii wydał wyrok w głośnej sprawie dotyczącej programu nauczania w amerykańskich szkołach publicznych. Na temat samej rozprawy i wydanego wyroku wypowiedziano wiele mylących twierdzeń. Przede wszystkim wmawiano niezorientowanym czytelnikom, że proces dotyczy zastąpienia teorii ewolucji przez kreacjonizm:

     Zamiast powszechnie wykładanej teorii ewolucji Darwina teoria o stworzeniu życia przez Boga? Taką możliwość rozważa zarząd edukacji amerykańskiego stanu Kansas. O tym, która teoria stanie się obowiązującą w stanie Kansas, zadecyduje tygodniowe przesłuchanie [...]. Jednak już dziś nie brakuje głosów, że skład sędziowski zarządu [...] zabroni nauczania teorii Darwina.1 

Ta wypowiedź pochodziła z okresu, kiedy jeszcze w pewnym okręgu w stanie Kansas (nie w całym stanie) dyskutowano nad sprawą, która została później rozstrzygnięta przez radę szkolną, a następnie zaskarżona przez rodziców kilkorga dzieci. Można więc do pewnego stopnia usprawiedliwić niewiedzę autora. Sprawa była względnie nowa, mało znana, dopiero na jaw wychodziły pewne szczegóły. Wprawdzie jak się coś pisze, to należy dokładnie sprawdzić, ale errare humanum est. Gorzej, że dokładnie ten sam błąd (błąd czy świadome wprowadzanie w błąd czytelników?) powtarzano potem w niezliczonych komentarzach we wszystkich językach świata. Nawet w najpoważniejszej chyba gazecie w Polsce:

     Rodzice ośmiorga uczniów nie chcieli, by ich dzieci uczyły się o kreacjonizmie, i skierowali sprawę do sądu w Harrisburgu [...].Włączenie teorii ?inteligentnego projektu" do programu szkół publicznych (wiele prywatnych już to zrobiło) jest rozpatrywane w innych stanach, takich jak Kansas czy Ohio, a wśród jego zwolenników jest prezydent George W. Bush.2 

Z tych słów czytelnik ma prawo wnioskować, że rozprawa sądowa w Pensylwanii dotyczyła uczenia w szkołach kreacjonizmu albo - nie jest to do końca jasne - teorii inteligentnego projektu. Niewykluczone też, że zdaniem autora różnica między kreacjonizmem a teorią inteligentnego projektu nie istnieje albo jest niewielka. Trzeba przyznać, że ostatnie zdanie artykułu w Rzeczypospolitej poprawnie przedstawia, o co naprawdę chodziło radzie szkolnej okręgu Dover w Pennsylvanii. Brzmiało ono tak:

     Richard Thompson, adwokat władz szkolnych, podkreśla jednak, że do programu nauczania włączono jedynie uwagę, że istnieje alternatywna teoria wyjaśniająca pochodzenie życia na Ziemi, i każdy, kto chce, może się z nią zapoznać w książce ?O pandach i ludziach", która wyjaśnia podstawy ?teorii inteligentnego projektu".

Nie chodziło więc o wyrugowanie nauczania ewolucjonizmu. Nie chodziło nawet o nauczanie obok ewolucjonizmu także kreacjonizmu czy teorii inteligentnego projektu (bo kreacjonizm i teoria inteligentnego projektu to nie jest to samo!). Chodziło jedynie o niewielką, parozdaniową wzmiankę w podręcznikach.

O co naprawdę chodziło Radzie Szkolnej w Dover?
Pod koniec 2004 roku Rada Szkolna okręgu Dover, Pensylwania, uznała, że uczniów, którzy uczą się teorii ewolucji, należy poinformować, że teoria ta ma luki i że luki te stara się wypełnić inna teoria: teoria inteligentnego projektu. W rezultacie w podręcznikach winna znaleźć się następująca informacja:

     Standardy szkolne stanu Pennsylwania wymagają od uczniów poznania Darwinowskiej teorii ewolucji, tak by w końcu zdali oni standardowy test, którego częścią jest wiedza o ewolucjonizmie.

     Ponieważ teoria Darwina jest teorią, jest ona stale sprawdzana w miarę odkrywania nowych faktów. Teoria ta nie jest faktem. Istnieją w niej luki niewypełnione żadnymi faktami empirycznymi. Teorię naukową definiuje się jako dobrze sprawdzone wyjaśnienie, unifikujące szeroki zakres obserwacji.

     Odmiennym od Darwinowskiego ujęciem jest teoria inteligentnego projektu. Jeśli uczniowie będą zainteresowani szczegółami teorii inteligentnego projektu, mogą sięgnąć do podręcznika Of Pandas and People.

     Uczniów zachęca się, by z otwartym umysłem podchodzili do każdej teorii. Sprawę pochodzenia życia szkoła pozostawia samym studentom i ich rodzinom. Ponieważ w okręgu szkolnym obowiązują określone standardy, instrukcje dydaktyczne mają na celu przygotowanie uczniów do zdobycia przez nich pozytywnych ocen.3 

I to wszystko. Cały hałas o rzekomym nauczaniu kreacjonizmu, o wyrzucaniu z programu szkolnego ewolucjonizmu to zasłona dymna. Naprawdę chodziło o te kilka zdań. O wyrażone opinie, że teoria ewolucji ma luki, że istnieje alternatywne ujęcie i że jak ktoś chce, to może sięgnąć po konkretną książkę, by dowiedzieć się o tym ujęciu więcej. Ale jak ktoś tego nie chce robić, to nie musi. Nie było mowy o żadnym nauczaniu ani kreacjonizmu, ani teorii inteligentnego projektu. To teoria ewolucji miała być przedmiotem nauczania. Trzeba było też na końcu zdać test z jej znajomości, ze znajomości teorii ewolucji, nie kreacjonizmu czy teorii inteligentnego projektu. A że mówiono o lukach w teorii ewolucji? Czy to coś złego? Każda teoria ma luki, ?każda teoria pływa w morzu anomalii",4 mawiał Imre Lakatos, wybitny filozof nauki, uczeń Karla Poppera. W cytowanej wzmiance była zachęta, by uczniowie traktowali wszystkie teorie, a więc teorię ewolucji, ale też i teorię inteligentnego projektu, z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, niedogmatycznie - jednym słowem: krytycznie. Najwyraźniej tego już ewolucjonistom było za wiele. Nie po to dzieci naucza się ewolucjonizmu, by traktowały go one jako jedną z wielu teorii, która ma luki i może nawet być nieprawdziwa.

Manipulacje, ciąg dalszy
Przyjrzyjmy się, jak manipulowano w tej sprawie opinią publiczną w Polsce i za granicą. Tomasz Zalewski tak przedstawiał problem:

     Zarząd oświaty stanu Kansas postanowił, że uczniowie mają się uczyć w szkołach tez podważających teorię ewolucji gatunków Darwina. Decyzja toruje drogę do nauczania religijnych koncepcji kreacjonizmu.5  

Podobnie Zalewski pisał już po wydaniu werdyktu w rozprawie:

     W październiku rada szkolna w miasteczku Dover w Pensylwanii nakazała nauczycielom biologii w miejscowych szkołach informować uczniów, że teoria Darwina ?nie jest udowodniona", w związku z czym należy się też zapoznać z teorią ?rozumnego projektu". Podyktowane nauczycielom oświadczenie odsyłało do podręcznika ?rozumnego projektu" [...].6 

Zwróćmy uwagę na kłamliwe stwierdzenie ?należy się zapoznać". Mała zmiana, prawda? Zamiast ?można" mamy ?należy".
W tych artykułach już nie mówiło się o nauczaniu kreacjonizmu, a tylko o nauczaniu jakichś tajemniczych tez, podważających teorię ewolucji (pewnie chodzi o informację o lukach w teorii albo o otwarty umysł). Tezy te mają jakoś ?torować drogę" do nauczania kreacjonizmu - ale jak torować, już nie wiadomo. Zresztą to ?torowanie" ma być w przyszłości, więc co tu można dokładniej powiedzieć? Pewnie jakoś tak, jak w konserwatywnych stanach południowych i środkowego zachodu, gdzie też dokładnie nie wiadomo, jak się to robi:

     Wtorkowa decyzja w Kansas jest jednak już kolejną z serii podobnych podejmowanych w ostatnich latach w USA, gdzie zwłaszcza na konserwatywnym południu i środkowym zachodzie lokalne władze edukacyjne starają się zastępować teorię ewolucji teorią ?rozumnego projektu".7 

W jakich stanach, kiedy oraz w jaki sposób próby takie podejmowano, autor już nie podaje. Podaje natomiast wyświechtany stereotyp o religijnych ignorantach walczących z nauką, ale bez szczegółów, bo po co? I tak wszyscy ?wiedzą", jak jest. Przy okazji autor daje popis swojej stronniczości:

     Głosi ona [teoria inteligentnego projektu], że wszystkie żywe stworzenia, także człowiek, nie rozwinęły się z jednego organizmu, lecz zostały ?zaprojektowane przez bliżej nieokreśloną istotę rozumną". Teoria ta nie precyzuje, że chodzi o Boga, i jej zwolennicy przedstawiają ją jako alternatywną teorię naukową.

     Przeciwnicy ?rozumnego projektu" - w tym przytłaczająca większość naukowców - uważają, że jest to w istocie pogląd religijny, nowa wersja kreacjonizmu, czyli tezy, że świat i wszystkie istoty żywe zostały stworzone w ciągu siedmiu dni przez Boga.8  

Mamy więc następującą sytuację: teoria inteligentnego projektu wprawdzie nie głosi, że projektantem jest Bóg, ale ?przytłaczająca większość naukowców" - oczywiście ewolucjonistów - uważa, że głosi. Chociaż nie głosi, to jednak głosi. A dlaczego ?przytłaczającej większości naukowców" tak zależy, by teoria inteligentnego projektu głosiła to, czego nie głosi? Odpowiedź jest prosta: bo jeśli głosi, to można ją wtedy uznać za fragment religii i skorzystać z zasady oddzielenia państwa i kościoła. Jeśli jest doktryną religijną, to można jej nauczać w kościołach albo prywatnie, ale nie w publicznych szkołach.

Przedstawianie teorii inteligentnego projektu jako odmiany kreacjonizmu jest standardowym zabiegiem ewolucjonistów na całym świecie. Znany biolog, Jerry Coyne, uważa, że ?Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu popieranego przez Williama Jenningsa Bryana w Dayton."9  Przypominam Czytelnikom, że William Jennings Bryan był oskarżycielem w słynnym ?małpim procesie" (Dayton 1925), w którym Johna Scopesa oskarżono o nauczanie ewolucjonizmu.10  A znany ideolog ewolucjonizmu i propagator ateizmu, Richard Dawkins, uważa, że teoria inteligentnego projektu ?to po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą".11  

Zagraniczni dziennikarze, nawet amerykańscy, manipulują opinią publiczną równie skutecznie jak polscy, nawet w czołowych czasopismach. Oto jak sprawę przedstawiał Time:

     W stanie Kansas konserwatywni członkowie rad szkolnych próbują na nowo sformułować obowiązujące w całym stanie standardy nauczania ewolucjonizmu, by znalazła w nich miejsce teoria inteligentnego projektu, będąca współczesną pasierbicą kreacjonizmu.12 

Wprawdzie nie chodziło o nauczanie kreacjonizmu, ale jego ?pasierbicy", cokolwiek to znaczy. I proszę zwrócić uwagę na ten majstersztyk słowny: ?aby znalazła w nich miejsce teoria inteligentnego projektu". Jak rozumie takie słowa zwykły, niezorientowany czytelnik? Czy tak, ze podaje się tylko nazwę teorii i radę dla zainteresowanych, gdzie można znaleźć więcej informacji, jeśli ktoś tego chce? Z całą pewnością nie. Z całą pewnością normalny czytelnik rozumie, że chodzi o nauczanie ?pasierbicy kreacjonizmu".

Przyjrzyjmy się, jak znany popularyzator nauki i zarazem ewolucjonistyczny propagandysta mąci w umysłach swoich polskich czytelników. Marcin Rotkiewicz pisze tak:

     Szkoły publiczne w USA znów stały się polem bitwy między obrońcami teorii ewolucji a chrześcijańskimi fundamentalistami, którzy domagają się, by dzieci nauczano również kreacjonizmu.

     [...] na lekcjach biologii poświęconych teorii ewolucji uczniowie już na wstępie są informowani, iż ?darwinizm nie jest faktem, ale jedynie pełną luk hipotezą; istnieje natomiast alternatywna koncepcja powstania życia na Ziemi i narodzin człowieka, tzw. teoria inteligentnego projektu, którą obszernie omawia książka ?Of Pandas and People? znajdująca się w szkolnej bibliotece". 13 

Jeśli się pisze ?już na wstępie uczniowie są informowani", to czytelnik ma prawo spodziewać się, że na następnych lekcjach będzie tylko gorzej, że zamiast teorii ewolucji dzieci będą poznawały kreacjonizm. Ma prawo się tego spodziewać, bo pierwsze zdania artykułu mówią wyraźnie o chrześcijańskich fundamentalistach, którzy chcą nauczania kreacjonizmu. A tymczasem na następnych lekcjach, jak widzieliśmy, uczniowie mieli się już uczyć tylko teorii ewolucji i zdać test tylko z jej znajomości. Parozdaniowa informacja była wszystkim, co tak wzburzyło ewolucjonistów. Jak widać, ewolucjoniści nie znoszą, by ktokolwiek, nawet w paru zdaniach, wspominał o lukach w tej teorii i traktowaniu jej z otwartym umysłem. Fizycy, astronomowie, chemicy, geologowie, prawie wszyscy przyrodnicy, nie mają nic przeciwko temu, by wspominać o lukach w ich teoriach. Wszyscy, tylko nie ewolucjoniści. Teoria ewolucji ma być jak żona cezara niezależnie od tego, jak jest naprawdę.

Nie ma się co dziwić, że zasłużona w manipulowaniu polską opinią publiczną Gazeta Wyborcza już po wydaniu werdyktu sędziowskiego nadal ?trzymała linię" zajętą przez ewolucjonistów całego świata:

     Sędzia federalny w USA zakazał uczenia w szkołach teorii uznającej Boga za autora procesu ewolucji. W przynajmniej 20 stanach trwają próby wprowadzenia elementów kreacjonizmu na lekcje biologii w szkołach publicznych.14  

Wprawdzie sędzia rzeczywiście zakazał, ale autor tekstu nie dodał, że teoria inteligentnego projektu nie mówi o Bogu i że nikt nie dążył do tego, co sędzia zakazał Utrwalił w ten sposób w umysłach czytelników Gazety Wyborczej fałszywy stereotyp ?wojny o Darwina".

Orzeczenie sądu w Dover
Cytowana wcześniej parozdaniowa informacja na temat luk w teorii ewolucji, istnieniu teorii inteligentnego projektu, o której można poczytać w książce Of Pandas and People oraz o potrzebie podchodzenia do każdej teorii z otwartym umysłem, została uznana przez sędziego za niezgodną z konstytucją amerykańską (dokładniej: z tzw. pierwszą poprawką do konstytucji), ponieważ rodzice i uczniowie mogliby ją rozumieć jako popieranie religii przez państwo. Orzeczenie sędziego Jonesa liczy sobie 139 stron,15  wypełnione jest informacjami na temat prawnych precedensów i zawiłymi rozumowaniami, ale niesie bardzo wyraźne przesłanie. System prawny Stanów Zjednoczonych nie będzie tolerował ataków na nauczanie ewolucjonizmu, temat religii nie ma miejsca w amerykańskich szkołach, a wierzący w Stwórcę są naiwnymi fanatykami.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nastąpiło charakterystyczne odwrócenie ról. Na początku lat 1920-tych wierzący potępiali dogmatycznie teorię ewolucji i odmawiali jej prawa wstępu do szkół. Dzisiaj ewolucjoniści używają tamtego języka wobec kreacjonistów i zwolenników inteligentnego projektu. Wygląda to tak, jakby ślepa wiara w ewolucję sama stała się religią. Z orzeczenia sędziego Johna E. Jonesa III wynika, że wiara w ewolucję jest fundamentem społeczeństwa amerykańskiego. Nie wszyscy jednak ewolucjoniści są do końca zadowoleni z orzeczenia. Wprawdzie sędzia zakazał nawet wzmianki o teorii inteligentnego projektu, ale nie zakazał dyskutowania o niej na lekcjach nauk społecznych. Już pojawiły się głosy, że Bóg i religia powinny być całkowicie zakazane w szkołach.16  Przypomina to pomysł Orwella, że jeśli wyeliminuje się z języka słowa, opisujące pewne idee, to idee te wkrótce przestaną istnieć.

Przypisy:

  1. ?Zbyt konserwatywni na Darwina", http://www.racjonalista.pl/index.php/s,11/t,4195
  2. Piotr Gillert, ?Bóg, Darwin i szkoły", Rzeczpospolita, 28.09.2005, Nr 227, http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050928/swiat/swiat_a_2.html?k=on;t=2005092820050928
  3. ?Tammy Kitzmiller, et al. v. Dover Area School District, et al.", Case No. 04cv2688, s. 1-2, www.pamd.uscourts.gov/kitzmiller/kitzmiller_342.pdf; ?The Orignal Statement by the Dover School Board", The New York Times December 20, 2005, http://www.nytimes.com/2005/12/20/national/text-dover.html
  4. Anomalie to fakty niezgodne z teorią. Uczeni, którzy akceptują daną teorię, starają się anomalie wyjaśnić. Często im się to po jakimś czasie udaje. Ale nie zawsze. Jeśli jakieś ważne anomalie uporczywie nie dają się usunąć, uczeni mogą zniechęcić się do panującej teorii i uznać, że należy poszukiwać nowej, lepszej.
  5.  Tomasz Zalewski, "Szkoły w Kansas walczą z teorią Darwina", środa, 9 listopada 2005, http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1356&wid=8086252&rfbawp=1131578650.759&ticaid=1841
  6. Tomasz Zalewski, "Sąd przychylił się ku Darwinowi", wtorek, 20 grudnia 2005, http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,wid,8128735,wiadomosc.html
  7. Zalewski, "Szkoły w Kansas...".
  8. Tamże.
  9. Jerry Coyne, ?The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  10.  O procesie tym pisałem dużo we wrześniowym numerze Idź pod prąd (nr 9, s. 8-9, http://creationism.org.pl/Members/miepaj/moje/meandry/Meandry006/document_view) i trochę w paź­dzier­ni­ko­wym numerze Idź pod prąd (nr 10, s. 8), http://www.podprad.knp.lublin.pl/archiwum-2.php?idg=84&tyt=NAUKA%20%20%20A%20%20%20BIBLIA:%20Meandry%20sporów%20o%20pochodzenie%20%20cz.%207
  11. Richard Dawkins, ?Creationism: God?s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html
  12. Charles Krauthammer, ?Let's Have No More Monkey Trials. To teach faith as science is to undermine both", Time Aug. 01, 2005, http://www.time.com/time/columnist/krauthammer/article/0,9565, 1088869,00.html
  13. Marcin Rotkiewicz, ?Ten diabeł Darwin! Wiara czy ewolucja?", Polityka 2005, nr 46, http://wiadomosci.onet.pl/1259421,242,kioskart.html
  14. Marcin Gadziński, ?USA: zakaz nauczania teorii inteligentnego projektu", Gazeta Wyborcza 22.12.2005 r., http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34254,3079652.html
  15. http://www.pamd.uscourts.gov/kitzmiller/kitzmiller_342.pdf
  16. Por. Frank Dunkle, ?Intelligent Design v. Evolution: The Latest Battle in the Culture Wars", World News & Prophecy January 2006, vol. 9, no. 1, s. 3.

Problem pochodzenia życia

Ostatnie zdanie głównego dzieła Darwina jest często cytowane przez zwolenników poglądu, że w istocie rzeczy Darwin był człowiekiem wierzącym. Brzmi ono tak:

   Wzniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza, podlegając ścisłym prawom ciążenia, dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu.2

Darwin, będąc ateistą, zabezpieczał się w ten sposób przed nieprzychylną reakcją ówczesnego środowiska wiktoriańskiej Anglii. Było to bardzo mądre posunięcie z jego strony. O tym, co naprawdę myślał na temat, jak powstało życie na Ziemi, możemy przekonać się dopiero z jego prywatnej korespondencji, którą ujawniono wiele lat po jego śmierci. W liście prywatnym do Josepha Hookera z 1871 roku Darwin wypowiedział opinię, która daje podstawę do tego, by uznawać go za prekursora współczesnego scenariusza ewolucji chemicznej. Otóż przypuszczał on, że życie mogło być wynikiem przemian chemicznych "w jakimś ciepłym bajorku zawierającym wszystkie rodzaje soli amonowych i fosforanowych, zaopatrzonym w ciepło, światło, elektryczność etc.". 3

Kilkadziesiąt lat później, bo w latach 20-tych ubiegłego wieku, rosyjski uczony, A.I. Oparin, oraz angielski uczony, J.B.S. Haldane, podjęli tę ideę Darwina i sugerowali, że wyładowania w pierwotnej atmosferze Ziemi mogły utworzyć chemiczne składniki życia. Przypuszczali oni, że te związki chemiczne rozpuszczały się potem w morzach, tworząc ciepłą rozcieńczoną zupę, w której mogły powstać pierwsze żywe komórki. Hipoteza Oparina-Haldane'a pozostawała niestestowana aż do wczesnych lat 50-tych. W 1953 roku student Stanley Miller oraz promotor jego pracy doktorskiej, Harold Urey, w specjalnie zaprojektowanym urządzeniu, którego schemat znajduje się w każdym podręczniku ewolucjonizmu, przepuszczali iskry elektryczne przez mieszankę gazów, o której sądzili, że stanowi dobre przybliżenie, jeśli w ogóle nie jest identyczna z atmosferą pierwotnej Ziemi. Udało im się w ten sposób otrzymać kilka chemicznych składników żywej komórki.

Eksperyment Millera-Ureya uchodził przez wiele lat za eksperymentalny dowód na to, jak życie mogło powstać bez udziału Istoty Nadprzyrodzonej. Uchodzi za taki nadal, ale tylko wśród laików, bo uczeni od ponad 10 lat wiedzą już, że w eksperymencie tym nie odtworzono warunków, jakie panowały w atmosferze pierwotnej Ziemi. Problemem jesttlen.

Tlen jest potrzebny dzisiejszym organizmom (nie wszystkim, ale pomińmy ten szczegół) do uzyskiwania energii z cząsteczek organicznych (podobnie jak samochód uzyskuje energię z benzyny, spalając ją przy użyciu tlenu). Tlen uzyskujemy z atmosfery dzięki oddychaniu. Oddychanie, które prowadzi do rozpadu cząsteczek organicznych, jest procesem przeciwnym do syntetyzowania, budowania tych cząsteczek. Chemicy proces oddychania nazywają utlenianiem, a proces syntetyzowania - redukowaniem. Otóż ten sam tlen, który jest tak ważny w oddychaniu, jest często przeszkodą w syntezie organicznej. W atmosferze beztlenowej, z którą eksperymentowali Miller i Urey, iskra elektryczna może doprowadzić do utworzenia interesujących cząsteczek organicznych, ale nawet niewielka ilość tlenu może wywołać wybuch. W żywych komórkach kontakt tlenu z procesami syntezy organicznej jest uniemożliwiony. Miller i Urey oddzielali swoją mieszankę gazową od tlenu atmosferycznego specjalnymi pojemnikami.

Obecna atmosfera jest mocno utleniająca. Oparin i Haldane, a później Miller i Urey, zakładali coś przeciwnego o pierwotnej Ziemi. Miała to być atmosfera mocno redukująca, bogata w wodór. Dokładniej rzecz biorąc, postulowali oni, że była ona mieszanką metanu (związku wodoru i węgla), amoniaku (związku wodoru i azotu), pary wodnej (związku wodoru i tlenu) oraz wolnego gazu wodorowego. Oparin i Haldane przewidywali, że błyskawice w takiej atmosferze mogą spontanicznie tworzyć cząsteczki organiczne potrzebne dla żywych komórek. Millerowi udało się najpierw otrzymać glicynę i alaninę, dwa najprostsze aminokwasy znajdowane w białkach, a potem on i inni uczeni otrzymali niewielkie ilości większości biologicznie ważnych aminokwasów, jak też i dodatkowe składniki organiczne znajdowane w komórkach. Jednak już w latach 60-tych zaczęły pojawiać się wątpliwości geochemików, czy warunki na wczesnej Ziemi były dokładnie takie, jakie postulowali Oparin i Haldane.

Atmosfera pierwotnej Ziemi
W 1953 roku i w paru następnych w eksperymentach, które nazwano eksperymentem Millera-Ureya otrzymano większość aminokwasów oraz niektóre składniki organiczne żywych komórek. Eksperyment ten polegał na przepuszczaniu wyładowań elektrycznych o wysokim napięciu przez mieszankę gazów, która miała odpowiadać składowi atmosfery pierwotnej Ziemi. Ponieważ Ziemia miała się ukształtować z chmury międzygwiezdnego pyłu i gazu, Harold Urey, laureat nagrody Nobla z chemii, wysunął rok przed przeprowadzeniem eksperymentu Millera hipotezę, że wczesna atmosfera Ziemi składała się głównie z wodoru, metanu, amoniaku i pary wodnej - zgodnie z wcześniejszą hipotezą Oparina i Haldane'a.

Ale już w tym samym roku, w którym Urey postulował zbliżony skład pierwotnej atmosfery do składu gazu międzygwiezdnego, geochemik z Uniwersytetu Chicagowskiego, Harrison Brown, zwrócił uwagę, że w atmosferze Ziemi znajduje się milion razy mniej tzw. rzadkich gazów (neonu, argonu, kryptonu i ksenonu) niż wynosi średnia kosmiczna, z czego wywnioskował, że Ziemia utraciła bardzo szybko swoją pierwotną atmosferę. Zgodzili się z nim geochemik Heinrich D. Holland (Princeton University, 1962) oraz Philip H. Abelson (Carnegie Institution, 1966), którzy niezależnie wnioskowali, że pierwotna atmosfera Ziemi nie pochodziła z chmur gazu międzygwiezdnego, ale z gazów uwalnianych przez ziemskie wulkany. Ponieważ nie widzieli powodu, by wierzyć, że dawne wulkany różniły się od współczesnych, uznali, że uwalniały one głównie parę wodną, dwutlenek węgla, azot i śladowe ilości wodoru. Ponieważ wodór jest najlżejszym gazem, lżejszym od neonu, argonu kryptonu i ksenonu, to grawitacja Ziemi tym bardziej nie była w stanie go utrzymać i musiał on szybko uciec do przestrzeni kosmicznej.

Ale jeśli jednym z głównych składników pierwotnej atmosfery była para wodna, to musiał się w niej znajdować także niezwiązany tlen. Wiadomo bowiem, że światło słoneczne w górnych częściach atmosfery dokonuje dysocjacji cząsteczek wody na wodór i tlen. Wodór ucieka następnie w Kosmos, a tlen jako cięższy pozostaje w atmosferze. Proces ten nazywa się fotodysocjacją.

Jak wiele tlenu mogło powstać wskutek fotodysocjacji? Czy niewiele, umożliwiając spontaniczne powstawanie aminokwasów i innych związków organicznych wskutek wyładowań atmosferycznych? Uczeni podzielili się w tej sprawie na dwa obozy. Sprawy tej nigdy nie rozstrzygnięto. W 1996 roku paleobiolog Kenneth Towe z Smithsonian Institution dokonał przeglądu dotychczasowego świadectwa empirycznego i doszedł do wniosku, że "najprawdopodobniej wczesna Ziemia posiadała atmosferę zawierającą wolny tlen".4

Ponieważ wodór jako najlżejszy gaz ucieka w przestrzeń kosmiczną, metan i amoniak nie mogły być głównymi składnikami wczesnej atmosfery, jak chcą założenia eksperymentu Millera-Ureya.5 Abelson zaś zauważył, że amoniak wchłania promieniowanie ultrafioletowe ze światła słonecznego i jest szybko przezeń niszczone. Ponadto gdyby w pierwotnej atmosferze obecne były duże ilości metanu, to najstarsze skały zawierałyby dużo cząsteczek organicznych, co nie ma miejsca. Abelson wnioskował, że nie ma świadectwa empirycznego na rzecz metanowo-amoniakowej atmosfery Ziemi, ale wiele przeciwko niej.6 Innymi słowy, scenariusz Oparina-Haldane'a był błędny, a wczesna atmosfera nie przypominała mocno redukującej mieszanki, jakiej użyto w eksperymencie Millera.

Sidney Fox i Klaus Dose przyznali w 1977 roku, że atmosfera redukująca nie wydaje się geologicznie realistyczna, ponieważ świadectwo empiryczne wskazuje, że większość wolnego wodoru prawdopodobnie uciekła w przestrzeń kosmiczną. Według nich eksperyment Millera-Ureya stosował niewłaściwą mieszankę gazów, gdyż poziom wodoru rósł w nim aż do 76%, podczas gdy na wczesnej Ziemi uciekał w Kosmos. Konkluzja Foxa i Dose'a była następująca: "Coraz bardziej rozpowszechniał się wniosek, że synteza Millera nie ma znaczenia geologicznego". 7

Od 1977 roku ten pogląd został niemal jednomyślnie przyjęty przez geochemików, którzy uważają teraz, że "wczesna atmosfera w ogóle nie przypominała symulacji Millera-Ureya".8 Kluczowa jest obecność wodoru, gdyż bez niego, czyli bez metanu i amoniaku, w mieszankach dwutlenku węgla, azotu i pary wodnej, nie powstają żadne aminokwasy.9

W 1983 roku Miller doniósł, że udało mu się wyprodukować niewielką ilość najprostszego aminokwasu - glicynę, przepuszczając iskry elektryczne przez atmosferę zawierającą tlenek węgla i dwutlenek węgla zamiast metanu, ale w obecności wolnego wodoru. Przyznał jednak, że glicyna to było wszystko, co udało mu się uzyskać przy nieobecności metanu.10

Jeśli eksperyment Millera-Ureya przeprowadza się z użyciem realistycznej symulacji pierwotnej atmosfery Ziemi, to nie daje on tego, co miał dawać. Dlatego badacze pochodzenia życia zaczęli poszukiwać czegoś innego. Modna stała się idea świata RNA.

Świat RNA?
Ponieważ eksperyment Millera-Ureya nie wyjaśnił, jak białka mogły się uformować na pierwotnej Ziemi, przyjęto, że to nie białka były pierwotnymi cegiełkami życia. DNA nie był dobrym kandydatem do tej roli, gdyż wymaga wielu złożonych białek, by mogły powstać jego kopie. DNA nie mógł powstać przed białkami.

Takim kandydatem stał się RNA, związek podobny do DNA i używany w żywych komórkach w trakcie procesu tworzenia białek. Około 20 lat temu Thomas Cech i Sidney Altman wykazali, że RNA zachowuje się czasami jak enzym, czyli jak białko.11 Inny biolog molekularny, Walter Gilbert, wysunął myśl, że RNA może sam się syntetyzować przy nieobecności białek, a więc że mógł powstać na pierwotnej Ziemi przed pojawieniem się na niej białek czy DNA.12 Żywe komórki mogły wyłonić się z tego "świata RNA".

Ale biochemik, Gerald Joyce, uznał, że RNA nie nadaje się do roli pierwszych składników życia, "gdyż jest nieprawdopodobne, by był produkowany w znacznych ilościach na pierwotnej Ziemi".13 Nawet gdyby RNA powstawał, to długo by nie przetrwał w warunkach, jakie istnieć miały na pierwotnej Ziemi. Joyce wierzy, że świat RNA poprzedzał świat DNA, ale uważa, że przed RNA musiały istnieć pewnego rodzaju żywe komórki.

Znaczy to, że idea świata RNA, podobnie jak idea pierwszeństwa białek, prowadzi w ślepą uliczkę. Nie wiadomo, jak pierwsze składniki życia mogły powstać na pierwotnej Ziemi. Ale zdjęcia lub rysunki aparatury Millera występują w wielu podręcznikach szkolnych i akademickich, nawet jeśli czasami (bo nie zawsze!) w tekście znajdujemy opinię, że prawdopodobnie atmosfera pierwotnej Ziemi była odmienna od tej, jaką zakładano w eksperymencie Millera-Ureya. W 1986 roku chemik, Robert Shapiro, opublikował książkę odnoszącą się krytycznie do wielu aspektów badań nad pochodzeniem życia. Zwłaszcza krytycznie odniósł się do argumentu, że eksperymenty Millera-Ureya dowiodły, iż pierwotna atmosfera Ziemi miała mocno redukujący charakter. Jego zdaniem jest to raczej mitologia niż nauka.14

  1. Wykorzystałem następujące prace: W.R. Bird, The Origin of Species Revisited. The Theories of Evolution and of Abrupt Appearance, vol. I: Science, Regency, Nashville, Tennessee 1991, s. 325-334; Thomas F. Heinze, How Life Began, Chick Publications 2002; Jonathan Wells, Icons of Evolution. Science or Myth? Why Much of What We Teach About Evolution Is Wrong, Regnery Publishing, Inc., Washington 2000, s. 9-27; Fazale Rana & Hugh Ross, Origins of Life. Biblical and Evolutionary Models Face Off, Navpress, Colorado Springs 2004, s. 109-121.
  2. Karol Darwin, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, DeAgostini, Altaya, Warszawa 2001, s. 560.
  3. Cyt. za: Leslie E. Orgel, "Narodziny życia na Ziemi", Świat Nauki 1994, nr 12 (40), s. 51 [51-58].
  4. Kenneth M. Towe, "Environmental Oxygen Conditions During the Origin and Early Evolution of Life", Advances in Space Research 1996, vol. 18, s. (12)7-(12)15.
  5. Heinrich D. Holland, "Model for the Evolution of the Earth's Atmosphere", w: A.E.J. Engel, Harold L. James and B.F. Leonard (eds.), Petrologic Studies: A Volume in Honor of A.F. Buddington, Geological Society of America 1962, s. 448-449.
  6. Por. Philip H. Abelson, "Chemical Events on the Primitive Earth", Proceedings of the National Academy of Sciences USA 1966, vol. 55, s. 1365-1372.
  7. Sidney W. Fox and Klaus Dose, Molecular Evolution and the Origin of Life, rev. ed., Marcel Dekker, New York 1977, s. 43 i 74-76.
  8. Jon Cohen, "Novel Center Seeks to Add Spark to Origins of Life", Science 1995, vol. 270, s. 1925-1926.
  9. Heinrich D. Holland, The Chemical Evolution of the Atmosphere and Oceans, Princeton University Press, Princeton 1984, s. 99-100.
  10. Gordon Schlesinger and Stanley L. Miller, "Prebiotic Synthesis in Atmospheres Containing CH4., CO, and CO2: I. Amino Acids", Journal of Molecular Evolution 1983, vol. 19, s. 376-382.
  11. Por. Kelly Kruger, Paula J. Grabowski, Arthur J. Zaug. Julie Sands, Daniel E. Gottschling, and Thomas R. Cech, "Self-Splicing RNA: Autoexcision and Autocyclization of the Ribosomal RNA Intgervening Sequence of Tetrahymena", Cell 1982, vol. 31, s. 147-157; Cecilia Guerrier-Takada, Katheleen Gardiner, Terry Marsh, Norman Pace, and Sidney Altman, "The RNA Moiety of Ribonuclease P is the Catalytic Subunit of the Enzyme", Cell 1983, vol. 35, s. 849-857.
  12. Por. Walter Gilbert, "The RNA world", Nature 1986, vol. 319, s. 618.
  13. Gerald F. Joyce, "RNA evolution and the origins of life", Nature 1989, vol. 338, s. 217-224. Por. też Robert Irion, "RNA Can't Take the Heat", Science 1998, vol. 279, s. 1303.
  14. Por. Robert Shapiro, Origins: A Skeptic's Guide to the Creation of Life on Earth, Summit Books, New York 1986, s. 112.

Mniej ludzki

      Pod takim tytułem ukazała się w ostatnim numerze Świata Nauki krótka notka na temat wyników trzyletnich badań genomu szympansa. 1 We wrześniowym numerze Nature opublikowano sekwencję tego genomu i jego pierwsze analizy. Przez wiele lat ewolucjoniści utrzymywali, że szympans jest naszym najbliższym żyjącym krewniakiem i jako dowód wskazywali na podobieństwo sekwencji DNA u obu tych gatunków. Twierdzili, że podobieństwo to sięga 98-99%. 2 Jednak często skupiali oni swoją uwagę na tzw. kodujących fragmentach DNA, które stanowią niewielki ułamek blisko 3 miliardów nukleotydów, z jakich składa się genom człowieka. 3 Genom człowieka jest znany od 2001 roku, ale do niedawna jeszcze genom szympansa był znany tylko fragmentarycznie. Sytuacja się zmieniła, gdy ukazał się specjalny numer Nature poświęcony genomowi szympansa. 4

      Okazuje się, że różnice genetyczne między ludźmi i szympansami wynoszą 4%, czyli dwukrotnie więcej, niż głoszono przez całe lata. Ale to nie przeszkadza ewolucjonistom mówić nadal o pochodzeniu od wspólnego przodka. Procenty nie są tu dla nich ważne. Gdyby różnica wynosiła nawet 10%, mówiliby to samo.

Różnice są większe, niż to wynika z podawanych procentów 5
      Mówienie o procentach zaciemnia jednak tu sprawę. Na przykład 1,23%, czyli blisko jedna czwarta z tej czteroprocentowej różnicy, polega na podstawieniach pojedynczych nukleotydów, z czego 1,06% to trwałe różnice. Szympansy się różnią między sobą. Jedne mają więcej, inne mniej wspólnych nukleotydów w porównaniu z ludźmi. Ta zmienność wewnątrz populacji odpowiada za część różnic. Trwałe różnice dotyczą tych, które są uniwersalne. Dotyczą one tych nukleotydów, które u wszystkich ludzi i u wszystkich szympansów są odmienne. 1,06% czy 1,23% nie wygląda na dużą liczbę. Ale trzeba sobie uświadomić, że to 35 milionów mutacji!

      Ale to tylko początek kłopotów, ponieważ istnieje ponadto 40-45 milionów nukleotydów obecnych u człowieka, których nie ma u szympansów, jak też mniej więcej taka sama liczba nukleotydów obecnych u szympansów i nieobecnych u człowieka. Te dodatkowe nukleotydy nazywane są insercjami lub delecjami (indelami), ponieważ w paradygmacie ewolucyjnym zostały one dodane lub utracone z sekwencji DNA. Większość tych insercji jest niewielka – 96% jest krótsza niż 20 nukleotydów – ale niektóre liczą sobie nawet kilka tysięcy nukleotydów. Minimalna liczba mutacji potrzebnych, aby te insercje zaszły, wynosi 5 milionów. Jeśli je dodamy do liczby mutacji pojedynczych nukleotydów, otrzymujemy liczbę 40 milionów oddzielnych mutacji, które rozdzieliły oba te gatunki. Całkowita liczba różniących się nukleotydów wynosi 125 milionów.

      Warto uświadomić sobie, jak wielkie to są liczby. Typowa strona maszynopisu liczy sobie ok. 2 000 znaków (30 linijek po 60 znaków w linijce). Jeśli każdej mutacji, potrzebnej do rozdzielenia gatunku szympansa i człowieka, odpowiadać będzie jedna litera, to trzeba zapisać 20 tys. stron, czyli ok. 100 dwustustronicowych książek. A jeśli każdemu różniącemu się nukleotydowi odpowiadać będzie jedna litera, to zapis 125 milionów wymagać będzie ponad 60 tys. stron maszynopisu. Za niewielkimi liczbami procentów kryją się naprawdę wielkie liczby.

      A istnieją jeszcze inne spore różnice między ludzkim i szympansim genomem, jeśli chodzi o ruchome elementy genetyczne (transpozony). Ludzie mają dużo więcej krótkich rozproszonych elementów (SINE) niż szympansy, ale szympansy mają dwie nowe rodziny retrowiralnych elementów, których nie ma u człowieka. Porównanie endogennych “składników retrowiralnych” dało 73 insercje charakterystyczne dla człowieka i 45 insercji charakterystycznych dla szympansów. Ludzie posiadają dwie rodziny SINE (Alu), których brak szympansom i ludzie mają znacznie więcej kopii (ok. 7 000 w porównaniu z ok. 2 300 u szympansa). Znaleziono także ok. 2 000 zmian typu L1, które zgodnie z ewolucjonistycznym paradygmatem pojawiły się w czasie między ostatnim wspólnym przodkiem szympansów i ludzi oraz wspólnym przodkiem dla wszystkich ludzi. I, co ważne, nieznana jest zaleta tych modyfikacji z punktu widzenia doboru naturalnego.

Insercje na niewielką skalę to nie jedyne różnice. Główna różnica dotyczy tego, że szympansy mają 48 chromosomów (24 pary), podczas gdy człowiek ma 46 chromosomów (23 pary). Ewolucjoniści twierdzą, że dwa chromosomy u wspólnego przodka ludzi i szympansów połączyły się, stanowiąc ludzki chromosom nr 2. Połączenia chromosomów mogą się zdarzać, ale zwykle redukują sukces reprodukcyjny, gdyż powodują monosomię i trysomię w zygotach, powstałych przez połączenie normalnego genotypu z takim, w którym występuje połączenie chromosomów. Wiele z tych wad chromosomalnych prowadzi do upośledzenia umysłowego. Ewolucjoniści muszą postulować wystąpienie tego samego połączenia chromosomów u dwu organizmów przeciwnej płci w tym samym czasie i w tym samym miejscu, aby mogły one spłodzić samca i samicę zdolnych do życia. Ale prawdopodobieństwo takiego wydarzenia jest niezwykle małe. Ponadto istnieje 9 perycentrycznych inwersji – fragmentów chromosomów wyciętych i wstawionych w przeciwnym kierunku.

      Tylko 29% białek jest identycznych u człowieka i szympansa. Około 5% tych, które się różnią, jest wynikiem insercji lub delecji całego kodonu aminokwasu (trzech nukleotydów). Najbardziej odmiennymi białkami u człowieka są białka zaangażowane w procesie transkrypcji. Co ciekawe, poziom zastąpienia aminokwasów u szympansów i człowieka jest większy niż u myszy i szczurów, chociaż ewolucjoniści uważają, że ludzie i szympansy są sobie bliższe ewolucyjnie niż myszy i szczury.

Czego dowodzi podobieństwo genetyczne?
      Ewolucjoniści wskazywane podobieństwa genetyczne między ludźmi i szympansami traktują jako dowód pochodzenia obu tych gatunków od wspólnego przodka. Ale wniosek taki wynika tylko po przyjęciu bardzo mocnego założenia: że Bóg-Stwórca albo nie istnieje, albo nie miał nic wspólnego z powstaniem człowieka. Kolejne wersje samochodów charakteryzują się również ponad 90-procentowy podobieństwem, ale nie stanowi to dowodu, ze jedna wersja powstała ewolucyjnie z drugiej, tylko że została zaprojektowana przez tego samego konstruktora. W sprawie pochodzenia człowieka istnieją zasadniczo dwie fundamentalnie odmienne koncepcja – ewolucjonistyczna i kreacjonistyczna. Obie one postulują wysoki stopień podobieństwa organizmów żywych. W takim razie powoływanie się na to podobieństwo nie może być dowodem na rzecz jednej z nich. Jeżeli podobieństwo genetyczne ma wykluczać jakąś hipotezę kreacjonistyczną, to tylko tę, że szympansy i człowiek zostały stworzone przez dwu różnych i niewspółpracujących ze sobą bogów. Ta hipoteza jest rzeczywiście obalona przez wyniki badań genomów ludzi i szympansów. Ale nie hipoteza, że życie i różne formy życia stworzył jeden i ten sam Projektant.

Dylemat Haldane’a 6
      Kreacjoniści uważają, że Bóg stworzył Adama z prochu ziemi, jak mówi Biblia. Gdyby prawdą było to, co mówią ewolucjoniści, to znaczyłoby to, że w ciągu 5-7 milionów lat, jakie minęły od czasu, gdy żył wspólny przodek szympansów i ludzi, 7 zaszło 40 milionów oddzielnych mutacji, tysiące modyfikacji transpozonów, modyfikacje długości chromosomu Y, liczne perycentryczne inwersje oraz fuzja chromosomalna. Ale w ciągu 6 milionów lat istniało tylko ok. 300 000 pokoleń – za mało, żeby osiągnąć wszystkie te zmiany.

      Na czym polega współcześnie rozumiany dobór naturalny? Organizmy żywe – rośliny, zwierzęta i drobnoustroje – występują jako odrębne osobniki zdolne do zamiany właściwego dla siebie pożywienia w swoje własne ciało i do produkowania podobnych do siebie osobników. Osobniki te różnią się między sobą i różnice te zwiększają lub zmniejszają ich zdolność do wykorzystywania pożywienia i do własnej reprodukcji. Podobieństwo między osobnikiem i jego potomkiem jest rezultatem tego, że rodzice przekazują potomkom swój program genetyczny, cechy osobników wynikają zaś zarówno z tego programu, jak i z modyfikacji spowodowanych przez środowisko. Warunki zewnętrzne nie zmieniają jednak programu genetycznego, cechy nabyte nie dziedziczą się. Jedyne zmiany możliwe w tym programie to rzadko pojawiające się błędy przekazu, tzw. mutacje. Błędy te nie mają charakteru przystosowawczego. Najczęściej zmniejszają one zdolność do wykorzystania pożywienia, do przeżycia i rozmnażania się. Tylko nieliczne z tych rzadko występujących błędów zdolności te mogą zwiększać. Wówczas zmutowane osobniki z jakiegoś powodu są bardziej płodne lub rzadziej spotyka ich przedwczesna śmierć, dzięki czemu mają w życiu do dyspozycji więcej czasu na wykorzystanie swoich możliwości rozrodczych. Mówi się w związku z tym, że dobór naturalny działa albo przez różnicową płodność, albo przez różnicową przeżywalność. Z punktu widzenia losów życiowych jednostki są to dwa mechanizmy bardzo różne, ale z punktu widzenia ich wpływu na skład populacji (z punktu widzenia ewolucji) ich efekt jest dokładnie taki sam – stopniowe narastanie w populacji odsetka osobników o zmutowanym genotypie. Programy genetyczne, które zapewniają najlepsze przeżycie i największą liczbę wydanego potomstwa, utrzymują się w przyszłych pokoleniach, eliminując programy alternatywne. Cały system działa zatem w kierunku maksymalizacji przez pojedyncze osobniki prawdopodobieństwa przeżycia i liczby wydanego potomstwa. Istota ewolucji biologicznej przez dobór naturalny polega właśnie na tej maksymalizacji.

      W latach 50-tych ubiegłego wieku brytyjski genetyk ewolucyjny, J.B.S. Haldane, wyliczył maksymalny stopień zmian genetycznych wywołanych różnicową przeżywalnością. W rezultacie niechętnie wywnioskował, że istnieje tu poważny problem, znany obecnie jako dylemat Haldane’a. 8 Jego obliczenia wykazują, że wiele gatunków wyższych kręgowców nie mogło wyewoluować w dostępnym czasie.

      Ewolucja wymaga zastąpienia dawnych powszechnie występujących cech przez nowe rzadkie cechy. Jednak istnieją granice dla stopnia, w jakim te zastąpienia mogą mieć miejsce. Granice te zależą głównie od zdolności reprodukcyjnej gatunków. Dylemat Haldane’a dotyczy właśnie tych granic.

      Wyobraźmy sobie populację złożoną ze 100 000 osobników. Wyobraźmy sobie następnie, że w populacji tej pojawiają się dwa osobniki, samiec i samica, posiadające jakąś nową cechę, podczas gdy pozostałe 99 998 organizmów posiada zamiast niej jakąś inną cechę. Wyobraźmy sobie w końcu, że ta nowa cecha powstała ze starej wskutek jakiejś korzystnej mutacji. Zadaniem ewolucji jest zastąpienie tej starej cechy przez nową. Aby to zadanie wykonać, różnicowa przeżywalność musi wyeliminować 99 998 osobników i wszystkich ich potomków.

      Załóżmy, że ewolucja działa stale, pokolenie za pokoleniem przez miliony lat. Jedno pokolenie u człowieka trwa z grubsza trzydzieści lat, 9 a niektórzy przyjmują, że 25 lat. 10 Ponieważ jeszcze inni uważają, że dla ancestralnej linii hominidów ok. 4 milionów lat i wcześniej trwało ono 20 lat, 11 załóżmy taką najkorzystniejszą dla ewolucjonizmu wielkość. Według syntezy neodarwinowskiej zastępowane cechy są zwykle jakąś nową wersją genu-allela. Nowy gen zwykle różni się od starego jakimś zmutowanym nukleotydem. Jak wiele nukleotydów w tym tempie mogło zostać zastąpionych w ciągu 6 milionów lat? Jeśli jeden na pokolenie, to razem 300 000. A samych pojedynczych różniących się nukleotydów w genomach szympansa i człowieka jest 40 milionów. Nie mówiąc o innych typach różnic.

      Czy można w ten sposób wyjaśnić pojawienie się znacznie ulepszonych czaszek, szczęk, zębów, stóp, mowy, postawy wyprostowanej, abstrakcyjnego myślenia i zachwytu dla muzyki?

      A nie można zapominać, że powyższe wyliczenia są nadmiernie optymistyczne dla ewolucjonizmu.

      Po pierwsze, dobór w przyrodzie nie jest tak doskonały, by w każdym pokoleniu ulegały eliminacji wszystkie osobniki ze starymi cechami pozostawały jedynie te dwa, które mają nową cechę i te dwa osobniki odtwarzały od razu całą populację. Ale jeśli dobór nie jest tak intensywny, to zastępowanie cech wymaga więcej czasu.

      Po drugie, korzystne mutacje są niezmiernie rzadkie. Populacja 100 000 osobników prawdopodobnie nie jest zdolna do utworzenia nawet jednej korzystnej mutacji w każdym pokoleniu nawet przy wysokiej dzietności, a to ze względu na niewielkie prawdopodobieństwo mutacji (od jednej stumilionowej do jednej miliardowej na jedną zasadę i jedną replikację). 12

      Po trzecie, nie uwzględniliśmy skutków mutacji niekorzystnych. Muszą one być wyeliminowane przez różnicową przeżywalność, ale to zwiększa koszty procesu.

      Po czwarte, nie braliśmy pod uwagę tych okresów, kiedy populacja osiąga szczyt lokalnego dostosowania, nie podlegając tym samym żadnym zmianom. Zjawisko to znane jako staza jest główną cechą zapisu kopalnego. Punktualiści twierdzą, że gatunki istnieją większość swego czasu w stanie stazy. Na podstawie zapisu kopalnego Gould oszacował, że typowy gatunek trwa przez 90% swego czasu w stazie, kiedy nie występują żadne zmiany morfologiczne. 13 A taka staza morfologiczna prawdopodobnie oznacza też stazę genetyczną.

      [Teoria przerywanej równowagi] ogranicza do pewnego stopnia zmienność genetyczną. Stopniowe i kolejno po sobie następujące zastępowanie genów nie będzie dobrym modele pochodzenia wyższych taksonów w sytuacji, w której przeważa staza. 14

Zjawisko stazy w istotny sposób redukuje czas, jaki jest dostępny dla zastąpień nukleotydów. Liczba takich zastąpień będzie więc wynosiła ok. jednej dziesiątej poprzedniej wartości, czyli ok. 30 tys. (w porównaniu z koniecznymi 40 milionami).

      Po piąte, często cechy nie są zastępowane bezpośrednio przez inne cechy. Może istnieć wiele pośrednich etapów w takim procesie. Na przykład wiele zastąpień wymaga, aby kilka genów pojawiło się we właściwej kolejności i było wzajemnie powiązanych w chromosomach. Tego się nie osiągnie jednym zastąpieniem.

      Po szóste, populacja hominidów nie mogła posiadać zdolności reprodukcyjnej wymaganej do tego procesu. Nie ma sposobu, by samica rodziła średnio 100 000 dzieci, a w mniejszych populacjach radykalnie spada prawdopodobieństwo pojawienia się korzystnej cechy.

      Populacja musi ponosić koszty zastępowania. Ale jeśli nie jest ona w stanie ponosić tych kosztów, to trzeba przyjąć, że wyjaśnienia ewolucyjne nie są wiarygodne.

Przypisy:

  1. L.T., “Mniej ludzki”, Świat Nauki listopad 2005, nr 11 (171), s. 19.
  2. Fujiyama, A., Watanabe, H., Toyoda, A., Taylor, T.D., Itoh, T., Tsai, S.F., Park, H.S., Yaspo, M.L., Lehrach, H., Chen, Z., Fu, G., Saitou, N., Osoegawa, K., de Jong, P.J., Suto, Y., Hattori, M., and Sakaki, Y. 2002. “Construction and analysis of a Human-Chimpanzee Comparative Clone Map”, Science 2002, vol. 295, s. 131-134.
  3. D.E. Wildman, M. Uddin, G. Liu, L.I. Grossman, and M. Goodman, “Implications of natural selection in shaping 99.4% nonsynonymous DNA identity between humans and chimpanzees: Enlarging genus Homo”, Proceedings of the National Academy of Science USA 2003, vol. 100, no. 12, s. 7181-7188.
  4. “The Chimpanzee Sequencing and Analysis Consortium 2005. Initial sequence of the cimpanzee genome and comparison with the human genome”, Nature 2005, vol. 437, s. 69-87.
  5. W tej części wykorzystałem dane z artykułu Davida A. DeWitta, “Chimp genome sequence very different from man”, TJ 2005, vol. 19, no. 3, s. 4-5.
  6. W tej części wykorzystałem następujące źródła: Walter James ReMine, The Biotic Message. Evolution versus Message Theory, St. Paul Science, Saint Paul, Minnesota 1994, s. 208-211; Don Batten, “Haldane’s Dilemma has not been solved”, TJ 2005, vol. 19, no. 1, s. 20-21; Walter James ReMine, “Cost theory and the cost of substitution – a clarification”, TJ 2005, vol. 19, no. 1, s. 113-125.
  7. Sudhir Kumar, Alan Filipski, Vinod Swarna, Alan Walker, and S. Blair Hedges, “Placing confidence limits on the molecular age of the human–chimpanzee divergence”, PNAS December 27, 2005, vol. 102, no. 52, s. 18842–18847, http://www.pnas.org/cgi/reprint/0509585102v1
  8. J.B.S. Haldane, “The Cost of Natural Selection”, Journal of Genetics 1957, vol. 55, s. 511-524, http://www.blackwellpublishing.com/ridley/classictexts/haldane2.pdf.
  9. M. Kimura and T. Ohta, Theoretical Aspects of Population Genetics, Princeton University Press 1971, s. 28.
  10. F.J. Ayala, “Reduction in Biology: A Recent Challenge”, w: D.J. Depew and B.H. Weber (eds.), Evolution at a Crossroads: The New Biology and the New Philosophy of Science, Bradford Books, MIT Press, Cambridge 1985, s. 72 [65-80]; R. Dawkins, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1994, s. 357.
  11. G.L. Stebbins, Darwin to DNA, Molecules to Humanity, Published by W.H. Freeman and Company 1982, s. 357-358.
  12. Halina Krzanowska, “Zapis informacji genetycznej”, w: Halina Krzanowska, Adam Łomnicki, Jan Rafiński, Henryk Szarski, Jacek M. Szymura, Zarys mechanizmów ewolucji, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995, s. 35 [17-70].
  13. S.J. Gould, “The Meaning of Punctuated Equilibrium and Its Role in Validating a Hierarchical Approach to Macroevolution”, w: R. Milkman (ed.), Perspectives on Evolution, Sinauer Associates 1982, s. 84 [83-104]; S.J. Gould, “Punctuated equilibrium – a different way of seeing”, New Scientist, April 15, s. 137 [137-141].
  14. Gould, “Punctuated equilibrium...”, s. 138.

Zagubione poselstwo Jezusa?

Steve Chalke jest dobrze znanym w Anglii ewangelikalnym chrześcijaninem i znaną postacią telewizyjną. Ćwierć wieku temu został ordynowany jako duchowny baptystyczny. Pracował na tym stanowisku cztery lata, zanim założył Oasis Trust, organizację zajmującą się bezdomną młodzieżą. Oasis Trust działa w sferze edukacji, opieki zdrowotnej i pomocy udzielanej potrzebującym w ich domu. Znana jest nie tylko w Wielkiej Brytanii.  Niestety, Chalke odrzucił trzy podstawowe biblijne doktryny: stworzenia, upadku i odkupienia.

Oasis Trust Chalke’ego planuje otworzyć szkołę średnią w ramach projektu rządowego Partii Pracy. Rząd Tony’ego Blaira zaplanował zbudowanie 200 szkół średnich w ciągu pięciu lat na terenach, gdzie takich szkół nie ma. Chodzi o umożliwienie kształcenia młodzieży z rodzin zamieszkałych na terenach dotkniętych biedą i bezrobociem, by w części przeciwdziałać degeneracji młodego pokolenia. Szkoły mają mieć charakter wyznaniowy, gdyż rządząca Partia Pracy uważa, że będą miały one większe oddziaływanie. Koszty zbudowania szkoły mają być podzielone – jeśli częściowo zostaną sfinansowane przez niezależnych sponsorów, rząd labourzystowski dopłaci resztę (w proporcji: 2 miliony funtów prywatny sponsor, 200 milionów funtów – rząd).

Jedna z tych szkół, Emmanuel College w Gateshead, znajdowała się w czołówkach doniesień prasowych Wielkich Brytanii kilka lat temu. Szkoła wprowadziła do programu nauczanie kreacjonizmu, co wywołało kontrofensywę tych “obrońców” wolności nauczania, dla których edukacja jest wolna, jeśli naucza się tylko ewolucjonizmu, a zniewolona, jeśli rozważa się rozmaite punkty widzenia i wskazuje nie tylko na zalety ewolucjonizmu, ale i na jego słabości. Sprawie tej miesięcznik Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego Na Początku... poświęcił swego czasu sporo miejsca.

Jednak Chalke uznał, że jego nowa szkoła w Enfield, na północ od Londynu, nie będzie nauczała kreacjonistycznego ujęcia pochodzenia. Zapytany, czy jego szkoła będzie broniła nauczania kreacjonizmu obok wyjaśnień naukowych na temat, jak powstał świat – co jest praktykowane w innych szkołach sponsorowanych przez organizacje chrześcijańskie, odpowiedział:

Nie. Będziemy rozwijali otwarty i uczciwy program nauczania, nie będziemy narzucali nikomu naszych poglądów. Osobiście uważam, że [...] ci, którzy chcą wyczytać w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, że Bóg stworzył świat w ciągu sześciu dni [...], nie są uczciwi i nie podchodzą do tej sprawy w naukowy sposób. Kreacjonizm nie będzie nauczany w tej szkole, ponieważ myślę, że to bzdura. Twierdzenie, że Biblia tak sugeruje, jest dziwaczne. Księga Rodzaju mówi, iż poza stworzeniem znajduje się dobry Bóg.

Dzisiaj wielu, podobnie jak Chalke, odrzuca ideę stworzenia w ciągu sześciu dni i akceptuje miliony i miliardy lat istnienia Ziemi i Wszechświata. Ale jeśli tak istotnie było, że Ziemia istnieje miliardy lat, to jak można wnioskować, że za stworzeniem kryje się dobry Bóg? Te miliardy i miliony lat musiałyby ujawniać się w zapisie kopalnym, a zapis ten pokazuje zabijanie, choroby i masowe wymierania! Kreacjonizm jest w stanie utrzymać ideę dobrego Boga w obliczu zapisu kopalnego, bo zdaniem kreacjonistów zapis ten powstał po grzechu Adama, a nie miliony lat przed nim. Zapis kopalny nie jest więc tworem Boga. Biblia mówi, że Bóg stworzył świat jako “bardzo dobry” (I Mojż 1,31). Ten charakter świata został zniszczony przez grzech Adama, który sprowadził śmierć na wszelkie stworzenie (I Mojż 3; Rzym 5,12; 8,19-22). Jeśli ktoś jednak uważa, że choroby i śmierć istniały przez miliony lat przed Adamem, to uznanie, iż Bóg-Stwórca jest dobry, jest czczą deklaracją, pustosłowiem. Jest wewnętrznie sprzeczne.

W książce The Lost Message of Jesus Chalke zastępuje doktrynę grzechu Adama koncepcją pierwotnego dobra:

Gdy przez stulecia rozprawialiśmy o doktrynie grzechu pierworodnego, zalewającej Biblię olbrzymimi teologicznymi tomami, dowodzącymi wewnętrznej grzeszności rodzaju ludzkiego, to pomijaliśmy uderzającą sprawę: Jezus wierzył w pierwotne dobro! Bóg zadeklarował, że całe jego stworzenie, w tym ludzkość, było bardzo dobre. I właśnie tego pierwotnego dobra Jezus poszukuje w nas. Nie znaczy to, by Jezus zaprzeczał, że powinniśmy pojednać się z Bogiem. Znaczy to jednak, że odrzuca on myśl, byśmy jakoś znajdowali się poza nawiasem. Jest poważnym błędem postrzeganie ludzkości jako z gruntu złej i przesiąkniętej pierwotnym grzechem, zamiast stworzonej na obraz Boży i w ten sposób zanurzonej w pierwotnym dobru. Ten wielki błąd nie odstępował zachodniego kościoła przez całe stulecia. 

Bóg początkowo uczynił ludzi stworzeniami doskonałymi, ale nieposłuszeństwo Adama tę doskonałość zniszczyło. Wydaje się, że odrzucając Upadek, Chalke nie jest w stanie dojrzeć, że doktryna stworzenia człowieka na obraz Boży i doktryna grzechu pierworodnego wzajemnie się nie wykluczają. Kościół przez dwa tysiąclecia mocno trwał przy obu tych doktrynach. Dlaczego więc Chalke to odrzuca?

Chalke twierdzi, że przesłanie Zmartwychwstania jest następujące: “możesz zaufać Jezusowi w całym swoim życiu. Możesz przyjąć jego filozofię życia zamiast każdej innej, ofiarowanej przez świat, ponieważ ona działa”. Nic nie wspomina ani o grzechu, ani o nawróceniu z jednego prostego powodu: jeśli ktoś odrzuca Stworzenie i Upadek, to w konsekwencji musi on także odrzucić Odkupienie – i to właśnie Chalke robi! Nazywa on doktrynę zastępczej kary – mówiącej, że Jezus na krzyżu wziął na siebie nasze grzechy i w rezultacie za nie został przez Boga ukarany – “kosmicznym przypadkiem molestowania dziecka”.  Twierdzi ponadto, że “ludzie zarówno z kościoła, jak i spoza niego uznali tę wypaczoną wersję wydarzeń za moralnie wątpliwą i wielką przeszkodę dla wiary”. 

Poglądy religijne Chalkego mocno świadczą o swoistym efekcie domina. Odrzucenie stworzenia opisanego w Księdze Rodzaju i przyjęcie milionów lat prowadzi w konsekwencji do odrzucenia Upadku. A to z kolei – do odrzucenia Odkupienia. Oto dlaczego tak ważne dla chrześcijan jest propagowanie kreacjonizmu. Pomaga ono wierzyć, że Biblia od pierwszego do ostatniego wersetu jest księgą prawdziwą. Pozwala też odrzucić takie kompromisy ze świeckimi ideami, które całkowicie podminowują ewangelię Chrystusa.

Kim naprawdę jesteśmy?
Kradzież danych osobowych staje się coraz większym problemem we współczesnym świecie. Zwykle ma to miejsce, gdy czyjeś dane osobowe z beztrosko porzuconych dokumentów, z ukradzionej karty kredytowej, dowodu osobistego czy prawa jazdy dostają się w niepowołane ręce. Przywłaszczonych danych używają następnie oszuści i złodzieje, którzy okradają konta bankowe właścicieli tych danych. Największym przypadkiem kradzieży danych osobowych jest jednak wmówienie milionom ludzi, że nie zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga.

Za tę największą kradzież odpowiedzialny jest ewolucjonizm, który przekonał większość ludzi, że są tylko wyewoluowanymi małpami (przypomnijmy tytuł książki J. Diamonda, Trzeci szympans),  nie posiadającymi żadnej wyjątkowej wartości ani nie istniejącymi dla jakiegoś celu. Czołowy ateista i ewolucjonista, Richard Dawkins, napisał:

We wszechświecie rządzonym przez ślepe prawa fizyki i zasadę genetycznej replikacji niektórym ludziom przydarzają się nieszczęścia, inni cieszą się zdrowiem i przychylnością losu, i nie sposób dopatrzyć się w tym jakiejś przemyślanej intencji ani jakiejkolwiek sprawiedliwości. Świat, który obserwujemy, ma dokładnie takie właściwości, jakich należałoby oczekiwać, gdyby nie było żadnego planu, celu, dobra ani zła, tylko ślepa, bezwzględna obojętność. 

Liczne pokolenia uczniów i studentów przeszły przez proces prania mózgu tą filozofią rozpaczy. Nic dziwnego więc, że tak wielu z nich doszło do przekonania, że życie nie ma sensu. Wiadomo powszechnie, że niskie poczucie własnej wartości jest przyczyną wielu problemów trapiących dzisiejszą młodzież, w tym pijaństwa, narkomanii, samookaleczeń i samobójstw. Badania przeprowadzone przez Centrum Badań nad Samobójstwami Uniwersytetu w Oxfordzie ujawniły, że więcej niż jeden nastolatek na dziesięcioro dokonuje świadomego samookaleczenia. Badania te, które objęły ponad 6000 uczniów w wieku od 15 do 16 lat, wykazały, że 10,3% ma za sobą doświadczenia samoagresji (64% z nich w postaci sznytów). Jednym z powodów takiego zachowania była “niska samoocena”.

Sprawa samooceny jest uznawana wśródchrześcijan za kontrowersyjną, bo istnieje niebezpieczeństwo przesadzenia z jej znaczeniem. Podkreślanie jej roli może prowadzić do uznania, że człowiek w sprawach zbawienia jest samowystarczalny. Niektórzy chrześcijanie wpadli w drugą skrajność i zalecali uniżanie samych siebie, ale Biblia mówi, że jesteśmy stworzeni na obraz Boga i że zesłał On Syna, by umarł za nas i odkupił nas z grzechu. Znaczy to z całą pewnością, że Bóg widzi w nas wielką wartość. Odkrywamy więc własną wartość, kiedy identyfikujemy się jako dzieci Boże. Ma to miejsce, gdy uznajemy potrzebę Jego łaski i akceptujemy zbawienie ofiarowane przez wiarę w Jezusa.

Ewolucjonizm przynosi tak niszczący skutek, ponieważ pozbawia nas naszej wyjątkowości i czyni zwykłymi, choć rozwiniętymi zwierzętami. We wszystkich społeczeństwach obserwuje się znamienny trend: w miarę słabnięcia poglądów o wyjątkowości człowieka coraz częściej stosuje się takie praktyki jak aborcja i eutanazja. Trzydzieści lat temu ewangelikalny filozof chrześcijański, Francis Schaffer, ostrzegał:

Jeśli człowiek nie jest stworzony na obraz Boga, to nic nie stoi na przeszkodzie, by stopniowo odchodzić od ideałów człowieczeństwa. Nie ma powodu, by postrzegać ludzkość jako coś szczególnego. Życie ludzkie staje się tanie. 

Nikt nie dał przekonującego wyjaśnienia, jak to, co nieosobowe, plus czas i plus przypadek może dać osobowość. [...] Jeśli osobowość wyłoniła się z tego, co nieosobowe, dzięki przypadkowi, to te rzeczy, które o niej stanowią – nadzieja, cel i sens, miłość, pojęcia moralności, racjonalności i piękna – są w ostatecznej instancji niemożliwe do spełnienia, a przez to pozbawione sensu. [...] Widzimy w ten sposób, jak z myśli ewolucyjnej wynika beznadzieja jako złudzenie sensu czy celu. 

Wielu chrześcijan wykonuje teologiczną akrobatykę, by tylko ożenić ewolucjonizm z kreacjonizmem, co w rzeczywistości jest niemożliwe. Ewolucjonizm naucza bez cienia naukowych argumentów, że znajdujemy się tylko na nieco wyższym poziomie niż małpy. Biblia zaś naucza, że Bóg nas stworzył “nieco niższymi od aniołów” (Hebr 2,5). Oba te poglądy nie mogą być słuszne. Nie da się znaleźć kompromisu między nimi.

Ludzie mają uczestniczyć “w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rzym. 8:21). Ewolucjonizm i wnioski, jakie z niego wynikają, stanowią poważną przeszkodę w osiągnięciu tego celu. Należy zwalczyć kłamstwo, które pozbawia ludzi ich prawdziwej identyczności, godności i przeznaczenia. Nie da się tego zrobić idąc na kompromis z ideami ewolucjonistycznymi. Im lepiej poznamy fakty na temat pochodzenia, zrozumiemy, że potrzeba takiego kompromisu nie istnieje.

Zalecenie Scopesa 
W tym roku obchodziliśmy 80-tą rocznicę osławionego “małpiego procesu”. Johnowi Scopesowi, nauczycielowi oskarżonemu w tym procesie o nauczanie pochodzenia człowieka od małp, przypisuje się następujące słowa: “Jeśli ograniczycie nauczyciela, by nauczał tylko jednej strony jakiegoś sporu, to cały kraj w końcu będzie miał tylko jedną myśl... Jestem zdania, że należy nauczać każdego aspektu każdego problemu czy teorii”.

Scopesowi (a raczej tym, którzy za niego wymyślili te słowa) chodziło o to, by wprowadzić nauczanie ateistyczno-materialistycznego ewolucjonizmu. Myliłby się jednak ktoś, kto by przypuszczał, że następcy Scopesa oraz jego mocodawcy, Amerykański Związek Wolności Obywatelskich (ACLU), równie aktywnie walczą o wolność przeciwników ewolucjonizmu. Zalecenie Scopesa to tylko “bilet w jedną stronę”, dotyczy wolności nauczania ewolucjonizmu i niczego więcej.

W 1992 roku profesor biologii w San Francisco State University, Dean H. Kenyon, został zobowiązany przez dziekana, Jima Kelleya, by nie wspominał studentom, że istnieją ożywione dyskusje wśród uczonych na temat, czy miała miejsce chemiczna ewolucja”, poprzedzająca powstanie życia. Kenyon zdobył (najwyższy w amerykańskim systemie naukowym) tytuł doktora (z biofizyki na Uniwersytecie Stanforda) i był współautorem głośnej książki Biochemical Predestination, w której proponował nową wersję ewolucjonizmu.  Należał więc do czołówki fachowców w tej dziedzinie, której dotyczył zakaz. Ponieważ Kenyon przedstawiał studentom fakty, świadczące zarówno na rzecz, jak i przeciw darwinowskiemu ewolucjonizmowi, i nie wahał się ujawnić swoich własnych poglądów w tej sprawie, został pozbawiony możliwości nauczania i “zesłany” do prac laboratoryjnych. Sprawa zyskała duży rozgłos. Kenyon odwołał się od decyzji władz uczelni i wygrał, co jest rzadkim przypadkiem w tego typu sprawach. 

Przypadek Kenyona dotyczył uczonego o ustalonej renomie. Gdy jednak dziewięć lat później Rogerowi DeHartowi, nauczycielowi biologii w szkole średniej w Burlington, w stanie Washington, zabroniono nauczać uczniów o istniejących wokół ewolucjonizmu kontrowersjach, sprawa już tak dobrze się nie skończyła. Rozdział o ewolucjonizmie DeHart przerabiał przez dwa tygodnie. O tych kontrowersjach wspominał im tylko w jednym dniu. Ale nawet tyle było za dużo dla władz szkolnych. DeHart był nauczycielem biologii przez 23 lata. O kontrowersyjnym charakterze ewolucjonizmu wspominał od lat 10, polecając uczniom wyłącznie teksty z czasopism naukowych głównego nurtu, jak Natural History czy Nature, w których nikt nie ukrywa istnienia takich kontrowersji, bo kontrowersje w nauce to rzecz normalna. DeHarta przesunięto do nauczania nauk o Ziemi, a jego miejsce zajął absolwent fizyki z zerowym doświadczeniem nauczycielskim.

W tym roku redaktor Proceedings of the Biological Society of Washington, Richard Sternberg, który sam jest ewolucjonistą, naraził się na gniew darwinistów. Sternberg zaakceptował do druku (zaopiniowaną pozytywnie przez trzech recenzentów) pracę Stephena C. Meyera o pochodzeniu informacji biologicznych i wyższych kategorii taksonomicznych. Błędem Sternberga było przepuszczenie do druku artykułu, którego autor uznał, że tzw. wybuch kambryjski (powstanie w bardzo krótkim czasie wszystkich podstawowych planów budowy ciała kręgowców) jest problemem trudnym do wyjaśnienia na gruncie darwinowskiego ewolucjonizmu. W rezultacie podjętej kampanii przeciwko Sternbergowi, pozbawiono go wielu przywilejów, jakie posiadał z racji pełnionej funkcji.

Osiemdziesiąt lat temu ewolucjoniści szermowali hasłem wolności nauki, by zdobyć w niej dominację. Gdy ją osiągnęli, uznali, że wolność uprawiania nauki polega na tym, by głosić na jej gruncie jedynie treści ewolucjonistyczne.


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut