1.6 C
Lublin, PL
21 listopada 2017

NAUKĘ CZY BIBLIĘ

Abp Życińskiemu i innym zwolennikom tistycznego ewolucjonizmu dedykuję słowa Listu do Hebrajczyków 11:3: "Przez Wiarę poznajemy, że światy zostały ukształtowane słowem Boga, tak iż to, co widzialne, nie powstało ze świata zjawisk."

Ostatnio krótko opisałem sesję "naukową" na KUL-u poświęconą zagadnieniu "Ewolucjonizm czy kreacjonizm". Pomimo miałkości całego przedsięwzięcia chciałbym rozwinąć szerzej tezę jednego z prelegentów, prof. Jodkowskiego z Uniwersytetu Zielonogórskiego: "Teizmu ewolucjonistycznego NIE MA".


Zacznijmy od definicji pojęć:
- Teizm (gr. ??o? theos - bóg) to wiara w istnienie Boga, bogów lub bogiń, ingerujących w losy świata, który jest ich dziełem; czuwających nad biegiem wydarzeń lub podtrzymujących świat w istnieniu.(wikipedia)
- Ewolucjonizm. Skorzystam z definicji Prof. Jodkowskiego: "Przez ewolucjonizm rozumiem natomiast koncepcję przyjmowaną obecnie przez niemal cały świat naukowy, mówiącą o wspólnocie pochodzenia, w której mechanizmem zmian są mutacje genetyczne i dobór naturalny. (..) Mówi się, że dobór ma charakter deterministyczny, ale mutacje mają charakter przypadkowy. Proces ewolucyjny wskutek tego ma w dużym stopniu charakter przypadkowy. (...) Pojęcia przypadku w odniesieniu do zjawisk życia używa się także w jeszcze innym sensie, w sensie braku konieczności. Przypadkowy charakter mają nie tylko mutacje, ale nawet samo powstanie życia. (Grzegorz BUGAJAK, Jacek TOMCZYK (red.), Kontrowersje wokół początków człowieka, str 210)

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tych dwu stanowisk nie da się pogodzić. Teizm zakłada ingerencję Boga (i to nie jednorazową jak w przypadku deizmu) w życie istot, a ewolucjonizm czystą przypadkowość i bezcelowość zachodzących w przyrodzie zjawisk. Spróbujmy jednak pokombinować. Najprostszym pogodzeniem tych dwu stanowisk wydawałoby się przyjęcie, że Bóg ingeruje wyłącznie w sferę duchową życia, a materia ożywiona powstała i rozwija się ewolucyjnie. Napotykam tu na problem: jeśli Bóg ingeruje w życie duchowe "produktów" ewolucji, to albo z góry to zaplanował (czyli dochodzimy do sprzeczności z założeniem naukowego ewolucjonizmu o całkowitej bezcelowości zjawisk), albo cierpliwie czeka na to, co dostarczy Mu ewolucja i dopiero niejako "na gorąco" ingeruje w życie duchowe ożywionych jej produktów. Niestety taki Bóg byłby zdany na łaskę przypadku i mógłby w ogóle nie mieć okazji do swojej "teistycznej" ingerencji, bo przecież nawet ewolucjoniści przyznają, że świat ożywiony mógłby nie powstać - jeśli jest przypadkowy? Taki Bóg byłby zależny od materii i procesów w niej zachodzących, na które nie miałby wpływu. Wtedy może lepiej Naturę uznać za Boga? (Co zresztą czyni się coraz powszechniej - ukuto nawet popularne określenie "Matka Natura").

Istnieje jeszcze trzecia możliwość wyjaśnienia naszego problemu. Ewolucja rzeczywiście zachodzi czysto przypadkowo i bezcelowo, ale Bóg z góry wie, do czego i kiedy ona doprowadzi. Z góry więc zaplanował swoją "teistyczną" ingerencję na odpowiedni czas. Byłoby to oczywiście pewne połączenie deizmu w świecie materialnym (Bóg stworzył materię oraz prawa nią rządzące i pozostawił ją swemu losowi bez ingerowania weń) z teizmem ograniczonym wyłącznie do sfery duchowej świata.Coś na kształt doskonałego rozdziału ducha i materii, gdzie jednym rządzi bezpośrednio Bóg, a drugim przypadek. Nie byłby to jednak ostatecznie deizm, ponieważ Bóg angażowałby się w życie istot (ale tylko w jedną jego sferę). Wydaje się, że stworzyliśmy wreszcie koncepcję Boga, który odpowiadałby twierdzeniom współczesnej biologii, a jednocześnie zachowywałby atrybuty teizmu. Pozostaje nam tylko zbadać, czy taka koncepcja Boga zgadza się z Objawieniem chrześcijan - Biblią. Pierwsze Jej słowa brzmią:

Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.

1 Mojż. 1:1


A następne nie pozostawiają złudzeń:
3. I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość.
6. Potem rzekł Bóg: Niech powstanie sklepienie pośród wód i niech oddzieli wody od wód!
9. Potem rzekł Bóg: Niech się zbiorą wody spod nieba na jedno miejsce i niech się ukaże suchy ląd! I tak się stało.
11. Potem rzekł Bóg: Niech się zazieleni ziemia zieloną trawą, wydającą nasienie i drzewem owocowym, rodzącym według rodzaju swego owoc, w którym jest jego nasienie na ziemi! I tak się stało.
14. Potem rzekł Bóg: Niech powstaną światła na sklepieniu niebios, aby oddzielały dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór, dni i lat!
20. Potem rzekł Bóg: Niech zaroją się wody mrowiem istot żywych, a ptactwo niech lata nad ziemią pod sklepieniem niebios!
24. Potem rzekł Bóg: Niech wyda ziemia istotę żywą według rodzaju jej: bydło, płazy i dzikie zwierzęta według rodzajów ich. I tak się stało.
26. Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi.

1 Mojż. 1


Na wszystkich (i do tego niezgodnych miejscami ze współczesną biologią ? por. ww. 20 i 24) etapach stworzenia Bóg przedstawiony jest w tym opisie jako aktywny uczestnik przetwarzania materii w kolejne formy. Zaraz zwolennicy teistycznego ewolucjonizmu zakrzykną: "ależ ten opis to tylko legenda"! Warto zadać tu sobie pytanie: jeśli Bóg nie angażował się twórczo i bezpośrednio w dzieło stworzenia, to po czym siódmego dnia odpoczywał? Jeśli z tym odpoczynkiem to też legenda, to co powiemy o Autorze Listu do Hebrajczyków: "O siódmym dniu bowiem powiedział gdzieś tak: I odpoczął Bóg dnia siódmego od wszystkich dzieł swoich" (Hebr. 4:4). Czy on też powielał legendę, by przedstawiać prawdy duchowe Nowego Testamentu?

Co zrobimy z Jezusem, którego Biblia opisuje jako Pana zjawisk przyrodniczych: "Potem wstał, zgromił wiatry i morze i nastała wielka cisza. Ludzie zaś dziwili się, mówiąc: Kim jest Ten, że nawet wiatry i morze są mu posłuszne?" (Mat. 8:26-27). Nie ma tu miejsca na pozostawienie świata materii przypadkowemu biegowi rzeczy, ale jest mowa o bezpośredniej i celowej ingerencji Jezusa.

Czy Bóg, mówiąc do Jeremiasza: "Wybrałem cię sobie, zanim cię utworzyłem w łonie matki, zanim się urodziłeś, poświęciłem cię, na proroka narodów przeznaczyłem cię." (Jer. 1:5), miał na myśli to, że powstał on w wyniku przypadkowych zjawisk, a powiedział mu tylko dla otuchy bajkę o Swoim osobistym zaangażowaniu w jego stworzenie?

Czy prorocy Starego Testamentu i Autorzy Nowego, przypisujący Bogu funkcję stałego podtrzymywania życia fizycznego na ziemi, nie wiedzieli, co mówią? "Ty jedynie jesteś Panem! Ty stworzyłeś niebiosa, niebiosa niebios i cały ich zastęp, Ziemię i wszystko, co jest na niej, Morza i wszystko, co jest w nich, Ty też wszystko to utrzymujesz przy życiu, A zastęp niebieski oddaje ci pokłon" (Nehem. 9:6).

"Ostatnio, u kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszechrzeczy, przez którego także wszechświat stworzył. On, który jest odblaskiem chwały i odbiciem jego istoty i podtrzymuje wszystko słowem swojej mocy, dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy majestatu na wysokościach" (Hebr. 1:2-3).

Oczywiście można dokonywać takiej swoistej "reinterpretacji" wszystkich fragmentów Biblii nie pasujących do naszych naukowych założeń. Ale po co? Czy nie prościej odrzucić całą Biblię i stworzyć nową religię, która stale dopasowywałaby się do coraz to nowszych "odkryć" ewolucyjnych biologów?

Oczywiście jest jeszcze lepsza droga - jeśli biologia nie ma żadnych rozstrzygających dowodów i co pewien czas zmienia swoje koncepcje na ewolucję, która wciąż pozostaje tylko hipotezą - czy nie lepiej zaufać Biblii, która od chwili powstania jest niezmienna i której żadne wysiłki nauki nie zdołały skutecznie zdyskredytować?

Wiele mówiące statystyki
W czasie wzmiankowanej na wstępie dyskusji nieco żartobliwie przedstawiono pewne statystyki: Wśród naukowców nie będących biologami procent wierzących i niewierzących w Boga jest prawie równy (z lekką przewagą niewierzących). Spośród biologów z kolei tylko 5% to osoby wierzące. Badano także przeciętny poziom inteligencji naukowców w poszczególnych dziedzinach ? chyba bez trudu zgadniecie Państwo, kto znalazł się na szarym końcu...

FILOZOFOWIE…

W kwietniu miałem nieprzyjemność przysłuchiwać się dyskusji panelowej filozofów "IV Spór kreacjonizmu z ewolucjonizmem w świetle nauki współczesnej" podczas konferencji naukowej "Ewolucjonizm czy kreacjonizm" na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jej uczestnikami byli:
prof. dr hab. Józef ZON (KUL) - Ewolucjonizm czy kreacjonizm? Kiedy 'czy' a kiedy 'oraz'?
prof. dr hab. Kazimierz JODKOWSKI (Uniwersytet Zielonogórski) - Fikcja teistycznego ewolucjonizmu
ks. prof. dr hab. Piotr LENARTOWICZ (WSF-P Ignatianum), dr Jolanta KOSZTEYN (Instytut Oceanologii PAN) - Ewolucja a niepodzielność i substancjalność form żywych
prof. Kenneth KEMP (St. Paul University, USA) - Evolution and Creation: Complements, not Contraries (Ewolucja i kreacja: dopełnienie a nie przeciwieństwo)


Temat panelu niezmiernie ciekawy, uczestnicy z najwyższej półki (szczególnie ostrzyłem sobie zęby na temat: "Fikcja teistycznego ewolucjonizmu"), a efekt... totalna nuda (nieco lepszy poziom zademonstrowała jedynie Koszteyn). Już sama forma prezentacji części referatów - od niechcenia, monotonnym głosem, czytanie z ekranu tyłem do słuchaczy - pozostawiała wiele do życzenia. Czułem się jak w państwowej służbie zdrowia - państwo płaci lekarzowi, to co ja go obchodzę? Zawartość merytoryczna też nie zwalała z nóg. Trochę goręcej zrobiło się jedynie na linii Jodkowski - Kemp, gdy pierwszy zawyrokował, że teistycznego ewolucjonizmu po prostu nie ma, gdyż teizm to wiara w celowe ingerencje Boga, a ewolucjonizm to założenie przypadkowości zachodzących zjawisk. Tu Kemp dał przykład ruletki, która choć działa na zasadzie zdarzeń losowych, przynosi stały zysk właścicielowi kasyna (3%). Na moją uwagę, że to przecież inteligentny projekt - ktoś ją zaprojektował ze ściśle określonym celem (a ewolucjonizm zakłada brak takiego celu), profesor Kemp nie odpowiedział, zapewne z powodu bariery językowej. Z braku czasu dalszą dyskusję niestety przerwano.

Ciekawym aspektem argumentowania naszych filozofów było powoływanie się na wypowiedzi JP2, ale do uzasadnienia ... przeciwstawnych tez. Jodkowski zacytował papieża mówiącego o celowości zjawisk: "Tym wszystkim wskazówkom istnienia Boga Stwórcy niektórzy przeciwstawiają moc przypadku lub mechanizmów właściwych materii. Mówienie o przypadku w kosmosie, który jest tak bardzo złożony w swoich elementach i tak cudownie celowy w swoim [dynamizmie] życia, oznaczałoby rezygnację z poszukiwania wyjaśnienia tego, co w tym świecie dostrzegamy. Byłoby to uznanie skutków bez przyczyny. Byłaby to abdykacja naszej ludzkiej inteligencji, wyrzekającej się poszukiwań i dążenia do rozwiązywania problemów". Piękna wypowiedź! Problem w tym (co wykorzystał Kemp), że ten sam człowiek powiedział również: "Dzisiaj, niemal pół wieku po ukazaniu się encykliki Piusa XII "Humani Generis", nowe dowody prowadzą do tego, że teoria ewolucji jawi się czymś więcej niż tylko hipotezą..." Próżno kardynał Schonborn dwoi się i troi, by udowodnić, ze papieżowi nie chodziło o to, o co chodziło, że on wcale nie uznaje ewolucjonizmu. W świat poszło medialne przesłanie: "Papież mówi, że pochodzimy od małpy"; "Papież zawarł pokój z Darwinem". Cóż to z autorytet, który nie chce albo nie umie wyrażać się jednoznacznie, z którego słów każdy może wywnioskować, co zechce?

Smutno zabrzmiała też odpowiedź Jodkowskiego na pytanie studentki KULawej teologii: "Jakie jest osobiste zdanie Pana Profesora w kontrowersji stworzenie/ewolucja?". Profesor z Zielonej Góry (który też swego czasu długo wykładał na UMCS w Lublinie) odparł: "Mam w pamięci czasy, gdy w PRL-u oficerowie SB ciągle wypytywali mnie o moje "osobiste zdanie". Ja na takie pytanie nie odpowiadam." Czy ta trauma wywarła niezatarte piętno w sercu Profesora, czy też uważa on, że dalej żyjemy w cieniu PRL-u, niestety nie dane nam było się dowiedzieć. Jeśli jednak filozof nie odpowiada na tak podstawowe pytanie, to do czego jest potrzebny?

Stanisław Michalkiewicz o filozofach: "...już tylko niewielu z nich stara się udzielać odpowiedzi na egzystencjalne pytania.
Nic więc dziwnego, że inni ludzie zaczynają traktować ich z lekceważeniem, a nawet pogardą. Rozterek każdy może naprodukować sobie sam, ile tylko dusza zapragnie i do tego żadnych filozofów mu nie potrzeba.
Jeśli jednak filozofowie nie potrafią dostarczyć pewności, jeśli nie potrafią być przewodnikami wśród rozterek, to nie są nikomu do niczego potrzebni. W tej sytuacji nawet postulat włączenia filozofii do programu nauczania w szkołach średnich jawi się jedynie jako z lekka tylko zakamuflowany sposób wzięcia na utrzymanie podatników kolejnych filutów."

michalkiewicz.pl

Pedagogika w nauczaniu teorii ewolucji

W 1999 roku Szkolna Rada Edukacji stanu Kansas podjęła decyzję o usunięciu teorii makroewolucji ze stanowych testów egzaminacyjnych i dała lokalnym zarządom, prowadzącym nadzór nad szkołami, prawo do decydowania, czy makroewolucja będzie przedmiotem wykładanym w szkołach okręgowych. Ewolucjoniści dysponują serwerem pocztowym, zwanym EvolDir.1 Ponad 90 procent zamieszczonych tam ogłoszeń to oferty pracy. Decyzja Szkolnej Rady Edukacji stanu Kansas wywołała na EvolDir falę szyderczych komentarzy. Sam przesłałem wiadomość następującej treści:

Szanowni członkowie EvolDir,
Decyzja Szkolnej Rady Edukacji stanu Kansas jest prawdziwym darem dla nauczycieli biologii ewolucyjnej. Wreszcie zaczęliśmy rozmawiać o uwzględnieniu wszystkich uczniów na lekcjach biologii w szkołach średnich, zamiast ograniczać dyskusję wyłącznie do zagadnienia ewolucji naturalistycznej.

W społeczeństwie USA niemal 50 procent to kreacjoniści młodej Ziemi. Ogromna większość osób będących zwolennikami teorii ewolucji przez dziedziczenie wierzy, że procesem tym kieruje Bóg i że prawdziwa jest jedna z wersji "teorii projektu". W innych krajach istnieją dość liczne mniejszości, które żywią podobne poglądy. Czy naprawdę naszym celem może być uniemożliwianie uczniom z takimi poglądami uczciwego uczestnictwa w dyskusji na temat ewolucji na lekcjach biologii? Czy rzeczywiście wierzymy w to, że uczniowie zostaną przekonani do teorii ewolucji, gdy będziemy ich powstrzymywać od mówienia o ich własnych niepokojach dotyczących ewolucji?

Mamy już pełną kontrolę nad treścią teorii ewolucji w podręcznikach biologii dla szkół średnich. Nauczyciele zakazują uczniom na zajęciach uczciwej dyskusji na temat ewolucji. Co więcej, grono pedagogiczne jest do tego zachęcane przez National Academy of Sciences, National Center of Science Education (nasze ciało nadzorcze) i American Civil Liberties Union.2
W rezultacie studenci prawdopodobnie uważają teorię ewolucji za najnudniejszy temat na zajęciach z biologii. A przecież część zajęć poświęcona teorii ewolucji mogłaby być najbardziej pasjonująca, przyjemna i inspirująca.

"Nauczanie" kreacjonizmu czy teorii projektu jest całkowicie niepotrzebne i być może nielegalne w Stanach Zjednoczonych. Uczniowie będą poruszać wszystkie kwestie związane z teorią ewolucji, jeśli zostaną do tego zaproszeni, a nie zgaszeni. W Sta­nach Zjednoczonych i prawdopodobnie gdzie indziej w takich dyskusjach nie ma niczego bezprawnego. Uczniowie nigdy nie zapomną części zajęć dotyczących teorii ewolucji i będą pamiętać o niej przez lata, a być może nawet przez całe życie.

Moja wypowiedź uzyskała niewielkie poparcie na stronie EvolDir. Ukazało się natomiast kilka negatywnych komentarzy, pewne przesłano mi tylko prywatnie. Wielu ewolucjonistów było przerażonych moją propozycją, chociaż część wyrażała poparcie.

Eugene Garver wysunął w niniejszym tomie [Darwinism, Design and Public Education] argument na rzecz niezapoznawania uczniów z teorią ID czy kreacjonizmem na zajęciach z teorii ewolucji. Być może prowadził on zajęcia dotyczące tej materii i odkrył, że powstrzymywanie większości studentów od udziału w nich jest dobrym podejściem. Jeśli miałbym prowadzić zajęcia zgodnie z jego wyobrażeniami, natychmiast bym zrezygnował. Bez udziału uczniów, bez brania pod uwagę ich własnych poglądów i przyjmowania dotkliwej (choć dyktowanej osobistymi przekonaniami) krytyki, nauczanie jest pozbawione sensu. Przekazywanie wiedzy jest nudne. W takim wypadku lepiej dać uczniom książki.

Nauczałem teorii ewolucji wszędzie, począwszy od gimnazjum (przez dwa lata), liceum (dziewięć liceów w północnej części stanu Nowy Jork), a skończywszy na poziomie uczelni wyższej, studiów po­dyplomowych czy letnim uniwersytecie dla dorosłych. W każdym przypadku uczniowie świetnie się bawili, podzielając i krytykując poglądy lub świadectwa dotyczące teorii ewolucji. Nawet w ramach 400-godzinnego kursu cotygodniowe sekcje, liczące nie więcej niż 20 godzin, dają studentom okazję do poważnych dyskusji. Sądzę, że dużo uczymy się na temat biologii ewolucyjnej, od teorii Darwina do kon­cepcji współczesnych, i mamy z tego wiele radości. Każdy, kto prezentuje odmienny punkt widzenia, jest mile widziany. Celem nie jest napełnienie uczniowskiej mózgownicy tym wszystkim, co obecnie uważa się na temat biologii ewolucyjnej, ale to, by zainteresować ucznia problematyką ewolucyjną na całe życie. Pozwolę sobie przedstawić złożoność zajęć w liceum.

Zajęcia z biologii w małym liceum zaczynają się od części poświęconej teorii ewolucji. Nauczyciel postępuje wedle rad Garvera. Uczniowie będący Świadkami Jehowy wiedzą znacznie więcej na temat ewolucji niż ich rówieśnicy i są pewni, że ona nie miała miejsca. Świadkowie zaczynają myśleć nad ewolucją w bardzo wczesnym wieku. Na zajęciach są już gotowi, by o niej rozmawiać. Dokładnie tak, jak podejrzewali, nauczyciel stara się im zamknąć usta. Twierdzi, że najpierw muszą się nauczyć teorii ewolucji w tej postaci, jaką się wykłada w podręczniku, zatwierdzonym przez naukowców i National Academy of Sciences. Mogą wierzyć w cokolwiek chcą, ale muszą zapoznać się z ogólnie przyjętą wiedzą. A ogólnie przyjętą wiedzą są pewne, ale nudne informacje o biologii ewolucyjnej, przedstawiane w podręczniku. Następne zajęcia biologii tracą to radosne podniecenie, któremu sprzyja wolna dyskusja na temat ewolucji. Na jaw wychodzi niesprawiedliwość.

Przypatrzmy się innemu podejściu. Nauczyciel sądzi, że teoria ewolucji należy do ważnych tematów - według niego wszyscy uczniowie powinni być nią zainteresowani. Wszystkie prezentowane stanowiska są przedmiotem dyskusji i krytyki. Świadkowie Jehowy przedstawiają swoje argumenty przeciwko teorii ewolucji. Do dyskusji przyłączają się ewolucjoniści, którzy wierzą, że Bóg kieruje procesem ewolucji, uczniowie opowiadający się za naturalizmem oraz osoby żywiące inne poglądy. Wtedy nauczyciel mówi: "Jak dotąd toczona przez was dyskusja przebiega prawidłowo. Teraz udajcie się do pracowni komputerowej i wyszukajcie w Internecie więcej informacji na temat ewolucji, by odpowiednio przygotować się do jutrzejszych zajęć" - poświęconych tematowi doboru naturalnego, pojęcia gatunku, rozmieszczenia geograficznego, losowego rozprzestrzeniania się genów lub jakiemukolwiek innemu tematowi, który zaproponuje nauczyciel. Uczniowie są zachwyceni, ponieważ zostają wysłuchani i potraktowani poważnie. Uczniowie będący zwolennikami kreacjonizmu mogą iść do domu i powiedzieć mamie i tacie: "Szkoda, że nie widzieliście, jak dziś dołożyłem ewolucjonistom". Żadni rodzice nie będą rozczarowani, jeśli ich dzieci będą stwarzać innym i sobie okazję do rozmowy i uczestnictwa.

Dopuszczając wszystkich uczniów do udziału w dyskusjach, sprawiamy, że analizowanie teorii ewolucji na zajęciach w liceum przestaje być czynnością niebezpieczną. Przez ponad 30 lat niejeden rodzic miał zastrzeżenia do tego podejścia. Jednak zajęcia są fascynujące, a uczniowie i nauczyciele liceów przesyłają wyrazy wdzięczności.

Rozważanie sposobów zapobiegania uczestnictwu młodzieży w pewnych zajęciach, przy równoczesnym faworyzowaniu innych, jest dogłębnie niesprawiedliwe. Wiele stanów sugeruje trzymanie kreacjonistów z dala od dyskusji na lekcjach biologii. Wyżej wspomniana broszuraNational Academy of Sciences daje wskazówki, jak to robić. Ale postrzeganie połowy lub więcej swoich uczniów jako "wrogów" jest upiorne.

Kreacjoniści będą musieli bardziej stanowczo głosić swoje poglądy. Podtrzymuję swoje poparcie dla tych, którzy chcieliby, aby ich głos został wysłuchany na zajęciach biologii. Będę popierał starania mające na celu ograniczenie nauczania biologii ewolucyjnej dopóty, dopóki ewolucjoniści nie zachęcą uczniów do udziału w dyskusjach. Pomysł American Civil Liberties Union, by współpracować z biologami ewolucyjnymi w celu ograniczenia wolności słowa większości licealistów w tym kraju, jest groteskowy.

William B. Provine

Przypisy:

    1. Karol Darwin, O pochodzeniu człowieka, przeł. Stanisław Panek, Państwowe Wydaw­ nictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959. http://life.biology.mcmaster.ca/~brian/evoldir.html.
    2. Por. "Teaching About Evolution and the Nature of Science", http://www.nap.edu/read ingroom/books/evolution98/; http://fp.bio.utk.edu/darwin/NAS_guidebook/provine_1.html.

SKĄD WIEMY TO, CO WIEMY?

Każdy z nas posiada sporą wiedzę. Wiemy, jak się nazywamy. Wiemy, gdzie mieszkamy. Wiemy, ile jest dwa dodać dwa. Wiemy, która z partii politycznych jest najlepsza dla naszego kraju... Hmm. Wydaje się, że niektórzy wiedzą coś, co niezgodne jest z wiedzą innych. Na przykład wielu wie, że ewolucjonizm jest poprawnym wyjaśnieniem historii życia. Ale wielu innych wie, że poprawnym wyjaśnieniem jest stworzenie. Jak to możliwe, by różni ludzie wiedzieli coś innego? Co to znaczy "wiedzieć coś"?

Być może zgodzilibyśmy się, że wiedzieć coś to być osobiście przekonanym do tego, że jest to prawda. Proszę zwrócić uwagę na element osobowy: to, że coś wiemy, nie powoduje, że jest to prawdą; znaczy to tylko, że my uważamy to za prawdę. Fakt, że niektórzy wiedzą coś, co jest niezgodne z tym, co wiedzą inni, znaczy, że wiedza niektórych osób jest fałszywa!
Niezależnie od prawdziwości czy fałszywości, jak dochodzimy do wiedzy? Istnieją naprawdę tylko dwa sposoby: osobiste doświadczenie albo wiedza uzyskana od kogoś innego.

Osobiste doświadczenie
Każdy z nas ma sporą wiedzę, jaką sami osiągnęliśmy. Pozwolę sobie dać kilka swoich przykładów:

  • Uderzenie w palec u nogi jest bolesne. Wiedzę na ten temat uzyskujemy bardzo wcześnie w życiu.
  • Przejechanie skrzyżowania na czerwonym świetle będzie kosztować cię mandat. Faktycznie doświadczyłem tego dwukrotnie, zanim naprawdę zdobyłem wiedzę na ten temat.
  • Przyjęcie Chrystusa daje zyski w życiu. Zdaje się, że to mój były pastor pokazał mi, iż jednym z zysków jest to, że mamy kontakty z lepszymi ludźmi! Co ważniejsze, mamy zysk z tego, że nasze modlitwy są wysłuchiwane.
  • Przepuszczanie elektryczności przez wodę produkuje wodór i tlen w stanie gazowym. Być może na lekcji w szkole wykonywaliście ten klasyczny eksperyment przy pomocy baterii, przewodów i probówki.

Ktoś nam powiedział
Jeśli coś wiesz i nie doświadczyłeś tego sam, to ktoś ci powiedział. Oto kilka przykładów:

  • Słowo "chmura" piszemy przez "ch" i "u zwykłe". W większości przypadków edukacja polega na tym, że ktoś coś nam mówi, słownie lub przy pomocy druku.
  • Granica szybkości na autostradzie wynosi 90 km/h. Jeśli nie dowiemy się tego z postawionego znaku, to policjant uprzejmie wyjaśni ci to zarówno słownie, jak i przy pomocy druku.
  • Przyjęcie Chrystusa daje mi życie wieczne. Nie doświadczyłem jeszcze pełnej prawdy tego, ale Bóg mi powiedział w Biblii, że tak jest.
  • Wodór jest najmniejszym pierwiastkiem. Tobie i mnie brakuje wyposażenia i wiedzy, by określić prawdziwość tego naukowego faktu, a więc musieliśmy się tego dowiedzieć z podręcznika.

Czy możesz zaufać swoim oczom?
Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy bardziej skłonni wierzyć temu, co poznaliśmy w osobistym doświadczeniu niż temu, co nam ktoś powiedział. Ale czy zawsze możemy wierzyć temu, co mówi nam osobiste doświadczenie? Czy cokolwiek mogłoby poddać w wątpliwość treść świadectwa naszych zmysłów? Wyobraźmy sobie, że spacerujemy po zatłoczonym chodniku, który graniczy z dużym parkiem. Daleko w parku widzimy, jak latający spodek obniża wysokość i ląduje. Czy zaczęlibyśmy od razu wykrzykiwać do innych o swoim odkryciu? Myślę, że ja najpierw rozejrzałbym się wokół, by sprawdzić, czy każdy inny doświadcza tego samego. Ale w przypadku, gdyby lądował helikopter, nie byłoby żadnego powodu, by wątpić w to, co powiedziały mi moje oczy.Ogólną zasadą jest, że spodziewamy się ujrzeć coś powszechnego, a nie coś niezwykłego. Rzeczywiście, nasze zmysły mogą nawet nas okłamywać, ponieważ spodziewamy się zobaczyć coś innego. Dobry przykład tego znajdujemy w życiu Jezusa, kiedy zawołał on "'Ojcze, uwielbij imię Twoje'. Wtem rozległ się głos z nieba: 'I uwielbiłem, i znowu uwielbię'. Stojący tam tłum, gdy to usłyszał, rzekł: 'Zagrzmiało!' Inni powiedzieli: 'Anioł przemówił do niego'" (Jana 12:28-29).

Komu wierzysz?
A co z wiedzą, którą ktoś nam przekazał? Pamiętajmy, że zdefiniowaliśmy "wiedzieć" jako "być osobiście przekonanym do prawdziwości czegoś". Ale nie wszystko, co nam ktoś mówi, jest prawdą. Czyż nie? Co powoduje, że jesteś bardziej skłonny wierzyć pewnym ludziom, a nie innym? Oto krótka lista par osób, które nam przekazują wiedzę:

  • osoby przypadkowo poznane i najlepsi przyjaciele
  • profesorowie filozofii i profesorowie nauk empirycznych
  • dziennikarze prasowi i dziennikarze telewizyjni
  • duchowni i Bóg (Biblia)

Co wpływa na to, że łatwo mógłbyś uwierzyć każdej z wyżej wymienionych osób, kiedy mówi ci, że coś jest prawdą? Czy wierzyłbyś bardziej jednej z wymienionych osób w każdej parze? Ważnym czynnikiem jest czas, odkąd znasz kogoś. Prawdopodobnie bardziej uwierzysz swemu najlepszemu przyjacielowi niż osobie przypadkowo napotkanej. Jednak w moim przypadku byłby to problem, ponieważ w dzieciństwie moim najlepszym przyjacielem był notoryczny kłamczuch. Bardzo miły chłopak, ale miał problem z mówieniem prawdy.

A co powiecie na temat owych dwu profesorów? Jeśli profesor nauk empirycznych mówi ci coś na temat nauki, a profesor filozofii coś przeciwnego, to najprawdopodobniej uwierzysz przyrodnikowi, czyż nie? Mamy więc tu inny czynnik: fachowość osoby wypowiadającej się.

A jeśli dwie równie fachowe osoby mówią ci coś przeciwnego, co wtedy? Jest to dylemat, z którym często muszę sobie radzić w kwestiach dotyczących kontrowersji stworzenie-ewolucja.
Oczywiście, jestem przyrodnikiem, ale z pewnością nie znam całej nauki! Moją specjalnością jest genetyka i nigdy nie miałem wykładów z geologii. Jak oceniam niezgodne twierdzenia geologów ewolucjonistycznych i geologów kreacjonistycznych? Czasami muszę wybierać na podstawie raczej filozoficznej niż naukowej: zdecydowałem się wierzyć raczej chrześcijaninowi niż ateiście. Nie jest to tak nieracjonalne, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Wszyscy żyjemy opierając się na pewnym zbiorze założeń, co jest prawdą, i ten zbiór założeń wpływa na nasze decyzje w wielu sprawach. Osoba utrzymująca fałszywą filozofię nieuchronnie będzie wyprowadzała fałszywe wnioski w ważnych sprawach.

Para dziennikarzy na naszej liście prowadzi nas do pytania, jak słowo drukowane wpływa na naszą gotowość do uwierzenia weń? Wydaje się, że jesteśmy bardziej gotowi uwierzyć w coś, co jest wydrukowane, niż w coś, co jest tylko wygłoszone. A więc dziennikarz prasowy może uzyskać większą wiarygodność niż dziennikarz telewizyjny.

Czy więc wydrukowanie czegoś znaczy, że prawdziwość tego jest bardziej prawdopodobna? Czasami tak, czasami nie. Czasami tylko pieniądze są powodem publikacji. Potrzebujemy więc zdrowego sceptycyzmu wobec tego, co słyszymy i co czytamy.

Nauka - sposób poznawania
Nauka jest bardzo ważnym sposobem poznawania rzeczy. Część tej wiedzy naukowej może pochodzić z osobistego doświadczenia, ale większość pochodzi od kogoś innego. Nawet wiedza, jaką uczony posiada, pochodzi głównie z drugiej ręki: czasopism, książek, konferencji itd.

Chociaż osiągnięcia naukowe wydają się dzisiaj bardzo nowoczesne, to ten sposób uprawiania nauki rozpoczął się w wieku XVII. Chociaż niewiele się o tym wspomina i chociaż trudno w to uwierzyć, większość twórców nowoczesnej nauki wierzyła w osobowego Boga, który stworzył Wszechświat. Ich wiara, że rzeczywistość jest wynikiem inteligentnego projektu, przyczyniła się do zaufania, iż mogą ją badać i odkrywać prawdy jej dotyczące.

Ponieważ nauka jest tak ważną drogą do wiedzy i ponieważ nauka jest tak bezpośrednio związana z problematyką pochodzenia, należy coś na jej temat zrozumieć. Z grubsza mówiąc, nauka rozwija się przez wysuwanie i testowanie hipotez. Uczeni dokonują obserwacji i wówczas próbują je wyjaśnić. Wyjaśnienia te zwie się hipotezami. Hipoteza jest próbnym wyjaśnieniem obserwacji, "uczonym zgadywaniem".

Wysuwanie hipotez jest tylko pierwszym krokiem; dużo trudniejszy jest drugi krok: testowanie hipotez. Uczony musi zaprojektować eksperyment, który wskaże, czy hipoteza jest poprawna. Przyjrzyjmy się rzeczywistemu przykładowi.

Europejskie węgorze rozmnażają się na Morzu Sargassowym, które jest częścią Oceanu Atlantyckiego. Migrują one do strumieni słodkiej wody, gdzie spędzają większość swego życia. Jak odkrywają one te strumienie, znajdując się w oceanach? Niektórzy uczeni wysuwali hipotezę, że węgorze są w stanie wyczuć chemiczne składniki słodkiej wody. Zaprojektowali eksperyment, by stestować tę hipotezę (aparatura jest widoczna na rysunku). Każda butla zawierała odmienny rodzaj wody: z kranu, destylowaną, słoną i słodką (ze strumienia). Małe węgorze umieszczono w małym pojemniku z lewej, z którego mogły płynąć rurkami do jednego z pojemników, zawierających konkretny rodzaj wody. Węgorze nie ujawniały preferencji wody z kranu nad słoną, ale większość z nich wpływała do pojemnika zawierającego naturalną słodką wodę. Wyniki te poparły hipotezę, że węgorze są w stanie wykryć chemiczną naturę słodkiej wody.

Czy badanie pochodzenia ma naukowy charakter?
Istnieją setki (a może tysiące?) uczonych badających pochodzenie: pochodzenie Wszechświata, pochodzenie Ziemi, pochodzenie życia i pochodzenie gatunków. Oczywiście, badanie pochodzenia ma naukowy charakter! A może nie? No tak, to zależy, co rozumiemy przez naukę. Jeśli rozumiemy przez to ten rodzaj nauki, jak badanie węgorzy, to odpowiedź brzmi "nie".

Nieżyjący już dr Richard Bliss, wielki nauczyciel, wyjaśnił to rozróżnienie lepiej niż ktokolwiek inny, gdy ukuł zwrot "nauka operacyjna" przeciwstawiony "nauce o początkach". Naukę operacyjną uprawia się, gdy uczeni próbują się dowiedzieć, jak coś funkcjonuje, jak działa. Zbierają oni obserwacje, stawiają hipotezy i testują te hipotezy przy pomocy eksperymentów. Uczeni, którzy badają pochodzenie, mogą także zbierać obserwacje, na przykład badać gwiazdy lub kolekcjonować skamieniałości. Mogą także stawiać przypuszczenia, jak te obserwacje są powiązane z pochodzeniem. Ale z nielicznymi wyjątkami nie mogą zaprojektować eksperymentu, który określiłby, co się zdarzyło w prehistorycznej przeszłości. Z tym samym problemem styka się uczony pracujący przy wykrywaniu przestępstw. Może on gromadzić poszlaki: odciski palców, ślady krwi, włókna itd. Korzystając z tego świadectwa, można sugerować, co miało miejsce wcześniej, ale nie istnieje żaden eksperyment, który mógłby rozstrzygnąć słuszność lub niesłuszność tej sugestii.

A więc chociaż uczeni mogą dostarczyć nam wartościowych informacji na temat zdarzeń, które zaszły dawno temu, nie mogą udzielić odpowiedzi równie ostatecznych jak te, które dotyczą zjawisk i zdarzeń zachodzących obecnie. Z powodu tej niepewności możemy oczekiwać, że filozofia uczonego (konserwatywno-chrześcijańska, liberalno-chrześcijańska, ortodoksyjno-żydowska, żydowsko-reformowana, muzułmańska, hinduska, ateistyczna) będzie wpływać na jego wnioski. Komu uwierzysz?

Lane P. Lester, Ph.D., How Do We Know What We Know?, Creation Research Society Quarterly 1995, vol. 32, No. 2.
Za zgodą redakcji przedruk z "Na Początku" listopad 1997, nr 11B (96), s. [352-359]


Jak odczytywać Księgę Rodzaju?

"Nie uprawiamy liberalnej teologii - my tylko interpretujemy inaczej Biblię". Tak mówi wielu ewangelicznych chrześcijan, gdy porzuca tradycyjne rozumienie niektórych fragmentów Pisma Świętego. Często to słychać dzisiaj, jeśli chodzi o Genesis (Księga Rodzaju).
W ujęciu tradycyjnym Księga Rodzaju daje nam rzetelną informację: mówi w zarysie, jak Bóg stworzył świat i pierwsze istoty ludzkie oraz jak popadły one w grzech. Chociaż `stworzenie ex nihilo jest tak dalekie od naszego codziennego doświadczenia, że trudno nam interpretować jego szczegóły, to jednak możemy z tekstu wyprowadzić pewne rozumienie zdarzeń, jakie rzeczywiście miały miejsce. Bóg stworzył Wszechświat i pierwsze istoty żywe. Adam i Ewa zostali stworzeni, nie zaś - wyewoluowani. Podjęli oni decyzję, by sprzeciwić się Bogu i złamali bliską społeczność, jaką się z Nim cieszyli.

Dziś jednak istnieje mocna tendencja, by traktować Genesis jako księgę niehistoryczną. Nawet niektórzy, przyjmujący resztę Biblii za rzetelną historię, unikają traktowania w ten sam sposób Księgi Rodzaju. Zamiast tego rozdziały od pierwszego do trzeciego tej księgi uważają za przenośne. Traktują je jako przypowieść, sagę, hymn chwały, poetyckie ujęcie procesu stworzenia, który sam w sobie jest niewyrażalny słowami, albo uznają za religijną polemikę z ideami pogańskimi. Mówi się, że celem Genesis 1-3 nie jest dostarczenie jakiejś informacji poznawczej, ale nakłanianie do uwielbienia Boga. Rozdziały te mają zawierać język obrazowy, którego nie należy rozumieć dosłownie, ale jedynie jako środek przekazania prawd duchowych.

Kto ma rację? Które ujęcie Genesis jest poprawne? Odpowiadając na to pytanie, moglibyśmy potraktować Księgę Rodzaju jak każdą inną literaturę i użyć zwykłych zasad interpretacji. Poszukując zrozumienia tekstu literackiego, moglibyśmy zadać tego typu pytania: Jaki rodzaj materiału chce on przedstawić? Jakim stylem literackim jest napisany? Jaki jest jego kontekst? Jak wygląda na tle innych pism z tego samego okresu?

Ci, którzy nalegają, iż Pismo Święte jest historycznie dokładne, nie rozumieją przez to, że zawiera ono tylko narrację prozą. W Piśmie Świętym znajdujemy różnorodność stylów literackich, zależnie od celu stawianego przez autora: poezję, pieśń, przypowieść, nakazy etyczne, nauczanie doktrynalne, modlitwę i tak dalej. Analizując konkretny fragment, musimy najpierw określić, jakim stylem został on napisany. Byłoby niemądre na przykład interpretowanie przypowieści Jezusa jako historię, ponieważ zostały one wyraźnie nazwane przypowieściami. Podobnie byłoby niezasadne interpretowanie fragmentu historycznego jako przypowieść tylko dlatego, że trudno nam weń uwierzyć. Jeśli mamy być biblijni, to musimy określić, co sama Biblia twierdzi o danym fragmencie i nie narzucać mu jakiejś innej interpretacji z pogwałceniem tekstu.

Styl
Jak odczytujemy opis stworzenia i upadku w pierwszych trzech rozdziałach Księgi Rodzaju? Najpierw, czym ten opis nie jest? Nie jest on poezją; widać to, porównując go z poetyckimi opisami stworzenia w innych częściach Pisma (np. Psalm 14 i Hioba 38). Te inne fragmenty korzystają z powszechnych narzędzi poetyckich jak metafora czy porównanie, których brak w Genesis 1. Nie jest to też przypowieść. Nie ma wprowadzenia, jakiego Jezus używał, gdy zaczynał Swoje przypowieści ("Królestwo Boże jest jak..."). Nie jest to wizja, bowiem brakuje mu zwrotów używanych przez Ezechiela, Daniela i Jana, gdy szczegółowo opisywali swoje wizje i sny ("... niebiosa się otworzyły").

Krótko mówiąc, nie ma niczego w literackim stylu Genesis 1-3, co by wskazywało, że należy tekst rozumieć jako coś innego niż narracja historyczna. Forma jest naturalna i opisuje rzeczy dalekie od naszego zwykłego doświadczenia (stworzenie i świat przed upadkiem), ale nie ma żadnej wskazówki, że należy ją brać za coś innego niż ujęcie wydarzeń, jakie faktycznie miały miejsce. Kreacjonista E.H. Andrews tak pisze na ten temat:

Wewnętrzna struktura tych tekstów wskazuje na bezpośrednią narrację, bez świadectwa typowych hebrajskich form poetyckich i bez "komentarza" sugerującego, że opisanych wydarzeń nie powinno się traktować dosłownie. [1]

Andrews czyni tu aluzję do kluczowej sprawy: nie jak my rozumiemy Księgę Rodzaju, ale jak starożytny Hebrajczyk mógł ją rozumieć. Zwroty, które brzmią dziwnie dla naszego ucha, mogą się wydawać poetyckimi, ale to nie jest ważne - ważne jest, czy jest to hebrajska forma poezji. Jeśli chcemy wiedzieć, co dany fragment znaczy, musimy zrozumieć, jak autor chciał, by jego słowa rozumiano: obrazowo, ironicznie, alegorycznie czy jako zwykłe stwierdzenie.

Aby odkryć intencję autora, musimy zwrócić uwagę na odkrycia archeologów, jeśli chodzi o starożytną literaturę Bliskiego Wschodu. Zwykło się sądzić, że starożytni nie interesowali się historią jako taką; że starożytne zapisy należy rozumieć jako legendę i mit. Sądzono, że pewne opowieści mogły być oparte na wydarzeniach, które zaszły w pewnej epoce, ale zostały zapisane dopiero później, gdy obrosły mocno legendą. Wiemy już, że nie jest to prawda. W starożytności wydarzenia zapisywano wówczas, gdy one zachodziły albo wkrótce po ich zajściu. Chociaż tradycja ustna często rozwijała się równoległe do pisemnego zapisu, to jednak standardową praktyką było rejestrowanie wszystkich większych wydarzeń na piśmie.

Dzisiejsi uczeni dużo bardziej szanują historyczną prawdziwość starożytnej literatury, niż zwykli to robić w przeszłości. Starożytni Hebrajczycy okazują się być szczególnie troskliwymi rejestratorami wydarzeń. R.K. Harrison tak pisze na ten temat:

Porównawcze studia historiograficzne wykazały, że obok Hetytów starożytni Hebrajczycy należeli do najdokładniejszych, najbardziej obiektywnych i odpowiedzialnych rejestratorów wydarzeń historii Bliskiego Wschodu. [2]

W rezultacie dużo większe zaufanie pokłada się obecnie we wczesnych fragmentach Starego Testamentu, które pretendują do historyczności, niż to było poprzednio. Nie możemy bezmyślnie mówić, że dawni ludzie po prostu nie byli zainteresowani historią. Przeciwnie, wykonali oni wspaniałą pracę rejestrowania wydarzeń historycznych.

Prawdą jest, że Księga Rodzaju jest napisana z religijnego punktu widzenia; nie jest ona po prostu suchym, pedantycznym ujęciem faktów, jaki mógłby wyjść spod ręki sądowej stenotypistki. Ma ona cel religijny: nauczać nas o Bogu i grzechu oraz o kondycji człowieka. Ale samo to nie znaczy, że autor manipulował faktami, aby dostarczyć przesłania religijnego albo że wymyślał w całości te opowieści, lub że uczniowie wymyślili historię o zmartwychwstaniu Jezusa, aby przekazać religijne przesłanie o nowym życiu w Bogu. Jak już powiedzieliśmy, dla autorów biblijnych znaczenie teologiczne jest zawsze uwikłane w faktach.

Mamy ponadto dane świadczące, że mentalność ta była powszechna na starożytnym Bliskim Wschodzie. Zwykle pisano historię z przesłaniem religijnym lub ideologicznym, ale mimo to pisano ją dokładnie. Zacytujmy znowu Harrisona:

Liczne wydobyte teksty klinowe pokazują, jak mezopotamscy autorzy wczesnego historiograficznego materiału wyrażali się w kategoriach obrazu świata, podobnie jak to było w przypadku pierwszych kilku rozdziałów Księgi Rodzaju, wskazując przez to, że materiału tego nie należy traktować jako mitu, lecz jako mezopotamską historiografię. [3]

Starożytni nie pisali historii w ten sam sposób, jak my to robimy, co wielu doprowadziło do stwierdzenia, że Stary Testament nie jest w ogóle historią. Ale to jest niewiarygodnie zaściankowy sposób myślenia. Jeśli chcemy zrozumieć jakiś utwór literacki, pochodzący z innej epoki lub kultury, to musimy polegać nie na tym, jak literatura ta oddziałuje na nas dzisiaj, lecz na tym, czego dowiedzieliśmy się z archeologii o kulturze i czasach, w których była napisana.

Umieszczenie w kontekście
Aby zrozumieć jakiś fragment, musimy zobaczyć, jak pasuje on do otaczającego go kontekstu. Większość ewangelicznych chrześcijan akceptuje treść Księgi Rodzaju od rozdziału 12 do końca jako rzetelnie historyczną (ujęcie dziejów Abrahama i powstanie narodu hebrajskiego). Często jednak kwestionuje się Genesis 1-11, zwłaszcza ujęcia stworzenia, upadku i potopu.

Jeśli jednak zbadamy sam tekst, to zobaczymy, że nie ma żadnej przerwy między tymi epizodami, które są kwestionowane, a resztą Księgi Rodzaju. Po opisie stworzenia i upadku w Genesis 1-3 następują w ciągły sposób genealogie rozdziałów 4 i 5, które bez wątpienia mają historyczną treść. Te z kolei w gładki sposób przechodzą w rozdziały 6-9, opis potopu, po którym z kolei następują gładko genealogie w rozdziałach 10 i 11 (z wplecioną między nie opowieścią o wieży Babel), a w końcu o powołaniu Abrahama w rozdziale 12. Nie ma żadnego świadectwa w samym tekście, które by wskazywało, że stworzenie, upadek, potop czy wieżę Babel należy rozumieć odmiennie od genealogii czy opisu dziejów Abrahama.

Całość Księgi Rodzaju jest ponadto związana w literackim stylu przez okresowe powtarzanie zwrotu "Oto są pokolenia..." Refren ten występuje w 2:4; 5:1; 6:9; 10:1; 11:10; 25:12; 36:1 oraz 37:2 [od tłumacza: Biblia Tysiąclecia różnie ten zwrot tłumaczy]. Łączy on nierozerwalnie opisy stworzenia i potopu z tymi fragmentami Genesis, które uznaje się za historyczne.

Nad dokładnym znaczeniem zwrotu "Oto są pokolenia..." teologowie głowili się przez długi czas. I wówczas w 1936 roku P.J. Wiseman wysunął hipotezę, że był to kolofon (jak u Babilończyków), wskazujący na istnienie tabliczek, jakie powszechnie znajdujemy w miejscach wykopalisk w Mezopotamii. Tabliczki te zwykle mają tytuł, potem następuje treść dokumentu - list lub dokument prawny - a na końcu znajduje się kolofon. Jeśli w kolekcji znajduje się więcej niż jedna tabliczka, kolofon zwykle obejmuje tytuł tabliczki, a potem imię skryby lub właściciela tabliczki (może to być ta sama osoba) oraz datę.

Jeśli interpretujemy zwrot "Oto są pokolenia..." jako kolofon, to sugeruje to, że Księga Rodzaju oparta jest na zbiorze takich tabliczek. Termin "pokolenia" naprawdę znaczy "historie" albo "zapisy rodzinne" i implikuje, że te zapisy rodzinne troskliwie zachowywano od czasów Adama. Jest 11 takich zwrotów w Genesis. Jeśli każda oznacza koniec zbioru glinianych tabliczek, to wskazują one, że Mojżesz miał przed sobą taki ciąg tabliczek, jakich powszechnie używano w starożytnej Mezopotamii, i użył ich jako źródła dla Księgi Rodzaju.

Archeologiczne odkrycia ubiegłego stulecia wskazują, że było to możliwe. Umiejętność pisania była dobrze rozwinięta długo przed narodzeniem się Abrahama, a zapisy skrupulatnie zachowywano, jak już wcześniej powiedzieliśmy. Ponadto tabliczki te posiadają tę samą postać jak wiele wykopanych w Mezopotamii; nawet materiał genealogiczny jest dość typowy. Zaletą tej tabliczkowej teorii Księgi Rodzaju jest to, że uwzględnia ona rzeczywiste bliskowschodnie metody pisania i w naświetlaniu literackich źródeł Genesis nie zależy jedynie od naszych współczesnych prekoncepcji. [4]

Reszta Pisma Świętego
Przy poszukiwaniu zrozumienia pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju ważny jest nie tylko ich bezpośredni kontekst, ale także i reszta Pisma Świętego. Biblijne ujęcie Genesis musi uwzględniać, jak inni autorzy biblijni traktowali wydarzenia tam opisane.

Reszta Pisma Świętego często wspomina stworzenie i upadek, za każdym razem traktując je jako całkowicie historyczne. Nigdy nie ma choćby najmniejszej sugestii, że opisy stworzenia czy życia Adama i Ewy mają obrazowy lub mitologiczny charakter. Najmocniejszy przykład znajduje się w Liście do Rzymian 5:12 i dalej, gdzie Paweł przedstawia czytelnikowi potrójną paralelę między Adamem i Chrystusem. Istnienie wszystkich trzech uznawane jest na równi za historyczne.

Paralela między Adamem i Chrystusem występuje ponownie w 1 Liście do Koryntian 15. Podobnie Łukasz zakłada, że Adam jest rzeczywistą osobą, śledząc genealogię Jezusa aż do niego (Łuk. 3:38). Paweł oczekuje, że czytelnicy przyjmują także historyczność Ewy (1 List do Tymoteusza 2:13-14, 1 List do Koryntian 11:8-9, 2 List do Koryntian 11:3). Piotr uważa stworzenie za tak samo historyczne jak potop i sąd ostateczny (2Piotra 3:3-8).

Nie ulega wątpliwości, że autorzy Nowego Testamentu wierzyli, iż Adam i Ewa byli rzeczywistymi ludźmi. Istnieje w Nowym Testamencie ponad dziesięć cytatów lub bezpośrednich odniesień do Genesis 1-11 i każdy z nowotestamentowych autorów odnosi się do tej części Księgi Rodzaju gdzieś w swoich pismach. Sam Jezus odwoływał się do tych rozdziałów przynajmniej sześć razy. [5]

Autorzy starotestamentowi również odwoływali się często do Księgi Rodzaju. W grę wchodzi więc nie sama Księga Rodzaju, nie sam opis stworzenia, ale autorytet całej Biblii. Jeśli Adam i Ewa nie byli historycznymi osobami, to Paweł się mylił, a Jezus błądził. A jeśli Jezus i autorzy biblijni mylili się, gdy traktowali Księgę Rodzaju historycznie, to nie ma powodu uważać, że mieli rację w jakichkolwiek innych twierdzeniach, które wypowiadali. Nic dziwnego, że uznający to słabe ujęcie Księgi Rodzaju niemal nieuchronnie zauważają, że prowadzi ono - jeśli nie w ich umysłach, to w umysłach ich dzieci - do osłabionego ujęcia autorytetu całej Biblii. [6]

Nie "tylko" historia
Przeciwnicy często przedstawiają kreacjonistów jako zainteresowanych jedynie historyczną treścią Księgi Rodzaju. Podkreślanie historycznej prawdy rozdziałów 1-3 - zarzucają krytycy - to widzenie ich jedynie jako płaskiego, faktualnego ujęcia i pomijanie ich bogatego duchowego przesłania. Posłuchajmy na przykład słów Howarda Van Tilla, astrofizyka z Calvin College:

Jestem jednak przekonany, że początkowe rozdziały Księgi Rodzaju nigdy nie miały nauczać niczego o szczegółach kosmicznej historii (...) Genesis 1 jest mocną polemiką z pogańskimi ideami na temat statusu Kosmosu. Redukowanie go do prymitywnego technicznego raportu z historii Kosmosu jest pomijaniem jego ważnych nauk (...). [7]

Zwróćmy uwagę, że dla Van Tilla dostrzeganie historii w Księdze Rodzaju jest "pomijaniem" jej nauk teologicznych. Jest to kompletny nonsens. Podkreślanie jednej (historycznej) strony dla pewnych celów nie jest zaprzeczaniem istnienia wielu innych stron. Kreacjoniści zwracają uwagę na historyczny element w Genesis nie dlatego, że uważają, iż jest to wszystko, co tam istnieje, ale ponieważ jest to element obecnie atakowany.

Kreacjoniści argumentują, że stworzenie i upadek jako doktryny teologiczne muszą opierać się na wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce. Nie ma tu różnicy z postawą, jaką wszyscy ewangeliczni chrześcijanie przyjmują wobec zmartwychwstania - w tym bez wątpienia i Van Till. Bogate duchowe przesłanie nowego życia, które trwa na wieki, nie ma sensu, jeśli Jezus rzeczywiście, historycznie nie powstał z martwych. Ponadto kreacjoniści podkreślają, że gdy już przyjmiemy Księgę Rodzaju za opis wydarzeń, jakie naprawdę miały miejsce, to musimy przyjąć poważnie, co ona mówi o świecie przyrody, jako ramę roboczą dla nauki.
KONIEC

Nancy Pearcey

Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autora)

Przypisy:
[1] E. H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, San Diego 1980, s. 69.
[2] R. J. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (ed.), The Expositor's Bible Commentary, Zondervan, Grand Rapids 1979, vol. 1, s. 232.
[3] Tamże, s. 233.
[4] Więcej na temat tabliczkowej teorii patrz tamże, s. 242-243. Patrz też R.K. Harrison, Introduction to the Old Testament, Eerdmans, Grand Rapids 1969, s. 543 ff; oraz Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976, s. 27-30.
[5] Morris, The Genesis..., s. 21.
[6] Niektórzy pytają, co zrobić z faktem, że dzisiejsi chrześcijanie nie praktykują już wszystkiego, czego Biblia naucza, na przykład starotestamentowego prawa? Odpowiedź wygląda następująco: kiedy samo Pismo Święte daje nam zasadę, by już nie stosować jego pewnych fragmentów (jak rytuały świątynne Starego Testamentu), to możemy je porzucić, nie podcinając reszty jego nauczania, bowiem w takim przypadku działamy na podstawie Biblii. Ale kiedy zaczynamy odrzucać fragmenty Pisma Świętego, ponieważ subiektywnie nam się one nie podobają, to wówczas przedkładamy nasze własne rozumienie tego, co jest słuszne lub prawdziwe, ponad to, czego naucza Biblia. Wtedy w zasadzie porzucamy ideę, że Biblia jest objawieniem i że to nie my mamy ją osądzać.
[7] Howard Van Till, The Cosmos: Nature or Creation?, Occasional Papers from Calvin College, vol. 3, No. 1, January 1984, s. 33 (podkr. w oryginale).

Bibliografia
1. E.H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, SanDiego 1980.
2. Gleason Archer, Alleged Errors and Discrepancies in the Original Manuscripts of the Bible, w: Norman L. Geisler (ed.), Inerrancy, Zondervan, Grand Rapids 1979.
3. R.K. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (gen. ed.), The Expositor's Bible Commentary, vol. 1, Zondervan, Grand Rapids 1979.
4. Walter C. Kaiser, Jr., Legitimate Hermeneutics, w: Geisler (ed.), Inerrancy...
5. Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976.
6. Francis Schaeffer, Genesis in Space and Time, InterVarsity Press, Downers Grove 1972.
7. Howard Van Till, The Cosmos: Nature or Creation?, Occasional Papers from Calvin College, January 1984, vol. 3, No. 1.
8. Nancy Pearcey, Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol. 25, No. 3, s. 6-9; z jęz. ang. za zgodą Redakcji i Autorki tłum. Mieczysław Pajewski)
9. Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autorki )
10. http://creationism.org.pl/artykuly/NPearcey5


Księga rodzaju a historia

- Nie wiem, czy się z tobą zgadzam - powiedział mój przyjaciel.
- Ale to nie ze mną się nie zgadzasz - odpowiedziałam. - Nie zgadzasz się ze św. Pawłem. - Wówczas nie przedstawiałam swojej własnej opinii, ale wyjaśniałam, czego apostoł Paweł naucza w 1 Liście do Koryntian.
- No to dobrze, nie zgadzam się ze św. Pawłem.
W ten sposób do czegoś doszliśmy. Wśród chrześcijan jedną rzeczą jest niezgadzanie się, jak interpretować to, co mówi Biblia, a zupełnie inną rzeczą lekceważenie tego, co Biblia mówi. Ale mój przyjaciel nie widział tu żadnego problemu. Jego zdaniem chrześcijanin nie jest związany tym, co mówi Pismo Święte. Zostało ono napisane dawno temu przez ludzi przedstawiających swoje własne najlepsze rozumienie spraw pod kierunkiem Ducha Świętego. Podobnie dzisiaj przedstawiamy nasze najlepsze rozumienie spraw pod kierunkiem Ducha Świętego. To, co Biblia mówi, niejednokrotnie pomaga, ale nie jest to ostateczne słowo w żadnej sprawie.

No i co? Czy chrześcijanie są związani tym, czego naucza Pismo Święte? Ponieważ większość kreacjonistów mocno opiera się na naukach pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, pytanie to ma wielkie znaczenie dla kontrowersji kreacjonizm-ewolucjonizm. Czy Biblia jest wytworem starożytnych ludzi przedstawiających swoje najlepsze opinie, a wówczas możemy swobodnie odrzucać wszystko to, co uznamy za fałszywe? Czy też jest to Słowo Boże, a więc nie może być fałszywe, bo sam Bóg byłby kłamcą?

Jest to jednak tylko pierwszy krok. Jeśli dojdziemy do wniosku, że Pismo Święte jest faktycznie Słowem Bożym, to nadal musimy rozstrzygnąć, jak je interpretować. Weźmy chociaż te kluczowe pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju: w jakim stopniu mówią nam one o świecie? Czy opowieści o stworzeniu oraz Adamie i Ewie mówią nam o czymś, co faktycznie zaszło w historii, czy są tylko "językiem obrazowym", wymyślonym po to, by nauczyć nas pewnych prawd duchowych?

Wśród chrześcijan ewangelicznych są to kluczowe kwestie, dzielące kreacjonistów i teistycznych ewolucjonistów. Jeśli Księga Rodzaju dostarcza nam rzetelnej informacji na temat świata, to informację tę należy wziąć pod uwagę przy formułowaniu teorii naukowych. Jest to pogląd akceptowany przez kreacjonistów. Jeśli zamiast tego opowieści Księgi Rodzaju są pewnego rodzaju parabolą, zamierzoną jedynie do przekazania duchowego posłania, to nie stanowią one żadnego ograniczenia dla głoszonych przez nas teorii naukowych. Jak długo uważamy, że Bóg w jakiś sposób stoi za nimi, możemy głosić wszelkie idee naukowe, jakie uznajemy za dogodne, bez popadania w konflikt z Pismem Świętym.

Oto zagadnienia do rozważenia w tym artykule: Po pierwsze, czy Pismo Święte jest prawdziwe we wszystkich dziedzinach i na zawsze? Po drugie, jeśli jest ono prawdziwe, to jak je interpretować, zwłaszcza pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju.

Najbardziej sporna sprawa
Odpowiedzcie szybko, jaka sprawa wywołuje największą kontrowersję wśród dzisiejszych ewangelicznych teologów? Odpowiedź brzmi: sprawa Pisma Świętego. Najgorętsze dyskusje w naszych czasach koncentrują się na pytaniu: w jakim sensie Biblia jest prawdziwa?
Odpowiedzi, jakich chrześcijanie ewangeliczni udzielają na to pytanie, można podzielić na trzy kategorie:
1. Biblia jest omylną księgą napisaną przez omylnych ludzi. Jest ona jedyna w swoim rodzaju jedynie w tym sensie, że Bóg jej używa pomimo jej błędów, wzywając ludzi do wiary.
2. Biblia jest prawdziwa i obdarzona autorytetem, ale tylko w sprawach wiary i moralności. Przekazuje ona duchowe przesłanie przy pomocy opowieści, które same niekoniecznie są prawdziwe czy dokładne.
3. Biblia jest prawdziwa na każdym poziomie, zarówno w sprawach wiary, jak i historii, geografii, psychologii, itd.

Kategoria nr 1: mylić się jest rzeczą ludzką
Rozważmy kategorię nr 1. Faktycznie pogląd ten nie jest w ogóle z wielu praktycznych powodów ewangeliczny, ale neoortodoksyjny. Jednak coraz więcej chrześcijan, uważających się za chrześcijan ewangelicznych, podpisuje się pod nim. Odrzucają oni tym samym nie tylko historyczną dokładność Biblii, ale czują się też swobodni w odrzucaniu pewnych zasad doktrynalnych lub moralnych, o ile uznają je za "bezowocne".

Mój przyjaciel jest tego przykładem. Był on przewodniczącym oddziału InterVarsity na naszym miejscowym uniwersytecie, a jednak uważał, że wolno mu odrzucić wszystko w Piśmie Świętym, co było uderzająco "przestarzałe" bądź sprzeczne z jego własnym doświadczeniem. Duch mnie prowadzi - podkreślał - i to tylko się liczy.

Problem z takim poglądem polega na tym, że gdy już zdecydujemy się, że Pismo Święte myli się w niektórych swoich naukach, to w zasadzie nie ma sposobu zatrzymania się. Jeśli autorzy biblijni mylili się w jednej dziedzinie, to skąd możemy wiedzieć, że nie mylili się w innych - nawet w tych, w których akceptujemy ich nauczanie? W wyniku tego otrzymujemy czysty subiektywizm: każdy przyjmuje to, co wydaje się mu być sympatyczne, i odrzuca całą resztę.

Jeden może przyjmować wszystkie główne nauki Pisma Świętego i w ten sposób doktrynalnie podpadać pod kategorię chrześcijanina ewangelicznego. Drugi może odrzucać wszystko z wyjątkiem mętnych idei na temat Boga jako miłości. Istota polega na tym, że nie ma zasady, która kierowałaby nami w wyborze, które części Biblii przyjąć, a które odrzucić.
O ile, oczywiście, nie realizujemy zasady pochodzącej spoza biblijnego źródła. Wiele chrześcijańskich feministek na przykład odrzuca to wszystko w Piśmie Świętym, co niezgodne jest z feminizmem. Podobnie wielu chrześcijan odrzuca wszystko, co niezgodne jest z ewolucjonizmem. Postawa taka osiągnęła swój skrajny wyraz w XIX wieku w postaci hipotezy Grafa-Wellhausena, która doprowadziła niektórych teologów do odrzucenia lub poprzestawiania dużej części Biblii, aby dostosować ją do wcześniejszej koncepcji, jak religie ewoluują od prostych do złożonych. [1] W liberalnych seminariach nadal naucza się podstawowych celów teorii Grafa-Wellhausena.

Jasne jest, że jeśli przyjmiemy jakąś zasadę kierowniczą spoza Biblii, to nie możemy już więcej mieć pretensji do posiadania biblijnych poglądów. Zamiast tego udzielamy pierwszeństwa nad Biblią jakiemuś innemu zbiorowi idei: te idee właśnie uważamy za ostateczną prawdę, a to, co Biblia mówi, należy tak zinterpretować, aby pasowało do tej prawdy.

Milczący Bóg
Nie rozumiemy w pełni jakiejś idei, dopóki nie dowiemy się, skąd ona pochodzi. Skąd się wziął pomysł, że Biblia jest omylna i jest dziełem omylnych ludzi? Na pewno nie z badań samego Pisma Świętego, bowiem twierdzi ono, że jest Słowem Samego Boga. Niemal każda strona głosi: "Tak mówi Pan". A jeśli tak jest, to nie może zawierać fałszu, gdyż Bóg byłby kłamcą.

Innymi słowy, gdyby to, co czytamy w Biblii, było objawione przez Boga, to musiałaby ona być prawdą. Kluczem jest idea objawienia. Historycznie rzecz biorąc, uczeni zaczęli zaprzeczać prawdziwości Pisma Świętego wtedy, gdy zaprzeczyli, że jest ono objawione.

Częściowo z powodu sukcesów nauki, wielu uczonych XVII i XIX stulecia przyjęło filozofię naturalizmu: przyroda jest wszystkim, co istnieje; nie ma niczego poza nią, niczego nadnaturalnego. Ale idea objawienia jest wyraźnie nadnaturalistyczna. Biblia twierdzi, że Sam Bóg może przemawiać do Człowieka. Bóg może włamać się do sfery naturalnej i coś nam powiedzieć - nie tylko dać jakieś mistyczne doświadczenie; wszystkie religie dają mistyczne doświadczenia - ale dostarczyć nam faktycznej informacji o Sobie Samym i świecie, jaki stworzył.

Ci, którzy odrzucają to, co nadnaturalne, muszą też odrzucić objawienie. Zamiast przyjąć twierdzenie Biblii, że jest Słowem Boga, naturaliści muszą postrzegać ją jako dzieło samego człowieka. A jeśli jest ona rezultatem ludzkiej intuicji i ludzkiego tylko wysiłku, to nie ma podstaw, by nadawać jej jakiś szczególny rodzaj prawdy. Tak jak przekonanie, że Biblia pochodzi od Boga, znaczy, że musi ona być całkowicie prawdziwa, tak przekonanie, że pochodzi ona od człowieka, znaczy, że musi zawierać błędy. Musi obejmować ograniczone i błędne poglądy przyjmowane w czasie jej pisania.

Pomysł, że Biblia pełna jest błędów, nie wypływa przede wszystkim z faktów jej zaprzeczających. Pomysł ten powstał, zanim nauka czy archeologia rozwinęły się do tego stopnia, by pozwolić na testowanie jakichś konkretnych twierdzeń Biblii na temat świata przyrodniczego i historii. Idea omylności Pisma Świętego wyłoniła się zamiast tego z filozoficznego zaangażowania po stronie naturalizmu. Jeśli przyjmiemy, że przyroda jest wszystkim, co istnieje, to wówczas każde twierdzenie o nadnaturalnym wydarzeniu musi być fałszywe. A Biblia przepełniona jest takimi twierdzeniami - a więc musi być fałszywa i nienaukowa.

W rzeczywistości jeśli zaczniemy uwzględniać fakty, to argument na rzecz wiarygodności Biblii faktycznie stał się silniejszy po powstaniu współczesnej nauki. Odkrycia archeologów stale potwierdzały biblijne ujęcie historii, ku wielkiemu zakłopotaniu krytyków. A obecnie, gdy rozwija się naukowy kreacjonizm, widzimy wyraźniej, że fakty naukowe popierają biblijne ujęcie, także jeśli chodzi o jej twierdzenia dotyczące świata przyrody.

Gdy sobie uświadomimy, skąd się bierze sceptycyzm wobec Biblii, to stanie się on dużo mniej przekonujący. To nie fakty wymuszają na nas sceptycyzm - jest on wynikiem wyboru przyjęcia naturalistycznego założenia. Ponieważ sam naturalizm nie jest przekonującą filozofią [2] i ponieważ pociąga za sobą porzucenie nie tylko objawienia, ale także każdej innej wielkiej doktryny biblijnej (doktryny stworzenia, wcielenia i zbawienia są w równie wielkim stopniu nadnaturalne), to nie ma powodu, by akceptować naturalizm czy któryś z jego destrukcyjnych rezultatów.

Nie znaczy to, że każda trudność między Biblią a nauką została rozwiązana. Niektóre trudności pozostaną tak długo, jak długo nasza wiedza będzie niekompletna - to znaczy zawsze. Ale Biblię popiera duży zespół faktów, na przekór krytykom, którzy niegdyś tak ufnie ogłaszali ją mitem i legendą. W rezultacie mamy dobre podstawy, by przyjmować podstawową wiarygodność zapisu biblijnego. A jeśli jest on wiarygodny w dziedzinach, które możemy przetestować przy pomocy nauk przyrodniczych i archeologii, to mamy dobre podstawy, by ufać mu w dziedzinach, których przetestować nie potrafimy, gdy mówi nam o rzeczywistości transcendentnej.

Kategoria nr 2: naczynie gliniane
Apostoł Paweł mówi, że my, chrześcijanie, świecimy światłem prawdy Bożej jak latarnia przenoszona w glinianym naczyniu (2Kor. 4:7). Naczynie jest kruche, ale światło nadal z niego świeci. Niektórzy chrześcijanie wierzą, że Biblia jest podobna do glinianego naczynia. Pełna jest błędów, jeśli chodzi o zdarzenia historyczne, ale w sprawach religijnych światło prawdy Bożej nadal z niej prześwieca.

Pogląd ten jest atrakcyjny, gdyż wydaje się dawać chrześcijanom szansę posiadania ciastka i jednocześnie zjedzenia go. Możemy przystosować się do świata świeckiego w każdej sprawie, która wymagałaby od nas konfliktu z nauką, a jednocześnie utrzymać duchowe przesłanie Biblii.

Kłopot związany z tym poglądem polega na tym, że oparty on jest na ścisłej dychotomii między tym, co historyczne, i tym, co duchowe. Dychotomia ta jest obca Pismu Świętemu. Jak wie każdy, nawet wyposażony w niewielką znajomość innych religii, jedną z najbardziej charakterystycznych cech Biblii jest nierozerwalny związek prawdy duchowej z faktem historycznym. Ani buddyzm, ani konfucjanizm na przykład nie wiążą prawdziwości swego religijnego nauczania z twierdzeniami o dawnych wydarzeniach. Biblia jest wyjątkowa, jeśli chodzi o jej aspekt, iż Bóg działał w historii. Zdarzenia te nie są jedynie przypadkami, bez których możemy się obyć, ale stanowią rdzeń samego zbawczego posłania.

Największym przykładem jest zmartwychwstanie. Apostoł Paweł argumentuje, że gdyby zmartwychwstania naprawdę nie było, gdyby grób nie był pusty, wówczas wszystko, co mówimy o Chrystusie, byłoby nonsensem. Moglibyśmy korzystać z każdej przyjemności tego życia - jeść, pić i żenić się - ponieważ grób jest końcem wszystkiego (1Kor. 15:12-24). Ci, którzy argumentują, że zmartwychwstanie wydarzyło się jedynie w duchowym sensie, nie pojęli mocy rozumowania św. Pawła. Duchowe zmartwychwstanie nie wystarcza do naszego zbawienia. Jesteśmy fizycznymi, historycznymi istotami i umieramy fizyczną śmiercią, która czyni pośmiewiskiem wszystko, czego dokonujemy w naszym życiu - potrzebujemy fizycznego, historycznego zmartwychwstania. Wszystko inne jest tylko religijną "mową-trawą".

Postawę, jaką Paweł ujawnia wobec zmartwychwstania, Biblia przyjmuje wobec całej historii. Stworzenie, wyjście z Egiptu, czyny Boga w historii Izraelitów, wcielenie, cudy wczesnego kościoła - albo miało to miejsce, albo nie. A jeśli nie, to bezowocne jest mówienie, że teksty te mają "religijne znaczenie". Zdarzenie, którego nie było, nie może posiadać żadnego religijnego znaczenia.

W Biblii historia i religia są tak szeroko wzajemnie powiązane, że po prostu nie można ich od siebie oddzielić. [3] Strategia rozdzielania historii od nauki duchowej w Biblii nie ma biblijnego charakteru. Jest ona bardziej zbliżona do platonizmu - filozofii, że królestwo fizyczne jest mniej rzeczywiste, mniej ważne niż duchowe. Ten rodzaj dualizmu trapił świat chrześcijański od czasów Ojców Kościoła. Wydobywa się on dzisiaj na powierzchnię w twierdzeniach tych, którzy podkreślają, że Biblia jest fałszywa w sprawach faktu, a prawdziwa jedynie w sprawach wiary.

Co motywuje niektórych chrześcijan, by przyjmować strategię tak obcą perspektywie biblijnej? Gdyby fakty historyczne i archeologiczne wykazały rozstrzygająco, że Biblia się myli, to może miałoby jakiś sens oddzielanie jej historycznych twierdzeń od nauk religijnych. Ale - jak już wspominaliśmy - fakty niczego takiego nie wykazują. Dzisiaj nawet ci, którzy nie są biblijnie zaangażowani, zgadzają się, że w zasadzie jest ona dokładna w sprawach historii i geografii. Żadne odkrycie archeologiczne nie zaprzecza ujęciu biblijnemu, aż do patriarchów i wcześniej.

Przeciwnie, archeologia wykazała, że materiał biblijny jest nadzwyczaj prawdziwy w odniesieniu do okresu, w którym został napisany, dokładny w swoim opisie geografii, zwyczajów prawnych, relacji politycznych, praktyk kulturalnych itd. [4] Oczywiście nie każdy szczegół można archeologicznie potwierdzić, ale wiarygodność Biblii w dziedzinach, w których ją przetestowano, daje podstawy, by wierzyć, że jest wiarygodna ogólnie. Oczekiwanie, iż okaże się ona prawdziwa we wszystkich dziedzinach, nawet w tych, które nie zostały jeszcze przebadane, nie jest ślepą wiarą, ale rozsądnym wnioskiem wyprowadzonym z posiadanego świadectwa empirycznego.

Przeciwne wnioskowanie jest również poprawne - gdy przyjmujemy, że Biblia jest historycznie niedokładna, to nie mamy żadnego powodu, by przyjmować jej prawdziwość w innych dziedzinach. Błąd w jednej części Biblii stwarza możliwość istnienia błędów w innych jej częściach. Tak właśnie rozumujemy na co dzień. W sądzie na przykład jakakolwiek rozbieżność wystarczy, by rzucić wątpliwość na wiarygodność świadka, unieważniając tym samym jego zeznania. Obrońca, stawiając krzyżowe pytania, stara się za wszelką cenę doprowadzić do sprzecznych zeznań świadka. Gdy mu się uda, nawet jeśli rozbieżność występuje na terenie bezpośrednio nieistotnym dla sprawy, to wykazał, że świadek kłamie lub nie ma dobrego rozeznania i tym samym podważył jego wiarygodność.

W ten sam sposób przez stulecia wrogo nastawieni krytycy poszukiwali sprzeczności w Biblii na temat historii i nauki po to, aby podważyć wiarygodność tego, co Pismo Święte mówi na temat teologii i etyki. Obecnie niektórzy chrześcijanie ewangeliczni podjęli ten sztandar, nie uświadamiając sobie konsekwencji tego kroku. Wypadałoby, aby ci, którzy twierdzą, iż wierzą w religijne przesłanie Biblii, najpierw przemyśleli wszystkie konsekwencje swoich twierdzeń, zanim odrzucą prawdziwość "drobnych" historycznych szczegółów Pisma Świętego. Klasyczne stanowisko Kościoła głosi, że Pismo Święte jest Słowem Bożym i dlatego jest prawdziwe w każdej dziedzinie. [5] Głównym poparciem dla tego stanowiska jest właśnie nauczanie samego Pisma Świętego. Jeśli mamy być biblijni, to musimy określić, co Biblia mówi nie tylko na temat innych rzeczy, ale także na temat samej siebie. Stary Testament przepełniony jest zwrotami w rodzaju: "Pan mówi do ciebie, Izraelu", Słuchajcie Słowa Pana", "Słowo Pana przyszło do Jeremiasza", "Tak mówi Pan". A Nowy Testament zarejestrował postawę samego Jezusa wobec Pisma Świętego. Przyjmował on historyczność Adama i Ewy (Mat. 19:4-5), Jonasza i wielkiej ryby (Mat. 12:40), potopu za dni Noego (Mat. 24:38-39), cudu manny na pustyni (Jan. 6:49) oraz trzech i pół roku głodu za dni Eliasza (Łuk. 4:25). Ani Chrystus, ani apostołowie nie wysunęli ani jednej sugestii, że Pismo Święte jest historycznie lub naukowo niedokładne.

Kategoria nr 3: Pismo Święte o Piśmie Świętym
Pismo Święte twierdzi o sobie, że jest objawieniem, a to wymaga, by było prawdziwe we wszystkim, czego naucza. Jeśli bowiem zawiera błąd, to należy je traktować jak każdą inną książkę. Bez wątpienia każda książka zawiera jakąś prawdę; gdy ją czytamy, przesiewamy i wybieramy to, co uważamy za prawdę w świetle naszego własnego rozumu i doświadczenia. Ale w tym przypadku nasz własny rozum i nasze doświadczenie stają się ostateczną instancją odwoławczą.

Jeśli my sami mamy osądzać, co jest prawdą, a co fałszem w Biblii, to nie możemy dalej uznawać jej własnego twierdzenia, że jest objawieniem. Objawienie bowiem znaczy, że źródło prawdy leży poza ludzkim rozumem i doświadczeniem: że Sam Bóg dał nam ponadczasową, uniwersalną Prawdę, której nie moglibyśmy osiągnąć wskutek naszych ograniczeń. Objawienie należy traktować jako całość - albo jest całe prawdziwe, albo nie jest w ogóle objawieniem, lecz tylko jeszcze jednym zbiorem myśli, które należy oceniać i krytykować jak każde inne. Jeśli jednak to ja czy ktoś inny decyduje, czy zaakceptować jakąś część Pisma Świętego, to ostatecznie my sami jesteśmy źródłem prawdy, a nie Bóg. A wówczas możemy równie dobrze przestać mówić o Bożym Objawieniu i przyjąć, że wszyscy mamy nasze własne indywidualne i dla nas sensowne "prawdy", ale nikt nie ma dostępu do uniwersalnej Prawdy, jaką tylko Bóg może dać.

Kreacjoniści przyjmują, że biblijne objawienie od Boga jest prawdziwe we wszystkich dziedzinach. Jednak jest to tylko pierwszy krok. Nadal stoimy przed zadaniem, jak je zinterpretować. Ci, którzy akceptują Pismo Święte jako objawienie Boże, mogą mimo to nie zgadzać się, jak rozumieć pewne fragmenty. Ponieważ interesujemy się tu przede wszystkim pierwszymi rozdziałami Księgi Rodzaju, przyjrzyjmy się niektórym sposobom interpretowania tej konkretnej księgi przez ewangelicznych chrześcijan.
Cdn.

Nancy Percey

Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autora )

Przypisy:

  1. E.H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, San Diego 1980.
  2. Gleason Archer, Alleged Errors and Discrepancies in the Original Manuscripts of the Bible, w: Norman L. Geisler (ed.), Inerrancy, Zondervan, Grand Rapids 1979.
  3. R.K. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (gen. ed.), The Expositor's Bible Commentary, vol. 1, Zondervan, Grand Rapids 1979.
  4. Walter C. Kaiser, Jr., Legitimate Hermeneutics, w: Geisler (ed.), Inerrancy...
  5. Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976.

PODOBIEŃSTWA ORGANIZMÓW ŻYWYCH – rezultat wspólnoty pochodzenia czy stworzenia?

Systematyka zwierząt, zwana jest inaczej taksonomią zwierząt lub zootaksonomią. Dziedzina ta stała się obecnie działem biologii ewolucyjnej, gdyż ewolucjoniści uznali, że podobieństwa międzygatunkowe świadczą o wspólnocie pochodzenia.

Podstawowym celem taksonomii zwierząt jest opisanie i nazwanie wszystkich żyjących i wymarłych gatunków zwierząt. Zadanie to zostało po raz pierwszy postawione w okresie stworzenia przez Boga pierwszego człowieka, Adama. Jak bowiem sprawozdaje Biblia, Bóg po stworzeniu zwierząt przyprowadził je do Adama i polecił mu je wszystkie nazwać,1 nie dając jednocześnie żadnych wskazówek, jak ma zrealizować to polecenie.2 Ponieważ jednak Adam poradził sobie z tym zadaniem doskonale, nasuwa się wniosek, że widocznie zdolność do nazywania i klasyfikowania należy do natury człowieka.

Dlaczego Bóg zlecił Adamowi nazywanie zwierząt? Przecież mógł zrobić to sam, podobnie jak w przypadku gwiazd.3 Można podać przynajmniej trzy tego powody. Po pierwsze, nazywanie zwierząt było czasowo bliskie stworzeniu Ewy, towarzyszki życia Adama. Bóg, zlecając Adamowi nazywanie zwierząt tworzących pary, chciał uświadomić mu jego samotność.4 Po drugie, Bóg poddał panowaniu pierwszego człowieka wszystkie zwierzęta i nazywanie ich było tego wyrazem.5 Po trzecie, poznawanie i nazywanie zwierząt pozwalało Adamowi zgłębiać naturę Boga.6 Bóg bowiem między innymi w stworzonych przez siebie zwierzętach objawił człowiekowi siebie jako stwórcę.7

Zoologia systematyczna, oprócz opisywania i nazywania poszczególnych gatunków zwierząt, stawia sobie dodatkowy cel - uporządkowanie tych gatunków, tworząc układ, czyli klasyfikację, która grupuje gatunki w większe jednostki. Biorąc pod uwagę podobieństwa między organizmami, np. morfologiczne, anatomiczne, behawioralne czy biochemiczne, systematyka porządkuje organizmy w grupy taksonomiczne, zwane taksonami. Taksony te są różnej rangi i uporządkowane w sposób hierarchiczny od taksonu o najniższej randze, czyli gatunku, poprzez wyższe taksony takie jak rodzaj, rodzina, rząd, klasa, typ, aż do najwyższego rangą , czyli królestwa. Klasyfikacja proponowana przez współczesnych taksonomów jest nie tylko hierarchiczna, ale i rozłączna. Gatunek nie może bowiem należeć równocześnie np. do dwóch rodzin. Ten typ klasyfikacji porządkuje organizmy w ciągi grup wewnątrz grup i nazZwa się go zagnieżdżoną hierarchią.

Od czasów Darwina większość biologów ewolucyjnych uznała, że tworzona przez systematyków hierarchiczna klasyfikacja zwierząt odzwierciedla nie tylko ich podobieństwo, ale także pokrewieństwo. Inaczej mówiąc, pod wpływem teorii ewolucji uznano, że podobieństwa, na których oparto klasyfikację zwierząt, wynikają ze wspólnego ich pochodzenia, czyli są odbiciem genealogicznych powiązań między nimi. Z kolei takie podejście do systemu klasyfikacyjnego zwierząt zmusiło taksonomów do przyjęcia dodatkowego założenia, a mianowicie, iż całemu światu zwierząt można przyporządkować tylko jeden taki model.

Omawiany wyżej schemat klasyfikacyjny zwierząt biologowie ewolucyjni przedstawiają także w formie drzewa genealogicznego. Zgodnie z teorią ewolucji, wszystkie żyjące współcześnie zwierzęta są wynikiem rozgałęziania się drzewa życia, tzn. powstawania jego nowych gałęzi. Innymi słowy, powstawanie nowych gałęzi na tym modelu obrazuje wyodrębnianie się nowych gatunków. Tak więc pierwotny gatunek przekształcił się w dwa potomne gatunki, tym samym tworząc nowe gałęzie na ewolucyjnym drzewie. Z kolei nowa gałąź mogła być źródłem innych gałęzi. Zakłada się, że każda nowa cecha, która powstała w danej gałęzi, przeszła na wszystkie jej odgałęzienia. I tak dla przykładu, jeśli cecha czworonożności powstała u pewnej grupy gadów, to - zgodnie ze wspomnianym założeniem - cechę tę powinni posiadać wszyscy ich potomkowie.8

Model zagnieżdżonej hierarchii jest akceptowany również przez niektórych biologów kreacjonistycznych, mimo iż odrzucają oni założenie o pochodzeniu wszystkich żywych organizmów od wspólnego przodka.9 Co więcej, pokazują oni, że opierając się na zasadzie podobieństwa, model ten można zastosować nie tylko do klasyfikacji istot żywych stworzonych przez Boga, ale nawet do grupowania przedmiotów wytworzonych przez człowieka, nie mających oczywiście także wspólnego przodka.10 Weźmy pod uwagę przedmioty zaliczane do wyposażenia domu. Człowiek zaprojektował i wyprodukował wiele typów łyżeczek. I chociaż są one wykonywane z różnych materiałów (np. ze stali, aluminium czy srebra), chociaż mają różne kształty i wygrawerowane rozmaite ornamenty, to wszystkie one klasyfikowane są jako łyżeczki. Analogiczna sytuacja jest w przypadku łyżek, noży i widelców, które łącznie możemy zaliczyć do szerszej grupy, a mianowicie do sztućców, a te z kolei z grupą naczyń (talerze, kieliszki, filiżanki) można połączyć w zastawę stołową. Ta ostatnia grupa wraz z meblami i urządzeniami typu lodówka, pralka itp. składają się na wyposażenie domu. Przytoczona klasyfikacja przedmiotów uwzględniała ich funkcje. Jednakże analogiczne klasyfikacje wspomnianych przedmiotów można również zrobić ze względu na materiał, z którego zostały wykonane, rozmiar, ciężar, kolor czy kraj produkcji. Tak więc jednej grupie przedmiotów wytworzonych przez człowieka odpowiada cała seria zagnieżdżonych hierarchii.11

Kiedy ostatnio biologowie zaczęli używać programów komputerowych do tworzenia drzew ewolucyjnych, okazało się, że dla jednej grupy organizmów można także tworzyć wiele alternatywnych zagnieżdżonych hierarchii i konieczne są różne założenia, aby zdecydować, która z nich jest prawdziwa. Dlatego też kreacjonistyczni biologowie wyciągają wniosek, że istoty żywe, analogicznie jak przedmioty wytworzone przez człowieka, mogą być klasyfikowane w serię zagnieżdżonych hierarchii.12 Kreacjoniści dodatkowo twierdzą, że niezależnie od tego, którą z tych hierarchii uzna się za prawdziwą, organizmy ją tworzące posiadają oprócz podobieństw traktowanych przez ewolucjonistów jako argument na rzecz ich wspólnego pochodzenia również takie podobieństwa, które temu przeczą. Tym samym podważają one schemat klasyfikacyjny rozumiany jako jedyna w swoim rodzaju, unikatowa zagnieżdżona hierarchia. Tego typu podobieństwa obserwuje się między innymi u nietoperzy owocożernych (Megachiroptera) i owadożernych (Microchiroptera). Chociaż obie te grupy zwierząt posiadają skrzydła o tej samej budowie, to jednak u nietoperzy owocożernych występuje skomplikowany wzór połączeń nerwowych w mózgu, charakterystyczny dla zwierząt naczelnych (np. małp człekokształtnych), którego nie ma u nietoperzy owadożernych.13 Jeśli prawdziwe jest założenie, uznawane przez większość biologów, że obie grupy nietoperzy pochodzą od wspólnego przodka, to w takim razie wspomniany wyżej wzór połączeń nerwowych musiał rozwinąć się niezależnie od mózgu naczelnych. Aby wyjaśnić pochodzenie skomplikowanych połączeń nerwowych u meganietoperzy, pewna grupa biologów uważa, iż te zwierzęta należą do fruwających naczelnych. Jednak takie stanowisko zmusza do przyjęcia tezy, że u Megachiroptera i Microchiroptera skrzydła rozwinęły się niezależnie.

W związku z powyższym pojawiła się wśród kreacjonistycznych biologów hipoteza przedstawiająca schemat klasyfikacyjny organizmów w postaci skomplikowanej sieci, w której indywidualne cechy organizmów mogą być rozłożone w podobny sposób jak płytki w kolorowej mozaice. Zdaniem tych autorów proponowany przez nich model potwierdza dodatkowo istnienie gatunków zwierząt o cechach mozaikowych, czyli takich które łączą cechy charakterystyczne dla rożnych grup zwierząt.14 Zalicza się do nich np. wymarły gatunek zwany Archaeopteryx oraz żyjącego obecnie dziobaka. Pierwszy z nich łączył cechy charakterystyczne gadów - zęby, pazury, niezrośnięty kręgosłup i długi kostny ogon - oraz cechy ptaków - skrzydła, pióra oraz widełki obojczykowe. Natomiast dziobak mimo szeregu anatomicznych i fizjologicznych cech gadzich, podobnie jak ssaki, pokryty jest włosem, a młode ich odżywiają się początkowo mlekiem matki. Jak wiadomo, ewolucjoniści uznają oba te zwierzęta odpowiednio za ewolucyjne formy przejściowe między gadami i ptakami oraz gadami i ssakami. Ponieważ jednak struktury i funkcje mozaikowe są w tych zwierzętach w pełni rozwinięte i wysoko skomplikowane, kreacjoniści traktują je jako potwierdzenie mozaikowego modelu życia.15

Również badania z zakresu genetyki świadczą o tym, że proponowany przez ewolucjonistów model klasyfikacyjny w formie zagnieżdżonej hierarchii nie odpowiada rzeczywistości. Chodzi tu o odkrycie podobnych genów w organizmach ewolucyjnie od siebie odległych. Przykładem są archebakterie Archaea i bakterie właściwe. Ewolucjoniści starają się w jakiś sposób wytłumaczyć ten fakt. Jedni z nich sugerują, że między organizmami umiejscowionymi na różnych gałęziach drzewa filogenetycznego dochodziło na pierwszych stadiach ewolucji do wymiany genów, zwanej poziomym transferem genów. Inni biologowie dla wyjaśnienia tego zjawiska proponują model klasyfikacyjny nie w formie drzewa, lecz pierścienia.16 Kreacjoniści uważają natomiast, że organizmy te zostały już stworzone z tą wspólnotą genów.

Istnieją trzy możliwe nieewolucyjne przyczyny występowania podobieństw między różnymi grupami organizmów. Pierwsza z nich mogłaby mieć na celu zwrócenie uwagi człowieka na to, że Bóg jest jedynym wspólnym stwórcą wszystkich organizmów. Gdyby różne grupy organizmów posiadały ze sobą mało wspólnego, człowiek mógłby mylnie wyciągnąć wniosek, że miały one różnych stwórców.

Po drugie, podobieństwa struktur w organizmach wynikają z podobieństwa funkcji, jaką pełnią. Przykładowo, podobne białka wykonują podobną pracę u ludzi i drożdży. Istnieją także zgodności strukturalne białek uczestniczących np. w oddychaniu, czyli białek surowicy krwi, hemoglobiny i układu cytochromowego. Takie podobieństwa między organizmami warunkują ich współdziałanie między sobą i środowiskiem.

Po trzecie, podobieństwa mogą wynikać ze stworzenia przez Boga pewnych struktur w układach żywych według wspólnego projektu. Ilustracją tego jest działalność człowieka, który bardzo często używa tych samych elementów konstrukcyjnych w różnych obiektach. I tak podobne silniki instalowane są w takich urządzeniach, jak np. pralki, suszarki, zmywarki i odkurzacze. Podobne zjawisko występuje w przypadku organizmów. Przykładem tego jest układ kości ręki człowieka, na który składa się jedna kość w części ramieniowej, dwie w przedramieniu, grupa kości w nadgarstku oraz kości palców. Podobna zasadnicza struktura kości obserwowana jest również u płazów, gadów, ptaków i innych ssaków. Przy czym w zależności od tego, czy służy ona do chwytania, chodzenia, grzebania, pływania lub latania, ma miejsce modyfikacja tego modelu . Badania pokazują, że gdyby zmienić zasadniczo jego strukturę, nie spełniałby on swojego zadania.17

Podsumowując, należy powiedzieć, że rozwój badań taksonomicznych i związane z nimi analizy podobieństw i różnic między różnymi gatunkami dostarczają coraz więcej danych przemawiających na rzecz modelu kreacjonistycznego.

* Na podstawie artykułu Paula GARNERA, "Similarities and relationships", The Journal of the Biblical Society. Origins 2006, vol. 43, s. 19-21.

Joanna Michalska

Przypisy:

  1. Por. Rodz. 2:19
  2. Por. T.C., WOOD, M.J., MURRAY, Understanding the Pattern of Life: Origins and Organization of the Species, Broadman and Holman, Nashville, Tennessee 2003, s. 5-10.
  3. Por. Ps. 147:4 ; Izaj. 40:26
  4. Por. Rodz. 1:18-20
  5. Por. Rodz. 1:28
  6. Por. Rzym. 1:20
  7. Por. WOOD, MURRAY, Understanding the Pattern..., s. 8.
  8. Por. D.J. FUTUYMA, Science on Trial: The Case for Evolution, Sinauer Associates, Sunderland, Massachusetts 1995, s. 53.
  9. Por. K.P. WISE, "The origin of life's major groups", W: J.P. MORELAND (ed.), The Creation Hypothesis: Scientific Evidence for an Intelligent Designer, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois 1994, s. 211-234.
  10. Por. WISE, "The origin of life'...", s. 220.
  11. Por. A.M. SHAPIRO, "Book review", Creation/Evolution 1994, vol. 35 s. 34-37.
  12. Por. K.P. WISE, "Is life singularly nested or not?", w: R.E. WALSH (ed.), Proceedings of the Fourth International Conference on Creationism, Creation Science Fellowship, Pittsburgh, Pensylvania 1998, s. 619-631.
  13. Por. J.D. PETTIGREW, "Flying primates? Megabats have the advanced pathway from eye to midbrain", Science 1986, vol. 231, s. 1304-1306.
  14. Por. M. ZU, X. YU, P. JANVIER, " A primitive fossil fish sheds light on the origin of bony fishes", Nature 1999, vol. 397, s. 607-610. ; K.P. WISE, "Towards a creationist understanding of transitional forms", Creation Ex Nihilo Technical Journal 1995, vol. 9, no 2, s. 216-222.
  15. Por. WISE, "The origin of life's...", s. 227.
  16. Por. M.C. RIVERA, J.A. LAKE, "The ring of life provides evidence for a genome fusion origin of eukaryotes", Nature 2004, vol. 431, s. 152-155.
  17. Por. C. BROWN, "The pentadactyl plan", Creation Research Society Quarterly 1983, vol. 20, no 1, s. 3-7.

Choroba Darwina

Charles Robert Darwin, według dziewiętnastowiecznego polskiego i słusznie dziś zarzuconego zwyczaju tłumaczenia imion 1 - Karol Darwin, urodził się 12 lutego 1809 roku w Downe, dwadzieścia kilometrów na południowy wschód od Londynu. Gdy miał osiem lat, zmarła mu matka i życia uczyły go siostry. W Autobiografii napisanej, gdy miał 67 lat, wspomniał, że w ogóle matki nie pamięta. Za młodu lubił strzelanie do ptaków. Później interesował się owadami, motylami itp. Około osiemnastego roku życia zaczął zbierać muszle jaja, pieczątki, monety itd. Uważał później, że pasja kolekcjonowania "miała wyraźnie wrodzony charakter". Trzy lata później przyglądał się, jak jego starszy brat dokonuje eksperymentów chemicznych i bardzo go to interesowało. Zbierając minerały, interesował się przede wszystkim ich nazwami, nie usiłując ich klasyfikować.

W wieku szesnastu lat uważano go za zwykłego chłopca, stojącego intelektualnie raczej poniżej średniej - jak skromnie zapisał w Autobiografii. Nie odnosił sukcesów w dziedzinach wymagających racjonalnego myślenia, jak metafizyka czy matematyka. Przejawiał niewielką inicjatywę, by rozumieć ogólne zasady. 2 Temat ewolucji w rodzinie Darwinów był znany długo przedtem, zanim Karol przyszedł na świat. Dziadek Karola, Erazm Darwin, w latach 1794-1796 wydał książkę Zoonomia. Odrzucił w niej mechanistyczną interpretację człowieka, popularyzowaną w tamtych czasach przez takich myślicieli jak hrabia de Buffon (1707-1788) czy Julian Offray de la Mettrie (1709-1751). Zwłaszcza tytuł książki napisanej przez tego ostatniego - Człowiek maszyna - wiele mówił o pojmowaniu istoty człowieka przez materialistów oświeceniowych.

Babcia Karola, czyli żona Erazma, zmarła na nieznaną chorobę i strach przed nią dręczył ich potomków. Sam Erazm korespondował ze swoim synem, Robertem, ojcem Karola, na temat prawdopodobieństwa dziedziczenia chorób. Robert pojął za żonę Zuzannę ze znanej rodziny Wedgwoodów. Członkowie tej rodziny byli raczej sceptycznie usposobieni do religii. Jednym z nielicznych wyjątków była Emma Wedgwood, która została żoną Karola. Matka Karola miała brata i Emma była jego córką. Dla Karola była więc bliską krewną, siostrą cioteczną. Niewykluczone, że to właśnie było przyczyną śmierci kilkorga dzieci Karola i Emmy, a pośrednio wpłynęło w istotny sposób na pojawienie się darwinowskiej teorii ewolucji. 3 Wcześniej Karol był zakochany w Fanny Owen, ale poślubiła ona Roberta Biddulpha, gdy Karol uczestniczył w znanej wyprawie na statku "Beagle".

Ojciec Karola, Robert, był mężczyzną olbrzymiej postury. Przy wzroście blisko 190 cm ważył 175 kg. Sam Karol opisał go jako najpotężniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widział. Jak twierdziła Emma, żona Karola, jego ojciec nie rozumiał syna i nie lubił go. Utrzymywał w rodzinie surową dyscyplinę, a Karol uważał go za światłego człowieka. Właśnie to połączenie - osobowej wspaniałości i surowego charakteru - miało doprowadzić Karola, zdaniem niektórych komentatorów, w tym lekarzy, do choroby psychosomatycznej. Według jednego z tych lekarzy, Douglasa Hubble'a,

choroba Karola Darwina wyrosła z tłumienia i nierozpoznawania bolesnych emocji. Takim emocjom zawsze towarzyszy strach, gwałt lub nienawiść [...]. U Karola Darwina emocje te pochodziły z jego związku z ojcem.

Diagnoza ta ukazała się najpierw w brytyjskim czasopiśmie medycznym, Lancet, a w Autobiografii Darwina umieściła ją jego wnuczka, Nora Barlow, która zdecydowała się wydać nieokrojony tekst. 4 Do podobnego wniosku, jak Hubble, doszli trzej inni lekarze, wymienieni w tej książce: Walter Alvarez, Rankine Good i E.J. Kempf. Do zdrowotnych problemów Darwina należały zawroty głowy, zmęczenie psychiczne, bóle mięśni, bóle żołądka i nieprawidłowości skórne. 5

Dr Ralph Colp, psychiatra, zauważył, 6 że chociaż Karol Darwin cierpiał na palpitacje serca, zanim w grudniu 1831 roku wyruszył z Plymouth na wyprawę statkiem "Beagle", w trakcie samej wyprawy i po powrocie do Anglii w październiku 1836 roku, to jednak stan ten jeszcze się pogorszył w 1836 roku, kiedy rozpoczął spisywać w tajemnicy swoje ewolucjonistyczne poglądy. W następnym roku, między 1837 i 1838, palpitacje i rozstrój żołądka - choroby mające psychologiczne źródło - zaczęły się powtarzać z trudną do wytrzymania regularnością. Zdaniem Colpa prawdopodobnie główną przyczyną intensywnego charakteru choroby była ta tajna praca na temat ewolucji. Uważa on też, że początki tej choroby mogły być wywołane przez stres psychiczny związany z rozważaniami na ten sam temat. Choć Darwin wówczas jeszcze mógł wierzyć w odległego od spraw świata Boga, to musiał zdawać sobie sprawę, że konsekwencje światopoglądowe idei ewolucjonistycznych nie mogły przypaść do gustu nie tylko znanym mu uczonym, będącym także duchownymi (np. Sedgwickowi, Foxowi i Henslowowi), ale nawet jego własnej żonie.

Colp uważa więc, że Darwin cierpiał na chorobę psychiczną i to ona miała spowodować, że stał się kaleką, samotnikiem w wieku trzydziestu lat. Darwin mianowicie miał uświadamiać sobie, jak wielkie zamieszanie i spustoszenie wywoła jego teoria w świecie intelektualnym. 7 Co ciekawe, choroba miała się zacząć od myśli na temat teorii ewolucji, a stan zdrowia polepszył się, gdy już teoria ewolucji została zaakceptowana i Darwin przestał nad nią pracować. 8

Analogicznego spostrzeżenia dokonał Irving Stone, że nie tylko Darwin, ale także Joseph Hooker i Thomas Huxley byli hipochondrykami. Wszyscy oni uważali, że ich praca jest najważniejszą sprawą w ich życiu. Wskutek nadmiernej pracy podatni byli na realne i wyimaginowane choroby, a lekarstwem mogło być oderwanie się od pracy, np. w postaci wycieczki, albo zmiana tempa życia. 9

W liście do New York Timesa z 4 sierpnia 1991 roku dr Colp podał dalsze szczegóły na temat zdrowia Darwina. Po śmierci matki w 1817 roku, gdy miał zaledwie osiem lat, jego siostry nauczyły go, by nie wyrażał słowami uczuć żalu i zmartwienia. To wtedy zaczął je wyrażać objawami fizycznymi: bólami żołądka i zmianami skórnymi, kołataniem serca, zawrotami i bólem głowy. W dorosłym życiu przecierpiał trzy okresy szczególnego wzrostu choroby: w latach 1840-1841, 1848-1849 i 1863-1865. Był wówczas niemal niezdolny do pracy i bał się, że umrze. Zdaniem Colpa przyczyn należy szukać w połączeniu stresów psychologicznych: zamartwianie się narodzinami, opieką i zdrowiem jego dziesięciorga dzieci, trudności w udowodnieniu teorii ewolucji, obawa przed krytyką za antyreligijne implikacje tej teorii, a także żal po utracie ojca.

Ślady choroby Darwina można zauważyć i dzisiaj, zwiedzając jego dom. W rogu pokoju, w którym uczony pisał swoje dzieła, za zasłoną znajdował się porcelanowy pojemnik na wymioty. Darwin często podczas pisania zmuszony był do szybkiego przerywania pracy i zwracania całej zawartości żołądka. Zdaniem Johna Darntona, który zwiedził dom twórcy ewolucjonizmu, 10 Darwin w ten sposób płacił osobistą cenę za to, że wyciągał logiczne wnioski, postępując wedle wskazań naukowych, niezależnie od tego, gdzie one go prowadziły. A prowadziły go one - według Darntona - do tego, że stał się narzędziem pozwalającym obalić pusty dogmat religii Zachodu.

Ten ostatni pogląd domaga się korekty. To nie było tak, że Darwin zaczął rygorystycznie stosować się do obiektywnej metody naukowej, w rezultacie czego "pusty dogmat religii Zachodu" stanął pod znakiem zapytania. Darwin - owszem - stosował się do metody naukowej, ale do tej, którą sam stworzył. To Darwin dopiero zaczął konsekwentnie stosować się do - jak ją nazywają filozofowie - zasady naturalizmu metodologicznego, czyli zakazu odwoływania się w wyjaśnieniach naukowych do przyczyn nadnaturalnych, do czegoś więcej jak tylko zjawisk i praw przyrody. Obalanie religii było więc nie skutkiem stosowania metody naukowej, ale jej założeniem. Darwin na samym początku przyjął postawę wykluczania Boga z jakichkolwiek wyjaśnień tego, co obserwujemy w świecie. Jeśli Bóg istnieje i działa lub działał w świecie, takie założenie musi prowadzić do istotnego zniekształcenia prawdy. Niestety, to arbitralne założenie rozpowszechniło się i dziś jest traktowane jako element definiujący naukę.

John Darnton nie za dobrze uświadamia sobie różnicę między założeniem i konsekwencją. Nie ma wątpliwości - pisze autor cytowanego artykułu - że Darwin zdawał sobie sprawę z olbrzymich światopoglądowych implikacji swego dzieła. W O powstawaniu gatunków nie atakował bezpośrednio idei Boga, ale jego teoria ewolucji drogą doboru naturalnego nie pozostawiała żadnego miejsca dla biblijnego stwórcy.

Z upływem lat ateistyczne przekonania Darwina stawały się coraz mocniejsze. Odwiedzającym go gościom ten znany już i szanowany na całym świecie myśliciel przedstawiał się chętnie jako niewierzący, a przynajmniej jako agnostyk. W autobiografii napisanej, gdy miał 73 lata, porównał dążenia religijne do zwykłego zachowania instynktownego, podobnego do obawy małpy przed wężami.

Janet Browne, autorka biografii Darwina, 11 przedstawiła go jako stalowy intelekt, akceptujący z odwagą myśl o wszechświecie bez Boga. Nie bał się spoglądać głęboko w pustą przestrzeń. Jeśli bowiem zwierzęta i rośliny są wynikiem nieosobowych, niezmiennych sił, to świat przyrody nie ma żadnego celu i moralności. My wszyscy, psy i rzepy przyczepiające się do ich ogonów, gołębie i chwasty, jesteśmy tym samym w oczach przyrody, równie ważni i równie zbędni.

Ponieważ całkiem często duchowni różnych wyznań, zwłaszcza katoliccy, wmawiają niezorientowanym, że między darwinizmem i religią nie ma konfliktu, przyjrzyjmy się paru cytatom z jednej tylko publikacji zmarłego parę lat temu czołowego biologa ewolucyjnego, Ernsta Mayra. Cytaty pochodzą z artykułu "Wpływ Darwina na myśl współczesną", Świat Nauki, wrzesień 2000, Nr 9 (109), s. 59-63:

"Przełomowe znaczenie zasady doboru naturalnego polega na tym, że pozwala ona zrezygnować z odwoływania się do 'przyczyn celowych' - czyli jakichś teleologicznych sił prowadzących do określonego z góry celu" (s. 60);
"[?] w połowie XIX wieku praktycznie wszyscy wielcy uczeni byli chrześcijanami. Uznawali, że świat został stworzony przez Boga, który - jak twierdzili teologowie przyrody - ustanowił mądre prawa, dzięki którym wszystkie organizmy są doskonale dostosowane do środowiska" (s. 61);
"Darwinizm odrzuca wszelkie zjawiska nadprzyrodzone. Teoria ewolucji drogą doboru naturalnego tłumaczy przystosowania i zróżnicowanie świata w sposób czysto materialny. Nie wymaga to Boga jako stwórcy ani projektanta [?]" (s. 61);
"Każdy aspekt 'cudownego projektu' [?] można wytłumaczyć doborem naturalnym" (s. 61);
"Eliminacja Boga z nauki utorowała drogę czysto racjonalnym wyjaśnieniom wszelkich zjawisk przyrodniczych" (s. 61);
"Dobór naturalny w odniesieniu do grup społecznych wystarcza, by wyjaśnić powstanie i utrzymywanie się altruistycznych systemów etycznych [?]" (s. 63).

Deistyfikacja
Jezuita George Coyne, dyrektor Obserwatorium Watykańskiego, znany jest z gwałtownej obrony darwinizmu i wypowiadania teologicznie ryzykownych twierdzeń. Niedawno na pytanie "czy potrzebujemy Boga do wyjaśnienia pochodzenia życia?" odparł:

"Odpowiadam krótko i węzłowato - nie". 12 Coyne należy do tych myślicieli, którzy uważają, że między nauką i religią nie może istnieć konflikt, gdyż obie te dziedziny dotyczą rozłącznych sfer. Nauka mówi o związkach przyczynowo-skutkowych zachodzących w materialnym świecie, religia zaś - o świecie nadprzyrodzonym, o sensie i celu życia, ewentualnie o aktywności Boga w sferze pozaempirycznej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to niektórzy filozofowie mówią o podtrzymywaniu przez Boga istnienia świata.

Poglądy takie są niezwykle bliskie deizmowi. Deizm to pogląd przypisujący Bogu aktywność jedynie "na początku". Bóg według deistów miał się potem, po stworzeniu świata, ostatecznie wycofać z ingerowania w bieg wydarzeń. Ponieważ deizm jest uznawany przez główne wyznania chrześcijańskie za herezję, Coyne i jemu podobni nie przyznają się do niego. Mówią, dla zatarcia niedobrego wrażenia, o stałym działaniu Boga, tyle że w dziedzinie nieempirycznej, np. o stałym podtrzymywaniu istnienia świata. Głoszą więc w praktyce deizm przy jednoczesnej mistyfikacji, że go nie głoszą. Proponuję połączyć oba te słowa - "deizm" i "mistyfikacja" - i utworzyć nowe: "deistyfikacja" oraz "deistyfikatorzy", aby adekwatnie odnosić się do tego, z czym mamy do czynienia.

Pismo Święte, jak wiemy, obfituje w opisy ingerencji Boga w bieg zdarzeń. Niektóre z nich deistyfikatorzy pozbawiają dosłownego sensu. Tak traktują opis stworzenia świata w ciągu 6 dni i wszystko to, co jest opisane w pierwszych 11 rozdziałach Księgi Rodzaju. Nie wiem jak Coyne, ale niektórzy o zbliżonych do niego poglądach podobnie zaczynają już traktować nowotestamentowe opisy działalności Jezusa. Przemienił wodę w wino w Kanie Galilejskiej? Chodził po wodzie? Rozmnożył żywność dla potrzebujących tłumów? Wskrzesił umarłego? I - w końcu - zmartwychwstał?

Jeśli jacyś deistyfikatorzy nie mają jeszcze odwagi, by zakwestionować dosłowność wszystkich tych opisów, zwłaszcza ostatniego, to są niekonsekwentni. Jeśli bowiem Bóg mógł działać w I wieku naszej ery, to dlaczego tak zdecydowanie mamy zaprzeczać Jego aktywności w innych okresach historycznych? Dlatego, że takie jest założenie współczesnej nauki? Jeśli przyjrzymy się historii nauki, to dostrzec możemy wiele jej założeń, które później upadły. Dwutysiącletnia tradycja chrześcijaństwa mówi, że za niektóre wydarzenia odpowiada bezpośrednio sam Bóg (należy tu m.in. stworzenie świata, życia, jego różnych form i w końcu człowieka), a za inne - stworzona przyroda razem z obowiązującymi w niej prawami. Od 150 lat w nauce obowiązuje tradycja inna - że Bóg nie odpowiada bezpośrednio, jako tzw. przyczyna pierwszorzędna, za żadne empirycznie wykrywalne wydarzenie. Za wszystkie bezpośrednio odpowiada przyroda i jej prawa. Mamy więc do czynienia ze zderzeniem dwóch tradycji.

Jeśli deistyfikatorzy opowiadają się za tą drugą, to trzeba mieć świadomość tego, co robią. Odrzucają mianowicie tradycyjnie rozumiane chrześcijaństwo.

Przypisy:

  1. Polskim koszmarnym zwyczajem XIX wieku było nie tylko spolszczanie imion, ale i nazwisk: Waszyngton, Marks, Szekspir, Szopen itd. Ciekawe, że ci dzisiejsi tradycjonaliści, którzy krzyczą, że należy spolszczać imiona współcześnie żyjących osób, nie robią tego także i w odniesieniu do nazwisk. Mielibyśmy Busza, Blera, Szyraka, a nieco wcześniej Degola, Żyskara Destenia, Czerczila, Taczer i inne dziwolągi.
  2. Por. Geoffrey WEST, Charles Darwin: A Portrait, Yale University Press, New Haven 1938, s. 335.
  3. O roli, jaką w kształtowaniu się światopoglądu Karola Darwina odegrała śmierć jego ukochanej córeczki, Annie, por. w "Meandry 1" (Idź pod prąd maj 2005, nr 5 (10), s. 8-9).
  4. Charles DARWIN, The Autobiography of Charles Darwin, 1809-1882, Appendix and Notes by Granddaughter Nora Barlow, W.W. Norton & Company, New York 1958.
  5. Por. John BOWLBY, Charles Darwin: A New Life, W.W. Norton, New York 1991.
  6. Por. Ralph COLP, To Be an Invalid: The Illness of Charles Darwin, University of Chicago Press, Chicago 1977, s. 9-11, 14.
  7. Tamże, s. 20.
  8. Por. Richard MILNER, "Darwin's shrink: a noted Darwin historian proves the naturalist's inner life", Natural History November 2005, http://www.findarticles.com/p/articles/mi_m1134/is_9_114/ai_n15792476
  9. Por. Irving STONE, The Origin: A Biographical Novel of Charles Darwin, Doubleday&Company Inc., New York 1980, s. 614 (za: Larry AZAR, Evolution and Other Fairy Tales, AuthorHouse, Bloomington, Indiana 2005, s. 472).
  10. Por. John DARNTON, "Darwin paid for the fury he unleashed. How a believer became an iconoclast", San Francisco Chronicle September 25, 2005; http://sfgate.com/cgi-bin/article.cgi?f=/c/a/2005/09/25/INGAUERQK01.DTL&hw=darwin&sn=001&sc=1000
  11. Charles Darwin: Voyaging, Knopf 1995 oraz Charles Darwin: The Power of Place, Knopf, 2002.
  12. Wg Stephen BARR, "On the Square. Observation & Contentions", http://www.firstthings.com/ June 2, 2006 (http://creationism.org.pl/groups/ptkrmember/nauka-religia/document.2006-06-02.6585640674)

O tym, jak ewolucjonistyczni rycerze światłości walczyć muszą z kreacjonistyczną Armią...

W ostatnim numerze idź POD PRĄD p. Janusz Korwin-Mikke przedstawił nieco swoich refleksji po śmierci Stanisława Lema, dołączając tego ostatniego do sporego już szeregu pretendentów do tytułu "obalacza socjalizmu" (jest tam m.in. JPII, Gorbaczow, Wałęsa, zbiorowo Solidarność; osobiście najbardziej cenię wkład Reagana). Dzisiaj chciałbym napisać o innym autorze Science-Fiction, Isaacu Asimovie, i nie o jego dziełach literackich, ale popularno-naukowych. A i to węziej, bo dotyczących tylko kreacjonizmu. Isaac Asimov napisał co najmniej 216 książek (s. 45),1 powieści, książek popularyzujących naukę, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Zajmował się też krytyką kreacjonizmu, wypowiadając przy tej okazji wiele odkrywczych i malowniczych twierdzeń.

Zagrożenie przez kreacjonizm
Kreacjoniści to fanatycy, którzy mogą doprowadzić do "upadku całych narodów". Kreacjonizm to "zły sen dla tych, którzy "zetknęli się z prawdziwą nauką", to "nagły powrót do życia w koszmarze", nowy marsz Armii Mroku, stanowiący "wyzwanie dla wolnej myśli i oświecenia" (s. 11).

"Armie Mroku" lub "Armie Nocy" (armies of night) to szczególnie udane wyrażenie Asimova. Armia Mroku składa się z dziesiątków milionówkreacjonistów, którzy "nigdy nawet nie słyszeli i nie myśleli o argumentach" ani za, ani przeciw teorii ewolucji, a którzy maszerują "z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową". Bo, oczywiście, jak się maszeruje, trzymając Biblię w ręku, w dodatku jeszcze wysoko nad głową, to myślenie jest niemożliwe. Armia Mroku to "potężna i przerażająca siła, głucha na argumenty" i zabezpieczona przed czystym racjonalizmem (s. 19). Zwłaszcza ta Biblia jest szczególnie groźna, bo cóż to jest Biblia? To po prostu kolekcja napisana "dwa i pół tysiąca lat temu przez prowincjonalnych pisarzy plemiennych nie posiadających najmniejszej wiedzy" z biologii, astronomii i kosmogonii. A takiej wiedzy wojownicy Armii Mroku w Biblii szukają (s. 36). Kreacjoniści, "mając do wyboru Biblię i naukę, wybiorą Biblię, odrzucając całkowicie naukę, mimo licznych dowodów i świadectw" (s. 21). Swoją definicją Biblii Asimov konkuruje z Richardem Dawkinsem, innym antykreacjonistą, według którego:

Niemal wszystkie ludy mają swoje mity o stworzeniu świata, a historia opisana w Genesis wyróżnia się tylko tym, że została przyjęta przez pewne szczególne plemię pasterzy na Bliskim Wschodzie. Jej status nie odbiega specjalnie od przekonań pewnego zachodnioafrykańskiego plemienia, które wierzy, że świat stworzony został z odchodów mrówek.2

Zdaniem niżej podpisanego definicja Biblii podana przez Dawkinsa jest lepsza od tej znajdowanej u Asimova - zwłaszcza mówienie o odchodach i Biblii jednocześnie to majstersztyk dobrego smaku i subtelnego wychowania! Przegrywając w tej jednej dziedzinie z Dawkinsem, Asimov jednak góruje w kilku innych.

Kim są wojownicy Armii Mroku i co głoszą?
Po pierwsze, wierzą oni w młodą Ziemię. Upierają się, że "wszechświat, życie i istoty ludzkie zostały powołane do istnienia w obecnym kształcie zaledwie przed paru tysiącami lat" (s. 41), że Ziemia ma co najwyżej 10 000 lat (s. 10, 25), że datowanie za pomocą pomiarów radioaktywności jest niepewne (s. 14). Uczony, który dyskutuje z kreacjonistami, winien domagać się od nich "rzeczywistych faktów wskazujących, że stworzenie wszechświata miało miejsce przed kilkoma tysiącami lat" (s. 42).

 

A CO NAPRAWDĘ MÓWIĄ KREACJONIŚCI?
Naukowy model stworzenia NIE JEST w ogóle związany z koncepcją młodej Ziemi, pomimo istniejącego bardzo szerokiego nieporozumienia na ten temat. Podstawowe świadectwa na rzecz stworzenia i przeciwko ewolucji (np. luki w zapisie kopalnym, prawa termodynamiki, złożoność układów ożywionych) są całkowicie niezależne od wieku Ziemi czy od daty stworzenia. Dlatego kreacjoniści nie porponują nauczania w szkołach publicznych takiej odmiany kreacjonizmu, który byłby związany z niedawnym stworzeniem.

Henry M. Morris, CREATION AND ITS CRITICS. ANSWERS TO COMMON QUESTIONS AND CRITICISM ON THE CREATION MOVEMENT, Creation-Life Publishers, San Diego 1982, s. 25-26.


Po drugie, Armia Mroku wierzy, że "istoty ludzkie wraz z innymi gatunkami zostały powołane przez Wszechmocnego Stwórcę jako zupełnie odrębne gatunki" (s. 10). Twierdzi, iż "ewolucjoniści nie są w stanie na podstawie żadnych skamieniałości wskazać stadium pośredniego pomiędzy gatunkami" (s. 14). Ogólnie rzecz biorąc "każdy oddzielny gatunek został stworzony przez Stwórcę" (s. 25).

A NAPRAWDĘ...
kreacjoniści nie głoszą osobnego stworzenia wszystkich istniejących gatunków - mówią, i to od dawna, nawet w czasach Darwina - o stworzeniu większych jednostek taksonomicznych niż gatunek, nazywając je "rodzajem", "ty-pem", "podstawowym typem" lub "barami-nem" (patrz w tej sprawie "Meandry 7", idź POD PRĄD październik 2005, nr 10 (15), s. 8-9).


Po trzecie wreszcie, kreacjoniści twierdzą, że 'nigdy nie zachodziły ani nie zachodzą żadne procesy ewolucyjne' (s. 10). Nie wierzą, że istniały stadia pośrednie między gatunkami (s. 14).

A NAPRAWDĘ...
kreacjoniści akceptują istnienie tak mutacji, jak i doboru naturalnego. Działa on w ramach stworzonych typów, prowadząc do pojawiania się rozmaitych gatunków. Kreacjoniści akceptują więc mikroewolucję, a zaprzeczają istnieniu makroewolucji, powstawaniu nowych ogólnych planów życia poprzez radykalną ekspansję puli genetycznej.


Źródłem kreacjonizmu jest brak wiedzy i nieuctwo płynące (oczywiście) z Biblii.
Od początku świata niewiedza była źródłem wiary w bogów i demony: "deszcz zraszający ziemię spływać musi z naczynia trzymanego rękami boga", "wiatr dmie z płuc boga", "słońce podróżujące po niebie domaga się ognistego rumaka oraz trzymającego lejce boga". Asimov słusznie zauważa, że "można tak ciągnąć tego typu racje bez końca. Dla ludzi sprzed ery naukowej całkowicie nie do przyjęcia była myśl, by słońce, wiatr i deszcz wynikały jedynie z następstwa praw ślepej natury, bez uczestnictwa sprawczego rozumu" (s. 11). Kreacjoniści znajdują się na poziomie ludzi sprzed ery naukowej, ale czego można się spodziewać od ludzi, którzy maszerują "z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową"? Gdyby jeszcze trzymali je za pazuchą albo pod pachą. Ale nie, oni trzymają ją nad głową! Wiele jeszcze jest tajemnic wszechświata, na które nauka nie może udzielić zadawalającej odpowiedzi" - zauważa Asimov - ale to nie powód, by te tajemnice wyjaśniać, odwołując się do Boga. "Tego typu argumenty redukują Boga do kilkusylabowego substytutu, znaczącego po prostu 'Nie wiem'. [...]" Dać się pokonać przez niewiedzę czy wręcz nieuctwo, a później nazwać przeciwnika Bogiem - to był zawsze symptom niedojrzałości" (s. 12).

A NAPRAWDĘ...
Wnioski kreacjonistyczne wyprowadzane są nie z tego, czego nie wiemy, ale z tego, co wiemy. To wiedza o skamieniałościach, rodzajach i tempie mutacji, o nieredukowalnej złożoności układów biochemicznych, o informacji biologicznej skłania nas do przyjęcia wniosku, że wiele układów biologicznych nie mogło powstać na mocy samych tylko ślepych praw przyrody.


Zamiast starać się usuwać swoją niewiedzę, kreacjoniści interesują się tylko starożytnymi podaniami żydowskimi. Gorzej, "jedynie o nich właśnie (w większości przypadków) w ogóle słyszeli i tylko je w związku z tym chcieliby propagować" (s.12). Dla czytelnika tekstu Asimova złowieszcza rola Biblii nie jest jednak do końca jasna. Z jednej strony "kreacjo-niści wymagają, by nauczać dosłownie słów Biblii" (s. 26), z drugiej strony "aktualna strategia jego [kreacjonizmu] wyznawców polega na tym, by się na nią [Biblię] nie powoływać" (s. 17). Asimov nie wyjaśnił, jak można wymagać dosłownego nauczania słów Biblii i jednocześnie się na nią nie powoływać, ale skoro wiemy, że Armia Mroku to "potężna i przerażająca siła, głucha na argumenty", a przy tym maszeruje "z Bibliami trzymanymi wysoko nad głową", to możemy być pewni, że jakiś sposób zabójczy "dla wolnej myśli i oświecenia", niestety, Armia ta znajdzie. Skąd ci kreacjoniści wiedzą, że Bóg stworzył świat? Ponieważ tak mówi Biblia, a dla nich "to jest wszystko, co ma naprawdę jakiekolwiek znaczenie" (s. 18).

O co im chodzi? Gdzie maszeruje Armia Mroku?
Kreacjoniści kładą "fundament pod renesans barbarzyństwa, pod legalnie kontrolowane i siłą wprowadzane nieuctwo", chcą zaprowadzić "totali-tarną kontrolę myśli i sumień" (s. 21). Opanowali już niektóre mniej popularne kościoły na prowincji, przekształcając je na bastiony kreacjonizmu (s. 19). Kościoły te wpływają na dom, na gazety, na całą otaczającą społeczność. Wyraża się to "choćby w naturze świąt". Od kreacjonistów nie można się uwolnić, to prawdziwa zmora myślących ludzi. Nie można przed nimi uciec nawet w Kosmos: "w 1968 roku astronautom krążącym wokół Księżyca nakazano przeczytać kilka wersetów Genesis, tak jakby NASA pragnęła w ten sposób uspokoić opinię publiczną, że odważyła się pogwałcić firmament niebieski" (s. 10). Astronauci wili się jak piskorze, ale co mogli zrobić, skoro im nakazano! "Nawet prezydent Stanów Zjednoczonych [Ronald Reagan] wyrażał swoją sympatię dla kreacjonistów" (s. 19). Kreacjoniści mają w garści nie tylko NASA i astronautów, ale nawet prezydenta. Nie zawsze Amerykanie mają to szczęście, by mieć takiego prezydenta jak Bill Clinton, który w przeciwieństwie do Reagana i Busha opierał się, jak tylko mógł, naciskom kreacjonistów, popierał aborcję i związki homoseksualne, a na złość kreacjonistom nie przesadzał z ulubionym przez nich staroświeckim związkiem monogamicznym, twórczo wykorzystując do tego celu cygaro.

A NAPRAWDĘ...
Podstawowy, a nieprawdziwy zarzut [antykreacjonistów] sprowadza się do tego, że kreacjoniści traktują Pismo Święte jako źródło wiedzy naukowej.

Maciej GIERTYCH, "O uczciwą polemikę w sprawie ewolucji", w: Eugeniusz MOCZYDLOWSKI (red.), PAN BÓG CZY DOBÓR NATURALNY, Megas, Białystok 1994, s. 85 oraz Kosmos 1993, t. 42 (3/4), s. 676.
Kreacjoniści rozróżniają dwa całkowicie rożne rodzaje kreacjonizmu - biblijny i naukowy. Naukowy kreacjonizm nie opiera się ani na Księdze Genesis, ani na jakimkolwiek nauczaniu religijnym. Żadne rozumowanie nie korzysta tu z autorytetu Biblii. Naukowi kreacjoniści mówią o genetyce, paleontologii, termodynamice, geologii itd., a nie o teologii czy religii. Ich argumenty na rzecz stworzenia opierają się na wiedzy o DNA, mutacjach, skamieniałościach, termodynamice itp. Pojęcia te w ogóle nie występują w Biblii. Kreacjonizm biblijny natomiast opiera się wyłącznie na Biblii.

Mieczysław PAJEWSKI, STWORZENIE CZY EWOLUCJA?, Wydawnictwo "Duch Czasów", Bielsko-Biała 1992, s. 11-12, http://kchds.pl/wydawn.htm


"Jedynie szkoła może wymknąć się ich kontroli. Niestety - tylko w bardzo ograniczonym stopniu" (s. 20), bo nauczyciele są "skrępowani, wiedząc wystarczająco dobrze, że ich praca jest w rękach członków komitetu szkolnego, którzy, jak wiadomo, nie są zazwyczaj nastawieni na rozwój intelektualny czy na poszerzanie horyzontów umysłowych uczniów" (s. 20). Komitety szkolne w Ameryce złożone są z rodziców, a - jak wiadomo - wszystkim rodzicom na świecie bardzo zależy, by ich dzieci niczego się w szkole nie nauczyły. Najlepiej by było, gdyby nauczyciele nie krępowali się w żaden sposób opinią rodziców i robili, co chcą (oczywiście, co chcą ewolucjoniści).

Asimov nie wyjaśnia jednak pewnej tajemniczej sprawy: dlaczego szkoła może wymknąć się spod kontroli Armii Mroku? Jeśli Armia ta stanowi większość odmalowaną plastycznie wcześniej (te koszmarne miliony ludzi z Bibliami trzymanymi wysoko w rękach!), to jak szkoła może wymknąć się spod kontroli większości w tak demokratycznym państwie jak Stany Zjednoczone? A może (aż strach pomyśleć ijeszcze większy strach powiedzieć!) demokracja amerykańska ma swoje granice i dobrze zorganizowana i zdecydowana na wszystko mniejszość jest w stanie wbrew woli większości opanować całe dziedziny życia społecznego, jak szkolnictwo, radio, prasę, telewizję, przemysł filmowy i rozrywkowy, sądownictwo i administrację? Tylko, niestety, pozostają jeszcze te kościoły! Ale i tu jest postęp. "Przyznać trzeba, że jest również wiele dość liberalnych kościołów, które pogodziły się z postępami nauki - nawet z ewolucją" (s. 19). Na szczęście są i takie kościoły. Chwała wszystkim postępowym pastorom, rabinom, księżom i arcybiskupom! Niestety, nie wszystkie kościoły jeszcze są takie. Spokojnie można będzie zasnąć dopiero wtedy, gdy zniknie ostatni kościół, który jeszcze nie godzi się z postępami nauki, odrzuca ewolucjonizm i uważa Biblię za coś bardziej wartościowego niż odchody mrówek.

Wasze kościoły, nasze szkoły!
Dopóki jednak kreacjoniści mają swoje kościoły, wara im od szkoły! Ostatecznie konkurencja wymaga istnienia na równych prawach obu stron. A jakie to równe prawa, jaka to równość, jeśli kreacjoniści mają swoje kościoły, a chcą jeszcze wejść na teren szkół publicznych? "Kreacjoniści, kontrolujący kościół i społeczeństwo, w którym żyją, i którzy za 'przeciwnika' mają jedynie szkoły publiczne o okrojonym programie w zakresie ewolucji, nie mogą zdzierżyć nawet tej nikłej konkurencji i domagają się 'równego czasu nauczania'" (s. 20). Mają swoje kościoły i jeszcze im mało! Co za bezczelność!

A NAPRAWDĘ...
Gdy Associated Press i NBC News zadali Amerykanom w 1981 roku pytanie na temat nauczania w szkole kreacjonizmu obok ewolucjonizmu, to 86% odpowiedzi poparło taką ideę (wg MORRIS, CREATION AND ITS CRITICS..., s. 13). Taką ideę nauczania obu punktów widzenia poparli nawet niektórzy rodzice niewierzący, którzy po prostu chcieli, by ich dzieci otrzymały wszechstronny obraz kontrowersji na temat pochodzenia życia i rodzajów życia.

Gdy jednak w 1994 roku Public Agenda zadała rodzicom uczniów amerykańskich szkół publicznych pytanie, jaką mają opinię w sprawie "nauczania na lekcjach nauk przyrodniczych na równi biblijnego uj,ęcia stworzenia i darwinowskiej teorii ewolucji", to odpowiedzi popierających udzieliło tylko 38% pytanych, a spośród praktykujących chrześcijan jeszcze mniej, bo tylko 37% (FIRST THINGS FIRST: WHAT AMERICANS EXPECT FROM THE PUBLIC SCHOOLS, Public Agenda, New York 1994, za: Molleen Matsumura, "Finds 38% of Americans Favor Teaching Creationism", National Center for Science Education Reports, Fall 1996, vol. 125, No. 3, s. 5). I słusznie poparło tak niewielu - prawdę mówiąc, nikt nie powinien tego pomysłu poprzeć - bo biblijny kreacjonizm ma charakter teologiczny, religijny i może być nauczany tylko na lekcjach religii. Obok ewolucjonizmu na lekcjach nauk przyrodniczych można nauczać jedynie innej przyrodniczej koncepcji, kreacjonizmu naukowego.


Asimov w proroczym natchnieniu maluje przyszłość, jaka nastąpi, jeśli kreacjonistów wpuści się do szkół: "Jeżeli rząd zdecyduje się użyć swojej policji i swoich więzień, aby zapewnić, że nauczyciele poświęcą tyle samo uwagi kreacjonizmowi co ewolucji, w następnej chwili może okazać się, że ta sama siła zostanie użyta do całkowitej eliminacji teorii ewolucji ze szkolnego nauczania" (s. 21). Tym samym położy się - o czym już pisałem - "funda-ment pod renesans barbarzyństwa, pod legalnie kontrolowane i siłą wprowadzane nieuctwo, i w końcu pod totalitarną kontrolę myśli i sumień" (s. 21). Ostatecznie przecież już teraz widać, co kreacjoniści wyrabiają u siebie:

"w kościołach kongregacji kreacjonistów wymaga się kategorycznie wiary pod groźbą ognia piekielnego. Wrażliwi młodzi ludzie nauczeni, że czeka ich Piekło, gdy będą słuchać o teorii ewolucji, czynią to bardzo niechętnie, a jeśli już się na to zdecydują, to trudno im w nią uwierzyć" (s. 20). Jedyny ratunek przed totalitarnym zagrożeniem myśli ze strony kreacjonistów, to nie pozwolić im choćby przez minutę na propagowanie ich poglądów. Pełna wolność myśli i przekonań zostanie uratowana dopiero wtedy, gdy zamknie się usta ostatniemu kreacjoniście. Wolność słowa, prawdziwy pluralizm i niczym nie skrępowana konkurencja będą zagwarantowane tylko wówczas, gdy w szkołach będzie się nauczać jedynie ewolucjonizmu.

Oczywistość ewolucjonizmu i nienaukowość kreacjonizmu
Istnienie kreacjonistów jest tym bardziej nie do zniesienia, że "naukowe świadectwa przekonujące o wieku Ziemi i procesach ewolucyjnych są dla naukowców oczywiste i miażdżące. Jakim sposobem ktokolwiek może w nie wątpić?" (s. 11). Kto może wątpić w coś, co jest oczywiste i miażdżące? Oczywiście, tylko chory umysłowo albo nieuk, a najprędzej chory umysłowo nieuk. W nauce istnieją różne teorie, ale "być może żadna teoria nie jest lepiej zbadana, solidniej przeegzaminowana, krytyczniej przeanalizowana i powszechniej akceptowana niż teoria ewolucji" (s. 13). Jeśli jednak tak dobrze jest z teorią ewolucji, to po co tracić czas na polemikę z kreacjonistami? A może aż tak dobrze z tą teorią ewolucji to nie jest? Ale nie, precz zwątpienia! Uczeni "mają odmienne zdania o pewnych szczegółach teorii ewolucji [...]. Tym niemniej całkowicie akceptują samo istnienie procesu ewolucji" (s. 15). Paranoja, której ulegli kreacjoniści jest tym większa, że "te-orię ewolucji, mozolnie budowaną i rozwijaną przez ponad dwa stulecia w oparciu o badania naukowe, wspiera niezwykła ilość dowodów i argumentów. Wszyscy biolodzy, bez wyjątku, niezależnie zupełnie od swoich pozycji, akceptują oczywistą prawdę"

(s. 24) o ewolucji. Wynika z tego, że jeśli ktoś tej oczywistej prawdy, mozolnie budowanej przez ponad dwa stulecia nie akceptuje, to nie jest biologiem, nawet jeśli skończył studia z biologii i przez całe życie pracował w tej dziedzinie w jakiejś instytucji naukowej, jak np. prof. Dean H. Kenyon z San Francisco State University czy prof. Michael Behe z Lehigh University. Na tle wspaniałej teorii ewolucji jakże nikczemnie wygląda kreacjonizm i sami kreacjoniści. Dyskwalifikuje już ich sam fakt, że "kreacjoniści często podkreślają, że ewolucja jest 'jedynie teorią'" (s. 13). O teorii, która jest mozolnie budowana przez ponad dwa stulecia nie można bezkarnie mówić, że jest tylko teorią. Co prawda wiadomo, że to teoria, ale za to jaka wspaniała! Tak wspaniała, że aż trudno wymówić słowo "teoria". "W przeciwieństwie do niej kreacjonizm nie jest teorią. Z punktu widzenia nauki nie ma żadnego świadectwa, które by go wspierało - najmniejszego strzępu" (s. 13). Spróbujcie bowiem znaleźć w pismach naukowych (tzn. ewolucjonistycznych oczywiście!) choćby najmniejszy strzęp świadectwa popierającego kreacjonizm. Na pewno niczego takiego nie znajdziecie! Bo wiecie, czym jest kreacjonizm? Jest on "jedynie wiarą w stare legendy Bliskiego Wschodu" (s. 13). Co innego legendy, które są mozolnie budowane od 1859 roku, ale stare legendy mające kilka tysięcy lat na pewno nie mogą mieć nic wspólnego z prawdą! Zwłaszcza, że "kreacjoniści, dla kontrastu, nie przedstawiają żadnych dowodów na poparcie swoich poglądów" (s. 25).

No to co właściwie przedstawiają kreacjoniści? Okazuje się, że ich "argumentacja jest jedynie negacją" (s. 25). Gdyby proponowali teorię ewolucji, to byłoby wszystko w porządku, ale oni - proszę sobie wyobrazić! - "utrzymują, że jeżeli teoria ewolucji nie wyjaśnia wyczerpująco wszystkiego, [to] jest to powód wystarczający do przyjęcia kreacjonizmu [...]. Wyłapują niedokładności, sprzeczności i luki w argumentacji przemawiającej za ewolucją" (s. 25). Ups..., to znaczy, że są jakieś niedokładności, sprzeczności i luki w argumentacji, przemawiającej za ewolucją? Jeśli nawet są, to są bardzo malutkie, tak małe, że ich nie ma.

Poza tym kreacjonistom wydaje się, że ewolucjonizm i kreacjonizm są dwiema wzajemnie wykluczającymi się i uzupełniającymi poglądami na temat pochodzenia życia i jego form:

Ostatecznie rzecz biorąc istnieją tylko dwie możliwości co do pochodzenia wszelkiego wzorca porządku. Albo materia (masa-energia) jest jedyną rzeczywistością, a wszelki porządek pochodzi od czasu i przypadku, działających na wewnętrzne własności materii (ewolucja), albo w grę wchodzi nie tylko materia i istnieją nieredukowalne własności organizacji, które są rezultatem projektu i stworzenia. 3

Nic bardziej błędnego! Niestety dali to sobie wmówić nawet ewolucjoniści. Dla przykładu znakomity krytyk kreacjonizmu, Douglas Futuyma, wypowiedział błędną myśl, idąc nieopatrznie i niepotrzebnie tym samym na rękę kreacjonistom:

Kreacjonizm i ewolucjonizm wyczerpują możliwe wyjaśnienia pochodzenia organizmów ożywionych. Organizmy te albo pojawiły się na Ziemi w pełni rozwinięte, albo nie. Jeśli nie, to musiały rozwinąć się z wcześniej istniejących gatunków na drodze jakiegoś procesu modyfikacji. Jeśli pojawiły się w pełni rozwiniętym stanie, to musiały faktycznie być stworzone przez jakąś wszechmocną inteligencję.4

Asimov bardzo przekonująco obalił to przekonanie. "Jeżeli idea ewolucji byłaby rzeczywiście nieodpowiednia, nie dawałoby to mimo wszystko żadnych podstaw do przyjęcia poglądu [kreacjonistycznego] [...]. Przecież jeśli po dokładnych badaniach okazałoby się, że nasza fizjologia reprodukcji nie jest całkowicie słuszna, nie znaczyłoby to jeszcze wcale, że dzieci przynoszone są przez bociany. Równie dobrze mogą być przecież znajdywane w główkach kapusty lub przynoszone w czarnej lekarskiej torbie" (s. 25). Niestety muszę zmartwić naszych Czytelników. Asimov nie wyjaśnił, czy jest zwolennikiem teorii kapuścianej czy torbowej. Na pewno ewolucjonizm i kreacjonizm nie są jedynymi możliwymi koncepcjami pochodzenia życia. Na pewno istnieją jeszcze jakieś inne teorie, czego dowodzi bez cienia wątpliwości niezwykle przekonujący argument z główkami kapusty i lekarską torbą. Ale Asimov przecenił zdolności umysłowe swoich czytelników (tak to bywa z geniuszami, że zapominają o ograniczeniach umysłowych innych osób) i nie wymienił żadnej innej koncepcji oprócz ewolucjonizmu i kreacjonizmu. Niestety Asimov już zmarł i zabrał tę tajemnicę ze sobą do grobu. Ale nie martwmy się! Ewolucjoniści mają niejednego geniusza i prędzej czy później dowiemy się wszystkiego.

W każdym razie na pewno wiemy, że "nauka to samokorygujący się proces, a naukowcy rzeczywiście zmieniają swoje poglądy. Robią to jednak jedynie w oparciu o nowe fakty" (s. 25). A fakty nigdy nie będą przemawiały za kreacjonizmem: kreacjoniści "muszą przedstawić istotne fakty [...]. Nie trzeba tu mówić, że tego nigdy nie będą w stanie dokonać" (s. 25). Uczeni (czyli ewolucjoniści) zmieniają więc swoje poglądy, ale nigdy nie zmienią ich na inne, czyli kreacjonistyczne. Ewolucjoniści tak zmieniają te poglądy, że pozostają zawsze przy poglądach ewolucjonistycznych. Jeśli ktoś nie rozumie, jak można zmieniać poglądy, nie zmieniając ich, to po prostu nie rozumie istoty nauki.

Poza tym nie należy zapominać, że kreacjonizm jest prawie kompletnie pozbawiony treści: "Załóżmy jednak, że zamierzamy nauczać kreacjonizmu. Co będzie przedmiotem nauczania? Jedynie to, że Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki? Tylko tyle? Nic więcej? Żadnych szczegółów?" (s. 26) Ten zarzut bezlitośnie obnaża nicość publikacji kreacjonistycznych. Weźmy bowiem dla przykładu taką książkę Pajewskiego Stworzenie czy ewolucja? Jej autor bez przerwy, od początku do końca, powtarza tylko jedno zdanie: Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki. Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki. Stwórca powołał do istnienia gotowy wszechświat i wszystkie gatunki. Stwórca powołał... itd. na wszystkich 220 stronach swej książki. To samo jest z innymi książkami kreacjonistycznymi. Wszystkie mielą bez przerwy to samo zdanie. Tylko tyle. Nic więcej. Żadnych szczegółów.

Co gorsza, powtarzając ciągle to samo zdanie dopuszczają się "przeinaczeń i fałszerstw nauki" (s. 15), a "niedokładności [ewolucjonizmu] przedstawiają bardzo często w przekręcony, uproszczony i całkowicie błędny sposób" (s. 25). Jak to możliwe, by powtarzając tylko jedno zdanie - tylko tyle, nic więcej i żadnych szczegółów - mogli jeszcze przeinaczać i fałszować naukę, a jej niedokładności przedstawiać w przekręcony, uproszczony i całkowicie błędny sposób? A, właśnie! Pewnie nie wiecie? Zapomnieliście już, co to jest Armia Mroku. Jak się niesie Biblie wysoko nad głowami, to nie takie rzeczy są możliwe!

Jeśli jakiś kreacjonista przedstawia się jako profesor, to nie wierzcie w to, bo prace kreacjonistów "pisane są przez ludzi, którzy nie mają za sobą najmniejszego dorobku naukowego" (s. 17). A my dodajmy, że nie mają oni najmniejszego dorobku naukowego także i przed sobą, i obok siebie, i nad sobą, i pod sobą. A skąd to wiadomo? Cytowaliśmy już odpowiedź na to pytanie: "Nie trzeba tu mówić, że tego nigdy nie będą w stanie dokonać" (s. 25). A skoro nie trzeba tu mówić, to czas kończyć. Nie ma rady.


Przypisy:

  1. Wszystkie odnośniki o tej postaci odnoszą się do książki Isaaka ASIMOVA, Błądzący umysł, Pandora, Łódź 1995.
  2. Richard DAWKINS, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1994, s. 490.
  3. PAJEWSKI, Stworzenie czy ewolucja?, s. 158.
  4. Douglas J. FUTUYMA, Science on Trial, Pantheon Books, New York 1983, s. 197.

Inteligentny projekt

Tradycyjnie ewolucjonistycznej wizji powstania i rozwoju życia sprzeciwiali się kreacjoniści. Ostatnio jednak znacznie popularniejszymi przeciwnikami są zwolennicy tzw. teorii inteligentnego projektu. Na jej temat wypowiada się wiele opinii, nie zawsze trafnych. Niektórzy mówią, że jest to dawny kreacjonizm w przebraniu.

Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu [...]. 1

ID [teoria inteligentnego projektu] [...] nie jest nową postacią kreacjonizmu. To po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą.2

Teoria inteligentnego projektu w rzeczywistości jest ponownym wcieleniem zdyskredytowanej 200-letniej argumentacji, pochodzącej od Williama Paleya, który orzekł, że złożoność organizmów żywych wymaga boskiej interwencji stwórcy. 3

Wypowiedzi takie są przejawem albo braku kompetencji, albo złej woli (nie wykluczam jednak wystąpienia jednocześnie obu tych przyczyn).

Projekty czy projektoidy?
Teoria inteligentnego projektu zwana jest w skrócie ID, od angielskiego zwrotu Intelligent Design. W opinii tej teorii zebrane dotąd świadectwo empiryczne sugeruje, iż życie na Ziemi nie mogło powstać na mocy samego tylko przypadku. Musiało ono być inteligentnie zaprojektowane. Słowo "inteligentnie" dodaje się, by uniknąć nieporozumienia i powiązania ze współczesną teorią ewolucji. W tej ostatniej bowiem mówi się o projekcie, o tym, że ewolucja doprowadza do powstania organizmów znakomicie zaprojektowanych, czyli dostosowanych do środowiska - ale chodzi raczej o wrażenie projektu, bo projektant, o którym mówią ewolucjoniści, dobór naturalny, jest ślepy.

Dwieście lat temu bardzo popularne były książki apologetyczne Williama Paleya. Wpłynęły one także na samego Darwina. Darwinowską teorię ewolucji można nawet rozumieć do pewnego stopnia jako przezwyciężenie argumentów Paleya. Szczególnie uderzającym argumentem Paleya był ten, który dotyczył znalezienia zegarka na wrzosowisku. Wyobraźmy sobie - mówił Paley - że znajdujemy na wrzosowisku leżący zegarek. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że jest on tworem rozumu, zegarmistrza. Świadczą o tym części składowe zegarka, ich wzajemne dopasowanie, współdziałanie, precyzja funkcjonowania. Ale skoro tak - kontynuował Paley - to tym bardziej powinniśmy uznać, że znajdujące się na tym samym wrzosowisku rośliny i kwiaty są tworem rozumu, zostały stworzone przez Boga. Rośliny te bowiem charakteryzują się jeszcze większą złożonością, dopasowaniem i współdziałaniem oraz precyzją działania części, z jakich są zbudowane.

Argument zastosowany przez Paleya nosi nazwę argumentu a fortiori. Skoro występowanie pewnych cech pozwala wyprowadzić pewien wniosek, to tym bardziej (a fortiori) powinniśmy taki wniosek wyprowadzić, jeśli cechy te występują w większej ilości i w większym natężeniu.

Ewolucjoniści zgadzają się, że organizmy żywe są niezwykle skomplikowane. Ale jednocześnie twierdzą, że nie zostały zaprojektowane. Nie są więc, ich zdaniem, projektami. One tylko przypominają projekt. Są projektoidami.

 

Biologia zajmuje się obiektami złożonymi, tworzącymi wrażenie celowego zamysłu.4

[...] żywe efekty działania doboru naturalnego sprawiają wrażenie przemyślanego projektu, jak gdyby zaplanował je prawdziwy zegarmistrz.5

Ale zegarmistrz, który ich stworzył, dobór naturalny działający na przypadkowych mutacjach, nie miał żadnego zamiaru ich stworzyć, nie miał ich na myśli.

Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie są ślepe siły fizyczne [...]. Dobór naturalny - odkryty przez Darwina ślepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dziś, że stanowi wyjaśnienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowości wszystkich form życia - działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można o nim powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza - to jest to ślepy zegarmistrz.6

Dobór naturalny to ślepy zegarmistrz - ślepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu.7

Ponieważ teoria inteligentnego projektu głosi, iż organizmy żywe nie mogły powstać na drodze samego tylko przypadku, zderza się w tej sprawie z teorią niekierowanej przypadkowej ewolucji.

Przypadek czy nie? Co naprawdę głosi ewolucjonizm?
Czasami jednak ewolucjoniści gorąco zaprzeczają, by uznawali przypadek za jedyny czynnik sprawczy procesów ewolucyjnych:

Częściowo za sprawą losowości mutacji rozpowszechniło się niedorzeczne przekonanie, że także dobór naturalny jest procesem przypadkowym.8

Zdają sobie bowiem sprawę, jak bardzo trudne jest do przyjęcia, że życie z całą swoją złożonością jest wyłącznie dziełem przypadku. Ewolucjoniści twierdzą, że tylko mutacje są przypadkowe, ale dobór już nie. W ten sposób usuwają wrażenie niedorzeczności swojej koncepcji. Zastanówmy się jednak, czy to ich twierdzenie - mutacje są przypadkowe, dobór jest nieprzypadkowy - ma rację bytu.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że mówiąc o przypadkowości bądź jego braku, biolog ewolucyjny ma na myśli co innego niż inni uczeni i zwykli ludzie. Ci ostatni bowiem za przypadek uznają takie zjawiska jak niezaplanowany wypadek drogowy, uderzenie meteorytu, wygrana w totolotka czy opady deszczu w drugą niedzielę kwietnia. Pojęcie przypadku jest tu trudne do zdefiniowania. Filozofowie stracili wiele czasu i poświęcili wiele wysiłku, by przypadek zdefiniować - chyba jednak bez większego sukcesu. Niektórzy nawet twierdzą, że o zdarzeniach przypadkowych można powiedzieć tylko to, że mówi o nich rachunek prawdopodobieństwa. Ci, którzy chcą powiedzieć więcej, spierają się, czy istnieją zjawiska bezprzyczynowe (niektóre zjawiska w mikrofizyce wyglądają tak, jakby zachodziły bez przyczyny, na przykład rozpad promieniotwórczy). A ci, którzy odrzucają istnienie zjawisk bezprzyczynowych, sądzą, że przypadek polega na przecięciu się wielu niezależnych, nie związanych ze sobą ciągów przyczynowo-skutkowych.

Ewolucjoniści nadają jednak słowu "przypadek" zupełnie inne znaczenie. Mutacje mają charakter przypadkowy w tym sensie, że nie prowadzą do lepszego przystosowania się organizmu do środowiska. Ich przypadkowość nie polega na tym, że występują spontanicznie. Przyczyny ich występowania są znane. Wywoływane są przez tzw. mutageny - promieniowanie rentgenowskie, promieniowanie kosmiczne, substancje radioaktywne, rozmaite związki chemiczne, a nawet specjalne geny. Ale w opinii ewolucjonistów mutacje, które uprzywilejowują organizmy, które zwiększają szanse na przeżycie i w konsekwencji na wydanie potomstwa, nie pojawiają się częściej, niż to wynika z rachunku prawdopodobieństwa.9 Dobór naturalny działa już inaczej. Ponieważ dobór działa w oparciu o prawa przyrody, a efekty niektórych mutacji usprawniają organizmy, zwiększają ich szanse przetrwania w środowisku, więc dobór sprzyja mutacjom przystosowawczym, utrwala je w populacji. W tym sensie dobór nie jest przypadkowy, jest ukierunkowany.

 

Mutacje są przypadkowe w stosunku do korzyści przystosowawczych, natomiast nieprzypadkowe pod wszystkimi innymi względami. Dobór naturalny - i tylko dobór - prowadzi ewolucję w kierunkach nieprzypadkowych w stosunku do przystosowań organizmu.10

Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to rozumienie nieprzypadkowości doboru nie ma nic wspólnego zarówno z potocznym, jak i z pochodzącym z innych nauk rozumieniem przypadku. W niebiologicznym sensie także i dobór ma - dodajmy i to słowo: oczywiście - charakter przypadkowy. Według słynnej hipotezy Alvarezów dinozaury wyginęły ok. 65 milionów lat temu wskutek uderzenia niewielkiej planetoidy bądź komety. Miał to być przypadek. Planetoida ta, jak wiele innych, mogła przelecieć obok Ziemi. Ale uderzyła w Ziemię. Tor jej lotu był wyznaczony prawami przyrody i rozmaitymi czynnikami, głównie typu oddziaływania grawitacyjnego z innymi ciałami niebieskimi. Ale ten ciąg przyczyn i skutków, jaki wyznaczył kurs planetoidy, nie miał nic wspólnego z zespołem ciągów przyczyn i skutków, charakteryzującym życie na Ziemi. Zderzenie z Ziemią było więc przypadkowe.

W powszechnie używanym sensie słowa "przypadek" nie tylko mutacje, ale i dobór naturalny mają więc charakter przypadkowy. Do działania doboru naturalnego także stosuje się rachunek prawdopodobieństwa. Warto przypomnieć, bo często propagandyści ewolucyjni "zapominają" o tym, że nie ma żadnej pewności, iż dobór zachowa korzystną mutację. Co więcej, istnieje większe prawdopodobieństwo, że korzystna mutacja zniknie z populacji, niż że się w niej utrwali. Genetyka populacyjna mówi, że dla dużych populacji prawdopodobieństwo utrwalenia się korzystnej mutacji wynosi 2e, gdzie e jest tzw. wartością przetrwania (survival value), czyli wielkością, o jaką zwiększa się szansa na przeżycie organizmu. Jeśli średnia wartość przetrwania korzystnej mutacji wynosi - jak się obecnie wydaje - ok. 0,1%, to wynika z tego, że średnio zaledwie jedna na 500 korzystnych mutacji utrwali się w populacji, a 499 zniknie. Dobór naturalny jest niezwykle mało wydajnym sposobem na postęp, bo olbrzymia większość korzystnych mutacji ginie. Ewolucjoniści, ratując swoją koncepcję, odwołują się do milionów lat ewolucji, ale niespecjalnie palą się, by sprawdzić dokładnymi obliczeniami, czy to odwołanie ma sens.

Wróćmy jednak do sprawy przypadku i konieczności. Ewolucjoniści robią nam "wodę z mózgu" twierdząc, że dobór nie działa przypadkowo, a niektórzy, jak sam Darwin, posuwają się nawet do głoszenia jawnej nieprawdy:

 

[...] dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. 11

Jeśli średnio tylko jedna na pięćset korzystnych mutacji zachowuje się, to słowa Darwina, że dobór "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre", są dalekie od prawdy. Darwin nie znał wyliczeń genetyki populacyjnej ani średniej wartości przetrwania dla mutacji (nie wiedział nawet o istnieniu mutacji), ale nie mógł przecież nie wiedzieć, że organizm nawet z bardzo korzystną nową cechą może wskutek nieszczęśliwego wypadku nie dożyć wieku dojrzałości, kiedy dopiero wydaje się potomstwo. Tylko cele propagandowe mogły go skłonić do napisania, że dobór działa "wszędzie i zawsze" oraz że "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre".

O wymarciu dinozaurów12
Wspominałem wyżej o hipotezie Alvarezów, tłumaczącej wymarcie dinozaurów. Profesorowie Luis i Walter Alvarezowie, ojciec i syn, w 1980 roku, po badaniach warstw geologicznych w Gubbio, we Włoszech, doszli do wniosku, że za wymarcie dinozaurów odpowiada uderzenie asteroidy o średnicy 10-20 km. Ten tzw. impakt Chicxulub wyrzucił w górę pył i sadzę, które krążąc w wysokich warstwach atmosfery przytłumiły promienie słoneczne. Wywołane przez impakt pożary oraz późniejsze zahamowanie dopływu promieni słonecznych zniszczyły w dużym stopniu roślinność, co spowodowało wymarcie najpierw roślinożerców, a później mięsożerców. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie w postaci olbrzymiego krateru w pobliżu meksykańskiego półwyspu Jukatan i cienkiej warstwy irydu, oddzielającej warstwy geologiczne, w których znajdowane są pozostałości lub skamieniałe szczątki dinozaurów, od tych położonych wyżej, w których pozostałości takich nie ma.13 Ostatnio hipoteza ta jednak zaczyna być kwestionowana.14 Jednym z problemów jest to, że według zapisu kopalnego dinozaury zaczęły wymierać jeszcze przed impaktem Chicxulub. Uczeni zresztą od dawna proponowali rozmaite rywalizujące hipotezy.15

Kreacjoniści przyczynę wymarcia dinozaurów upatrują w Potopie Noego i zmianie warunków klimatycznych przez Potop wywołanych.16 Jeśli mają rację, to dawniej żyjący ludzie, ci sprzed Potopu, ale także i niektórzy żyjący po Potopie, powinni spotykać jeszcze żywe dinozaury. Ciekawe, że Biblia wydaje się wspominać o takich zdarzeniach. Wprawdzie nie użyto w niej z oczywistych powodów słowa "dinozaur" - słowo to zostało utworzone dopiero w 1841 roku - ale dinozaury bądź zwierzęta podobne do dinozaurów są opisane w Księdze Hioba 40:15-32 oraz 41:1-26 przy użyciu hebrajskich słów behemoth oraz leviathan.

Behemoth jest liczbą mnogą pochodzącą od behema - hebrajskiego słowa określającego bestię. Ale w Księdze Hioba 40:15 jest użyte w liczbie pojedynczej. W tekście hebrajskim taka konstrukcja gramatyczna podkreśla majestat użytego słowa. Z opisu biblijnego wynika, że było to zwierzę trawożerne, ogromnych rozmiarów, miało okazały ogon, żyło w pobliżu wody i było nieustraszone. Niektórzy twierdzą, że był to hipopotam lub słoń. Ale ani hipopotam, ani słoń nie posiada okazałego ogona.

W hebrajskim tekście Biblii słowo lewiatan pojawia się sześć razy (Księga Hioba 3:8; 41:1; Psalm 74:14; 104:26; Księga Izajasza 27:1). Niektórzy sądzą, że mowa jest o krokodylu, ale opis biblijny do tej opinii nie pasuje: "na ziemi nie ma mu równego; jest to stworzenie nieustraszone" (Hioba 41:25), "nawet na to, co wzniosłe, spogląda z góry, on jest królem wszystkich dumnych zwierząt" (Hioba 41:24).

Pogląd, że ludzie mogli spotykać żyjące dinozaury, wydaje się fantastyczny. Ale w ubiegłym roku doniesiono o równie fantastycznym znalezisku. Na stanowisku paleontologicznym w Montanie, gdzie znajdują się szczątki dinozaurów sprzed 68 milionów lat wg przyjętego datowania, znaleziono nie tylko skamieniałości, ale także coś, co ostrożnie określono jako miękkie tkanki, które nie uległy fosylizacji.17 Określono ostrożnie, bo jak bez zawahania się można wypowiedzieć opinie, że przetrwały one 68 milionów lat? A my zapytajmy: może jednak od czasu wyginięcia dinozaurów nie upłynęło aż tyle lat? Może zasady uniformitaryzmu, tak istotne w datowaniu złóż geologicznych, nie są dobrym założeniem? Może jednak wielka katastrofa wodna, opisana w Biblii jako Potop Noego, jest realnością, którą trzeba brać pod uwagę?

Przypisy:

  1. Jerry COYNE, "The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  2. Richard DAWKINS, "Creationism: God"s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html Zwróćmy uwagę na tytuł artykułu. Dawkins jest autorem powiedzenia, że jeśli ktoś wątpi w teorię ewolucji, to jest albo głupcem, albo chorym umysłowo.
  3. Marshall BERMAN, "Intelligent Design: The New Creationism Threatens All of Science and Society", APS News October 2005, vol. 14, no. 9; http://www.cesame-nm.org/Resources/contributions/050930_Berman.html Por. też Marshall BERMAN, "Intelligent Design Creationism: A Threat to Society Not Just Biology", The American Biology Teacher November/December 2003, vol. 65, no. 9, s. 646-648, http://www.cesame-nm.org/Viewpoint/contributions/ABT_editorial_0311.pdf
  4. Richard DAWKINS, Ślepy zegarmistrz: czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW Warszawa 1994, s. 21.
  5. Tamże, s. 47.
  6. Tamże, s. 27.
  7. Tamże, s. 47.
  8. Richard DAWKINS, "Demiurg kontra Darwin", Newsweek 28.12.2005, s. 124.
  9. Por. DAWKINS, Ślepy zegarmistrz..., s. 475-477.
  10. Tamże, s. 484-485.
  11. Karol DARWIN, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, TENŻE, Dzieła wybrane, tom II, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 88.
  12. W tej części wykorzystałem m.in. teksty: Bert THOMPSON, "Spór o dinozaury", Na Początku... 1997, nr 3 (84), s. 50-60; Brad T. BROMLING, "Dinozaury w Biblii?", tamże, s. 60-63; John WOODMORAPPE, "Fossylizacja kości dinozaurów z punktu widzenia młodoziemskiej geologii Potopu", tamże, s. 63-64.
  13. Patrz Paul HOFFMAN, "Asteroid on Trial", Science Digest 1982, vol. 90, No. 6, s. 58-63; "The Great Dyings", Discover May 1984, vol. 5, No. 5, s. 2124, 26-32; Walter ALVAREZ and Frank ASARO, "An Extraterrestrial Impact", Scientific American 1990, vol. 263, No. 4, s. 78-84.
  14. Por. Roger HIGHFIELD, "Experts Clash over Demise of the Dinosaurs:, The Daily Telegraph, 2 February 2006, http://www.telegraph.co.uk/news/main.jhtml?xml=/news/2006/02/02/wdino02.xml&sSheet=/news/2006/02/02/ixnewstop.html
  15. Por. Reginal DALY, Earth's Most Challenging Mysteries, Craig Press, Nutley, NJ 1972, s. 29 i następne. Wymienia on ponad dwadzieścia wyjaśnień zniknięcia dinozaurów.
  16. Patrz na przykład Duane T. GISH, Dinosaurs: Those Terrible Lizards, Creation-Life Publishers, San Diego, CA 1977, s. 55-60; Duane T. GISH, The Amazing Story of Creation from Science and the Bible, Institute for Creation Research, El Cajon, CA 1990, s. 73-75.
  17. Patrz Erik STOKSTAD, "Tyrannosaurus rex Soft Tissue Raises Tantalizing Prospects", Science 25 March, 2005, vol. 307. no. 5717, p. 1852; Mary H. SCHWEITZER, Jennifer L. WITTMEYER, John R. HORNER, Jan K. TOPORSKI, "Soft-Tissue Vessels and Cellular Preservation in Tyrannosaurus rex", Science 25 March 2005, vol. 307, no. 5717, s. 1952-1955; Deirdre Lockwood, "Flexible fossil shows tyrannosaur"s softer side", http://www.nature.com/news/2005/050321/full/050321-13.html; William Mullen, "Break a fossil, look what you learn. A maverick scientist finds possible blood vessels in a T. rex bone, a discovery that could unlock many mysteries of dinosaurs", Chicago Tribune March 25, 2005, http://www.chicagotribune.com/news/local/chi-0503250246mar25,1,4542402.story?coll=chi-news-hed&ctrack=1&cset=true. Patrz też http://news.bbc.co.uk/1/hi/sci/tech/4379577.stm

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut

PLN - Polski złoty
EUR
4,2290
USD
3,6090
GBP
4,7786
HUF
0,0135