Na wojennej ścieżce

POWIEM SZCZERZE. JESTEM BARDZO DOBRZE WPROWADZONA W ŚRODOWISKO PSYCHOLOGÓW I PSYCHIATRÓW. WIEM, KTÓRY SEKSUOLOG, EKSPERT SĄDOWY DORABIAŁ SOBIE, HANDLUJĄC DRASTYCZNYMI ZDJĘCIAMI. NIE MA W TYM PROCEDERZE NIC NIECODZIENNEGO. KIEDYŚ TAKIE ZDJĘCIA, NA PRZYKŁAD Z PROSEKTORIUM, UMIESZCZAŁA W SWOIM PIŚMIE „ZŁY” MAŁGORZATA DANISZEWSKA, ŻONA URBANA.


POWIEM SZCZERZE. JESTEM BARDZO DOBRZE WPROWADZONA W ŚRODOWISKO PSYCHOLOGÓW I PSYCHIATRÓW. WIEM, KTÓRY SEKSUOLOG, EKSPERT SĄDOWY DORABIAŁ SOBIE, HANDLUJĄC DRASTYCZNYMI ZDJĘCIAMI. NIE MA W TYM PROCEDERZE NIC NIECODZIENNEGO. KIEDYŚ TAKIE ZDJĘCIA, NA PRZYKŁAD Z PROSEKTORIUM, UMIESZCZAŁA W SWOIM PIŚMIE „ZŁY” MAŁGORZATA DANISZEWSKA, ŻONA URBANA.

 

Liberałowie powiedzą, że jeżeli istnieje na takie zdjęcia rynek, nie ma nic złego w wykorzystaniu ich w celach komercyjnych.

 

A poza tym nie ma przecież seksualnej normy, istnieją tylko równoprawne preferencje. Jeżeli zatem kogoś „rajcują” zdjęcia z sekcji dzieci i ma ochotę się branzlować (excusez-moi le mot) przy ich inspiracji, to przecież jest tylko fragment pełnego spectrum dopuszczalnych zachowań seksualnych opisywanych przez wielkiego uczonego Kinseya. Z rozrzewnieniem wspominam romantyczne czasy, gdy dotego samego zamiast zdjęć zwłok dzieci służyły tak zwane pin-up girls.

 

Wiem, który psychiatra, biegły sądowy współpracuje z gangsterami.

 

Wiem, który ordynator oddziału w znanym szpitalu psychiatrycznym jest czynnym homoseksualistą, zachowującym się tak, jakby cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową o cyklu miesięcznym. Po szczególnie atrakcyjnym homoseksualnym podboju facet wpada w depresję na tle przypuszczalnego zarażenia się wirusem HIV, poddaje się badaniom, cały w nerwach czeka na ich wyniki i gdy wynik badania jest - jak dotąd za każdym razem - negatywny, wpada w euforię, która owocuje następnym podbojem.

 

Jest dla mnie zagadką, jak ten człowiek może komukolwiek pomóc, jeżeli nie jest w stanie pomóc samemu sobie?

 

Powiem więcej - wszystko to, o czym piszę, jest w tym specyficznym środowisku (psychiatrów i psychologów) publiczną tajemnicą, ale nikt nie ośmiela się złamać omerty, czyli zmowy milczenia.

 

Ja też tego, jak na razie, nie robiłam. Nie dlatego, że się kogoś czy czegoś boję, lecz dlatego, że zakazuje mi tego moje wychowanie.

 

VIII przykazanie: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu” w moim środowisku obowiązuje w nieco zmienionej wersji - „Nie mów prawdziwego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, jeżeli mogłoby to mu zaszkodzić, a nie jest absolutnie konieczne dla ratowania zdrowia lub życia innych”.

 

Jednak dobre wychowanie w kwestiach przypadłości i zboczeń psychologów i psychiatrów owocuje szkodą dla konkretnych osób. Na podstawie opinii psychologów urażonych faktem, że państwo Bajkowscy zrezygnowali z nieodpowiadającej im terapii, ich dzieci spędziły dłuższy czas w domu dziecka. Tego, co tam przeżyły, nikt im nie odbierze. A za ich traumę pośrednio odpowiedzialne są różne - tak jak ja - dobrze wychowane osoby, które brzydzą się nazywaniem rzeczy po imieniu.

 

Dziś zatem kolej na Andrzeja Samsona. Jego upadek był równie widowiskowy, jak uprzednia kariera. Potraktujmy opis tej sprawy jako ostrzeżenie. Nic nowego nie ujawniam, przypominam tylko pewne niezbyt wygodne dla środowiska psychologów fakty. Jak zwykle umieszczam fragment pracy syna (jestem bardzo leniwa), ale muszę o tym uprzedzić, żeby środowisko w akcie zemsty nie oskarżyło go o plagiat.

 

„Słynny psychoterapeuta Andrzej Samson okazał się pedofilem molestującym seksualnie swoich małych pacjentów. W jego mieszkaniu oprócz kilkuset zdjęć dokumentujących jego poczynania znaleziono wibratory, gumowe lalki i inne akcesoria seksualne. Przypadek Samsona środowisko psychologów chciało traktować jako „wypadek przy pracy”. W każdym środowisku może znaleźć się przestępca, w tym seksualny. Takie traktowanie Samsona byłoby uprawnione, gdyby nie fakt, że orzekał on jako biegły w sprawach sądowych, że był konsultantem policji i że na leczenie kierował do niego dzieci między innymi sąd rodzinny. Opinia rodziców na temat tej terapii nie miała najmniejszego znaczenia. Błąd sprowadza się tu nie tylko do przyjęcia, że obcy człowiek wie lepiej, czego dziecko potrzebuje, lecz również do założenia, że losy dziecka obchodzą go bardziej niż rodziców i że ma prawo o tych losach arbitralnie decydować. Andrzej Samson był przekonany, że zabawyseksualne służą rozwojowi dziecka, mogą wytrącić je ze stuporu, dopomóc w leczeniu autyzmu. Podobne opinie wyrażali stający w jego obronie koledzy po fachu. Bronił Samsona między innymi psychiatra Stanisław Teleśnicki. On właśnie twierdził, że metoda Samsona jest skuteczna w leczeniu autyzmu. Sam Teleśnicki był odsunięty od terapii rodzinnej za pijaństwo i łapówkarstwo1.

 

Bronili Samsona również psychologowie Jacek Santorski i Janusz Czapiński, i Wojciech Eichelberger. Musieli jednak przyznać, że Andrzej Samson łamał wszelkie reguły pracy z pacjentem wyznaczone przez środowisko psychologów. Nie prowadził dokumentacji, nie miał superwizora. Znana psycholog Ewa Woydyłło wyraziła publicznie żal, że osobiście kierowała dzieci na terapię do Andrzeja Samsona2.

 

W czasie wywiadu przeprowadzonego przez dziennikarkę TVN Samson oświadczył, że jego zdaniem seks z dzieckiem beż użycia przemocy nie jest szkodliwy”.

 

Sprawa wymaga uzupełnienia. Spotkałam się ze stanowiskiem, że Samson został „rozrobiony”, że jego aresztowanie było celową prowokacją i że wiele osób zawdzięcza Samsonowi pozytywne wyniki terapii ich dzieci uzyskanej tak niekonwencjonalnymi metodami, jak stymulacja erotyczna. Przywołam znowu zasadę: „Chcącemu nie dzieje się krzywda”. Jeżeli ktoś chce uważać, że Samson miał prawo molestować jego dziecko, niech przy tym zostanie. Ale od cudzych dzieci mu wara. Znam przypadek skierowanej do Samsona przez sąd na przymusową terapię dziewczynki, która po tej terapii nie wychodziła z domu i odmawiała rozbierania się. Znam przypadek dorosłej osoby, którą Samson w dzieciństwie wyleczył z niewłaściwej identyfikacji płciowej. Wtedy jeszcze coś takiego leczono. Osoba ta jest ewidentnie zaburzona w sferze erotycznej. Nie podam dowodów ze względu na łatwość jej rozpoznania. Osoba ta, niezależnie od tego, co o sobie myśli, jest ofiarą Samsona (a swoją drogą może jeszcze kogoś innego).

 

Podobno sprawa Samsona tak przeraziła biegłego, który handlował drastycznymi zdjęciami, że zaprzestał swego haniebnego procederu. Jest więc u mnie całkowicie bezpieczny.

 

Każdy – uważam - ma prawo i możliwość poprawy i nie wolno dla sensacji ujawniać jego dawnych przewinień. Jednak psychologowie, którzy nadal szkodzą dzieciom, nie są bezpieczni.

 

Weszłam na wojenną ścieżkę.

 

Przypisy:
1 Rzeczpospolita 20.08.2004
2 Reportaż TVN 13.01.2007

 

naszeblogi.pl, lipiec 2014

Logika badawcza

W czasach dzieciństwa zaśmiewaliśmy się z badań radzieckiego uczonego nad słuchem pcheł. Otóż radziecki uczony oberwał pchle nogę i powiedział: „Skacz”. Pchła skoczyła. Uczony oberwał następną nogę i powiedział: „Skacz” - pchła skoczyła. Po oberwaniu ostatniej nogi uczony powiedział: „Skacz”. Pchła nie skoczyła. Uczony zapisał: „Po oberwaniu ostatniej nogi pchła traci słuch”.
Ta urocza anegdota przypomniała mi się, gdy przeczytałam o pracach duńskich uczonych na temat częstości występowania chorób psychicznych u dzieci poczętych metodą in vitro.


W czasach dzieciństwa zaśmiewaliśmy się z badań radzieckiego uczonego nad słuchem pcheł. Otóż radziecki uczony oberwał pchle nogę i powiedział: „Skacz”. Pchła skoczyła. Uczony oberwał następną nogę i powiedział: „Skacz” - pchła skoczyła. Po oberwaniu ostatniej nogi uczony powiedział: „Skacz”. Pchła nie skoczyła. Uczony zapisał: „Po oberwaniu ostatniej nogi pchła traci słuch”.

 

Ta urocza anegdota przypomniała mi się, gdy przeczytałam o pracach duńskich uczonych na temat częstości występowania chorób psychicznych u dzieci poczętych metodą in vitro.

 

Jak wynika z danych opublikowanych przez HFEA (Human Fertilisation and Embryology Authority), rośnie liczba matek poddających się procedurze in vitro. W 2011 r. w samej tylko Wielkiej Brytanii 47 tys. kobiet. zdecydowało się na sztuczne zapłodnienie, a do tej pory na świat przyszło ponad pięć milionów osób poczętych metodą in-vitro.

 

Uczeni z uniwersytetu w Kopenhadze porównali częstość występowania zaburzeń psychicznych u dzieci poczętych naturalnie oraz poczętych metodą zapłodnienia pozaustrojowego.

 

Przebadano 2 430 826 osób urodzonych pomiędzy 1969 r. a 2006 r. Pięć procent z nich stanowiły dzieci poczęte w wyniku in vitro. Ponad 170 tys. z badanych trafiło do zakładów psychiatrycznych, z czego 33 proc. stanowiły osoby urodzone przez matki z problemami z płodnością, które poddały się procedurze sztucznego zapłodnienia.

 

Jak twierdzą badacze, dzieci poczęte metodą in vitro częściej cierpią na zaburzenia psychiczne: schizofrenię, zaburzenia afektywne, autyzm, nerwice. Wyciągnęli jednak wniosek, że to zaburzenia płodności matki, a nie procedura in vitro stwarzają ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych u dzieci.

 

Logika badawcza godna radzieckiego uczonego.

 

naszeblogi.pl, lipiec 2014

Ojcowie i dzieci

Syn znajomej od dawna stwarzał jej kłopoty. Jest - excusez le mot - dobrze urodzona, obdarzona naukowymi tytułami, znana w środowisku. Tymczasem młody jest oryginałem. Nie może pracować, bo miewa migreny (gdyby był z innego środowiska, powiedziałabym, że łeb go nap…...a). Ostatnio synalek związał się z lekko zmęczoną przez życie, wywodzącą się z nizin społecznych panią, która dla niego opuściła męża i dwoje dzieci. Matka podejrzewa, że pani została oddelegowana przez rodzinę do przejęcia majątku, jaki zostawi synowi (dwa mieszkania i dom pod miastem) i że wybranka, obrawszy go do kości, wywali go po prostu za drzwi.


Syn znajomej od dawna stwarzał jej kłopoty. Jest - excusez le mot - dobrze urodzona, obdarzona naukowymi tytułami, znana w środowisku. Tymczasem młody jest oryginałem. Nie może pracować, bo miewa migreny (gdyby był z innego środowiska, powiedziałabym, że łeb go nap…...a). Ostatnio synalek związał się z lekko zmęczoną przez życie, wywodzącą się z nizin społecznych panią, która dla niego opuściła męża i dwoje dzieci. Matka podejrzewa, że pani została oddelegowana przez rodzinę do przejęcia majątku, jaki zostawi synowi (dwa mieszkania i dom pod miastem) i że wybranka, obrawszy go do kości, wywali go po prostu za drzwi.

 

Sądziłam początkowo, że syn się - jak w „Weselu” - „narodowo bałamuci”. Miałam nadzieję, że wybranka wprowadzi go w barwne lumpenproletariackie sfery ich miasta i młody kiedyś je opisze, jak nie przymierzając Nowakowski czy Iredyński.

 

Nic z tych rzeczy. Wybranka synalka zaczęła bohatersko walczyć o akceptację rodziny. Najgłupiej zresztą, jak można. Nawet ja (a jestem bardzo cierpliwa i tolerancyjna) nie jestem w stanie słuchać jej dywagacji na temat literatury, którym towarzyszy przekręcanie nazwisk oraz mylenie wątków i epok. Przyszła teściowa nie może natomiast znieść jej - niczym nieusprawiedliwionego - puryzmu w kwestii ustawiania szklanek i układania łyżeczek. Rozumiem dobrze teściową - wolę pić bimber z musztardówki, naprawdę nie mam z tym najmniejszego problemu, niż przez grzeczność udawać, że nie dostrzegam niezliczonych błędów w sztucznej i wymuszonej organizacji stołu.

 

Nie wiem, czy próby doszkolenia się w dziedzinie bon tonu potwierdzają plan zamachu na majątek znajomej, czy wręcz przeciwnie, dowodzą szczerości uczuć wybranki niesfornego synalka.

 

Częścią perfidnej gry młokosa jest fakt, że matka się potwornie wstydzi zarówno jego wybryków, jak i niedoszłej synowej. Im bardziej się synowa stara, tym matka bardziej się wstydzi. Trochę ją rozumiem - wolałabym oczywiście dziewczynę w wersji „zbuntowanego anioła” niż rozpaczliwie i bezskutecznie usiłującej się cywilizować parweniuszki.
 
To przecież nic nowego pod słońcem. Przypomnę historię Madame du Barry, opisywaną przez Goncourtów.

 

Urodziła się jako Jeanne Bécu (przypadkowo jest to nazwisko matki Słowackiego), nieślubne dziecko kucharki i jakiegoś mnicha. W wieku 15 lat została kurtyzaną. Wydano ją za mąż za hrabiego Guillaume du Barry, dzięki czemu mogła zostać przedstawiona rodzinie Ludwika XV oraz zostać jego oficjalną metresą. Po śmierci Ludwika XV przeniosła się do swojej posiadłości Château de Louveciennes. Podobno kochała Henry'ego Seymoura, a ją kochał książę de Brissac, albo na odwrót, naprawdę nie pamiętam.

 

Du Barry byłaby dla mnie do zaakceptowania jako zuchwała ulicznica wodząca za nos arystokratów i duchownych. Niestety, mała prostytutka marzyła tylko o tym, żeby zostać damą i poświęcała cały swój czas gromadzeniu przedmiotów, które uważała za cenne i nobliwe.

 

Jeżeli wierzyć Goncourtom - du Barry niezwykle zabiegała o akceptację arystokracji. Ubolewała nad tym, że nie chce jej widywać Maria Antonina. W swojej posiadłości gromadziła złote nocniki i złote klamki. Zbiorowisko dywanów, mebli, kosztowności czyniło na gościach wrażenie jakiegoś potwornego bric-à-brac. Obie – zarówno du Barry, jak i Marię Antoninę dopadła jednak rewolucja.

 

8 grudnia 1793 du Barry została w wieku 42 lat zgilotynowana na Placu Concorde. Jej ostatnie słowa brzmiały: "Encore un moment, monsieur le bourreau, un petit moment" (Jeszcze chwila, panie kacie, tylko chwilka). Zniecierpliwiony kat przyspieszył egzekucję.

 

Maria Antonina, wchodząc na szafot, niechcący nadepnęła katu na nogę. Jej ostatnie słowa brzmiały: „Pardonnez-moi, Monsieur.”

 

Wprawdzie ostateczny efekt był ten sam, ale zachowanie trochę różne.

 

Wracając do ojców i dzieci. Kilkadziesiąt lat temu troszczyliśmy się szlachetnie o to, żeby nie obarczać dzieci odpowiedzialnością za grzechy rodziców. Robiliśmy wszystko, żeby pokazać, że Michnik nie musi się zastanawiać, kim byli jego ojciec i brat. Koledzy Moniki Jaruzelskiej z polonistyki podobno martwili się, że biedaczka wstydzi się za swego ojca. Okazało się, że martwili się niepotrzebnie. Monika jest z ojca dumna.

 

Przyszedł czas, żeby się zastanowić, czy na odwrót – to rodzice muszą się wstydzić za swoje dzieci i za nie odpowiadać.

 

Roman Giertych mówi: „To ja rozwaliłem ten rząd i jestem z tego dumny...”. Przyznam, że jego poczucie dumy i honoru jest dla mnie całkowicie egzotyczne. Okazuje się, że miał również zamiar handlować niewydanymi biografiami. Taki proceder chyba inaczej się nazywa.

 

Ciekawa jestem, czy profesor Giertych wstydzi się za swego synalka? I co ważniejsze - czy powinien się wstydzić?

 

naszeblogi.pl, lipiec 2014

ODPOWIEDŹ NA POLEMIKĘ DOROTY BRYLLI

Dziękuję za tak obszerną polemikę do mojego tekstu „Chrzest czy Chrystus”. Potwierdza ona znaczenie podniesionej przeze mnie kwestii nieporozumień w tej sprawie. Krótko odniosę się do przedstawionych przez Panią argumentów przeciw mojej tezie, że chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego, ale na podstawie osobistej więzi z Jezusem.


Dziękuję za tak obszerną polemikę do mojego tekstu „Chrzest czy Chrystus”. Potwierdza ona znaczenie podniesionej przeze mnie kwestii nieporozumień w tej sprawie. Krótko odniosę się do przedstawionych przez Panią argumentów przeciw mojej tezie, że chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego, ale na podstawie osobistej więzi z Jezusem.

 

1. Zbieżność słów „chrześcijanin” i „chrzest” w języku staropolskim nie wnosi nam niczego do interpretacji Biblii. Tworzenie tych słów na naszym obszarze kulturowym miało miejsce przynajmniej kilkaset lat po powstaniu greckiego tekstu Nowego Testamentu.

 

Nieprawdziwe jest też Pani twierdzenie, że chrzest „jest czymś, co czyni osobę chrześcijaninem”. Człowiek staje się własnością Chrystusa (chrześcijaninem) przez osobistą decyzję wiary (zaufania) dobrej nowinie (ewangelii) o darmowym zbawieniu nabytym dla nas przez Jezusa.

 

Rozważania o „kategoriach sacrum” wykraczają poza interpretację Nowego Testamentu i są dziełem ludzi. Zbawienie nie dokonuje się ręką człowieka ani za pośrednictwem religijnej organizacji (kościoła).


Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga. Jan. 1:12-13
Dziękując Ojcu, który was zdolnymi uczynił do uczestniczenia w dziedzictwie świętych w światłości, który nas wyrwał z mocy ciemności i przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów, Kol. 1:12-14
 
2.,3.,4. Jak Pani słusznie zauważyła: "baptismós jest na stronach Nowego Testamentu symbolem”. W powszechnym rozumieniu symbol nie stwarza nowej rzeczywistości, a jedynie przypomina rzeczywistość już wcześniej zaistniałą. Twierdzenie: „poprzez chrzest wodny człowiek „rodzi się” ponownie i wchodzi w życie z Chrystusem, włącza się do Kościoła jako do wspólnoty zbawionych” pozbawione jest więc sensu.

 

5. Chrześcijanin to człowiek zanurzony w Chrystusa, nie w wodę. Dokonuje tego zanurzenia Bóg Ojciec (co wcześniej wykazałem). Żaden ludzki obrzęd nie ma takiej mocy. W ujęciu chrześcijańskim chrzest nie jest sakramentem (tajemnym znakiem mającym sam w sobie moc sprawczą), a prostym symbolem tego, co już się dokonało w człowieku w wyniku działania Boga i jego odpowiedzi osobistą wiarą. Chrzest służy jedynie przypomnieniu i przeżyciu znaczenia chrześcijańskiego nawrócenia oraz jest komunikatem czytelnym w kontekście społecznym. Sam jednak niczego nie zmienia w pozycji człowieka przed Bogiem.
Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który nas ubłogosławił w Chrystusie wszelkim duchowym błogosławieństwem niebios; Efez. 1:3
I nas, którzy umarliśmy przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem - łaską zbawieni jesteście - I wraz z nim wzbudził, i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie, Efez. 2:5-6

 

6. „…fakt, że już w pierwotnym Kościele chrześcijańskim wstępowało się w ową wspólnotę, tj. we wspólnotę zbawionych, poprzez zanurzenie (baptismós)” – nie wiem, na jakiej podstawie uznała Pani za „fakt”, że pierwszy Kościół odstąpił od nauczania apostolskiego o zbawieniu wyłącznie z łaski, a nie przez uczynki czy rytuały religijne? Owszem, słyszałem o herezjach w pierwszym Kościele, jest o tym mowa nawet na kartach Nowego Testamentu, na przykład w Liście do Galacjan, gdzie Paweł potępia nakaz rytuału obrzezania jako warunkującego zbawienie wierzących, puentując swoją polemikę tezą, która ma w moim przekonaniu także zastosowanie i do naszej dyskusji:
Albowiem ani obrzezanie, ani nieobrzezanie nic nie znaczy, lecz nowe stworzenie. A pokój i miłosierdzie nad tymi wszystkimi, którzy tej zasady trzymać się będą, i nad Izraelem Bożym. Gal. 6:15-16. Nie uważam jednak za stosowne, by z ludzkiego błędu czynić normę dla Kościoła Chrystusa.

 

Podtrzymuję więc w całej rozciągłości swoją tezę, że chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego. Może on być tylko pustym znakiem sprawowanym przez niewierzących wobec niewierzących, a nawet nieświadomych (niemowlęta) ludzi. Chrześcijan łączy Chrystus. I to w zupełności wystarczy…

 

lipiec 2014

I CHRZEST, I CHRYSTUS? Polemika z artykułem „CHRZEST CZY CHRYSTUS”

W odniesieniu do słów Pana Pawła Chojeckiego, zamieszczonych w numerze 4-5 (117-118) [kwiecień-maj 2014] „Idź pod prąd”, s. 8 [cyt.: Drugie kłamstwo: „jedność na fundamencie chrztu świętego”. Chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego, ale zaufania osobie Jezusa. Biskup wykorzystuje tu sprytnie pewną zbieżność w języku polskim – chrześcijanin i chrzest. W języku Biblii te dwa terminy nie mają ze sobą nic wspólnego. Chrześcijanin to należący do Chrystusa (christianos), a chrzest (zanurzenie) to baptismos. Wielu Polaków mylnie żyje w przekonaniu, że chrześcijanin pochodzi od słowa chrzest.], pragnę zwrócić pokrótce uwagę na kilka kwestii, poddając tym samym namysłowi słuszność zastosowania w tytule artykułu („Chrzest czy Chrystus”) spójnika dysjunktywnego.


W odniesieniu do słów Pana Pawła Chojeckiego, zamieszczonych w numerze 4-5 (117-118) [kwiecień-maj 2014] „Idź pod prąd”, s. 8 [cyt.: Drugie kłamstwo: „jedność na fundamencie chrztu świętego”. Chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego, ale zaufania osobie Jezusa. Biskup wykorzystuje tu sprytnie pewną zbieżność w języku polskim – chrześcijanin i chrzest. W języku Biblii te dwa terminy nie mają ze sobą nic wspólnego. Chrześcijanin to należący do Chrystusa (christianos), a chrzest (zanurzenie) to baptismos. Wielu Polaków mylnie żyje w przekonaniu, że chrześcijanin pochodzi od słowa chrzest.], pragnę zwrócić pokrótce uwagę na kilka kwestii, poddając tym samym namysłowi słuszność zastosowania w tytule artykułu („Chrzest czy Chrystus”) spójnika dysjunktywnego.


Po pierwsze, charakterystyczna dla języka polskiego i wykazana w przytoczonym cytacie zbieżność lingwistyczna słów „chrześcijanin” i „chrzest” nie jest przypadkowa. Jest bowiem efektem uzusu właściwego językowi staropolskiemu, gdzie christiti – od którego pochodzi słowo „chrzest” – oznacza ‘znaczyć imieniem Chrystusa’, ‘czynić chrześcijaninem’. Termin „chrzest” jest oczywiście derywatem od tytułu założyciela religii chrześcijańskiej: Chrystusa [gr. christós – ‘pomazaniec’, ‘namaszczony’, ‘mesjasz’] (nie odwrotnie) – bezpośrednio łączy się i wskazuje na tę najważniejszą dla chrześcijan postać. Chrzest jest więc aktem naznaczającym osobę jako wyznawcę Chrystusa; jest czymś, co czyni osobę chrześcijaninem – niesie więc sens mocno zbliżony do greckiego terminu baptízein [βαπτίζειν], który etymologicznie istotnie konotuje czynność ‘zanurzenia’ (resp. ‘obmycia’), ale ów akt dokonywany jest zgodnie z przekazem biblijnym (tu: nowotestamentowym) w konkretnym kontekście: związywania osoby ze wspólnotą ludzi podążających za Chrystusem. To, co polscy tłumacze biblijni oddają jako „chrzest”, to literalnie ‘zanurzenie’ – baptismós [βαπτισμός] (forma rzeczownikowa od baptízein) i jest ono oznaką wstąpienia do grupy adherentów Chrystusa. Znamionuje więc baptismós ‘czynienie chrześcijaninem’ (‘należącym do Chrystusa’) – tak, jak polskie słowo „chrzest” –  jakkolwiek pierwotnie, np. już u Platona, nie niósł ów grecki termin konotacji religijnych. Etymologicznie baptismós rzeczywiście nie oznacza chrztu jako aktu czyniącego osobę wyznawcą Chrystusa, ale kontekstualnie – tj. tutaj nowotestamentowo – już tak. W księgach Nowego Testamentu słowa baptízein oraz baptismós zamknięte zostały po prostu w kategoriach sacrum – podobnie jak to się stało z polskim słowem „chrzest”.


Po drugie, co związane pozostaje z powyższym, baptismós jest na stronach Nowego Testamentu symbolem przejścia do nowej egzystencji, do nowego etapu życia – życia duchowego, ponieważ od tej pory wespół z Jezusem Chrystusem. Poprzez chrzest wodny człowiek „rodzi się” ponownie i wchodzi w życie z Chrystusem, włącza się do Kościoła jako do wspólnoty zbawionych (zob. Dz 2:41–42; 5:14), staje się „nowonarodzony” – bo, skutkiem partycypacji w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, bez grzechu. Występowanie tu żywiołu wody, za której pomocą się chrzci, nie jest akcydentalne – oznacza bowiem owe nowe narodziny, odrodzenie i odsyła, jako symbol, do idei rytuałów przejścia (tzw. [fr.] rites de passage).1


Po trzecie, woda symbolizuje tu (i tak naprawdę w większości kultur i tradycji – w tym religijnych) nie tylko odrodzenie, ale i oczyszczenie. Chrześcijański (nowotestamentowy) baptismós jest wszak najpewniej transpozycją żydowskich rytualnych ablucji, tj. rytualnych obmyć wodą [łac. ablutio od abluere – ‘obmyć’, ‘oczyścić’, ‘spłukać’]. Te starotestamentowe obrzędy ablucyjne2 wyznaczają analogię do nowotestamentowego chrztu wodnego. Tradycję rytualnej kąpieli żydów (tzw. mykwa [hebr. מִקְוֶה] – rytualne ‘zanurzenie’; dosłownie mykwa znaczy ‘zbiór wód’; w późniejszym judaizmie termin ten zaczął oznaczać basen/zbiornik z wodą przeznaczoną do rytualnej kąpieli) praktykował Jan Chrzciciel (Jan Baptysta [sic!]), który obmył-ochrzcił (baptízein) Jezusa.3 Chrześcijański chrzest czyniony przez Jezusa i jego uczniów, opisany na kartach Nowego Testamentu, swój prototyp miał przypuszczalnie właśnie w chrzcie jordańskim (a więc wodnym) Jezusa, który wykonał na nim Jan Baptysta4 (o Janie Chrzcicielu, w tym jako chrzczącym Jezusa zob. Mt 3:1-17; Mk 1:1-11; Łk 3:1-22). A że chrzest Janowy był chrztem oczyszczającym ciało – żydowską ablucją kultową – to woda jest tu warunkiem sine qua non.5


Po czwarte, to, co różniło chrzest Janowy od mykwy par excellence, to jego jednorazowość (mykwy charakteryzują się temporalnością, powtarzalnością) – i jest to nota bene również wyznacznik chrztu chrześcijańskiego. Jednak już w świecie żydowskim jednorazowy chrzest wodny zaczął być oferowany prozelitom wstępującym we wspólnotę żydowską 6 – teraz poza systematycznymi mykwami praktykowane zaczyna być zatem specjalne, pojedyncze oczyszczenie-zanurzenie, z którego najpewniej zapożyczy chrześcijański koncept chrztu wodnego jako zewnętrznego przejawu duchowego aktu konwersji.


Po piąte, sakrament chrztu – jako jeden z dwóch sakramentów poświadczonych przez Nowy Testament (w czym zgadzają się protestanci) – czyniący osobę wyznawcą Chrystusa polega dziś w większości wspólnot chrześcijańskich na zanurzeniu w wodzie lub polaniu wodą właśnie i wypowiedzeniu formuły z imieniem Jezusa Chrystusa. Przyjmuje zatem formę obecną już w pierwotnym Kościele (zob. Dz 2:38: „A Piotr do nich: Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić [dosłownie ‘zanurzyć’] w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego”7). I to taki chrzest – czyli chrzest wodny – ustanowiony został jako sakrament przez zmartwychwstałego Chrystusa, w którego nakazie udzielać go należy wszystkim narodom na całym świecie (zob. np. Mk 16:16: „Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony [...]”; Mt 28:19: „Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – zapis grecki bezpośrednio wskazuje na kontekst wodny).


Stąd, po szóste, i zważywszy na powyższe – a zasadniczo na fakt, że już w pierwotnym Kościele chrześcijańskim wstępowało się w ową wspólnotę, tj. we wspólnotę zbawionych, poprzez zanurzenie (baptismós) – można nie zgodzić się z konstatacją Pana Pawła Chojeckiego, że Chrześcijanie nie mają jedności na podstawie chrztu wodnego i merytoryczną prawidłowością zastosowania przez autora w tytule artykułu spójnika wykluczającego („czy”). Terminy „chrzest” i „chrześcijanin” mają bowiem – powtórzę: nie etymologicznie, ale kontekstualnie (tu: nowotestamentowo) – wiele wspólnego: „chrzest” (polskie tłumaczenie biblijnego baptismós) to potwierdzenie związku z Chrystusem, który to związek w języku Biblii ustanawiany jest poprzez, nomen omen, „zanurzenie”.8

 

Przypisy:

1 Wybrzmiewa stąd i swoisty psychologizm: woda chrztu odrodzenia (ponownych narodzin do życia duchowego) nawiązywać może na poziomie nieświadomym do pierwotnych narodzin z pierwotnych wód życia (wód płodowych); zob. Jack Tresidder, Słownik symboli. Ilustrowany przewodnik po tradycyjnych wyobrażeniach obrazowych, znakach ikonicznych i emblematach, tłum. Bożenna Stokłosa, Wydawnictwo RM, Warszawa 2005, s. 28; hasło „chrzest”.
2 Na temat rytualnego oczyszczenia Izraelitów za pomocą wody zob. np. Num rozdz. 19 czy chociażby 2 Sm 12:20 oraz Ps 26: 6; 51:9.
3 Wielka waga do rytualnych ablucji przykładana była we wspólnocie esseńskiej. W kontekście rozważań o Janie Chrzcicielu jest to istotne o tyle, o ile w dyskusji akademickiej przyjmuje się coraz powszechniej, że był on właśnie Esseńczykiem.
4 Por. Judeochrześcijańskie zwyczaje i symbole – inicjacja chrześcijańska, [w:] Jean Daniélou, Henri Irenee Marrou, Historia Kościoła, tłum. Maria Tarnowska, t. I: Od początków do roku 600, Wydawnictwo PAX, Warszawa 1986, s. 70-71.
5 O Janie Chrzcicielu zob. Roland Schütz, Johannes der Täufer, Zwingli Verlag, Zürich 1967; Walter Wink, John the Baptist in the Gospel Tradition, Cambridge University Press, Cambridge 1968.
6 Pierwsze świadectwa na ten temat pochodzą ze źródeł z I w. n.e., choć sama czynność praktykowana była najpewniej znacznie wcześniej.
7 Cytaty nowotestamentowe za tłumaczeniem: Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 1996.
8 Opracowano na podstawie: Religia. Encyklopedia PWN, wersja 1.0, 2003, CD; hasło „chrzest” [op. Ignacy Bokwa]; Die Religion in Geschichte und Gegenwart. Handwörterbuch für Theologie und Religionswissenschaft, Bd. V (S-Z), Hermann Gunkel, Leopold Zscharnack, et al., Verlag von J.C.B. Mohr (Paul Siebeck), Tübingen 1931, kol. 1002-1026; hasło „Taufe” (‘chrzest’) [op. Martin Schian].

 

lipiec 2014

O przypadku BOGDANA CHAZANA i hienach

Bogdana Chazana, dyrektora ginekologiczno-położniczego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, władze stolicy (a pisząc wprost Hanna Gronkiewicz-Waltz, która jest oczywiście katoliczką, ale przede wszystkim dygnitarzem Platformy Obywatelskiej) wywaliły z roboty. Zdaje się, że pretekstem jest jakieś drobne niedociągnięcie, a przynajmniej tak postępowanie Chazana zostałoby określone, gdyby był urzędnikiem urzędu skarbowego i działając niezgodnie z prawem, wykończył jakąś firmę, urzędnikiem ZUS-u i doprowadził do śmierci człowieka, sędzią i wydał wyrok nijak mający się do litery prawa. A gdyby był politykiem i przeszedł na stronę Niemców, to już wszystko byłoby z pewnością na miejscu, w porządku i na czasie.


Bogdana Chazana, dyrektora ginekologiczno-położniczego Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, władze stolicy (a pisząc wprost Hanna Gronkiewicz-Waltz,która jest oczywiście katoliczką, ale przede wszystkim dygnitarzem Platformy Obywatelskiej) wywaliły z roboty. Zdaje się, że pretekstem jest jakieś drobne niedociągnięcie, a przynajmniej tak postępowanie Chazana zostałoby określone, gdyby był urzędnikiem urzędu skarbowego i działając niezgodnie z prawem, wykończył jakąś firmę, urzędnikiem ZUS-u i doprowadził do śmierci człowieka, sędzią i wydał wyrok nijak mający się do litery prawa. A gdyby był politykiem i przeszedł na stronę Niemców, to już wszystko byłoby z pewnością na miejscu, w porządku i na czasie.


To ciekawe, że gdy jakiś spryciarz nagrał kiedyś nauczycielkę, która na lekcji, całkiem serio, uczyła dzieci, że Krzysztof Kolumb był Polakiem, to nikt z pracy jej nie wywalił. Tylko szkolenia, kursy ideologiczne, przecież to taka dobra towarzyszka z oddaniem pracująca na odcinku edukacji. Podobnie jak nikt nie wywala z pracy nieuczciwych i niekompetentnych urzędników, policjantów-łapówkarzy, sędziów zależnych od UB, lekarzy, którzy mają w nosie swoje obowiązki i śpią w godzinach pracy albo gdzieś łażą, zamiast odbierać poród.


Rzeczniczka Praw Pacjenta, która tam jakoś po swojemu się nazywa, oceniła, że Bogdan Chazan naruszył prawa pacjenta. Oczywiście, gdy władze wyznaczają limity na leczenie, w wyniku czego chorym odmawia się pomocy medycznej, gdy pacjenci umierają w kolejce do leczenia onkologicznego, gdy jednemu wyznaczają termin zabiegu za 10 lat, a drugiemu, np. jakiemuś miejscowemu dygnitarzowi, po znajomości za dwa dni, gdy pacjent nie ma możliwości dowiedzieć się czegoś o swoim stanie zdrowia, to nie jest naruszanie praw pacjenta. Kiedyś w telewizji był reportaż, zdaje się był to pogram Elżbiety Jaworowicz, o człowieku, któremu lekarz zalecił zażywanie jakiegoś medykamentu, ale nie powiedział, że osłonowo trzeba zażywać inny medykament. Człowiek teraz jest kaleką. I jakoś wszystko jest w porządku, Rzecznik Praw Pacjenta nikogo nie piętnuje, lekarza nikt nie zwalnia, dziennikarze nie domagają się niczyjej głowy.


Można więc między bajki włożyć wrażliwość Rzecznika Praw Pacjenta. Raczej postępuje zgodnie z otrzymanym rozkazem, czyli jest dobrym urzędnikiem. Działa wg wytycznych UB, ma więc szanse na karierę. Taka pani marszałek Ewa Kopacz w swoim czasie twierdziła, że Rosjanie przekopywali ziemię w miejscu katastrofy polskiego Tu-154 w Smoleńsku na głębokość 1,5 metra i proszę, jaką karierę zrobiła - została marszałkiem sejmu! A przecież nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa! Kto wie, może za cztery lata znajdzie się nawet w Parlamencie Europejskim, gdzie będzie mogła zbijać kokosy.


A wracając do sprawy Bogdana Chazana. Oto w telewizorze pojawiało się mnóstwo różnych hien, które niby to pochylają się w trosce, niby drżą o matkę, niby zabiegają o przestrzeganie prawa, ale tak naprawdę mają pretensje do Chazana, że nie zabił nienarodzonego dziecka. Skoro tak bardzo pragnęli śmierci tego człowieka, skoro to miało być dla biednego maluszka takie szczęcie zostać zabitym, to dlaczego nikt z tych mądrali nie zamordował dziecka po jego narodzeniu?! Jeśli być rozszarpanym szczypcami to takie wielkie szczęście, to bardzo proszę, niech ci wszyscy miłośnicy aborcji korzystają z tego szczęścia! Najpierw niech sobie uszarpią nogę, później rękę, drugą nogę i niech tam jakoś wykombinują, jak tu uszarpać sobie ostatnią kończynę. Chyba że najpierw wolą odjąć sobie głowy. Wolno im, w końcu od 25 lat mamy podobno wolność.


Ale kiedy będzie Wigilia, to te różne telewizyjne hieny będą śpiewały jedna przez drugą kolędy, składały życzenia, dzieliły się opłatkiem, przed Wielkanocą będą malować jajka (swoją drogą pewnie oni myślą, że Wielkanoc to takie święto malowania jajek, bo prawda o tym, że Jezus Chrystus zmartwychwstał, mogłaby kogoś obrazić), będą np. w rocznicę urodzin na wyścigi wspominać w programach telewizyjnych o Janie Pawle II, a kiedy przyjedzie może kiedyś nad Wisłę papież Franciszek, to będą cmokać i się zachwycać itd., itp. Słowem, diabeł pozostaje diabłem nawet wtedy, gdy od czasu do czasu przebierze się w ornat i na mszę dzwoni, czy jakoś tak.


Na koniec przydałoby się napisać coś optymistycznego. Ale co tu napisać? Oni mają władzę i mogą robić z nami, co tylko chcą.

 

lipiec 2014

BUNT

W WIELU CHRZEŚCIJAŃSKICH WSPÓLNOTACH, W SZCZEGÓLNOŚCI PROTESTANCKICH, PANUJE POGLĄD, ŻE KOŚCIÓŁ POWINIEN TRZYMAĆ SIĘ Z DALA OD POLITYKI. WOKÓŁ JEST CORAZ WIĘCEJ EGZALTOWANYCH, WRĘCZ ODERWANYCH OD RZECZYWISTOŚCI GRUP, KTÓRE ZAPOMINAJĄ O ISTNIENIU SPOŁECZNYCH PROBLEMÓW.
PANUJE POWSZECHNA IGNORANCJA, PRZEZ CO ŁATWO JEST MANIPULOWAĆ NAIWNYMI CHRZEŚCIJANAMI. CZY TAKIE ZACHOWANIA NIE SĄ SPRZECZNE Z NAUKAMI OJCÓW KOŚCIOŁA? CO O ZAANGAŻOWANIU SIĘ W SPRAWY SPOŁECZNE MÓWI PISMO?


W WIELU CHRZEŚCIJAŃSKICH WSPÓLNOTACH, W SZCZEGÓLNOŚCI PROTESTANCKICH, PANUJE POGLĄD, ŻE KOŚCIÓŁ POWINIEN TRZYMAĆ SIĘ Z DALA OD POLITYKI. WOKÓŁ JEST CORAZ WIĘCEJ EGZALTOWANYCH, WRĘCZ ODERWANYCH OD RZECZYWISTOŚCI GRUP, KTÓRE ZAPOMINAJĄ O ISTNIENIU SPOŁECZNYCH PROBLEMÓW.
PANUJE POWSZECHNA IGNORANCJA, PRZEZ CO ŁATWO JEST MANIPULOWAĆ NAIWNYMI CHRZEŚCIJANAMI. CZY TAKIE ZACHOWANIA NIE SĄ SPRZECZNE Z NAUKAMI OJCÓW KOŚCIOŁA? CO O ZAANGAŻOWANIU SIĘ W SPRAWY SPOŁECZNE MÓWI PISMO?

 

DBAJ O SWÓJ DOM
Swoje zaangażowanie musimy rozpocząć, działając wśród najbliższych. Apostoł Paweł wyraźnie naucza, że dopiero gdy będziemy umieli zająć się własną rodziną, Bóg powoła nas do występowania w sprawie wiary. „Bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży?” Werset ten jest poprzedzony stwierdzeniem, że do obowiązków zajmowania się wspólnotą należy między innymi „trzymanie dzieci w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości.”

 

BUNT
To przykre, co teraz powiem, ale niedługo wypełnianie tego nakazu stanie się niemożliwe dla przeciętnych rodziców. Dlaczego? Ponieważ dzieci będą uczone buntu w instytucjach publicznych. W Polsce konsekwentnie wdraża się w życie zalecenia sformułowane przez WHO w „Standardach edukacji seksualnej w Europie”, wg których dziecko ma być nauczone przykładowo: „postępowania ze sprzecznymi osobistymi (wewnętrznymi) normami i wartościami w rodzinie oraz społeczeństwie” oraz „krytycznego podejścia do norm kulturowych/religijnych w odniesieniu do ciąży, rodzicielstwa itp.”

 

To jawne nawoływanie dziecka do nieposłuszeństwa rodzicom, sprzeczne z zapisami konstytucji. Pragnę podkreślić, że to jedne z najmniej kontrowersyjnych cytatów pochodzących ze „Standardów...” Inne dotyczą przykładowo: propagowania masturbacji wśród czterolatków, zachęcania gimnazjalistów do deklaracji dotyczących orientacji seksualnej... Mógłbym długo wymieniać. Najlepiej osobiście przeczytać dokument.*

 

REAKCJA
Co powinien zrobić chrześcijanin, który pozna treść takiego dokumentu? Odpowiedź jest prosta: zrobić wszystko, by jego dziecko nie padło ofiarą praw sformułowanych na podstawie tego typu pro-pedofilskich wytycznych. Modlić się, uczestniczyć w spotkaniach rad rodziców, mądrze wybierać władzę, naciskać, a gdy trzeba, wykorzystać możliwości obywatelskiego nieposłuszeństwa (petycje, pikiety...) Ale nade wszystko: mieć szeroko otwarte oczy i być zaznajomionym z sytuacją polityczną w kraju i na świecie, by w ogóle móc się przeciwstawić.

 

KAMIEŃ MŁYŃSKI
Jezus powiedział: „Kto zaś zgorszy jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie, lepiej będzie dla niego, aby mu zawieszono u szyi kamień młyński i utopiono w głębi morza.”

 

Nasza ignorancja i niewiedza jest przyzwoleniem. Jeżeli przyzwalamy na grzech, choć tyle razy w Piśmie napisane jest, że mamy karcić i napominać, to jesteśmy współodpowiedzialni. Zauważcie: to tylko kilka wersetów i krótka logiczna przeprawa. Nie angażując się w kwestie polityczne, przywdziewamy naszyjnik z młyńskiego koła. Na sądzie nie pomoże nam fakt, że w tym sezonie jest całkiem modny.

 

lipiec 2014

REPUBLIKA R CZ. 16 – KWIATY

Przez wiele lat mówiło się o złym stanie erskiej armii. O przestarzałym uzbrojeniu, kiepskim morale, a przede wszystkim o niskich pensjach oficerów. W końcu zadanie reformy armii powierzono generale Patrycji Skar.


Według niej, w razie napaści zbrojnej na Republikę R, żołnierzy wrogiej armii powinno się obrzucać kwiatami. Wówczas z pewnością przestaną walczyć. A wtedy odpowiednio wyszkoleni psychoterapeuci podjęliby akcję mającą na celu skłonienie najeźdźców do opuszczenia terytorium kraju. Ażeby państwo było gotowe do obrony, zaczęła więc zakładać wielkie plantacje kwiatów.  


Kapitan Ludwik Mono uwielbiał kwiaty, w swoim ogrodzie hodował różne egzotyczne gatunki. Po reformie generały Skar, dzięki swej wiedzy florystycznej, mógł się stać znaczącą postacią w erskiej armii. Podał się jednak do dymisji.


Po pewnym czasie zaprosił do swego ogrodu kilku zaufanych kolegów.


- Panowie – rzekł – czy jesteście pewni, że gdy będą w nas rzucać granatami, obronimy się bukietami fiołków albo frezji?
- Nie, nie, z pewnością nie – odpowiedzieli.
- W takim razie co proponujecie?
- Napiszmy list żądający odwołania generały Skar – powiedział ktoś. – Jeśli się pod nim podpisze dostatecznie wielu obywateli  R, może znów powstanie normalna armia.
- A może sami spróbujemy ją stworzyć? – zaproponował kapitan.


Wkrótce jego koledzy oraz koledzy ich kolegów zaczęli wyprowadzać z magazynów sprzęt wojskowy, przeznaczony zresztą do likwidacji. Zaczęli też odbywać potajemne ćwiczenia w odludnych miejscach. Coraz więcej młodych mężczyzn chciało w nich uczestniczyć.

 

lipiec 2014


Wróżenie z fusów

Kiedyś martwiłam się bardzo o pewną uczennicę, która w żaden sposób nie mogła objąć umysłowo definicji logarytmu, a nawet pierwiastka (nie mówię o stosowaniu, sama definicja przekraczała całkowicie jej możliwości umysłowe).  Podczas rady pedagogicznej, godząc się na dopuszczenie jej do matury (matematyka nie była już wówczas obowiązkowa), zapytałam: „Ale co ta biedaczka z sobą zrobi?” Dyrektorka liceum odpowiedziała: „Niech pani się nie martwi, skończy psychologię”. I tak się też stało.


Kiedyś martwiłam się bardzo o pewną uczennicę, która w żaden sposób nie mogła objąć umysłowo definicji logarytmu, a nawet pierwiastka (nie mówię o stosowaniu, sama definicja przekraczała całkowicie jej możliwości umysłowe).  Podczas rady pedagogicznej, godząc się na dopuszczenie jej do matury (matematyka nie była już wówczas obowiązkowa), zapytałam: „Ale co ta biedaczka z sobą zrobi?” Dyrektorka liceum odpowiedziała: „Niech pani się nie martwi, skończy psychologię”. I tak się też stało.


Nie chciałabym tu urazić jakiegoś psychologa z krwi i kości, ale mam o tej profesji nie najlepszą opinię. Przede wszystkim ze względu na tak zwany materiał ludzki. W szkole, w której uczyłam, na psychologię szli uczniowie zdecydowanie najsłabsi. Wielu z nich miało poza tym jakieś osobiste problemy. Uważali zapewne (zupełnie niesłusznie), że studiując psychologię, dowiedzą się czegoś więcej o sobie i te problemy rozwiążą.


Psychologia rozwinęła się w kierunku, który przedstawicielom nauk ścisłych trudno zaakceptować.


Nie czas tu i miejsce na omawianie jej trendów. Chciałabym dziś zająć się krótko testami psychologicznymi. W ich skuteczność i dopuszczalność wątpią od dawna nawet i Amerykanie, którzy przez całe lata pozwolili się terroryzować tym specyficznym metodom mierzenia osobowości. Pisze o tym choćby Martin L. Gross w „The brain watchers”.


W 2012 roku polscy naukowcy zaprotestowali przeciwko stosowaniu szkodliwych ich zdaniem testów przez psychologów sądowych i klinicznych. Przede wszystkim przeciwko testowi Rorschacha. Osobie badanej tym testem pokazywane są atramentowe plamy, po czym badany musi mówić o swoich skojarzeniach. Na tej podstawie psycholog stawia diagnozę dotyczącą stanu psychicznego pacjenta i cech jego osobowości. Akcję zorganizował Klub Sceptyków Polskich, wspierali ją prof. Dariusz Doliński, prof. Grzegorz Sędek (SWPS), prof. Ryszard Stachowski (Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu), prof. Eleonora Bielawska-Batorowicz (Uniwersytet Łódzki).


„Przerażające jest to, że takie wątpliwe diagnozy decydują o wyrokach sądowych, na przykład dotyczących opieki nad dzieckiem, czy otrzymania pracy. Nierzadko zdarza się, że w wyniku takiego badania ludzie bywają oskarżani o molestowanie seksualnie dzieci, a nawet trafiają do więzienia. A przecież test Rorschacha ma wartość niewiele większą od wróżenia z fusów. Bo nie da się ocenić osobowości człowieka na podstawie jego skojarzeń po obejrzeniu kilku kleksów" - powiedział jeden z organizatorów protestu, psycholog, założyciel Klubu Sceptyków Polskich, Tomasz Witkowski.


W anglojęzycznej Wikipedii, a podobno również w Polsce, można znaleźć cały test wraz z odpowiedziami i interpretacjami. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się do takiego testu z jego arbitralnymi interpretacjami przygotować.


Opowiadał mi o swojej traumie profesor uniwersytetu, specjalista od statystyki i nauk matematycznych. Zmuszony był do badań w jakimś RODK w sprawie ustalenia kontaktów z dzieckiem. Usiadła naprzeciwko niego ćwierćinteligentka, osoba, po której było widać, że w szkole miała kłopoty z logarytmami i z całą pewnością nie ma pojęcia o statystyce, i z ważną miną kazała mu rysować jakieś idiotyczne drzewa i opowiadać, co widzi on w równie idiotycznej plamie.


Od opinii tej idiotki zależały ważne życiowe sprawy, więc profesor się ugiął i zamiast wyjść, trzasnąwszy drzwiami, bredził (jak sam powiedział) jak Piekarski na mękach. Arbitralność takiej diagnozy była dla niego równie oczywista, jak i tragicznie niski poziom rozmówczyni. Powiedział, że czuł się zgwałcony intelektualnie, poddając się władzy kretynki i jej kleksów, w których nic poza głupotą nie widział.


„Wypłaciła ci za statystykę, której nigdy nie mogła się nauczyć” - powiedziałam, ale to go nie pocieszyło.


Natomiast młodociany syn mojej znajomej na pytanie, co widzi w symetrycznej plamie, w której większość przestraszonych badanych usiłuje się rozpaczliwie doszukać czegoś sensownego, odpowiedział dość bezczelnie - narząd damski. Sformułował to oczywiście bardziej swojskim językiem, a każdy, kto obejrzy sobie w Internecie typowe plamy Rorschacha, przyzna mu rację.


Na tej podstawie, zgodnie z opinią pani psycholog, został skierowany do szkoły specjalnej. Takiej, gdzie uczy się dzieci wiązać sznurowadła i zapinać guziki. Znajoma wybroniła go tylko dzięki zdrowemu rozsądkowi dyrektora liceum, belfra starej daty, który uważał psychologów za idiotów i lekceważył ich orzeczenia. Dodam, że syn znajomej skończył informatykę, pracuje w zachodniej firmie, zarabia co najmniej dziesięć razy tyle co nieszczęsna pani psycholog i doskonale funkcjonuje w społeczeństwie.


I tyle na temat wróżenia z fusów, czyli Rorschacha i jego współczesnych wyznawców.

 

naszeblogi.pl, lipiec 2014

fot.freeimages.com

Polacy i broń – za i przeciw

atOd jakiegoś czasu rozmyślam nad problemem, czy dostęp do broni w Polsce powinien być powszechny, czy jednak reglamentowany. Powszechny, czyli prawo do broni powinno być prawem wynikającym z Konstytucji, z faktu przynależności do wspólnoty Polaków. Reglamentowany czyli regulowany innymi jeszcze kryteriami, opisanymi w przepisach prawa. Zastanawiam się, czy istnieją naturalne mechanizmy społeczne powodujące, że powszechny dostęp do broni palnej nie będzie zagrożeniem dla porządku i bezpieczeństwa publicznego. Poszukuję tych społecznych mechanizmów i zastanawiam się, czy ich minimum powinno być opisane w przepisach prawa, czy też naturalnie istniejące wystarczą. Rozmyślam o tym, mając za wartość to, że człowiek powinien mieć prawo dążyć do szczęścia w sposób przez siebie wymyślony, bez prawa do krzywdzenia innych w realizacji tego dążenia i jednocześnie zachowując uprawnienie do obrony własnego i najbliższych bezpieczeństwa, gdy bez powodu kto chce w nie ingerować.

 

Niezwykle mocno przemawiają do mnie słowa Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej: Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające dla szczęścia i bezpieczeństwa. Roztropność, rzecz jasna, będzie dyktowała, że rządu trwałego nie należy zmieniać dla przyczyn błahych i przemijających, doświadczenie zaś wykazało też, że ludzie wolą raczej ścierpieć wszelkie zło, które jest do zniesienia, aniżeli prostować swoje ścieżki przez unicestwienie form, do których są przyzwyczajeni.

 

Mając te wartości na względzie, poszukuję rozwiązania sprawiedliwego, które będzie realizowało przyrodzone prawa, nie tworząc zagrożenia porządku i bezpieczeństwa publicznego. Szukam raczej idei, która przerodzić się może w dobre prawo. Nie proponuję konkretnych zapisów, bo idea musi wyprzedzać literę. Gdy jest odwrotnie, znaczy, że przepisy tworzą pozbawieni etycznego myślenia technokraci.

 

Nie budzi wątpliwości to, że broń jest urządzeniem, które w rękach nieodpowiednich staje się śmiercionośnie niebezpiecznym urządzeniem. Mie mam wątpliwości co do tego, że w skrajnym przypadku, gdy broń znajdzie się rękach wariata, może stanowić zagrożenie dla Bogu ducha winnego sąsiada. Nie mam wątpliwości, że broń w rękach odpowiedzialnego i zdrowego na umyśle człowieka stanowić może jedyną metodę obrony przed uzbrojonym w niebezpieczne narzędzie wariatem lub bezwzględnym przestępcą. Działania przestępców mają tę charakterystyczną cechę, że podejmowane są w miejscu i w celu uniknięcia obecności policjanta, a działania szaleńców są nie do przewidzenia.

 

Nie mam wątpliwości, że przy pomocy przepisów prawa nie da się uregulować życia. Nie mam wątpliwości, że człowiek jest istotą, która kieruje się zasadami. Jedne zasady determinujące ludzkie działanie są złe, inne dobre. Nie mam w końcu wątpliwości, że człowiek wartości nie nabywa z lektury przepisów prawa, a są one poprzez różne zdarzenia społeczne wprowadzone i zakodowane w jego umyśle, inni powiedzą w sercu. Moim zdaniem wartości w człowieku kształtuje rodzina, religia czy kościół, otoczenie społeczne i pewnie bardzo wiele innych czynników, a te wskazuję jako podstawowe. Nie mam wątpliwości, że treść przepisów prawa jest pochodną wartości wyznawanych przez społeczeństwo. Prawo niesprawiedliwe tworzone jest przez zdemoralizowanych przedstawicieli zdemoralizowanych narodów.

 

W dyskusji o broni Ameryka jest dla jednych niedoścignionym wzorem wolności, dla innych wynaturzeniem istoty posiadania broni. Czy to dla nas dobry przykład? Zapewne jest punktem odniesienia. Ameryka została zbudowana przez ewangelicznych chrześcijan – protestantów. Dla takiego chrześcijanina powinność odpowiedzialnego posiadania broni i posługiwania się nią nie wynika ze strachu przed karą. Tej kary nakładać prawo nie musiało. Chrześcijanin wiedział, że odpowiada przed Bogiem, że Bogu jest winien wdzięczność za wybaczenie win i grzechów. To podejście do odpowiedzialności obce jest krajom opartym na religii katolickiej. Tu dominuje pojęcie kary i strachu przed karą. Tu w przepisy prawa trzeba wpisać to, co wynika z religijnych przekonań większości. Moim zdaniem to ta różnica sprawia, że w krajach jak Polska powszechny dostęp do broni byłby wprost niebezpiecznym zjawiskiem. Inaczej zachowuje się człowiek działający z wdzięczności, a inaczej ten, co karą i groźbą jej spełnienia jest zmuszany do posłuszeństwa. Oczywiście tej miary nie należy przykładać do dzisiejszej Ameryki, powoli dominowanej przez katolicką ludność latynoską. To moje spostrzeżenia z historii tego kraju.

 

Polska jako należąca do krajów o tradycji katolickiej nie może moim zdaniem wprowadzać powszechnego prawa do broni. Stan moralny Polaków jest w słabej kondycji. Z tego powodu posiadanie broni powinno być reglamentowane przepisami prawa. Prawo powinno reglamentować nie po to, aby zakazywać prawym ludziom posiadania broni, a po to, by tworzyć przewagę praworządnego obywatela nad tym, co praworządności nie ceni w życiu. Przy czym proponuję pojęcie praworządności rozmieć jako stan braku zagrożenia dla siebie, porządku i bezpieczeństwa publicznego. Nie sposób w dzisiejszej Polsce rozumieć praworządności jako przestrzegania wszelkich przepisów prawa. Gąszcz przepisów i skala kryminalizacji moralnie obojętnych czynów ludzkich nakazuje odrzucenie takiego sposobu rozumienia praworządności. Reglamentacja nie może być represyjna wobec wszystkich, to byłaby wada systemu. Represja wobec wszystkich to założenie, że wszyscy są niepraworządni, ułomni psychicznie i chętni do tworzenia zagrożenia dla innych. Takie założenia leżą u podstaw systemów totalitarnych. Moim zdaniem w przepisy prawa wpisać należy minimum kryteriów, których spełnienie musi decydować o wydaniu prawa posiadania broni palnej tak, aby jasne było, kto w rozumieniu przepisów jest człowiekiem stwarzającym zagrożenie dla innych. Bezprawia nie można w życiu społecznym na równi traktować z prawym zachowaniem. Należy w przepisach prawa kształtować przewagę prawych nad nieprawymi. Należy utrudniać dostęp do broni temu, kto przemoc wobec innych traktuje jako rzecz normalną i ułatwiać prawemu człowiekowi realizację własnych oczekiwań.

 

Niechętnie posługuję się pojęciem niekaralności. Dzisiejsza represyjność prawa i tworzenie z czynów moralnie obojętnych typów przestępstw odstrasza mnie od pomysłu reglamentowania broni uprzednią niekaralnością. Czym innym w odczuciu społecznym jest karalność za przestępstwa, które mają na celu wyrządzenie szkody drugiemu, a czym innym np. przestępstwa podatkowe, nieumyślne czy o zupełnie drobnym charakterze. Uważam, że nie wolno pozwalać na posiadanie broni osobom karanym za najpoważniejsze typy przestępstw skierowanych przeciwko innej osobie, z użyciem przemocy. Moim zdaniem wystarczająca byłaby regulacja, że wyrok skazujący za popełnione umyślnie przestępstwo z użyciem przemocy uznawany będzie za istnienie zagrożenia dla siebie, porządku i bezpieczeństwa publicznego. Niekaralność zupełna jako przesłanka dysponowania bronią powoduje to, że prawo dysponowania bronią staje się przywilejem dla tych, którzy zgodnie współżyją z systemem. Nagrodą, nie prawem przyrodzonym, istniejącym z natury. Gdy zapomnimy, że pewne prawa są człowiekowi nadane przez Stwórcę lub też z natury istniejące, a uznamy, że ustawodawca o nas decyduje, stworzymy system nieludzki. Gdy będziemy pamiętać, że prawo do bezpieczeństwa i dążenia do szczęścia jest naturalne, łatwiej będzie rozumieć cel, któremu służą przepisy prawa i reglamentacja prawa do broni.

 

Stan zdrowia to kolejna dziedzina, która powinna decydować o prawie do posiadania broni. Moim zdaniem badanie stanu zdrowia ograniczone powinno być do zdrowia psychicznego i takich chorób, które powodują możliwość nagłej i bez kontroli utraty władzy nad bronią. Aktualne prawodawstwo polskie wprost dyskryminuje niepełnosprawnych, np. w zakresie zdolności poruszania się. To dla mnie niezrozumiałe. Dzisiaj, gdy wielki nacisk kładzie się na znoszenie barier i społecznego wyłączenia osób niepełnosprawnych, taka jawna dyskryminacja nie może mieć miejsca.

 

No i rzecz ostatnia, a być może podstawowa. Prawa decydowania o pozwoleniu na broń nie wolno pozostawiać w rękach sowieckiego człowieka. Z tego powodu pozwolenia powinny być wydawane automatycznie po spełnieniu prostych kryteriów. Niezbędne jest dalsze doprecyzowanie przepisów, tak aby człowiekowi sowieckiemu uniemożliwić wulgaryzację przepisów prawa. Optymalnie pozwolenia powinny być wydawane przez cywilną administrację samorządową.

 

Przepisy prawa o broni powinny być tworzone, uwzględniając jako rzecz podstawową to, że naturalnie z faktu urodzenia obdarzeni jesteśmy pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście bez naruszania szczęścia innych. Przepisy prawa powinny być tworzone w celu utrudniania dostępu do broni temu, kto przemoc wobec innych traktuje jako rzecz normalną i ułatwiać prawemu człowiekowi realizację własnych oczekiwań. Wreszcie przepisy prawa powinny w jak najmniejszym zakresie dyskryminować tych, którzy nie mają pełnej władzy fizycznej nad swym ciałem. Gdy te założenia wstępne zostaną uznane za słuszne, możliwe będzie stworzenie prawa, które będzie miało przymiot sprawiedliwego.

 

Chciałbym rozpocząć publiczną dyskusję. Rząd, przedstawiciele wybrani wolą wyborców zwykle zapominają, że są na naszej służbie. Wynoszą się, swoje przekonania traktują najwyżej, za nic mając głos z ludu idący. Nie zmienia to faktu, że musimy mówić głośno o tak ważnej sprawie. Już wszyscy widzimy, że nie będzie wiecznego pokoju, że wojna i niepokoje to rzecz, która może i nas spotkać. Nie można w tak ważnej sprawie jak prawo do broni milczeć i czekać, co los przyniesie.

 

idź Pod Prąd, październik 2014


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut