“ŚLADY KRWI: PRZYPADKI HENRYKA HARSYNOWICZA”

Powieść Jana Polkowskiego, poety, niezłomnego opozycjonisty, wydawcy

To epicka powieść o pokoleniu Solidarności. To także wielowymiarowa i wielowątkowa opowieść o powojennej Polsce. Sensacyjne przygody tytułowego bohatera, który powraca z niechcianej emigracji, aby trafić w sieć intryg postkomunistycznej Polski, to także medytacja nad tożsamością człowieka, który pełnię swojej egzystencji odnaleźć może jedynie we wspólnocie. Dotąd znaliśmy Jana Polkowskiego jako wybitnego poetę. Jego debiut powieściowy stawia go w rzędzie wybitych prozaików. Bronisław Wildstein

Uważny czytelnik dosłyszy w niej tak dobrze znaną z poezji Polkowskiego czystą i krzepiącą nutę wzniosłości. Skończy więc lekturę książki wzruszony wzruszeniem szlachetnym, które jest w stanie wzbudzić tylko bardzo dobra literatura.
prof. Ryszard Legutko

To niemal sensacyjnie rozwijająca się opowieść o czterech kolejnych pokoleniach rodziny, której historię poznajemy podczas odzyskiwania i odkłamywania pamięci przez głównego bohatera. Powieść nie została napisana dla prostego pokrzepienia serc. Ale chociaż odkryta prawda boli jeszcze mocniej, daje w  zamian szansę na ocalenie. Zmaganie z niemieckim i rosyjskim totalitaryzmem, doświadczenie absurdalnie okrutnej rzeczywistości PRL, walka o niepodległość, dramat kolaboracji, pamięć Kresów, dylematy wiary w Boga,  bogactwo tradycji – jak choćby opis Wołynia odsyłający do „Pana Tadeusza” – to wszystko składa się na opowiedzianą wielogłosowo przygodę polskiego losu. Mimo pesymizmu i wierności polskim klęskom autor daleki jest od stereotypowego rozmiłowywania w martyrologii. Pozostaje ironicznym i niezależnym obserwatorem. (facebook.com/pages/Ślady-krwi)

23.04 SZUKAJ W KSIĘGARNIACH!


MARYCHA I SPRAWA POLSKA

Miesiąc temu na jednym z portali przeczytałam dyskusję poświęconą problemowi narkotyków. Jeden z dyskutantów, o dość znanym nazwisku, obiecał, że jego ugrupowanie rozwiąże ten problem natychmiast. Kara śmierci dla dilerów i po kłopocie. Pomyślałam sobie, że w takim razie, gdyby ich ugrupowanie miało jakąkolwiek szansę dojść do władzy, zagłosowałabym nawet na Millera, żeby do tego nie dopuścić, choć jestem bezwzględną przeciwniczką narkotyków.

Wiele rzeczy mogę darować, ale do nich nie należy bezgraniczna głupota. Trzeba być kompletnym idiotą, żeby nie rozumieć, że narkotyki każdemu można łatwo podrzucić i takie prawo dałoby  każdej władzy nieograniczone możliwości wykańczania przeciwników. Niekoniecznie politycznych - biznesowych też.

Zastanawiając się nad tym głębiej, doszłam do wniosku, że niektóre programy, zwłaszcza te pełne tromtadrackiego patriotyzmu oraz represyjnej religijności, to czarny PR dla prawicy. Nie twierdzę, że takie koncepcje formułują agenci, czyli ludzie specjalnie zadaniowani - wystarczy, że są bezgranicznie głupi.

Mam dużo do czynienia z młodzieżą licealną w wieku maturalnym. Ponieważ jestem im życzliwa, zwierzają mi się z takich problemów, o których wolałabym nigdy nie słyszeć. Po ostatnich wyborach pewien młody człowiek przyznał mi się, że głosował na partię osobnika ze świńskim ryjem i gumowym penisem (jego nazwisko nie przejdzie mi przez klawiaturę). Skrzywiłam się tylko  i tyle. Przyszedł do mnie po lekcjach i powiedział: „Chciałbym, żeby pani wiedziała, że jestem gejem i ateistą”. „Uczę cię matematyki, a nie religii i wychowania seksualnego” – odparłam kwaśno.

Zauważyłam wprawdzie, że przychodzi na lekcje w marynarce z kwiaciastą podszewką i ma jakąś torbę na książki w tęczowe paski, ale nie miałam najmniejszej ochoty na dyskusje. Upierał się jednak, że chce usłyszeć moją opinię na ten temat. Zastrzegłam, że powiem mu, co myślę, ale tylko raz i może to nie być przyjemne. Przystał na to. „Ładujesz sobie gnój widłami na głowę” – powiedziałam. „ Czy naprawdę chcesz już w wieku 25 lat chodzić w pampersie?” I dodałam jeszcze kilka mocnych słów na temat praktyk homoseksualnych, których nie będę tu cytować. Nie obraził się, odszedł zamyślony.

Za kilka dni powiedział mi, że wycofał się - jak to nazwał - z „układu”. Okazało się, że gra w jednym z warszawskich teatrów, wybiera się do szkoły teatralnej i wszedł w ten „układ” dla kariery. Pochodzi z rodziny prostego ogrodnika i chciał się wkupić w tak zwane środowisko. Nie wracałam już potem do rozmów na ten temat, ale zauważyłam, że zaczął ubierać się jak człowiek, więc pewnie powiedział prawdę. Mam nadzieję, że nie będzie już głosował na obrońcę swoich (wyimaginowanych zresztą) odchyleń. Do kościoła go nie doprowadzę - musi sam tam trafić. Jak twierdził, boi się opresyjnego państwa wyznaniowego. Tak myśli duża część młodzieży i nie ma co udawać, że jest inaczej. Na pewno nie zagłosują na program odbierający im ich swobody.

Osobiście nie mam nic przeciwko państwu wyznaniowemu. W moim wieku żadne swobody nie są mi potrzebne. Na pewnym zebraniu, gdzie to właśnie postulowano, powiedziałam: „To zróbcie wreszcie to państwo wyznaniowe, jeżeli potraficie, ale o tym nie gadajcie. Czy nie rozumiecie, że tym gadaniem napędzacie elektorat PO?”

Nietrudno chyba zrozumieć, że ludzie, których na prawicowych portalach nazywa się motłochem, ludzie, którzy rzekomo powinni być trzymani za mordę przez jakiegoś - nie wiadomo skąd wziętego - króla, ludzie, których trzeba przekuć, wychować, pouczyć i nauczyć, zrobią wszystko, żeby ich samozwańczy wychowawcy nie dorwali się do władzy. Bo ludzie nie chcą być przekuwani (pierekowka już była) ani kształtowani według cudzej wizji. A każdy program, który zaczyna się od stwierdzenia, że aby go wdrożyć, trzeba stworzyć nowego człowieka, jest w najlepszym wypadku utopią, w najgorszym – totalitarną zbrodnią. 


TR ŁĄCZY LUDZI… NAD MORZEM ;)

Dowiedziałam się o "Twoim Ruchu" dzięki Wektorom (sprawdź wektorzy.com), których bardzo serdecznie pozdrawiam! Polecili mi odwiedzenie Waszej strony, w razie gdyby brakowało mi kontaktu z ambitną i aktywną młodzieżą. Weszłam i postanowiłam zostać na dłużej. :) Spodobało mi się to, że angażujecie się w sprawy kraju i dbacie o wartości chrześcijańskie, które są mi bardzo bliskie. Wszystko to sprawiło, że postanowiłam trochę pomóc w promocji TR i rozłożyć Wasze ulotki na mojej uczelni. Dzięki temu, że Kornelia przysłała ich dość sporo, mogłam podzielić się nimi z Wektorami i tak oto zobaczyłam w trójwymiarze Wojtka (Może kiedyś będzie mi też dane spotkać Mikołaja). :D

Organizujecie wiele atrakcyjnych wydarzeń, jak rajdy górskie czy warsztaty różnego typu, co również mnie przyciąga. Jeszcze się nie spotkaliśmy „w realu”, ale myślę, że to jedynie kwestia czasu. :) Mam nadzieję, że takich „przypadkowych” natrafień na Was i Waszą stronę będzie jak najwięcej, bo uważam, że warto zainteresować się tym, co robicie. Oby tak dalej. :)


CHRZEŚCIJANKA POLITYK

Zawsze zadziwia mnie, jak polscy katolicy łączą zachwyt nad protestanckimi politykami w rodzaju Thatcher, Orbana, Klausa czy Reagana z pogardą dla protestantyzmu.  Paweł Chojecki

 “Jeśli oderwiemy owoce chrześcijaństwa od korzeni, one zwiędną. Nie pojawią się ponownie, dopóki nie zwrócimy się do jego korzeni.” 
Margaret Thatcher

W poniedziałek w wieku 87 lat zmarła Margaret Thatcher, pierwsza kobieta i jednocześnie najdłużej pełniąca swoje obowiązki premier Wielkiej Brytanii. W Polsce mało znany jest fakt chrześcijańskich inspiracji jej przekonań i zaangażowania politycznego.

Przekonania moralne i duchowe wyniosła z domu rodzinnego. Jej ojciec był lokalnym politykiem i jednocześnie metodystycznym pastorem. Naukę ekonomii rozpoczęła w domowym sklepie i jak później twierdziła, była to najlepsza szkoła gospodarki rynkowej i pochodzenia zamożności społeczeństwa. Oto garść wypowiedzi Żelaznej Damy wskazujących na jej osobistą wiarę:

„Biblia oferuje spójną wizję świata, właściwe nastawienie do pracy i zasady kształtujące życie gospodarcze i społeczne”.

„Biblia uczy nas, że musimy pracować i rozwijać nasze talenty, by osiągać wartości materialne. ‘Jeśli człowiek nie będzie pracował, nie powinien też jeść’ napisał święty Paweł do Tesaloniczan. Rzeczywiście, z samej natury Stworzenia wypływa legitymacja dla bogactwa, a nie dla ubóstwa.”

„Nie powinniśmy wyznawać chrześcijaństwa i chodzić do Kościoła tylko dlatego, że chcemy reform społecznych czy lepszego standardu życia; robimy to ze względu na to, że uznajemy świętość życia i odpowiedzialność, która idzie w parze z wolnością i najwyższym poświęceniem się samego Chrystusa tak pięknie wyrażonym w tym hymnie:

„Gdy rozmyślam nad cudem Krzyża, na którym umarł Książę chwały, nie mogę inaczej patrzeć na moje bogactwa jak na stratę, nie mogę nie czuć odrazy do tego, czym się pyszniłem”

Thatcher uznawała, że osobista odpowiedzialność jednostki stanowi istotę dobrze funkcjonującego społeczeństwa:

„Każdy zbiór społecznych i ekonomicznych poglądów, który nie opiera się na uznaniu indywidualnej odpowiedzialności zaprowadzi nas na manowce.”

„To, że wszyscy jesteśmy członkami jedni drugich najbardziej obrazowo wyraża chrześcijańska koncepcja Kościoła jako Ciała Chrystusa; uczymy się z niej ogromnej wagi wzajemnej współzależności oraz indywidualnego osiągania osobistego spełnienia w służbie bliźnim i Bogu.”

Margaret Thatcher, choć uważana za zwolenniczkę gospodarczego liberalizmu, w kwestiach światopoglądowych jasno deklarowała swoje inspiracje i cele. Oto fragment jej przemówienia do Zgromadzenia Ogólnego Kościoła Szkocji (którego podwaliny zakładał także polski reformator Jan Łaski):

„W Szkocji, podobnie jak w Anglii, istnieje historyczny związek pomiędzy Kościołem i państwem, który odzwierciedla nasze prawodawstwo, …które w obydwu naszych krajach ukierunkowane jest, by dawać symboliczny wyraz tej samej kluczowej prawdzie: religia chrześcijańska – która, co oczywiste, zawiera w sobie wiele największych duchowych i moralnych prawd judaizmu – stanowi fundament naszego dziedzictwa narodowego. Jestem przekonana, że pragnieniem przytłaczającej większości obywateli jest zachowanie i pomnażanie tego dziedzictwa. (Brawa) Od wieków stanowi ono istotę naszej tożsamości. Jesteśmy narodem, którego wartości zakorzenione są w Biblii.”

Konserwatywni protestanci zarzucają Żelaznej Damie sprzeniewierzenie się Bogu z powodu głosowania za legalizacją homoseksualizmu i aborcji w Wielkiej Brytanii (rok 1966) oraz częste kontakty z papieżem Janem Pawłem II. Na obronę Margaret Thatcher można powiedzieć tylko tyle, że państwo to nie kościół, a polityka to nie ewangelizacja. W jednym obszarze kompromis jest grzechem, w drugim może decydować o końcowym sukcesie.

Wyjątkowo lubiła cytować maksymę Johna Wesley'a, założyciela metodyzmu: Zarób wszystko, co możesz. Zaoszczędź wszystko, co możesz. Rozdaj wszystko, co możesz.” Wydaje się to być dobrym epitafium dla Żelaznej Damy.


DZIEŃ, W KTÓRYM UMARŁ JEZUS

W opisach męki Jezusa znajdujących się w Ewangeliach można przeczytać o towarzyszących jej cudach i znakach. Według Mateusza od szóstej godziny do godziny dziewiątej ciemność zaległa całą ziemię (Mat. 27:45), a w chwili śmierci zatrzęsła się ziemia i skały popękały (Mat. 27:51). Relacje Marka i Łukasza są bardzo podobne. To, co się działo, wywarło wielkie wrażenie na żołnierzach, którzy wykonywali egzekucję. A setnik i ci, którzy z nim byli i strzegli Jezusa, ujrzawszy trzęsienie ziemi i to, co się działo, przerazili się bardzo i rzekli: Zaiste, ten był Synem Bożym (Mat. 27:54). Podobnie zareagowali Żydzi. A wszystkie te rzesze, które zeszły się na to widowisko, ujrzawszy to, co się stało, bijąc się w piersi zawracały (Łk. 23:48). Oczywiście można do tych relacji podejść w sposób „nowoczesny” i uznać, że ewangeliści tylko „dawali wyraz swojej wierze”. Ponieważ uznali Jezusa za Stworzyciela świata, oczekiwali, że Jego śmierć wstrząśnie całym stworzeniem i wymyślili sobie towarzyszące jej „efekty specjalne”. To samo podejście trzeba wtedy zastosować do przemówienia Piotra po zesłaniu Ducha Świętego. Apostoł przypomniał zebranym proroctwo Joela o ostatecznych dniach. Znakiem, że się one zaczynają, miało być wylanie Ducha na wszelkie ciało, ale nie tylko. Joel zapowiedział też, że Słońce przemieni się w ciemność, a księżyc w krew. Zanim przyjdzie Dzień Pański wielki i wspaniały (Dz. Ap. 2:14). Pojawia się tu jednak pewien problem. Jeśli wydarzenia nie przebiegały tak, jak przedstawia je Biblia, dlaczego w Jerozolimie powstał kościół chrześcijański?

Ludzie tworzący tę wspólnotę decydowali się na porzucenie tradycji, w której wyrośli. Stawiali się poza swoim narodem, okazując nieposłuszeństwo jego „autorytetom moralnym”. O konsekwencjach, które miała dla nich ta decyzja, można przeczytać w Liście do Hebrajczyków: byliście wystawieni na publiczne zniewagi i udręki (…) przyjęliście z radością grabież waszego mienia (Hbr. 10:33–34). Żyd, którego wyłączono z synagogi, był poza prawem. Można go było okradać, bić, nawet zabić. Ci, którzy przyłączali się do nowej „sekty”, musieli być świadomi ryzyka. Los samego Jezusa był wystarczającą przestrogą. Mimo to, jeśli wierzyć znanemu z dokładności Łukaszowi, zaraz po zesłaniu Ducha Świętego pozyskanych zostało (…) około trzech tysięcy dusz (Dz. Ap. 2:41). Co ich motywowało? Zmartwychwstałego Jezusa widziało około pięciuset osób (1 Kor. 15:6). Co przekonało te tysiące, które przyłączyły się w dniu Zielonych Świąt i w następnych? Wypełnienie się znanej, zapisanej prawie 900 lat wcześniej przepowiedni Joela mogło dać im pewność, że stają po właściwej stronie. Jednak aby uznać, że tak się stało, nie wystarczyło zobaczyć ludzi z językami ognia nad głowami przemawiających różnymi językami. Prorok zapowiadał niezwykłe znaki na niebie.

Niemal dokładnie trzydzieści lat temu, w grudniu 1983 roku, ukazał się w czasopiśmie „Nature” artykuł pod tytułem „Datowanie Ukrzyżowania”, który wywołał wielkie poruszenie nie tylko wśród naukowców. Dwaj profesorowie fizyki z uniwersytetu Cambridge, Humphreys i Waddington, wyjaśnili w nim, jak mogło wypełnić się w całkowicie naturalny sposób proroctwo, że księżyc przemieni się w krew. Zaćmienie Księżyca ma miejsce wtedy, gdy wchodzi on w cień rzucany przez Ziemię. Zawsze, zanim stanie się całkowicie lub częściowo niewidoczny, zmienia barwę. Atmosfera ziemska rozszczepia światło słoneczne podobnie jak pryzmat. Księżyc, zanim wejdzie w stożek całkowitego cienia, jest oświetlany światłem fioletowym, niebieskim, a potem kolejnymi barwami aż do czerwonej. Może się też zdarzyć tak zwane zaćmienie półcieniowe. Wtedy księżyc w ogóle nie wchodzi w stożek całkowitego cienia Ziemi, zmienia tylko barwę.

Nie jest dzisiaj problemem obliczenie położenia każdego ciała wchodzącego w skład Układu Słonecznego w dowolnym momencie przeszłości i przyszłości. Okazuje się, że jedno z zaćmień Księżyca miało miejsce 3 kwietnia 33 roku n.e. Było to zaćmienie częściowe, ale w momencie, gdy cień Ziemi „dotknął” powierzchni Księżyca, nie był on widoczny z obszaru Bliskiego Wschodu.1 Był to piątek, a następnego dnia przypadała żydowska Pascha. Według Prawa Mojżeszowego w ten dzień należało zabić baranka.

Wszystko tak, jak opisano w Ewangeliach. Mieszkańcy Jerozolimy widzieli Księżyc w takim położeniu, jak na ilustracji. Czy taki widok nie mógł nasunąć  im myśli, że krew przelana w ten dzień zmieni cały Wszechświat?

Pismo Święte przedstawia Boga jako istotę panującą nad absolutnie wszystkim, co dzieje się we wszechświecie, a życie Jezusa jako realizację szczegółowego planu, którego najważniejszym elementem było złożenie ofiary za nasze grzechy. Był on na to przeznaczony już przed założeniem świata (1 Piotr 1:20). Przyszedł na świat, gdy nadeszło wypełnienie czasu (Gal. 4:4). W opisach, jak Jezus wychodził z niebezpiecznych sytuacji, powtarza się zwrot, że jeszcze nie nadeszła jego godzina. Gdy pozostało niewiele czasu do ukrzyżowania, powiedział: przyszedłem na tę godzinę (Jan 12:27). Artykuł Humphreysa i Waddingtona pozwala lepiej zrozumieć, co biblijni autorzy mieli na myśli. Nawet położenie ciał niebieskich było elementem planu.

Geologowie badający warstwy osadów nad Morzem Martwym znaleźli w nich ślady trzęsienia ziemi, do którego doszło na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych pierwszego wieku naszej ery i dopuszczają możliwość, że to o nim jest mowa w Ewangelii Mateusza. Ich zdaniem nie było ono wystarczająco silne, by doprowadzić do pękania skał, o którym można przeczytać w tej relacji. Czy jednak na podstawie przemieszczeń warstw osadów na brzegu Morza Martwego można dokładnie ocenić natężenie wstrząsów w odległej o około 20 km Jerozolimie? Poza tym opis, który pozostawił Mateusz, jest bardzo krótki, a jedyna szkoda, o której wspomina, to rozdarta zasłona przybytku świątyni. Trudno chyba stanowczo orzec, że w swym opisie przesadzał. Oczywiście nie sposób ustalić dokładnej daty trzęsienia. Można uważać, że wydarzyło się przed lub po ukrzyżowaniu, a Mateusz trochę „naciągnął”, ale możliwości, że wydarzenia te się zbiegły, wykluczyć też nie można.2

Jeśli wierzyć Ewangeliom, najbardziej spektakularnym zjawiskiem, które miało miejsce w dniu śmierci Jezusa, była ciemność, która od szóstej godziny do godziny dziewiątej zaległa całą ziemię (Mat. 27:46). Według naszej rachuby czasu trwało to od 12 do 15. Trudno uwierzyć, żeby apostoł Piotr uznał za spełnienie proroctwa Joela burzę piaskową czy jakąś wyjątkowo dużą chmurę. Jego słów słuchali Żydzi, którzy przybyli na te święta z całego Imperium. Trudno uwierzyć, żeby potraktowali poważnie jego mowę, wiedząc, że tam, gdzie byli w dniu poprzedzającym Paschę, ciemności w samo południe nie zapadły. Jeśli coś takiego rzeczywiście się stało, to nie sposób znaleźć jakieś naturalistyczne wytłumaczenie. Księżyc był w pełni i zaćmienie Słońca „z definicji” nie wchodziło w grę. Zresztą zaćmienie może trwać najwyżej kilka minut. Poza tym Joel pisał, że słońce przemieni się w ciemność, a nie, że coś je zasłoni…

Coraz trudniej jest twierdzić, że teksty Pisma Świętego, którymi dysponujemy obecnie, różnią się od tych z pierwszego wieku. Oznacza to, że czytali je ludzie, którzy przeżyli ten dzień w różnych miejscach naszego globu i z własnego doświadczenia mogli ocenić, czy jego opis odpowiada rzeczywistości. Znali je nie tylko wierzący, lecz także ci, którym nowa wiara się nie podobała i na różne sposoby starali się ją skompromitować. Jednak nie zarzucali chrześcijanom rozpowszechniania bzdur o tym, że w samo południe zgasło słońce. Czy nie dostrzegli okazji do osiągnięcia swojego celu, czy też z jakiegoś powodu uznawali, że lepiej tej sprawy nie poruszać? Niewiele z tego, co napisano w starożytności, zachowało się do naszych czasów. Zachowały się jednak wzmianki o dwóch niewierzących autorach, na których powoływali się chrześcijanie piszący na ten temat.

Jednym z nich był żyjący w I wieku n.e. rzymski historyk Thallus. W trzecim tomie swojej Historii wspomniał o niezwykłych ciemnościach, które zapadły pewnego dnia. Chrześcijański apologeta Sykstus Juliusz zwany Afrykańskim powołał się na to świadectwo, pisząc o dniu ukrzyżowania. Oczywiście odrzuca podane przez Thallusa wyjaśnienie tego zjawiska zaćmieniem Słońca. O tym, że zaćmienie Słońca podczas pełni jest niemożliwe, wiedziano wtedy równie dobrze, jak dziś.3 Drugim był wyzwoleniec cesarza Hadriana Grek Flegon z Tralles. Najbardziej znanym i największym jego dziełem było Zestawienie zwycięzców olimpijskich i czasów. W 16 tomach opisał 229 igrzysk olimpijskich, które odbyły się między 776 rokiem p.n.e. a 137 n.e. Napisał też w Zestawieniu nieco o tym, co poza igrzyskami poruszało wtedy ludzi. Wspomniał między innymi o tym, że w 4 roku 203 olimpiady słońce uległo zaćmieniu większemu niż kiedykolwiek, tak, że w ciemności o godzinie 6 widać było gwiazdy, a równoczesne trzęsienie ziemi w Bitynii w gruzy obróciło wiele domów w Nicei.4 4 rok 203 olimpiady przypadał na 32 i 33 rok n.e., a reszta opisu dziwnie przypomina ten z Ewangelii. Na Flegonta poza Juliuszem Afrykańskim powoływali się też Orygenes i Euzebiusz z Cezarei.5

Ateiści i agnostycy mają swoje argumenty. Nie zachowało się do naszych czasów żadne dzieło Juliusza Afrykańskiego. O tym, że pisał o ciemności podczas ukrzyżowania, wiemy z Kroniki Paschalnej napisanej w IX wieku przez bizantyjskiego mnicha Georgiosa Synkellosa,6 który mógł do cytowanych tekstów dodać to i owo. Z Historii Thallusa też nie zachowało się nic, a ze starożytnego „skarbu kibica” Flegonta z Tralles tylko niewielki fragment dotyczący olimpiad 72–68 p.n.e., więc skąd wiadomo, co naprawdę było tam napisane? W roku 29 n.e. miało miejsce normalne zaćmienie Słońca. Można się było o kilka lat pomylić. Ludzie religijni niekiedy przesadzają i komentatorzy sportowi również. Nie ma wzmianki o niezwykłych ciemnościach u Seneki, Tacyta, Swetoniusza czy Pliniusza. Pamiętajmy jednak, że są fakty, o których lepiej nie wspominać, ponieważ wynikają z nich zbyt daleko idące wnioski. Wielcy myśliciele rozpoznają je szybciej od tych mniej wybitnych.

Powszechny był wtedy przesąd wiążący zaćmienie Słońca ze śmiercią wielkiego króla.7 To, co stało się w dniu śmierci Jezusa, było manifestacją mocy Boga, a przy tym znakiem, że umarł ktoś większy. Przesłanie do świata poręczone cudami i znakami było proste. Dzięki tej śmierci grzeszny człowiek może pojednać się z Bogiem i uniknąć kary. Oferta jest ważna przez wyznaczony czas, który rzeczywiście trudno nazwać inaczej niż dniami ostatecznymi. Okazuje się, że trwa on dostatecznie długo, by umocnił się pogląd, że cudów nie ma, a lęk przed karą za grzechy świadczy o psychicznych problemach…
To też element próby

Przypisy:
1http://eclipse.gsfc.nasa.gov/5MCLE/5MCLE-Figs-05.pdf
2http://news.discovery.com/history/religion/jesus-crucifixion-120524.htm
3http://www.reasonablefaith.org/thallus-on-the-darkness-at-noon
4Tadeusz Sinko, „Literatura grecka” t. III, cz. 1, PAU Kraków 1951, str.455.
5http://pl.wikipedia.org/wiki/Flegon_z_Tralles
6http://pl.wikipedia.org/wiki/Sekstus_Juliusz_Afryka%C5%84ski
7http://www.jgrchj.net/volume8/JGRChJ8-8_Carrier.pdf


BOHATEROWIE SĄ ZMĘCZENI


Wszyscy poważni historycy, a zwłaszcza ci, którzy szczególnie zajmują się historią okresów walki o wolność w aspekcie socjologicznym, wiedzą dobrze, że zarówno akcje zbrojne, jak też inne rodzaje ruchu oporu, gdy trwają zbyt długo, skutkują powolnym zamieraniem ducha walki, zobojętnieniem i demoralizacją.  Dotyczy to żołnierzy regularnej armii, partyzantów walczących w szeregach organizacji podziemnych, jak też innych ruchów społecznych. Widać to wyraźnie, gdy śledzi się nasze powstania w wieku XIX, a zwłaszcza Powstanie Styczniowe. Można to zaobserwować również na przykładzie Żołnierzy Wyklętych, którzy nie ujawnili się po "wyzwoleniu" przez armię sowiecką i byli bez wyroków bestialsko mordowani aż do połowy lat 70. Zawsze pojawiał się ten sam schemat: najpierw zapał, bohaterstwo, szaleńcze akty odwagi, dyscyplina wojskowa, wsparcie ze strony ludności cywilnej, a potem - zdrada, współpraca z wrogiem i utrata poparcia w społeczeństwie, które w miarę upływu czasu zawsze wybiera zniewolone, ale w miarę spokojne życie nad walkę o wolność i suwerenność Ojczyzny. A jak to przekłada się na obecną sytuację w naszym kraju?

Występuje oczywista analogia dostrzegalna gołym okiem. Mord smoleński, seryjny samobójca, szalejące bezprawie, bezrobocie. Władza już przeprowadziła pomyślnie wszelkie próby, do jakich granic zbydlęcenia i obojętności można doprowadzić społeczeństwo i czym zaszantażować instytucje kościelne, żeby prowadzić je na pasku. Doprowadziła do sojuszu Episkopatu z rządem i upewniła się ostatecznie, że z "tubylcami" może zrobić już wszystko. Ale najgorsze dopiero przed nami. Nowo powstałe różnorakie elity niepodległościowe, które w ciągu trzech minionych lat zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu, w ostatnim okresie tracą dotychczasowy impet i pewność siebie. Znaczący przedstawiciele opozycji zaczynają współzawodniczyć ze sobą, uczciwi zaczynają wątpić w celowość swych wysiłków, a karierowicze zdejmują maski i niemal zupełnie otwarcie ubiegają się o pierwsze miejsca w przyszłej IV RP. Fakt, że partie opozycyjne dążące do obalenia obecnych struktur władzy wolą działać osobno, nie jest sam w sobie zjawiskiemnegatywnym. Natomiast to, że niektórzy publicyści „Gazety Polskiej” atakują w niewybredny i agresywny sposób członków jednej partii opozycyjnej, opowiadając się równocześnie jednoznacznie po stronie innej partii opozycyjnej, powoduje, że gazeta ta zatraciła zupełnie obiektywizm, naśladując metody pijarowskie oficjalnych mass mediów, dorównując im niekiedy w zaciekłości i szyderstwach skierowanych wobec swoich naturalnych sprzymierzeńców. Na szczęście nie wszyscy publicyści GP idą tym śladem i nie dają się wciągać w ambicjonalne, ściśle partyjne przepychanki.

Ostatnio pojawił się w publicystyce nowy tygodnik Lisickiego "Do rzeczy". Zastanawiające. Czy to, że pan Paweł Lisicki został usunięty z redakcji gazety "Uważam Rze" po wpadce/sprawie z trotylem w tupolewie, upoważnia prawicowych (podobno opozycyjnych) dziennikarzy do przyjęcia go do swego grona jak "brata", nie zważając na jego dobrze znaną, lewicową przeszłość? A pan Rafał Ziemkiewicz, który tak niedawno w dwóch kolejnych numerach GP wypowiadał się jednoznacznie, że teoria zamachu smoleńskiego jest niedorzecznością - co teraz robi w tygodniku Lisickiego? Dlaczego entuzjastyczne "Wracamy" na okładce pierwszego numeru "Do rzeczy" brzmi tak dziwnie fałszywie, jak słynny koncert Jankiela, gdy przy pomocy fałszywych tonów przybliżał on słuchaczom tragedię Targowicy? Skąd niby ci publicyści wracają? Byli przez cały czas w uczciwej gazecie "W sieci" braci Karnowskich, która dziś rozpaczliwie broni się przed unicestwieniem. Dlaczego ją opuścili? Odpowiedzi na te pytania nie są już chyba dziś tajemnicą.

I wreszcie jeszcze jedno zagrożenie - ostentacyjne odwracanie się plecami do ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej. Olbrzymi potencjał tego ruchu społecznego powinien być właściwie wykorzystany. Zamiast tego, obrzuca się uczciwego narodowca p. Mariana Kowalskiego chamskimi obelgami i insynuacjami - i to znów obciąża „Gazetę Polską”. A kto na tym zyskuje? Agenci wpływu, którzy aż przebierają nóżkami z radości w nadziei wywindowania się na lukratywne stanowiska w obozie władzy. Wykluczając narodowców z obozu niepodległościowego, wyklucza się możliwość powstania suwerennej i niepodległej Polski.

Nie chcę dołączać do grona żałosnych lemingów, którzy najpierw wybrali sami dobrowolnie tę władzę, a teraz są z niej niezadowoleni, bo nie spełniła ich żałosnych i nieuzasadnionych oczekiwań. Wciąż mam nadzieję, wbrew wszelkiej nadziei, że 10 kwietnia, po trzech latach od zamachu smoleńskiego, nastąpi coś więcej niż przebudzenie, że ten naród potrafi grozić, przerażać i osądzać, że zmiecie ten niby-rząd z powierzchni polskiej ziemi. Nie myślmy teraz o następnych wyborach.

Do tego czasu Polska zniknie z mapy Europy. Będzie jedynie regionem w granicach wytyczonych przez rząd światowy. A teraz - jeszcze istnieje. Wprawdzie w żałosnym stanie, ale jeszcze można ją uratować. Archipelag Polskości zgodnie z ideą prof. Zybertowicza już powstał. Cóż stąd, że na razie są to pojedyncze wysepki na mapie Polski, ale jest ich coraz więcej i już tworzy się między nimi wyraźna komunikacja. Niech nas to nie przeraża, że większość polskojęzycznych tubylców jeszcze śpi. Nic to. Powiedzmy im "dobranoc". To nie większość decyduje o losach kraju. To mniejszość jest motorem dziejów. Nie rozdzierajmy szat nad polską demokracją, bo jeszcze jej u nas nie było i chyba nikt na świecie jej nie widział. To tylko utopia, nic więcej.

Wybitny polski reżyser Grzegorz Braun jest monarchistą. Oczywiście, w Polsce nie możemy liczyć na odnalezienie potomków królewskich dynastii. Elity arystokratyczne zostały wymordowane przez zaborców, wyginęły w powstaniach i kolejnych zsyłkach na Sybir. Ale można przecież mieć nadzieję,że zjawi się przywódca, naczelnik na miarę Józefa Piłsudskiego, a jego potomkowie będą dziedziczyć po nim władzę i tak powstaną nowe dynastie. Czy można nazwać to oszołomstwem? Nie sądzę. A cóż innego dzieje się u nas, począwszy od 1945 roku do chwili obecnej? Rządzą nami "Czerwone Dynastie" (Jerzy Robert Nowak). Tyle tylko, że obłudnie nazywamy to demokracją.

Niektórzy nasi patrioci wielką wagę przywiązują do tego, że Episkopat Polski zdradził swój naród. Czy naprawdę jest to aż tak ważne? Przecież większość polskich katolików w ogóle nie ma pojęcia, kim jest obecny prymas Polski Józef Kowalczyk, kim abp Michalik, sekretarz episkopatu Polski, czy też abp Pieronek lub metropolita warszawski abp Nycz albo metropolita krakowski abp Dziwisz. Ale gdy Polska nagle wybuchnie, wierni i tak będą się skupiać wokół tych księży, dla których Bóg, Honor i Ojczyzna są najwyższą wartością. Tak było w całej naszej historii. Być może tak będzie i teraz. Myślę, że po pozbyciu się tej niby-władzy, ci ww. hierarchowie zostaną porzuceni nie tylko przez katolików, ale także i przez tę władzę, która jeszcze istnieje prawem kaduka, ale już teraz ich lekceważy. Do czego mogą się jej przydać dostojnicy kościelni, którzy nie mają poparcia własnego narodu?

Taka jest nadzieja, takie oczekiwania Polskiego Ruchu Niepodległościowego na dziś. A czy Bóg pozwoli, by nasze nadzieje poparte czynem spełniły się już niedługo - tego, niestety, nie wiemy. Tak czy inaczej, musimy podążać drogą Prawdy i bronić jej, jak umiemy, bo tylko idąc taką drogą, ocalimy swą godność i swoje człowieczeństwo.

 

***
Naszej Autorce,
 Krystynie Szczyrek,
składamy wyrazy współczucia
z powodu tragicznej straty Syna
redakcja

***


O ŚWIŃSTWACH


Podobno nie ma takiego świństwa, którego nie zrobiłby rząd, kiedy skończą mu się pieniądze.

Oto kilka tygodni temu rząd cypryjski ogłosił, że zamierza „pobrać jednorazowy podatek” od pieniędzy zgromadzonych na rachunkach bankowych, w związku czym „zamroził” ludziom odpowiednie kwoty na kontach. Spowodowało to „run” na banki, gdyż nagle gotówka stała się najlepszym przyjacielem każdego Cypryjczyka. Nieprzypadkowo wybrano termin takiej operacji, długi cypryjski weekend miał zdaje się zapewnić spanikowanej ludności trochę czasu na ochłonięcie. Te z banków, które akurat pracowały w sobotę, szybko zamknęły swoje placówki, pozostawiając głodnemu gotówki tłumowi bankomaty, które szybko opróżniły się z pieniędzy. Podobno najbardziej krewcy rolnicy wydzierali je ze ścian ciągnikami, byle dobrać się do swego.  Tymczasem Cypryjczycy kombinowali, jak pozbyć się pieniędzy z własnego konta –  kupić coś przez Internet, zapłacić z góry rachunki itd. – byle przerzucić podatek dalej.

Sprawa odbiła się głośnym echem i u nas - no bo kto to widział, taki rabunek w biały dzień - po czym na całą rzecz spadła kurtyna milczenia, podobnie jak podczas kryzysu w Islandii, Irlandii, a potem w Grecji.

Po początkowych rewelacjach szeroki ogół społeczeństwa najpewniej o tych sprawach już zapomniał, bo z głównego nurtu mediów dociera mało informacji na te tematy. A szkoda, bo podobny scenariusz prędzej czy później czeka i nas, tak jak i inne zanurzone w „publicznych” i prywatnych długach kraje.

U nas zapewne będzie nieco inaczej – tam jest Euro, a to oznacza, że maszynka do drukowania pieniędzy znajduje się w Niemczech. Jest to nowość dla rządzących. Do tej pory mogli bezkarnie stwarzać pieniądze, co nazywano operacjami otwartego rynku, w razie potrzeby nawet je drukując, a teraz muszą dzwonić po pożyczkę do Berlina. I tu tkwi sekret kryzysów szarpiących strefę Euro – nie ma już wyciągania pieniędzy z własnego kapelusza, wodzirej jest w Niemczech! My natomiast ciągle mamy własnych fałszerzy pieniędzy, dla niepoznaki nazwanych Narodowym Bankiem Polskim, a sądząc po oznakach inflacji, produkcja od dawna idzie tam pełną parą.

Cypr jest o tyle wyjątkowy, że działania rządu godzą bezpośrednio w podstawy systemu bankowego – czyli w zaufanie, z czego zdano sobie najwidoczniej sprawę poniewczasie, bo zrobiono wiele, żeby to zaufanie przywrócić. Pomogli w tym i sami Cypryjczycy, pokornie stosując się do apeli rządu o „rozwagę”, czyli niewybieranie pieniędzy z banku. Najwidoczniej każdy jednak podskórnie rozumie, że banki fizycznie nie posiadają tych wszystkich pieniędzy, które są zapisane na kontach. Rządzący odstawili też niezłą szopkę, transportując „strzeżone przez uzbrojonych po zęby policjantów” kontenery rzekomo wypchane świeżutkimi euro, prosto do banku centralnego.  Ile tam było euro, a ile powietrza – to tylko urzędnicy wiedzą. I być może owi policjanci.

Sytuacje takie, jak na Cyprze,  to doskonała okazja, żeby wreszcie ujrzeć rolę rządzących we właściwym świetle. To zwykli rabusie, którzy nadają swoim kradzieżom atrybuty legalności, w dodatku zapewne niezbyt rozgarnięci, skoro nie rozumieją systemu, który sami stworzyli.  Może też wreszcie więcej ludzi zacznie pytać, co jest z bankami nie tak, skoro można je bezkarnie zamknąć na dwanaście dni, a potem otworzyć jakby nigdy nic. Dlaczego nie zamyka się piekarń, sklepów, zakładów fryzjerskich i tak dalej?

I dlaczego zamknięto wszystkie banki, a nie tylko te z problemami? Czy to oznacza, że wszystkie są niewypłacalne? Kogo chronią zgromadzeni w placówkach ochroniarze – klienta i jego własność czy obsługę banku? Dlaczego nie można dziennie wybrać więcej niż trzysta euro? Dlaczego nie można wywozić ani wysyłać za granicę własnych pieniędzy? Dlaczego transakcje powyżej pięciu tysięcy euro mają być monitorowane? Kto wreszcie jest właścicielem deponowanych w bankach przez klientów pieniędzy – oni sami, czy też może bankowcy i politycy, którzy nakładają takie ograniczenia i zakazy? Czy klienci stali się nagle podejrzani – czy może raczej z systemem jest coś nie tak?


ARKADIUSZ GACPARSKI

Odszedł Wielki Przyjaciel „idź POD PRĄD” – ARKADIUSZ GACPARSKI
Po ciężkiej chorobie zmarł 14 kwietnia 2013 roku.

W jednym z ostatnich listów napisał: „Do szpitala zabieram zawsze "idź POD PRĄD". Taki Przyjaciel to dla nas ogromny zaszczyt. Tym większe poczucie straty, że już więcej do nas nie przemówi…


szubienica - kara śmierci

Czy przyzwoity człowiek może popierać karę śmierci?

Coraz więcej tak zwanych autorytetów moralnych głosi wszem i wobec, że kara śmierci jest okrutną i prymitywną pozostałością czasów, gdy "postęp" ludzkości nie osiągnął...

NAJNOWSZE ARTYKUŁY