Strona główna Przegląd prasy kreacjonistycznej

Przegląd prasy kreacjonistycznej

O metodach datowania radioaktywnego

METODY DATOWANIA WIEKU ZIEMI NA PODSTAWIE ZJAWISK PROMIENIOTWÓRCZYCH UCHODZĄ W NAUCE ZA PODSTAWOWE. NIEKTÓRZY UCZENI WROGO NASTAWIENI DO CHRZEŚCIJAŃSTWA UŻYWAJĄ TYCH METOD DO PODWAŻANIA WIARY CHRZEŚCIJAN. PONIEWAŻ METODY TE WSKAZUJĄ NA WIĘKSZY NIŻ PODANY W BIBLII WIEK ZIEMI, MY CHRZEŚCIJANIE MAMY UZNAĆ, ŻE BIBLIA JEST BŁĘDNA, A OPIS STWORZENIA Z KSIĘGI RODZAJU W NAJLEPSZYM PRZYPADKU NALEŻY TRAKTOWAĆ METAFORYCZNIE. ALE CZY METODOM RADIODATOWANIA MOŻNA ZAUFAĆ?
 
Naturalną promieniotwórczość odkryto w 1896 roku. Zasługę przypisuje się francuskiemu fizykowi Henriemu Becquerelowi. Amerykański pionier radiochemii, Bertram Borden Boltwood, zauważył, że stosunek ołowiu do uranu był w starszych skałach większy niż w młodych skałach i skorzystał z sugestii Ernesta Rutherforda, by na tej podstawie wyznaczać wiek tych skał. Boltwood mianowicie uznał - poprawnie, jak dzisiaj wiadomo - że ołów jest końcowym produktem rozpadu uranu i że znając tempo rozpadu uranu oraz stosunek ołowiu do uranu, można wyznaczać wiek skał. Podobną metodę, ale w odniesieniu do materii organicznej oraz przy użyciu C14, zaczął stosować Willard Libby w połowie lat 40. XX wieku. Libby zwrócił uwagę, że powszechny w materii ożywionej węgiel może zawierać obok zwykłego niepromieniotwórczego węgla C12 także izotop promieniotwórczy C14. Za badania przy użyciu C14 Libby otrzymał Nagrodę Nobla w 1960 roku.


Dlaczego istnieje zjawisko naturalnej promieniotwórczości? Jak wiadomo, każdy atom składa się z protonów i neutronów (tzw. nukleonów) skupionych w środku atomu, w jego jądrze, wokół którego krążą elektrony. Jądro atomu ma średnicę od 1,75 fermiego (w skrócie fm) w przypadku atomu wodoru do 15 fermich w przypadku atomu uranu. Fermi to jednostka stosowana do odległości wewnątrz jądra atomowego i wynosi 10^-15 metra (inaczej: jedną bilionową milimetra). Jądro zawiera w przybliżeniu 99,94% całej masy atomu.


Najmniejszy atom wodoru ma rozmiary 1,06 angstrema. Angstrem to jednostka stosowana do odległości między atomami i wynosi 10^-10 metra (czyli jedną dziesięciomilionową milimetra). Łatwo zauważyć, że jeden angstrem to 100 tysięcy fermich. Atom uranu ma średnicę ponad trzykrotnie większą niż atom wodoru. Elektrony najbardziej zbliżone do jądra znajdują się mniej więcej 100 000 razy dalej od środka jądra niż najbardziej od tego środka oddalone zewnętrzne nukleony.


Jak bardzo puste są atomy, może nam uświadomić następujące porównanie. Gdyby jądro atomu wodoru było wielkości złotówki, to orbita jedynego elektronu, jaki w nim krąży, znajdowałaby się w odległości ok. jednego kilometra. Do 1911 roku sądzono, że atomy stanowią zwartą materię o dodatnim ładunku, w której, jak rodzynki w cieście, tkwią niewielkie obdarzone ładunkiem ujemnym elektrony. Ten model atomu, zwany żartobliwie modelem ciasta z rodzynkami, wprowadził w 1897 roku fizyk brytyjski Joseph J. Thomson. Ale w 1911 roku Ernest Rutherford przeprowadził eksperyment, w którym na bardzo cienką folię złota wystrzeliwał cząstki alfa (dzisiaj wiemy, że są to jądra helu składające się z dwóch protonów i dwóch neutronów). Olbrzymia większość cząstek alfa przechodziła przez folię złota bez najmniejszych kłopotów, co świadczyło, że objętość atomów stanowi w większości pustka.


Chemiczne własności atomów wyznaczone są przez liczbę protonów w jądrze i odpowiadającą im liczbę elektronów. Ale jądra atomów mogą zawierać (z wyjątkiem atomu wodoru nawet muszą zawierać) także neutrony, i to w różnych ilościach. W ten sposób mamy do czynienia z izotopami, odmianami tego samego pierwiastka różniącymi się tylko liczbą neutronów w jądrze. Właśnie te neutrony decydują o stabilności bądź niestabilności jąder atomów. Okazuje się, że prawie każdy pierwiastek od wodoru (liczba protonów Z=1) do bizmutu (Z=83) ma przynajmniej jeden stabilny izotop (z wyjątkiem technetu i prometu). Wszystkie pierwiastki powyżej bizmutu na tablicy Mendelejewa są niestabilne, czyli stale uwalniają energię, rozpadają się.


Rozpad typu alfa występuje tylko w cięższych nuklidach promieniotwórczych, czyli tzw. radionuklidach, o łącznej liczbie protonów i neutronów równej lub większej niż 146 (radionuklid to każde jądro niestabilne radioaktywnie). Dla emisji alfa energia rozpadu manifestuje się jako energia kinetyczna wyrzucanej cząstki alfa. Właśnie ten typ rozpadu promieniotwórczego tworzy radioaureole w minerałach tkwiących w skałach. [1] Każdy radionuklid wyrzuca cząstki alfa o określonej energii charakterystycznej tylko dla siebie. Cząstki alfa, przemieszczając się w minerałach, niszczą ich krystaliczną strukturę, pozostawiając na swej drodze sygnaturę w postaci serii odbarwionych kręgów koncentrycznych - właśnie radioaureol - charakterystycznych dla danego radionuklidu produkującego cząstki alfa. Ciekawe, że te radioaureole są najlepszym pośrednim świadectwem obserwacyjnym popierającym wielomilionowe okresy rozpadu promieniotwórczego, o ile mierzy się je przy założeniu współczesnego tempa rozpadu. Radioaureole powstają z maleńkich punktowych inkluzji uranu U238 albo jakiegoś innego radioizotopu występującego naturalnie w krysztale.


Radioaureole wywołane obecnością, jak się wydaje, pierwotnego polonu [2] Po218 (pierwotnego, czyli takiego, który nie powstał z rozpadu uranu) stały się przedmiotem burzliwej dyskusji między kreacjonistami i antykreacjonistami. Ponieważ półokres rozpadu Po218 wynosi tylko 3 minuty, Robert V. Gentry wywnioskował, że musiał on być stworzony momentalnie razem ze skałą, gdyż roztopiona skała stygnie przez tysiące lat. [3]


Do również ciekawych wniosków prowadzi porównanie tempa samorzutnego rozpowszechniania się helu He4, wytwarzanego w kryształachprzez powiązane łańcuchy rozpadu, oraz zawartości He4 w atmosferze. Wygląda na to, że rozpad ten trwał zaledwie kilka tysięcy lat. [4]


Obie te sprawy zasługują na bliższe przyjrzenie się im w przyszłości.


Oprócz rozpadu alfa istnieje jeszcze kilka innych rodzajów rozpadu radionuklidów. Jeśli znana jest wyjściowa liczba radionuklidów w czasie kształtowania się badanej próbki skały, ta sama liczba w obecnym czasie oraz tempo rozpadu, to można wyliczyć wiek próbki.


Świecko zorientowani uczeni wierzą, że rozpad promieniotwórczy trwa od powstania świata przyrody ponad 13 miliardów lat temu i że przez cały ten czas tempo rozpadu dla różnych radioizotopów pozostawało stałe w czasie. Jest to uniformitarystyczne widzenie przyrody. Uniformitaryzm stanowi kamień węgielny świeckiego światopoglądu i stanowi źródło przekonania o starej Ziemi i starym Wszechświecie. Postawa ta została dobrze

 

opisana w Piśmie Świętym:
„...przyjdą w ostatnich dniach szydercy pełni szyderstwa, którzy będą postępowali według własnych żądz i będą mówili: «Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem ojcowie zasnęli, wszystko jednakowo trwa od początku świata»” (2 Pt. 3:3-4).


Uniformitarystyczne ujęcie cierpi na szereg poważnych problemów, jeśli chodzi o radiodatowanie. Niedawne wyniki eksperymentów pokazują, że tempo rozpadu radioizotopów może się znacznie różnić od aktualnie przyjmowanych wartości - procesy te przy obecności pewnych czynników środowiskowych mogą przebiegać nawet miliard razy szybciej. [5] Szczególnie interesujące jest, że tempo rozpadu alfa toru Th228 zwiększa się 10000 razy w warunkach, w których powstają fale o wysokim ciśnieniu. [6] Warunki takie mogły łatwo powstać w trakcie Potopu Noego. Można się tylko zastanawiać, jak przebiegają procesy rozpadu jądrowego wewnątrz gwiazd lub w dużych egzoplanetach.


Istnieją też inne poważne problemy związane z obecnie stosowaną metodą datowania radioaktywnego, na przykład założenie, że badane próbki stanowiły przez miliony lat układ zamknięty. Przez miliony lat? Czy jakikolwiek układ może przez miliony lat być wolny od wpływu środowiska?


Biblia jasno stwierdza, że Ziemia jest względnie młoda, liczy sobie nieco ponad 6 tysięcy lat. Argumenty na rzecz tego stwierdzenia przedstawiano przez setki lat. Poprawnie stosowana nauka nie zaprzecza temu stanowisku. Fragmenty Biblii - takie jak Psalm 18:7-8, Księga Habakuka 3:8-10 oraz Księga Powtórzonego Prawa 32:22 - wydają się sugerować, że rozpad promieniotwórczy mógł nie być częścią oryginalnego stworzenia. Prawdopodobnie promieniotwórczość pojawiła się po raz pierwszy jako reakcja na grzech człowieka, początkowo, w okresie przedpotopowym, w głębinach Ziemi, a wypchnięta została na powierzchnię wskutek aktywności tektonicznej w okresie Potopu.


Biblia mówi, że Upadek pierwszych rodziców przyniósł katastrofalne skutki nie tylko dla nich osobiście, ale także dla całego świata przyrody.


(Vernon R. Cupps, Ph.D., “Clocks in Rocks? Radioactive Dating Part 1”, Acts & Facts, October 2014, vol. 43, no. 10, s. 8-11.)
 
[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
 
Przypisy:
[1] Por. Andrew Snelling, „Radiohalos”, w: Larry Vardiman, Andrew Snelling, and Eugene Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth, vol. I, Institute for Creation Research, Dallas, TX 2000, s. 381-468.
[2] Polon został odkryty przez Marię Curie-Skłodowską i nazwany tak od łacińskiejnazwy Polski - Polonia.
[3] Robert V. Gentry, „Giant Radioactive Halos. Indicator of Unknown Alpha-Radioactivity”, Science, August 1970, vol. 169, no. 3946, s. 670-673,http://tiny.pl/qvsvs; tenże, “Spectacle Haloes”, Nature, October 1975, vol. 258, no. 5532, s. 269-270; tenże, “Radioactive Halos”, Annual Review of Nuclear Science, October 1973, vol. 23, no. 1, s. 347-362, http://tiny.pl/qvsbh; tenże, “Radiohalos in a Radiochronological and Cosmological Perspective”, Science, October 1974, vol. 184, no. 4132, s. 62-66, http://tiny.pl/qvsbq; tenże, Creation Tiny Mystery, Earth Science Associates 1992, http://tiny.pl/qvsbm.
[4] Por. D. Russell Humphreys, „Young Helium Diffusion Age of Zircons Supports Accelerated Nuclear Decay”, w: Larry Vardiman, Andrew Snelling, and Eugene Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth, vol. II, Institute for Creation Research, Dallas, TX 2005.
[5] F. Bosch et al., „Observation of Bound-State Beta-Decay of Fully Ionized Re187: Re187-Os187 Cosmochronometry”, Physical Review Letters 1996, vol. 77, no. 26, s. 5190-5193, http://tiny.pl/qvsb8; J.H. Jenkins, D.W. Mundy, and E. Fischbach, “Analysis of environmental influences in nuclear half-life measurements exhibiting time-dependent decay rates”, Nuclear Instruments and Methods in Physics Research Section A: Accelerators, Spectrometers, Detectors and Associated Equipment 2010, vol. 620, no. 2-3, s. 332-342.
[6] F. Cardone et al., “Piezonuclear decay of thorium”, Physics Letters A, 2009, vol. 373, no. 3795, s. 1956-1958.

 

idź Pod Prąd, grudzień 2014


Rybonogi

Marta Cuberbiller Jak wiadomo, rysunek ryby był symbolem pierwszych chrześcijan. Później symbol ten utracił na znaczeniu na rzecz krzyża. Przywołano go ponownie w połowie XX...

EFEKT PAINTERA

"Zamiast sprzeciwić się temu wielkiemu człowiekowi, wielu wolało ignorować świadectwo własnych oczu."

Theophilus Shickel Painter (1889-1969) był amerykańskim zoologiem, znanym dzięki pracy nad chromosomami. Wykładał zoologię na Uniwersytecie Teksasu. Był nawet prezydentem (my byśmy powiedzieli: rektorem) tego uniwersytetu od czasów drugiej wojny światowej do 1952 roku.

W czasie tej prezydencji miała miejsce głośna rozprawa sądowa znana jako Sweatt vs Painter (U.S. 629) z 1950 roku. Hermanowi Marionowi Sweattowi odmówiono przyjęcia na studia prawnicze na Uniwersytecie Teksasu z tej racji, że był on Murzynem, a konstytucja stanu Teksas zakazywała zintegrowanej edukacji, czyli kształcenia jednocześnie studentów różnych ras. W Teksasie obowiązywała od 1896 roku doktryna "oddzielnie, ale równo". Rzecz w tym, że w Teksasie nie było prawniczych szkół wyższych kształcących Murzynów i Sweatt uznał, że odmowa Uniwersytetu Teksasu gwałci jego prawa obywatelskie, bo nie jest równo traktowany z białymi. Rozprawę wstępną przed sądem niższej instancji celowo przedłużano, by dać czas stanowi stworzyć college z wydziałem prawa kształcącym Murzynów. College taki powstał, ale nie w Austin, stolicy stanu, lecz w Houston (dzisiaj uczelnia ta nosi nazwę Texas Southern University). Sweatt mógł więc studiować prawo w Teksasie, ale w Houston, nie w Austin. Odwołał się więc do sądu wyższej instancji, bo chciał studiować w Austin. Ten podtrzymał wyrok sądu niższej instancji, więc Sweatt odwołał się do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Sąd Najwyższy wydał wyrok przychylny dla Sweatta, uznając, że możliwość studiowania prawa na college'u w Houston gwałci obowiązujące w Teksasie prawo segregacji rasowej "oddzielnie, ale równo". Na przykład w Houston pracowało tylko 5 profesorów, a w Austin aż 16, nie licząc kilku zatrudnionych na część etatu. A biblioteka w Houston liczyła 16,5 tys. tomów, podczas gdy biblioteka w Austin cztery razy więcej. Na tych i podobnych podstawach Sąd Najwyższy USA nakazał Uniwersytetowi Teksasu w Austin przyjąć Sweatta do grona studentów.

Painter zdobył renomę naukową długo wcześniej, ustalając oficjalną liczbę chromosomów w ludzkiej komórce. On pierwszy w 1921 roku użył komórek nasienia, by pod mikroskopem zliczyć, ile jest w nich chromosomów. Komórki nasienia i komórki jajowe posiadają połowę liczby chromosomów, jakie znajdują się w zwykłych komórkach ludzkiego ciała. Painter podał w tekście opublikowanym w 1923 roku, że w plemnikach są 24 chromosomy. Zapisano nawet jego słowa na ten temat: "Jestem pewien, że ta liczba jest poprawna". Inni uczeni powtarzali jego eksperyment i otrzymywali tę samą liczbę. Zdecydowano więc, że całkowita liczba chromosomów wynosi 2 x 24, czyli 48.

Oczywiście, naprawdę tych chromosomów jest 46, a nie 48. Ale autorytet Theophilusa Paintera był tak wielki, że liczby tej nie zmieniono przez ponad 30 lat. Według komentatora BBC Roberta Matthewsa, "biochemicy przez lata nie chcieli uznać, że u ludzi występują 23 pary chromosomów". Dlaczego? "Ponieważ było to sprzeczne z twierdzeniami tego wpływowego amerykańskiego zoologa". W rezultacie "zamiast sprzeciwić się temu wielkiemu człowiekowi, wielu wolało ignorować świadectwo własnych oczu." [1]

Poprawną liczbę chromosomów ustalono dopiero pod koniec 1955 roku, gdy Joe Hin Tjio, urodzony na Jawie Chińczyk pracujący w Europie, oraz szwedzki uczony Albert Levan na podstawie badań komórek embrionalnych obliczyli, że człowiek posiada 46 chromosomów. [2]

Według Matthewsa problem nie polegał na tym, że Painter się mylił, ale na tym, że "uczeni woleli ulegać autorytetowi, niż uwierzyć świadectwu własnych oczu. Gdy później sprawdzano fotografie chromosomów w dawnych podręcznikach, odkryto, że wyraźnie widoczne są 23 pary, ale podpisy pod tymi fotografiami głosiły, że liczba ta wynosi 24." [3]

Uleganie wpływowi autorytetów jest w nauce częste. Przykłady można znaleźć nawet w fizyce. Amerykański fizyk Robert Millikan zdobył Nagrodę Nobla w 1923 roku za pomiar ładunku elektronu. Kilka lat później wyszło na jaw, że dobrał sobie dane, aby pasowały do jego prekoncepcji na temat, jak brzmi odpowiedź na zadane pytanie. Ładunek podany przez Millikana okazał się za duży. Ale był on tak wpływowym uczonym, że późniejsze pomiary tylko nieznacznie obniżały podaną przez niego wartość ładunku elektronu - nikt nie chciał krytykować tej wielkiej, czcigodnej postaci.

Postawa taka staje się w pełni zrozumiała, gdy uświadomimy sobie moc konformizmu. Amerykański psycholog Solomon Asch (notabene, urodzony w Warszawie, wyemigrował do USA w wieku 13 lat) w połowie lat 50. przeprowadził ciekawy eksperyment. Eksperymentowi podlegała osoba siedząca obok kilku innych osób. Pokazywano im linię o pewnej długości i proszono o odpowiedź, która z trzech kolejnych linii ma tę samą długość. Wszystkie osoby, z wyjątkiem tej jednej poddawanej eksperymentowi, zmówiły się, że będą udzielać tej samej fałszywej odpowiedzi. W rezultacie nawet trzy czwarte badanych ulegało presji i zgadzało się z błędną odpowiedzią. Gdy odpowiadali samotnie, prawidłowych odpowiedzi było blisko 100%.

Liczenie chromosomów pod mikroskopem to nauka operacyjna, która dotyczy powtarzalnych i obserwowalnych faktów na temat świata i tego, jak ten świat funkcjonuje. Ewolucjonizm jednak jest nauką historyczną. Nie badamy bezpośrednich faktów, o których mówimy, ale pozostałości bądź skutki tamtych faktów, oczywiście przy odpowiedniej interpretacji. Ewolucjonizm operujący setkami milionów lat stał się dominującym wszechwładnie paradygmatem, systemem myślowym przyjmowanym z góry i używanym jako podstawa do interpretowania wszystkich innych danych. Uczeni mają staledo czynienia już nie z jednym "Painterem", ale z całym stadem autorytetów głoszących, że ewolucjonizm to fakt.

Otrzymujemy w ten sposób odpowiedź, dlaczego w sprawie "ewolucja czy stworzenie?" tak wielu uczonych niewolniczo podąża w tym samym kierunku pomimo tego, co mówi dostępny materiał empiryczny.

Przypisy:

[1] "Focus" April 2010, issue 214, s. 24 (www.bbcfocusmagazine.com).
[2] Joe Hin Tjio, Albert Levan, "The chromosome number of man", Hereditas 1956, vol. 42, s. 1-6.
[3] Robert Matthews, "The bizarre case of the chromosome that neper was", Sunday Telegraph, 14 May 2000, http://tiny.pl/hc4pp. (Carl Wieland, "The Great Chromosome Fiasco", Creation 2011, vol. 33, No. 1, s. 19.)


EWOLUCJONISTYCZNE KORZENIE ETYKI HITLERA

(Na marginesie niedawnej książki Richarda Weikarta)

Darwinizm i Holocaust były mocno powiązane przyczynowo. Powiązanie to jest dobrze udokumentowane w literaturze naukowej. Ale większość tej dokumentacji istnieje w języku niemieckim, a dzisiaj językiem nauki jest język angielski. Richard Weikart, profesor nowożytnej historii Europy w California State University, próbuje zasypać istniejącą lukę. Jego niedawna książka "Hitler's Ethic: The Nazi Pursuit of Evolutionary Progress" [Etyka Hitlera. Nazistowskie dążenie do postępu ewolucyjnego] opiera się na licznych źródłach, w tym także niemieckojęzycznych.

Weikart umieścił w książce olbrzymią ilość wypowiedzi Hitlera, jakie znalazł w ocalałych jeszcze dokumentach nazistowskich w archiwach niemieckich. Wiele z nich nie było dotąd przetłumaczonych na język angielski. Pochodzą one z publicznych mów Hitlera i jego bliskich towarzyszy oraz zarejestrowanych prywatnych wystąpień. Na przykład w książce zacytowana jest taka wypowiedź Hitlera: Działałem tak, jak działa przyroda, nie brutalnie, ale raczej zgodnie z rozumem, aby zapewnić zwycięstwo lepszych [czyli aryjczyków] i w tym celu musiałem zwolnić setki tysięcy stanowisk. [1]

Hitler obiecał, że stanowiska te obejmą dobrzy Niemcy. Eliminowanie niższych ewolucyjnie Żydów, aby zrobić miejsce dla wyżej położonych na ewolucyjnej drabinie Niemców było według Hitlera naturalnym procesem ewolucyjnym. Dla Hitlera było jasne, że zasada ta określała jego etykę: Uznajemy tylko jedną zasadę, mianowicie utrzymanie naszej rasy, utrzymanie naszego gatunku. Wszystko, co służy tej zasadzie, jest słuszne. Wszystko, co jej szkodzi, jest fałszem. W tej mowie, wygłoszonej pod koniec wojny, Hitler usprawiedliwiał zabijanie Żydów, odwołując się do swojej etyki. [2] Gdy czytamy słowa Hitlera o utrzymaniu rasy, przypomina się często przemilczany podtytuł głównej książki Darwina "O utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt".

Wcześniej Weikart wydał książkę "From Darwin to Hitler". [3] Obecnie dalej uzasadnia konkluzję zawartą we wcześniejszej książce, a mianowicie że darwinizm wywarł wyraźny wpływ na Hitlera icały ruch narodowosocjalistyczny. Hitler połączył społeczny darwinizm z antysemityzmem, podkreślając, że żydostwo to "głównie nie religia, ale rasa", niższa rasa, która zanieczyszcza wyższą rasę aryjską. [4] Jak powiedział: Kwestia rasowa to klucz nie tylko do historii świata, ale do całej kultury ludzkiej. [...] Dla nas nie istnieje walka klas, ale walka ras. [5] Warto tu przypomnieć, że socjaliści międzynarodowi, ci od Marksa i Lenina, opisywali rzeczywistość społeczną w kategoriach walki klas. Hitler, też socjalista, ale narodowy, wolał odwoływać się do Darwinowskiej walki ras.

Każdy, kto chce zrozumieć historię Europy XX wieku, musi przeczytać książkę Weikarta. "Hitler's Ethic" przyczynia się znacznie do wyjaśnienia wielu aspektów najgorszych 12 lat w historii świata, które kosztowały ludzkość 100 milionów ofiar i których tworem był Holocaust. Książka przedstawia szczegółowo naturę wpływu Darwina i darwinizmu na Hitlera i niemiecki nazizm.


Weikart uzasadnia pogląd, że całe zło hitleryzmu można wyjaśnić tylko wtedy, gdy uwzględnmy wpływ darwinowskiej eugeniki na niemiecki świat nauki i niemieckich polityków. Jest to oczywiste dla każdego dobrze zorientowanego badacza historii ruchu hitlerowskiego. Weikart używa niezliczonych źródeł, by wykazać, że dla głównych celów nazizmu istotny był nie tylko darwinizm, ale nauka w ogóle. Hitler cieszył się poparciem wielu czołowych uczonych, wymienianych przez Weikarta z nazwiska. Ponadto "Hitler był zauroczony nowoczesną nauką i technologią", częściowo dlatego, że uważał je za "wytwór aryjskiej pomysłowości" [6]. Autor zwraca uwagę, że wielu czołowych niemieckich uczonych i lekarzy popierało Hitlera w jego dążeniu do wyeliminowania Żydów. Światowej sławy genetyk Lenz napisał w wydanej w 1936 roku książce, której był współautorem, że Żydzi są szkodliwą "rasą pasożytów" i że organizmy "lepiej się mają bez pasożytów", po ich eliminacji. W 1943 roku, gdy już Żydów mordowano na masową skalę, Rüdin chwalił politykę nazistowską, w tym "walkę z pasożytniczymi rasami obcej krwi, takimi jak Żydzi i Cyganie". Wielu niemieckich antropologów współpracowało z władzami niemieckimi, które wdrażały rasowe standardy. Niektórzy lekarze nawet bezpośrednio w tym uczestniczyli, jak znani eugenicy Otmar von Verschuer i Joseph Mengele, posiadający doktoraty z antropologii fizycznej i medycyny. Mengele nawet wysyłał z Auschwitz do Verschuera próbki tkanek zamordowanych przedstawicieli "niższych ras". [7]

Powszechnie uważa się, że Hitlera charakteryzował brak zasad moralnych. Zdaniem Weikarta jest to błędny pogląd. Hitler był głęboko etycznym człowiekiem, tylko że jego etyka nie miała nic wspólnego z etyką chrześcijańską czy nawet z klasyczną etyką. Była to etyka ewolucjonistyczna. Książka Weikarta zawiera zaskakującą konkluzję, że postrzegana przez nas niemoralność Hitlera nie była wytworem ignorowania lub odrzucania etyki, ale przyjęcia spójnej, tyle że obcej dla nas etyki. Hitler inspirował się etyką ewolucjonistyczną i dążył do utopijnego programu ulepszenia rasy ludzkiej. Te głęboko zakorzenione przekonania dotyczące etyki i moralności kształtowały jego politykę.

Etyka ewolucjonistyczna leżała u podstaw polityki hitlerowskiej, a więc eugeniki (czyli prób ulepszania dziedziczonych cech człowieka, w tym przymusowej sterylizacji), eutanazji, rasizmu, ekspansji ludnościowej, ofensywnego stylu prowadzenia wojen oraz rasowej eksterminacji. Fundamentem ideologii i polityki Hitlera było dążenie do postępu ewolucyjnego i uniknięcia degeneracji biologicznej własnej rasy.

Według Weikarta wszystkie dążenia polityczne Hitlera, w tym polityka ekspansji terytorialnej zwanej Lebensraum, ostatecznie miały realizować cele eugeniczne. Likwidacja osób z chorobami dziedzicznymi, rasowa eksterminacja, przymusowa sterylizacja oraz ekspansja ludności niemieckiej na tereny zamieszkałe przez inne narodowości miały zredukować degenerację biologiczną i doprowadzić do wzrostu liczebnego tych, którzy według hitlerowców należeli do wyższej rasy. Właśnie dlatego Hitler uważał, że można eksploatować "niższe istoty ludzkie", choćby przez zmuszanie do pracy "niższych rasowo", w tym Żydów, Słowian i Murzynów. [8]

Wyższa rasa aryjska z naukowych powodów ma prawo eliminować "niższe istoty ludzkie". Żeby zrealizować tak radykalne plany, Hitler musiał stosować podwójny język - inaczej mówić do zwykłych ludzi i inaczej do bliskich sobie osób. Weikart bardzo skutecznie oddzielił często mylące wypowiedzi nazistów od faktycznych celów Hitlera i jego towarzyszy. Zauważył, że tylko nieliczni historycy zwrócili uwagę na etykę ewolucjonistyczną, której wczesnodwudziestowieczną rasistowską wersję przyjął Hitler. Wielu uczonych uwzględniało zaangażowanie Hitlera po stronie darwinizmu społecznego, ale niemal nikt nie analizował jego etycznego wymiaru.

Celem książki było przeanalizowanie i scharakteryzowanie właśnie tego wymiaru. Między innymi Weikart udokumentował istotny i często pomijany aspekt hitleryzmu, a mianowicie determinację Hitlera, by zniszczyć chrześcijaństwo. Pragnienie to doskonale pasuje do ewolucjonistycznej etyki niemieckiego przywódcy. Odrzucał on etykę chrześcijańską głównie dlatego, że sprzeciwia się ona bezlitosnej filozofii opartej na Darwinowskim mechanizmie doboru naturalnego, na doktrynie przeżycia najlepiej przystosowanego oraz przekonaniu, że naturalnym stanem przyrody są gwałty i okrucieństwo. Etyka chrześcijańska sprzeciwia się, krótko mówiąc, temu wszystkiemu, czego Hitler chciał użyć, by wzmacniać wyższą rasę i rozszerzać jej wpływy i panowanie. Chrześcijaństwo uczy bowiem, jak ważna jest pomoc chorym, słabym, kalekom, biednym, pozbawionym praw oraz poniżonym. Temu wszystkiemu Hitler się sprzeciwiał. Etyka Hitlera stoi w ostrym kontraście do tego, co większość ludzi uznaje za moralne.

Wiele z nazistowskich idei i celów wywodzi się otwarcie z darwinizmu. Na przykład centralna idea niemieckiego nazizmu - przekonanie, że jednostka jest niczym, a naród wszystkim - to był powszechny pogląd wśród darwinistów pod koniec XIX i na początku XX wieku. [9] Nawiasem mówiąc przekonanie to, z zamianą narodu i rasy na klasę społeczną, było powszechne także w systemach komunistycznych i tak samo tłumaczy 80 milionów ludzi zamordowanych przez chińskich komunistów, 80 milionów ludzi zabitych przez komunistów w Związku Radzieckim, jak i 60 milionów osób wymordowanych przez niemieckich nazistów.

Każdy, kto chce zrozumieć historię Europy XX wieku, musi przeczytać książkę Weikarta. "Hitler's Ethic" przyczynia się znacznie do wyjaśnienia wielu aspektów najgorszych 12 lat w historii świata, które kosztowały ludzkość 100 milionów ofiar i których tworem był Holocaust. Książka przedstawia szczegółowo naturę wpływu Darwina i darwinizmu na Hitlera i niemiecki nazizm.


Przypisy:
[1] Cyt. za: Richard Weikart, Hitler's Ethic: The Nazi Pursuit of Evolutionary Progress, Palgrave Macmillan, New York, NY 2009, s. 194.
[2] Por. tamże.
[3] Richard Weikart, From Darwin to Hitler, Palgrave, Macmillan, New York, NY 2004.
[4] Cyt. za: Weikart, Hitler's Ethic..., s. 75.
[5] Cyt. za: j.w., s. 76.
[6] Weikart, Hitler's Ethic...;, s. 79.
[7] Por. tamże, s. 194.
[8] Por. tamże, s. 76.
[9] Por. tamże, s. 114. (Jerry Bergman, Book Review: Hitler's Ethic. The Nazi Pursuit of Evolutionary Progress, by Richard Weikart, "Creation Research SocietyQuarterly" Fall 2010, vol. 47, no. 2, s. 137-138)


MIEJSCE STWORZENIA W TEOLOGII CHRZEŚCIJAŃSKIEJ – BÓG ODKUPICIEL TO BÓG STWÓRCA

Centralnym przesłaniem chrześcijaństwa jest krzyż i zmartwychwstanie Chrystusa. Nazywamy to dobrą nowiną, ewangelią zbawienia grzesznego człowieka dzięki odkupieńczej śmierci Jezusa Chrystusa. Ale to przesłanie jest elementem dużo szerszej prawdy, która stanowi kontekst dla akceptacji, a nawet zrozumienia ewangelii Jezusa Chrystusa. Tą szerszą prawdą jest cała opowieść o tym, jak Bóg traktuje ludzkość. Obejmuje ona ujęcie z Księgi Rodzaju o tym, jak Bóg stworzył świat. Pismo Święte nigdy nie oddziela wiedzy o Bogu Odkupicielu od wiedzy o Bogu Stwórcy. Wiele herezji chrześcijańskich próbowało w jakiś sposób oddzielić Boga Stwórcę od Boga Odkupiciela. Chrześcijaństwo się temu sprzeciwia. Dobra nowina Jezusa Chrystusa nie ma sensu, jeśli nie umieścimy jej w ramach całej opowieści o stwórczym i zbawczym dziele Boga, od Księgi Rodzaju do Księgi Objawienia.

Niektóre środowiska chrześcijańskie próbują unikać Księgi Rodzaju i pomniejszyć jej wartość. Mówi to wiele o ogólnej perspektywie, z jakiej te środowiska patrzą na Biblię, Boga i człowieka. Sam Jezus orzekł, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć Go bez Starego Testamentu (Jana 5:39). Ewangelia Mateusza ciągle wykazuje, że wszystko, co się stało, zaszło po to, aby wypełniło się Pismo. Dla chrześcijanina nie ma sensu sugestia, że autorytet posiada tylko Nowy Testament. To fałszywa nauka, która podważa samą dobrą nowinę. Biblia jest słowem Boga do nas, każde jej słowo jest natchnione przez Boga. Nie do przyjęcia jest postawa, że możemy jako chrześcijanie obyć się bez jakiegoś fragmentu Pisma.

Schizofrenia interpretacji dni stworzenia

Dobrym przykładem trudności, do jakich prowadzi taka postawa, jest przyjęcie stanowiska, że Ziemia liczy sobie wiele miliardów lat. Najczęściej chrześcijanie, którzy akceptują pogląd, że Ziemia jest stara, uznają jednocześnie ewolucję za metodę stworzenia. To tak zwani teistyczni ewolucjoniści. Ale nie musi tak być, że stary wiek Ziemi łączy się z akceptacją ewolucjonizmu. Istnieją nawet kreacjoniści głoszący, że Ziemia jest stara. To tak zwani kreacjoniści starej Ziemi. Pierwszy problem, związany z ideą starej Ziemi, ma naturę egzegetyczną, dotyczy interpretacji Biblii. Jeśli ktoś przyjmuje stanowisko starej Ziemi, to musi interpretować pierwsze trzy rozdziały Księgi Rodzaju w taki sposób, który jest nie do przyjęcia w innych kontekstach biblijnych, w innych księgach Pisma Świętego. Staroziemscy kreacjoniści interpretują dni stworzenia z opisu biblijnego jako długie epoki, być może liczące miliony lub nawet miliardy lat. Ale co wówczas zrobić z następującym tekstem biblijnym z Księgi Wyjścia:

"Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci twego Boga, Jahwe. [...] Bo w sześciu dniach uczynił Jahwe niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nich, w siódmym zaś dniu odpoczął." (Ks. Wyjścia 20:10-11)?

Jeśli dni stworzenia z opisu biblijnego rozumiemy jako dłuższe okresy, jako epoki, to podobnie winniśmy rozumieć dni stworzenia, o których mowa w cytowanym wyżej fragmencie. Ale w tym fragmencie taka interpretacja dni stworzenia nie ma sensu. Przykazanie, nakazujące święcenie szabatu, dotyczy dosłownie rozumianego, czyli literalnego dnia szabatu, a tym samym nakazuje przyjąć takie samo rozumienie pozostałych dni stworzenia.

Nauki przyrodnicze mają hipotetyczny charakter

Zwolennicy starej Ziemi mówią, że akceptują orzeczenia nauki w sprawie pochodzenia świata. Jest to chwalebna postawa, bo nauka ma na swoim koncie wiele spektakularnych sukcesów. Ale nie można zapominać, że poniosła też spektakularne klęski. Wiele teorii, utrzymywanych nawet przez setki lat, w końcu uznawano za nieprawdziwe, chociaż wcześniej znajdowano dla nich wiele potwierdzeń. Tak było z teorią nieruchomej Ziemi, obaloną przez Kopernika i jego następców. Tak było też z newtonowską teorią grawitacji, która została zastąpiona przez ogólną teorię względności Einsteina. Orzeczenia nauki nie są absolutnie pewne, są hipotetyczne i omylne.

A my, chrześcijanie, musimy pamiętać, że nauka mówi także, że zmarli nie zmartwychwstają i że dziewice nie rodzą męskich potomków. Czy można być chrześcijaninem, nie uznając historyczności Zmartwychwstania i Dziewiczego Poczęcia? Uznanie nadrzędności nauki nad Biblią w sprawie pierwszych jej rozdziałów skutkuje olbrzymimi problemami egzegetycznymi i wpływa na rozumienie reszty Pisma Świętego. Nie da się odizolować pierwszej księgi od pozostałych ksiąg, bo skutkuje to swoistą schizofrenią interpretacyjną.

Realność pierwszego i ostatniego Adama

Istnieje też drugi, nawet poważniejszy, problem natury teologicznej, związany z przyjęciem nadrzędności twierdzeń nauki w sprawie wieku Ziemi i pochodzenia człowieka. Jeśli przyjmiemy stanowisko teistycznego ewolucjonizmu ze wszystkimi jego konsekwencjami, to nic nam nie daje werbalne uznanie, że nic istotnego się nie zmieniło, bo nadal uważamy, że Bóg stworzył człowieka, tyle że zrobił to przy pomocy ewolucji. Wówczas bowiem nie jesteśmy w stanie przyjąć, że Adam i Ewa naprawdę istnieli jako prarodzice całej ludzkości. Adam i Ewa dla teistycznych ewolucjonistów mogą być tylko symbolicznymi, realnie nieistniejącymi ludźmi. Według ewolucjonizmu rodzaj ludzki wyłonił się nie z pary osobników, ale z całej grupy, czy nawet grup hominidów. A to prowadzi do nieprzezwyciężalnych problemów teologicznych. Ponownie mamy tę samą sytuację, że tej interpretacji nie możemy stosować poza pierwszymi rozdziałami Księgi Rodzaju. Jeśli Adam nie był postacią historyczną, to jak mamy potraktować słowa Pawła Apostoła o pierwszym Adamie i ostatnim Adamie?

"Ponieważ bowiem przez człowieka przyszła śmierć, przez człowieka też dokona się zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni" (1 Kor. 15:21-22)

Biblia wyraźnie łączy realność zmartwychwstania w Chrystusie z realnością śmierci w Adamie (Rzym. 5:12-19). Jeśli ta druga jest fikcyjna, bo naprawdę Adam nie istniał, to czy mamy prawo spodziewać się realnego, niefikcyjnego zmartwychwstania? Powstaje olbrzymi problem. [1]

Jeśli nie było historycznego Adama, to Upadek, grzech pierwszej pary ludzi, staje się fikcją. Biblia grzeszność rodzaju ludzkiego wywodzi z faktu, że Adam i Ewa zgrzeszyli. Adam jako ojciec ludzkości ważny jest nie tylko z powodu własnego grzechu, ale ponieważ w Adamie wszyscy zgrzeszyliśmy. Księga Rodzaju informuje, że sąd Boży za ten grzech przybrał rozmiary kosmiczne. [2] Jeśli przyjmiemy stanowisko starej Ziemi, nawet jeśli będzie to kreacjonizm starej Ziemi, to bardzo trudno wyjaśnić, dlaczego skutki Upadku - śmierć, strach, choroby i cierpienia - występowały długo przed Adamem i Ewą. Zwłaszcza jeśli uwzględnimy kilkakrotne zapewnienia, że skutki stworzenia Bóg widział jako bardzo dobre.

Sytuacja w chrześcijaństwie ewangelikalnym

Większość chrześcijan nie zadaje sobie trudu, by problem ten rozstrzygnąć. Nie wnikają oni tak głęboko w problematykę teologiczną. Zadowalają się powierzchownym, werbalnym tylko pogodzeniem ewolucjonizmu i chrześcijaństwa. Dotyczy to głównych wyznań - katolicyzmu, prawosławia, a nawet protestantyzmu. Lepsza sytuacja występuje u tzw. ewangelicznych chrześcijan, bo wielu z nich - niestety, nie wszyscy - odrzuca ewolucjonizm. A są całe denominacje protestanckie, które mocno stoją na gruncie kreacjonizmu młodej Ziemi.

Jeśli chodzi o ewangelikalnych chrześcijan, to w omawianej sprawie można wskazać zarówno na jasną, jak i na ciemną stronę. Ta pierwsza to fakt, że większość z nich odrzuca teorię ewolucji, nigdy nie zdobyła ona ich serc. Ale najczęściej nie rozumieją oni biblijnej doktryny stworzenia i odkupienia. Nie chodzi tu tylko o to, że - mówiąc metaforycznie - nie łączą ze sobą kolejnych punktów w linię prostą. Wiele kościołów ewangelikalnych nie naucza podstawowych prawd biblijnych, czyli nie tworzy tych punktów, które należy ze sobą połączyć. Ewangelikalizm został dotknięty doktrynalnym analfabetyzmem, gdzie tzw. doświadczenie życiowe rządzi wiedzą, a intuicja dominuje nad intelektualnym zaangażowaniem. Ta sytuacja się pogarsza, gdyż kolejne pokolenia chrześcijan ewangelikalnych w coraz większym stopniu akceptują naturalizm i ewolucjonizm wskutek tego, że podlegają nauczaniu i wychowaniu w świeckim środowisku, gdzie naturalizm i ewolucjonizm przyjmuje się z góry, bez dowodu.

Właściwe podejście teologiczne musi dysponować wielką metanarracją biblijną, łączącą Stworzenie, Upadek, Odkupienia i Koniec świata. Nie da się sensownie mówić o odkupieniu, jeśli nie powiemy, od czego. Nie można wyjaśnić grzesznej natury człowieka, nie wspominając o Upadku naszych prarodziców. A Upadku nie da się przedstawić bez odniesienia się do całego Wszechświata jako odbicia chwały Bożej oraz do ludzi jako jedynych stworzeń uczynionych na obraz Boży. Wszystkie te elementy muszą być wstawione do całościowego kontekstu Bożego Objawienia się w Chrystusie. Każdy z tych elementów w izolacji od pozostałych traci sens.

Chrześcijaństwo a kreacjonizm i ruch Inteligentnego Projektu

Koncentrowanie się na stworzeniu bez ewangelii odkupienia nie jest właściwe dla chrześcijanina. Kreacjonizm jest konieczny, ale nie wystarcza. Podobnie jest z teorią Inteligentnego Projektu. To znakomite narzędzie intelektualne. Pozwala niezwykle skutecznie wykazać błędy darwinizmu. Ale sama ta teoria nie przybliży nikogo do Chrystusowej ewangelii. Jeśli idea inteligentnego projektu jest całościowym światopoglądem, to jest to światopogląd bezpłodny. Nie zostaniemy zbawieni przez to, że uznamy Boga za Projektanta. Zbawienie wymaga uznania Boga jako Stwórcy i Odkupiciela w Chrystusie.

Czy zbawienie zależy od przyjęcia idei młodej Ziemi?

1 List do Koryntian 15:17 mówi: "A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach". Jezus w Ewangelii Jana 3:3 powiedział: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego". A List do Rzymian 10:9 wyraźnie wyjaśnia: "Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie".

Wiele innych fragmentów można cytować, ale żaden z nich nie mówi, że aby zostać zbawionym, należy wierzyć w młodą Ziemię. A lista tych, którzy nie wejdą do Królestwa Bożego, jak na przykład tekst z Objawienia św. Jana 21:8, z pewnością nie wymienia "staroziemców".

Wielu wielkich myślicieli chrześcijańskich wierzyło w starą Ziemię. Niektórzy z nich przyjmowali tzw. teorię luki czasowej. Inni - teorię, że dzień stworzenia w opisie biblijnym odnosi się do epoki geologicznej. Jeszcze inni byli teistycznymi ewolucjonistami albo progresywnymi kreacjonistami. Pismo Święte wyraźnie naucza, że warunkiem zbawienia jest wiara w Chrystusa bez żadnych wymogów odnośnie wieku Ziemi lub Wszechświata.

Ale nie znaczy to, że nie ma znaczenia, w co chrześcijanie wierzą w sprawie wieku Ziemi lub Wszechświata. Chociaż nie zależy od tego zbawienie, wiara, że historia Ziemi trwa od milionów lat, prowadzi do bardzo przykrych konsekwencji.

Wiara w miliony i miliardy lat nie pochodzi z Pisma Świętego, ale z metod, jakich świeccy uczeni używają do obliczenia wieku Wszechświata. Metody te, jak wszystkie metody naukowe, mają omylny charakter. Aby dopasować te miliony lat do Biblii, trzeba dokonać odpowiedniej reinterpretacji tekstu biblijnego - na przykład wprowadzić lukę czasową między pierwszym i drugim wierszem Księgi Rodzaju, albo dni stworzenia interpretować jako epoki, albo w jeszcze jakiś inny sposób. Krótko mówiąc, należy jakoś "przystrzyc" tekst biblijny, autorytet Słowa Bożego należy podporządkować omylnym ideom człowieka. Najpierw w tej jednej sprawie, potem w drugiej (bo dlaczego nie, skoro już raz?), trzeciej..., aż mamy to, co mamy - całkowity upadek autorytetu Biblii w świecie Zachodu.

My, chrześcijanie, powinniśmy pamiętać o ostrzeżeniu z Księgi Przysłów: "Do słów Jego nic nie dodawaj, by cię nie skarał" (30:6).

Przypisy:

[1] Por. w tej sprawie Lita Cosner, "Romans 5:12-21: Paul's view of literal Adam", Journal of Creation, August 2008, vol. 22, no. 2, s. 105-107, http://tiny.pl/hc2z7; Lita Cosner, "The Resurrection and Genesis", Creation 2010, vol. 32, no. 3, s. 48-50, http://tiny.pl/hc2zr (tłum. polskie: "Zmartwychwstanie a Księga Rodzaju", http://tiny.pl/hc2z9)

[2] Por. Jonathan Sarfati, "The Fall: a cosmic catastrophe: Hugh Ross's blunders on plant death in the Bible", Journal of Creation 2005, vol. 19, no. 3, s. 60-64, http://tiny.pl/hdr61; Henry B. Smith Jr., "Cosmic and universal death from Adam's fall: an exegesis of Romans 8:19-23a", Journal of Creation 2007, vol. 21, no. 1, s. 75-85, http://tiny.pl/hdr6j.

(Lael Weinberger, "Creation and Redemption. A Conversation with Albert Mohler", Creation 2011, vol. 33, no. 1, s. 16-18; Ken Ham, "Does the Gospel Depend on a Young Earth?", Answers January-March 2011, vol. 6, no. 1, s. 39-40.)


PLANETY POZASŁONECZNE A MŁODY WSZECHŚWIAT

Przed rokiem 1992 znaliśmy jedynie planety naszego Układu Słonecznego. Astronomowie od dawna podejrzewali, że inne gwiazdy również posiadają krążące wokół nich planety, ale było niemal niemożliwe z takiej odległości dostrzec coś tak niewielkiego, jak planeta, nawet przez najsilniejsze teleskopy. Wystarczy przypomnieć, że światło od najbliższej gwiazdy leci do nas ponad 4 lata, a porusza się z największą możliwą prędkością, czyli 300 tys. km na sekundę. Obraz planet ginie w blasku gwiazdy, więc astronomowie mogli jedynie spekulować, jak wyglądają inne układy słoneczne. Nowe techniki dostarczyły informacji, które zaskoczyły astronomów, ale zgodne są z biblijnym ujęciem stworzenia.

Pośrednie dowody istnienia odległych planet

Astronomowie używają pomysłowych pośrednich metod, służących do wykrywania odległych planet zwanych planetami pozasłonecznymi lub egzoplanetami. Techniki te opierają się na fakcie, że każda planeta wywiera grawitacyjny wpływ na gwiazdę, wokół której krąży, co powoduje nieznaczne kołysanie się gwiazdy. Trzeba bowiem pamiętać, że gdy planeta krąży wokół gwiazdy, to naprawdę oba te ciała, planeta i gwiazda, krążą wokół środka ich mas. Z powodu olbrzymiej różnicy mas obu tych ciał taki środek znajduje się głęboko pod powierzchnią gwiazdy, ale nie pokrywa się ze środkiem tej gwiazdy. Nawet chociaż planety nie można dostrzec bezpośrednio, możemy widzieć skutki, jakie wywiera na gwiazdę. Mierząc dokładnie wspomniane kołysanie się gwiazdy, astronomowie są w stanie wydedukować masę planety oraz wiele szczegółów jej orbity.

Używając tej oraz paru innych metod astronomowie odkryli dotąd ponad 500 pozasłonecznych planet i liczba ta stale rośnie. Postęp w tej dziedzinie jest tym bardziej zdumiewający, że jeszcze dwadzieścia lat temu nie mieliśmy potwierdzonych danych nawet na temat jednej planety.

Pierwsze egzoplanety odkryto w 1992 roku. Były to dwie planety (później odkryto jeszcze trzecią), krążące wokół pulsara PSR B1257+12. Znajduje się on w odległości 980 lat świetlnych od Słońca. Wyjątkowe cechy pulsara spowodowały, że względnie łatwo można było wykryć skutki wywierane nań przez planety. Pulsar jest bardzo gęstym jądrem gwiazdy pozostałym po jej wybuchu. Nie jest większy od dużego miasta, ale ma masę większą niż Słońce. Łyżeczka materii pulsara może ważyć ponad miliard ton.

W rezultacie zapadnięcia się gwiazdy pulsary mają silne pole magnetyczne, które produkuje strumień fal radiowych. Ponieważ pulsar wiruje, ten strumień fal radiowych wydaje się pulsować (oczywiście, zjawisko to dostrzegamy wówczas, gdy wspomniany strumień omiata Ziemię). Kołysanie się pulsara wywołuje zmianę w częstotliwości pulsów. Ponieważ te radiowe pulsy występują w bardzo precyzyjnych odstępach czasu (w przypadku PSR B1257+12 wynosi on 6,22 milisekundy) i mierzymy je z bardzo dużą dokładnością, łatwo wykryć nawet nieznaczne kołysanie się pulsara.

Można wykryć nawet kołysanie się zwykłej gwiazdy (zwykłej, to znaczy z ciągu głównego na diagramie Hertzsprunga-Russella), ale inną metodą, przy wykorzystaniu tzw. efektu Dopplera. Kiedy światło gwiazdy przepuścimy przez pryzmat (albo inny podobny instrument), otrzymamy tzw. widmo światła tej gwiazdy, pasek z kolejnych kolorów tęczy. Na pasku tym występują cienkie czarne linie (tzw. prążki absorpcyjne, brakujące długości fal), które informują o składzie i temperaturze gwiazdy. Jeśli gwiazda porusza się w naszym kierunku lub od nas, to widmo jest przesunięte w jedną lub drugą stronę. Nawiasem mówiąc, efekt Dopplera właśnie - słynne przesunięcie ku czerwieni w widmie galaktyk - był podstawą odkrycia rozszerzania się Wszechświata.

Gorące jowisze - problem dla ewolucjonizmu

Nowoodkryte planety są zdumiewające, dziwne i pod wieloma względami stanowią wyzwanie dla naturalistycznych scenariuszy formowania się planet. Przyjrzyjmy się pierwszej egzoplanecie krążącej wokół "normalnej" gwiazdy, jaką odkryto w 1995 roku. [1] Ta gwiazda to 51 Pegasi, a więc planeta nosi nazwę 51 Pegasi b. Planety pozasłoneczne zawsze nazywa się zgodnie z nazwą gwiazdy, wokół której krążą, dodając do tej nazwy małą literę począwszy od b (ponieważ gwiazdę uważa się za A). Litery następują według kolejności odkrycia. A więc jeśli odkryje się następną planetę krążącą wokół 51 Pegasi, zostanie ona nazwana 51 Pegasi c. Jeśli odkryje się dwie lub więcej planet jednocześnie, nazywane one są według rosnącej odległości od gwiazdy. Planeta 51 Pegasi b nosi nieoficjalną nazwę Bellerophon.

Wspomniana planeta ma masę równą przynajmniej połowie masy Jowisza, ale krąży 19 razy bliżej gwiazdy, niż wynosi odległość Ziemi od Słońca. Wskutek tego temperatura na jej powierzchni wynosi ok. 1200°C. Dlatego astronomowie ten typ masywnych egzoplanet nazywają "gorący jowisz". Istnienie dużej gazowej planety tak blisko gwiazdy było prawdziwym szokiem dla astronomów. Niebiblijne, świeckie modele formowania się planet przewidywały, że inne układy słoneczne będą w istocie podobne do naszego: z małymi skalistymi planetami (jak Wenus czy Ziemia), krążącymi względnie blisko gwiazdy, oraz dużymi gazowymi planetami (w rodzaju Jowisza), obiegającymi gwiazdę dużo dalej.

Sądzono nawet, że jest niemożliwe, by gigantyczna gazowa planeta krążyła tak blisko gwiazdy, gdyż wspomniane świeckie scenariusze wymagają, aby gazowe giganty posiadały lodowe jądro, a takie nie może istnieć tak blisko gwiazdy. [2] Jak się okazało, już pierwsza odkryta egzoplaneta, krążąca wokół gwiazdy typu naszego Słońca, nie spełniała tego świeckiego przewidywania. Z tego powodu uznano ją pierwotnie za anomalię. Jednak od tego czasu odkryto wiele innych "gorących jowiszów", więcej nawet niż innego typu planet.

Znaleziska takie przynajmniej częściowo wyjaśnia się ograniczeniami metody, przy pomocy której odkrywa się planety pozasłoneczne. Jest dużo łatwiej odkryć gorące jowisze niż mniejsze lub odleglejsze planety. Większe planety wywołują większe kołysanie się gwiazdy, niż mogą to robić mniejsze planety. Podobnie planety, które krążą bliżej gwiazdy, bardziej wpływają na kołysanie się gwiazdy niż te, które krążą w dalszej odległości. Dlatego wielkie blisko krążące planety najłatwiej jest wykryć. Wiele mniejszych planet na odległych orbitach prawdopodobnie nie zostało jeszcze odkrytych. Mimo tego sam fakt, że w ogóle istnieją gorące jowisze, jest wyzwaniem dla świeckich modeli. Jest on jednak doskonale zgodny ze stwórczą różnorodnością, jakiej oczekujemy od Boga.

Ekscentryczne orbity - inne wyzwanie

Ekscentryczność orbity planety pokazuje, jak bardzo ta orbita jest eliptyczna. Planety w naszym Układzie Słonecznym mają niewielką ekscentryczność, co znaczy, że ich orbity są niemal kołowe. My, kreacjoniści, uważamy, że jest to cecha projektu, gdyż życie na Ziemi nie byłoby możliwe, gdyby odległość naszej planety od Słońca znacznie się zmieniała w ciągu roku.

Świeccy astronomowie oczekiwali, że pozasłoneczne układy planetarne będą miały orbity kołowe podobne do planet z naszego układu, wierzą bowiem, że układy planetarne ukształtowały się z rotujących obłoków gazowych. Ale wiele egzoplanet ma orbity wyraźnie eliptyczne.

Przykładem może być Epsilon Eridani b. Ekscentryczność orbity Ziemi wynosi tylko 1,67%, czyli tylko tyle odchyla się ona od doskonałego koła. Ale ekscentryczność Epsilon Eridani b jest równa 70%, czyli jest czterdzieści razy większa niż naszej planety. A niektóre inne egzoplanety charakteryzuje jeszcze większa ekscentryczność orbity!

Chociaż planety pozasłoneczne mają cechy niezgodne ze świeckim rozumieniem Wszechświata jako tworu w pełni naturalnego, to są one zgodne z biblijną ideą Boskiej twórczej różnorodności. Wygląda na to, że Bóg stworzył bardzo intrygujące i nieoczekiwane typy układów gwiezdnych, które nie pasują do wymyślonych przez astronomów szufladek. Na przykład egzoplaneta PSR B1620-26 b krąży wokół dwu "martwych" gwiazd - białego karła i pulsara, stanowiących układ podwójny. Co najmniej jedna egzoplaneta wydaje się krążyć wokół swojej gwiazdy niezgodnie z jej kierunkiem wirowania, co raczej trudno wyjaśnić przy pomocy świeckich scenariuszy powstawania układów słonecznych. [3]

Wiemy jeszcze niewiele na temat planet pozasłonecznych. Tylko kilka z nich zostało dostrzeżonych bezpośrednio, a i to tylko jako ledwo widoczną świetlną plamkę. Nie znamy więc szczegółowo wyglądu egzoplanet. Badania planet poza naszym Układem Słonecznym znajdują się w powijakach. Ale odkrywanie ich jest zajęciem fascynującym, zwłaszcza że odzwierciedlają one chwałę Boga.

[email protected] creationism.org.pl

Przypisy:

[1] M. Mayor and D. Queloz, "A Jupiter-Mass Companion to a Solar-Type Star", Nature 1995, vol., 378, no. 6555, s. 355-359.

 

[2] Por. A.P. Boss, "Proximity of Jupiter-Like Planets to Low-Mass Stars", Science 1995, vol. 267, no. 360.

 

[3] Thomas H. Maugh II, "Distant planets' orbits rattle theories", Los Angeles Times, April 14, 2010, http://tin0y.pl/hd5vq. (Jason Lisle, "Exoplanets - Unpredictable Patterns", Answers, Jan.-Mar. 2011, vol. vol. 6, no. 1, s. 44-47.)


HOMEOSTAZA ZAMIAST INTELIGENTNEGO PROJEKTANTA – CZYLI JAK DARWINIŚCI RATUJĄ SIĘ PRZED KRYTYKĄ

Źródłem sporu ewolucjonistów i kreacjonistów nie jest to, czy istnieje ewolucja, ani czy istnieją mutacje i działa dobór naturalny. Obie strony sporu zgadzają się przecież, że mutacje mają miejsce, a dobór naturalny odsiewa z nich te lepsze. Różnica między oboma obozami dotyczy tego, czy ten mechanizm wystarcza, by wyjaśnić całe zróżnicowanie życia. Kreacjoniści twierdzą, że mechanizm mutacje + dobór wyjaśnia sporo (mikroewolucję), ale nie wszystko (makroewolucję), że w wyjaśnianiu pewnych typów zmian biologicznych, typu makro, należy się odwołać do "mocniejszego" czynnika. W tysiącach książek, artykułów i publicznych wystąpień uczeni kreacjonistyczni przekonywali, że proponowany przez darwinowskich ewolucjonistów mechanizm wyłaniania się nowości biologicznych jest niewystarczający.

Myśl ta powoli zaczyna być akceptowana także i przez zwolenników ewolucjonizmu. Wyrazem tego trendu jest niedawna książka J. Scotta Turnera (The Tinkerer's Accomplice: How Design Emerges from Life Itself), wydana w 2007 roku przez renomowane wydawnictwo Harvard University Press. Jej autor zwątpił w podstawowy dogmat darwinizmu. Uznał, że współczesna biologia ewolucyjna nie ma dobrej odpowiedzi na wiele podstawowych pytań, w tym na wspomniane wyżej: jak nieinteligentny proces w rodzaju doboru naturalnego może utworzyć inteligentne istoty? Przekonanie, że wystarczy do tego mechanizm mutacyjno-selekcyjny, jego zdaniem nałożyło biologom klapki na oczy, uniemożliwiając dostrzeżenie odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że Turner przeszedł na pozycje kreacjonistyczne. Jego niedarwinowska koncepcja jest próbą uratowania istoty ewolucjonizmu - przekonania, że Bóg albo nie istnieje, albo nie działa w przyrodzie, co filozofowie nazywają materializmem metodologicznym lub naturalizmem. Jest więc zmianą formy i drugorzędnych cech, a nie samej istoty ewolucjonizmu.

Koncepcję tę omawia dr Jerry Bergman w najnowszym numerze kreacjonistycznego półrocznika Origins, wydawanego przez Geoscience Research Institute Uniwersytetu Loma Linda w Kalifornii (i nie należy go mylić z kwartalnikiem Origins, wydawanym przez angielskie Biblical Creation Society).

Scott Turner przyznaje, że istnienie projektu (lub pozornego projektu) w organizmach żywych jest największym nierozwiązanym problemem współczesnej biologii. Odrzuca przy tym znaną ideę Dawkinsa samolubnego genu, gdyż sam gen jest tylko polimerem, niezdolnym nic osiągnąć bez mechanizmów termodynamicznych, a co dopiero utworzyć nowe adaptacje.
Jeśli nie geny są odpowiedzialne za powstawanie nowości biologicznych, to co? Turner, podobnie jak kreacjoniści, zwraca uwagę, że wszystkie organizmy ujawniają niezwykłe zharmonizowanie swojej budowy i funkcjonowania. Kreacjoniści nazywają tę cechę celowością, będącą skutkiem inteligentnego projektu. Turner nie chce używać terminologii kreacjonistycznej. Na jej miejsce wprowadza neologizm, mówi o projektowości lub projektyczności (designedness) organizmów żywych. Ta "projektowość" - jego zdaniem - nie jest, jak u kreacjonistów, wynikiem działania twórczej inteligencji, ale nie jest też wynikiem samego darwinowskiego mechanizmu, opartego tylko na mutacjach i doborze naturalnym. Ma to być także skutek działania czynników homeostatycznych. Uważa on więc, że nie bezpośrednio geny, ale homeostaza ? zdolność organizmu lub komórki do utrzymania równowagi przy pomocy sprzężeń zwrotnych - jest w stanie wyprodukować cechy, które kreacjoniści nazywają projektem.

Przykładem, zdaniem Turnera, są czynności wykonywane przez termity, gdy budują one z mułu wysokie i cienkie kominy, w których zamieszkują. Ponieważ termity wymagają konkretnej wartości stężenia dwutlenku węgla i wilgotności, to miały one wyewoluować zdolność do takiego modyfikowania kominów, by utrzymać w nich optymalne dla siebie warunki. Turner nie ograniczał się tylko do przykładu termitów. Wiele ludzkich układów anatomicznych nie mogłoby, jego zdaniem, powstać wskutek działania tylko mechanizmu darwinowskiego. W kilku rozdziałach książki omawia układ krążenia krwi, układ kostny, embrion, układ trawienny, wzrokowy i mózg. Każdy z tych rozdziałów bardzo szczegółowo przedstawia cuda złożoności ludzkiego życia i to w bardzo podobny sposób, jak to robił Michael Behe w niedawno wydanej po polsku książce "Czarna skrzynka Darwina."

Przypomnijmy tu, że Michael Behe, amerykański biochemik, wskazywał na pewną cechę układów żywych, na tzw. nieredukowalną złożoność, jako ślad działania inteligencji. Układ nieredukowalnie złożony to taki, w którym utrata choćby jednego elementu powoduje, że przestaje on pełnić swoją funkcję. Behe wnioskował więc, że układy takie, a jest ich bardzo dużo w każdym organizmie, nie mogły powstać na darwinowskiej drodze, która wymaga stopniowego, krok po kroku, budowania każdej złożoności. Nie mogły, gdyż kolejne wyimaginowane etapy takiej ewolucji charakteryzowałyby się brakiem przydatności. Dobór naturalny jest ślepy i może wybierać tylko takie struktury, które już są na danym etapie przydatne. Dobór naturalny nie działa inteligentnie i nie przewiduje, że jakaś obecnie nieprzydatna struktura po kilku dalszych modyfikacjach stałaby się przydatna. Co jest na danym etapie nieprzydatne, jest przez dobór naturalny bezlitośnie eliminowane. Jeśli jakaś dobrze funkcjonująca struktura wymaga 30 lub 40 elementów i wystarczy brak jednego, by przestała działać, to mogła powstać tylko od razu, a nie na drodze stopniowej ewolucji. Przypadkowe zestawienie 30 lub 40 elementów (a niektóre układy nieredukowalnie złożone, o których mówił Behe, mają nawet kilkaset elementów!) jest niewiarygodnie mało prawdopodobne. Gdyby jeszcze istniał tylko jeden lub dwa takie układy! Ale jest ich bardzo wiele. Wszystkie miałyby powstać przypadkiem? To tak, jakby ktoś wierzył, że jedna i ta sama osoba w każdym losowaniu totolotka przez kilka lat z rzędu może trafiać szóstkę.

Dlatego sam Behe uznał, że istnienie układów nieredukowalnie złożonych najlepiej wyjaśniać ingerencją inteligentnego czynnika - ktoś te układy po prostu wymyślił, zaprojektował i skonstruował. Kto, tego Behe już nie mówi, bo naukowo można stwierdzić tylko fakt zaprojektowania, a nie, kto to zrobił. Posiłkując się filozofią lub teologią, można pójść dalej, np. uznać zgodnie z tradycją, żeprojektantem życia jest Bóg. Ale ludzie mają różne poglądy filozoficzne i teologiczne i odpowiednio do nich mogą rozmaicie odpowiadać na pytanie, kim jest Inteligentny Projektant. Są nawet tacy, którzy rolę tę przypisują jakimś cywilizacjom kosmicznym. Ewolucjonizm, jak widać, mogą odrzucać nie tylko osoby wierzące. Są i ateiści, którzy podpisują się pod teorią inteligentnego projektu.

Wróćmy jednak do J. Scotta Turnera i jego książki, omawianej przez Jerry'ego Bergmana. Turner zna poglądy Behe'ego, ale odrzuca argument o nieredukowalnej złożoności jako błędny, gdyż ma on znajdować Boga w lukach wiedzy. To, że nie wiemy, jak powstała dana struktura, nie znaczy - mówi Turner - że za jej powstanie odpowiada Bóg. Ta krytyka poglądów Behe'ego jest jednak błędna. Po pierwsze, Behe nie twierdzi, że istnienie układów nieredukowalnie złożonych dowodzi istnienia i działalności Boga - jak napisałam wyżej, dowodzi ono tylko tego, że za ich powstanie odpowiada jakaś inteligencja, niekoniecznie boska. Po drugie, wniosek o inteligentnym projektancie nie wynika z luk naszej wiedzy, ale z samej wiedzy, dotyczącej struktury układów nieredukowalnie złożonych. Wiemy, że układy te cechują się wielką złożonością; wiemy, że brak choćby jednego elementu spowoduje bezużyteczność tych układów; wiemy ponadto, że przypadkowe powstanie takiego układu jest niewyobrażalnie niskie. To nie brak wiedzy, ale właśnie szczegółowa wiedza prowadzi do wniosku o inteligentnym projekcie.

Turner jest profesorem w State University of New York, jest więc członkiem tzw. mainstream science, nauki głównego nurtu. Nie może więc, nawet gdyby chciał, przyznać racji Behe'emu. Ale jednocześnie ma on odwagę, by krytykować swoich kolegów za wiarę, że wszystkie zjawiska biologiczne można wyjaśnić przy pomocy paru prostych reguł. I neodarwinizm uznał za przykład tej wiary.

Samo używanie neologizmu "projektyczność" świadczy o tym, że zdaniem Turnera tradycyjny neodarwinizm ma braki i potrzebna jest teleologiczna, celowościowa perspektywa przy wyjaśnianiu zjawisk biologicznych. Turner tego zresztą nie ukrywa. Czy jednak jego własną propozycję "ulepszenia" darwinizmu można uznać za udaną? Chyba nie. Uważa on, że dzięki homeostazie pojawiają się cechy tego, co nazywa "projektycznością". Ale jak mogło przetrwać życie, zanim homeostaza wyewoluowała? W jaki sposób, na jakiej drodze pojawiła się homeostaza? Na te pytania odpowiedzi już nie znajdujemy.

Książka Turnera nie wyjaśnia, jak powstały układy nieredukowalnie złożone. Propozycja, że za braki neodarwinizmu odpowiedzialne jest nieuwzględnianie homeostazy, jest tak samo nie do utrzymania jak propozycja, że wystarczy mechanizm mutacyjno-selekcyjny. Książka stawia więcej pytań niż odpowiedzi. Ale jest cenna, gdyż kwestionuje panujący monopol darwinizmu i ujawnia jego wiele słabości.

(Jerry Bergman, "New Blind Watchmaker: Design by Homeostasis" [review: J. Scott Turner, The Tinkerer's Accomplice: How Design Emerges from Life Itself, Harvard University Press, Cambridge, MA 2007, 304 p.], Origins 2008, No. 62, s. 62-65.)


Jak ewolucjoniści bronią „faktu” ewolucji

Marta Cuberbiller Wszyscy jesteśmy bombardowani twierdzeniem, że ewolucja to fakt. Słyszymy to w szkole, na uniwersytecie, w środkach masowego przekazu. Mówią o tym nawet duchowni...

KATASTROFY A POCHODZENIE ŚWIATA

Kreacjonistom często stawia się zarzut, że wierzą w potop Noego, katastrofę, która wydarzyła się dawno temu i jest niepowtarzalna, a przez to wiara w nią znajduje się poza nauką. Ale jeśli ewolucjonistów razi ta jedna katastrofa, to dlaczego spokojnie odwołują się do niekończącej się serii również niepowtarzalnych katastrof, których wymaga hipoteza mgławicowa?

Biblia mówi, że po stworzeniu Ziemi Bóg stworzył niebiosa czwartego dnia tygodnia. Obejmuje to Słońce, planety, nasz Księżyc i księżyce innych planet, asteroidy, komety itd. Ale standardowy ewolucjonistyczny model mówi, że nasz Układ Słoneczny ukształtował się z chmury gazu i pyłu - z tzw. mgławicy. Ten gaz i pył, kurcząc się grawitacyjnie, miał kondensować się do postaci kamieni i skał, które dalej łącząc się utworzyły planety, krążące wokół centralnie położonego Słońca. Ten pomysł zwie się mgławicową hipotezą powstania naszego układu planetarnego albo hipotezą Kanta-Laplace'a, od nazwisk dwu myślicieli, którzy niezależnie od siebie jeszcze w XVIII wieku głosili podobny pogląd.

Niektórzy biologowie zżymają się, gdy widzą, że słowo "ewolucja" stosowane jest do czegoś innego niż procesu przekształcania się istniejących już gatunków biologicznych. Ale uczeni pojęcie to stosują nie tylko do zjawisk biologicznych. Kosmologowie mówią na przykład o ewolucji Wszechświata, o hipotetycznym rozwoju od Big Bangu do czasów obecnych. Astronomowie mówią o ewolucji gwiazd, o stopniowym przesuwaniu się na diagramie Hertzsprunga-Russella. Także teoretycy kultury, językoznawcy, historycy mówią często o ewolucji. Słowo to ma więc szeroki zakres zastosowań, a przez to wiele różnych znaczeń. Właśnie w tym niebiologicznym sensie mówimy tu o ewolucjonistycznym modelu powstania Układu Słonecznego, któremu przeciwstawiamy model biblijny.

Model ewolucjonistyczny promowany jest nieustannie w podręcznikach, czasopismach naukowych i popularnonaukowych, w programach telewizyjnych i w szkole. Ale mimo wspaniałych efektów animacji komputerowej pokazującej, jak było, model ten ma podstawową wadę. Nie pokazuje, jak mógł powstać realnie istniejący Układ Słoneczny ze wszystkimi znanymi cechami.

Wiedza o naszym układzie planetarnym zaprzecza hipotezie mgławicowej pod wieloma względami.

Planeta najbliższa Słońcu, Merkury, jest zbyt gęsta. Według hipotezy Kanta-Laplace'a powinna mieć dużo mniejszą gęstość. Dlatego uważa się, że posiadała pierwotnie dużo mniejszą gęstość. Ale później jakaś masywna asteroida uderzyła w Merkurego, wskutek czego cały lżejszy materiał został wyrzucony w przestrzeń kosmiczną. Widzimy obecnie to, co po tym zderzeniu pozostało.

Ziemia ma Księżyc, ale teoria mgławicowa nie wyjaśnia, skąd się wziął. Jest bowiem za duży w porównaniu z planetą, którą obiega. Na dobrą sprawę układ Ziemia-Księżyc można by traktować jako planetę podwójną obiegającą Słońce, co jest ewenementem w całym Układzie. Dlatego zwolennicy hipotezy mgławicowej uważają, że pierwotna Ziemia nie posiadała żadnego księżyca. Dopiero później, ponad 3,5 miliarda lat temu, w tzw. epoce wielkiego bombardowania jakaś masywna planetoida o mniej więcej masie Marsa zderzyła się z Ziemią, ale pod takim kątem i z taką prędkością, że wybiła w kosmos sporą część dawnej Ziemi. Duża część tego gruzu kosmicznego ukształtowała później nasz Księżyc. Zderzenie miało dostarczyć Ziemi takiej ilości energii, że uległa ona całkowitemu stopieniu. Dzisiejsza Ziemia ma być więc pozostałością pierwotnej Ziemi oraz owej hipotetycznej planetoidy, po której oczywiście nie ma śladu. Nie przeszkodziło to jednak nadać jej nazwę - Theia.

Wenus, obiegająca Słońce po orbicie między orbitami Merkurego i Ziemi, nie ma księżyców. Ale skoro Ziemia uzyskała swój księżyc wskutek kolizji z asteroidą w epoce wielkiego bombardowania, to i Wenus powinna wówczas jakiś księżyc uzyskać. Wenus i Ziemia są tak blisko siebie położone, że powinny mieć podobne dzieje. Dlatego niektórzy astronomowie uważają, że Wenus musiała zdobyć jakiś księżyc wskutek podobnego zderzenia, jaki stał się udziałem Ziemi. [1] Dlaczego więc tego księżyca nie widać? Ponieważ po ok. 10 milionach lat drugie gigantyczne zderzenie doprowadziło do jego zniszczenia. Autorzy tej hipotezy podwójnego gigantycznego impaktu z Wenus wyjaśniają w ten sposób także obserwowaną wsteczną rotację tej planety, niezgodną z rotacją innych planet i niezgodną z hipotezą mgławicową. Pierwotnie Wenus miałaby rotować prawidłowo, ale rotacja ta uległa zmianie wskutek zderzenia z asteroidą. (Autorzy hipotezy przyznają jednak: "Nie udało się nam ustalić jakiegoś jasnego obserwacyjnego testu dla tego modelu".)

Mars ma dzisiaj niezwykle rzadką atmosferę. Jednak z różnych powodów uczeni chcą, by Mars miał w przeszłości gęstą atmosferę. Jak już się czytelnicy mogą domyślić, za zmianę odpowiada zderzenie z masywną asteroidą. Wskutek zderzenia Mars utracił pole magnetyczne i atmosfera marsjańska została rozproszona przez wiatr słoneczny.

Jowisz posiada wiele "nieregularnych" księżyców. Większość z nich krąży wokół Jowisza w kierunku przeciwnym do kierunku rotacji tej planety. Według hipotezy mgławicowej żaden z nich nie mógł powstać na obecnej orbicie. Większość uczonych wierzy, że obiekty te powstały gdzie indziej i zostały grawitacyjnie przechwycone w późniejszym czasie. Ale takie przechwycenia są skrajnie nieprawdopodobne: "Żaden z sugerowanych mechanizmów [...] nie pasuje przekonująco do charakterystycznych cech tych nieregularnych satelitów. Nie zidentyfikowano także źródła tych satelitów". [2] A znamy obecnie ponad 90 nieregularnych księżyców Jowisza. Ulubionym sposobem rozwiązywania zagadki, jak powstały te księżyce, jest odwoływanie się do zderzeń z innymi obiektami kosmicznymi. W modelu Tsiganisa planety zewnętrzne migrowały w pierwotnym dysku planetezymalnym, przechodząc blisko siebie, co powodowało przechwytywanie obiektów z tego dysku. Jowisz jednak w tym modelu nie notował bliskich spotkań z planetami zewnętrznymi, co znaczy, że jego nieregularne księżyce musiały powstać na innej drodze. Jednak "pierwotny rozkład pod względem wielkości nieregularnych księżyców musiał znacznie ewoluować pod wpływem zderzeń, tworząc w końcu ich obecne populacje". [3]

Saturn również posiada wiele nieregularnych księżyców. Ich istnienie wyjaśnia się także jako wynik przechwyceń i zderzeń.

Uran wiruje wokół swojej osi inaczej niż inne planety, gdyż ta oś jest równoległa do płaszczyzny orbity wokółsłonecznej. Uran więc "toczy się" na orbicie jak piłka turlająca się po murawie boiska albo jak wprawiona w ruch beczka. Ta cecha według hipotezy mgławicowej nie mogła powstać wskutek mechanizmu tworzącego planety. Dlatego uczeni uważają, że Uran pierwotnie miał "normalnie" skierowaną oś obrotu, ale jakaś późniejsza kolizja spowodowała, że obrócił się na bok. Dopiero wtedy przechwycił swoje księżyce, ponieważ ich orbity wokół Urana są skierowane ukośnie względem płaszczyzny orbity Urana wokół Słońca. Jednym z księżyców Urana jest Miranda. Aby wyjaśnić jej własności, niektórzy astronomowie odwołują się nie do jednego czy dwu zderzeń, ale do co najmniej dwunastu. [4]

Wokół Neptuna krąży po wstecznej orbicie wielki księżyc o nazwie Tryton. Ponieważ jego orbita niezgodna jest z hipotezą Kanta-Laplace'a, problem ten wyjaśnia się, również odwołując się do kosmicznego zderzenia. Według jednej z wersji tego wyjaśniania Tryton był księżycem planety o nazwie Amphitrite, dopóki Neptun nie skradł jej tego księżyca. Oczywiście dzisiaj planety o nazwie Amphitrite nie ma. Nie ma też po niej śladu. A dlaczego? Ano dlatego, że zderzyła się ona z Neptunem lub z Uranem i uległa zniszczeniu. [5]

*
Łatwo zauważyć, że kosmiczne zderzenia są potrzebne do wyjaśnienia długiej listy problemów, z jakimi boryka się hipoteza mgławicowa powstania Układu Słonecznego. Kreacjonistom często stawia się zarzut, że wierzą w potop Noego, katastrofę, która wydarzyła się dawno temu i jest niepowtarzalna, a przez to wiara w nią znajduje się poza nauką. Ale jeśli ewolucjonistów razi ta jedna katastrofa, to dlaczego spokojnie odwołują się do niekończącej się serii również niepowtarzalnych katastrof, których wymaga hipoteza mgławicowa?

Nauka podobno oparta jest na materiale empirycznym. Ale jakim materiałem empirycznym dysponują uczeni, którzy mówią o tylu kosmicznych zderzeniach w zamierzchłej przeszłości?

Oczywiście, kreacjoniści nie zaprzeczają, że w naszym układzie słonecznym zachodziły zderzenia kosmiczne. [6] Ich pozostałości widzimy w wielu miejscach. Sporo ciał niebieskich, w tym sama Ziemia, ma kratery i baseny impaktowe. Wiemy, że te zderzenia zaszły, gdyż pozostały po nich ślady. Ale większość kosmicznych zderzeń potrzebnych do ratowania hipotezy mgławicowej takich śladów nie pozostawiła.

Jest nawet przeciwnie. Na przykład niedawna analiza gruntu księżycowego ujawniła, że Księżyc nie mógł powstać z gigantycznego zderzenia pierwotnej Ziemi z planetoidą wielkości Marsa. W gruncie księżycowym odkryto mianowicie wodę. Jednak jeśli Księżyc ukształtował się w wyniku gigantycznej kolizji, to nie powinno jej tam być: "Trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym jakieś gigantyczne zderzenie topi całkowicie Księżyc, a jednocześnie pozwala mu utrzymać jego zasoby wody. To naprawdę jest bardzo trudny węzeł do rozplątania" - orzekł Erik Hauri, geochemik z Wydziału Magnetyzmu Ziemskiego Carnegie Institution w Waszyngtonie. [7] Innym przykładem są księżyce Urana, które uniemożliwiają przyjęcie poglądu, że oś wirowania planety przechyliła się wskutek zderzenia planety z obiektem kosmicznym.

Ewolucjoniści posuwają się tak daleko, że wymyślają, a nawet nazywają nieistniejące planety, dla których także nie ma empirycznie wykrywalnych śladów. Wszystko to przekonuje, że choć ewolucjoniści twierdzą, że konstruują naukowe modele, to rzeczywistość jest inna. Układ Słoneczny - czyli faktyczny materiał empiryczny - ma własności niezgodne z hipotezą mgławicową. Aby ją uzgodnić z faktami, ewolucjonistyczni astronomowie zmuszeni są odwoływać się do wymyślonego długiego szeregu "takich sobie bajeczek".

Przypisy:
[1] Alex Alemi, D. Stevenson, "Why Venus has No Moon", American Astronomical Society, DPS meeting #38, #07.03; Bulletin of the American Astronomical Society 2006, vol. 38, s. 491, http://tiny.pl/hwfrm.
[2] David Jewitt, Nader Haghighipour, "Irregular Satellites of the Planets: Products of Capture in the Early Solar System", Annual Review of Astronomy and Astrophysics 2007, Vol. 45, s. 261-295, http://tiny.pl/hwfrq.
[3] David Nesvorný, David Vokrouhlický and Alessandro Morbidelli, "Capture of Irregular Satellites during Planetary Encounters", The Astronomical Journal 2007, vol. 133, no. 5, s. 1962-1976, http://tiny.pl/hwfrc.
[4] Solar System Exploration, Voyager 2 (Uranus), http://tiny.pl/hwf9q.
[5] Steve Desch and Simon Porter, "Amphitrite: A Twist on Triton's Capture", http://tiny.pl/hwf9w.
[6] Por. Danny Faulkner, "A biblically-based cratering theory", Technical Journal April 1999, vol. 13, no. 1, s. 100-104, http://tiny.pl/hwf98; Wayne R. Spencer, "Response to Faulkner's 'biblically-based cratering theory'", Technical Journal April 2000, vol. 14, no. 1, s. 46-49, http://tiny.pl/hwf92.
[7] Nell Greenfieldboyce, "Glass Beads From Moon Hint Of Watery Past", July 9, 2008, http://tiny.pl/hwfwq.
(Jonathan Sarfati, "Solar system origin: Nebular Hypothesis", Creation 2010, vol. 32, no. 3, s. 34-35; Spike Psarris, "Cosmic catastrophes", Creation 2010, vol. 32, no. 4, s. 14-17.)


Manipulacje językowe ewolucjonistów

Marta Cuberbiller Nikt nie ma wątpliwości, że dzieci różnią się do pewnego stopnia od swoich rodziców. Zjawisko to nazywamy zmiennością. Wiemy z genetyki, że te...