25 kwietnia 2019
Strona główna Przegląd prasy kreacjonistycznej

Przegląd prasy kreacjonistycznej

DLACZEGO TAK TRUDNO SIĘ DYSKUTUJE Z EWOLUCJONISTAMI?

MgławicaWiele osób zainteresowanych sporem ewolucjonizm-kreacjonizm dziwi się, dlaczego ten spór ciągle trwa? Trzeba po prostu, żeby każda ze stron - mówią - przedstawiła fakty popierające jej stanowisko. Wtedy okaże się, kto ma rację. Bo prawda przecież jest jedna: albo ewolucja miała miejsce, albo nie. Niemożliwe, aby obie strony głosiły prawdziwe poglądy. Jeśli obie strony sporu "wyłożą karty na stół", to od razu będzie widać, kto ma rację.

Niestety, sprawa nie jest taka prosta. Ta wizja rozstrzygnięcia sporu obarczona jest kilkoma podstawowymi wadami. Jedną z nich omówił Danny R. Faulkner w dwumiesięczniku Creation Matters. Autor jest doktorem astronomii na Uniwersytecie Południowej Karoliny w Lancaster. Swoje rozważania opiera na przykładzie pewnego epizodu z historii astronomii. Na początku XX wieku astronomowie toczyli ostry spór o to, czy tzw. mgławice (są to najczęściej owalne twory niebieskie widoczne przy pomocy teleskopu) istnieją wewnątrz naszej Galaktyki, czy poza nią. Do XX wieku większość astronomów uważała, że są to obłoki pyłu i gazu w naszej Galaktyce, z których - być może - powstaną w przyszłości nowe gwiazdy i układy planetarne. Nasza Galaktyka byłaby w tym ujęciu całym wszechświatem.

W 1916 roku Adrian van Maanen, astronom z obserwatorium Mt. Wilson, opublikował pierwszy artykuł z całej serii publikacji, w której przedstawiał obserwacyjne argumenty na rzecz hipotezy wewnątrzgalaktycznej. Rozumował on następująco. Jeśli mgławice są tworami pozagalaktycznymi, jeśli znajdują się daleko od nas, to muszą być olbrzymich rozmiarów, muszą być czymś w rodzaju naszej Galaktyki. Jeśli zaś znajdują się wewnątrz Drogi Mlecznej, to mają dużo mniejsze rozmiary, porównywalne z wielkością naszego Układu Słonecznego. Jak sprawdzić, która z hipotez jest prawdziwa? Van Maanen zaproponował kryterium - kątową prędkość rotacji. Olbrzymie galaktyki nie mogą rotować tak szybko jak mniejsze twory. Van Maanen zbadał prędkości wirowania siedmiu mgławic i na tej podstawie w dziesiątym z kolei artykule w roku 1923 wyliczył rozmiary i odległości owych mgławic. Potwierdzały one hipotezę pyłowo-gazową, wszystkie badane mgławice rotowały szybko i dlatego miały znajdować się wewnątrz naszej Galaktyki.

Wyniki obserwacyjne van Maanena odegrały istotną rolę w debacie astronomicznej lat 20. XX w. Głównym zwolennikiem wewnątrzgalaktycznej obecności mgławic był Harlow Shapley, a jego przeciwnikiem - Heber D. Curtis. Shapley opierał się głównie na badaniach van Maanena - mgławice nie mogły znajdować się zbyt daleko, ponieważ za szybko rotowały. Curtis nie był w stanie odeprzeć takich argumentów i w opinii większości Shapley wygrał tę debatę.

Niestety, zaledwie rok później kolega van Maanena z obserwatorium na Mount Wilson Edwin Hubble dokonał zadziwiającego odkrycia. Okazało się, że tzw. mgławica M31 to wielki zbiór gwiazd. (Nawiasem mówiąc, M31to jedyna na naszej półkuli mgławica, którą można dostrzec gołym okiem, znajduje się w gwiazdozbiorze Andromedy; na półkuli południowej można gołym okiem zaobserwować jeszcze Wielki i Mały Obłok Magellana.) Hubble po prostu na płytach fotograficznych zidentyfikował wiele pojedynczych gwiazd w M31, które wcześniej wskutek niedoskonałych metod obserwacji zlewały się w jeden świecący twór.

Co więcej, wśród gwiazd w M31 odkryto tzw. cefeidy. To bardzo ważny rodzaj gwiazd. Są to gwiazdy pulsujące, wskutek czego zmieniają swoją jasność. Okresy zmian blasku cefeid wynoszą od kilku godzin do kilkudziesięciu dni. Okazało się przy tym, że gwiazdy o tym samym okresie świecą tak samo silnie (jak to mówią astronomowie, mają tę samą jasność absolutną). Jeśli więc znamy jasność widomą cefeidy i jej okres zmian blasku, to możemy wyliczyć jej odległość (korzysta się przy tym z tzw. krzywej Shapleya). Na tej podstawie okazało się, że M31 znajduje się w olbrzymiej odległości od naszej Galaktyki - dzisiaj odległość tę szacujemy na ponad 2 miliony lat świetlnych. M31 nie jest więc mgławicą, ale galaktyką - porównywalną z tą, w której się sami znajdujemy. W ciągu kilku późniejszych lat okazało się to prawdą dla wszystkich mgławic badanych przez van Maanena.

Jak to możliwe? Przecież van Maanen obserwacyjnie wyznaczył duże wielkości rotacji mgławic, zbyt duże, żeby były one odległymi galaktykami? Dziesięć lat później Hubble wrócił do tej sprawy. Uznał, że pomiary van Maanena obarczone były dużym błędem systematycznym, który van Maanen zinterpretował jako rotację. Wkrótce potem van Maanen przyznał mu rację, a jego prace szybko zostały zapomniane.

Od tego czasu wykonano wiele zdjęć i badań odległych galaktyk. Nie wykazują one takiej rotacji, jaką obserwował van Maanen. Co więc obserwował van Maanen? Autor omawianego artykułu odpowiada tak: "Często widzimy to, co chcemy zobaczyć." Fakty naukowe, czyli wyniki naukowych obserwacji i eksperymentów, są rezultatem skomplikowanych operacji, z udziałem wyrafinowanych instrumentów i technik obliczeniowych. W niewielkim stopniu przypominają one codzienne obserwacje, które przecież też nie są niezawodne.

Sto lat temu Percival Lowell, znany astronom, widział wiele kanałów na powierzchni Marsa, a współczesny mu astronom E.E. Barnard nigdy tych kanałów nie mógł dostrzec. A wydawałoby się - prosta sprawa. Wystarczy spojrzeć przez teleskop. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Lowell spodziewał się istnienia kanałów i je widział. Barnard nie wierzył w istnienie kanałów i ich nie dostrzegał.

Ewolucjoniści tak łatwo zaakceptowali oszustwo z Piltdown, ponieważ właśnie czegoś takiego oczekiwali. Podobnie było z odrzuconą dzisiaj koncepcją przygarbionych neandertalczyków, sfałszowanymi rysunkami Haeckla, które miały ilustrować rekapitulację filogenezy, czy z niedawno obaloną historią ciem pieprzowych. W każdym z tych przypadków akceptowano je, ponieważ pasowały do wcześniej żywionych przekonań.
Istnieje jednak istotna różnica między wspomnianymi wyżej nieaktualnymi już argumentami na rzecz ewolucjonizmu, a pracami van Maanena, wykazującymi dużą rotację mgławic. Te ostatnie szybko obalono i dziś nikt ich nie pamięta. Nie stanowią więc przeszkody w rozwoju nauki. Niektóre z nieaktualnych argumentów na rzecz ewolucjonizmu uważa się nadal za użyteczne i wiele podręczników do biologii ciągle wymienia ćmy pieprzowe i rekapitulację filogenezy w rozdziałach dotyczących ewolucji.

Ewolucjoniści i kreacjoniści postrzegają świat bardzo odmiennie. Tam, gdzie kreacjoniści widzą projekt, ewolucjoniści widzą bezmyślną ewolucję. Obie strony interpretują dane po swojemu. Łatwo to robić, ale trudniej zrozumieć przeciwne poglądy. Wiemy na przykład, że bakterie zdobywają odporność na antybiotyki, ale ewolucjoniści i kreacjoniści inaczej wyjaśniają ten fakt. Kreacjoniści dobrze rozumieją argument ewolucjonistów z tym związany, ale tylko niewielu ewolucjonistów rozumie wyjaśnienie kreacjonistyczne. Gdyby je bowiem rozumieli, to nie przytaczaliby tego faktu jako dowodu, że kreacjoniści nie mają racji. Zdobywanie odporności na antybiotyki jest przykładem mikroewolucji, a spór ewolucjonizm-kreacjonizm dotyczy makroewolucji.

Trzeba jednak pamiętać, że kreacjoniści też mogą wpaść w tę samą pułapkę widzenia tego, co chcą widzieć. Na przykład kreacjoniści wierzą, że ludzie istnieją od początku i że potop Noego utworzył większość warstw osadowych. Istnieje więc możliwość znajdowania śladów aktywności człowieka w warstwach osadowych. W literaturze znaleźć można sporo doniesień o tego typu znaleziskach - o wytworach ludzkich w pokładach węgla czy o odciskach ludzkich stóp obok śladów dinozaurów. Jednak znaleziska te są słabo udokumentowane i niedokładnie przebadane. Jest wysoce ryzykowne zbyt szybkie ich akceptowanie. Możliwość popełnienia błędów dotyczy w równym stopniu ewolucjonistów, co i kreacjonistów.

(* Danny R. Faulkner, "What Did Adrian van Maanen See? An Interesting Illustration of How Science Really Works", Creation Matters January/February 2007, vol. 12, no. 1, s. 1-3.)


O metodach datowania radioaktywnego

METODY DATOWANIA WIEKU ZIEMI NA PODSTAWIE ZJAWISK PROMIENIOTWÓRCZYCH UCHODZĄ W NAUCE ZA PODSTAWOWE. NIEKTÓRZY UCZENI WROGO NASTAWIENI DO CHRZEŚCIJAŃSTWA UŻYWAJĄ TYCH METOD DO PODWAŻANIA WIARY CHRZEŚCIJAN. PONIEWAŻ METODY TE WSKAZUJĄ NA WIĘKSZY NIŻ PODANY W BIBLII WIEK ZIEMI, MY CHRZEŚCIJANIE MAMY UZNAĆ, ŻE BIBLIA JEST BŁĘDNA, A OPIS STWORZENIA Z KSIĘGI RODZAJU W NAJLEPSZYM PRZYPADKU NALEŻY TRAKTOWAĆ METAFORYCZNIE. ALE CZY METODOM RADIODATOWANIA MOŻNA ZAUFAĆ?
 
Naturalną promieniotwórczość odkryto w 1896 roku. Zasługę przypisuje się francuskiemu fizykowi Henriemu Becquerelowi. Amerykański pionier radiochemii, Bertram Borden Boltwood, zauważył, że stosunek ołowiu do uranu był w starszych skałach większy niż w młodych skałach i skorzystał z sugestii Ernesta Rutherforda, by na tej podstawie wyznaczać wiek tych skał. Boltwood mianowicie uznał - poprawnie, jak dzisiaj wiadomo - że ołów jest końcowym produktem rozpadu uranu i że znając tempo rozpadu uranu oraz stosunek ołowiu do uranu, można wyznaczać wiek skał. Podobną metodę, ale w odniesieniu do materii organicznej oraz przy użyciu C14, zaczął stosować Willard Libby w połowie lat 40. XX wieku. Libby zwrócił uwagę, że powszechny w materii ożywionej węgiel może zawierać obok zwykłego niepromieniotwórczego węgla C12 także izotop promieniotwórczy C14. Za badania przy użyciu C14 Libby otrzymał Nagrodę Nobla w 1960 roku.


Dlaczego istnieje zjawisko naturalnej promieniotwórczości? Jak wiadomo, każdy atom składa się z protonów i neutronów (tzw. nukleonów) skupionych w środku atomu, w jego jądrze, wokół którego krążą elektrony. Jądro atomu ma średnicę od 1,75 fermiego (w skrócie fm) w przypadku atomu wodoru do 15 fermich w przypadku atomu uranu. Fermi to jednostka stosowana do odległości wewnątrz jądra atomowego i wynosi 10^-15 metra (inaczej: jedną bilionową milimetra). Jądro zawiera w przybliżeniu 99,94% całej masy atomu.


Najmniejszy atom wodoru ma rozmiary 1,06 angstrema. Angstrem to jednostka stosowana do odległości między atomami i wynosi 10^-10 metra (czyli jedną dziesięciomilionową milimetra). Łatwo zauważyć, że jeden angstrem to 100 tysięcy fermich. Atom uranu ma średnicę ponad trzykrotnie większą niż atom wodoru. Elektrony najbardziej zbliżone do jądra znajdują się mniej więcej 100 000 razy dalej od środka jądra niż najbardziej od tego środka oddalone zewnętrzne nukleony.


Jak bardzo puste są atomy, może nam uświadomić następujące porównanie. Gdyby jądro atomu wodoru było wielkości złotówki, to orbita jedynego elektronu, jaki w nim krąży, znajdowałaby się w odległości ok. jednego kilometra. Do 1911 roku sądzono, że atomy stanowią zwartą materię o dodatnim ładunku, w której, jak rodzynki w cieście, tkwią niewielkie obdarzone ładunkiem ujemnym elektrony. Ten model atomu, zwany żartobliwie modelem ciasta z rodzynkami, wprowadził w 1897 roku fizyk brytyjski Joseph J. Thomson. Ale w 1911 roku Ernest Rutherford przeprowadził eksperyment, w którym na bardzo cienką folię złota wystrzeliwał cząstki alfa (dzisiaj wiemy, że są to jądra helu składające się z dwóch protonów i dwóch neutronów). Olbrzymia większość cząstek alfa przechodziła przez folię złota bez najmniejszych kłopotów, co świadczyło, że objętość atomów stanowi w większości pustka.


Chemiczne własności atomów wyznaczone są przez liczbę protonów w jądrze i odpowiadającą im liczbę elektronów. Ale jądra atomów mogą zawierać (z wyjątkiem atomu wodoru nawet muszą zawierać) także neutrony, i to w różnych ilościach. W ten sposób mamy do czynienia z izotopami, odmianami tego samego pierwiastka różniącymi się tylko liczbą neutronów w jądrze. Właśnie te neutrony decydują o stabilności bądź niestabilności jąder atomów. Okazuje się, że prawie każdy pierwiastek od wodoru (liczba protonów Z=1) do bizmutu (Z=83) ma przynajmniej jeden stabilny izotop (z wyjątkiem technetu i prometu). Wszystkie pierwiastki powyżej bizmutu na tablicy Mendelejewa są niestabilne, czyli stale uwalniają energię, rozpadają się.


Rozpad typu alfa występuje tylko w cięższych nuklidach promieniotwórczych, czyli tzw. radionuklidach, o łącznej liczbie protonów i neutronów równej lub większej niż 146 (radionuklid to każde jądro niestabilne radioaktywnie). Dla emisji alfa energia rozpadu manifestuje się jako energia kinetyczna wyrzucanej cząstki alfa. Właśnie ten typ rozpadu promieniotwórczego tworzy radioaureole w minerałach tkwiących w skałach. [1] Każdy radionuklid wyrzuca cząstki alfa o określonej energii charakterystycznej tylko dla siebie. Cząstki alfa, przemieszczając się w minerałach, niszczą ich krystaliczną strukturę, pozostawiając na swej drodze sygnaturę w postaci serii odbarwionych kręgów koncentrycznych - właśnie radioaureol - charakterystycznych dla danego radionuklidu produkującego cząstki alfa. Ciekawe, że te radioaureole są najlepszym pośrednim świadectwem obserwacyjnym popierającym wielomilionowe okresy rozpadu promieniotwórczego, o ile mierzy się je przy założeniu współczesnego tempa rozpadu. Radioaureole powstają z maleńkich punktowych inkluzji uranu U238 albo jakiegoś innego radioizotopu występującego naturalnie w krysztale.


Radioaureole wywołane obecnością, jak się wydaje, pierwotnego polonu [2] Po218 (pierwotnego, czyli takiego, który nie powstał z rozpadu uranu) stały się przedmiotem burzliwej dyskusji między kreacjonistami i antykreacjonistami. Ponieważ półokres rozpadu Po218 wynosi tylko 3 minuty, Robert V. Gentry wywnioskował, że musiał on być stworzony momentalnie razem ze skałą, gdyż roztopiona skała stygnie przez tysiące lat. [3]


Do również ciekawych wniosków prowadzi porównanie tempa samorzutnego rozpowszechniania się helu He4, wytwarzanego w kryształachprzez powiązane łańcuchy rozpadu, oraz zawartości He4 w atmosferze. Wygląda na to, że rozpad ten trwał zaledwie kilka tysięcy lat. [4]


Obie te sprawy zasługują na bliższe przyjrzenie się im w przyszłości.


Oprócz rozpadu alfa istnieje jeszcze kilka innych rodzajów rozpadu radionuklidów. Jeśli znana jest wyjściowa liczba radionuklidów w czasie kształtowania się badanej próbki skały, ta sama liczba w obecnym czasie oraz tempo rozpadu, to można wyliczyć wiek próbki.


Świecko zorientowani uczeni wierzą, że rozpad promieniotwórczy trwa od powstania świata przyrody ponad 13 miliardów lat temu i że przez cały ten czas tempo rozpadu dla różnych radioizotopów pozostawało stałe w czasie. Jest to uniformitarystyczne widzenie przyrody. Uniformitaryzm stanowi kamień węgielny świeckiego światopoglądu i stanowi źródło przekonania o starej Ziemi i starym Wszechświecie. Postawa ta została dobrze

 

opisana w Piśmie Świętym:
„...przyjdą w ostatnich dniach szydercy pełni szyderstwa, którzy będą postępowali według własnych żądz i będą mówili: «Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem ojcowie zasnęli, wszystko jednakowo trwa od początku świata»” (2 Pt. 3:3-4).


Uniformitarystyczne ujęcie cierpi na szereg poważnych problemów, jeśli chodzi o radiodatowanie. Niedawne wyniki eksperymentów pokazują, że tempo rozpadu radioizotopów może się znacznie różnić od aktualnie przyjmowanych wartości - procesy te przy obecności pewnych czynników środowiskowych mogą przebiegać nawet miliard razy szybciej. [5] Szczególnie interesujące jest, że tempo rozpadu alfa toru Th228 zwiększa się 10000 razy w warunkach, w których powstają fale o wysokim ciśnieniu. [6] Warunki takie mogły łatwo powstać w trakcie Potopu Noego. Można się tylko zastanawiać, jak przebiegają procesy rozpadu jądrowego wewnątrz gwiazd lub w dużych egzoplanetach.


Istnieją też inne poważne problemy związane z obecnie stosowaną metodą datowania radioaktywnego, na przykład założenie, że badane próbki stanowiły przez miliony lat układ zamknięty. Przez miliony lat? Czy jakikolwiek układ może przez miliony lat być wolny od wpływu środowiska?


Biblia jasno stwierdza, że Ziemia jest względnie młoda, liczy sobie nieco ponad 6 tysięcy lat. Argumenty na rzecz tego stwierdzenia przedstawiano przez setki lat. Poprawnie stosowana nauka nie zaprzecza temu stanowisku. Fragmenty Biblii - takie jak Psalm 18:7-8, Księga Habakuka 3:8-10 oraz Księga Powtórzonego Prawa 32:22 - wydają się sugerować, że rozpad promieniotwórczy mógł nie być częścią oryginalnego stworzenia. Prawdopodobnie promieniotwórczość pojawiła się po raz pierwszy jako reakcja na grzech człowieka, początkowo, w okresie przedpotopowym, w głębinach Ziemi, a wypchnięta została na powierzchnię wskutek aktywności tektonicznej w okresie Potopu.


Biblia mówi, że Upadek pierwszych rodziców przyniósł katastrofalne skutki nie tylko dla nich osobiście, ale także dla całego świata przyrody.


(Vernon R. Cupps, Ph.D., “Clocks in Rocks? Radioactive Dating Part 1”, Acts & Facts, October 2014, vol. 43, no. 10, s. 8-11.)
 
[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
 
Przypisy:
[1] Por. Andrew Snelling, „Radiohalos”, w: Larry Vardiman, Andrew Snelling, and Eugene Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth, vol. I, Institute for Creation Research, Dallas, TX 2000, s. 381-468.
[2] Polon został odkryty przez Marię Curie-Skłodowską i nazwany tak od łacińskiejnazwy Polski - Polonia.
[3] Robert V. Gentry, „Giant Radioactive Halos. Indicator of Unknown Alpha-Radioactivity”, Science, August 1970, vol. 169, no. 3946, s. 670-673,http://tiny.pl/qvsvs; tenże, “Spectacle Haloes”, Nature, October 1975, vol. 258, no. 5532, s. 269-270; tenże, “Radioactive Halos”, Annual Review of Nuclear Science, October 1973, vol. 23, no. 1, s. 347-362, http://tiny.pl/qvsbh; tenże, “Radiohalos in a Radiochronological and Cosmological Perspective”, Science, October 1974, vol. 184, no. 4132, s. 62-66, http://tiny.pl/qvsbq; tenże, Creation Tiny Mystery, Earth Science Associates 1992, http://tiny.pl/qvsbm.
[4] Por. D. Russell Humphreys, „Young Helium Diffusion Age of Zircons Supports Accelerated Nuclear Decay”, w: Larry Vardiman, Andrew Snelling, and Eugene Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth, vol. II, Institute for Creation Research, Dallas, TX 2005.
[5] F. Bosch et al., „Observation of Bound-State Beta-Decay of Fully Ionized Re187: Re187-Os187 Cosmochronometry”, Physical Review Letters 1996, vol. 77, no. 26, s. 5190-5193, http://tiny.pl/qvsb8; J.H. Jenkins, D.W. Mundy, and E. Fischbach, “Analysis of environmental influences in nuclear half-life measurements exhibiting time-dependent decay rates”, Nuclear Instruments and Methods in Physics Research Section A: Accelerators, Spectrometers, Detectors and Associated Equipment 2010, vol. 620, no. 2-3, s. 332-342.
[6] F. Cardone et al., “Piezonuclear decay of thorium”, Physics Letters A, 2009, vol. 373, no. 3795, s. 1956-1958.

 

idź Pod Prąd, grudzień 2014


JAKI JEST WIEK ZIEMI?

Uczeni określili, że wiek Ziemi wynosi ok. 4,5 miliarda lat. Jak można pogodzić to ustalenie z biblijnym przekonaniem, że wiek ten wynosi zaledwie ok. 6 tysięcy lat?

W odpowiedzi postawmy najpierw inne pytanie: dlaczego mamy wierzyć, że nauka dokładnie określa wiek Ziemi? Czy jakikolwiek uczony widział, jak Ziemia powstawała? Bo jeśli nie, to jasne jest, że bezpośredni pomiar wieku Ziemi jest niemożliwy.

Uczeni dysponują sposobami szacowania wieku Ziemi. Ogólnie rzecz biorąc jest tak, że uczeni obserwują aktualny stan rzeczy, mierzą tempo jakiegoś procesu, zakładają to i owo na temat przeszłości oraz obliczają, jak długo ten proces musiał trwać, aby powstał aktualny stan. Obserwowanie, mierzenie i obliczanie to czynności, jakie uczeni wykonują bardzo dobrze. Jeśli możemy wątpić w końcowy wynik ich oszacowania, to najprawdopodobniej wskutek przyjmowanych założeń.

Powszechnie przyjmowany wiek Ziemi zmieniał się znacznie w ostatnich kilkuset latach. Ostatnie oszacowanie na 4,6 miliarda lat oparte jest na pomiarach radiometrycznych meteorytu o nazwie Allende. Jest to meteoryt kamienny, należący do chondrytów węglistych. 40 lat temu spadł on, a raczej jego liczne szczątki, w Meksyku. Trudno nawet powiedzieć, jaką miał masę. Zebrano 2-3 tony pozostałości i niektórzy oceniają, że zanim się rozpadł w atmosferze, mógł mieć masę 5 ton, czyli miał wielkość samochodu. Meteoryt Allende uchodzi za najlepiej zbadany meteoryt w historii. Zawiera on liczne duże inkluzje wapniowo-aluminiowe. Właśnie badanie tych inkluzji pozwoliło uznać, że powstały one w epoce formowania się planet naszego Układu Słonecznego. [1] Na Ziemi nie znajduje się tak starych skał. Uważa się, że jest to skutek metamorfozy ziemskich skał pod wpływem głównie ciśnienia i temperatury. Uznano, że meteoryt Allende albo jest materiałem, z którego formowały się planety, albo jest fragmentem jakiejś planety, która się rozpadła wkrótce po powstaniu. Dlatego uważa się, że wyniki badań radiometrycznych tego meteorytu pozwalają oszacować wiek Ziemi. [2]

Datowanie radiometryczne jest możliwe po przyjęciu kilku założeń. Po pierwsze, ponieważ nie obserwuje się warunków początkowych, należy je założyć. Po drugie, zakłada się, że żaden z izotopów poddawanych mierzeniu nie dostał się do meteorytu ani się z niego nie wydostał po jego powstaniu. W końcu zakłada się, że rozpad pierwiastków promieniotwórczych zachodził w stałym tempie. Na pierwszy rzut oka założenia te wyglądają dość rozsądnie, ale istnieją powody, by je kwestionować. [3]

Na wyniki pomiarów datowania radiometrycznego łatwiej byłoby się zgodzić, gdyby otrzymywane wyniki były ze sobą zgodne. Niestety, często są one wzajemnie niezgodne. Różne techniki wyznaczają odmienny wiek meteorytu Allende. Nawet ta sama technika, ale zastosowana do różnych fragmentów meteorytu wyznacza różne oszacowania jego wieku. [4] Ostatecznie więc uczeni dysponowali rozmaitymi datami do wyboru i przyjęli taką, która im najbardziej odpowiadała. I ten wiek podali do publicznej wiadomości. Ale istnieją liczne inne metody, których można użyć do oszacowania wieku Ziemi. Większość metod opartych na technikach radiometrycznych daje stary wiek Ziemi (miliardy lat), ale niektóre dają wiek zbyt mały, by je ewolucjoniści mogli zaakceptować. [5] Szczególnie interesująca dla kreacjonistów jest metoda oparta na tempie wycieku helu, będącego produktem rozpadu promieniotwórczego, z kryształów cyrkonu. [6] Badane cyrkony to kryształy krzemianu cyrkonu (ZrSiO4), tkwiące jako wrostki w biotycie, wydobywanym w trakcie wierceń gorącej prekambryjskiej skały granitowej. W cyrkonach występują promieniotwórcze atomy uranu i toru. Atom uranu-238 na przykład, zanim przekształci się w ołów-206, uwalnia osiem cząstek alfa (czyli jąder helu). Badając ilość helu w kryształach cyrkonu oraz mierząc tempo ich wydostawania się na zewnątrz, można oszacować wiek cyrkonu. Użycie tej metody dało wiek 6 tys. lat (błąd pomiarowy 2 tys. lat). Wspomniane badania sugerują też, że założenie stałego tempa rozpadu promieniotwórczego jest wątpliwe, a założenie to należy do najważniejszych przy technikach radiometrycznych.

Najlepiej by było, gdyby przynajmniej niektóre z tych metod można było sprawdzić, stosując je do obiektów, których wiek znamy. Jeśli jakaś metoda daje w takim przypadku dość dokładne wyniki, można mieć zaufanie także do jej wyników w przypadku obiektów o nieznanym wieku. W ten właśnie sposób można sprawdzać metody radiometryczne. Według teorii, na których opierają się te metody, zegar radiometryczny zaczyna tykać, kiedy lawa zastyga w postaci skały. I takie skały, które powstały wskutek wypływów lawy, jakie ktoś obserwował, można badać. Ponieważ techniki radiometryczne mają dawać najlepsze wyniki dla starszych skał, wyklucza się badanie zupełnie niedawno powstałych.

Badano liczne historyczne wypływy lawy. Często otrzymane wyniki każą przypisywać dużo starszy wiek skale niż rzeczywisty wiek znany z historii. [7] W wielu przypadkach wiek radiometryczny jest dziesiątki tysięcy razy większy niż wiek znany z historii. [8] A to, niestety, nie sprzyja zaufaniu do dokładności aktualnie używanych technik radiometrycznego wyznaczania wieku obiektów.

Należy też zwrócić uwagę na oczywistą sprawę - same nauki przyrodnicze nie dostarczają efektywnego sposobu wyznaczania wieku Ziemi. A powodem jest to, że wiek Ziemi jest zagadnieniem historycznym, a nie przyrodniczym. Kreacjoniści podkreślają istotne różnice między naukami historycznymi a naukami przyrodniczymi. W tych drugich czymś naturalnym jest powtarzalność obserwacji i eksperymentów. Ta powtarzalność pozwala na dokładną kontrolę wypowiadanych przez przyrodników twierdzeń. Nauki historyczne, jak geologia historyczna (nawiasem mówiąc, należy do nich również biologia ewolucyjna) muszą się zadowolić znacznie słabszymi odmianami kontroli, pośrednimi.

Najlepszym sposobem wyznaczenia wieku Ziemi byłoby przesłuchanie lub odczytanie świadectwa jakiegoś naocznego świadka. Ale kto był obecny, gdy powstawała Ziemia? Według Biblii obecny był Bóg, gdyż to on stworzył Ziemię. Biblia dostarcza wystarczająco dużo informacji, by oszacować wiek Ziemi na ok. 6 tysięcy lat. Nie ma naukowego powodu, by ten wiek odrzucać. Jeśli ktoś tak robi, to robi to z powodów światopoglądowych.

Niektórym wprawdzie wydaje się, że skoro wiele metod radiometrycznych daje większy wiek niż ten zarejestrowany w Biblii, to jest to powód naukowy, a nie światopoglądowy. Ale przypomnijmy sobie, że metody te zależą od niesprawdzalnych empirycznie założeń, np. tego, że tempo danego rozpadu promieniotwórczego jest stałe w czasie. Przyjmując takie niesprawdzalne empirycznie założenie nie tylko wykraczamy poza naukę, ale także poddajemy w wątpliwość zapis biblijny w tej sprawie. Od tej decyzji nie ma ucieczki - albo akceptujemy zapis biblijny, albo dopuszczamy, że jest on błędny. A każda z tych dwu wzajemnie wykluczających się decyzji ma charakter światopoglądowy, nawet jeśli sobie z tego nie zdajemy sprawy.

Historycznie rzecz biorąc pogląd, że Ziemia liczy sobie miliony i miliardy lat, powstał wskutek zmian w filozofii, a nie wskutek jakiegoś odkrycia naukowego. [9] Nawet dzisiaj utrzymuje się go, odrzucając historyczne ujęcie z Księgi Rodzaju. Stronniczość tych uczonych, którzy wierzą, że Ziemia liczy sobie miliardy lat, uwidacznia się w tym, że uznają za błędne wszystkie te dane, które są niezgodne z ich oczekiwaniami. Zwykle nie słyszymy o takich wynikach, natomiast od razu nagłaśniane są te, które pasują do aktualnego paradygmatu.

Jak by nie patrzeć, pogląd, że Ziemia liczy sobie ok. 6 tysięcy lat, jest bardzo rozsądnym przekonaniem. Oparte jest ono na historii zarejestrowanej w Biblii. Sama nauka nie jest w stanie rozstrzygająco zdecydować, które ujęcie jest słuszne - młodszej (ok. 6 tysięcy lat) czy starszej Ziemi (ok. 4,5 miliarda lat). A wiele danych geologicznych łatwiej wyjaśnić, odwołując się do modelu biblijnego niż do ewolucyjnego. Autor monografii na temat młodej Ziemi, John D. Morris, wymienia i omawia szereg takich danych. [10]

[email protected], creationism.org.pl

PRZYPISY

[1] Yuri Amelin, Alexander Krot, "Pb isotopic age of the Allende chondrules", Meteoritics & Planetary Science (University of Arizona), July/August 2007,  vol. 42, nos. 7/8, s. 1321-1335.
[2] John D., Morris, The Young Earth. The Real History of the Earth. Past, Present, and Future, Master Books, Green Forest, AR., 2007, s 59.
[3] J.w., s. 50-54.
[4] J.w., s. 59-60.
[5] Por. D. Russell Humphreys, "Evidence for a young world", Acts & Facts, June 2005, vol. 34, no. 6, Impact #384, s. i-ii, www.icr.org/article/1842/.
[6] Por. D. Russell Humphreys, Steven A. Austin, John R. Baumgardner, and Andrew A. Snelling, "Helium Diffusion Age of 6,000 Years Supports Accelerated Nuclear Decay", Creation Research Society Quarterly 2004, vol. 41, no. 1, s. 1-16.
[7] Por. Larry Vardiman, Andrew A. Snelling, and Eugene F. Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth. A Young Earth Creationist Research Initiative, Institute for Creation Research, El Cajon, CA, and Creation Research Society, Chino Valley, AZ. 2000, s. 126-129, 189.
[8] Por. Morris, The Young Earth..., s. 51-52.
[9] Por. Terry Mortenson and Thane Hutcherson Ury (eds.), Coming to Grips with Genesis. Biblical Authority and the Age of the Earth, Master Books, Green Forst, AR 2008.
[10] Por. Morris, The Young Earth..., s. 96-119. (Jean K. Lightner, "How Old is the Earth?", Creation Matters, May/June 2011, vol. 16, no. 3, s. 5.)


MATEMATYCZNA NATURA WSZECHŚWIATA – ŚLAD AKTYWNOŚCI STWÓRCZEJ

Niektórzy z nas na wspomnienie matematyki czują gęsią skórkę. To przedmiot, którego nienawidziliśmy w szkole, bo był trudny do nauczenia się i mało zrozumiały. Ale matematycy widzą swoją dyscyplinę jako piękną i głęboko sensowną. Okazuje się, że matematyka ma też znaczenie dla chrześcijan. Spróbuję to teraz wyjaśnić.

Od abstrakcji do rzeczywistości

Wydawałoby się, że matematycy wymyślają wysoce teoretyczne i niezwykle abstrakcyjne idee, które mają niewielki związek z rzeczywistością fizyczną, jaką poznajemy zmysłami. Ale to nieprawda. Zobaczmy to na przykładach.

Apoloniusz z Pergi, grecki matematyk i astronom żyjący w III wieku p.n.e., badał krzywe zwane przekrojami stożkowymi. On sam uważał, że prowadził te badania nie po to, by je później praktycznie wykorzystać, ale dla nich samych. Przyjmował więc ideał wiedzy dla wiedzy. Wprawdzie jakieś praktyczne zastosowania dla swych badań widział, ale nie zdawał sobie sprawy, że 2 tysiące lat później będzie się ich używać do precyzyjnego opisu ruchów ciał niebieskich w Układzie Słonecznym.

Znany i ceniony do dzisiaj filozof Rene Descartes, zwany Kartezjuszem (nawiasem mówiąc to on wymyślił powiedzenie "myślę, więc jestem"), stworzył pojęcie układu współrzędnych w geometrii, który umożliwił matematykom prowadzenie wyliczeń w wielu hipotetycznych wymiarach oprócz tych trzech, które znamy z codziennego życia. Z pewnością nie miał zielonego pojęcia, że pewnego dnia użyje się geometrii sześciowymiarowej do opisania słynnego tańca pszczół, przy pomocy którego informują one swoje towarzyszki, gdzie znalazły pożywienie. [1] Ponieważ tej samej geometrii sześciowymiarowej używa się do opisu kwarków, Barbara Shipman, która przy pomocy tego rodzaju geometrii precyzyjnie opisała wspomniany taniec pszczół, przypuszczała, że pszczoły mają jakiś ukryty dla nas kontakt z kwarkami.

Jak może pamiętamy ze szkoły, kwadraty liczb zarówno dodatnich, jak i ujemnych, są zawsze dodatnie. A więc pierwiastek kwadratowy można wyciągać tylko z liczb dodatnich. Trzysta lat temu matematycy Euler i Gauss przyjęli jednak matematycznie absurdalny pomysł, żeby można było wyciągać pierwiastek kwadratowy także z liczb ujemnych. Okazuje się dzisiaj, że przy pomocy tych pierwiastków, czyli tzw. liczb urojonych, [2] wyraża się najbardziej podstawowe prawa fizyki, która powstała dopiero w XX wieku - mechaniki kwantowej.

Cud matematyki

Jak to się więc dzieje, że nawet czysta matematyka, rozwijana, badana i rozszerzana przez stulecia bez żadnego widocznego związku z rzeczywistością, czasami okazuje się wcale nie być abstrakcyjna, tylko stanowi część naszego bardzo przecież realnego i bardzo konkretnego Wszechświata?

Niektórzy uznali, że to zwykły przypadek. Znana jest metafora "szalonego krawca" sformułowana przez Stanisława Lema, polskiego pisarza science fiction, który jednak pisał także felietony, a nawet książki niebeletrystyczne. Lem był zafascynowany rolą przypadku w świecie (podobnie jak wszyscy darwinowscy ewolucjoniści). Pracę matematyka przyrównał do pracy "szalonego krawca, który szyje wszelkie możliwe ubrania, nie wie, dla kogo, nie myśli o tym. (...) Tak jak on, działa matematyka. Buduje ona struktury, ale nie wiadomo czyje. Modele doskonałe (tj. doskonale ścisłe), lecz matematyk nie wie, czego to są modele. Nie interesuje go to. Robi to, co robi, ponieważ taka działalność okazała się możliwa". [3] Fizyk zaś przegląda uszyte ubrania i dobiera sobie takie, których potrzebuje. Gdyby rzeczywiście tak było, to wykrycie takiej teorii matematycznej, która pasuje do świata, byłoby czystym przypadkiem i teorie takie pasowałyby do świata w różnych stopniach dokładności, bo przecież tworząc te teorie, matematycy nie byli skrępowani realną rzeczywistością świata.

W świetle tego, o czym pisał Eugene Wigner, jeden z bardziej znanych fizyków, metafora "szalonego krawca" jest błędna. Oczywiście jest tak, przynajmniej do pewnego czasu, że nowe teorie matematyczne nie są stosowane przez fizyków. Ale w artykule "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych" Wigner zwraca uwagę, że gdy już jakąś teorię matematyczną fizycy stosują, to sprawdza się ona z niezwykłą dokładnością. Teorie są dokładniejsze niż dane empiryczne. I nie jest to zasługa tego, że przy tworzeniu owych teorii wprowadzano do nich jakieś precyzyjne dane wzięte z obserwacji. Dane takie odgrywają drugorzędną rolę, a mimo to teorie matematyczne prowadzą z olbrzymią dokładnością do sprawdzalnych danych.

Wigner nazwał to zjawisko "cudem matematyki". Uznał on, że "przedziwna skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych jest czymś graniczącym z tajemnicą i że nie ma dla niej żadnego racjonalnego wyjaśnienia." A pod koniec artykułu zauważył: "Stosowność języka matematyki do formułowania praw fizyki jest cudownym darem, którego ani nie rozumiemy, ani nań nie zasługujemy." [4]

Nauki przyrodnicze nie są same w stanie wyjaśnić, dlaczego pod powierzchnią rzeczywistości, jaka nas otacza, znajdujemy taki piękny, uporządkowany matematyczny fundament. To zdumiewający fakt, którego uczeni nie potrafią wyjaśnić, chociaż wielu z nich to próbowało zrobić. Pozostaje on fundamentalną tajemnicą nauki.

Artykuł Wignera wywołał ożywioną dyskusję. Na uwagę zasługuje opinia Maxa Tegmarka, profesora w Massachusetts Institute of Technology, według którego świat fizyczny jest w pełni matematyczny, izomorficzny z jakąś strukturą matematyczną i to właśnie tę strukturę stopniowo poznajemy. Teorie fizykalne odnoszą sukces, ponieważ proste struktury matematyczne mogą dostarczać dobrych przybliżeń niektórych aspektów bardziej złożonych struktur matematycznych. Innymi słowy, teorie fizykalne to nie są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie świata fizycznego, ale to są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie innych struktur matematycznych.[5]

Ślady Stwórcy

Pismo Święte mówi nam, że wiele zdumiewających cech Boga można wykryć w cudach Jego stworzenia (Rzym. 1:20). Gdy patrzymy na przepastny ogrom wspaniałego Wszechświata i na niezwykle skomplikowaną strukturę maleńkiego atomu, nie jesteśmy w stanie oprzeć się zdumieniu stwórczą mocą Wszechmogącego. Jego moc widoczna jest we wszystkich dziedzinach nauki, jak biologia, chemia i fizyka - gdzie umysł nasz odnajduje nie tylko ślady wielkiego Stwórcy, ale także pewne cechy Jego osobowości.

Jest to prawda nie tylko, jeśli chodzi o fizykę czy astronomię, ale przede wszystkim - matematykę. Matematyka ujawnia cudowną moc stwórczą Boga w zadziwiający sposób, który dla wielu może stanowić źródło natchnienia. Przyjrzyjmy się zegarkowi. Przy pierwszym wejrzeniu może nas zdumieć regularność jego tykania, wyznaczającego sekundy, minuty i godziny. Ale gdy zdejmiemy wieczko i zajrzymy do środka, nasze zdumienie rośnie, bo widzimy skomplikowane, ale precyzyjne współdziałanie wielu kółeczek, sprężyn i przekładni. Jesteśmy pod wrażeniem pomysłowości projektu i ukrytej za nim inteligencji. Podobnie jest z matematyką. Matematyka jest narzędziem pozwalającym "zdjąć wieczko" Wszechświata i ujrzeć głębszy poziom porządku, precyzji i pomysłowości - czyli właśnie to, czego oczekiwalibyśmy od Wszechświata zaprojektowanego przez Stwórcę o najwyższej inteligencji.

Wielka Księga

Galileusz, znany astronom włoski, w traktacie Il Saggiatore (Waga probiercza) z 1623 roku opisał Wszechświat jako "wielką księgę", która "stale jest otwarta przed naszym wzrokiem, ale której nie można zrozumieć, jeśli wcześniej nie poznamy języka i nie rozpoznamy liter, przy pomocy których została napisana. A napisano ją językiem matematyki".

Dla ateisty czy agnostyka może to stanowić nierozwiązywalną zagadkę. Ale dla wierzących w logicznego, racjonalnego, wszechwiedzącego i wszechmocnego Stwórcę jest to zgodne z oczekiwaniem. W najważniejszej "wielkiej księdze", w Piśmie Świętym, czytamy, że Wszechmocny ustalił "prawa nieba i ziemi" (Jer. 33:25). Teraz widzimy, że wiele z tych praw zostało napisanych językiem matematyki. William Lane Craig, filozof i teolog chrześcijański, wyraził to tak: "Bóg stworzył Wszechświat według struktury matematycznej, jaką miał w umyśle". [6]

Kiedy patrzymy oczyma żywej wiary, każdy aspekt dzieł rąk Bożych będzie wskazywał na chwałę i majestat naszego Stwórcy. Matematyka nie jest suchym i pozbawionym emocji przedmiotem, jak wielu sądzi. Jest ona raczej pięknym narzędziem, przy pomocy którego możemy przybliżyć się do Boskiego umysłu.

[email protected]
creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
(Wallace Smith, "Our Mathematical Universe", Tomorrow's World, July-August 2013, s. 20-21.)

Przypisy:
[1] Adam Frank, "Quantum Honeybees. How could bees of little brain come up with anything as complex as a dance language?", Discover, Saturday, November 01, 1997, http://tiny.pl/hbr5h.
[2] Liczby urojone zostały wprowadzone przez Girolamo Cardano jeszcze w XVI wieku, a nazwę nadał im Kartezjusz w 1637 roku. Zostały zaakceptowane  dopiero dzięki pracom Eulera i Gaussa.
[3] Stanisław Lem, Summa technologiae, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1984, s. 146.
[4] Eugene P. Wigner, "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych", Zagadnienia Filozoficzne w Nauce 1991, XIII, s. 5-18, http://tiny.pl/hbrf3 (oryginał: "The Unreasonable Effectiveness of Mathematics in the Natural Sciences", Communications in Pure and Applied Mathematics, February 1960, vol. 13, no. 1 , ss. 1-14, http://tiny.pl/hbwlx).
[5] Max Tegmark, "The Mathematical Universe", Foundations of Physics 2007, vol. 38, no. 2, s. 101-150, http://tiny.pl/hbwlm.
[6] "God and the Applicability of Mathematics", Reasonable Faith with William Lane Craig, http://tiny.pl/hbwk9.

STWORZENIE Z POZOREM WIEKU?

W środowisku kreacjonistów popularne jest powiedzenie, że Bóg stworzył świat z pozorem wieku. Pismo Święte bowiem mówi, że Adam i Ewa zostali stworzeni jako dorośli ludzie, a nie jako zapłodnione jaja, i byli w stanie posiadać potomstwo. Wyglądali więc, jakby mieli - powiedzmy - 20 lat. Podobnie drzewa w raju zostały stworzone z owocami na gałęziach, a nie jako nasiona w ziemi. Słońce, Księżyc i gwiazdy zostały stworzone w takiej wzajemnej relacji i wobec Ziemi, że od razu mogły pełnić rolę wskaźników czasu - upływających dni, pór roku i lat. Także stworzenia morskie, ptaki i zwierzęta lądowe zostały stworzone jako dorosłe osobniki gotowe do reprodukcji.

Ale zwrot, że Bóg stworzył świat „z pozorem” wieku, nie jest najszczęśliwszy, bo sugeruje, że Bóg dokonał jakiejś sztuczki, w rezultacie której wprowadził wszystkich w błąd.  Stworzenie rzeczywiście wyglądało tak, jakby miało jakąś przeszłą historię, ale nie taki był cel Boga, by nas w tej sprawie mylić. Zamiast o stworzeniu z pozorem wieku lepiej mówić o dojrzałym, w pełni funkcjonalnym stworzeniu. Pozór wieku był tylko nieuchronną konsekwencją dojrzałego stworzenia. W jego rezultacie przyroda była od razu gotowa do działania według praw, jakie Bóg ustanowił na początku.

Idea stworzenia z pozorem wieku jest też wykorzystywana do niewłaściwego celu. Dziewiętnastowieczny kreacjonista, Philip Henry Gosse (1810-1888), użył jej do wyjaśnienia, dlaczego w głębokich warstwach znajdujemy skamieniałości dziwnych, dziś niewystępujących na Ziemi zwierząt. Gosse był kreacjonistą młodej Ziemi i starał się unieważnić odkrycia geologów i paleontologów wskazujących na starożytne pochodzenie Ziemi. A była to epoka, w której zaczęto wydobywać skamieniałości dinozaurów.
Upowszechniał się pogląd, za sprawą wybitnych geologów Jamesa Huttona (1726-1797) i Charlesa Lyella (1797-1875), że epoki geologiczne zmieniały się wolno, a wielkie katastrofy w rodzaju potopu Noego to mity. Sprzeciwiając się tym poglądom, Gosse w dziele zatytułowanym „Omphalos” (co po grecku znaczy „Pępek”) wyjaśniał zawartość warstw geologicznych dokładnie tak samo, jak wyjaśnia się posiadanie pępka przez Adama. Pępek Adama nie świadczył o tym, że Adam się urodził. Bóg stworzył Adama z pępkiem, ponieważ Jego stworzenie miało pozór wieku. I jak Adam miał pępek pozornie wskazujący na jego życie w łonie matki, tak i warstwy geologiczne wg Gossego zostały stworzone, by wyglądały na stare.

Wyjaśnienie Gossego nie jest ani możliwe do zaakceptowania, ani potrzebne. Nie można go przyjąć ze względów teologicznych - Bóg nie jest oszustem. Owszem, dokonał dojrzałego stworzenia, ale nie było jego celem zwodzenie kogokolwiek. Nie ma potrzeby przyjmować, że Bóg stworzył Ziemię i jej warstwy geologiczne od razu ze skamieniałościami, bo istnieje wiarygodny sposób wyjaśnienia, skąd te skamieniałości się wzięły. W dużym stopniu są one wynikiem potopu Noego, jaki miał miejsce ok. 1600 lat po stworzeniu świata.
Również nie do przyjęcia jest hipoteza starej Ziemi. Ma ona dwie dyskwalifikujące wady. Po pierwsze, Bóg w Księdze Rodzaju stwierdza, że do czasu pierwszego grzechu naszych prarodziców całe stworzenie było „bardzo dobre”, a zapis kopalny, który rzekomo ma dotyczyć milionów lat starej Ziemi, pełen jest śmierci, chorób, wymierań i innego naturalnego zła, którego z pewnością nie można nazwać „bardzo dobrym”. Po drugie, język użyty w Księdze Rodzaju wyraźnie wskazuje na młodą Ziemię. Bóg nie miał powodu, by w tej sprawie wypowiadać się zwodniczo. Mógł przecież, gdyby tak było, stwierdzić wielomilionowy wiek Ziemi.
Zapis kopalny pokazuje, że zwierzęta, których szczątki lub skamieniałości się wydobywa, cierpiały na rozmaite choroby, często śmiertelne. Widać to na przykład przy analizie kości dinozaurów. Gdyby człowiek pojawił się na Ziemi wiele milionów lat po dinozaurach, to Bóg nigdy by nie powiedział po stworzeniu człowieka, że Jego dotychczasowe dzieło było bardzo dobre.

Pismo Święte wyjaśnia, że choroby i śmierć są rezultatem grzechu pierwszych ludzi, są wynikiem Upadku, olbrzymiej katastrofy, jaka spotkała świat niedługo po stworzeniu. A zapis kopalny jest głównie skutkiem kolejnej wielkiej katastrofy, globalnego potopu, jaki miał miejsce ok. 4300 lat temu.

(Dr Terry Mortenson, „Did God Create the World with the <<Appearance of Age>>”, Answers Update, Nov.-Dec. 2014, vol. 7, issue 6, s. 16;
Dr Terry Mortenson, „Cancer - Very Good?”, Answers Update, Nov.-Dec. 2014, vol. 7, issue 6, s. 16.)

 

Marta Cuberbiller
[email protected]
creationism.org.pl/Members/mcuberbiller

 

 

 

 

 

 

idźPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015, s. 16

 


ROLA ODCHODÓW DINOZAURA W SPORZE EWOLUCJONIZM-KREACJONIZM

Według ewolucjonistów dinozaury wymarły ok. 65 mln lat temu. Trawa zaś miała wyewoluować ok. 55 milionów lat temu, czyli 10 mln lat po wymarciu dinozaurów. Kreacjoniści twierdzą natomiast, że świat jest młody, że zarówno dinozaury, jak i trawa (oraz inne typy organizmów żywych) zostały stworzone w ciągu pierwszego tygodnia istnienia świata. Istnieje więc prosty sposób sprawdzenia, która z tych koncepcji jest słuszna. Trzeba mianowicie sprawdzić, czy w warstwach geologicznych, w których znajdują się skamieniałe szczątki dinozaurów, są też ślady traw.

Jak wiadomo, zapis kopalny nie ma chaotycznego charakteru. Skamieniałości pewnych organizmów znajdują się tylko w niektórych warstwach, a w innych ich nie ma. Ewolucjoniści zapis kopalny traktują jako zapis historii: warstwy geologiczne miały powstawać w ciągu wielu milionów lat, więc obecność lub nieobecność sfosylizowanych szczątków zwierząt czy roślin świadczy, ich zdaniem, o istnieniu bądź nieistnieniu tych organizmów w epokach odpowiadających owym warstwom.

Kreacjoniści, zgadzając się co do wyglądu zapisu kopalnego, przyjmują odmienny mechanizm powstawania zapisu kopalnego (ściślej: dużej części zapisu kopalnego). Głoszą tzw. geologię Potopu. Według niej warstwy geologiczne nie powstawały stopniowo w długich okresach czasu, ale są skutkiem olbrzymiej katastrofy wodnej, o której informacje zachowały się w mitach wielu ludów na całym świecie, a przede wszystkim w Księdze Rodzaju. Olbrzymie ilości wody sortowały materiał osadowy, w tym także ciała zwierząt i roślin, w postaci warstw geologicznych. Powstały więc one we względnie krótkim czasie. To dlatego, mówią kreacjoniści, szczątki ssaków znajdują się wyżej niż na przykład szczątki dinozaurów, gdyż ssaki były bardziej ruchliwe i potrafiły w pierwszych fazach Potopu chronić się na wyżej położone tereny.

Brak traw w warstwach, w których znajdowano skamieniałości dinozaurów, stanowił jednak mocny argument na rzecz ewolucyjnej wielomilionowej skali, a przeciwko wizji kreacjonistycznej opartej na geologii Potopu. Dlaczego - pytali ewolucjoniści - szczątki traw znajduje się w warstwach wyższych niż te, w których są dinozaury? Przecież trawy nie miały nóg, by uciekać przed podnoszącą się falą powodziową? Przez wiele lat był to trudny problem dla kreacjonistów. Biblia bowiem opisuje Potop Noego, ale bez szczegółów, które umożliwiłyby udzielenie odpowiedzi na wszystkie pytania. Ostatecznie przecież Biblia nie jest podręcznikiem geologii.

Niedawno jednak w Indiach odkryto trawę w skamieniałych odchodach dinozaurów. Odchody te znajdowały się w pobliżu szczątków tytanozaura, dinozaura należącego do grupy zauropodów, czyli dużych dinozaurów roślinnych (V. Prasad, C. Strömberg, H. Alimohammadian, and A. Sahni, Dinosaur coprolites and the early evolution of grasses and graziers, "Science" 18 November 2005, vol. 310, No. 5751, s. 1177-1180). Jest to dla ewolucjonistów zdumiewające odkrycie: jak dinozaury mogły żywić się czymś, co jeszcze nie wyewoluowało? Było to tym bardziej zdumiewające, że w odchodach tych znaleziono co najmniej pięć rodzajów traw, czyli mówiąc z perspektywy ewolucjonistycznej, nastąpiła już ich ewolucyjna dywersyfikacja. Niektóre z tych rodzajów trawy są takie jak istniejące dzisiaj.

Autor omawianego artykułu konkluduje, że wielomilionowe epoki, o których mówią ewolucjoniści, istnieją tylko w ich wyobraźni. Fakt, iż pewnych skamieniałości nie znajduje się w niektórych warstwach, nie znaczy, że zwierzęta czy rośliny nie istniały obok siebie. Po prostu albo jeszcze tych skamieniałości nie odkryliśmy, albo wzburzone wody Potopu spowodowały, że nie ma ich w niektórych warstwach. Argument ewolucjonistyczny okazał się mniej warty niż odchody dinozaura.

(Tas Walker, Dino dung overturn objection, "Creation" September-November  2007, vol. 29, No. 4, s. 35)


ZIEMIA TO MA KLAWE ŻYCIE

Standardowym tematem tekstów kreacjonistycznych jest fakt, że nasza planeta jest subtelnie dopasowana do istnienia na niej życia. [1] Ale uczeni niekreacjonistyczni niechętnie ten temat podejmują. Są jednak wyjątki. W marcowym numerze popularnego czasopisma "The Scientist" ukazał się artykuł astrobiologa i geofizyka Davida Walthama, który argumentuje, że „Ziemia jest rzadkim, pięknym i niezwykle szczególnym miejscem - jest to jedna z najszczęśliwszych planet we Wszechświecie”. [2] Zwraca on uwagę, że „większość planet jest za gorąca lub za zimna; za mokra lub za sucha, za mała lub za wielka albo po prostu jest na sto innych powodów niezdatna do życia”. A nasza planeta jest „niemal doskonałym miejscem dla takiego życia, jakie znamy”.


Waltham był dyrektorem Wydziału Nauk o Ziemi w Royal Holloway College, który jest częścią Uniwersytetu Londyńskiego. Ostatnio wydał on książkę, której tytuł po przetłumaczeniu na język polski brzmi: "Szczęśliwa planeta. Dlaczego Ziemia jest wyjątkowa i co to znaczy dla życia we Wszechświecie". [3] Przedstawił w niej w popularnej formie to, o czym wcześniej pisał w czasopismach naukowych. [4]

 

W artykule w "The Scientist" przedstawił trzy możliwe sposoby wyjaśniania tego, że natura naszej planety jest tak przyjazna dla życia:

"Po pierwsze, być może istnieje jakaś fundamentalna zasada, że procesy biogeochemiczne na planetach, na których istnieje życie, powodują stabilizację klimatu. Jeśli tak, to nie możemy być zdziwieni tym, że Ziemia jest odpowiednim miejscem dla życia, gdyż prawa fizykalne, chemiczne i biologiczne Wszechświata gwarantują zaistnienie wielu takich światów. A może jest tak, że życie nadzwyczajnie przystosowuje się do trwania w bardzo szerokim zakresie warunków? W takim przypadku ponownie nie powinniśmy się dziwić, że Ziemia posiada odpowiednie warunki dla życia, ponieważ w rzeczywistości to życie dopasowało się do warunków istniejących na Ziemi. W końcu może być tak, że planety odpowiednie dla istnienia na nich złożonych organizmów występują tylko rzadko i wyłącznie przypadkowo."

 

Sam Waltham opowiada się za tym ostatnim wyjaśnieniem. Jego zdaniem, gdy wyjaśniamy, dlaczego na Ziemi istnieje życie, należy odwołać się do „szczęśliwego trafu”. Ale ten szczęśliwy traf nie odnosi się do inteligentnego projektu:
"Inteligentni obserwatorzy mogą się pojawić tylko na takich planetach, na których panują warunki umożliwiające funkcjonowanie złożonego życia, nawet jeśli znalezienie tak niezwykłego świata wymaga przebadania miliarda galaktyk."

 

Inaczej mówiąc, gdyby na Ziemi panowały odmienne warunki, to nie moglibyśmy tego widzieć, bo by nas nie było. Musimy żyć na planecie zdolnej do podtrzymania życia. Ale czy to tłumaczy niewiarygodne subtelne dopasowanie do życia naszej planety? Poniższy przykład pokaże, dlaczego tego nie tłumaczy.

 

Wyobraźmy sobie, że mamy być rozstrzelani przez pięcioosobowy pluton egzekucyjny. Słyszymy komendy sierżanta „Cel, pal” i salwę karabinową. Ale nadal stoimy, serce nam bije, płuca szybko oddychają - jesteśmy żywi. Mówimy sobie: „Strzelcy musieli chybić, ponieważ gdyby nie chybili, to by mnie nie było i bym o tym nie myślał”. Pewnie to prawda, ale czy to wyjaśnia, dlaczego żołnierze chybili? I podobnie spostrzeżenie, że żyjemy na Ziemi, nie wyjaśnia w najmniejszym stopniu, dlaczego żyjemy na Ziemi.

 

Obserwacja, że mamy duże szczęście, nie rozstrzyga sprawy „przypadek (ewentualnie przypadek + prawo) czy projekt?” Czasami mamy do czynienia z wyraźnie „szczęśliwymi” wydarzeniami, które nie wymagają projektu, bo wystarczy odwołać się do probabilistyki. Ale niekiedy zdarzenia są tak bardzo nieprawdopodobne, że możemy mieć wątpliwości, czy wystarczy mówić o przypadku. Czy przeżycie egzekucji to wynik przypadku, czy projektu? Rozwiązując ten problem, możemy odwołać się do liczb. Wytrenowany strzelec chybia z takiej odległości do celu tylko raz na tysiąc strzałów. Prawdopodobieństwo, że chybi, wynosi więc 1/1000. Ale wówczas prawdopodobieństwo, że pięciu żołnierzy z plutonu egzekucyjnego jednocześnie chybi, wynosi 1/000 000 000 000 000, czyli jeden na biliard razy.

 

Ponieważ na Ziemi nie żyje biliard ludzi i nie dokonano biliarda egzekucji, dochodzimy do wniosku, że odwoływanie się do przypadku nie jest dobrym wyjaśnieniem, dlaczego przeżyliśmy egzekucję. Wiarygodnym wyjaśnieniem jest natomiast to, że strzelcy chybili celowo - czyli, że mamy do czynienia z projektem.

 

Możemy przeprowadzić podobne obliczenia dotyczące przyjaznej dla życia natury naszej planety. I wynik będzie ten sam.

 

[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller

 

(Casey Luskin, “University of London Astrobiologist: Earth is Lucky and Almost the Perfect Place for Life”, Evolution News and Views April 2, 2014,http://tiny.pl/qndr4;
Kate Ravilious, “Earthwatch: it’s a wonderful world”, The Guardian Friday 31 January 2014, http://tiny.pl/qnbbw;
David Waltham, “Alone in the Cosmos”, The Chronicle of Higher Education April 7, 2014, http://tiny.pl/qnbbc)
 
Przypisy:
[1] Przykład: Jerry Bergman, „Ziemia - wyjątkowa w całym Wszechświecie”, w: Mieczysław Pajewski, "Stworzenie czy ewolucja?", Wydawnictwo „Duch Czasów”, Bielsko-Biała 1992, s. 191-196.
[2] David Waltham, „Is Earth Special? Reconsidering the uniqueness of life on our planet”, The Scientist, March 1, 2014, http://tiny.pl/qnbv1.
[3] David Waltham, "Lucky Planet. Why Earth is Exceptional - and What That Means for Life in the Universe", Basic Books, 2014.
[4] „On the Absence of Solar-Evolution Driven Warming through the Phanerozoic”, Terra Nova 2014, http://tiny.pl/qnbzm; “Our Large Moon Does Not Stabilize Earth’s Axis”, EPSC Abstracts 2013, vol. 8, EPSC2013-37, http://tiny.pl/qnbzc; “Anthropic selection and the habitability of planets orbiting M and K dwarfs”, Icarus 2011, vol. 215, s. 518-521, http://tiny.pl/qnbz5; “Testing Anthropic Selection: A Climate Change Example”, Astrobiology 2011, vol. 11, s. 105-114, http://tiny.pl/qnbz1; “The large-moon hypothesis:  Can it be tested?”,  International Journal of Astrobiology 2006, vol. 5, s. 327-331, http://tiny.pl/qnbz8; “Anthropic Selection for the Moon’s Mass”, Astrobiology 2004, vol. 4, s. 460-468, http://tiny.pl/qnbzs.
 

idź Pod Prąd, październik 2014


DZIESIĘĆ NAJWIĘKSZYCH BŁĘDÓW DARWINA – część 2

6. Lekceważenie eksplozji kambryjskiej
Darwin wiedział o tym, co dzisiaj się nazywa eksplozją kambryjską, czyli o niezwykłym bogactwie skamieniałości, ujawniających złożone formy życia, które pojawiają się nagle, bez poprzedników, w zapisie kopalnym na tym samym niskim poziomie (datowanym przez ewolucjonistów na ok. 530 mln lat temu). W oczywisty sposób nie pasowały te odkrycia do jego ewolucyjnego modelu życia, rozwijającego się od form prostych do złożonych.

Zamiast nielicznych powiązanych ewolucyjnie organizmów, występujących w najmłodszych pokładach zapisu kopalnego, istnieje prawdziwa eksplozja form życia. 32 z 33 typów, jakie dziś widzimy, wydaje się pojawiać nagle w mniej więcej tym samym czasie. Gdybyśmy chcieli to porównać do rozwoju techniki, wyglądałoby to tak, jakby toster, zmywarka, lodówka, mikrofalówka i samochód pojawiły się nagle bez poprzednio istniejących podobnych urządzeń.

"Organizmy [...] zmaterializowały się nagle jak zjawy. W wybuchu twórczości, jakiej nie było ani przedtem, ani potem, przyroda zarysowała schematy praktycznie całego królestwa zwierząt. Ten wybuch biologicznego zróżnicowania uczeni opisują jako biologiczny Big Bang". [20] Ten Wielki Wybuch całkowicie odmiennych organizmów głęboko w zapisie kopalnym stanowił olbrzymi problem dla Darwina:

"Na pytanie, dlaczego nie posiadamy obfitujących w skamieniałości pokładów z tych najwcześniejszych jakoby okresów poprzedzających kambr, nie mam wystarczającej odpowiedzi." [21] "[...] bardzo jest jednak trudno wytłumaczyć sobie nieobecność wielkich i bogatych w skamieniałości pokładów pod warstwami systemu kambryjskiego. [...] Fakt ten musi pozostać nierozwiązany i słusznie uważany być może za poważny zarzut przeciw rozwijanym tu poglądom." [22]

Skamieniałości z wybuchu kambryjskiego teoria Darwina nie jest w stanie wyjaśnić, dlatego zaproponowano pewną jej odmianę, zwaną teorią przerywanej równowagi. Ale gdy spojrzymy na tę sprawę z perspektywy informacjibiologicznej, to najlepszym wyjaśnieniem jest inteligencja odpowiedzialna za to zjawisko. Wybuch kambryjski to olbrzymie i nagłe pojawienie się radykalnie nowych planów budowy ciała. Wymaga to wielkiej ilości nowej informacji biologicznej. Jej część jest zakodowana w DNA, ale jak powstała ta informacja, jest nadal nierozwiązanym problemem dla darwinistów. A skąd się wzięła informacja, która nie jest przypisana do DNA? Jak rozwija się hierarchicznie uporządkowane ułożenie komórek, tkanek, organów i planów budowy ciała? [23]

Po 150 latach poszukiwania wyjaśnienia kambryjskiego zapisu kopalnego nie mamy nadal ewolucyjnego mechanizmu zadowalająco tłumaczącego nagłe pojawienie się tak wielu całkowicie odrębnych form życia. I nie były to pojedyncze organizmy albo kilka stopniowo ewoluujących, ale prawdziwy ogród zoologiczny - bujna różnorodność złożonych form życia, w pełni rozwiniętych niemal na samym spodzie zapisu kopalnego.

7. Darwinowska teoria homologii
Jeszcze przed Darwinem zwrócono uwagę na to, że różne typy organizmów mają wspólne cechy, takie jak pięć palców w ludzkiej ręce, w skrzydle nietoperza czy w płetwie delfina. Darwin uznał, że to podobieństwo u różnych gatunków, zwane homologią, jest dowodem wspólnoty pochodzenia. Argument jest jednak słaby, gdyż w zapisie kopalnym nie obserwuje się stopniowej ewolucji tych kończyn u różnych gatunków. Poza tym istnieje prostszy sposób wyjaśnienia tych wspólnych cech. Zamiast odwoływać się do wspólnego przodka, można ich istnienie wyjaśnić jako wynik wspólnego projektu.

350px-Handskelett MK1888Ten wspólny projekt widoczny jest w wielu urządzeniach zbudowanych przez człowieka. Budujemy samochód, wózek i odkurzacz wyposażone w cztery koła, ale to nie znaczy, że mają one wspólnego przodka. Mają natomiast wspólny projekt. Cztery koła dają większą stabilność i lepiej rozkładają ciężar niż trzy koła. Można wnioskować, że z tych samych powodów mądry projektant użyłby modelu czterech nóg, zamiast trzech.

Podobnie jest z pięcioma palcami w rękach, skrzydłach i płetwach. Wskazują one na dobry projekt, mający na celu otrzymywanie optymalnych wyników. To samo można powiedzieć o dwojgu oczach, dwojgu uszach i czterech kończynach. Co jest bardziej sensowne - czy to, że projektant użył tych samych wzorców, ponieważ dobrze funkcjonują, czy że ślepy przypadek w działaniu doboru naturalnego i mutacji akurat sprawił, że otrzymaliśmy optymalny projekt po wielu próbach na chybił trafił? Jeśli to ostatnie jest prawdą, to gdzie są dowody istnienia bardzo wielu nieudanych modeli, które powinny kończyć swoje istnienie na śmietnisku zapisu kopalnego, jak to Darwin przewidywał? Żadnych takich dowodów nie znaleziono.

Kiedy organizmy oddalone od siebie na ewolucyjnym drzewie posiadają te same rozwinięte cechy (jak oczy), to ewolucjoniści utrzymują, że cechy te wyewoluowały niezależnie od siebie. Niektórzy twierdzą na przykład, że oczy wyewoluowały niezależnie kilkadziesiąt razy, co najmniej czterdzieści, a być może nawet sześćdziesiąt razy w wielu grupach królestwa zwierząt. [24] Jakie jest prawdopodobieństwo, by te same złożone cechy przypadkowo wyewoluowały wiele razy? Ponownie wspólny projekt jest wyraźnie dużo logiczniejszym wyjaśnieniem.

8. Teoria, że ludzie wyewoluowali z małp
W swojej drugiej pod względem popularności książce "O pochodzeniu człowieka" Darwin wypowiedział myśl, że ludzie wyewoluowali z pewnego typu małpy człekokształtnej, ściśle spokrewnionej z szympansem. Ale gdy przyjrzymy się tej sprawie bliżej, zobaczymy bardzo wiele różnic między szympansami a człowiekiem. Często spotykany pogląd, że mamy 99% wspólnego DNA z szympansami, został obalony, gdy zbadano genom szympansa. Podobieństwo to obniżono obecnie do 93%, ale te wyniki badań jakoś dziwnym trafem nie przedostały się do nagłówków gazet. Istnieją oczywiste podobieństwa między szympansami i ludźmi, ale także wielkie różnice w budowie ciała, mózgu, funkcjonowaniu intelektu i pod względem zachowania. [25]

Ponownie musimy postawić w tym miejscu pytanie: czy podobieństwo między szympansami i ludźmi zachodzi dzięki wspólnemu przodkowi, czy wspólnemu Projektantowi? Prawa genetyki nie pozwalają, by szympans stał się kimś innym niż szympans, a człowiek kimś innym niż człowiek. Po 150 latach badań żyjących form oraz zapisu kopalnego nie znaleziono dowodów na subtelną przemianę gatunku z małpy człekokształtnej do człowieka.

9. Drzewo życia
W "O powstawaniu gatunków" Darwin umieścił tylko jeden rysunek. Przedstawia on fragment tzw. drzewa życia, czyli schemat przekształcania się wspólnego przodka (korzeń) w różne gatunki dzisiaj obserwowane (gałązki). [26] Ale idea drzewa życia, jednoczącego wszystkie organizmy żywe, faktycznie opiera się na niewielkich zmianach w ramach gatunku. Darwin znacznie przekroczył dostępne doświadczenie empiryczne. Ekstrapolował fakty, mówiące o ograniczonej zmienności przystosowań wewnątrzgatunkowych na wszystkie wyższe poziomy. Ta ekstrapolacja była czystą spekulacją. Nie miał argumentów przemawiających na rzecz tej idei. Wystarczyło mu, że nie zna przeciwwskazań. "Nie widzę powodu - pisał - dlaczego by opisany proces przekształcania miał się ograniczyć tylko do tworzenia rodzajów." Ponieważ nie znał ograniczeń procesu drobnej zmienności gatunków, założył, że ograniczeń tych nie ma.

Najbardziej podstawowy problem ewolucjonizmu - pochodzenia gatunków - pozostaje nierozwiązany. Mimo stuleci sztucznej hodowli i dziesiątkówDarwins tree of life 1859 lat eksperymentów laboratoryjnych nikt nigdy nie zaobserwował powstawania nowych gatunków (przekształcenia się jednego gatunku w inny). To, co Darwin mówi o wszystkich gatunkach, nie zostało wykazane nawet dla jednego z nich. [27] Ponieważ definicja gatunku w biologii ewolucyjnej jest nieprecyzyjna i pozwala na pewien stopień arbitralności (niektórzy taksonomowie, tzw. splitters, uznają niekiedy odmiany za odrębne gatunki), kreacjoniści obiektywnie istniejące granice zmienności umiejscawiają z reguły nieco wyżej niż granice gatunku - na poziomie rodzaju, a nawet rodziny. Te obiektywnie istniejące podstawowe jednostki życia kreacjoniści nazywają stworzonymi typami, podstawowymi typami lub baraminami. Jeżeli w tym artykule używamy terminologii ewolucjonistycznej (gatunki itd.), to tylko dlatego, że chcemy być lepiej zrozumiani.
Zamiast więc jednego drzewa życia, które zaczyna się od jednego lub kilku wspólnych przodków i rozgałęzia się z upływem czasu na boki, obejmując wszystkie organizmy żywe, kreacjoniści proponują tzw. sad życia - wiele drzewek-baraminów, rozgałęziających się do pewnej nieprzekraczalnej granicy z pierwotnie stworzonych organizmów rodzicielskich.

Istnieje jeszcze jeden problem z Darwinowskim drzewem życia - idea ta jest niezgodna z tym, co widzimy w zapisie kopalnym. Odkrycia w tzw. łupkach z Burgess pokazują, że drzewo życia należy postawić do góry nogami czy raczej: do góry korzeniami. W zamierzchłej przeszłości obserwuje się w zapisie kopalnym więcej typów niż obecnie, gdyż niektóre z nich już wymarły. "Dziesięć lat temu istniała jeszcze nadzieja, że dane molekularne uratują drzewo, ale najnowsze odkrycia nadzieję tę pogrzebały. Chociaż nie przeczytacie tego w podręcznikach biologii, Darwinowskie drzewo życia zostało wyrwane z korzeniami". [28]

10. Odrzucenie biblijnego ujęcia stworzenia
Dziadek Karola Darwina, Erazm, który pisał także o ewolucji, był niewierzący. Niewierzącym był też ojciec Karola, Robert. Obaj mieli duży wpływ na Karola, zwłaszcza ojciec, ale także dziadek, choć pośrednio, gdyż zmarł przed urodzeniem się Karola. Karol powoli tracił wiarę, aż utracił ją całkowicie. Traumatycznym wydarzeniem w jego życiu była śmierć ukochanej córki, Annie, w wieku 10 lat. Darwin nie potrafił pogodzić istnienia zła w świecie z istnieniem kochającego Boga Stwórcy. "Od tej chwili Darwin stał się absolutnym, nieprzejednanym ateistą, jego jedynym bogiem był racjonalizm, jedynym zbawieniem nauka i logika, i temu poświęcił resztę swojego życia." [29]

Jedenaście lat po opublikowaniu "O powstawaniu gatunków" przyznał on szczerze, jakie były główne jego cele w tej książce: "Na moje usprawiedliwienie niech mi wolno będzie wyjaśnić, że chodziło mi o dwa różne cele: po pierwsze, o wykazanie, że gatunki nie zostały stworzone oddzielnie, i po drugie, że dobór naturalny był głównym czynnikiem zmienności [...].Niejedni z tych, którzy przyjmują zasadę ewolucji, ale odrzucają dobór naturalny, zdają się zapominać, krytykując moje dzieło, iż miałem w nim na widoku dwa wyżej wymienione cele. Jeśli tedy zbłądziłem, to nie dlatego, że przypisywałem doborowi naturalnemu ogromne znaczenie, lecz, co jest w zasadzie możliwe, przeceniając jego rolę. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej pomogłem do odrzucenia dogmatu o oddzielnych aktach stworzenia." [30]

Warto zwrócić uwagę, że pierwszy powód napisania tej książki miał religijny charakter, ponieważ jej autor chciał odrzucić dogmat o oddzielnych aktach stworzenia. Innymi słowy, dążył do odrzucenia religijnej wersji pochodzenia świata i człowieka, jaką przedstawia Biblia. Popierał coś, co można nazwać naukowym materializmem - pogląd, że przy wyjaśnianiu życia, jakie widzimy, wystarczy odwołać się do czynników materialnych, doboru naturalnego i zmienności. Lektura jego prywatnych notatek skłania do wniosku, że świadomie okłamywał współczesnych, że jest agnostykiem. Notatki te obfitują w wypowiedzi wojowniczego materializmu, którego ostatecznym celem było zdobycie "cytadeli", czyli nadanie materialistycznej interpretacji umysłowi ludzkiemu, gdyby materializm jego teorii ewolucji odniósł zwycięstwo. [31]

Jednak zamiast gromadzenia danych, wskazujących na ślepe przypadkowe przyczyny, tworzące rzekomo świat, ostatnie 150 lat badań molekularnych, chemicznych, biologicznych i astronomicznych coraz bardziej przekonuje o istnieniu inteligentnego Projektanta wszechrzeczy. Phillip E. Johnson, założyciel Ruchu Inteligentnego Projektu, wyraził tę myśl następująco: "Darwinowski ewolucjonizm z jego tezą o ślepym zegarmistrzu wyobrażam sobie jako wielki okręt wojenny na oceanie rzeczywistości. Burty jego są mocno uzbrojone w filozoficzne przeszkody dla krytyki, a jego pokład jest zapełniony wielkimi retorycznymi działami, które mają na celu odstraszenie ewentualnych atakujących. [...] Ale okręt nagle zaczął przeciekać metafizycznie i co inteligentniejsi oficerowie zaczęli rozumieć, że nie uratuje go cała siła ognia okrętu, jeśli przecieku się nie zatka. Oczywiście, będą trwały heroiczne wysiłki, by uratować okręt. [...] Widowisko będzie fascynujące i walka będzie trwała długo. Ale w końcu rzeczywistość odniesie zwycięstwo." [32]

W 2009 roku przeżywaliśmy dwustulecie urodzin Karola Darwina i sto pięćdziesięciolecie wydania jego głównej książki. Są to piękne jubileusze, ale Phillip E. Johnson przewiduje, że idee Darwina wylądują w końcu na śmietniku historii. "Każda historia dwudziestego wieku wymienia trzech szczególnie wpływowych myślicieli: Darwina, Marksa i Freuda. [...] Jednak Marks i Freud upadli [...]. Jestem przekonany, że Darwin jest następny w kolejce. Jego upadek będzie największy spośród tych trzech." [33]

Przypisy
[20] Madeline Nash, When Life Exploded, Time Dec. 4, 1995, s. 58.
[21] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 378.
[22] j.w., s. 379.
[23] Por. Lee Strobel, Dochodzenie w sprawie Stwórcy, Wydawnictwo Credo, Katowice 2007, s. 314.
[24] Por. Ernst Mayr, What Evolution Is?, Basic Books, New York 2001, s.113; Richard Dawkins, Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa, Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 167.
[25] Por. Stephan Anitei, How Much DNA Do We Share With Chimps?", Softpedia Nov. 20, 2006, s. 1.
[26] Por. Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 129.
[27] Por. Jonathan Wells, The Politically Incorrect Guide to Darwinizm and Intelligent Design, Regnery Publishing, Inc., Washington, DC 2006, s. 64.
[28] j.w., s. 51.
[29] Michael WHITE, John GRIBBIN, Darwin. Żywot uczonego, Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 170.
[30] Karol DARWIN, O pochodzeniu człowieka, w: tenże, Dzieła wybrane, tom IV, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 117-118.
[31] Por. Stanley Jaki, The Savior of Science, Regnery Gateway, Washington, D.C. 1988, s. 126.
[32] Phillip E. Johnson, Darwin on Trial, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois 1993, s. 169-170 [w polskim tłumaczeniu tej książki, Sąd nad Darwinem, Vocatio, Warszawa 1997 brak jest ostatniego rozdziału książki].
[33] Phillip E. Johnson, Z otwartym umysłem wobec darwinizmu. Poradnik krytycznego myślenia, Wydawnictwo Wista, Warszawa 2007, s. 110. (Mario Seiglie, "10 Ways Darwin Got It Wrong", The Good News November-December 2009, vol. 14, no. 6, s. 8-13.)


KATASTROFY A POCHODZENIE ŚWIATA

Kreacjonistom często stawia się zarzut, że wierzą w potop Noego, katastrofę, która wydarzyła się dawno temu i jest niepowtarzalna, a przez to wiara w nią znajduje się poza nauką. Ale jeśli ewolucjonistów razi ta jedna katastrofa, to dlaczego spokojnie odwołują się do niekończącej się serii również niepowtarzalnych katastrof, których wymaga hipoteza mgławicowa?

Biblia mówi, że po stworzeniu Ziemi Bóg stworzył niebiosa czwartego dnia tygodnia. Obejmuje to Słońce, planety, nasz Księżyc i księżyce innych planet, asteroidy, komety itd. Ale standardowy ewolucjonistyczny model mówi, że nasz Układ Słoneczny ukształtował się z chmury gazu i pyłu - z tzw. mgławicy. Ten gaz i pył, kurcząc się grawitacyjnie, miał kondensować się do postaci kamieni i skał, które dalej łącząc się utworzyły planety, krążące wokół centralnie położonego Słońca. Ten pomysł zwie się mgławicową hipotezą powstania naszego układu planetarnego albo hipotezą Kanta-Laplace'a, od nazwisk dwu myślicieli, którzy niezależnie od siebie jeszcze w XVIII wieku głosili podobny pogląd.

Niektórzy biologowie zżymają się, gdy widzą, że słowo "ewolucja" stosowane jest do czegoś innego niż procesu przekształcania się istniejących już gatunków biologicznych. Ale uczeni pojęcie to stosują nie tylko do zjawisk biologicznych. Kosmologowie mówią na przykład o ewolucji Wszechświata, o hipotetycznym rozwoju od Big Bangu do czasów obecnych. Astronomowie mówią o ewolucji gwiazd, o stopniowym przesuwaniu się na diagramie Hertzsprunga-Russella. Także teoretycy kultury, językoznawcy, historycy mówią często o ewolucji. Słowo to ma więc szeroki zakres zastosowań, a przez to wiele różnych znaczeń. Właśnie w tym niebiologicznym sensie mówimy tu o ewolucjonistycznym modelu powstania Układu Słonecznego, któremu przeciwstawiamy model biblijny.

Model ewolucjonistyczny promowany jest nieustannie w podręcznikach, czasopismach naukowych i popularnonaukowych, w programach telewizyjnych i w szkole. Ale mimo wspaniałych efektów animacji komputerowej pokazującej, jak było, model ten ma podstawową wadę. Nie pokazuje, jak mógł powstać realnie istniejący Układ Słoneczny ze wszystkimi znanymi cechami.

Wiedza o naszym układzie planetarnym zaprzecza hipotezie mgławicowej pod wieloma względami.

Planeta najbliższa Słońcu, Merkury, jest zbyt gęsta. Według hipotezy Kanta-Laplace'a powinna mieć dużo mniejszą gęstość. Dlatego uważa się, że posiadała pierwotnie dużo mniejszą gęstość. Ale później jakaś masywna asteroida uderzyła w Merkurego, wskutek czego cały lżejszy materiał został wyrzucony w przestrzeń kosmiczną. Widzimy obecnie to, co po tym zderzeniu pozostało.

Ziemia ma Księżyc, ale teoria mgławicowa nie wyjaśnia, skąd się wziął. Jest bowiem za duży w porównaniu z planetą, którą obiega. Na dobrą sprawę układ Ziemia-Księżyc można by traktować jako planetę podwójną obiegającą Słońce, co jest ewenementem w całym Układzie. Dlatego zwolennicy hipotezy mgławicowej uważają, że pierwotna Ziemia nie posiadała żadnego księżyca. Dopiero później, ponad 3,5 miliarda lat temu, w tzw. epoce wielkiego bombardowania jakaś masywna planetoida o mniej więcej masie Marsa zderzyła się z Ziemią, ale pod takim kątem i z taką prędkością, że wybiła w kosmos sporą część dawnej Ziemi. Duża część tego gruzu kosmicznego ukształtowała później nasz Księżyc. Zderzenie miało dostarczyć Ziemi takiej ilości energii, że uległa ona całkowitemu stopieniu. Dzisiejsza Ziemia ma być więc pozostałością pierwotnej Ziemi oraz owej hipotetycznej planetoidy, po której oczywiście nie ma śladu. Nie przeszkodziło to jednak nadać jej nazwę - Theia.

Wenus, obiegająca Słońce po orbicie między orbitami Merkurego i Ziemi, nie ma księżyców. Ale skoro Ziemia uzyskała swój księżyc wskutek kolizji z asteroidą w epoce wielkiego bombardowania, to i Wenus powinna wówczas jakiś księżyc uzyskać. Wenus i Ziemia są tak blisko siebie położone, że powinny mieć podobne dzieje. Dlatego niektórzy astronomowie uważają, że Wenus musiała zdobyć jakiś księżyc wskutek podobnego zderzenia, jaki stał się udziałem Ziemi. [1] Dlaczego więc tego księżyca nie widać? Ponieważ po ok. 10 milionach lat drugie gigantyczne zderzenie doprowadziło do jego zniszczenia. Autorzy tej hipotezy podwójnego gigantycznego impaktu z Wenus wyjaśniają w ten sposób także obserwowaną wsteczną rotację tej planety, niezgodną z rotacją innych planet i niezgodną z hipotezą mgławicową. Pierwotnie Wenus miałaby rotować prawidłowo, ale rotacja ta uległa zmianie wskutek zderzenia z asteroidą. (Autorzy hipotezy przyznają jednak: "Nie udało się nam ustalić jakiegoś jasnego obserwacyjnego testu dla tego modelu".)

Mars ma dzisiaj niezwykle rzadką atmosferę. Jednak z różnych powodów uczeni chcą, by Mars miał w przeszłości gęstą atmosferę. Jak już się czytelnicy mogą domyślić, za zmianę odpowiada zderzenie z masywną asteroidą. Wskutek zderzenia Mars utracił pole magnetyczne i atmosfera marsjańska została rozproszona przez wiatr słoneczny.

Jowisz posiada wiele "nieregularnych" księżyców. Większość z nich krąży wokół Jowisza w kierunku przeciwnym do kierunku rotacji tej planety. Według hipotezy mgławicowej żaden z nich nie mógł powstać na obecnej orbicie. Większość uczonych wierzy, że obiekty te powstały gdzie indziej i zostały grawitacyjnie przechwycone w późniejszym czasie. Ale takie przechwycenia są skrajnie nieprawdopodobne: "Żaden z sugerowanych mechanizmów [...] nie pasuje przekonująco do charakterystycznych cech tych nieregularnych satelitów. Nie zidentyfikowano także źródła tych satelitów". [2] A znamy obecnie ponad 90 nieregularnych księżyców Jowisza. Ulubionym sposobem rozwiązywania zagadki, jak powstały te księżyce, jest odwoływanie się do zderzeń z innymi obiektami kosmicznymi. W modelu Tsiganisa planety zewnętrzne migrowały w pierwotnym dysku planetezymalnym, przechodząc blisko siebie, co powodowało przechwytywanie obiektów z tego dysku. Jowisz jednak w tym modelu nie notował bliskich spotkań z planetami zewnętrznymi, co znaczy, że jego nieregularne księżyce musiały powstać na innej drodze. Jednak "pierwotny rozkład pod względem wielkości nieregularnych księżyców musiał znacznie ewoluować pod wpływem zderzeń, tworząc w końcu ich obecne populacje". [3]

Saturn również posiada wiele nieregularnych księżyców. Ich istnienie wyjaśnia się także jako wynik przechwyceń i zderzeń.

Uran wiruje wokół swojej osi inaczej niż inne planety, gdyż ta oś jest równoległa do płaszczyzny orbity wokółsłonecznej. Uran więc "toczy się" na orbicie jak piłka turlająca się po murawie boiska albo jak wprawiona w ruch beczka. Ta cecha według hipotezy mgławicowej nie mogła powstać wskutek mechanizmu tworzącego planety. Dlatego uczeni uważają, że Uran pierwotnie miał "normalnie" skierowaną oś obrotu, ale jakaś późniejsza kolizja spowodowała, że obrócił się na bok. Dopiero wtedy przechwycił swoje księżyce, ponieważ ich orbity wokół Urana są skierowane ukośnie względem płaszczyzny orbity Urana wokół Słońca. Jednym z księżyców Urana jest Miranda. Aby wyjaśnić jej własności, niektórzy astronomowie odwołują się nie do jednego czy dwu zderzeń, ale do co najmniej dwunastu. [4]

Wokół Neptuna krąży po wstecznej orbicie wielki księżyc o nazwie Tryton. Ponieważ jego orbita niezgodna jest z hipotezą Kanta-Laplace'a, problem ten wyjaśnia się, również odwołując się do kosmicznego zderzenia. Według jednej z wersji tego wyjaśniania Tryton był księżycem planety o nazwie Amphitrite, dopóki Neptun nie skradł jej tego księżyca. Oczywiście dzisiaj planety o nazwie Amphitrite nie ma. Nie ma też po niej śladu. A dlaczego? Ano dlatego, że zderzyła się ona z Neptunem lub z Uranem i uległa zniszczeniu. [5]

*
Łatwo zauważyć, że kosmiczne zderzenia są potrzebne do wyjaśnienia długiej listy problemów, z jakimi boryka się hipoteza mgławicowa powstania Układu Słonecznego. Kreacjonistom często stawia się zarzut, że wierzą w potop Noego, katastrofę, która wydarzyła się dawno temu i jest niepowtarzalna, a przez to wiara w nią znajduje się poza nauką. Ale jeśli ewolucjonistów razi ta jedna katastrofa, to dlaczego spokojnie odwołują się do niekończącej się serii również niepowtarzalnych katastrof, których wymaga hipoteza mgławicowa?

Nauka podobno oparta jest na materiale empirycznym. Ale jakim materiałem empirycznym dysponują uczeni, którzy mówią o tylu kosmicznych zderzeniach w zamierzchłej przeszłości?

Oczywiście, kreacjoniści nie zaprzeczają, że w naszym układzie słonecznym zachodziły zderzenia kosmiczne. [6] Ich pozostałości widzimy w wielu miejscach. Sporo ciał niebieskich, w tym sama Ziemia, ma kratery i baseny impaktowe. Wiemy, że te zderzenia zaszły, gdyż pozostały po nich ślady. Ale większość kosmicznych zderzeń potrzebnych do ratowania hipotezy mgławicowej takich śladów nie pozostawiła.

Jest nawet przeciwnie. Na przykład niedawna analiza gruntu księżycowego ujawniła, że Księżyc nie mógł powstać z gigantycznego zderzenia pierwotnej Ziemi z planetoidą wielkości Marsa. W gruncie księżycowym odkryto mianowicie wodę. Jednak jeśli Księżyc ukształtował się w wyniku gigantycznej kolizji, to nie powinno jej tam być: "Trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym jakieś gigantyczne zderzenie topi całkowicie Księżyc, a jednocześnie pozwala mu utrzymać jego zasoby wody. To naprawdę jest bardzo trudny węzeł do rozplątania" - orzekł Erik Hauri, geochemik z Wydziału Magnetyzmu Ziemskiego Carnegie Institution w Waszyngtonie. [7] Innym przykładem są księżyce Urana, które uniemożliwiają przyjęcie poglądu, że oś wirowania planety przechyliła się wskutek zderzenia planety z obiektem kosmicznym.

Ewolucjoniści posuwają się tak daleko, że wymyślają, a nawet nazywają nieistniejące planety, dla których także nie ma empirycznie wykrywalnych śladów. Wszystko to przekonuje, że choć ewolucjoniści twierdzą, że konstruują naukowe modele, to rzeczywistość jest inna. Układ Słoneczny - czyli faktyczny materiał empiryczny - ma własności niezgodne z hipotezą mgławicową. Aby ją uzgodnić z faktami, ewolucjonistyczni astronomowie zmuszeni są odwoływać się do wymyślonego długiego szeregu "takich sobie bajeczek".

Przypisy:
[1] Alex Alemi, D. Stevenson, "Why Venus has No Moon", American Astronomical Society, DPS meeting #38, #07.03; Bulletin of the American Astronomical Society 2006, vol. 38, s. 491, http://tiny.pl/hwfrm.
[2] David Jewitt, Nader Haghighipour, "Irregular Satellites of the Planets: Products of Capture in the Early Solar System", Annual Review of Astronomy and Astrophysics 2007, Vol. 45, s. 261-295, http://tiny.pl/hwfrq.
[3] David Nesvorný, David Vokrouhlický and Alessandro Morbidelli, "Capture of Irregular Satellites during Planetary Encounters", The Astronomical Journal 2007, vol. 133, no. 5, s. 1962-1976, http://tiny.pl/hwfrc.
[4] Solar System Exploration, Voyager 2 (Uranus), http://tiny.pl/hwf9q.
[5] Steve Desch and Simon Porter, "Amphitrite: A Twist on Triton's Capture", http://tiny.pl/hwf9w.
[6] Por. Danny Faulkner, "A biblically-based cratering theory", Technical Journal April 1999, vol. 13, no. 1, s. 100-104, http://tiny.pl/hwf98; Wayne R. Spencer, "Response to Faulkner's 'biblically-based cratering theory'", Technical Journal April 2000, vol. 14, no. 1, s. 46-49, http://tiny.pl/hwf92.
[7] Nell Greenfieldboyce, "Glass Beads From Moon Hint Of Watery Past", July 9, 2008, http://tiny.pl/hwfwq.
(Jonathan Sarfati, "Solar system origin: Nebular Hypothesis", Creation 2010, vol. 32, no. 3, s. 34-35; Spike Psarris, "Cosmic catastrophes", Creation 2010, vol. 32, no. 4, s. 14-17.)


CZY ZDOBYWANIE PRZEZ BAKTERIE ODPORNOŚCI NA ANTYBIOTYKI MOŻNA UZNAĆ ZA PRZYKŁAD EWOLUCJI?

Antybiotyki pełnią pożyteczną rolę w leczeniu pewnych chorób. Są to wydzielane przez bakterie i grzyby naturalne substancje, które zabijają inne bakterie w walce o zdobycie pożywienia. Antybiotyki stosowane do leczenia ludzi zwykle pochodzą od tych naturalnych substancji. Niestety, niektóre bakterie stają się po pewnym czasie odporne na antybiotyki, czyniąc je bezużytecznymi. Dzieje się tak wskutek zmian w ich DNA, czyli wskutek mutacji.

Ewolucjoniści często wymieniają zdobywanie przez bakterie odporności na antybiotyki jako przykład ewolucji w działaniu. Czy słusznie? Georgia Purdom, posiadająca doktorat z genetyki molekularnej zdobyty na Ohio State University, odpowiada na to pytanie w ostatnim numerze kreacjonistycznego kwartalnika "Answers".

Purdom przypomina, że antybiotyki odkrył Alexander Fleming w 1928 roku. Odkrycie to doprowadziło do masowej produkcji penicyliny już w latach 40-tych. Ale pod koniec tej dekady ujawniły się szczepy odporne na penicylinę. Doszło do tego, że obecnie ponad 70% bakterii, odpowiedzialnych za infekcje szpitalne, odpornych jest na przynajmniej jeden z używanych tam antybiotyków. Odporność na antybiotyki rozszerza się z wielu powodów: przez zbyt pochopne leczenie nimi pacjentów przez lekarzy, przez niedokończone kuracje antybiotyczne, używanie antybiotyków jako stymulatorów wzrostu zwierząt (głównie w przemyśle spożywczym), powszechne podróże międzynarodowe i przez kiepską higienę w szpitalach.

Bakterie zdobywają odporność przede wszystkim na dwa sposoby:

a) przez mutacje
i b) przez przechwytywanie fragmentów DNA od innych bakterii (proces ten jest zwany poziomym lub horyzontalnym transferem genów).
Antybiotyk zabija komórkę bakteryjną, niszcząc jakąś jej istotną funkcję. Przypomina to działanie sabotażysty, który powoduje rozbicie się wielkiego odrzutowca, przecinając w nim połączenia hydrauliczne. Antybiotyk wiąże się z jakimś białkiem w taki sposób, że białko to nie może właściwie funkcjonować. Zwykle białko uczestniczy w kopiowaniu DNA, w produkowaniu białek lub w tworzeniu ścianek komórek bakterii. Funkcje te są niezbędne, jeśli bakterie mają rosnąć i rozmnażać się.

Jeśli w jakiejś bakterii nastąpi mutacja tego fragmentu DNA, który koduje tego typu białko, to antybiotyk nie może związać się z takim odmienionym białkiem, wskutek czego zmutowana bakteria może dalej funkcjonować, nie ginie. W obecności antybiotyków mamy do czynienia ze zjawiskiem doboru naturalnego - giną oryginalne bakterie, przeżywają zmutowane. A skoro przeżywają, to się namnażają i zarażają pacjentów.

Trzeba jednak pamiętać, że swoją przewagę bakterie zmutowane przejawiają tylko w środowisku, w którym występują antybiotyki (np. w szpitalach). W zwykłym środowisku bakterie niezmutowane skuteczniej niż zmutowane walczą o zasoby pożywienia i szybciej się rozmnażają. Mutacja białka powoduje bowiem, że mniej wydajnie pełni ono swoją funkcję.

Przykład pomoże nam zrozumieć tę sytuację. Po ataku na World Trade Center z 11 września 2001 roku nieznani sprawcy wysyłali pod różne adresy koperty z wąglikiem. Czasami jednak koperty zawierały jakiś proszek, w którym - jak się później okazywało - wąglika nie było. Potencjalnym ofiarom dawano Ciprofloxacin. Należy on do kwinolonów, antybiotyków wiążących się z białkiem girazą, co zmniejsza zdolność bakterii do rozmnażania. W odpornych na kwinolony bakteriach geny, kodujące białko girazę, są zmutowane. Ciprofloxacin nie wiąże się ze zmienioną girazą, dlatego zmutowane bakterie przeżywają w jego obecności.

Ewolucja wymaga pojawiania się nowych funkcjonalnych systemów. Aby na tej drodze pojawił się w końcu człowiek, muszą wcześniej wykształcić się na przykład ramiona, oczy czy mózg. Mutacje i dobór naturalny, prowadzące do zdobycia odporności na antybiotyki, nie są przykładem takiej ewolucji, gdyż prowadzą do utraty pewnych funkcji. W ich wyniku powstają bakterie ze zdefektowanymi białkami, które przestały pełnić normalne funkcje. Jest to raczej zmienność wewnątrz stworzonego rodzaju, mówiąc językiem biblijnym.

Innym sposobem zdobywania odporności na antybiotyki jest pobieranie zmutowanego materiału genetycznego od innych bakterii. Mechanizm wymiany DNA jest konieczny, by bakterie przetrwały w szybko zmieniających się środowiskach, jak w szpitalach. Tego jednak także nie można uznać za ewolucję w działaniu. Nie powstaje żadne nowe DNA. Horyzontalny transfer genów przypomina przekładanie pieniędzy z lewej do prawej kieszeni, od czego nie stajemy się bogatsi.

Zdobywanie odporności przez bakterie jest świadectwem inteligentnego zaprojektowania ich przez Boga, aby przeżyły w świecie skażonym przez grzech.

Na podstawie: Georgia Purdom, Ph.D. "Antibiotic Resistance of Bacteria: An Example of Evolution in Action?", Answers, July-Sept. 2007, vol.2, no.3, s.74-76


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut