Strona główna Meandry sporów o pochodzenie

Meandry sporów o pochodzenie

80. rocznica procesu Scopesa (“małpiego procesu”), cz. 1

Mieczysław Pajewski W lipcu 2005 roku minęła 80 rocznica bardzo ważnego wydarzenia w sporach o pochodzenie. Uczestnicy tego wydarzenia nazwali je „małpim procesem” i tak...

Skąd wiemy, że Bóg istnieje?

Niektórzy uczeni sądzą, że za wiarę w Boga, podobnie jak za kolor oczu, skóry czy włosów, odpowiadają geny. Twierdzi tak Dean Hamer, autor książki The God Gene. Hamer jest agnostykiem, czyli kimś, kto nie jest pewny, czy Bóg istnieje, czy nie istnieje, i woli się powstrzymać od odpowiadania na to pytanie. Uważa jednak, że duchowość człowieka, jego skłonność do wiary religijnej, a także sposób przeżywania wiary religijnej oparte są na składzie genetycznym każdego z nas. Hamer twierdzi, ze znalazł tytułowy "Boży gen". Ma on u ludzi występować w dwu wariantach: przy jednym z nich istnieje większa skłonność do uczuć i przeżyć religijnych, przy drugim - mniejsza.

Skąd więc wiemy, że Bóg istnieje? Czy nasza wiara naprawdę wywodzi się z genów? A może musieliśmy dokonać wyboru, by wierzyć w Boga lub odrzucić Jego istnienie? Niektórzy uważają, że wiara religijna z natury rzeczy nie może być oparta na dowodach, bo nie byłaby wiarą. Niewątpliwie, jest w tym jakieś racjonalne jądro. Czy to znaczy jednak, że człowiek wierzący jest istotą całkowicie irracjonalną? Pismo Święte wypowiada inną opinię: "Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która jest w was" (1 Piotra 3,15). Jeśli nawołuje się nas do intelektualnej obrony wiary, to znaczy to, że jest to w ogóle możliwe, że wiara nie jest - czy raczej: nie musi być - "skokiem" z zawiązanymi oczyma, że może mieć i ma także racjonalny fundament.

Apologetyka
W ciągu 2000 lat chrześcijaństwo zgromadziło sporą kolekcję tzw. dowodów na istnienie Boga (z logicznego punktu widzenia lepszym określeniem byłyby "argumenty", gdyż słowo "dowód" sugeruje absolutną pewność wniosku). Od greckiego słowa apologia, którego Piotr Apostoł użył w wyżej cytowanej wypowiedzi, pochodzi nazwa całej dyscypliny badawczej - apologetyki. Apologetyka zajmuje się jednak nie tylko dowodami na istnienie Boga. Można w niej znaleźć obronę także innych twierdzeń wiary, jak obronę Biblii, jej autentyczności i wiarygodności, obronę Jezusa, jego historyczności i boskości oraz ogólnie - obronę chrześcijaństwa. Istnieje wiele wartościowych dzieł apologetycznych oraz stron internetowych poświęconych apologetyce. 

Usprawiedliwianie Boga za zło istniejące w świecie
Ściśle mówiąc, samymi dowodami na rzecz istnienia Boga (a także rozważaniami na temat natury Boga) zajmuje się dyscyplina filozoficzna zwana teodyceą lub - trochę szerzej - filozofią Boga. Samo słowo "teodycea" zostało pierwotnie spopularyzowane przez wybitnego niemieckiego filozofa, Gottfrieda Wilhelma Leibniza, który używał go w węższym sensie: teodycea dla Leibniza była usprawiedliwianiem Boga za zło istniejące w świecie. Problem ten stawia wiele osób, zarówno wierzących, jak i niewierzących: jeśli Bóg jest Stwórcą świata, to dlaczego jest w nim tyle zła i cierpienia? Sam Leibniz skonstruował odpowiedź, która nie wszystkich zadowala, ale która - jak się dobrze zastanowić - nie jest zła. Uważał mianowicie, że stworzony świat jest światem najlepszym z możliwych, że każde jego poprawienie tylko pogarsza sprawę. Jeśli przypomnimy sobie XX-wieczne próby "ulepszania" świata przez dwie lewicowe zbrodnicze ideologie - hitleryzm i komunizm - z owocami w postaci stu kilkudziesięciu milionów trupów i setkami milionów ludzi zamienionych na całe dziesięciolecia w niewolników, to możemy dojść do wniosku, że stary Leibniz miał sporo racji.

Ateizm Darwina
Biografowie Karola Darwina, twórcy teorii ewolucji drogą doboru naturalnego, wskazują, że ten sam problem zła, którego Darwin nie potrafił rozwiązać, był jedną z przyczyn jego ateizmu. Ukochana córeczka Darwina, Annie, zachorowała na nieznaną chorobę i jej stan zdrowia pogarszał się przez wiele miesięcy. Rodzice robili, co się tylko dało, żeby ją uratować, ale bezskutecznie. Annie w końcu zmarła. White i Gribbin, biografowie Darwina, tak przedstawiają skutki tego wydarzenia:

Darwin po śmierci córki, Annie, w 1851 roku wracając wiejskimi drogami do Kent, czuł się zdruzgotany, był pogrążony w najgłębszym w swym życiu, porażającym smutku. Tracąc uroczą córeczkę — którą tak bardzo kochał, bo było to dziecko wręcz idealne, miłe i spokojne, które nigdy świadomie nikomu nie zrobiło przykrości, bystre i inteligentne, wesołe i czułe — stracił też wszelkie resztki wiary. Od tej chwili Darwin stał się absolutnym, nieprzejednanym ateistą, jego jedynym bogiem był racjonalizm, jedynym zbawieniem nauka i logika, i temu poświęcił resztę swojego życia. Istnienie jest jedynie nagromadzeniem wydarzeń biologicznych. Życie jest samolubne i okrutne, bezcelowe i nieczułe. Poza biologią nie ma nic.

Niektórzy apologeci opowiadają się za nierozsądną tezą, że Darwin był człowiekiem wierzącym. Teza ta wydaje się "potrzebna" zwłaszcza katolickim myślicielom, skoro papież Jan Paweł II zaakceptował teorię ewolucji - 23 października 1996 roku w liście do członków Papieskiej Akademii Nauk stwierdził on, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą. Arcybiskup Lublina, ks. prof. Józef Życiński, uważa na przykład, że Darwin był wierzący, a jedynie powodowany właściwą dla uczonego ostrożnością wolał się na tematy teologiczne nie wypowiadać:

"Obdarzony zmysłem krytycyzmu Darwin wiedział o swym braku kompetencji filozoficznych czy teologicznych, stąd też starał się programowo unikać komentarzy, wykraczających poza jego specjalność. [...] [Darwin] zachowywał rezerwę wobec wszelkich form religii instytucjonalnej, ograniczając się do przyjęcia wiary w Boskiego Stwórcę, który kieruje zmiennością gatunków i całym rozwojem przyrody".

Badania historyków nauki pokazują jednak, że Darwin został ateistą wiele lat przed śmiercią swojej córeczki, Annie. Ta śmierć spowodowała tylko umocnienie się ateizmu Darwina (zwróćmy uwagę na opinię White’a i Gribbina: "Od tej chwili Darwin stał się absolutnym, nieprzejednanym ateistą").

Pierwotnie Darwin był wierzący, ale zaczął odchodzić od wiary jeszcze w trakcie słynnej podróży dookoła świata na statku "Beagle" albo w kilku latach po jej zakończeniu. Zaczęło się od wątpliwości na temat wiarygodności pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Biblia opisuje, że świat został stworzony w ciągu 6 dni, a następne rozdziały wymieniające rodowody patriarchów sugerują, że nastąpiło to względnie niedawno. W trakcie podróży dookoła świata Darwin czytał 1-szy tom Principles of Geology Charlesa Lyella (drugi tom tej książki, opublikowany już po opuszczeniu Anglii przez Beagle'a, doręczono Darwinowi w Montevideo). Lyell rozwijał ideę Jamesa Huttona, że Ziemia nie jest młoda, jak to sugeruje tekst biblijny, że liczy sobie wiele tysięcy, a może i milionów lat. Książka Lyella wywarła decydujący wpływ na Darwina, czego nigdy się nie wypierał. W ciągu pierwszych dwu lat po powrocie z podróży Darwin sporo, jak pisze w Autobiografii, rozmyślał na temat religii:

"...stopniowo doszedłem do wniosku, że Staremu Testamentowi z jego jawnie fałszywą historią świata, z Wieżą Babel, tęczą jako znakiem itd., itd. i z przypisywaniem Bogu uczuć mściwego tyrana nie należało bardziej ufać niż świętym księgom Hindusów czy wierze barbarzyńców".

Po porzuceniu Starego Testamentu Darwin wyrzekł się też Nowego Testamentu:

"Uświadamiając sobie dalej, że aby jakiś zdrowy na umyśle człowiek uwierzył w cuda, na jakich oparte jest chrześcijaństwo, potrzebne byłoby najjaśniejsze świadectwo - że im więcej wiemy na temat stałych praw przyrody, tym bardziej cuda te stają się niewiarygodne - że ludzie w owych czasach byli ignorantami i łatwowiernymi do stopnia niemal niepojmowalnego przez nas - że nie można udowodnić, iż ewangelie zostały napisane jednocześnie z opisywanymi zdarzeniami - że różnią się w wielu istotnych szczegółach, zbyt ważnych, bym uznał, że są to zwykłe niedokładności naocznych świadków; przez takie refleksje, którym nie nadaję charakteru najmniejszej nowości czy wartości, ale gdy wpłynęły na mnie, stopniowo doszedłem do niewiary w chrześcijaństwo jako boskie objawienie".

Ateizm Darwina był końcowym etapem drogi, której początkiem było zwątpienie w prawdziwość biblijnego opisu stworzenia.


Choroba Darwina

Charles Robert Darwin, według dziewiętnastowiecznego polskiego i słusznie dziś zarzuconego zwyczaju tłumaczenia imion 1 - Karol Darwin, urodził się 12 lutego 1809 roku w Downe, dwadzieścia kilometrów na południowy wschód od Londynu. Gdy miał osiem lat, zmarła mu matka i życia uczyły go siostry. W Autobiografii napisanej, gdy miał 67 lat, wspomniał, że w ogóle matki nie pamięta. Za młodu lubił strzelanie do ptaków. Później interesował się owadami, motylami itp. Około osiemnastego roku życia zaczął zbierać muszle jaja, pieczątki, monety itd. Uważał później, że pasja kolekcjonowania "miała wyraźnie wrodzony charakter". Trzy lata później przyglądał się, jak jego starszy brat dokonuje eksperymentów chemicznych i bardzo go to interesowało. Zbierając minerały, interesował się przede wszystkim ich nazwami, nie usiłując ich klasyfikować.

W wieku szesnastu lat uważano go za zwykłego chłopca, stojącego intelektualnie raczej poniżej średniej - jak skromnie zapisał w Autobiografii. Nie odnosił sukcesów w dziedzinach wymagających racjonalnego myślenia, jak metafizyka czy matematyka. Przejawiał niewielką inicjatywę, by rozumieć ogólne zasady. 2 Temat ewolucji w rodzinie Darwinów był znany długo przedtem, zanim Karol przyszedł na świat. Dziadek Karola, Erazm Darwin, w latach 1794-1796 wydał książkę Zoonomia. Odrzucił w niej mechanistyczną interpretację człowieka, popularyzowaną w tamtych czasach przez takich myślicieli jak hrabia de Buffon (1707-1788) czy Julian Offray de la Mettrie (1709-1751). Zwłaszcza tytuł książki napisanej przez tego ostatniego - Człowiek maszyna - wiele mówił o pojmowaniu istoty człowieka przez materialistów oświeceniowych.

Babcia Karola, czyli żona Erazma, zmarła na nieznaną chorobę i strach przed nią dręczył ich potomków. Sam Erazm korespondował ze swoim synem, Robertem, ojcem Karola, na temat prawdopodobieństwa dziedziczenia chorób. Robert pojął za żonę Zuzannę ze znanej rodziny Wedgwoodów. Członkowie tej rodziny byli raczej sceptycznie usposobieni do religii. Jednym z nielicznych wyjątków była Emma Wedgwood, która została żoną Karola. Matka Karola miała brata i Emma była jego córką. Dla Karola była więc bliską krewną, siostrą cioteczną. Niewykluczone, że to właśnie było przyczyną śmierci kilkorga dzieci Karola i Emmy, a pośrednio wpłynęło w istotny sposób na pojawienie się darwinowskiej teorii ewolucji. 3 Wcześniej Karol był zakochany w Fanny Owen, ale poślubiła ona Roberta Biddulpha, gdy Karol uczestniczył w znanej wyprawie na statku "Beagle".

Ojciec Karola, Robert, był mężczyzną olbrzymiej postury. Przy wzroście blisko 190 cm ważył 175 kg. Sam Karol opisał go jako najpotężniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widział. Jak twierdziła Emma, żona Karola, jego ojciec nie rozumiał syna i nie lubił go. Utrzymywał w rodzinie surową dyscyplinę, a Karol uważał go za światłego człowieka. Właśnie to połączenie - osobowej wspaniałości i surowego charakteru - miało doprowadzić Karola, zdaniem niektórych komentatorów, w tym lekarzy, do choroby psychosomatycznej. Według jednego z tych lekarzy, Douglasa Hubble'a,

choroba Karola Darwina wyrosła z tłumienia i nierozpoznawania bolesnych emocji. Takim emocjom zawsze towarzyszy strach, gwałt lub nienawiść [...]. U Karola Darwina emocje te pochodziły z jego związku z ojcem.

Diagnoza ta ukazała się najpierw w brytyjskim czasopiśmie medycznym, Lancet, a w Autobiografii Darwina umieściła ją jego wnuczka, Nora Barlow, która zdecydowała się wydać nieokrojony tekst. 4 Do podobnego wniosku, jak Hubble, doszli trzej inni lekarze, wymienieni w tej książce: Walter Alvarez, Rankine Good i E.J. Kempf. Do zdrowotnych problemów Darwina należały zawroty głowy, zmęczenie psychiczne, bóle mięśni, bóle żołądka i nieprawidłowości skórne. 5

Dr Ralph Colp, psychiatra, zauważył, 6 że chociaż Karol Darwin cierpiał na palpitacje serca, zanim w grudniu 1831 roku wyruszył z Plymouth na wyprawę statkiem "Beagle", w trakcie samej wyprawy i po powrocie do Anglii w październiku 1836 roku, to jednak stan ten jeszcze się pogorszył w 1836 roku, kiedy rozpoczął spisywać w tajemnicy swoje ewolucjonistyczne poglądy. W następnym roku, między 1837 i 1838, palpitacje i rozstrój żołądka - choroby mające psychologiczne źródło - zaczęły się powtarzać z trudną do wytrzymania regularnością. Zdaniem Colpa prawdopodobnie główną przyczyną intensywnego charakteru choroby była ta tajna praca na temat ewolucji. Uważa on też, że początki tej choroby mogły być wywołane przez stres psychiczny związany z rozważaniami na ten sam temat. Choć Darwin wówczas jeszcze mógł wierzyć w odległego od spraw świata Boga, to musiał zdawać sobie sprawę, że konsekwencje światopoglądowe idei ewolucjonistycznych nie mogły przypaść do gustu nie tylko znanym mu uczonym, będącym także duchownymi (np. Sedgwickowi, Foxowi i Henslowowi), ale nawet jego własnej żonie.

Colp uważa więc, że Darwin cierpiał na chorobę psychiczną i to ona miała spowodować, że stał się kaleką, samotnikiem w wieku trzydziestu lat. Darwin mianowicie miał uświadamiać sobie, jak wielkie zamieszanie i spustoszenie wywoła jego teoria w świecie intelektualnym. 7 Co ciekawe, choroba miała się zacząć od myśli na temat teorii ewolucji, a stan zdrowia polepszył się, gdy już teoria ewolucji została zaakceptowana i Darwin przestał nad nią pracować. 8

Analogicznego spostrzeżenia dokonał Irving Stone, że nie tylko Darwin, ale także Joseph Hooker i Thomas Huxley byli hipochondrykami. Wszyscy oni uważali, że ich praca jest najważniejszą sprawą w ich życiu. Wskutek nadmiernej pracy podatni byli na realne i wyimaginowane choroby, a lekarstwem mogło być oderwanie się od pracy, np. w postaci wycieczki, albo zmiana tempa życia. 9

W liście do New York Timesa z 4 sierpnia 1991 roku dr Colp podał dalsze szczegóły na temat zdrowia Darwina. Po śmierci matki w 1817 roku, gdy miał zaledwie osiem lat, jego siostry nauczyły go, by nie wyrażał słowami uczuć żalu i zmartwienia. To wtedy zaczął je wyrażać objawami fizycznymi: bólami żołądka i zmianami skórnymi, kołataniem serca, zawrotami i bólem głowy. W dorosłym życiu przecierpiał trzy okresy szczególnego wzrostu choroby: w latach 1840-1841, 1848-1849 i 1863-1865. Był wówczas niemal niezdolny do pracy i bał się, że umrze. Zdaniem Colpa przyczyn należy szukać w połączeniu stresów psychologicznych: zamartwianie się narodzinami, opieką i zdrowiem jego dziesięciorga dzieci, trudności w udowodnieniu teorii ewolucji, obawa przed krytyką za antyreligijne implikacje tej teorii, a także żal po utracie ojca.

Ślady choroby Darwina można zauważyć i dzisiaj, zwiedzając jego dom. W rogu pokoju, w którym uczony pisał swoje dzieła, za zasłoną znajdował się porcelanowy pojemnik na wymioty. Darwin często podczas pisania zmuszony był do szybkiego przerywania pracy i zwracania całej zawartości żołądka. Zdaniem Johna Darntona, który zwiedził dom twórcy ewolucjonizmu, 10 Darwin w ten sposób płacił osobistą cenę za to, że wyciągał logiczne wnioski, postępując wedle wskazań naukowych, niezależnie od tego, gdzie one go prowadziły. A prowadziły go one - według Darntona - do tego, że stał się narzędziem pozwalającym obalić pusty dogmat religii Zachodu.

Ten ostatni pogląd domaga się korekty. To nie było tak, że Darwin zaczął rygorystycznie stosować się do obiektywnej metody naukowej, w rezultacie czego "pusty dogmat religii Zachodu" stanął pod znakiem zapytania. Darwin - owszem - stosował się do metody naukowej, ale do tej, którą sam stworzył. To Darwin dopiero zaczął konsekwentnie stosować się do - jak ją nazywają filozofowie - zasady naturalizmu metodologicznego, czyli zakazu odwoływania się w wyjaśnieniach naukowych do przyczyn nadnaturalnych, do czegoś więcej jak tylko zjawisk i praw przyrody. Obalanie religii było więc nie skutkiem stosowania metody naukowej, ale jej założeniem. Darwin na samym początku przyjął postawę wykluczania Boga z jakichkolwiek wyjaśnień tego, co obserwujemy w świecie. Jeśli Bóg istnieje i działa lub działał w świecie, takie założenie musi prowadzić do istotnego zniekształcenia prawdy. Niestety, to arbitralne założenie rozpowszechniło się i dziś jest traktowane jako element definiujący naukę.

John Darnton nie za dobrze uświadamia sobie różnicę między założeniem i konsekwencją. Nie ma wątpliwości - pisze autor cytowanego artykułu - że Darwin zdawał sobie sprawę z olbrzymich światopoglądowych implikacji swego dzieła. W O powstawaniu gatunków nie atakował bezpośrednio idei Boga, ale jego teoria ewolucji drogą doboru naturalnego nie pozostawiała żadnego miejsca dla biblijnego stwórcy.

Z upływem lat ateistyczne przekonania Darwina stawały się coraz mocniejsze. Odwiedzającym go gościom ten znany już i szanowany na całym świecie myśliciel przedstawiał się chętnie jako niewierzący, a przynajmniej jako agnostyk. W autobiografii napisanej, gdy miał 73 lata, porównał dążenia religijne do zwykłego zachowania instynktownego, podobnego do obawy małpy przed wężami.

Janet Browne, autorka biografii Darwina, 11 przedstawiła go jako stalowy intelekt, akceptujący z odwagą myśl o wszechświecie bez Boga. Nie bał się spoglądać głęboko w pustą przestrzeń. Jeśli bowiem zwierzęta i rośliny są wynikiem nieosobowych, niezmiennych sił, to świat przyrody nie ma żadnego celu i moralności. My wszyscy, psy i rzepy przyczepiające się do ich ogonów, gołębie i chwasty, jesteśmy tym samym w oczach przyrody, równie ważni i równie zbędni.

Ponieważ całkiem często duchowni różnych wyznań, zwłaszcza katoliccy, wmawiają niezorientowanym, że między darwinizmem i religią nie ma konfliktu, przyjrzyjmy się paru cytatom z jednej tylko publikacji zmarłego parę lat temu czołowego biologa ewolucyjnego, Ernsta Mayra. Cytaty pochodzą z artykułu "Wpływ Darwina na myśl współczesną", Świat Nauki, wrzesień 2000, Nr 9 (109), s. 59-63:

"Przełomowe znaczenie zasady doboru naturalnego polega na tym, że pozwala ona zrezygnować z odwoływania się do 'przyczyn celowych' - czyli jakichś teleologicznych sił prowadzących do określonego z góry celu" (s. 60);
"[?] w połowie XIX wieku praktycznie wszyscy wielcy uczeni byli chrześcijanami. Uznawali, że świat został stworzony przez Boga, który - jak twierdzili teologowie przyrody - ustanowił mądre prawa, dzięki którym wszystkie organizmy są doskonale dostosowane do środowiska" (s. 61);
"Darwinizm odrzuca wszelkie zjawiska nadprzyrodzone. Teoria ewolucji drogą doboru naturalnego tłumaczy przystosowania i zróżnicowanie świata w sposób czysto materialny. Nie wymaga to Boga jako stwórcy ani projektanta [?]" (s. 61);
"Każdy aspekt 'cudownego projektu' [?] można wytłumaczyć doborem naturalnym" (s. 61);
"Eliminacja Boga z nauki utorowała drogę czysto racjonalnym wyjaśnieniom wszelkich zjawisk przyrodniczych" (s. 61);
"Dobór naturalny w odniesieniu do grup społecznych wystarcza, by wyjaśnić powstanie i utrzymywanie się altruistycznych systemów etycznych [?]" (s. 63).

Deistyfikacja
Jezuita George Coyne, dyrektor Obserwatorium Watykańskiego, znany jest z gwałtownej obrony darwinizmu i wypowiadania teologicznie ryzykownych twierdzeń. Niedawno na pytanie "czy potrzebujemy Boga do wyjaśnienia pochodzenia życia?" odparł:

"Odpowiadam krótko i węzłowato - nie". 12 Coyne należy do tych myślicieli, którzy uważają, że między nauką i religią nie może istnieć konflikt, gdyż obie te dziedziny dotyczą rozłącznych sfer. Nauka mówi o związkach przyczynowo-skutkowych zachodzących w materialnym świecie, religia zaś - o świecie nadprzyrodzonym, o sensie i celu życia, ewentualnie o aktywności Boga w sferze pozaempirycznej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to niektórzy filozofowie mówią o podtrzymywaniu przez Boga istnienia świata.

Poglądy takie są niezwykle bliskie deizmowi. Deizm to pogląd przypisujący Bogu aktywność jedynie "na początku". Bóg według deistów miał się potem, po stworzeniu świata, ostatecznie wycofać z ingerowania w bieg wydarzeń. Ponieważ deizm jest uznawany przez główne wyznania chrześcijańskie za herezję, Coyne i jemu podobni nie przyznają się do niego. Mówią, dla zatarcia niedobrego wrażenia, o stałym działaniu Boga, tyle że w dziedzinie nieempirycznej, np. o stałym podtrzymywaniu istnienia świata. Głoszą więc w praktyce deizm przy jednoczesnej mistyfikacji, że go nie głoszą. Proponuję połączyć oba te słowa - "deizm" i "mistyfikacja" - i utworzyć nowe: "deistyfikacja" oraz "deistyfikatorzy", aby adekwatnie odnosić się do tego, z czym mamy do czynienia.

Pismo Święte, jak wiemy, obfituje w opisy ingerencji Boga w bieg zdarzeń. Niektóre z nich deistyfikatorzy pozbawiają dosłownego sensu. Tak traktują opis stworzenia świata w ciągu 6 dni i wszystko to, co jest opisane w pierwszych 11 rozdziałach Księgi Rodzaju. Nie wiem jak Coyne, ale niektórzy o zbliżonych do niego poglądach podobnie zaczynają już traktować nowotestamentowe opisy działalności Jezusa. Przemienił wodę w wino w Kanie Galilejskiej? Chodził po wodzie? Rozmnożył żywność dla potrzebujących tłumów? Wskrzesił umarłego? I - w końcu - zmartwychwstał?

Jeśli jacyś deistyfikatorzy nie mają jeszcze odwagi, by zakwestionować dosłowność wszystkich tych opisów, zwłaszcza ostatniego, to są niekonsekwentni. Jeśli bowiem Bóg mógł działać w I wieku naszej ery, to dlaczego tak zdecydowanie mamy zaprzeczać Jego aktywności w innych okresach historycznych? Dlatego, że takie jest założenie współczesnej nauki? Jeśli przyjrzymy się historii nauki, to dostrzec możemy wiele jej założeń, które później upadły. Dwutysiącletnia tradycja chrześcijaństwa mówi, że za niektóre wydarzenia odpowiada bezpośrednio sam Bóg (należy tu m.in. stworzenie świata, życia, jego różnych form i w końcu człowieka), a za inne - stworzona przyroda razem z obowiązującymi w niej prawami. Od 150 lat w nauce obowiązuje tradycja inna - że Bóg nie odpowiada bezpośrednio, jako tzw. przyczyna pierwszorzędna, za żadne empirycznie wykrywalne wydarzenie. Za wszystkie bezpośrednio odpowiada przyroda i jej prawa. Mamy więc do czynienia ze zderzeniem dwóch tradycji.

Jeśli deistyfikatorzy opowiadają się za tą drugą, to trzeba mieć świadomość tego, co robią. Odrzucają mianowicie tradycyjnie rozumiane chrześcijaństwo.

Przypisy:

  1. Polskim koszmarnym zwyczajem XIX wieku było nie tylko spolszczanie imion, ale i nazwisk: Waszyngton, Marks, Szekspir, Szopen itd. Ciekawe, że ci dzisiejsi tradycjonaliści, którzy krzyczą, że należy spolszczać imiona współcześnie żyjących osób, nie robią tego także i w odniesieniu do nazwisk. Mielibyśmy Busza, Blera, Szyraka, a nieco wcześniej Degola, Żyskara Destenia, Czerczila, Taczer i inne dziwolągi.
  2. Por. Geoffrey WEST, Charles Darwin: A Portrait, Yale University Press, New Haven 1938, s. 335.
  3. O roli, jaką w kształtowaniu się światopoglądu Karola Darwina odegrała śmierć jego ukochanej córeczki, Annie, por. w "Meandry 1" (Idź pod prąd maj 2005, nr 5 (10), s. 8-9).
  4. Charles DARWIN, The Autobiography of Charles Darwin, 1809-1882, Appendix and Notes by Granddaughter Nora Barlow, W.W. Norton & Company, New York 1958.
  5. Por. John BOWLBY, Charles Darwin: A New Life, W.W. Norton, New York 1991.
  6. Por. Ralph COLP, To Be an Invalid: The Illness of Charles Darwin, University of Chicago Press, Chicago 1977, s. 9-11, 14.
  7. Tamże, s. 20.
  8. Por. Richard MILNER, "Darwin's shrink: a noted Darwin historian proves the naturalist's inner life", Natural History November 2005, http://www.findarticles.com/p/articles/mi_m1134/is_9_114/ai_n15792476
  9. Por. Irving STONE, The Origin: A Biographical Novel of Charles Darwin, Doubleday&Company Inc., New York 1980, s. 614 (za: Larry AZAR, Evolution and Other Fairy Tales, AuthorHouse, Bloomington, Indiana 2005, s. 472).
  10. Por. John DARNTON, "Darwin paid for the fury he unleashed. How a believer became an iconoclast", San Francisco Chronicle September 25, 2005; http://sfgate.com/cgi-bin/article.cgi?f=/c/a/2005/09/25/INGAUERQK01.DTL&hw=darwin&sn=001&sc=1000
  11. Charles Darwin: Voyaging, Knopf 1995 oraz Charles Darwin: The Power of Place, Knopf, 2002.
  12. Wg Stephen BARR, "On the Square. Observation & Contentions", http://www.firstthings.com/ June 2, 2006 (http://creationism.org.pl/groups/ptkrmember/nauka-religia/document.2006-06-02.6585640674)

Intelektualna ekwilibrystyka arcybiskupa

Mieczysław Pajewski Jak pisałem w majowym numerze Idź Pod Prąd, problem zła istniejącego w świecie, a zwłaszcza osobista tragedia – śmierć ukochanej córki, doprowadziła Darwina...

Kreacjonizm a porządek społeczny

Tytuł tego odcinka przypomina znane określenie "Słoń a sprawa polska", które stosuje się do tych wszystkich osób, które przesadnie traktują znaczenie tego, co robią i wszystko sprowadzają do tego samego problemu. Poniżej postaram się przekonać Czytelnika, że sprawa propagowania kreacjonizmu i zwalczania ewolucjonizmu (czym sam się zajmuję) nie jest marginalną sprawą, że jest naprawdę istotna dla każdego, komu leży na sercu tradycyjny porządek społeczny.

Wszyscy słyszeliśmy kilka lat temu o uczniach w toruńskim technikum, którzy znęcali się nad nauczycielem języka angielskiego. Wielu z nas dziwi się, jak to było możliwe. Wielu z nas zastanawia się, czy jest to odosobniony przypadek, czy raczej reguła. Ale przecież widzimy, że nie tylko w szkołach źle się dzieje. Niemal każdego dnia słyszymy o przestępstwach i zbrodniach, czasami bardzo szokujących - o znajdowaniu zwłok dzieci w beczkach, o zleceniu wydanym przez matkę, by utopiono jej dziecko itp. Nie czujemy się bezpieczni na ulicach. Bandytyzm rośnie niemal z dnia na dzień. Napadów bandyckich dopuszczają się nawet dzieci. Podobno organizacje przestępcze wykonanie morderstw zlecają także dzieciom, bo im jako nieletnim praktycznie nic nie grozi, jeśli zostaną złapane (pobyt w domu poprawczym do osiągnięcia 21 lat życia).

Niektórzy mówią uspokajająco, że zawsze starsi narzekali na młodzież. Daje się nawet przykład jakiegoś starego zapisu egipskiego, który stwierdzał, a było to jeszcze przed narodzeniem Chrystusa, jak bardzo zepsuła się młodzież. Niewątpliwie młodzież wszystkich epok była zawsze bardziej lekkomyślna i skłonna do wybryków niż starsze pokolenia. Ale niewątpliwie mamy też do czynienia z istotną zmianą, jaka zachodzi naprawdę, nie tylko w wyobraźni starszych osób.

Spostrzeżenie Kena Hama
Ken Ham, przewodniczący kreacjonistycznej organizacji Answers in Genesis w Kentucky, USA, wspomina w jednej ze swych książek, że z tym problemem zetknął się 30 lat temu, gdy był nauczycielem biologii w szkole w Australii (Ham jest Australijczykiem z pochodzenia). Już wtedy nauczyciele zaczynali się skarżyć na młodzież, że coraz trudniej im jest ją kontrolować. Młodzi ludzie nie odnosili się z takim szacunkiem do nauczycieli jak dawniej. Szczególne powody do narzekania mieli nauczyciele religii. Młodzież coraz mniej interesowała się tym, czego ich nauczano, a nauczano ich o podróżach apostoła Pawła, o ewangelii Jezusa Chrystusa, o Jego śmierci i zmartwychwstaniu, o nowej ziemi i nowym niebie, i innych nowotestamentowych nauk. Ale młodzieży szkolnej to w ogóle nie interesowało. Ujawniała ona coraz mniejsze zainteresowanie nauczaniem treści biblijnych.

Ken Ham był wówczas nauczycielem biologii i to pozwoliło mu zrozumieć, skąd bierze się ten niekorzystny dla chrześcijaństwa trend. Zauważył mianowicie, że podręczniki biologii oraz innych nauk były przesiąknięte filozofią ewolucjonizmu. Ewolucję, rozwój od mikrobów do człowieka, przedstawiano w nich jako fakt. Dzieci i młodzież przez wiele lat naucza się, że są tylko zwierzętami, które wyewoluowały z jakiejś pierwotnej zupy miliony lat temu. Indoktrynuje się ich, że ewolucjonizm jest nauką. A ponieważ na co dzień widzą, jak nauka – poprzez zdobycze technologii – ulepsza nasze życie (telewizory, telefony komórkowe, samoloty, samochody, szybka komunikacja naziemna i podziemna, itd., itp.), cokolwiek ma więc charakter naukowy, zasługuje tym samym na wielki szacunek. Ewolucjonizm istnieje nie tylko w biologii. Astronomia uczy, jak nasz Układ Słoneczny powstał samorzutnie z wielkiej chmury gazu i pyłu miliardy lat temu. W geologii naucza się, że Ziemia liczy sobie miliardy lat i że zapis kopalny jest zapisem ewolucji życia. Ewolucjonizm przenika niemal wszystkie lekcje szkolne. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku dzieci wchłaniają “prawdę” o ewolucji, o stopniowym procesie, który pozwolił człowiekowi wydobyć się z półzwierzęcego stanu w epoce kamiennej.

Jak w tym świetle wygląda sprawa religii i Biblii? Patrząc z perspektywy współczesnej nauki, tej wchłanianej przez wiele lat szkolnej edukacji, Biblia jest po prostu przestarzałą księgą religijną. Była być może potrzebna, gdy człowiek dysponował niewielką wiedzą o świecie. Ale co może ona powiedzieć współczesnemu człowiekowi, skoro pochodzi sprzed kilku tysięcy lat? Biblia mówi coś o pochodzeniu świata i o pochodzeniu człowieka, ale czy takie starocie mogą mieć jakąkolwiek wartość? Ken Ham zrozumiał, że współczesny system edukacyjny, że treści wpajane w szkołach i na uniwersytetach są wrogie Biblii, są skierowane przeciw niej, nawet jeśli nic się w nich o Biblii nie mówi. Cała ideologia stopniowego rozwoju nieuchronnie prowadzi do wniosku, że wartościowe jest tylko to, co niedawne, że im starsze poglądy, tym bardziej są fałszywe. Biblia uczy, że pochodzimy od Adama i Ewy, ale przecież z nauki wiemy, że to nieprawda, więc co warte są twierdzenia Biblii? Jeśli ewolucja jest faktem, to nauka dowodzi, że Biblia się myli. To nie Bóg stworzył świat. Wszechświat i życie powstały przez przypadek i rozwijały się w dużym stopniu w przypadkowych procesach. Pochodzimy nie od Adama, ale od małpoludów. Tego typu nauki z konieczności muszą zasiewać wątpliwości co do religii w umysłach młodych ludzi.

Zgubny kompromis
Niektórzy chrześcijanie poszli na kompromis; myślą, że wystarczy pozbyć się pierwszych rozdziałów z Księgi Rodzaju, uznać je za poezję, za coś, czego nie należy traktować dosłownie, a wszystko będzie w porządku. Katoliccy teologowie i filozofowie głoszą to od dawna: [...] Kościół teorii ewolucji nie zwalczał. Darwin miał pogrzeb chrześcijański w katedrze westminsterskiej, a do jednego z witraży wprowadzono nawet jego postać jako człowieka, który przyczynił się do wielkiego postępu nauki. 1

Niestety, pogląd ten głosi wiele kościołów protestanckich, nawet ewangelikalnych, a jeśli nie ma go w oficjalnej doktrynie, to uważa tak wielu wierzących. Sądzą oni, że przecież istotą chrześcijaństwa jest osoba i czyny Jezusa Chrystusa, a nie to, o czym pisze Księga Rodzaju! Skoro jakaś część Biblii jest niezgodna z nauką, odrzućmy tę część – rozumują ci chrześcijanie – a pozbędziemy się kłopotu. Trzeba zauważyć, że chrześcijanie ci mają mocne argumenty: rdzeniem chrześcijaństwa rzeczywiście jest Jezus, a zbawionym można być przecież, nie wierząc w dosłowność opisu stworzenia świata w Księdze Rodzaju. To wszystko prawda, a mimo to chrześcijanie ci tragicznie się mylą. To prawda, że jeśli ktoś wierzy w Jezusa, w Jego ofiarę na krzyżu, śmierć i późniejsze zmartwychwstanie, i jeśli uzna, że Jezus jest jego Panem i Zbawicielem, to będzie zbawiony, ale jak do tej wiary doprowadzić miliony współczesnych ludzi? Każdy, kto choć raz próbował ewangelizować obce osoby, wie, jaka jest najczęstsza reakcja. Ludzie po prostu nie chcą słuchać. Oni nie są zainteresowani sprawami religijnymi. Nie mają, jak to się mówi, “wielkiego nabożeństwa” do religii. A dlaczego? Dlatego, że nie religia, a nauka jest dzisiaj w największym poważaniu. A to, co się ludziom podaje za naukę, jest niezgodne z religią. Ewolucjonizm wpaja ludziom ideę postępu, rozwoju, zmiany. Religia powoli staje się przeżytkiem, reliktem przeszłości. Zanim więc możemy skutecznie mówić ludziom o Jezusie i Jego dziele, muszą oni być przychylnie nastawieni wobec tego, co mamy do powiedzenia. Zanim zasiejemy ziarno prawdy, glebę należy zaorać i spulchnić. Dopiero wtedy treści religijne mają jakieś szanse. Ale jeśli tak, to należy najpierw zadbać o przywrócenie autorytetu dla Biblii. Ewolucja nie jest żadnym faktem. Nie istnieją dowody na jej rzecz, to zwykła hipoteza. Nie było żadnych małpoludów. Ziemia nie liczy sobie miliardów lat itd., itd. Jednym zdaniem, prawdziwa nauka nie tylko nie obaliła Biblii, ale Biblia nadal może służyć jako wskazówka w badaniach naukowych.

Istota kreacjonistycznej ewangelizacji
Ken Ham propaguje tzw. kreacjonistyczną ewangelizację. Skoro współcześni są przekonani, że nauka jest wroga religii, należy pokazać, że błędne są podstawy tego, co dzisiaj przedstawia się jako naukę – czyli ewolucjonizmu. Nie byłoby to potrzebne w epoce, w której religię się szanuje, w której Biblię czyta się w domach na co dzień. W takiej epoce można było od razu zaczynać od spraw najistotniejszych. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj ewangelizacja nawet w tzw. krajach chrześcijańskich, jak Polska, musi przebiegać podobnie jak w krajach o zupełnie innej kulturze. Należy najpierw zrozumieć ową kulturę, a potem ewangelizację prowadzić odpowiednio do jej charakteru.

W Japonii na przykład nie wystarczy mówić po prostu o Bogu, bo w religii szintoizmu jest wiele bogów i Japończyk zrozumie, że mówimy o jednym z nich. Jeśli Japończykom mamy mówić o Bogu z Biblii, to musimy powiedzieć, że mamy na myśli Boga, który wszystko stworzył i którego nie należy mylić ze stworzonym światem. W Polsce tego nie trzeba tłumaczyć. Inna kultura wymaga innego podejścia. Ale znaczy to także, że zmieniające się pod wpływem propagandy ewolucjonistycznej w naszym kraju postawy ludzi wymagają zmiany charakteru ewangelizacji. Do nich trzeba docierać inaczej niż do ich ojców i dziadków.

Prawdą jest, że bez pomocy Boga nie dotrzemy do serc ludzi z przesłaniem o Jezusie. Tylko On może otworzyć serca ludzi, aby słyszeli i rozumieli. Nie znaczy to jednak, że ewangelizację możemy uprawiać byle jak, bo i tak Bóg zrobi resztę za nas. Przykłady, jakie widzimy w Biblii, pokazują, że Bóg zostawił także i nam, wierzącym, wyraźne obowiązki. Wiele przykładów ewangelizacji ludzi o różnych przekonaniach znajdujemy w Dziejach Apostolskich. Często tam występują takie słowa jak “rozprawiał” (9:29; 17:2; 18:4; 18:19), “rozprawiając i przekonując” (19:8-9), “dowodząc” (9:22), “wyjaśniał” (17:3), “dzielnie uchylał twierdzenia (...), wykazując (...)” (18:28). Wszystkie te określenia świadczą, że Paweł Apostoł stosował ewangelizację na najwyższym poziomie intelektualnym i nie polegał jedynie na, niezbędnej skądinąd, łasce od Boga. Paweł używał każdego rozumowania, jakiego mógł użyć, by przekonać swoich słuchaczy do Słowa Bożego, wiedząc, że ostatecznie to nie on, Paweł, przekonuje i to nie on, Paweł, nadaje moc argumentom. “Chodźcie i spór ze mną wiedźcie! – mówi Jahwe” (Iz. 1:18).

W dzisiejszych czasach, w czasach, w których żywi się nabożną cześć dla nauki i w których za naukę przedstawia się ewolucjonizm, ewangelizacja z Biblią w ręku ma sens tylko wówczas, jeśli nasi słuchacze mają dla Biblii szacunek, jeśli nie uważają jej za śmieszny przeżytek sprzed tysięcy lat, “stare legendy Bliskiego Wschodu”, jak ją nazwał Izaak Asimov, znany pisarz Science Fiction i czołowy propagator ewolucjonizmu.2 Ale to jest możliwe tylko wtedy, gdy im wykażemy, że ewolucjonizm nie ma charakteru naukowego, że jest to teoria bez poparcia empirycznego, że główne poparcie czerpie ona z pewnej filozofii i z pewnego światopoglądu, światopoglądu ateistycznego.

Podwójny cel Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego
Jedyną polską organizacją sprzeciwiającą się monopolowi ewolucjonistycznemu jest Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne. PTKr uważa, że zdobyte dotąd fakty lepiej pasują do kreacjonistycznej wizji życia, że przewidywania ewolucjonistów zakończyły się w dużej mierze fiaskiem. Monopol, jaki zapewniają sobie ewolucjoniści, jest, jak każdy monopol, niebezpieczny – w tym wypadku dla prawdy naukowej. Istnieją też powody pozanaukowe działania PTKr. Społeczeństwa końca XX wieku przeżywają kryzys widoczny gołym okiem: rosnąca przestępczość, narkomania, zanik więzi rodzinnych, upadek autorytetów (kościoła, państwa, rodziny) i rosnąca anarchizacja życia społecznego, wzrost relatywizmu moralnego połączony z postawą konsumpcyjną, czego skutkiem są na przykład liczby dokonywanych aborcji, itd., itd. W istocie jest to kryzys moralny, a przyczyną tego kryzysu jest stopniowa utrata wiary w Boga-Stworzyciela, który nie tylko stworzył świat i człowieka, ale który także zostawił mu zasady właściwego życia: stosunku do Boga, do innych ludzi i do świata. Propagowanie kreacjonistycznej wizji rzeczywistości może ten niebezpieczny trend zahamować i odwrócić, a jeśli nawet jest to w ogólnej skali niemożliwe, to przynajmniej niektórym może ono pomóc odzyskać utracone poczucie ładu moralnego.

Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne nie proponuje nauczania kreacjonizmu w szkołach, co często kreacjonistom zarzucają ewolucjoniści. Wiemy, że dzisiejsze rozumienie nauki (tzw. naturalizm metodologiczny) umieszcza kreacjonizm poza nauką. Żądamy jedynie obiektywnego przedstawiania w szkołach nie tylko zalet, ale też wad i słabości ewolucjonizmu. To wystarczy, aby nie pozwolić zindoktrynować młodych pokoleń przez ateistyczno-materialistyczną ideologię.

W tekście wykorzystano książkę Kena Hama pt. Why Won't They Listen? The Power of Creation Evangelism, Answers In Genesis 2002. Mieczysław Pajewski jest założycielem w 1993 roku Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego, a obecnie – redaktorem wydawanego przez PTKr miesięcznika Na Początku... Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne jest niewielką organizacją. Do swego działania potrzebuje nowych członków. Jeśli stać Cię na wydatek 1 zł tygodniowo (4 zł miesięcznie, czyli równowartość dwóch biletów autobusowych, 48 zł rocznie), to wstąp do PTKr, poprzyj właściwą sprawę. W ramach składki będziesz otrzymywał nasze czasopismo i inne publikacje. Konto Towarzystwa: Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne nr 94 1160 2202 0000 0000 3158 4058 (prosimy podawać cel wpłaty, np. składka członkowska, prenumerata, dar na PTK, książka, itp.). Obejrzyj stronę Towarzystwa w internecie: http://www.kreacjonizm.org.pl Kontakt osobisty: Przewodniczący PTKr dr Eugeniusz Moczydłowski, skr. poczt. 88, 00-981 Warszawa, e-mail: [email protected] tel. 0-603 75-11-55.


Problem pochodzenia życia

Ostatnie zdanie głównego dzieła Darwina jest często cytowane przez zwolenników poglądu, że w istocie rzeczy Darwin był człowiekiem wierzącym. Brzmi ono tak:

   Wzniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza, podlegając ścisłym prawom ciążenia, dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu.2

Darwin, będąc ateistą, zabezpieczał się w ten sposób przed nieprzychylną reakcją ówczesnego środowiska wiktoriańskiej Anglii. Było to bardzo mądre posunięcie z jego strony. O tym, co naprawdę myślał na temat, jak powstało życie na Ziemi, możemy przekonać się dopiero z jego prywatnej korespondencji, którą ujawniono wiele lat po jego śmierci. W liście prywatnym do Josepha Hookera z 1871 roku Darwin wypowiedział opinię, która daje podstawę do tego, by uznawać go za prekursora współczesnego scenariusza ewolucji chemicznej. Otóż przypuszczał on, że życie mogło być wynikiem przemian chemicznych "w jakimś ciepłym bajorku zawierającym wszystkie rodzaje soli amonowych i fosforanowych, zaopatrzonym w ciepło, światło, elektryczność etc.". 3

Kilkadziesiąt lat później, bo w latach 20-tych ubiegłego wieku, rosyjski uczony, A.I. Oparin, oraz angielski uczony, J.B.S. Haldane, podjęli tę ideę Darwina i sugerowali, że wyładowania w pierwotnej atmosferze Ziemi mogły utworzyć chemiczne składniki życia. Przypuszczali oni, że te związki chemiczne rozpuszczały się potem w morzach, tworząc ciepłą rozcieńczoną zupę, w której mogły powstać pierwsze żywe komórki. Hipoteza Oparina-Haldane'a pozostawała niestestowana aż do wczesnych lat 50-tych. W 1953 roku student Stanley Miller oraz promotor jego pracy doktorskiej, Harold Urey, w specjalnie zaprojektowanym urządzeniu, którego schemat znajduje się w każdym podręczniku ewolucjonizmu, przepuszczali iskry elektryczne przez mieszankę gazów, o której sądzili, że stanowi dobre przybliżenie, jeśli w ogóle nie jest identyczna z atmosferą pierwotnej Ziemi. Udało im się w ten sposób otrzymać kilka chemicznych składników żywej komórki.

Eksperyment Millera-Ureya uchodził przez wiele lat za eksperymentalny dowód na to, jak życie mogło powstać bez udziału Istoty Nadprzyrodzonej. Uchodzi za taki nadal, ale tylko wśród laików, bo uczeni od ponad 10 lat wiedzą już, że w eksperymencie tym nie odtworzono warunków, jakie panowały w atmosferze pierwotnej Ziemi. Problemem jesttlen.

Tlen jest potrzebny dzisiejszym organizmom (nie wszystkim, ale pomińmy ten szczegół) do uzyskiwania energii z cząsteczek organicznych (podobnie jak samochód uzyskuje energię z benzyny, spalając ją przy użyciu tlenu). Tlen uzyskujemy z atmosfery dzięki oddychaniu. Oddychanie, które prowadzi do rozpadu cząsteczek organicznych, jest procesem przeciwnym do syntetyzowania, budowania tych cząsteczek. Chemicy proces oddychania nazywają utlenianiem, a proces syntetyzowania - redukowaniem. Otóż ten sam tlen, który jest tak ważny w oddychaniu, jest często przeszkodą w syntezie organicznej. W atmosferze beztlenowej, z którą eksperymentowali Miller i Urey, iskra elektryczna może doprowadzić do utworzenia interesujących cząsteczek organicznych, ale nawet niewielka ilość tlenu może wywołać wybuch. W żywych komórkach kontakt tlenu z procesami syntezy organicznej jest uniemożliwiony. Miller i Urey oddzielali swoją mieszankę gazową od tlenu atmosferycznego specjalnymi pojemnikami.

Obecna atmosfera jest mocno utleniająca. Oparin i Haldane, a później Miller i Urey, zakładali coś przeciwnego o pierwotnej Ziemi. Miała to być atmosfera mocno redukująca, bogata w wodór. Dokładniej rzecz biorąc, postulowali oni, że była ona mieszanką metanu (związku wodoru i węgla), amoniaku (związku wodoru i azotu), pary wodnej (związku wodoru i tlenu) oraz wolnego gazu wodorowego. Oparin i Haldane przewidywali, że błyskawice w takiej atmosferze mogą spontanicznie tworzyć cząsteczki organiczne potrzebne dla żywych komórek. Millerowi udało się najpierw otrzymać glicynę i alaninę, dwa najprostsze aminokwasy znajdowane w białkach, a potem on i inni uczeni otrzymali niewielkie ilości większości biologicznie ważnych aminokwasów, jak też i dodatkowe składniki organiczne znajdowane w komórkach. Jednak już w latach 60-tych zaczęły pojawiać się wątpliwości geochemików, czy warunki na wczesnej Ziemi były dokładnie takie, jakie postulowali Oparin i Haldane.

Atmosfera pierwotnej Ziemi
W 1953 roku i w paru następnych w eksperymentach, które nazwano eksperymentem Millera-Ureya otrzymano większość aminokwasów oraz niektóre składniki organiczne żywych komórek. Eksperyment ten polegał na przepuszczaniu wyładowań elektrycznych o wysokim napięciu przez mieszankę gazów, która miała odpowiadać składowi atmosfery pierwotnej Ziemi. Ponieważ Ziemia miała się ukształtować z chmury międzygwiezdnego pyłu i gazu, Harold Urey, laureat nagrody Nobla z chemii, wysunął rok przed przeprowadzeniem eksperymentu Millera hipotezę, że wczesna atmosfera Ziemi składała się głównie z wodoru, metanu, amoniaku i pary wodnej - zgodnie z wcześniejszą hipotezą Oparina i Haldane'a.

Ale już w tym samym roku, w którym Urey postulował zbliżony skład pierwotnej atmosfery do składu gazu międzygwiezdnego, geochemik z Uniwersytetu Chicagowskiego, Harrison Brown, zwrócił uwagę, że w atmosferze Ziemi znajduje się milion razy mniej tzw. rzadkich gazów (neonu, argonu, kryptonu i ksenonu) niż wynosi średnia kosmiczna, z czego wywnioskował, że Ziemia utraciła bardzo szybko swoją pierwotną atmosferę. Zgodzili się z nim geochemik Heinrich D. Holland (Princeton University, 1962) oraz Philip H. Abelson (Carnegie Institution, 1966), którzy niezależnie wnioskowali, że pierwotna atmosfera Ziemi nie pochodziła z chmur gazu międzygwiezdnego, ale z gazów uwalnianych przez ziemskie wulkany. Ponieważ nie widzieli powodu, by wierzyć, że dawne wulkany różniły się od współczesnych, uznali, że uwalniały one głównie parę wodną, dwutlenek węgla, azot i śladowe ilości wodoru. Ponieważ wodór jest najlżejszym gazem, lżejszym od neonu, argonu kryptonu i ksenonu, to grawitacja Ziemi tym bardziej nie była w stanie go utrzymać i musiał on szybko uciec do przestrzeni kosmicznej.

Ale jeśli jednym z głównych składników pierwotnej atmosfery była para wodna, to musiał się w niej znajdować także niezwiązany tlen. Wiadomo bowiem, że światło słoneczne w górnych częściach atmosfery dokonuje dysocjacji cząsteczek wody na wodór i tlen. Wodór ucieka następnie w Kosmos, a tlen jako cięższy pozostaje w atmosferze. Proces ten nazywa się fotodysocjacją.

Jak wiele tlenu mogło powstać wskutek fotodysocjacji? Czy niewiele, umożliwiając spontaniczne powstawanie aminokwasów i innych związków organicznych wskutek wyładowań atmosferycznych? Uczeni podzielili się w tej sprawie na dwa obozy. Sprawy tej nigdy nie rozstrzygnięto. W 1996 roku paleobiolog Kenneth Towe z Smithsonian Institution dokonał przeglądu dotychczasowego świadectwa empirycznego i doszedł do wniosku, że "najprawdopodobniej wczesna Ziemia posiadała atmosferę zawierającą wolny tlen".4

Ponieważ wodór jako najlżejszy gaz ucieka w przestrzeń kosmiczną, metan i amoniak nie mogły być głównymi składnikami wczesnej atmosfery, jak chcą założenia eksperymentu Millera-Ureya.5 Abelson zaś zauważył, że amoniak wchłania promieniowanie ultrafioletowe ze światła słonecznego i jest szybko przezeń niszczone. Ponadto gdyby w pierwotnej atmosferze obecne były duże ilości metanu, to najstarsze skały zawierałyby dużo cząsteczek organicznych, co nie ma miejsca. Abelson wnioskował, że nie ma świadectwa empirycznego na rzecz metanowo-amoniakowej atmosfery Ziemi, ale wiele przeciwko niej.6 Innymi słowy, scenariusz Oparina-Haldane'a był błędny, a wczesna atmosfera nie przypominała mocno redukującej mieszanki, jakiej użyto w eksperymencie Millera.

Sidney Fox i Klaus Dose przyznali w 1977 roku, że atmosfera redukująca nie wydaje się geologicznie realistyczna, ponieważ świadectwo empiryczne wskazuje, że większość wolnego wodoru prawdopodobnie uciekła w przestrzeń kosmiczną. Według nich eksperyment Millera-Ureya stosował niewłaściwą mieszankę gazów, gdyż poziom wodoru rósł w nim aż do 76%, podczas gdy na wczesnej Ziemi uciekał w Kosmos. Konkluzja Foxa i Dose'a była następująca: "Coraz bardziej rozpowszechniał się wniosek, że synteza Millera nie ma znaczenia geologicznego". 7

Od 1977 roku ten pogląd został niemal jednomyślnie przyjęty przez geochemików, którzy uważają teraz, że "wczesna atmosfera w ogóle nie przypominała symulacji Millera-Ureya".8 Kluczowa jest obecność wodoru, gdyż bez niego, czyli bez metanu i amoniaku, w mieszankach dwutlenku węgla, azotu i pary wodnej, nie powstają żadne aminokwasy.9

W 1983 roku Miller doniósł, że udało mu się wyprodukować niewielką ilość najprostszego aminokwasu - glicynę, przepuszczając iskry elektryczne przez atmosferę zawierającą tlenek węgla i dwutlenek węgla zamiast metanu, ale w obecności wolnego wodoru. Przyznał jednak, że glicyna to było wszystko, co udało mu się uzyskać przy nieobecności metanu.10

Jeśli eksperyment Millera-Ureya przeprowadza się z użyciem realistycznej symulacji pierwotnej atmosfery Ziemi, to nie daje on tego, co miał dawać. Dlatego badacze pochodzenia życia zaczęli poszukiwać czegoś innego. Modna stała się idea świata RNA.

Świat RNA?
Ponieważ eksperyment Millera-Ureya nie wyjaśnił, jak białka mogły się uformować na pierwotnej Ziemi, przyjęto, że to nie białka były pierwotnymi cegiełkami życia. DNA nie był dobrym kandydatem do tej roli, gdyż wymaga wielu złożonych białek, by mogły powstać jego kopie. DNA nie mógł powstać przed białkami.

Takim kandydatem stał się RNA, związek podobny do DNA i używany w żywych komórkach w trakcie procesu tworzenia białek. Około 20 lat temu Thomas Cech i Sidney Altman wykazali, że RNA zachowuje się czasami jak enzym, czyli jak białko.11 Inny biolog molekularny, Walter Gilbert, wysunął myśl, że RNA może sam się syntetyzować przy nieobecności białek, a więc że mógł powstać na pierwotnej Ziemi przed pojawieniem się na niej białek czy DNA.12 Żywe komórki mogły wyłonić się z tego "świata RNA".

Ale biochemik, Gerald Joyce, uznał, że RNA nie nadaje się do roli pierwszych składników życia, "gdyż jest nieprawdopodobne, by był produkowany w znacznych ilościach na pierwotnej Ziemi".13 Nawet gdyby RNA powstawał, to długo by nie przetrwał w warunkach, jakie istnieć miały na pierwotnej Ziemi. Joyce wierzy, że świat RNA poprzedzał świat DNA, ale uważa, że przed RNA musiały istnieć pewnego rodzaju żywe komórki.

Znaczy to, że idea świata RNA, podobnie jak idea pierwszeństwa białek, prowadzi w ślepą uliczkę. Nie wiadomo, jak pierwsze składniki życia mogły powstać na pierwotnej Ziemi. Ale zdjęcia lub rysunki aparatury Millera występują w wielu podręcznikach szkolnych i akademickich, nawet jeśli czasami (bo nie zawsze!) w tekście znajdujemy opinię, że prawdopodobnie atmosfera pierwotnej Ziemi była odmienna od tej, jaką zakładano w eksperymencie Millera-Ureya. W 1986 roku chemik, Robert Shapiro, opublikował książkę odnoszącą się krytycznie do wielu aspektów badań nad pochodzeniem życia. Zwłaszcza krytycznie odniósł się do argumentu, że eksperymenty Millera-Ureya dowiodły, iż pierwotna atmosfera Ziemi miała mocno redukujący charakter. Jego zdaniem jest to raczej mitologia niż nauka.14

  1. Wykorzystałem następujące prace: W.R. Bird, The Origin of Species Revisited. The Theories of Evolution and of Abrupt Appearance, vol. I: Science, Regency, Nashville, Tennessee 1991, s. 325-334; Thomas F. Heinze, How Life Began, Chick Publications 2002; Jonathan Wells, Icons of Evolution. Science or Myth? Why Much of What We Teach About Evolution Is Wrong, Regnery Publishing, Inc., Washington 2000, s. 9-27; Fazale Rana & Hugh Ross, Origins of Life. Biblical and Evolutionary Models Face Off, Navpress, Colorado Springs 2004, s. 109-121.
  2. Karol Darwin, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, DeAgostini, Altaya, Warszawa 2001, s. 560.
  3. Cyt. za: Leslie E. Orgel, "Narodziny życia na Ziemi", Świat Nauki 1994, nr 12 (40), s. 51 [51-58].
  4. Kenneth M. Towe, "Environmental Oxygen Conditions During the Origin and Early Evolution of Life", Advances in Space Research 1996, vol. 18, s. (12)7-(12)15.
  5. Heinrich D. Holland, "Model for the Evolution of the Earth's Atmosphere", w: A.E.J. Engel, Harold L. James and B.F. Leonard (eds.), Petrologic Studies: A Volume in Honor of A.F. Buddington, Geological Society of America 1962, s. 448-449.
  6. Por. Philip H. Abelson, "Chemical Events on the Primitive Earth", Proceedings of the National Academy of Sciences USA 1966, vol. 55, s. 1365-1372.
  7. Sidney W. Fox and Klaus Dose, Molecular Evolution and the Origin of Life, rev. ed., Marcel Dekker, New York 1977, s. 43 i 74-76.
  8. Jon Cohen, "Novel Center Seeks to Add Spark to Origins of Life", Science 1995, vol. 270, s. 1925-1926.
  9. Heinrich D. Holland, The Chemical Evolution of the Atmosphere and Oceans, Princeton University Press, Princeton 1984, s. 99-100.
  10. Gordon Schlesinger and Stanley L. Miller, "Prebiotic Synthesis in Atmospheres Containing CH4., CO, and CO2: I. Amino Acids", Journal of Molecular Evolution 1983, vol. 19, s. 376-382.
  11. Por. Kelly Kruger, Paula J. Grabowski, Arthur J. Zaug. Julie Sands, Daniel E. Gottschling, and Thomas R. Cech, "Self-Splicing RNA: Autoexcision and Autocyclization of the Ribosomal RNA Intgervening Sequence of Tetrahymena", Cell 1982, vol. 31, s. 147-157; Cecilia Guerrier-Takada, Katheleen Gardiner, Terry Marsh, Norman Pace, and Sidney Altman, "The RNA Moiety of Ribonuclease P is the Catalytic Subunit of the Enzyme", Cell 1983, vol. 35, s. 849-857.
  12. Por. Walter Gilbert, "The RNA world", Nature 1986, vol. 319, s. 618.
  13. Gerald F. Joyce, "RNA evolution and the origins of life", Nature 1989, vol. 338, s. 217-224. Por. też Robert Irion, "RNA Can't Take the Heat", Science 1998, vol. 279, s. 1303.
  14. Por. Robert Shapiro, Origins: A Skeptic's Guide to the Creation of Life on Earth, Summit Books, New York 1986, s. 112.

Ewolucjoniści robią “wodę z mózgu”

Tradycyjnie ewolucjonistycznej wizji powstania i rozwoju życia sprzeciwiali się kreacjoniści. Ostatnio jednak znacznie popularniejszymi przeciwnikami są zwolennicy tzw. teorii inteligentnego projektu. Na jej temat wypowiada się wiele opinii, nie zawsze trafnych. Niektórzy mówią, że jest to dawny kreacjonizm w przebraniu.

Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu [...]. 1

ID [teoria inteligentnego projektu] [...] nie jest nową postacią kreacjonizmu. To po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą.2

Teoria inteligentnego projektu w rzeczywistości jest ponownym wcieleniem zdyskredytowanej 200-letniej argumentacji, pochodzącej od Williama Paleya, który orzekł, że złożoność organizmów żywych wymaga boskiej interwencji stwórcy. 3

Wypowiedzi takie są przejawem albo braku kompetencji, albo złej woli (nie wykluczam jednak wystąpienia jednocześnie obu tych przyczyn).

Projekty czy projektoidy?
Teoria inteligentnego projektu zwana jest w skrócie ID, od angielskiego zwrotu Intelligent Design. W opinii tej teorii zebrane dotąd świadectwo empiryczne sugeruje, iż życie na Ziemi nie mogło powstać na mocy samego tylko przypadku. Musiało ono być inteligentnie zaprojektowane. Słowo "inteligentnie" dodaje się, by uniknąć nieporozumienia i powiązania ze współczesną teorią ewolucji. W tej ostatniej bowiem mówi się o projekcie, o tym, że ewolucja doprowadza do powstania organizmów znakomicie zaprojektowanych, czyli dostosowanych do środowiska - ale chodzi raczej o wrażenie projektu, bo projektant, o którym mówią ewolucjoniści, dobór naturalny, jest ślepy.

Dwieście lat temu bardzo popularne były książki apologetyczne Williama Paleya. Wpłynęły one także na samego Darwina. Darwinowską teorię ewolucji można nawet rozumieć do pewnego stopnia jako przezwyciężenie argumentów Paleya. Szczególnie uderzającym argumentem Paleya był ten, który dotyczył znalezienia zegarka na wrzosowisku. Wyobraźmy sobie - mówił Paley - że znajdujemy na wrzosowisku leżący zegarek. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że jest on tworem rozumu, zegarmistrza. Świadczą o tym części składowe zegarka, ich wzajemne dopasowanie, współdziałanie, precyzja funkcjonowania. Ale skoro tak - kontynuował Paley - to tym bardziej powinniśmy uznać, że znajdujące się na tym samym wrzosowisku rośliny i kwiaty są tworem rozumu, zostały stworzone przez Boga. Rośliny te bowiem charakteryzują się jeszcze większą złożonością, dopasowaniem i współdziałaniem oraz precyzją działania części, z jakich są zbudowane.

Argument zastosowany przez Paleya nosi nazwę argumentu a fortiori. Skoro występowanie pewnych cech pozwala wyprowadzić pewien wniosek, to tym bardziej (a fortiori) powinniśmy taki wniosek wyprowadzić, jeśli cechy te występują w większej ilości i w większym natężeniu.

Ewolucjoniści zgadzają się, że organizmy żywe są niezwykle skomplikowane. Ale jednocześnie twierdzą, że nie zostały zaprojektowane. Nie są więc, ich zdaniem, projektami. One tylko przypominają projekt. Są projektoidami.

 

Biologia zajmuje się obiektami złożonymi, tworzącymi wrażenie celowego zamysłu.4

[...] żywe efekty działania doboru naturalnego sprawiają wrażenie przemyślanego projektu, jak gdyby zaplanował je prawdziwy zegarmistrz.5

Ale zegarmistrz, który ich stworzył, dobór naturalny działający na przypadkowych mutacjach, nie miał żadnego zamiaru ich stworzyć, nie miał ich na myśli.

Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie są ślepe siły fizyczne [...]. Dobór naturalny - odkryty przez Darwina ślepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dziś, że stanowi wyjaśnienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowości wszystkich form życia - działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można o nim powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza - to jest to ślepy zegarmistrz.6

Dobór naturalny to ślepy zegarmistrz - ślepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu.7

Ponieważ teoria inteligentnego projektu głosi, iż organizmy żywe nie mogły powstać na drodze samego tylko przypadku, zderza się w tej sprawie z teorią niekierowanej przypadkowej ewolucji.

Przypadek czy nie? Co naprawdę głosi ewolucjonizm?
Czasami jednak ewolucjoniści gorąco zaprzeczają, by uznawali przypadek za jedyny czynnik sprawczy procesów ewolucyjnych:

Częściowo za sprawą losowości mutacji rozpowszechniło się niedorzeczne przekonanie, że także dobór naturalny jest procesem przypadkowym.8

Zdają sobie bowiem sprawę, jak bardzo trudne jest do przyjęcia, że życie z całą swoją złożonością jest wyłącznie dziełem przypadku. Ewolucjoniści twierdzą, że tylko mutacje są przypadkowe, ale dobór już nie. W ten sposób usuwają wrażenie niedorzeczności swojej koncepcji. Zastanówmy się jednak, czy to ich twierdzenie - mutacje są przypadkowe, dobór jest nieprzypadkowy - ma rację bytu.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że mówiąc o przypadkowości bądź jego braku, biolog ewolucyjny ma na myśli co innego niż inni uczeni i zwykli ludzie. Ci ostatni bowiem za przypadek uznają takie zjawiska jak niezaplanowany wypadek drogowy, uderzenie meteorytu, wygrana w totolotka czy opady deszczu w drugą niedzielę kwietnia. Pojęcie przypadku jest tu trudne do zdefiniowania. Filozofowie stracili wiele czasu i poświęcili wiele wysiłku, by przypadek zdefiniować - chyba jednak bez większego sukcesu. Niektórzy nawet twierdzą, że o zdarzeniach przypadkowych można powiedzieć tylko to, że mówi o nich rachunek prawdopodobieństwa. Ci, którzy chcą powiedzieć więcej, spierają się, czy istnieją zjawiska bezprzyczynowe (niektóre zjawiska w mikrofizyce wyglądają tak, jakby zachodziły bez przyczyny, na przykład rozpad promieniotwórczy). A ci, którzy odrzucają istnienie zjawisk bezprzyczynowych, sądzą, że przypadek polega na przecięciu się wielu niezależnych, nie związanych ze sobą ciągów przyczynowo-skutkowych.

Ewolucjoniści nadają jednak słowu "przypadek" zupełnie inne znaczenie. Mutacje mają charakter przypadkowy w tym sensie, że nie prowadzą do lepszego przystosowania się organizmu do środowiska. Ich przypadkowość nie polega na tym, że występują spontanicznie. Przyczyny ich występowania są znane. Wywoływane są przez tzw. mutageny - promieniowanie rentgenowskie, promieniowanie kosmiczne, substancje radioaktywne, rozmaite związki chemiczne, a nawet specjalne geny. Ale w opinii ewolucjonistów mutacje, które uprzywilejowują organizmy, które zwiększają szanse na przeżycie i w konsekwencji na wydanie potomstwa, nie pojawiają się częściej, niż to wynika z rachunku prawdopodobieństwa.9 Dobór naturalny działa już inaczej. Ponieważ dobór działa w oparciu o prawa przyrody, a efekty niektórych mutacji usprawniają organizmy, zwiększają ich szanse przetrwania w środowisku, więc dobór sprzyja mutacjom przystosowawczym, utrwala je w populacji. W tym sensie dobór nie jest przypadkowy, jest ukierunkowany.

 

Mutacje są przypadkowe w stosunku do korzyści przystosowawczych, natomiast nieprzypadkowe pod wszystkimi innymi względami. Dobór naturalny - i tylko dobór - prowadzi ewolucję w kierunkach nieprzypadkowych w stosunku do przystosowań organizmu.10

Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to rozumienie nieprzypadkowości doboru nie ma nic wspólnego zarówno z potocznym, jak i z pochodzącym z innych nauk rozumieniem przypadku. W niebiologicznym sensie także i dobór ma - dodajmy i to słowo: oczywiście - charakter przypadkowy. Według słynnej hipotezy Alvarezów dinozaury wyginęły ok. 65 milionów lat temu wskutek uderzenia niewielkiej planetoidy bądź komety. Miał to być przypadek. Planetoida ta, jak wiele innych, mogła przelecieć obok Ziemi. Ale uderzyła w Ziemię. Tor jej lotu był wyznaczony prawami przyrody i rozmaitymi czynnikami, głównie typu oddziaływania grawitacyjnego z innymi ciałami niebieskimi. Ale ten ciąg przyczyn i skutków, jaki wyznaczył kurs planetoidy, nie miał nic wspólnego z zespołem ciągów przyczyn i skutków, charakteryzującym życie na Ziemi. Zderzenie z Ziemią było więc przypadkowe.

W powszechnie używanym sensie słowa "przypadek" nie tylko mutacje, ale i dobór naturalny mają więc charakter przypadkowy. Do działania doboru naturalnego także stosuje się rachunek prawdopodobieństwa. Warto przypomnieć, bo często propagandyści ewolucyjni "zapominają" o tym, że nie ma żadnej pewności, iż dobór zachowa korzystną mutację. Co więcej, istnieje większe prawdopodobieństwo, że korzystna mutacja zniknie z populacji, niż że się w niej utrwali. Genetyka populacyjna mówi, że dla dużych populacji prawdopodobieństwo utrwalenia się korzystnej mutacji wynosi 2e, gdzie e jest tzw. wartością przetrwania (survival value), czyli wielkością, o jaką zwiększa się szansa na przeżycie organizmu. Jeśli średnia wartość przetrwania korzystnej mutacji wynosi - jak się obecnie wydaje - ok. 0,1%, to wynika z tego, że średnio zaledwie jedna na 500 korzystnych mutacji utrwali się w populacji, a 499 zniknie. Dobór naturalny jest niezwykle mało wydajnym sposobem na postęp, bo olbrzymia większość korzystnych mutacji ginie. Ewolucjoniści, ratując swoją koncepcję, odwołują się do milionów lat ewolucji, ale niespecjalnie palą się, by sprawdzić dokładnymi obliczeniami, czy to odwołanie ma sens.

Wróćmy jednak do sprawy przypadku i konieczności. Ewolucjoniści robią nam "wodę z mózgu" twierdząc, że dobór nie działa przypadkowo, a niektórzy, jak sam Darwin, posuwają się nawet do głoszenia jawnej nieprawdy:

 

[...] dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. 11

Jeśli średnio tylko jedna na pięćset korzystnych mutacji zachowuje się, to słowa Darwina, że dobór "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre", są dalekie od prawdy. Darwin nie znał wyliczeń genetyki populacyjnej ani średniej wartości przetrwania dla mutacji (nie wiedział nawet o istnieniu mutacji), ale nie mógł przecież nie wiedzieć, że organizm nawet z bardzo korzystną nową cechą może wskutek nieszczęśliwego wypadku nie dożyć wieku dojrzałości, kiedy dopiero wydaje się potomstwo. Tylko cele propagandowe mogły go skłonić do napisania, że dobór działa "wszędzie i zawsze" oraz że "zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre".

O wymarciu dinozaurów12
Wspominałem wyżej o hipotezie Alvarezów, tłumaczącej wymarcie dinozaurów. Profesorowie Luis i Walter Alvarezowie, ojciec i syn, w 1980 roku, po badaniach warstw geologicznych w Gubbio, we Włoszech, doszli do wniosku, że za wymarcie dinozaurów odpowiada uderzenie asteroidy o średnicy 10-20 km. Ten tzw. impakt Chicxulub wyrzucił w górę pył i sadzę, które krążąc w wysokich warstwach atmosfery przytłumiły promienie słoneczne. Wywołane przez impakt pożary oraz późniejsze zahamowanie dopływu promieni słonecznych zniszczyły w dużym stopniu roślinność, co spowodowało wymarcie najpierw roślinożerców, a później mięsożerców. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie w postaci olbrzymiego krateru w pobliżu meksykańskiego półwyspu Jukatan i cienkiej warstwy irydu, oddzielającej warstwy geologiczne, w których znajdowane są pozostałości lub skamieniałe szczątki dinozaurów, od tych położonych wyżej, w których pozostałości takich nie ma.13 Ostatnio hipoteza ta jednak zaczyna być kwestionowana.14 Jednym z problemów jest to, że według zapisu kopalnego dinozaury zaczęły wymierać jeszcze przed impaktem Chicxulub. Uczeni zresztą od dawna proponowali rozmaite rywalizujące hipotezy.15

Kreacjoniści przyczynę wymarcia dinozaurów upatrują w Potopie Noego i zmianie warunków klimatycznych przez Potop wywołanych.16 Jeśli mają rację, to dawniej żyjący ludzie, ci sprzed Potopu, ale także i niektórzy żyjący po Potopie, powinni spotykać jeszcze żywe dinozaury. Ciekawe, że Biblia wydaje się wspominać o takich zdarzeniach. Wprawdzie nie użyto w niej z oczywistych powodów słowa "dinozaur" - słowo to zostało utworzone dopiero w 1841 roku - ale dinozaury bądź zwierzęta podobne do dinozaurów są opisane w Księdze Hioba 40:15-32 oraz 41:1-26 przy użyciu hebrajskich słów behemoth oraz leviathan.

Behemoth jest liczbą mnogą pochodzącą od behema - hebrajskiego słowa określającego bestię. Ale w Księdze Hioba 40:15 jest użyte w liczbie pojedynczej. W tekście hebrajskim taka konstrukcja gramatyczna podkreśla majestat użytego słowa. Z opisu biblijnego wynika, że było to zwierzę trawożerne, ogromnych rozmiarów, miało okazały ogon, żyło w pobliżu wody i było nieustraszone. Niektórzy twierdzą, że był to hipopotam lub słoń. Ale ani hipopotam, ani słoń nie posiada okazałego ogona.

W hebrajskim tekście Biblii słowo lewiatan pojawia się sześć razy (Księga Hioba 3:8; 41:1; Psalm 74:14; 104:26; Księga Izajasza 27:1). Niektórzy sądzą, że mowa jest o krokodylu, ale opis biblijny do tej opinii nie pasuje: "na ziemi nie ma mu równego; jest to stworzenie nieustraszone" (Hioba 41:25), "nawet na to, co wzniosłe, spogląda z góry, on jest królem wszystkich dumnych zwierząt" (Hioba 41:24).

Pogląd, że ludzie mogli spotykać żyjące dinozaury, wydaje się fantastyczny. Ale w ubiegłym roku doniesiono o równie fantastycznym znalezisku. Na stanowisku paleontologicznym w Montanie, gdzie znajdują się szczątki dinozaurów sprzed 68 milionów lat wg przyjętego datowania, znaleziono nie tylko skamieniałości, ale także coś, co ostrożnie określono jako miękkie tkanki, które nie uległy fosylizacji.17 Określono ostrożnie, bo jak bez zawahania się można wypowiedzieć opinie, że przetrwały one 68 milionów lat? A my zapytajmy: może jednak od czasu wyginięcia dinozaurów nie upłynęło aż tyle lat? Może zasady uniformitaryzmu, tak istotne w datowaniu złóż geologicznych, nie są dobrym założeniem? Może jednak wielka katastrofa wodna, opisana w Biblii jako Potop Noego, jest realnością, którą trzeba brać pod uwagę?

Przypisy:

  1. Jerry COYNE, "The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  2. Richard DAWKINS, "Creationism: God"s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html Zwróćmy uwagę na tytuł artykułu. Dawkins jest autorem powiedzenia, że jeśli ktoś wątpi w teorię ewolucji, to jest albo głupcem, albo chorym umysłowo.
  3. Marshall BERMAN, "Intelligent Design: The New Creationism Threatens All of Science and Society", APS News October 2005, vol. 14, no. 9; http://www.cesame-nm.org/Resources/contributions/050930_Berman.html Por. też Marshall BERMAN, "Intelligent Design Creationism: A Threat to Society Not Just Biology", The American Biology Teacher November/December 2003, vol. 65, no. 9, s. 646-648, http://www.cesame-nm.org/Viewpoint/contributions/ABT_editorial_0311.pdf
  4. Richard DAWKINS, Ślepy zegarmistrz: czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW Warszawa 1994, s. 21.
  5. Tamże, s. 47.
  6. Tamże, s. 27.
  7. Tamże, s. 47.
  8. Richard DAWKINS, "Demiurg kontra Darwin", Newsweek 28.12.2005, s. 124.
  9. Por. DAWKINS, Ślepy zegarmistrz..., s. 475-477.
  10. Tamże, s. 484-485.
  11. Karol DARWIN, O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt, TENŻE, Dzieła wybrane, tom II, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 88.
  12. W tej części wykorzystałem m.in. teksty: Bert THOMPSON, "Spór o dinozaury", Na Początku... 1997, nr 3 (84), s. 50-60; Brad T. BROMLING, "Dinozaury w Biblii?", tamże, s. 60-63; John WOODMORAPPE, "Fossylizacja kości dinozaurów z punktu widzenia młodoziemskiej geologii Potopu", tamże, s. 63-64.
  13. Patrz Paul HOFFMAN, "Asteroid on Trial", Science Digest 1982, vol. 90, No. 6, s. 58-63; "The Great Dyings", Discover May 1984, vol. 5, No. 5, s. 2124, 26-32; Walter ALVAREZ and Frank ASARO, "An Extraterrestrial Impact", Scientific American 1990, vol. 263, No. 4, s. 78-84.
  14. Por. Roger HIGHFIELD, "Experts Clash over Demise of the Dinosaurs:, The Daily Telegraph, 2 February 2006, http://www.telegraph.co.uk/news/main.jhtml?xml=/news/2006/02/02/wdino02.xml&sSheet=/news/2006/02/02/ixnewstop.html
  15. Por. Reginal DALY, Earth's Most Challenging Mysteries, Craig Press, Nutley, NJ 1972, s. 29 i następne. Wymienia on ponad dwadzieścia wyjaśnień zniknięcia dinozaurów.
  16. Patrz na przykład Duane T. GISH, Dinosaurs: Those Terrible Lizards, Creation-Life Publishers, San Diego, CA 1977, s. 55-60; Duane T. GISH, The Amazing Story of Creation from Science and the Bible, Institute for Creation Research, El Cajon, CA 1990, s. 73-75.
  17. Patrz Erik STOKSTAD, "Tyrannosaurus rex Soft Tissue Raises Tantalizing Prospects", Science 25 March, 2005, vol. 307. no. 5717, p. 1852; Mary H. SCHWEITZER, Jennifer L. WITTMEYER, John R. HORNER, Jan K. TOPORSKI, "Soft-Tissue Vessels and Cellular Preservation in Tyrannosaurus rex", Science 25 March 2005, vol. 307, no. 5717, s. 1952-1955; Deirdre Lockwood, "Flexible fossil shows tyrannosaur"s softer side", http://www.nature.com/news/2005/050321/full/050321-13.html; William Mullen, "Break a fossil, look what you learn. A maverick scientist finds possible blood vessels in a T. rex bone, a discovery that could unlock many mysteries of dinosaurs", Chicago Tribune March 25, 2005, http://www.chicagotribune.com/news/local/chi-0503250246mar25,1,4542402.story?coll=chi-news-hed&ctrack=1&cset=true. Patrz też http://news.bbc.co.uk/1/hi/sci/tech/4379577.stm

Proces w Dover

20 grudnia 2005 roku sąd okręgowy w Pensylwanii wydał wyrok w głośnej sprawie dotyczącej programu nauczania w amerykańskich szkołach publicznych. Na temat samej rozprawy i wydanego wyroku wypowiedziano wiele mylących twierdzeń. Przede wszystkim wmawiano niezorientowanym czytelnikom, że proces dotyczy zastąpienia teorii ewolucji przez kreacjonizm:

     Zamiast powszechnie wykładanej teorii ewolucji Darwina teoria o stworzeniu życia przez Boga? Taką możliwość rozważa zarząd edukacji amerykańskiego stanu Kansas. O tym, która teoria stanie się obowiązującą w stanie Kansas, zadecyduje tygodniowe przesłuchanie [...]. Jednak już dziś nie brakuje głosów, że skład sędziowski zarządu [...] zabroni nauczania teorii Darwina.1 

Ta wypowiedź pochodziła z okresu, kiedy jeszcze w pewnym okręgu w stanie Kansas (nie w całym stanie) dyskutowano nad sprawą, która została później rozstrzygnięta przez radę szkolną, a następnie zaskarżona przez rodziców kilkorga dzieci. Można więc do pewnego stopnia usprawiedliwić niewiedzę autora. Sprawa była względnie nowa, mało znana, dopiero na jaw wychodziły pewne szczegóły. Wprawdzie jak się coś pisze, to należy dokładnie sprawdzić, ale errare humanum est. Gorzej, że dokładnie ten sam błąd (błąd czy świadome wprowadzanie w błąd czytelników?) powtarzano potem w niezliczonych komentarzach we wszystkich językach świata. Nawet w najpoważniejszej chyba gazecie w Polsce:

     Rodzice ośmiorga uczniów nie chcieli, by ich dzieci uczyły się o kreacjonizmie, i skierowali sprawę do sądu w Harrisburgu [...].Włączenie teorii ?inteligentnego projektu" do programu szkół publicznych (wiele prywatnych już to zrobiło) jest rozpatrywane w innych stanach, takich jak Kansas czy Ohio, a wśród jego zwolenników jest prezydent George W. Bush.2 

Z tych słów czytelnik ma prawo wnioskować, że rozprawa sądowa w Pensylwanii dotyczyła uczenia w szkołach kreacjonizmu albo - nie jest to do końca jasne - teorii inteligentnego projektu. Niewykluczone też, że zdaniem autora różnica między kreacjonizmem a teorią inteligentnego projektu nie istnieje albo jest niewielka. Trzeba przyznać, że ostatnie zdanie artykułu w Rzeczypospolitej poprawnie przedstawia, o co naprawdę chodziło radzie szkolnej okręgu Dover w Pennsylvanii. Brzmiało ono tak:

     Richard Thompson, adwokat władz szkolnych, podkreśla jednak, że do programu nauczania włączono jedynie uwagę, że istnieje alternatywna teoria wyjaśniająca pochodzenie życia na Ziemi, i każdy, kto chce, może się z nią zapoznać w książce ?O pandach i ludziach", która wyjaśnia podstawy ?teorii inteligentnego projektu".

Nie chodziło więc o wyrugowanie nauczania ewolucjonizmu. Nie chodziło nawet o nauczanie obok ewolucjonizmu także kreacjonizmu czy teorii inteligentnego projektu (bo kreacjonizm i teoria inteligentnego projektu to nie jest to samo!). Chodziło jedynie o niewielką, parozdaniową wzmiankę w podręcznikach.

O co naprawdę chodziło Radzie Szkolnej w Dover?
Pod koniec 2004 roku Rada Szkolna okręgu Dover, Pensylwania, uznała, że uczniów, którzy uczą się teorii ewolucji, należy poinformować, że teoria ta ma luki i że luki te stara się wypełnić inna teoria: teoria inteligentnego projektu. W rezultacie w podręcznikach winna znaleźć się następująca informacja:

     Standardy szkolne stanu Pennsylwania wymagają od uczniów poznania Darwinowskiej teorii ewolucji, tak by w końcu zdali oni standardowy test, którego częścią jest wiedza o ewolucjonizmie.

     Ponieważ teoria Darwina jest teorią, jest ona stale sprawdzana w miarę odkrywania nowych faktów. Teoria ta nie jest faktem. Istnieją w niej luki niewypełnione żadnymi faktami empirycznymi. Teorię naukową definiuje się jako dobrze sprawdzone wyjaśnienie, unifikujące szeroki zakres obserwacji.

     Odmiennym od Darwinowskiego ujęciem jest teoria inteligentnego projektu. Jeśli uczniowie będą zainteresowani szczegółami teorii inteligentnego projektu, mogą sięgnąć do podręcznika Of Pandas and People.

     Uczniów zachęca się, by z otwartym umysłem podchodzili do każdej teorii. Sprawę pochodzenia życia szkoła pozostawia samym studentom i ich rodzinom. Ponieważ w okręgu szkolnym obowiązują określone standardy, instrukcje dydaktyczne mają na celu przygotowanie uczniów do zdobycia przez nich pozytywnych ocen.3 

I to wszystko. Cały hałas o rzekomym nauczaniu kreacjonizmu, o wyrzucaniu z programu szkolnego ewolucjonizmu to zasłona dymna. Naprawdę chodziło o te kilka zdań. O wyrażone opinie, że teoria ewolucji ma luki, że istnieje alternatywne ujęcie i że jak ktoś chce, to może sięgnąć po konkretną książkę, by dowiedzieć się o tym ujęciu więcej. Ale jak ktoś tego nie chce robić, to nie musi. Nie było mowy o żadnym nauczaniu ani kreacjonizmu, ani teorii inteligentnego projektu. To teoria ewolucji miała być przedmiotem nauczania. Trzeba było też na końcu zdać test z jej znajomości, ze znajomości teorii ewolucji, nie kreacjonizmu czy teorii inteligentnego projektu. A że mówiono o lukach w teorii ewolucji? Czy to coś złego? Każda teoria ma luki, ?każda teoria pływa w morzu anomalii",4 mawiał Imre Lakatos, wybitny filozof nauki, uczeń Karla Poppera. W cytowanej wzmiance była zachęta, by uczniowie traktowali wszystkie teorie, a więc teorię ewolucji, ale też i teorię inteligentnego projektu, z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, niedogmatycznie - jednym słowem: krytycznie. Najwyraźniej tego już ewolucjonistom było za wiele. Nie po to dzieci naucza się ewolucjonizmu, by traktowały go one jako jedną z wielu teorii, która ma luki i może nawet być nieprawdziwa.

Manipulacje, ciąg dalszy
Przyjrzyjmy się, jak manipulowano w tej sprawie opinią publiczną w Polsce i za granicą. Tomasz Zalewski tak przedstawiał problem:

     Zarząd oświaty stanu Kansas postanowił, że uczniowie mają się uczyć w szkołach tez podważających teorię ewolucji gatunków Darwina. Decyzja toruje drogę do nauczania religijnych koncepcji kreacjonizmu.5  

Podobnie Zalewski pisał już po wydaniu werdyktu w rozprawie:

     W październiku rada szkolna w miasteczku Dover w Pensylwanii nakazała nauczycielom biologii w miejscowych szkołach informować uczniów, że teoria Darwina ?nie jest udowodniona", w związku z czym należy się też zapoznać z teorią ?rozumnego projektu". Podyktowane nauczycielom oświadczenie odsyłało do podręcznika ?rozumnego projektu" [...].6 

Zwróćmy uwagę na kłamliwe stwierdzenie ?należy się zapoznać". Mała zmiana, prawda? Zamiast ?można" mamy ?należy".
W tych artykułach już nie mówiło się o nauczaniu kreacjonizmu, a tylko o nauczaniu jakichś tajemniczych tez, podważających teorię ewolucji (pewnie chodzi o informację o lukach w teorii albo o otwarty umysł). Tezy te mają jakoś ?torować drogę" do nauczania kreacjonizmu - ale jak torować, już nie wiadomo. Zresztą to ?torowanie" ma być w przyszłości, więc co tu można dokładniej powiedzieć? Pewnie jakoś tak, jak w konserwatywnych stanach południowych i środkowego zachodu, gdzie też dokładnie nie wiadomo, jak się to robi:

     Wtorkowa decyzja w Kansas jest jednak już kolejną z serii podobnych podejmowanych w ostatnich latach w USA, gdzie zwłaszcza na konserwatywnym południu i środkowym zachodzie lokalne władze edukacyjne starają się zastępować teorię ewolucji teorią ?rozumnego projektu".7 

W jakich stanach, kiedy oraz w jaki sposób próby takie podejmowano, autor już nie podaje. Podaje natomiast wyświechtany stereotyp o religijnych ignorantach walczących z nauką, ale bez szczegółów, bo po co? I tak wszyscy ?wiedzą", jak jest. Przy okazji autor daje popis swojej stronniczości:

     Głosi ona [teoria inteligentnego projektu], że wszystkie żywe stworzenia, także człowiek, nie rozwinęły się z jednego organizmu, lecz zostały ?zaprojektowane przez bliżej nieokreśloną istotę rozumną". Teoria ta nie precyzuje, że chodzi o Boga, i jej zwolennicy przedstawiają ją jako alternatywną teorię naukową.

     Przeciwnicy ?rozumnego projektu" - w tym przytłaczająca większość naukowców - uważają, że jest to w istocie pogląd religijny, nowa wersja kreacjonizmu, czyli tezy, że świat i wszystkie istoty żywe zostały stworzone w ciągu siedmiu dni przez Boga.8  

Mamy więc następującą sytuację: teoria inteligentnego projektu wprawdzie nie głosi, że projektantem jest Bóg, ale ?przytłaczająca większość naukowców" - oczywiście ewolucjonistów - uważa, że głosi. Chociaż nie głosi, to jednak głosi. A dlaczego ?przytłaczającej większości naukowców" tak zależy, by teoria inteligentnego projektu głosiła to, czego nie głosi? Odpowiedź jest prosta: bo jeśli głosi, to można ją wtedy uznać za fragment religii i skorzystać z zasady oddzielenia państwa i kościoła. Jeśli jest doktryną religijną, to można jej nauczać w kościołach albo prywatnie, ale nie w publicznych szkołach.

Przedstawianie teorii inteligentnego projektu jako odmiany kreacjonizmu jest standardowym zabiegiem ewolucjonistów na całym świecie. Znany biolog, Jerry Coyne, uważa, że ?Teoria inteligentnego projektu [...] jest najnowszym wcieleniem biblijnego kreacjonizmu popieranego przez Williama Jenningsa Bryana w Dayton."9  Przypominam Czytelnikom, że William Jennings Bryan był oskarżycielem w słynnym ?małpim procesie" (Dayton 1925), w którym Johna Scopesa oskarżono o nauczanie ewolucjonizmu.10  A znany ideolog ewolucjonizmu i propagator ateizmu, Richard Dawkins, uważa, że teoria inteligentnego projektu ?to po prostu kreacjonizm z powodów politycznych zamaskowany pod nową nazwą".11  

Zagraniczni dziennikarze, nawet amerykańscy, manipulują opinią publiczną równie skutecznie jak polscy, nawet w czołowych czasopismach. Oto jak sprawę przedstawiał Time:

     W stanie Kansas konserwatywni członkowie rad szkolnych próbują na nowo sformułować obowiązujące w całym stanie standardy nauczania ewolucjonizmu, by znalazła w nich miejsce teoria inteligentnego projektu, będąca współczesną pasierbicą kreacjonizmu.12 

Wprawdzie nie chodziło o nauczanie kreacjonizmu, ale jego ?pasierbicy", cokolwiek to znaczy. I proszę zwrócić uwagę na ten majstersztyk słowny: ?aby znalazła w nich miejsce teoria inteligentnego projektu". Jak rozumie takie słowa zwykły, niezorientowany czytelnik? Czy tak, ze podaje się tylko nazwę teorii i radę dla zainteresowanych, gdzie można znaleźć więcej informacji, jeśli ktoś tego chce? Z całą pewnością nie. Z całą pewnością normalny czytelnik rozumie, że chodzi o nauczanie ?pasierbicy kreacjonizmu".

Przyjrzyjmy się, jak znany popularyzator nauki i zarazem ewolucjonistyczny propagandysta mąci w umysłach swoich polskich czytelników. Marcin Rotkiewicz pisze tak:

     Szkoły publiczne w USA znów stały się polem bitwy między obrońcami teorii ewolucji a chrześcijańskimi fundamentalistami, którzy domagają się, by dzieci nauczano również kreacjonizmu.

     [...] na lekcjach biologii poświęconych teorii ewolucji uczniowie już na wstępie są informowani, iż ?darwinizm nie jest faktem, ale jedynie pełną luk hipotezą; istnieje natomiast alternatywna koncepcja powstania życia na Ziemi i narodzin człowieka, tzw. teoria inteligentnego projektu, którą obszernie omawia książka ?Of Pandas and People? znajdująca się w szkolnej bibliotece". 13 

Jeśli się pisze ?już na wstępie uczniowie są informowani", to czytelnik ma prawo spodziewać się, że na następnych lekcjach będzie tylko gorzej, że zamiast teorii ewolucji dzieci będą poznawały kreacjonizm. Ma prawo się tego spodziewać, bo pierwsze zdania artykułu mówią wyraźnie o chrześcijańskich fundamentalistach, którzy chcą nauczania kreacjonizmu. A tymczasem na następnych lekcjach, jak widzieliśmy, uczniowie mieli się już uczyć tylko teorii ewolucji i zdać test tylko z jej znajomości. Parozdaniowa informacja była wszystkim, co tak wzburzyło ewolucjonistów. Jak widać, ewolucjoniści nie znoszą, by ktokolwiek, nawet w paru zdaniach, wspominał o lukach w tej teorii i traktowaniu jej z otwartym umysłem. Fizycy, astronomowie, chemicy, geologowie, prawie wszyscy przyrodnicy, nie mają nic przeciwko temu, by wspominać o lukach w ich teoriach. Wszyscy, tylko nie ewolucjoniści. Teoria ewolucji ma być jak żona cezara niezależnie od tego, jak jest naprawdę.

Nie ma się co dziwić, że zasłużona w manipulowaniu polską opinią publiczną Gazeta Wyborcza już po wydaniu werdyktu sędziowskiego nadal ?trzymała linię" zajętą przez ewolucjonistów całego świata:

     Sędzia federalny w USA zakazał uczenia w szkołach teorii uznającej Boga za autora procesu ewolucji. W przynajmniej 20 stanach trwają próby wprowadzenia elementów kreacjonizmu na lekcje biologii w szkołach publicznych.14  

Wprawdzie sędzia rzeczywiście zakazał, ale autor tekstu nie dodał, że teoria inteligentnego projektu nie mówi o Bogu i że nikt nie dążył do tego, co sędzia zakazał Utrwalił w ten sposób w umysłach czytelników Gazety Wyborczej fałszywy stereotyp ?wojny o Darwina".

Orzeczenie sądu w Dover
Cytowana wcześniej parozdaniowa informacja na temat luk w teorii ewolucji, istnieniu teorii inteligentnego projektu, o której można poczytać w książce Of Pandas and People oraz o potrzebie podchodzenia do każdej teorii z otwartym umysłem, została uznana przez sędziego za niezgodną z konstytucją amerykańską (dokładniej: z tzw. pierwszą poprawką do konstytucji), ponieważ rodzice i uczniowie mogliby ją rozumieć jako popieranie religii przez państwo. Orzeczenie sędziego Jonesa liczy sobie 139 stron,15  wypełnione jest informacjami na temat prawnych precedensów i zawiłymi rozumowaniami, ale niesie bardzo wyraźne przesłanie. System prawny Stanów Zjednoczonych nie będzie tolerował ataków na nauczanie ewolucjonizmu, temat religii nie ma miejsca w amerykańskich szkołach, a wierzący w Stwórcę są naiwnymi fanatykami.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nastąpiło charakterystyczne odwrócenie ról. Na początku lat 1920-tych wierzący potępiali dogmatycznie teorię ewolucji i odmawiali jej prawa wstępu do szkół. Dzisiaj ewolucjoniści używają tamtego języka wobec kreacjonistów i zwolenników inteligentnego projektu. Wygląda to tak, jakby ślepa wiara w ewolucję sama stała się religią. Z orzeczenia sędziego Johna E. Jonesa III wynika, że wiara w ewolucję jest fundamentem społeczeństwa amerykańskiego. Nie wszyscy jednak ewolucjoniści są do końca zadowoleni z orzeczenia. Wprawdzie sędzia zakazał nawet wzmianki o teorii inteligentnego projektu, ale nie zakazał dyskutowania o niej na lekcjach nauk społecznych. Już pojawiły się głosy, że Bóg i religia powinny być całkowicie zakazane w szkołach.16  Przypomina to pomysł Orwella, że jeśli wyeliminuje się z języka słowa, opisujące pewne idee, to idee te wkrótce przestaną istnieć.

Przypisy:

  1. ?Zbyt konserwatywni na Darwina", http://www.racjonalista.pl/index.php/s,11/t,4195
  2. Piotr Gillert, ?Bóg, Darwin i szkoły", Rzeczpospolita, 28.09.2005, Nr 227, http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050928/swiat/swiat_a_2.html?k=on;t=2005092820050928
  3. ?Tammy Kitzmiller, et al. v. Dover Area School District, et al.", Case No. 04cv2688, s. 1-2, www.pamd.uscourts.gov/kitzmiller/kitzmiller_342.pdf; ?The Orignal Statement by the Dover School Board", The New York Times December 20, 2005, http://www.nytimes.com/2005/12/20/national/text-dover.html
  4. Anomalie to fakty niezgodne z teorią. Uczeni, którzy akceptują daną teorię, starają się anomalie wyjaśnić. Często im się to po jakimś czasie udaje. Ale nie zawsze. Jeśli jakieś ważne anomalie uporczywie nie dają się usunąć, uczeni mogą zniechęcić się do panującej teorii i uznać, że należy poszukiwać nowej, lepszej.
  5.  Tomasz Zalewski, "Szkoły w Kansas walczą z teorią Darwina", środa, 9 listopada 2005, http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1356&wid=8086252&rfbawp=1131578650.759&ticaid=1841
  6. Tomasz Zalewski, "Sąd przychylił się ku Darwinowi", wtorek, 20 grudnia 2005, http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,wid,8128735,wiadomosc.html
  7. Zalewski, "Szkoły w Kansas...".
  8. Tamże.
  9. Jerry Coyne, ?The Case Against Intelligent Design. The Faith That Dare Not Speak Its Name", The New Republic 22 August, 2005, http://www.tnr.com/doc.mhtml?i=20050822&s=coyne082205&c=1
  10.  O procesie tym pisałem dużo we wrześniowym numerze Idź pod prąd (nr 9, s. 8-9, http://creationism.org.pl/Members/miepaj/moje/meandry/Meandry006/document_view) i trochę w paź­dzier­ni­ko­wym numerze Idź pod prąd (nr 10, s. 8), http://www.podprad.knp.lublin.pl/archiwum-2.php?idg=84&tyt=NAUKA%20%20%20A%20%20%20BIBLIA:%20Meandry%20sporów%20o%20pochodzenie%20%20cz.%207
  11. Richard Dawkins, ?Creationism: God?s Gift to the ignorant", The Times May 21, 2005; http://www.timesonline.co.uk/article/0,,592-1619264,00.html
  12. Charles Krauthammer, ?Let's Have No More Monkey Trials. To teach faith as science is to undermine both", Time Aug. 01, 2005, http://www.time.com/time/columnist/krauthammer/article/0,9565, 1088869,00.html
  13. Marcin Rotkiewicz, ?Ten diabeł Darwin! Wiara czy ewolucja?", Polityka 2005, nr 46, http://wiadomosci.onet.pl/1259421,242,kioskart.html
  14. Marcin Gadziński, ?USA: zakaz nauczania teorii inteligentnego projektu", Gazeta Wyborcza 22.12.2005 r., http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34254,3079652.html
  15. http://www.pamd.uscourts.gov/kitzmiller/kitzmiller_342.pdf
  16. Por. Frank Dunkle, ?Intelligent Design v. Evolution: The Latest Battle in the Culture Wars", World News & Prophecy January 2006, vol. 9, no. 1, s. 3.

Zmarł Henry M. Morris, odnowiciel współczesnego kreacjonizmu


25 lutego b.r. w szpitalu pod San Diego w Kalifornii zmarł Henry M. Morris. Miał 87 lat. Z wykształcenia inżynier, posiadał doktorat z inżynierii wodnej, pracował na kilku świeckich uczelniach amerykańskich, m.in. przez 13 lat kierował wydziałem w Virginia Polytechnic Institute, Blacksburg, Virginia. To od wydania jego książki w 1961 roku, The Genesis Flood (Potop z Księgi Rodzaju), historycy datują odrodzenie ruchu kreacjonistycznego zniszczonego, wydawałoby się, do samych fundamentów przez Darwina i jego następców. Morris od 1970 roku poświęcił się wyłącznie kreacjonizmowi, pracując głównie w założonym przez siebie Instytucie Badań Kreacjonistycznych (Institute for Creation Research) w El Cajon, w pobliżu San Diego, w południowej Kalifornii.

1959 - rok Darwina
Zaledwie dwa lata przed wydaniem The Genesis Flood obchodzono z wielką pompą stuletnią rocznicę wydania głównego dzieła Darwina, O powstawaniu gatunków. Kreacjonizm wydawał się zepchnięty na kompletny margines. Przyznawali się do niego tylko członkowie niewielkich grup religijnych, z reguły ludzie niewykształceni i z pobudek religijnych, nie naukowych. Oczywiście były wyjątki od tej reguły, ale w I połowie XX wieku kreacjonistów, którzy byli w stanie coś opublikować, można było policzyć zaledwie na palcach obu rąk. Ewolucjoniści jawnie tryumfowali. Oto kilka wypowiedzi Sir Juliana Huxleya z przemówienia wygłoszonego 26 listopada 1959 roku (w dokładną setną rocznicę wydania dzieła Darwina) na Uniwersytecie w Chicago:

[...] wszystkie aspekty rzeczywistości są podporządkowane ewolucji, od atomów i gwiazd do ryb i kwiatów, od ryb i kwiatów do ludzkich społeczeństw i wartości - faktycznie cała rzeczywistość jest jednym wielkim procesem ewolucji.

[...] W ewolucyjnym wzorcu myślenia nie ma już ani potrzeby, ani nawet miejsca na element nadprzyrodzony. Ziemia nie została stworzona, lecz wyewoluowała. Podobnie zwierzęta i rośliny, które ją zamieszkują, w tym i ludzie, umysł i dusza, jak też mózg i ciało. Także religia.

[...] Człowiek ewolucyjny nie może już nadal uciekać od swej samotności w ramiona istniejącego tylko w wyobraźni boskiego ojca, którego sam stworzył, czy uciekać od odpowiedzialności związanej z podejmowaniem decyzji, chroniąc się pod parasolem Boskiego Autorytetu, ani też unikać stawiania czoła aktualnym problemom, planując swą przyszłość zgodnie z wolą wszechwiedzącej, ale - niestety - zagadkowej, Opatrzności.

[...] W końcu, wizja ewolucyjna umożliwia nam dostrzec, przynajmniej w zarysie, cechy nowej religii, jaka z pewnością powstanie, by zaspokajać potrzeby nadchodzącej epoki. 1

Huxley nie był byle kim. To jeden z twórców współczesnej syntezy ewolucyjnej, czyli neodarwinizmu (według którego ewolucja następuje przez przypadkowe mutacje i dobór naturalny). W takiej atmosferze intelektualnej przyszło Morrisowi walczyć o uznanie wiarygodności kreacjonizmu. Wszystkie książki napisane na cześć Darwina i seminaria gloryfikujące myśl ewolucyjną głosiły śmierć kreacjonizmu. Nawet American Scientific Affiliation, organizacja zrzeszająca amerykańskich uczonych, przyznających się do wiary w Boga, skapitulowała wobec teistycznego ewolucjonizmu. Prawie wszystkie chrześcijańskie college'e i seminaria duchowne poszły ich śladem. Te kilka z nich, które nadal odrzucały teistyczny ewolucjonizm, nauczały albo progresywnego kreacjonizmu (stworzenie odbywało się etapami co wiele milionów lat), albo teorii luki czasowej (między pierwotnym stworzeniem Wszechświata a stworzeniem życia naZiemi istniała potężna, może nawet wielomiliardoletnia, luka czasowa).

Współpraca
Ale w tym samym roku 1959 Morris ukończył wstępną wersję książki, która przyczyniła się w decydującym stopniu do odrodzenia kreacjonizmu - tylko już nie wśród teologów, lecz uczonych-przyrodników. Książką tą był The Genesis Flood (Potop z Księgi Rodzaju). Jej współautorem był biblista, specjalizujący się w problematyce Starego Testamentu, John C. Whitcomb.

Whitcomb po ukończeniu studiów historycznych w 1948 roku zaczął studiować teologię. Morris i Whitcomb spotkali się osobiście w 1953 roku na zjeździe American Scientific Affiliation. Morris przedstawił na nim referat pt. "Biblical Evidence for a Recent Creation and Universal Deluge" (Biblijne dowody na rzecz niedawnego stworzenia i powszechnego potopu). Whitcomb w napisanym zaraz potem liście do Morrisa wyraził swoje uznanie dla treści referatu. Jego zdaniem wnioski, do których Morris doszedł, są całkowicie zgodne z Biblią i powinny być w przyszłości poparte przez rzetelne świadectwo geologiczne. Tak rozpoczęła się ich przyjaźń, której punktem kulminacyjnym było późniejsze wspólne autorstwo The Genesis Flood. Gdy w 1955 roku Whitcomb podjął decyzję, by pisać pracę doktorską z teologii na temat ogólnoświatowego potopu, zwrócił się do Morrisa o pomoc, o dane bibliograficzne i szczegółowe sugestie.

Morris należał do tych kreacjonistów, którzy troskliwie przez lata przygotowywali się do kompetentnego zajmowania się kreacjonizmem. Już w 1947 roku zdecydował się pracować nad doktoratem z hydrologii, z uboczną specjalnością w geologii. Uważał, że takie połączenie umożliwi mu stworzenie rzetelnego ujęcia geologii potopu (geologia potopu była wcześniej rozwijana przez niektórych kreacjonistów, ale w połowie XX wieku ich ujęcia były już przestarzałe.) Maszynopis książki Morrisa na temat Potopu Noego, gdy Whitcomb zwrócił się do niego o pomoc i sugestie, obejmował 4 rozdziały liczące ok. 300 stron.

W 1957 roku Morris, po pracy na kilku amerykańskich uczelniach, przeniósł się do Virginia Polytechnic Institute, gdzie zaczął kierować wydziałem inżynierii niewojskowej. W tym samym roku Whitcomb obronił doktorat z teologii na temat potopu. Morris uznal, że pierwsze rozdziały pracy Whitcomba na temat biblijnych i historycznych aspektów Potopu były znakomite, ale pozostałe rozdziały w gruncie rzeczy streszczały jedynie argumenty jednego z dawniejszych teoretyków geologii potopu (George'a McCready Price'a). Były więc przestarzałe, gdyż od publikacji Price'a upłynęło 30 lat. Whitcomb nie miał jednak odpowiedniego przygotowania fachowego, by tę część swojej pracy uaktualnić. Obaj panowie uznali więc, że najlepszym wyjściem będzie napisanie wspólnej książki, w której Morris napisze dwa 50-stronicowe rozdziały kolejno na temat krytyki uniformitaryzmu geologicznego oraz przedstawiając zarys biblijnej ramy roboczej dla danych z geologii historycznej.

Ostatecznie jednak Morris przygotował 350 stron książki, a Whitcomb - 150. Whitcomb był autorem pierwszych czterech rozdziałów i dwu dodatków, a Morris - pozostałych trzech rozdziałów. Ale czytali wzajemnie przygotowywane przez siebie rozdziały i sugerowali wiele poprawek. Książka była naprawdę ich wspólnym tworem.

Pracę nad nią powinno się datować od 1947 roku, gdy Morris rozpoczął swój rękopis nigdy nieopublikowanej książki Creation and Destruction of the World (Stworzenie i zniszczenie świata). Whitcomb pisał swoją pracę doktorską od 1955 roku. Ostatecznie The Genesis Flood wydano w 1961 roku.

Zanim to się stało, Morris wysyłał rękopis do niektórych znanych sobie uczonych, aby zapoznać się z oceną tak wielu kompetentnych naukowców, na ile to możliwe. Lista uczonych w podziękowaniach, przytoczonych w książce, obejmuje nazwiska 21 przyrodników, 9 teologów i 2 filologów. W ten sposób utworzyła się początkowo nieformalna dyskusyjna grupa korespondencyjna, która w końcu przekształciła się w Creation Research Society (Towarzystwo Badań nad Stworzeniem). CRS to najpoważniejsza dziś organizacja kreacjonistyczna na świecie, do której należeć mogą tylko te osoby, które ukończyły studia wyższe z jakiejś dziedziny nauki. Wydanie książki w 1961 roku powszechnie uchodzi za punkt zwrotny w historii kreacjonizmu. 2 A jej wpływ można zauważyć choćby w tym, że przez następne kilkadziesiąt lat była ciągle wznawiana. 3 Łączna liczba wydanych egzemplarzy wynosi kilkaset tysięcy. 4

Antynaturalizm
Książka została napisana w sposób nie do zaakceptowania przez współczesnych uczonych. Ma charakter naukowy (ewolucjoniści powiedzieliby: z pozoru naukowy), mianowicie wypełniona jest argumentami z nauk przyrodniczych, ale zaczyna się od przyjęcia słownej nieomylności Pisma Świętego. Jak autorzy wyjaśnili we wstępie, argumenty zawarte w książce oparte są na założeniu, że Biblia jest prawdziwa. Nie używając współczesnej terminologii filozoficznej, autorzy odrzucili więc powszechnie akceptowany postulat naturalizmu metodologicznego, według którego w nauce nie wolno odwoływać się do przyczyn nadprzyrodzonych. Naturalizm jest więc połączeniem materializmu i praktycznego ateizmu. Nie głosi nieistnienia Boga, ale tak funkcjonuje, jakby Go nie było. Morris uważał, że jeśli Bóg istnieje i działa w świecie, to założenie, że w nim nie działa, musi prowadzić do fałszywych wniosków. Jeśli celem nauki jest dociekanie prawdy o świecie, to nauka nie może udawać, że nic nie wie o aktywności stwórczej Boga. W szczególności nauka nie może zakładać, że aktywności tej nie było.

Więcej - jeśli aktywność Boża w świecie została poprawnie opisana w Piśmie Świętym, to wyniki badań naukowych nie tylko nie mogą tej prawdzie zaprzeczać, ale nawet mogą i powinny być wsparte przez te faktualne twierdzenia, jakie znaleźć można w Biblii. Biblijny opis stworzenia i potopu uznać można za wyznaczenie terenu, na którym dopiero można prowadzić rzetelne, to jest nakierowane na prawdę, badania naukowe, uszczegóławiające ogólne z natury rzeczy twierdzenia Biblii. Poszukiwania naukowe winny być tak prowadzone, aby dopasowywać się do tych ogólnych biblijnych ram. Postawę badawczą Morrisa i Whitcomba uznać więc można za fundamentalizm - uznanie priorytetu poznawczego Biblii nad badaniem naukowym.

Trzeba pamiętać, że książka została napisana dla chrześcijan, a nie dla świata jako takiego, zwłaszcza tego zeświecczonego. Jej podstawową przesłanką była nieomylność Słowa Bożego. A jej celem było wezwanie tych chrześcijan, którzy akceptowali autorytet Biblii, by powrócili do prawdziwego kreacjonizmu. Trzeba bowiem pamiętać, że nawet wśród biblijnych chrześcijan w połowie XX wieku niewielu było takich, którzy wierzyli, że Biblia naprawdę mówi to, co jest w niej napisane. Przeważały poglądy, że dni stworzenia należy interpretować niedosłownie, jako epoki, a sam Potop Noego miał ograniczony zasięg. Zdaniem autorów książka wykazała rozstrzygająco, że Biblia naucza niedawnego stworzenia i potopu, który zniszczył poprzednio istniejący świat. Nie można pogodzić Biblii czy to z teorią potopu lokalnego, który miał miejsce na przykład jedynie na terenie Mezopotamii, czy z teorią co prawda potopu globalnego, ale przebiegającego spokojnie. Opis biblijny ogólnoświatowego kataklizmu, wodnej katastrofy ogarniającej i niszczącej cały poprzednio istniejący świat, należy przyjąć jako rzeczywisty opis historyczny. Wynika z niego, oczywiście, że dane geologiczne były w głównym nurcie nauki niewłaściwie interpretowane - tak, aby umożliwić zaakceptowanie długotrwałych epok geologicznych bez globalnego potopu. Jeśli jednak potop naprawdę miał miejsce, co Biblia wyraźnie opisuje, to wynika z tego, że wiele, a może nawet większość formacji geologicznych musiała powstać pod jego wpływem. Autorzy próbowali wykazać, że dane geologiczne można tak zinterpretować, by dopasować je do twierdzeń biblijnych, ale ciągle podkreślali, że ich wnioski geologiczne są tymczasowe, próbne, podatne na modyfikację pod wpływem wyników dalszych badań, o ile tylko przyjmie się, że nie można zmienić podstawowych nauk biblijnych na temat globalnego kataklizmu. Wszystkie fakty odkryte przez geologię i inne nauki przy poprawnym ich zinterpretowaniu muszą potwierdzić rzeczywisty charakter stworzenia i potopu. Prawdą jest, że te same fakty uczeni głównego nurtu interpretują inaczej, ale jest to wynik wcześniejszego zaangażowania po stronie naturalizmu. Jeśli apriorycznie przyjmiemy, że Bóg nie działał stwórczo w dziedzinie empirycznej i że biblijne opisy potopu nie są prawdziwe, to musimy dojść do wniosku, że Wszechświat jest stary, że warstwy geologiczne Ziemi powstawały w ciągu milionów lat i że wszystkie organizmy żywe musiały wyewoluować. Tyle że wnioski te zawarte są już we wcześniej przyjętych założeniach. Moc ewolucjonizmu wypływa z jego metodologii.

Ewolucjoniści zwykle krytykują fakt, iż Morris (i inni kreacjoniści) czerpią z Biblii najogólniejszą ramę roboczą dla późniejszych analiz naukowych. Założenie, iż świat został stworzony ok. 10 tys. lat temu i że parę tysięcy lat później miał miejsce ogólnoświatowy potop, uważają za niedopuszczalną ingerencję religii w sprawy nauki. Jednak należy zauważyć, że oba założenia - Wszechświat został stworzony i Wszechświat nie został stworzony - mają tę samą moc. Jeśli pierwsze jest niedopuszczalną ingerencją religii w sprawy nauki, to drugie jest niedopuszczalną ingerencją ateizmu w sprawy nauki. Ale jedno z tych założeń musi być prawdziwe, a bez któregoś z nich nie da się uprawiać nauki.

Ktoś niezorientowany mógłby sądzić, że nauka może obyć się bez tych założeń, że może dopiero na drodze badań naukowych ustalić, które z nich jest prawdziwe. Ale to złudzenie. Nie da się uprawiać nauki bez przyjęcia jednego lub drugiego założenia. Zanim zaczniemy poszukiwać przyczyn dla zjawisk z otaczającego nas świata, musimy rozstrzygnąć - arbitralnie - gdzie tych przyczyn będziemy poszukiwali. Naturalistycznie zorientowani uczeni poszukują ich w samym świecie, odrzucając możliwość przyczyn nadnaturalnych. Tę możliwość odrzuca się, zanim jeszcze rozpocznie się jakiekolwiek badania. Nauka nie dowodzi, bo nie może tego zrobić, prawdziwości naturalizmu. Naturalizm można tylko założyć albo go odrzucić.

Skoro jedni uczeni mogą z góry wykluczać stwórcze działanie Boga, to inni, zwłaszcza wierzący w Pismo Święte chrześcijanie, mogą, a nawet powinni przyjmować założenie przeciwne. Jedynym sposobem argumentowania, która z obu omawianych postaw jest lepsza, są osiągane wyniki. Który system wiedzy - naturalistyczny czy nadnaturalistyczny - ma mniej kłopotów z wyjaśnianiem świata? Który jest bardziej spójny? Który jest prostszy? Który jest bardziej owocny?

Niestety, taka porównawcza ocena nie jest tak prosta, jak się może wydawać. Nie jest prosta, gdyż obie rywalizujące strony przywiązują inne znaczenie dla zalet i wad głoszonych przez siebie i przez adwersarzy systemów wiedzy. Dla kreacjonistów kluczową wartością jest zgodność z Biblią, podczas gdy dla naturalistów nie ma ona żadnej wartości. I odwrotnie: brak odwoływania się do czynników nadprzyrodzonych, podstawowa w opinii naturalistów zaleta systemu naturalistycznego, jest wadą w oczach kreacjonistów. Obie strony nie tylko głoszą inne aktualne twierdzenia na temat rzeczywistości. Przyjmują one także inne kryteria wydawania ocen, wartościowania wygłaszanych twierdzeń, co praktycznie uniemożliwia rzeczową dyskusję na temat wartości całych systemów wiedzy. Możliwe są tylko dyskusje cząstkowe, dla których uda się znaleźć wspólną płaszczyznę.

Systematyka kreacjonizmów
Henry M. Morris ustanowił dzisiejszy obraz standardowego kreacjonisty. Zanim zaczął swoją działalność, większość kreacjonistów traktowała opis biblijny niedosłownie i uznawała starożytność Ziemi i Wszechświata. Byli to więc kreacjoniści starej Ziemi. Spór o wiek Ziemi to najpoważniejszy spór w łonie kreacjonizmu. Kreacjoniści młodoziemscy uważają, że zawarte w Biblii chronologie nie pozwalają na tradycyjne datowania wieku Ziemi i Kosmosu. Wprawdzie chronologie te nie są kompletne, ale nie na tyle, by wiek Ziemi liczyć w miliardach lat. Jeśli zsumowanie podawanych okresów życia patriarchów biblijnych daje ok. 6 tys. lat, to istniejące luki w chronologiach pozwalają wydłużyć ten wiek do ok. 10 tys. lat (najodważniejsi kreacjoniści młodoziemscy mówią o ok. 15 tys. lat). Ponieważ ewolucjoniści, zwalczając młody wiek Ziemi, powołują się na rozmaite datowania radiometryczne, kreacjoniści poświęcają wiele wysiłku krytyce tych metod. 5

Zdaniem Morrisa świat powstał z niczego wskutek Boskiego "niech się tak stanie". Odrzuca tym samym pogląd tzw. kreacjonistów progresywnych, według których nowe organizmy żywe powstawały dzięki indukowanym przez Boga rearanżacjom materiału genetycznego. Bóg w ujęciu Morrisa jest Bogiem Stwórcą, a nie inżynierem genetycznym.

Należy też pamiętać o rozróżnianiu kreacjonistów biblijnych od kreacjonistów naukowych. Ci pierwsi uzasadniają szczegółowe twierdzenia, odwołując się do analiz biblijnych - w ten sposób można wykazać, jak nazywali się pierwsi rodzice lub ile osób uratowało się w czasie potopu. Kreacjoniści naukowi zaś prawdziwość swoich twierdzeń uzasadniają odwołując się wyłącznie do badań empirycznych. Kwalifikacji tej nie zmienia fakt, iż to Biblia ustala najogólniejszą ramę roboczą badań kreacjonistycznych.

Dziedzictwo i przyszłość
Henry M. Morris zmarł. Ale prąd intelektualny, do odrodzenia którego w decydujący sposób się przyczynił, trwa i rozwija się. Przypisy:

  1. Sir Julian HUXLEY, "The Evolutionary Vision: The Convocation Address", w: Sol TAX and Charles CALLENDER (eds.), Evolution after Darwin. The University of Cicago Centennial, vol. III. Issues in Evolution. The University of Chicago Centennial Discussions, The University of Chicago Press 1960, s. 249-261.
  2. Por. Ronald L. NUMBERS, "Creationism in 20th Century America", Science 5 Nov. 1982, vol. 218, s. 542.
  3. Mój własny egzemplarz z 1998 roku pochodzi z 42-go wznowienia.
  4. Por. Ronald L. NUMBERS, The Creationists. The Evolution of Scientific Creationism, University of California Press, Berkeley - Los Angeles - London 1992, s. 209.
  5. Najpoważniejsze prace tego rodzaju to John Woodmorappe, The Mythology of Modern Dating Methods, Institute for Creation Research, El Cajon 1999 oraz Larry Vardiman, Andrew A. Snelling, Eugene F. Chaffin (eds.), Radioisotopes and the Age of the Earth. A Young-Earth Creationist Research Initiative, Institute for Creation Research, El Cajon and Creation Research Society, St. Joseph 2000.

Dlaczego Bóg stworzył pasożyty?

Przeciwnicy idei stworzenia często uzasadniają swoje poglądy, wskazując na istnienie pasożytów w świecie ożywionym. Istnieją takie organizmy, które jedynie wykorzystują inne organizmy, często z fatalnym skutkiem dla tych drugich. Jeśli Bóg jest stwórcą przyrody - argumentują przeciwnicy stworzenia - to stworzył także pasożyty. Jak istnienie pasożytów można pogodzić z wiarą w kochającego Boga? Czy wszechmocny i kochający Bóg stworzyłby tak odrażające gatunki organizmów?

Istnieją współcześnie teologowie, którzy rozwiązują ten problem (i ogólniej: problem zła w świecie), kwestionując wszechmoc Bożą. To teologowie procesu. Postrzegają oni świat i zasady nim rządzące jako pierwotne. Bóg, ich zdaniem, ma być uwarunkowany tymi zasadami, jest czynnikiem kierującym, który prowadzi świat, lecz jest ograniczony owymi bardziej podstawowymi zasadami. Alfred North Whitehead, wybitny logik, matematyk i filozof, ojciec teologii procesu, był wielkim zwolennikiem Platona. A według Platona to, co pierwotne, to nie osobowy stwórca, lecz doskonałe, odwieczne, niezmienne i ogólne idee, formy, które za sprawą Demiurga (boga-budowniczego świata) znajdują niedoskonałe odzwierciedlenie w przyrodzie. Teologia procesu rozwiązuje problem obecności zła w świecie, ale za cenę rezygnacji z wszechmocy Boga: Bóg jest życzliwy, ale nie jest wszechmocny, chce dobrze, ale w dużej mierze po prostu nie potrafi zapobiec złu. Problem takiego rozwiązania polega na tym, że teologia procesu nie jest teologią chrześcijańską. Dla tej ostatniej bowiem ostateczną rzeczywistością jest Bóg, a nie cokolwiek innego - Bóg, który jest wszechmocny i wolny w swoim stwórczym działaniu.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego istnieją pasożyty, skoro stwórcą świata jest kochający i wszechmocny Bóg, składa się z dwóch części. Dziś zajmiemy się pierwszą z nich.

Upadek
Przede wszystkim należy zauważyć, że świat, jaki obserwujemy wokół siebie, nie jest tym światem, jaki Bóg stworzył. Bóg stworzył świat doskonały. Biblijny opis stworzenia wielokrotnie powtarza znamienne słowa po aktach stwórczych dokonanych w poszczególnych dniach stworzenia: “I widział Bóg, że [rezultaty stworzenia] były dobre". W stworzonym świecie nie było nieporządku, bólu,cierpienia, chorób, walki o byt, dysharmonii i grzechu. A przede wszystkim nie było śmierci. Obecny świat w niewielkim tylko stopniu przypomina tamten. Wszystko chyli się ku upadkowi. Zwierzęta stale walczą z innymi zwierzętami oraz z chorobami. Obowiązuje powszechna zasada starzenia się i śmierci. Dotyczy to także człowieka, zarówno w aspekcie indywidualnym, jak i zbiorowym. Państwa, a nawet całe cywilizacje, powstają, istnieją przez jakiś czas i upadają. Łatwiejsze jest popełnianie zła niż dobra. Świat jest pełen nienawiści, egoizmu, przestępstw, wojen. Stało się coś złego z doskonałym Bożym stworzeniem.

Odpowiedź na pytanie, co się stało, znajdujemy w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju. Paweł apostoł tak mówi o tym rozdziale:

A to dlatego - jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli. (Rzym. 5,12)

A nieco dalej:
Całe bowiem stworzenie zostało poddane marności - nie z własnej chęci, ale z woli Tego, który je poddał - w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. (Rzym. 8,20-22)

Grzech wszedł na świat przez człowieka. Ale w pierwotnej naturze człowieka nie było niczego, co mogłoby go skłonić do grzechu. Czynnikiem sprawczym musiał być ktoś inny. Biblia mówi o wężu, a dokładniej: o złym duchu, który używał ciała węża. Później tego “węża starodawnego" Biblia utożsamia z diabłem i szatanem (Obj. 12:9; 20:2), kierującym buntem aniołów przeciwko Bogu.

Lucyfer
Zastępy aniołów (posłańców Bożych) zostały stworzone przypuszczalnie pierwszego dnia (na temat daty ich stworzenia Biblia milczy) do bardzo wielu posług wokół tronu Bożego. Byli oni bardzo zróżnicowani co do “mocy i zwierzchności". Bibliści przypuszczają, że o największym z tych duchowych stworzeń mówią fragmenty dwu ksiąg starotestamentowych: Izajasza 14,12-15 oraz Ezechiela 28,11-19. Pierwszy z tych fragmentów jest wzięty z kontekstu mówiącego o królu Babilonu, ale pewne stwierdzenia wydają się wykraczać poza to, co można powiedzieć o ziemskim królu (“spadłeś z niebios, Jaśniejący, Synu Jutrzenki"). Drugi fragment dotyczy króla Tyru, ale także pewne stwierdzenia wykraczają daleko poza to, co można o nim powiedzieć (“mieszkałeś w Edenie", “byłeś doskonały w postępowaniu swoim od dni twego stworzenia"). Chociaż Lucyfer został stworzony, jak i inni aniołowie, “do usług (...) na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie" (Hebr. 1,14), serce jego stało się wyniosłe (Ezech. 28,17) i zaczął myśleć, że sam mógłby stać się Bogiem (Izaj. 14,14). Ponieważ znalazła się w nim nieprawość (Ezech. 28,15), spadł z nieba jak błyskawica (Łuk. 10,18), został rzucony na ziemię (Ezech. 28,17), a ostatecznie zostanie wrzucony w ogień wieczny (Mat. 25,41).

Zwiedzenie
Szatan pod postacią węża zaczął delikatnie swoje zwiedzenie od poddania w wątpliwość słowa Bożego: “Czy to prawda, że Bóg powiedział?" Pytanie dotyczyło oczywistej nieprawdy: “Czy to prawda, że Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze WSZYSTKICH drzew tego ogrodu?" (Rdz 3,1). I Ewa, oczywiście, zapewniła go w odpowiedzi, że się myli. Jednak samo wdanie się w rozmowę z Szatanem wywarło na nią niszczycielski wpływ. Przedstawiając słowa Boga, zarówno dodała coś do nich, jak i ujęła z nich. Powiedziała: “Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy", podczas gdy Bóg powiedział, że mogą według upodobania spożywać z wszelkiego drzewa tego ogrodu (Rdz2,16). Bóg powiedział też, że nie wolno jeść z drzewa poznania dobra i zła (Rdz 2,17), ale Ewa dodała “a nawet go dotykać", co było już jej własnym dodatkiem. Historia ta pokazuje, jak niebezpieczne jest zarówno dodawanie czegoś do słów Boga, jak i odejmowanie od nich.

Ale Szatan nie zadowolił się zmianą słów Boga. Poszedł dalej. Zaprzeczył im: “Na pewno nie umrzecie! (...) tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło". Ta pokusa “będziecie jak Bóg" to dokładnie ta sama pokusa, której sam uległ, gdy się zbuntował przeciwko Bogu. Ten schemat również powtarza się w całej późniejszej historii człowieka: zaczyna się od kwestionowania słowa Bożego lub tego, że Bóg jest dobry, a kończy się stawianiem człowieka na piedestale, deifikacją człowieka, kiedy człowiek sam sobie ustala standardy prawdy i sprawiedliwości.

Skuteczność działania Szatana polega na tym, że jego obietnice są częściowo prawdziwe. Oczy naszych prarodziców się otworzyły i poznali dobro i zło - tyle, że nie jak Bóg. Warto o tym pamiętać, gdy rozpatrujemy spór ewolucjonizm-kreacjonizm. Gdyby wszystko to, o czym mówią ewolucjoniści, było fałszem, sprawa byłaby łatwa do rozstrzygnięcia. Problem w tym, że bardzo często mają rację, za wyjątkiem tej najważniejszej: kto stworzył Wszechświat, życie, jego podstawowe formy i człowieka.

Skutki Upadku
W 3. rozdziale Księgi Rodzaju opisana jest największa tragedia, jaka spotkała człowieka w czasie jego historii - Upadek, zerwanie bezpośredniej łączności z Bogiem, utrata stworzonego stanu niewinności, czego rezultatem jest obecny stan grzechu i wyobcowania. Człowiek nie został stworzony jako maszyna, ale jako wolna istota, która mogła wybierać dobro lub zło, miłość Boga lub ją odrzucić. Nie istniał najmniejszy powód, by człowiek musiał wybrać grzech, ale mógł to zrobić, jeśli tego zechciał. Bóg uczynił go istotą doskonałą i umieścił go w doskonałym środowisku, które w pełni zaspokajało jego potrzeby. Człowiek nie dziedziczył grzesznej natury, jak my obecnie, był więc w stanie oprzeć się zewnętrznej presji prowadzącej do grzechu.

Ale popełnił grzech, a przez to wprowadził na świat grzech i śmierć: “przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć" (Rzym. 5,12); “w Adamie wszyscy umierają" (1 Kor. 15,22). Adam otrzymał wyrok śmierci. Była to zasada nałożona na jego biologiczne życie. W rezultacie jego potomkowie dziedziczą również wbudowaną w swoje życie zasadę śmierci. W chwili poczęcia dziecko zaczyna umierać. Dziedziczona jest nie tylko tendencja do śmierci, ale i do grzechu. Każdy z nas w swoim świadomym życiu faktycznie wybrał bądź wybiera zło: “śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli" (Rzym. 5,12). To, że dotyczy nas sąd Boży, nie jest wynikiem jedynie grzechu Adama, ale także naszych własnych grzechów.

Księga Rodzaju 3,14-19 zawiera to, co powszechnie nazywa się Przekleństwem grzechu lub Klątwą grzechu. W rzeczywistości jest tam kilka klątw bądź kilka faz tej samej klątwy: przekleństwo nałożone na królestwo zwierząt, na węża, na kobietę, na Adama i jego potomków oraz na wszystkie składniki ziemi. Ponieważ Adam miał panować nad ziemią, to odkąd zaczął umierać, także ziemia zaczęła “umierać". Ten stan ziemi apostoł Paweł nazwał “niewolą zepsucia", co można także oddać słowami: “stopniowy upadek", “rozpad" (Rzym. 8,21). “Całe bowiem stworzenie zostało poddane marności" (Rzym. 8,20).

Trzy główne aspekty Przekleństwa grzechu odpowiadają trzem podstawowym formom stworzenia opisanym w 1. rozdziale Księgi Rodzaju. Najpierw zostały stworzone fizyczne składniki wszechświata (Rdz 1,1), potem życie (Rdz 1,21), a w końcu duchowa natura człowieka (Rdz 1,27). Inne wielkie wydarzenia Tygodnia Stworzenia polegały na kształtowaniu, porządkowaniu i organizowaniu stworzonych istot w różne “rodzaje" ciał fizycznych i biologicznych (wzmiankę o tym możemy znaleźć w 1 Kor. 15,38-41). I podobnie Przekleństwo spadło na składniki fizyczne (Rdz 3,18), królestwo zwierząt (Rdz 3,14) i na rodzaj ludzki (Rdz 3,16.19), ponieważ te trzy elementy - fizyczny, biologiczny i duchowy - były składnikami bytu ludzkiego, a ludzie porzucili Boga.

Nadzieja
Klątwa Boża została wypowiedziana w takim samym porządku chronologicznym, w jakim popełniony był grzech - najpierw dotyczyła Szatana, potem Ewy, a w końcu Adama. Ale Adam i Ewa zostali poddani Przekleństwu “w nadziei" późniejszego wyzwolenia, odkupienia (Rzym. 8:20-21), zaś wyrok na Szatana był ostateczny i nieodwołalny. Pewnego dnia na świecie miał pojawić się Drugi Adam, poddany pokusom jak my (Hebr. 4,15), ale który pokona je wszystkie (Łuk. 4,1-12). Nadzieja, jaką mamy, polega na tym, że “jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni", a “jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć" (1 Kor. 15,22.26).

* * *

Zło, jakie obserwujemy w świecie, w tym pasożyty, nie są wynikiem Bożego stworzenia. To rezultat Upadku spowodowanego przez grzech pierwszych ludzi.


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut