WYBITNY ORGANIZATOR KOŚCIOŁÓW

Powrót Jana Łaskiego do rodzinnego kraju polscy kalwiniści powitali z nadzieją. Największym ich problemem były spory rozsadzające kościół, który próbowali utworzyć. Wynikały one i z niewiedzy, i z nadmiernych ambicji duchownych oraz ich szlacheckich patronów. Wyprowadzić polski kalwinizm z tego kryzysu mógł tylko ktoś, kto miałby głęboką znajomość Pisma Świętego, ale także duży autorytet. Na tyle duży, żeby panowie bracia nie poczytywali sobie posłuszeństwa wobec jego nakazów i napomnień za ujmę na honorze. Z tej właśnie przyczyny zapraszano Kalwina do Polski. Genewski reformator nie miał oczywiście na to czasu i chyba także ochoty. Zwracał uwagę swym polskim zwolennikom, że mogą to zadanie powierzyć rodakowi. Macie bardzo uczonego męża, Jana Łaskiego, którego erudycja, prawość i inne cnoty są znane nie tylko wam, ale i innym narodom.[1]Można było o nim powiedzieć, że nie dorównywał wielkim reformatorom ani siłą porywającą słowa, ani bystrością argumentowania, ani głębokością wiedzy.[2] Jednak z pewnością był wybitnym organizatorem kościołów i odegrał w dziejach reformacji rolę poważną.

Przez wiele lat działał na zachodzie Europy, ale ewangelizacja ojczyzny leżała mu na sercu. Obejmując urząd w jakimś zborze, zastrzegał zawsze, że opuści go, jeśli król polski wezwie go do kraju. Nie tylko czekał na to wezwanie, ale starał się, by ono nastąpiło. Po śmierci Zygmunta Starego przywiózł jego synowi list od Edwarda VI. Król Anglii wzywał w nim króla polskiego, by pomógł Janowi Łaskiemu w tworzeniu polskiego kościoła narodowego. Sam Łaski napisał w tej sprawie do Zygmunta Augusta jeszcze trzy listy, na które nie dostał odpowiedzi.[3] Można było się spodziewać, że również na wezwanie współwyznawców przybędzie szybko i będzie pracował ze wszystkich sił. Tak też się stało.

Jan Łaski pochodził ze znakomitej rodziny. Wielu członków polskiej elity było jego krewnymi lub przynajmniej znajomymi. Jego wuj był prymasem, a on sam jako katolicki kapłan mógł zrobić wielką karierę. Nawet najwięksi wrogowie nie kwestionowali też jego osobistej prawości. Najważniejsze było jednak to, że dał się poznać jako wybitny duszpasterz.

We Fryzji Wschodniej sprzyjająca reformacji hrabina Anna Oldenburska powierzyła Łaskiemu w roku 1543 urząd efora wszystkich kościołów tego państwa i proboszcza parafii w Emden. Poleciła też uporządkowanie życia kościelnego. Było to bardzo trudne zadanie. Jej mąż, hrabia Enno, pozwalał głosić Słowo Boże każdemu. Można było spotkać wśród Fryzów zwolenników właściwie wszystkich reformatorów – Lutra, Zwingliego, Karlstadta, Simonsa, Jorisa…  Na terenie hrabstwa pozostali też franciszkanie popierani przez brata hrabiego Enno.

Ta wolność religijna spowodowała sporo kłopotów. Franciszkanie namówili do napadu na hrabstwo katolickiego księcia Geldrii, Karola Egmonta, a zwolennicy różnych nurtów reformacji coraz bardziej się kłócili o istotę sakramentów.[4] Hrabina Anna sprawująca regencję po śmierci męża musiała niepokoić się rozwojem sytuacji. Jak można się domyślać, wolałaby, żeby któreś z wyznań zdobyło zdecydowaną przewagę.

Dotąd żaden z reformacyjnych kaznodziejów nie zauważył, że w dawnych czasach katolicyzm we Fryzji był dość szczególnego rodzaju. Wierni wybierali tam proboszczów, a wybrani laicy czuwali nad moralnością parafian i brali udział w synodach. Przypominało to sposób organizacji kościoła, o jakim pisał Kalwin. Łaski uznał, że warto uszanować miejscowe tradycje. Najpierw wprowadził dostosowaną do nich prezbiterialną organizację kościoła w parafii w Emden, a potem we wszystkich podlegających mu kościołach fryzyjskich. Początkowo każdy duszpasterz miał do pomocy 4 prezbiterów, potem ich liczba wzrosła do 12.[5]

Ustrój kościoła Łaski wykorzystał do wprowadzenia dyscypliny wśród jego członków. Dążył w sposób konsekwentny i często bezwzględny do wykorzenienia pijaństwa, obżarstwa, lichwy, oszustw, w szczególności fałszowania towarów, oszczerstw, życia w luksusie czy pracy w dni świąteczne. Prezbiterzy mieli być szczególnie zaangażowani w to zadanie. Zapewnił im też wsparcie władzy świeckiej.[6] Przy całym swoim rygoryzmie Łaski szanował godność wiernych. Nie pozwalał na wyzywanie i lżenie ich, a w tych czasach była to zwykła „praktyka duszpasterska”. Zadbał też o opiekę nad biednymi i szkoły dla dzieci.[7]

Fryzowie mieli okazję słuchać wielu reformacyjnych kaznodziejów, ale żaden z nich tak nie zmienił rzeczywistości, w której żyli, jak Łaski. Kalwinizm w tym regionie zwyciężył właściwie bez stosowania przymusu. Franciszkanom zabroniono sprawowania obrzędów, pozbawiając w ten sposób dochodów, ale pozostawiono klasztory. Łaski dyskutował z działającym we Fryzji przywódcą anabaptystów Menno Simonsem. Nie przyjął biblijnej zasady, że chrzcić należy tylko tych, którzy uwierzyli w Jezusa, ale mennonitów nie prześladowano.[8] Wygnano jedynie zwolenników „proroka” Jorisa głoszącego między innymi poligamię. Gdy hrabina Anna wydała to zarządzenie, Łaski zaczął indywidualnie badać przekonania „sekciarzy”. Części wydał świadectwa prawowierności, umożliwiając pozostanie w kraju. Tych, których nie przekonał, kierował do swoich przyjaciół, licząc zapewne, że im się uda.[9] W niedalekiej przyszłości z Fryzji kalwinizm rozszerzył się na całe Niderlandy.[10]

W roku 1547 cesarz Karol V zwyciężył wojska protestanckie pod Mühlbergiem, a w roku 1549 hrabina Anna zwolniła Łaskiego z funkcji efora kościoła i poprosiła o opuszczenie kraju. Wydawało się, że reformacja w Rzeszy zostanie zduszona. Jednak w tym samym czasie otworzyło się dla niej pole w Anglii. Kilkadziesiąt lat wcześniej Henryk VIII ogłosił się „głową kościoła” w swoim państwie. Dopóki żył, anglikanizm niewiele różnił się od katolicyzmu, a każdy, kto chciałby wprowadzić w nim jakieś zmiany, ryzykował głową. Król też umarł w roku 1547 i niemal natychmiast anglikańscy biskupi stali się skłonni do adaptowania dorobku reformatorów z kontynentu i udzielania im gościny. Liczni protestanci z Niemiec, Francji, Włoch i Niderlandów skorzystali z tego schronienia. W 1550 roku było ich już około 3 tysięcy. Potrzebowali kościoła i to właśnie Łaski otrzymał zadanie zorganizowania go. Można się domyślać, że biskup Cranmer, który polecił go królowi Edwardowi VI, chciał wykorzystać doświadczenia zebrane przez zbór cudzoziemski przy reformie anglikanizmu.[11]

Najtrudniej było w tym zborze osiągnąć jedność wiary. Uchodźcy wywodzili się przecież z różnych wyznań. Łaski opracował Confessio Londoniensis, wyznanie wiary pomijające najbardziej drażliwą sprawę, naturę sakramentów. Każdy, kto chciał do niego przystąpić, musiał zdać egzamin ze znajomości doktryny i podpisać Confessio.[12]Jeśli okazało się potem, że się z nim nie zgadza, nie było litości. Spalono na stosie Georga van Parrisa, który okazał się arianinem.[13] Tego, że dyscyplina kościelna kończy się na wykluczeniu ze wspólnoty, Łaski jakoś w Biblii nie zauważył…

To, co działo się w zborze cudzoziemskim, musiało szokować anglikańskich biskupów. Prowadzący nabożeństwa nie mieli żadnych szat liturgicznych. Nie było obrazów, rzeźb ani organów. Wierni przyjmowali komunię, siedząc przy wspólnym stole. Wszystkie funkcje zborowe obsadzano w drodze wyborów. Wszyscy byli równi. Zmarłych chowano obok siebie, nie bacząc na ich pochodzenie.[14] Stosunki szybko stały się napięte, ale Łaski zdołał utrzymać niezależność zboru aż do czasu, gdy rządy objęła wyznająca katolicyzm królowa Maria nazwana potem Krwawą. Trzeba było znów uciekać…

W grudniu 1556 roku do Polski przybył człowiek, który jak się mogło wydawać, potrafi pokonać każdy problem związany z tworzeniem kościoła.

cdn.    

Przypisy:

[1] Oskar Bartel, „Jan Łaski”, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 1999, str.134.

[2] Aleksander Brückner, „Różnowiercy polscy”, Księgarnia Naukowa, Warszawa 1905, str.32

[3 Stanisław Helsztyński, “Reformator Sarmacji”, LSW, Warszawa 1981, str. 128–129.

[4] Oskar Bartel, op. cit., str.137–139.

[5] Oskar Bartel, op. cit., str.145–146.

[6] Oskar Bartel, op. cit., str.154.

[7] Oskar Bartel, op. cit., str.145.

[8] Oskar Bartel, op. cit., str.142–143.

[9] Oskar Bartel, op. cit., str.141.

[10] http://www.jalb.de/7560-0-0-42.html

[11] Stanisław Helsztyński, op. cit., str. 132 – 133.

[12] Oskar Bartel, op. cit., str.169 – 170.

[13] https://en.wikipedia.org/wiki/Stranger_churches

[14] Oskar Bartel, op. cit., str.170 – 172.

 

 

 

 

 

 

idźPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


PRZECIW „STARYM CHRZEŚCIJANOM” – SĘDZIOWIE MYŚLI – Z DZIEJÓW INKWIZYCJI cz. 79

My nie niszczymy naszych wrogów; my ich zmieniamy.
George Orwell – „Rok 1984”

Kiedy zaczęto tworzyć w Hiszpanii Święte Trybunały, ich głównym zadaniem było wykrywanie i karanie ochrzczonych Żydów praktykujących skrycie judaizm. Surowe represje i wypędzenie w roku 1492 Żydów pozostających przy swojej wierze sprawiły, że już po kilkudziesięciu latach judaizowanie stało się rzadkością. Problem powrócił po roku 1580, gdy Hiszpania anektowała Portugalię. Ten kraj miał swoich conversos i swoją inkwizycję, która jednak zdaniem hiszpańskich inkwizytorów sprawdzała prawowierność niezbyt dokładnie. Procesy i egzekucje judaizantes nie osiągnęły nasilenia z lat 1482 – 1530, ale trwały przez cały XVII wiek i zdarzały się jeszcze w XVIII. [1]


 

Reformacja nie zdobyła wśród Hiszpanów wielu zwolenników, ale inkwizycja potraktowała to zagrożenie dla katolicyzmu z całą powagą i tępiła wyjątkowo zajadle. Pod koniec XVI wieku można było uznać, że także ten problem załatwiła. Pozostawało tylko prowadzenie różnych działań wobec protestantów, którzy czasowo przebywali na hiszpańskim terytorium, bo o tym, by pozwolono heretykowi zamieszkać na nim na stałe, nie mogło być oczywiście mowy.


Zmuszając mieszkających na Półwyspie Iberyjskim muzułmanów do zmiany wiary, inkwizycja hiszpańska podjęła ostatnią w swoich dziejach tak wielką operację w interesie katolicyzmu i hiszpańskiej korony. Zakończyło ją w początkach XVII wieku wygnanie Maurów z rozkazu króla Filipa II. W ten sposób państwo zostało „oczyszczone”. Na jego terenie pozostali niemal wyłącznie ci, którzy nazywali się „starymi chrześcijanami” i byli dumni ze swojej „czystej”, czyli pozbawionej domieszki żydowskiej, krwi. Byli to ludzie, którzy w przytłaczającej większości uważali, że inkwizycja broni ich przed spiskami Żydów i innych „obcych”. Aprobowali i często czynnie wspierali jej działania, a ona w początkowym okresie swego istnienia rzadko ich represjonowała. Jednak w miarę, jak ubywało „obcych”, coraz częściej zajmowała się „swoimi”.


Inkwizycja musiała wykrywać heretyków, ponieważ konfiskowanie ich majątków było jednym z głównych źródeł jej finansowania, ale nie tylko względy materialne tu się liczyły i chyba nie były najważniejsze. Jej funkcjonariusze mieli dość okazji, by przyjrzeć się, jacy naprawdę są ci „starzy chrześcijanie” i uznali, że ich postawy i zachowania daleko odbiegają od tych, które powinny cechować dobrych katolików. Szczególnie dotyczyło to chłopów stanowiących wtedy około 80% ludności kraju.


Podobnie jak wśród conversos zdarzali się wśród nich ateiści i ludzie uważający wszystkie religie za tak samo dobre. Takich „mędrkujących” nie było oczywiście wielu. Przytłaczająca większość uważała się za katolików, ale bardziej inteligentni i gorliwi księża oceniali, że mniej więcej jeden na dziesięciu wie o swojej wierze to, co wiedzieć powinien, a to, w co wierzyli pozostali, nazywali diabelska magią. [2] Inkwizytorzy wizytujący wiejskie parafie raportowali, że wielu z nich nie potrafi się przeżegnać ani odmówić Zdrowaś Mario i nigdy w życiu się nie spowiadało. Trudno się było spodziewać, że pracujący wśród nich księża są w stanie coś zmienić. Najczęściej posyłano na wieś takich, którzy wiedzą i podejściem do spraw duchowych niewiele różnili się od swych parafian. Wielu członków hiszpańskiej elity uważało, że wysyłanie misjonarzy do Ameryki, by „nawracali” tam Indian, nie ma większego sensu. Przecież dość pogan jest na miejscu. [3] Inkwizycja w sobie właściwy sposób zaczęła motywować „starych chrześcijan”, a w szczególności wieśniaków, do zmiany, a biskupi przyjęli to zaangażowanie z zadowoleniem.


Hiszpańscy chłopi dość swobodnie traktowali katolickie obrzędy, nauki i przepisy. Na niedzielną mszę przychodzili, jeśli mieli ochotę. Podobnie traktowali nakazane posty. Podczas procesji zwyczajowo składali dziewczętom nieprzyzwoite propozycje. Zdarzali się wśród nich tacy, którzy reagowali niewybrednymi komentarzami na kazania o dziewictwie Marii. Do nauki o przeistoczeniu podchodzili w sposób „zdroworozsądkowy”, nie wierząc, że Bóg jest w hostii, a wyznawanie grzechów kapłanowi uznawali za poniżające. [4]


Zaczęto uczyć lud szacunku dla sacrum. Aldona de Vargas stanęła przed Świętym Trybunałem, ponieważ na wzmiankę o Najświętszej Dziewicy uśmiechnęła się w sposób, który donosiciel uznał za znaczący. Alonso de Jaen, który oddał mocz na mur świątyni, postanowił nie czekać, aż ktoś powiadomi o tym inkwizycję i doniósł na siebie sam. [5] Najwidoczniej uważał, że dzięki temu zostanie ukarany łagodniej i chyba miał rację.


Trybunały zwracały też uwagę na słowa. Hiszpanie często zaklinali się na różne części ciała(!)Boga, używali też takich zwrotów, jak: „Choćby mi sam Pan Bóg kazał, nie zrobię tego” czy „Wyrzekam się zbawienia”. [6] Procesy miały im uświadomić niestosowność takiego gadania. Zdarzały się też „słowne przestępstwa” popełniane z rozmysłem. Francisco Dalmau przed mszą wyszedł na ambonę i dopóki nie zjawił się ksiądz, bawił zgromadzonych swoim uciesznym „kazaniem”. Lorenzo Sanchez stwierdził, że duchowni to nasi słudzy i właśnie dlatego płacimy im dziesięciny. Nie uszło mu to na sucho, chociaż był notariuszem inkwizycyjnym. [7] Zwykle kara w sprawach o tak zwane opinie nie była zbyt surowa. Najczęściej oskarżony musiał publicznie wyrzec się jej, płacił niewielką grzywnę, dostawał chłostę lub skazywany był na krótkie wygnanie z miejsca zamieszkania. [8] Niekiedy jednak nawet w takim przypadku inkwizycja mogła złamać życie. Benito Penas był wytwórcą pługów, którego aresztowano za wygłoszenie opinii, że Chrystus wcale nie umarł na krzyżu. Uznano go za niepoczytalnego i zwolniono, ale musiał zapłacić za doprowadzenie do siedziby trybunał 30 dukatów. Z licytacji jego warsztatu i narzędzi inkwizycja uzyskała „tylko” 20. [9]


W sprawach o profanację wyroki zależały od tego, co bezczeszczono. Gdy pijani chłopi spod Guadalajary wyrwali z ziemi przydrożny krzyż i urządzili sobie z nim „procesję”, musieli tylko powtórzyć ją boso w pokutnych strojach w odwrotnym kierunku i wkopać krzyż na miejsce. Benito Ferrer, który wyrwał z rąk księdza hostię i podeptał ją, spłonął za to na stosie. [10]


Chyba najważniejszym zadaniem, które postawiła sobie inkwizycja w swoich działaniach wobec „starych chrześcijan”, była zmiana ich postaw w dziedzinie seksu. Ogólnie Hiszpanie nie uważali, że współżycie seksualne osób stanu wolnego jest grzechem. Nie widzieli też niczego niestosownego w tym, że narzeczeni zamieszkiwali razem przed ślubem. Nie oczekiwano zmiany zachowań. Chodziło o to, by nikt otwarcie nie głosił poglądu, że „zwyczajne cudzołóstwo” nie jest grzechem. Karano za to świeckich i duchownych. [11]


Hiszpańska inkwizycja przez cały czas swego istnienia sądziła też sprawy o bigamię, uznając ją za przejaw heretyckiego rozumienia małżeństwa. Początkowo bigamista musiał tylko publicznie potępić swój występek, płacił niewielką grzywnę i dostawał 100 batów. Pod koniec XVI wieku mężczyzn skazywano zwykle na 3 – 5 lat galer i 200 batów, a kobiety na banicję. Ktoś, kto przyznawał, że świadomie naruszył sakrament, traktowany był łagodniej. Uznawano, że podsądny przynajmniej w teorii zgadza się z nauką o nierozerwalności małżeństwa. Sądy królewskie nie wdawały się w takie subtelności i zwykle skazywały w takich wypadkach na 10 lat galer i konfiskatę połowy majątku. [12]

cdn.

 

Przypisy:
 
1 John Edwards, „Inkwizycja hiszpańska”, Fakty, Warszawa 2002, str. 135–136.
2 Henry Kamen, „Inkwizycja hiszpańska”, PIW, Warszawa 2005, str.13–14.
3 Henry Kamen, op. cit., str.235–237.
4 Henry Kamen, op. cit., str.241.
5 Henry Kamen, op. cit., str.167.
6 Leszek Biały, „Dzieje inkwizycji hiszpańskiej”, KAW Kraków 1989, str.231.
7 Henry Kamen, op. cit., str.241.
8 Leszek Biały, op. cit., str.233.
9 Leszek Biały, op. cit., str.101
10 Leszek Biały, op. cit., str.234.
11 Henry Kamen, op. cit., str.244–245.
12 Leszek Biały, op. cit., str.237.
 

PORZĄDKI NA GÓRZE

My nie niszczymy naszych wrogów; my ich zmieniamy.

George Orwell – „Rok 1984”

 

Wielu, a może nawet większość mieszkańców szesnastowiecznej Europy musiało uważać rozłam wywołany przez reformację za wielkie nieszczęście. Stał się on przyczyną wojen, skłócił wiele rodzin, a ludzie nie mogli już mówić sobie, że skoro wierzą tak, jak wszyscy, to z pewnością wierzą dobrze. Nic dziwnego, że powszechnie oczekiwano soboru, który rozstrzygnąłby sporne kwestie i przezwyciężył podziały. Domagało się go wielu panujących w tych czasach monarchów. Szczególnie natarczywy był najpotężniejszy, cesarz Karol V. Wydaje się, że w pierwszych 20 latach po tym, jak Luter ogłosił swoje odkrycie, istniała możliwość osiągnięcia kompromisu. On i jego zwolennicy dopiero zaczynali rozumieć, jakie konsekwencje wynikają z prawdy, że grzesznik jest zbawiony wyłącznie przez wiarę. Z drugiej strony wielu katolickim hierarchom luteranizm wydawał się do przyjęcia. Dopiero kalwinizm, w którym pozycja duchownych była znacznie słabsza, wzbudził odrazę u niemal wszystkich. Jednak ani Hadrian VI, ani Klemens VII nie zwołali soboru. Zarówno jeden, jak i drugi zdawali sobie sprawę, że mógłby on doprowadzić do zjednoczenia katolików i protestantów, ale z pewnością ograniczy władzę papieża.[1]

Również kolejny papież, Paweł III, nie spieszył się z tą sprawą. Aby sobór nie stał się zagrożeniem dla jego pozycji, musiały być spełnione dwa warunki. Po pierwsze, nie mogli w nim wziąć udziału protestanci. Mogłoby się wydawać, że osiągnąć ten cel jest łatwo. Na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych w wyznaniach reformowanych zwolenników kompromisu z katolicyzmem było już bardzo niewielu. Jednak w tym czasie Karol V chciał pokonać ich militarnie, a następnie zmusić do powrotu do jedynego prawdziwego Kościoła. Ten plan wcale Pawłowi III nie odpowiadał. Najprawdopodobniej spodziewał się, że wymuszony powrót protestantów do katolicyzmu spowoduje ewolucję tej religii w kierunku, który mu nie odpowiadał. Nie chciał też, by i tak najpotężniejszy władca swoich czasów podporządkował sobie całe Niemcy, dlatego papież na różne sposoby starał się krzyżować mu szyki.[2] Drugim warunkiem bezpiecznego przebiegu soboru była neutralizacja tych hierarchów, którzy dążyli do zaszczepienia jakiejś części idei reformacyjnych w katolicyzmie. To zadanie papież powierzył stworzonej przez siebie nowej inkwizycji. Na jej czele postawił kardynała Carafę, który kiedyś powiedział: Gdyby mój własny ojciec był heretykiem, zgromadziłbym drewno na stos dla niego.[3] Jego osoba gwarantowała, że choć instytucji tej może brakować sił, środków i doświadczenia, to nie zabraknie zapału w pełnieniu obowiązków. Na wyniki nie trzeba było długo czekać.

W tym czasie popularna była we Włoszech głoszonaprzez hiszpańskiego arystokratę Juana de Valdesa nauka zwana ewangelicyzmem. Valdes twierdził, że człowiek osiąga zbawienie tylko przez wiarę, a wspólnotę z Bogiem można nawiązać poprzez mistyczną kontemplację i indywidualne spełnianie nakazów Jezusa. Sakramenty i przynależność wyznaniową uważał za sprawy drugorzędne.[4] Święte Oficjum poświęciło tej herezji sporo uwagi, ponieważ była w tym czasie dość popularna wśród włoskich intelektualistów, a także duchownych i to niekiedy wysoko postawionych.

Piotr Antoni di Capua został arcybiskupem Otranto dzięki poparciu Pawła III. Miał też uczestniczyć w charakterze eksperta w soborze trydenckim. W grudniu 1545 roku ujawniono, że jest zwolennikiem ewangelicyzmu, a jego sekretarz Guido Gianetti wyznaje luteranizm. Zapewne tylko poparcie Habsburgów uratowało go przed wyrokiem.[5]

Wyznawcą ewangelicyzmu był również Wiktor Soranzo. Uczestniczył on również w soborze trydenckim, a w 1547 roku został mianowany biskupem diecezji Bergamo. Objąwszy ten urząd, zaczął zwalczać kult obrazów i relikwii. Starał się o to, by Biblia i książki o treści duchowej, często protestanckie, trafiały do wszystkich zainteresowanych, w tym także prostych ludzi. Namawiał też księży do zawierania tajnych małżeństw, licząc na to, że będą się wtedy lepiej prowadzić. Zdemaskowano go i aresztowano w roku 1551. Podczas procesu wyraził skruchę i został łagodnie ukarany. Zdaje się, że kardynał Carafa uważał to za rażącą niesprawiedliwość i gdy został papieżem, proces biskupa Soranzo wznowiono. Ten jednak bardzo rozsądnie znalazł się w tym czasie na terenie Republiki Weneckiej, która nie zgodziła się na ekstradycję, a on zmarł tam śmiercią naturalną.[6]

Nie tylko zwolennicy ewangelicyzmu zakłócali przebieg soboru trydenckiego. Podczas jego czwartej sesji w kwietniu 1546 roku biskup Chioggi, Jakub Nacchianti, gwałtownie zaprotestował przeciwko stwierdzeniu, że tradycja kościelna jest źródłem objawienia równie autorytatywnym co Pismo Święte. Dość szybko zmienił stanowisko, ale ponieważ pachniało ono protestantyzmem, rozpoczęto przeciwko niemu śledztwo inkwizycyjne. Zakończyło się ono pełnym oczyszczeniem biskupa z podejrzeń.[7] W tym czasie w katolicyzmie nie wymagano jeszcze czczenia kościelnej tradycji na równi z Biblią. Choć w praktyce od dawna kierowano się głownie tradycją, brakowało stosownego dogmatu. Wprowadził go właśnie sobór trydencki. Nacchianti bronił dotychczasowego stanu rzeczy. Mimo całej swojej uczoności nie rozumiał, jaka jest potrzeba chwili. Przyjmując, że wola Boga objawiona jest tylko w Biblii, trzeba było przyznać rację protestantom, a to nie wchodziło w grę. Oznaczałoby to koniec całej organizacji. Gdy okazało się, że Nacchianti chce jej pomyślności, pozwolono mu uczestniczyć nadal w soborze.

Sprawę biskupa Capodistry (dziś Koper w Słowenii) Piotra Pawła Vergerio inkwizycja musiała uważać za swoją porażkę. Uczestniczył w negocjacjach z protestantami i był wobec nich bardzo ustępliwy, jakby uznawał ich rację. Już w 1544 roku przesłuchał go trybunał inkwizycyjny w Wenecji. Został oczyszczony z zarzutów, ale nie dopuszczono go do udziału w soborze. To, co napisał później, spowodowało, że w 1549 roku wezwano go do stawienia się w Rzymie. Uciekł wtedy do Szwajcarii. Resztę życia poświęcił na krzewienie luteranizmu w Europie, w tym także w Polsce.[8]

Kardynał Carafa chciał, by nowa inkwizycja papieska traktowała jednakowo wszystkich podejrzanych, bez względu na stanowisko, jakie zajmują. Tego ideału nie osiągnięto. Biskupi oskarżani o herezję nie byli traktowani surowo. Nie skazywano ich na śmierć. Można też podejrzewać, że zwykle wiedzieli, jakie są plany inkwizycji względem nich. Sprawa wyglądała inaczej, gdy heretyk był zwykłym księdzem lub osobą świecką.

cdn. 

 

Przypisy:

[1] Paul Johnson, „Historia chrześcijaństwa”, Wydawnictwo ATEXT, Gdańsk 1993, str. 384 – 385.
[2] Leopold von Ranke, „Dzieje papiestwa w XVI – XIX wieku” t. I, PIW, Warszawa 1974, str. 227 – 228.
[3] Paul Johnson, op. cit., str. 385.
[4] Philippus Camerarius, „Prawdziwa i wierna relacja o uwięzieniu w Rzymie” (wstęp L. Szczuckiego), PIW, Warszawa 1984, str. 21 – 22.
[5] http://it.wikipedia.org/wiki/Pietro_Antonio_Di_Capua
[6] http://www.ereticopedia.org/vittore-soranzo
[7] http://it.wikipedia.org/wiki/Jacopo_Nacchianti
[8] http://it.wikipedia.org/wiki/Pietro_Paolo_Vergerio

 

 

 

 

 

 

iPod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015

 


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut