ZDRAJCA I BOHATER

Paskudny zdrajca - Radziwiłł i niezłomny bohater - Kordecki. A pomiędzy nimi przeżywający przemianę, w trakcie której przechodzi od jednego do drugiego - Kmicic. Taką wizję wojny ze Szwecją wtłoczył nam w głowy Henryk Sienkiewicz. Ale czy tak było naprawdę?

 

Zdrada Radziwiłła

W „Potopie” mamy zakreśloną mniej więcej taką sytuację: Radziwiłł w krytycznym momencie, kiedy ważą się losy ojczyzny, wbija w nią nóż, aby wykroić dla siebie kawałek „czerwonego sukna” Rzeczpospolitej. Zaskakuje nagle swoich podkomendnych decyzją o podporządkowaniu się królowi Karolowi Gustawowi, a sprzeciwiających się dowódców każe uwięzić.

Co na to historia?

W 1654 r. na Litwę wkraczają silne armie rosyjskie. Radziwiłł - niedawno mianowany hetmanem wielkim - broni się przed wielokrotnie liczniejszym wrogiem. Zadanie ma utrudnione, król ciągle próbuje osłabić jego pozycję, na hetmana polnego mianuje skłóconego z Radziwiłłem Wincentego Gosiewskiego.

Po wspaniałym zwycięstwie pod Szkłowem przychodzi klęska pod Szepielewiczami. Rosjanie zajmują połowę obszaru Litwy. Wiosną 1655 r. kontynuują ofensywę. Zajęte tereny systematycznie grabią, rozpoczynają również deportacje ludności w głąb Rosji.

W lipcu do Polski wkraczają Szwedzi, armia polska (w tym młody Jan Sobieski) kapituluje pod Ujściem, Wielkopolska poddaje się Karolowi Gustawowi. Jan Kazimierz błaga o pomoc cesarza, oferując mu w zamian nawet koronę polską. Odwołuje z Litwy chorągwie koronne.

W takiej sytuacji Janusz Radziwiłł wraz ze swoim bratem oraz biskupem wileńskim rozpoczynają własne negocjacje ze Szwedami. Chcą zastrzec udział Litwy w rozmowach pokojowych Polski i Szwecji i dopiero potem rozstrzygnięcie kwestii wzajemnych stosunków między trzema państwami,  postulują również możliwość zawarcia unii polsko-litewsko-szwedzkiej.

Rosjanie po wygranej bitwie zajmują Wilno, palą miasto, mordując niemal połowę mieszkańców.

Na pozostałą część Litwy wkraczają od północy Szwedzi. Wystosowują do szlachty litewskiej odezwę, w której obiecują zachowanie przywilejów (Jan Kazimierz dążył do ich ograniczenia, by wzmocnić swoją władzę) i obronę przed Moskwą.

Janusz Radziwiłł i kilkuset przedstawicieli szlachty litewskiej podpisują pierwsze  porozumienie ze Szwedami w tym samym dniu, w którym Jan Kazimierz opuszcza bezbronną Warszawę. Szwedzi zobowiązują się odbić zajęte przez Moskwę tereny i nie naruszać praw, wolności i zwyczajów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Król Polski, przegrywając kolejne bitwy, wycofuje się do Krakowa, z którego w końcu ucieka na Śląsk. Szwedzi zajmują Kraków.

Radziwiłł w tym czasie kontynuuje trudne negocjacje. Pogarszająca się sytuacja w Koronie zdecydowanie osłabia jego pozycję w rokowaniach. Po dwóch miesiącach - 20 października - w Kiejdanach podpisuje akt odłączający Litwę od Korony i oddający ją pod władanie króla Szwecji. Obok niego podpisy złożyło ponad 1100 dostojników i szlachty litewskiej, w tym biskup żmudzki oraz kanonik wileński w imieniu biskupa i duchowieństwa wileńskiego.

Następnego dnia w Krakowie poddaje się Karolowi Gustawowi siedem województw koronnych. Kilka dni później Aleksander Koniecpolski i hetman wielki koronny Stanisław Rewera Potocki.

 

Car wobec sukcesów szwedzkich wstrzymuje ofensywę rosyjską na Litwie.

Janusz Radziwiłł umiera w ostatni dzień 1655 r.

 

Bohaterstwo Kordeckiego

Czcimy więc, jako ulegli poddani, Jego Królewską Mość Szwecji, Pana naszego najłaskawszego, nie odważamy się też podnieść zaczepnego oręża przeciw wojsku Jego Królewskiej Mości. To nie jest cytat z umowy kiejdańskiej ani aktu kapitulacji pod Ujściem. To cytat z listu przeora Kordeckiego do gen. Mullera.

A tak rozpoczął zakonnik swój list:

Niechaj się dowie szanowna i szlachetna Dostojność Wasza, że nasz stan zakonny nie posiada prawa wybierania królów, lecz czci tych, których szlachta królestwa wybrała. Ponieważ Jego Królewską Mość, Króla Szwecji, całe królestwo uznaje i na swego pana wybrało, przeto i my z naszem miejscem świętem, które do tego czasu tak opieki, jak i najwyższego poszanowania doznawało ze strony królów polskich, pokornie poddaliśmy się Jego Królewskiej Mości Szwecji.

28 października Kordecki poddał się królowi Szwecji. W zamian za deklarowaną wierność dostał od feldmarszałka Wittenberga gwarancję bezpieczeństwa klasztoru.

Generał Muller chce wprowadzić swoją załogę do twierdzy. Liczy zapewne, że zostanie wpuszczony ze swoimi wojskami. Może chodzić o bogactwa zgromadzone w klasztorze, ale też, a może przede wszystkim, nie chciano pozostawić nieobsadzonej twierdzy na terenie rozpoczynającego się powstania.

Jednak zakonnicy zamykają bramy. Przeor w cytowanym wyżej liście poddaje w wątpliwość decyzję o wejściu wojsk szwedzkich do klasztoru. Uzasadnia, że Karol Gustaw nakazał zająć Częstochowę, a klasztor od niedawna jest od Częstochowy odrębny i posiada własną nazwę: Jasna Góra. Muller rozpoczyna oblężenie.

Nie wyglądało ono tak spektakularnie, jak u Sienkiewicza. Pisarz swoje opisy walk oparł na propagandowym dziele samego Kordeckiego „Nowa Gigantomachia”, ponadto silnie wyolbrzymił zaciekłość i siłę szwedzkich ataków i cudowność obrony.

W rzeczywistości Szwedzi nie mieli wystarczających sił, żeby zdobyć dobrze przygotowaną nowoczesną twierdzę. Kilka lekkich armat (tak naprawdę nie było żadnej kolubryny) nie mogło zagrozić murom klasztoru. Nawet kilka cięższych dział, które dotarły pod Jasną Górę z posiłkami, to było za mało. Artyleria klasztorna miała sporą przewagę nad atakującymi. Muller zdawał sobie z tego sprawę i często przerywał walki negocjacjami.

W klasztorze wcale też nie było „cudownego” obrazu. Ikona - podobnie jak król - uciekła na Śląsk, a ściślej - została tam wysłana przez przeora. Na Jasnej Górze pozostała tylko kopia.

Pod koniec grudnia Muller dostaje rozkaz udania się do Prus i zwija oblężenie.

Ciekawe jest porównanie dwóch wersji cytowanego na początku listu. W „Nowej Gigantomachii” Kordecki przytacza jego tekst. Jednak pomija fragmenty o poddaniu się władcy szwedzkiemu. Jego wersja jest też pisana w dużo bardziej śmiały sposób [http://eurofresh.se/manuskrypty/kordecki/].

 

Przełom

Z lektury „Potopu” można też wynieść przekonanie, że nieudane oblężenie było przełomem w wojnie. Gdy Kmicic jedzie do Częstochowy, widzi w całym kraju zdradę, tchórzostwo, w najlepszym razie - poddanie się losowi. Gdy odchodzi spod Jasnej Góry, nagle zewsząd dochodzą wieści o walkach, o sprzeciwianiu się Szwedom, zdobywaniu kolejnych miast. Przykład Jasnej Góry daje impuls dla całego narodu.

Faktem jest, że w tym czasie sytuacja się odwróciła, ale nie zaczęło się od Jasnej Góry. Już dużo wcześniej Żegocki i Opaliński prowadzili partyzantkę w Wielkopolsce. 8 października zdobyli Kościan - co dało zachętę dla wielu innych grup oporu. W Małopolsce oswobodzono Biecz i Pilzno. Ludzie dotknięci konfiskatami, grabieżami i brutalnością szwedzkich wojsk zwrócili się przeciwko nim. Często ci sami, którzy wcześniej otwierali bramy miast przed oddziałami Karola Gustawa.

Z militarnego punktu widzenia z pewnością ważniejsza od oporu Jasnej Góry była choćby ofensywa porucznika Wojniłłowicza, który wyzwolił Krosno (7 grudnia), Nowy Sącz (13 grudnia), Bochnię, Wieliczkę, Wiśnicz i podszedł pod Kraków. Jednak o bitwie pod Krosnem nie uczą nawet w krośnieńskich szkołach.

Na odwrócenie sytuacji miały wpływ też inne czynniki.

Na froncie z Rosją walki zostały praktycznie zawieszone. Będący od roku w sojuszu z Polską Tatarzy zmuszają Chmielnickiego  do udzielenia pomocy zbrojnej Rzeczypospolitej oraz do zerwania związków z Rosją. Chan wysyła pisma do Jana Kazimierza, w których zapewnia go o swojej pomocy dla Polski oraz żąda od wojsk koronnych, by porzuciły służbę szwedzką i z powrotem poddały się władzy swego prawowitego króla.

Kiedy z trzech frontów wojny pozostał jeden, kiedy Polacy poczuli do Szwedów większą niechęć niż przedtem mieli do swojego króla, Jan Kazimierz postanawia wrócić do kraju.

W świetle tych faktów ocena postaci nie wypada już tak jednoznacznie.  Zarówno Radziwiłł, jak i Kordecki poddali się królowi Szwecji. Przeor co prawda walczył potem ze Szwedami, ale trzeba pamiętać, że działał w zupełnie innych warunkach niż hetman litewski. Można usprawiedliwiać zakonnika, że poddanie się Karolowi Gustawowi było działaniem taktycznym.  Że działał na zwłokę, nie chciał narażać klasztoru i ludzi, których miał pod opieką. Podobnych argumentów można jednak użyć do obrony Janusza Radziwiłła.

Na kartach „Potopu” Henryk Sienkiewicz wkłada w jego usta takie słowa:

Gdybym ja teraz wojnę zaciekłą rozniecił i nie zawarłszy układu zginął, tedyby kamień na kamieniu z tego kraju nie pozostał.

 

 

Źródła:

Konrad Bobiatyński, Od Smoleńska do Wilna. Wojna Rzeczypospolitej z Moskwą 1654-1655, Zabrze 2004;

Ryszard Henryk Bochenek, Twierdza Jasna Góra, Warszawa 1997;

Andrzej Borcz, Działania wojenne na terenie ziemi przemyskiej i sanockiej w latach „potopu” 1655-1657, Przemyśl 1999;

Mieczysław Brzyski, Szwedzi w Małopolsce w latach 1655-57, praca dyplomowa pod kier. prof. dr Adama Przybosia, Kraków 1972;

Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Warszawa 1985;

Adam Kersten, Sienkiewicz - „Potop” - Historia, Warszawa 1966;

Adam Kersten, Szwedzi pod Jasną Górą, Warszawa1975;

Augustyn Kordecki, Nowa Gigantomachia: Pamiętnik oblężenia Częstochowy roku 1655;

Jacek Wijaczka, Potop szwedzki w świadomości historycznej Polaków, „Czasy Nowożytne” - tom 23, s. 27-46, Warszawa 2010;

 

 

 

 

 

 

 

idź Pod Prąd, nr 1-2 (126-127), styczeń-luty 2015


DRUGA TWARZ GENERAŁA

Jak zostaje się w Polsce autorytetem moralnym i powszechnie szanowanym bohaterem? Historia, którą opowiedział pan Stanisław Adamczyk, rzuca na to pewne światło.  Zaczęła się gdzieś na przełomie lat 1952 i 53 w restauracji „Pod Arkadami” w Poznaniu. Lokal ten chętnie odwiedzali oficerowie, a on był wtedy podporucznikiem lotnictwa wojskowego. Przyszedł tam z dziewczyną, a jej koleżanka przyszła z innym porucznikiem, który też miał na imię Stanisław. Panowie poznali się i od tego czasu widywali się dość często, zwykle przy podobnych okazjach. Znajomość przerodziła się w zażyłość i kolega Stanisława Adamczyka zaczął opowiadać więcej o sobie. Okazało się, że jest funkcjonariuszem poznańskiego Urzędu Bezpieczeństwa i prowadzi tajnych współpracowników. Szczególnie dumny był ze swych osiągnięć w penetrowaniu środowiska byłych członków Armii Krajowej. Jego agent podał nazwiska około stu oficerów AK, którzy zataili swoją przeszłość przed organami bezpieczeństwa. Porucznik Staszek mówił, że ten człowiek nazywa się Rylski.

 

Może to dziwić, że funkcjonariusz organów bezpieczeństwa tak beztrosko zdradzał tajemnice służby, ale ludzie bardzo lubią się chwalić. Poza tym oficer UB był pewien, że oficer LWP to swój, który tajemnicy dochowa - i tu się mylił. Stanisław Adamczyk sam należał do AK. W czasie okupacji był jeszcze bardzo młody, ale łącznikiem mógł już zostać. Gdy do Garwolina weszła Armia Czerwona, miejscowa organizacja rozwiązała się, ale część jej członków ruszyła do Warszawy. Wierzyli, że wybuchnie tam powstanie, które odmieni los Polski. On też tak zrobił. Walczył na Pradze w oddziale Stanisława Sękowskiego. Trwało to tylko kilka dni, ale zdążył nawet być ranny. Wstąpił potem do Zrzeszenia WiN i był jego członkiem do „amnestii” ogłoszonej po „wyborach” w 1947 roku. Gdy się ujawniał, jakiś życzliwy milicjant, który chyba chciał piętnastoletniemu chłopcu oszczędzić kłopotów, odebrał od niego broń, nie zapisał nazwiska i kazał iść. Ponieważ w papierach na obywatela Stanisława Adamczyka niczego nie było, władza ludowa pozwoliła mu zostać oficerem Ludowego Wojska Polskiego.

 

Niedługo potem wojskowa kariera porucznika Adamczyka skończyła się ostatecznie. Wysłano go z żołnierzami do pomocy w zakładaniu Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, czyli polskiego kołchozu. Stanął po stronie „uszczęśliwianych”, co skończyło się strzelaniną z funkcjonariuszami UB. Został zdegradowany i skazany na 5 lat więzienia. W tym czasie za mniejsze rzeczy skazywano na śmierć, ale jego rodzina znała się z generałem Piotrem Jaroszewiczem. Trafił do obozów pracy przy śląskich kopalniach węgla. Nie każdemu udawało się tam przeżyć, ale on dotrwał do października 1956 roku i został zwolniony. Do wojska oczywiście wrócić nie mógł, ale znalazł pracę na Śląsku, w kopalni, założył rodzinę. O swoim koledze z UB i jego opowieściach zapomniał na długie lata.

 

Po upadku komunizmu dowiedział się, że powstaje Związek Powstańców Warszawskich i zadzwonił do Zarządu Głównego, aby dowiedzieć się więcej. Zastępca prezesa pułkownik Baronowski poinformował, że istnieje koło w Katowicach, a prezesem Zarządu Głównego jest pułkownik Zbigniew Ścibor–Rylski. Wtedy Stanisław Adamczyk zapytał, czy prezes nie mieszkał po wojnie w Poznaniu, bo on słyszał, że był tam agent UB o tym nazwisku… Nie został przyjęty do związku dlatego, że chciał grzebać ludziom w życiorysach. Po prostu nie miał dwóch świadków, którzy mogliby potwierdzić, że rzeczywiście brał udział w powstaniu. Ta zasada jest zapisana w statucie i należy jej przestrzegać…

 

Przez wiele lat nie był pewny. W końcu oficer UB nie zawsze mówi prawdę, a Rylskich w Polsce jest wielu. Dopiero w tym roku trafiły mu w ręce wspomnienia cichociemnego Marka Lachowicza, żołnierza 27 Wołyńskiej Dywizji AK. Krzysztof Tochman z Oddziału IPN w Rzeszowie, który opracował tę książkę, stwierdził, że jeden z oficerów tej dywizji, Zbigniew Ścibor–Rylski figuruje w archiwach Wydziału I, czyli kontrwywiadu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu. Został zarejestrowany w roku 1947 jako TW „Zdzisławski”, a wyrejestrowany w roku 1964, gdy przeniósł się do Warszawy. Wszystko pasuje do słów kolegi Stanisława Adamczyka. Ten człowiek mieszkał w Poznaniu, z pewnością mógł podać sto nazwisk oficerów AK, a ci pewnie nie podejrzewali, że to on ich wydał. Awansowany w 2005 roku na generała Zbigniew Ścibor – Rylski wydaje się bohaterem bez skazy. Na swoje dwa krzyże Virtuti Militari i dwa Krzyże Walecznych z pewnością zasłużył. Walczył we wrześniu 1939 roku, został ranny, uciekł z niewoli, w konspiracji działał właściwie od początku, od 1943 roku w partyzantce, w powstaniu warszawskim był wszędzie, gdzie najtrudniej – na Woli, Starym Mieście, Czerniakowie i Mokotowie. Czy można złamać takiego człowieka? Każdego można, a w UB pracowali ludzie, którzy umieli to robić.

 

Sam Zbigniew Ścibor–Rylski przyznał się do współpracy z UB, ale twierdzi, że była to gra wywiadowcza prowadzona przez Zrzeszenie WiN. Wątpliwe, czy konfident może prowadzić jakąś grę. To oficer prowadzący zadaje mu pytania, a nie on oficerowi. Generał ogłosił, że „kilku ludzi uratował”, ale według porucznika Staszka przynajmniej stu wkopał. Poza tym, czemu nie wspomniał o swej grze, zanim znalazła się jego teczka?

 

Trudno uwierzyć w opowieść o nowym Konradzie Wallenrodzie jeszcze z jednego powodu. Wykrycie agentów i ukaranie podziemia niepodległościowego we własnych szeregach było jednym z priorytetów komunistycznej bezpieki. Takich ludzi często zabijano, nie bawiąc się w sądowe formalności, a już na pewno utrudniano im życie na wszelkie możliwe sposoby. W roku 1984 Zbigniew Ścibor–Rylski wszedł w skład Komitetu Obywatelskiego obchodów 40. rocznicy powstania warszawskiego. Rządzili wtedy Polską generałowie Jaruzelski i Kiszczak, którzy swoje kariery rozpoczynali w Zarządzie Informacji WP. Był to wojskowy odpowiednik UB, tylko znacznie od niego groźniejszy. Czy dopuściliby do takiego wyniesienia kogoś, kto wywiódł w pole ich towarzyszy?

 

Stanisław Adamczyk często rozmawia z dziennikarzami, którzy chcą pisać o naszej historii najnowszej. Jego wspomnienia z czasów niemieckiej okupacji drukują chętnie. Opowiada im też, jak komuniści rozprawili się ze Zrzeszeniem WiN. Członkom tej organizacji urządzano w Garwolinie publiczne procesy, na które ubierano ich w niemieckie mundury lub zakładano opaski ze swastyką. Na rozstrzelanie przywożono ich z połamanymi nogami, żeby nie mogli uciec… Takie opowieści również dziennikarzy interesują.

 

O tym, że w latach pięćdziesiątych przebywał w obozach pracy na Śląsku, piszą już bardzo ogólnikowo. Warunki były nieludzkie, a praca ponad siły. Rzadko wspominają, że przez ten polski GUŁAG musiały przejść setki tysięcy ludzi, że znaczna część zmarła i do dziś tej sprawy nie zbadano, nie mówiąc już o ukaraniu winnych czy zadośćuczynieniu ofiarom.

 

O przeszłości agenturalnej Zbigniewa Ścibora – Rylskiego dziennikarze wolą raczej nie wspominać. Nie chcą sprawiać kłopotu prezydentowi. Sprawujących władzę dziś się nie szanuje, a tych, którzy przelewali krew za Polskę - tak. Dlatego warto, żeby ważnego dygnitarza popierał jakiś szacowny weteran. Donald Tusk miał Władysława Bartoszewskiego, a Bronisław Komorowski chętnie pokazuje się z generałem Rylskim. Jego obecność przydaje się podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego. Czy można znaleźć lepszego kombatanta? Wstydliwa karta w życiorysie jest przecież gwarancją jego lojalności. W polityce nie można człowiekowi ufać. Trzeba być go pewnym.                                                                

 

idź Pod Prąd, październik 2014


LEKCJA ŻYCIA OD UMARŁYCH

Tej jesieni jestem pod głębokim wrażeniem lektury książki Samuela Fryderyka Lauterbacha "Mała Wschowska Kronika Zarazy" w przekładzie Aleksandra Wileckiego, wydanej z okazji 300-lecia wybuchu epidemii dżumy we Wschowie. Zbiegło się to z 400-leciem cmentarza ewangelickiego, który jest jedną z najstarszych w Europie nekropolii. Zbudowany został według włoskiego wzorca Campo Santo (Świętego Pola) poza murami miasta, w przeciwieństwie do wcześniejszej tradycji lokowania cmentarzy w obrębie murów kościelnych. Oprócz kwestii higienicznych decydujące znaczenie miała teologia reformacji, która odrzucała pogląd, że zmarli będą bezpieczniejsi w miejscu poświęconym, jakim był kościół, czy też będąc pod opieką świętych patronów (czyżby działali tylko w pobliżu?). Biblijni chrześcijanie mają życie wieczne zapewnione przez Boga już tu na ziemi na podstawie wiary w Zbawiciela Jezusa Chrystusa i nikt nie może im tego zabrać.

 

W dniach 10-11.09.2009r. we Wschowie odbyła się konferencja naukowa poświęcona tym rocznicom.

 

Książka jest niezwykłą relacją świadka epidemii, a zarazem luterańskiego pastora S. F. Lauterbacha, który w latach 1709-1728 pełnił swą funkcję przy kościele Żłóbka Chrystusowego. Choć jej autor widział często kilkadziesiąt zgonów dziennie, nie znalazłam na żadnej stronie tego dzieła choćby śladu złorzeczenia Bogu. Przeciwnie, od początku zauważa, że nieszczęście kieruje myśli ku Najwyższemu – "bez tego niewielu przybiegłoby do Pana". Rozumie zamysł Boga, który dopuścił do dżumy – "aby ludzie stali się pobożni i nauczyli się modlić". Modlili się wytrwale przez 9 miesięcy (tyle trwała zaraza). Dlaczego Bóg nie wysłuchał ich od razu? Znający Boga Lauterbach odpowiada: "gdyby wysłuchał od razu, tym szybciej przestaliby się modlić i tym zimniejsza byłaby ich modlitwa".
Podział księgi na dwie części: 1. Gniewna ręka Boga, która karze i 2. Łaskawa ręka Boga, która ochrania - odzwierciedla strukturę ojcowskiej miłości Boga. Miłość twarda - dyscyplinuje, miłość czuła - leczy, ociera łzy i ostatecznie ratuje. Dzisiejszy świat ciągle nie rozumie pierwszego aspektu miłości, a raczej go odrzuca, kojarząc miłość tylko z czułością i łagodnością. A przecież wystarczy być rodzicem, by wiedzieć, że ciężka ręka jest konieczna do kształtowania w dziecku dobrego charakteru.
Bóg doprowadza epidemię do punktu kulminacyjnego, w którym człowiek "niczym Abraham składający na ołtarzu Izaaka musi mieć nadzieję, gdy nie sposób jej posiadać". Następuje przesilenie. Pastor Lauterbach pisze o radości i wdzięczności ocalonych, której "nie da się opisać". Na koniec konkluduje: "najbardziej szlachetne i Bogu najmilsze, co człowiek ślubować może, jest to, jeśli sobie na dobre postanowi, że od zaraz wystrzegać się będzie wszystkiego, co stanowi zmartwienie dla duszy i codziennie będzie się w duchu pokory odradzać". Smutek przychodzi naturalnie wraz z wiekiem i doświadczeniem, radości trzeba się nauczyć.

 

Błogosławiony lud, który umie się radować i chodzi w światłości oblicza twego Panie. Z imienia twego raduje się każdy dzień... Ps. 89:16,17a

 

Wśród ocalonych przez Boga od zarazy byli pasterze: pasterz duchowy – autor książki wraz z całą rodziną, a także wszyscy (!) członkowie Rady Miasta, również nazwani przez Lauterbacha pasterzami, którzy w tamtym strasznym czasie wiernie zarządzali miastem. Sam Bóg wystawił im wspaniałe świadectwo!

 

Jaka różnica z naszymi współczesnymi pasterzami ludu, zarówno politycznymi, jak i duchowymi! Polecam gorąco tę podróż w czasie ku szlachetnym wzorcom.

 

Listy w kamieniu
Po wschowskich chrześcijanach pozostały nie tylko pisma, ale też wspomniany cmentarz ze 170 epitafiami. Są to jakby listy do nas, wykute w kamieniu, bogato ilustrowane. Epitafium Samuela Fryderyka Lauterbacha jest metaforą jego życia. Przedstawia wędrowca z Biblią w ręku w czterech sytuacjach. Najpierw z workiem na plecach przemierza kraj. Pod ilustracją widnieje podpis: "Pod Twym przewodnictwem nie zbłądzę". Następnie wędrowiec opuszcza swój ziemski dom – "Ziemio, żegnaj". Idzie wśród burz i niepogody – "Przez niewygody, surowość i smutek". W końcu odrzucając na ziemię worek - wszystkie dobra doczesne, osiąga cel - niebiańskie miasto, Jeruzalem – "Witaj, niebo".

 

Inne epitafium przedstawia piec, w którym wytapia się złoto, biblijny obraz kształtowania naszego charakteru:
Tygiel wytapia srebro, a piec złoto, lecz Pan bada serca. Przyp. 17:3
Bóg przez całe życie kształtuje nas, byśmy stawali się coraz bardziej podobni do Jezusa, usuwając zanieczyszczenia grzechu. Dzieje się to najczęściej w piecu ciężkich doświadczeń.

 

Moje ulubione epitafium należy do dwudziestoletniej dziewczyny, którą ilustruje zamknięta muszla zawierająca w środku drogocenną perłę – ciało i ukryty w nim bezcenny duch. Śmierć otwiera muszlę i uwalnia perłę, a ręka Boga nanizuje perły na sznur, tworząc wspaniały niebiański naszyjnik. Niezwykle piękna i biblijna metafora utrwalona w kamieniu.
Ozdobą waszą niech nie będzie to, co zewnętrzne, trefienie włosów, złote klejnoty lub strojne szaty, lecz ukryty wewnętrzny człowiek z niezniszczalnym klejnotem łagodnego i cichego ducha, który jedynie ma wartość przed Bogiem.
1P 3:3-4

 

Cmentarz we Wschowie pociąga atmosferą wieczności, tchnie optymizmem. Każdy odwiedzający to zauważa. Ta wspólnota chrześcijan, choć umarła fizycznie, nadal jest żywa w epitafiach, nadal przyciąga ludzi i mówi o Bogu, który daje życie wieczne tym, którzy zaufali Jezusowi.
Uważam zaś za rzecz słuszną, dopóki jestem w tym ciele, pobudzać was przez przypominanie, wiedząc o tym, iż rychło trzeba mi będzie rozstać się z życiem, jak mi to zresztą Pan nasz, Jezus Chrystus, objawił. Dołożę też starań, abyście także po moim odejściu stale to mieli w pamięci. 2P 1:13-15

 

październik 2009


TRZECIEGO DNIA CZY PO TRZECH DNIACH?

Żaden inny okres pobytu Syna Bożego na ziemi nie został w Biblii przedstawiony tak szczegółowo, jak kilka dni między wjazdem do Jerozolimy a Zmartwychwstaniem. Najwidoczniej jej autorzy uważali, że jest rzeczą szczególnie ważną, by każdy chrześcijanin wiedział, co się wtedy stało, dobrze zrozumiał znaczenie tych wydarzeń i wierzył, że rzeczywiście miały one miejsce. Przede wszystkim zależało im na tym, żeby czytający ich słowa zrozumieli, że tylko męka i śmierć Jezusa mogła zmazać grzechy każdego z nas. Chcieli też upewnić ich, że Jego zmartwychwstanie jest faktem, a także dowodem, że ofiara została przyjęta, a wierzący w Niego już nie są w swoich grzechach (1 Kor. 15:17). Każda z Ewangelii przedstawia te wydarzenia trochę inaczej, wnosi jakieś dodatkowe szczegóły. Jednak uzgodnienie tych relacji i ułożenie wszystkich elementów w spójną całość okazuje się wcale nie takie łatwe. Dla pewnych ludzi związane z tym problemy są pretekstem do kwestionowania prawdziwości Ewangelii. Inni podejmują próby odczytania ich „na nowo”. Jedną z takich prób jest książka Mieczysława Pajewskiego „Chrystus umarł we środę”.

Tytuł jest streszczeniem wywodu. Autor za fundament uznaje słowa Jezusa: Pokolenie złe i cudzołożne znaku żąda, ale nie otrzyma innego znaku jak tylko znak Jonasza proroka. Albowiem jak Jonasz był w brzuchu wieloryba trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w łonie ziemi trzy dni i trzy noce (Mat. 12:39–40).Chronologia wydarzeń jego zdaniem była następująca. Jezus został aresztowany w nocy z wtorku na środę i postawiony przed Sanhedrynem. W środę wcześnie rano Żydzi skazali Go na śmierć. Następnie skłonili Piłata, by również wydał taki wyrok i zarządził egzekucję. Wieczorem tego dnia Józef z Arymatei z pomocą Nikodema pochował Jezusa w swoim grobie. Następny dzień, czwartek, był pierwszym dniem Święta Przaśników, w którym obowiązywał całkowity zakaz pracy. Takie święta Biblia nazywa niekiedy szabatami, bo słowo to oznacza po prostu „odpoczynek”. Następnie minął piąteki „normalny” szabat. Gdy po szabacie, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria, aby obejrzeć grób (Mat. 28:1), stwierdziły, że jest on pusty. Zmartwychwstanie musiało nastąpić niedzielnym rankiem lub jeszcze w nocy. Pajewski uważa, że słowa Jezusa o trzech dniach i trzech nocach musiały być spełnione dokładnie. Według niego czwartek, piątek i sobota to te trzy dni. Noc ze środy na czwartek, z czwartku na piątek i z piątku na sobotę to pełne trzy noce.

Na początek zauważmy, że zapowiadając, jak długo będzie leżał w grobie, Jezus jakby „wahał się”. W tej samej Ewangelii Mateusza kilka rozdziałów dalej możemy przeczytać, że dnia trzeciego zostanie wzbudzony z martwych (Mat. 16:21 i 20:19). Podobną obietnicę zapisali Jan (Jan 2:19–22) i Łukasz (Łuk 9:22). Natomiast w Ewangelii Marka jest zapowiedź, że po trzech dniach zmartwychwstanie (Mar. 9:31). Tych różnic autor książki „Chrystus umarł we środę” jakby nie zauważa i nie wyjaśnia. Pomija milczeniem słowa apostoła Pawła, że Jezus dnia trzeciego został wzbudzony z martwych (1 Kor. 15:4). Przyjmuje też za rzecz oczywistą, że dzień śmierci Jezusa nie liczy się jako dzień w grobie. Do tych spraw jeszcze wrócę. Na razie chcę zająć się przesłankami, na których opiera się przypuszczenie, że tym dniem była środa. Czy nie musiał to być piątek, skoro następnym dniem była sobota? Otóż zdaniem Pajewskiego nie. Powołuje on przykłady żydowskiego Święta Trąb i Dnia Pojednania. Nie musiały one wypadać w sobotę, a w Biblii nazywane są sabatami (3 Mojż. 23:23–32). Słowo to oznacza po prostu „odpoczynek”. Jego zdaniem ewangeliści nazwali dzień po śmierci Jezusa sabatem tylko dlatego, że był to dzień świąteczny, pierwszy dzień Święta Przaśników, który niekoniecznie musiał być sabatem – siódmym dniem tygodnia. Rodzi się jednak pierwsza wątpliwość. Ewangeliści znali termin „święto” i używali go. Zapisali, że arcykapłani i starsi postanowili pojmać i zabić Jezusa nie w święto, aby nie powstały rozruchy między ludem (Mat. 26:5, Mar. 14:2). Jan, pisząc o ostatnim wielkim dniu święta Namiotów (Jan 7:37), nie używa słowa „sabat”, choć też był to dzień, w którym Żydom nie wolno było pracować. Dlaczego, opisując śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, mieliby nagle zacząć wyrażać się w tak skomplikowany sposób? Tym bardziej, że opis chronologii tych wydarzeń poprzez „kalendarz liturgiczny” nie jest łatwy.

Jeśli ktoś uważnie przeczyta opisy męki Jezusa znajdujące się w Ewangeliach, powinien zauważyć, że święto Paschy jest tam obchodzone dwa razy. Nie ma wątpliwości, że Ostatnia Wieczerza, którą Jezus spożył z uczniami przed aresztowaniem, była żydowską wieczerzą paschalną. Dokładnie tak określają ją Marek (Mar. 14:12) i Łukasz (Łuk. 22:8). Mateusz pisze, że uczniowie przygotowali Paschę (Mat. 26:19). Czas, kiedy to zrobili, też jest dokładnie określony. Był to pierwszy dzień Przaśników, kiedy zabijali baranka wielkanocnego (Mar. 14:12). Podobnie pisze Łukasz (Łuk. 22:7). Określenie pierwszy dzień Przaśników może wprowadzić trochę zamieszania, bo ściśle rzecz biorąc to trwające siedem dni święto zaczynało się w pierwszym miesiącu roku od wieczora czternastego dnia tego miesiąca (2 Mojż. 12:18). Czyli dzień przygotowania Paschy poprzedzał te święta, ale w języku potocznym uznawano go już za świąteczny. Kto próbował w Polsce załatwić coś w Wigilię Bożego Narodzenia, zrozumie. Tak naprawdę pierwszym dniem Święta Przaśników był dzień zaczynający się tego wieczora, gdy zjadano baranka. Tego dnia pobożnemu Żydowi nie wolno było wykonywać żadnej pracy. U prześladowców Jezusa wszystko było przesunięte o jeden dzień. Nocą po pojmaniu Go palili ogień (Jan 18:18), co było pracą. Nie weszli do pretorium Piłata, aby się nie skalać, by móc spożyć wieczerzę paschalną (Jan 18:28). Najwyraźniej nie było zgody wśród Żydów, kiedy przypada dzień świąteczny, ale wszyscy zgadzali się, jaki jest dzień tygodnia. Ewangelie są relacjami. Można oczekiwać, że autorzy będą pisali w sposób jednoznaczny.

Co jeszcze ma świadczyć o tym, że między śmiercią a zmartwychwstaniem Jezusa były dwa dni, które można nazwać sabatami? Autor książki „Chrystus umarł we środę” zwraca uwagę, że według Marka, gdy minął sabat, Maria Magdalena i Maria Jakubowa, i Salome nakupiły wonności, aby pójść i namaścić go (Mar. 16:1). Natomiast według Łukasza kobiety przygotowały wonności i maści. Przez sabat zaś odpoczywały według przykazania (Łuk. 23:56). Jego zdaniem jedynym sposobem uzgodnienia tych relacji jest przyjęcie, że wonności do namaszczenia Jezusa kupiono w dniu następującym po pierwszym dniu Święta Przaśników a poprzedzającym normalny sabat. Nie uważam, by tak było. Kobiety patrzyły jak Józef z Arymatei wziął ciało i owinął je w czyste prześcieradło i złożył w swoim nowym grobie (Mat. 27:59–60). Być może nie było ich, gdy przyszedł Nikodem niosąc około stu funtów mirry i aloesu (Jan 19:39) i razem z Józefem dopełnił żydowskich zwyczajów pogrzebowych. Być może uznały, że wonności jest jeszcze za mało i poszły je przygotować z tego, co miały pod ręką. O tym prawdopodobnie pisze Łukasz. Zauważmy, że w jego relacji nie ma mowy o kupowaniu. Gdy skończyły, był już czas obowiązkowego odpoczynku. Podczas niego uznały, że mają zbyt mało maści i gdy tylko minął sabat, dokupiły wonności. O tym pisze Marek.

Przyjmijmy, że Jezus rzeczywiście umarł w środę, a w czwartek był pierwszy dzień Święta Przaśników. Czemu kobiety czekały z namaszczeniem zwłok aż do niedzieli? Czy w piątek nie zdążyłyby kupić, przygotować wszystkiego i pójść do grobu? Z pewnością Nikodem miał mniej czasu od nich. Prawdopodobnie w nocy uczestniczył w posiedzeniu Sanhedrynu razem z Józefem z Arymatei. Sumienie musiało mu wyrzucać, że nie zrobił nic w obronie oskarżonego. Potem obserwował, co się dzieje z gasnącą nadzieją, że ktoś położy kres temu obłędowi. Za przygotowanie wonności zabrał się chyba dopiero, gdy Piłat wydał wyrok, czyli około godziny trzeciej według tamtej rachuby, naszej dziewiątej. Zdążył przygotować sto funtów wonności przed wieczorem.

Maria Magdalena i Maria Jakubowa, i Salome miały ważny powód, żeby spieszyć się z namaszczaniem. W Palestynie jest dość ciepło i ciała szybko się rozkładają. Maści pogrzebowe nie hamują tego procesu. To odpowiednik naszych kwiatów.[1] Właśnie dlatego Żydzi grzebią zmarłych szybko. Nawet w kilka godzin po stwierdzeniu śmierci.[2] Jeśli trzymamy się tradycyjnej chronologii, łatwo zauważyć ten pośpiech. Materiał na wonności zapewne kupiły zaraz po zmierzchu. Nard, aloes i majeranek trzeba było rozetrzeć na żarnach lub w moździerzach.[3] Pewnie pracowały przez całą noc i były przy grobie o świcie, żeby ciało jeszcze nie cuchnęło, a przynajmniej nie za bardzo… Naprawdę trudno znaleźć przyczynę zwłoki, której wymaga hipoteza Pajewskiego.

Zastanawia jeszcze jedno. Kobiety, idąc, myślały tylko o tym, kto im usunie kamień zamykający wejście do grobu. Najwyraźniej nie wiedziały, że postawiono przy nim straż, a na kamieniu znajduje się pieczęć, której złamanie karane jest śmiercią. Jeśli śmierć nastąpiła w piątek, łatwo to zrozumieć. Istniał przepis o drodze sabatowej. Pobożny Żyd mógł przejść tego dnia 2000 łokci, czyli około 900 metrów. [4] Jeśli jednak Jezus leżał w grobie od środy, trudno wytłumaczyć, dlaczego w piątek żaden z jego zwolenników nie pojawił się przy grobiei nie powiadomił innych o sytuacji. Było to przynajmniej 120 osób, bo tyle zebrało się w wieczerniku w dzień zesłania Ducha Świętego. Ci ludzie byli przestraszeni, załamani, ale kochali swego nauczyciela i nadal tworzyli zwarte środowisko, w którym wiadomości rozchodziły się szybko. Uczniowie idący do Emaus wiedzieli o pustym grobie już po kilku godzinach, choć nie wierzyli w zmartwychwstanie (Łuk. 24:13.32).

Właśnie ci uczniowie, rozmawiając wtedy z Jezusem, wypowiedzieli słowa, które moim zdaniem pozwalają stwierdzić, w którym dniu tygodnia umarł Jezus. Arcykapłani i zwierzchnicy nasi wydali na niego wyrok śmierci i ukrzyżowali go. A myśmy się spodziewali, że On odkupi Izraela, lecz po tym wszystkim już trzeci dzień, jak to się stało (Łuk. 24:20–21). Rozmowa z pewnością odbyła się w pierwszy dzień tygodnia (Łuk. 24:1 i 13). Skoro w niedzielę był trzeci dzień, jak to się stało, to znaczy, że stało się to w piątek. Autor „hipotezy środy” zdaje sobie sprawę, jakie to dla niej zagrożenie. Próbuje jej bronić na dwa sposoby. Tłumaczy, że nie chodziło wyłącznie o ukrzyżowanie, ale też o postawienie warty przy grobie. Jednak ci, których nadzieje umarły wraz z Jezusem, mówili tylko o wyroku i egzekucji. O rozmowach starszyzny z Piłatem mogli nawet nie wiedzieć. Stosuje też konsekwentnie swój osobliwy sposób liczenia dni. Wartę postawiono następnego dnia po śmierci Jezusa, czyli według niego we czwartek. Pajewski jednak liczy tylko piątek, sobotę i niedzielę i wychodzą mu trzy dni...

Co jeszcze ma świadczyć o tym, że Chrystus umarł we środę? Jego zapowiedź o trzech dniach i trzech nocach. Słowa Mesjasza musiały się spełnić. Trudno się nie zgodzić, ale warto wiedzieć, jak rozumieli je Żydzi.

Zajrzyjmy do Księgi Estery. Jej bohaterka powiedziała swoim rodakom: pośćcie za mnie; przez trzy doby nocą dniem nie jedzcie i nie pijcie; również ja i moje służebnice tak będziemy pościć, a potem udam się do króla, choć to jest wbrew prawu (Es. 4:16). Jednak w pałacu królewskim stanęła już trzeciego dnia (Es. 5:1). Podobnie Józef oddał swoich braci pod straż na trzy dni, a trzeciego dnia wypuścił (Rdz. 42:17–18). To nie są przejawy niesłowności biblijnych bohaterów ani przypadkowe błędy. Zasadę, według której Żydzi liczyli, podaje Talmud. Posiadamy naukę: dzień i noc są Onach (czas) i część Onach jest jak jego całość. [5] Pajewski uważa, że „część jestniczym”. Można i tak, ale to nie jest żydowski sposób liczenia. Bywa on stosowany także w naszych czasach. Wystarczy, na przykład, żeby firma działała nawet jeden dzień w miesiącu, a daniny musi zapłacić za cały. W ZUS miesiąc jest onach i część jest jak całość.

Uważam, że z biblijnych relacji jasno wynika, że Jezus umarł w piątek. Ich pozorne sprzeczności łatwo można wyjaśnić. Mateusz i Marek byli Żydami i swoje pisma kierowali głównie do rodaków. Dlatego czytamy w nich o trzech dniach i nocach w łonie ziemi i zmartwychwstaniu po trzech dniach. Łukasz był Grekiem i konsekwentnie pisał, że Jezus zmartwychwstał trzeciego dnia. Tak też twierdził Żyd Paweł w 1 Liście do Koryntian, czyli Greków. Po prostu w różnych kulturach czas można różnie liczyć.

 

 

Przypisy:

[1] Daniel–Rops, „Dzieje Chrystusa”, IW PAX, Warszawa 1995, str.501.

[2] http://www.kirkuty.xip.pl/pogrzeb_zydowski.htm

[3] Daniel – Rops, op. cit., str.507.

[4] Giuseppe Ricciotti, „Życie Jezusa Chrystusa”, Wydawnictwo PAX, Warszawa 1954, str.85.

[5] http://mateusz.pl/pow/030204.htm

 

 

 

 

 

 

 

 iPod Prąd, nr 5-6 (130-131), maj-czerwiec 2015, s. 15-16

 


Niebezpieczny Bohater

Polska ma ostatnio szczęście do niejednoznacznych bohaterów i autorytetów. Mamy więc zarówno zwolenników, jak i przeciwników Jaruzelskiego, Kuronia, Wojtyły, Michnika, Miłosza, Wałęsy... Choć listę można by jeszcze wydłużyć, to powyższych panów cechuje pewien "zmysł" internacjonalizmu, który bezbłędnie zaprowadził ich w ramiona Brukseli - postępowej spadkobierczyni Moskwy.

Jednakpewien skromny człowiek wyraźnie wyłamuje się z tego grona i poważnie zagraża naszemu nowemu panteonowi. Trzeba przyznać, że i jego osobie towarzyszą ogromne kontrowersje - od zachwytu do potępienia. Najbardziej skonsternowana jest jednak proeuropejska "elyta". Co ją tak konfunduje?

Pułkownik Kukliński jest albo zdrajcą Polski, albo bohaterem. Nie da się tu pójść w jakieś modne ostatnio półcienie typu : "palił, ale się nie zaciągał". Ten niepozorny człowiek albo zasługuje na miejsce na Powązkach i wdzięczną pamięć Rodaków, albo na ich wieczną pogardę. I to właśnie jest najgorsze. Zarówno pierwsza, jak i druga ocena Pułkownika niesie ze sobą poważne konsekwencje.

Przyjmijmy na początek, że był zdrajcą. Zwolennicy tej tezy powołują się na złamanie przysięgi wojskowej. Racja, ale przysięga nie jest bytem samoistnym. Składa się ją na wierność komuś. Komu ślubował Kukliński? Są dwie możliwości: Polsce lub PRL-owi. (Pułkownik utrzymuje, że Polsce, ale można mu nie dawać wiary). Jeżeli Polsce, to sprawa jest prosta. Należy tylko stwierdzić, czy działania Pułkownika służyły polskiej racji stanu, czy też nie. Czy szkodzenie ZSSR i Układowi Warszawskiemu było w naszym interesie, czy nie? Tu chyba niewielu Polaków ma wątpliwości. W takiej sytuacji Kukliński służył Polsce i jej nie zdradził. Przyjmijmy jednak wersję mniej korzystną dla Pułkownika, mianowicie że w młodzieńczym porywie głupoty uwierzył w socjalistyczne brednie i szczerze składał przysięgę władzy ludowej. Później oprzytomniał lub "musiał" oprzytomnieć (nie wnikam) i zaczął zwalczać PRL. W tym przypadku jest co najwyżej zdrajcą PRL-u, a nie Polski. Szkodził Polsce tylko wówczas, gdy wcześniej z serca wspierał kremlowskich namiestników nad Wisłą... Złamanie przysięgi danej okupantowi lub wrogowi nie jest zdradą Ojczyzny.

A zatem niezależnie od tego, komu Ryszard Kukliński przysięgę składał, to w największych dokonaniach swego życia - wykradaniu sowieckich tajemnic - Polski nie zdradził i nie może być nazywany jej zdrajcą.

Czy jednak automatycznie staje się bohaterem? Niekoniecznie. Mógł przecież być zwykłą kanalią, wysługującą się temu, kto więcej zapłaci, a że akurat Amerykanie mieli więcej forsy, to służył przy okazji polskiej racji stanu. By jednoznacznie rozwiać tę wątpliwość, trzeba by zajrzeć do jego serca, co nawet za życia człowieka zarezerwowane jest wyłącznie dla Boga ("I od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku; sam bowiem wiedział, co było w człowieku" Jan.2,25; "...gdyż Ty jedynie znasz serce wszystkich synów ludzkich." II Kr.6,30). My możemy tylko wnioskować.

A więc mamy świadectwo samego zainteresowanego, że robił to dla Polski, a nie dla pieniędzy czy z innych przyczyn osobistych. Zasadą naszej cywilizacji jest domniemywanie prawdziwości czyjegoś świadectwa, dopóki nie mamy dowodów jego fałszywości. Dalej można przeanalizować bilans zysków i strat zainteresowanego. Co tracił? Willę, prywatny jacht i wysoce uprzywilejowaną pozycję w PRL-u. Co zyskał? Zasobne życie w wolnym świecie. Dla niego nie było ono jednak wolne… Cały czas czyhały na niego „dowody życzliwości” ze strony tych, których rzeczywiście zdradził. Niestety, dosięgły one obu jego synów. Bilans dość żałosny, a należy dodać, że Pan Pułkownik do półgłówków nie należał i z pewnością przewidział taki obrót sprawy… Jeśli nie działał przeciw Sowietom i ich polskim kumplom z pobudek ideowych, to mógł się przecież tak nie starać i być tylko jakimś tam agentem. Wtedy i „wdzięczność” towarzyszy byłaby mniejsza… On jednak poszedł na całość. Zasługi musiał mieć naprawdę niezwykłe, bo od czasów Pułaskiego i Kościuszki nie było chyba polskiego oficera, którego Prezydent USA uczyniłby pułkownikiem US Army…

Z powyższych rozważań wynika, że Kukliński jest polskim bohaterem - i to bohaterem czasów współczesnych. W tym właśnie tkwi niebezpieczeństwo: można się bezpośrednio porównać z jego postawą i czynami. Można też porównać go z innymi…

Jeśli Kukliński jest bohaterem, to kim są Jaruzelski, Kiszczak, Miller, Oleksy czy nawet Kwaśniewski? Jeśli oni są zdrajcami wysługującymi się okupantowi, to kim są ci, którzy dali im „moralne” rozgrzeszenie i umożliwili okrągłostołowe utrzymanie się u władzy?

Tak, niebezpieczne myśli przychodzą do głowy, jeśli zacznie się analizować sytuację… Nie dziwi więc nerwowa reakcja Michnika i jego kręgu związana z pogrzebem Pułkownika w kwaterze zasłużonych na Powązkach…

Jest jednak coś jeszcze bardziej niepokojącego naszych rządzących. Co będzie, jeśli przykład Kuklińskiego przeniesie się na teraźniejszość i przyszłość? Co będzie, jeśli ktoś z naszych wysokich urzędników i oficerów zacznie jak Pułkownik myśleć kategoriami polskiej racji stanu i przeciwstawi interes Narodu Polskiego naszemu nowemu internacjonalistycznemu „opiekunowi”? Co będzie, jeśli opinia publiczna zacznie postrzegać przysięgę, dajmy na to Danuty Hubner, na wierność Brukseli kosztem Warszawy jako analogiczną do deklaracji przeróżnych Jaruzeli o wiecznej przyjaźni i oddaniu towarzyszom z Moskwy?

Tak, panowie towarzysze, cichutko z tym Kuklińskim. Trzeba jak najszybciej pogrążyć go w mroku niepamięci, bo a nuż niedługo pojawi się nowy Kukliński, tym razem jednak europejski…

Paweł Chojecki

Tekst pochodzi z nr 8 miesięcznika "idź Pod Prąd" (2004 rok).


Cmentarze niezwykłe

W   słoneczny,  październikowy  weekend  wybraliśmy  się  na  rajd  „Góry  z Biblią”.  W  ciągu  dnia  zanurzaliśmy się  w  jesienny,  bajecznie  kolorowy  Beskid Niski, odwiedzając cmentarze z I wojny światowej.  Wieczorami  zaś  gorąco,  aż  po  świt, dyskutowaliśmy  o  kwestiach  egzystencjalnych.

Ja opowiem o cmentarzach. Jest ich aż 387  na  terenie  Beskidu  Niskiego  i  Pogórza, upamiętniają  ofiary  operacji  gorlickiej  w 1915r., przełomowej dla losów I wojny. Rozsiane  są  wszędzie  -  na  grzbietach  górskich (np.  na Rotundzie,  Magurze  Małastowskiej), przełęczach  (np. na Przełęczy  Małastowskiej), zboczach (np. nad Regietowem) i we wsiach, często przy cmentarzach parafialnych.

Im  bardziej  zagłębiam  się  w  historię ich powstania, tym bardziej odkrywam, że są to  cmentarze  niezwykłe.  Odzwierciedlają bowiem  jeszcze  XIX-wieczne  podejście  do uszanowania zmarłych, bez tego nie wyobrażano  sobie  cywilizowanego  społeczeństwa. Każdy  poległy  traktowany  był  jak  bohater, bez  względu  na  przynależność  do  własnej czy wrogiej armii, bez względu na wyznanie. Na tym  samym  cmentarzu  stoją  krzyże  łacińskie, greckie, prawosławne i macewy. 

Ówczesne  państwo  -  monarchia  austro-węgierska  -  powołało  specjalną  komisję  do  budowy  grobów  wojennych.  Zatrudniono  kilka tysięcy ludzi z różnych branż: kamieniarzy, cieśli,  zieleniarzy,  malarzy  i  poetów  do  tworzenia nagrobnych  inskrypcji.  Szczególnie  starannie wybierano  architektów  i  rzeźbiarzy.  Każdy cmentarz  był  indywidualnie  zaprojektowany, najczęściej na planie figur geometrycznych: koła, elipsy, wieloboku, krzyża itp. Otoczony murem, kamiennym  szańcem  lub  drewnianą  palisadą, posiadał  reprezentacyjną  bramę  wejściową  i pionowe elementy pomnikowe (wieże tzw. gontyny,  obeliski,  piramidy,  pergole  betonowe  czy też  całe  ściany  pomnikowe).  Ze  znawstwem zaprojektowano  zieleń.  Wykonano  rysunki cmentarzy z rozwiniętą zielenią na rok 1960! W okolicznych lasach robiono przecinki w kierun-ku  rodzinnych  stron  poległych  żołnierzy.  Najważniejsze  projekty  wykonano  na  drodze  konkursów. I to wszystko w warunkach wojennych - w latach 1915-1918!

„Chodzi tu nie tylko o wyrażenie wdzięczności bohaterom (…), ale o dzieło kultury najwyższego znaczenia, którego sposób realizacji  będzie  służył  jeszcze  odległym  pokoleniom, jako miara dla oceny naszej moralnej i artystycznej  wrażliwości.”  -  pisała  komisja ministerialna  o  swoich  celach. 

A  oto  słowa Rudolfa  Brocha  i  Hansa  Hauptmanna  -  naczelników  Krakowskiego  Wydziału  Grobów Wojennych:
„...aż do najdalszych czasów te oto pola mogilne winny być dla nas i naszych następców miejscami uszlachetniania się i budowania”. [1]

Przez blisko sto lat cmentarze niszczały  zapomniane  jako  mogiły  zaborców.  Od niedawna  są  oczyszczane  i  odbudowywane jako  zabytki,  wielki  walor  turystyczny  tego regionu.

Dla mnie przede wszystkim są przykładem wielkiego szacunku do człowieka i troski  o  przekazanie  przyszłym  pokoleniom tego, co najcenniejsze.   

Przypisy:
[1]  Paweł  Pencakowski  „Zapomniane  pomniki niczyich bohaterów”


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut