20 kwietnia 2019

Sędziowie myśli cz.76 – Cenzura inkwizycyjna

SĘDZIOWIE MYŚLI – Z DZIEJÓW INKWIZYCJI

My nie niszczymy naszych wrogów; my ich zmieniamy.

George Orwell – „Rok 1984”

CENZURA INKWIZYCYJNA

Wydając w roku 1455 Biblię, Jan Gutenberg udowodnił, jak wielkie są możliwości jego metody druku z wykorzystaniem wymiennej czcionki. W całej Europie zaczęły powstawać drukarnie. Ludzi, którzy umieli czytać, było już dość sporo. Nie brakowało też takich, którzy chcieli korzystać z tego nowego sposobu docierania do umysłów, widząc jego wielką zaletę. Raz napisany tekst mógł być stosunkowo szybko powielany właściwie dowolną ilość razy. Należało potem tylko zadbać o to, by trafił we właściwe ręce…

Trzeba przyznać, że ówczesne władze duchowne i świeckie szybko zrozumiały, jak ogromny przełom w społecznej komunikacji stanowi drukarstwo i ile może im sprawić problemów. Już w roku 1515 papież Leon X ogłosił, że żadna książka w „chrześcijańskim świecie” nie powinna zostać wydrukowana bez zgody lokalnego biskupa.i Niektórzy władcy świeccy już wcześniej podjęli próby zapewnienia sobie kontroli nad wydawnictwami.

W praktyce okazało się to bardzo trudne i Luter potrafił wykorzystać okazję, pisząc broszury i książki wydawane w nakładach, które nawet w naszych czasach należałoby uznać za spore. Podobnie postępowali Zwingli, Farel, Kalwin, Bullinger… Bez słowa drukowanego trudno sobie wyobrazić sukces reformacji.

Władcy Hiszpanii należeli do tych monarchów, którzy wcześnie zadbali o to, by idee szerzone drukiem nie wzburzały umysłów poddanych. Edykt wprowadzający cenzurę prewencyjną wydany 2 lipca 1502 roku przez Ferdynanda Aragońskiego i Izabelę Kastylijską nakładał obowiązek uzyskania zezwolenia na drukowanie książek i sprowadzanie ich zza granicy u odpowiedniego biskupa lub przewodniczącego sądu. Miał jednak poważną lukę. Obowiązywał jedynie na terenie królestw Kastylii i Leon. Drukarz lub księgarz, który nie uzyskał takiej licencji, przeniósłszy się do Aragonii, Katalonii, Walencji lub Nawarry, mógł drukować i sprzedawać, co tylko chciał. Również następcy Ferdynanda nie czuli się na siłach, by rozszerzyć to prawo na inne królestwa, nad którymi panowali.ii Obowiązywały w nich różne prawa, zwyczaje i języki, a ich mieszkańcy bardzo cenili sobie te odrębności. Narzucanie im praw obowiązujących w dominującej Kastylii budziło sprzeciw i niezadowolenie. Sprawa cenzury nie wydawała się na tyle ważna, by podsycać separatyzm. Drukarni i księgarni było w Hiszpanii stosunkowo niewiele. Królowie mimo wszystko nie uważali ich za poważne zagrożenie.

Inkwizycja hiszpańska wyciągnęła jednak pewne wnioski z tego, co działo się w Niemczech. Jej funkcjonariusze zauważyli, że protestantyzm dociera do ludzi i upowszechnia się najbardziej dzięki książkom, które – będąc niemymi nauczycielami – przemawiają i pouczają wszędzie i o każdej porze, w tym również tych, do których nie zdołała dotrzeć siła wymowy.iii Doceniano to wielkie zagrożenie dla religii katolickiej i starano się mu zapobiec.

Już w 1521 roku Adrian z Utrechtu pełniący wtedy funkcję Inkwizytora Generalnego zakazał Hiszpanom posiadania, przywożenia i rozpowszechniania książek luterańskich.iv Święte Trybunały zaczęły też przejmować cenzurę książek wydawanych w kraju, choć formalnie nie były do tego uprawnione.v Najwidoczniej nie były dobrego zdania o cenzorach królewskich i diecezjalnych. Z czasem zadbano, by wierni wiedzieli, jakich konkretnie książek mają się wystrzegać i odpowiednie edykty inkwizycji odczytywano podczas nabożeństw. Trudno było zapamiętać wszystkie tytuły. Jednym ze skutków rozpowszechnienia się druku było to, że ilość książek szybko rosła. Od 1540 roku zaczęto publikować listy tych zakazanych.vi Najczęściej kopiowano po prostu wykazy sporządzane przez inkwizycję działającą w również podlegających władzy hiszpańskiego króla Niderlandach, na które protestancka propaganda oddziaływała silniej. Rozlepiano je tam na murach domów i nazywano plakatami. To niderlandzkie słowo przyjęło się potem w wielu językach. Wreszcie w roku 1551 ogłoszono pierwszy hiszpański indeks ksiąg zakazanych. On również był „importowany” z Niderlandów. Hiszpańscy inkwizytorzy skorzystali z owoców pracy swych kolegów z uniwersytetu w Louvain, nie dbając o to, że powiadamiają Hiszpanów o istnieniu wielu dzieł, które jeszcze do ich kraju nie dotarły.

Katolik, zapoznawszy się z listami czy indeksem, miał obowiązek w określonym terminie oddać zakazaną literaturę, jeśli ją posiadał, urzędnikom inkwizycji. Były dwie kategorie – książki zakazane całkowicie i częściowo. Te pierwsze niszczono, a drugie poddawano „oczyszczeniu”. Zamazywano szkodliwe fragmenty farbą drukarską lub wyrwano całe kartki. Jak wiele czynności urzędowych, „oczyszczanie” mogło trwać miesiące, a nawet lata. W końcu jednak zwracano książkę właścicielowi. Za posiadanie „nieczystej” karano ekskomuniką i grzywną. W przypadku recydywy winny stawał przed Świętym Trybunałem. Oczywiście ten, kto zauważył nieprawomyślne druki u kogoś innego, również miał obowiązek donieść o tym, gdzie trzeba i mógł być ukarany, jeśli tego nie zrobił. Funkcjonariusze inkwizycji, szukając zakazanych książek, kontrolowali przywożone do Hiszpanii towary, a także drukarnie, księgarnie i biblioteki.vii

Mimo wszystko wyegzekwowanie zakazu kontaktu z niemymi heretykami nie było proste. Książkę łatwo schować. Można też zmienić okładkę i stronę tytułową… Poza tym szybko ich przybywało i inkwizytorzy nie nadążali z wydawaniem zakazów. Niekiedy też zmieniali po jakimś czasie zdanie. Przyłapani księgarzy i czytelnicy twierdzili, że indeksy są tak obszerne, że po prostu nie zauważyli na nich swoich książek i często przyjmowano takie tłumaczenia. Dla wszystkich było jednak był oczywiste, że zakazana jest Biblia. W roku 1552 przeprowadzono wielką akcję poszukiwania nielegalnych egzemplarzy Starego i Nowego Testamentu. W Sewilli odebrano ludziom 450 sztuk, w Saragossie 218, w Walencji 20, znaleziono też jakieś w Salamance. Przekłady na języki narodowe dokonane przez katolików były ścigane tak samo, jak protestanckie.viii Nawet dewocyjne książki zawierające tłumaczenie biblijnych fragmentów trafiały na indeks. Pierwszy hiszpański przekład Pisma Świętego inkwizycja zaaprobowała w 1783 roku.ix

Zwolennicy reformacji w Sewilli i Valladolid posługiwali się Nowym Testamentem w przekładzie Juana Pereza de Pinedy, byłego zakonnika, który uciekł do Genewy. Julian Hernandez przemycał drukowane tam egzemplarze w beczkach na wino. Spłonął za to na stosie.x

Po wykryciu tych wspólnot zaostrzono prawo. Od 1558 roku za rozpowszechnianie w Kastylii niedozwolonych książek wprowadzono karę śmierci, ale nawet wtedy nie ograniczono swobody druku w innych hiszpańskich królestwach.xi

Inkwizycja hiszpańska raczej nie wyrządziła wielkiej szkody kulturze i nauce, choć intelektualiści skarżyli się na nią. Nigdy nie zakazała ona dzieł Galileusza. Ponieważ papieski nuncjusz uraził inkwizytorów, nakazując im rozpowszechnienie wyroku rzymskiego sądu w sprawie astronoma, nie pytając ich o zdanie, wydali o jego dziełach opinię pozytywną.xii W Don Kichocie Cervantesa usunięto jedno zdanie. Dzieła naukowe pisane po łacinie były dostępne w zasadzie bez ograniczeń. Wydawano w Hiszpanii książki Keplera, podając na nich tylko informację, że jest on heretykiem. Przykładów „liberalizmu” cenzury inkwizycyjnej można podać więcej. Nie ulega natomiast wątpliwości, że skutecznie zniechęciła ona Hiszpanów do Biblii. Lorenzo Villanueva, żyjący w XVIII wieku funkcjonariusz inkwizycji, przyznawał, że ludzie, którzy dawniej szukali Biblii, teraz spoglądają na nią z odrazą; wielu się nią nie interesuje, a jeszcze liczniejsi nie wiedzą nawet, że istnieje.xiii

cdn. Piotr Setkowicz

i Leszek Biały, „Dzieje inkwizycji hiszpańskiej”, KAW, Kraków 1989, str.242 – 243.

ii Henry Kamen, „Inkwizycja hiszpańska”, PIW, Warszawa 2005, str. 101 – 103.

iii Leszek Biały, op. cit., str.250.

iv Leszek Biały, op. cit., str.243.

v Henry Kamen, op. cit., str.101.

vi Henry Kamen, op. cit., str.102.

vii Leszek Biały, op. cit., str.244 – 245.

viii Henry Kamen, op. cit., str.106.

ix Leszek Biały, op. cit., str.250.

x http://www.protestantedigital.com/ES/Magacin/articulo/2132/Julian-hernandez-julianillo-realidad-y-mito

xi Henry Kamen, op. cit., str.102 – 103.

xii Leszek Biały, op. cit., str.254 – 255

xiii Leszek Biały, op. cit., str.250.


Listy ateisty 3: Ochrzczony ewolucjonizm

Ochrzczony ewolucjonizm

Jak stwierdził podczas wizyty w Polsce czołowy ideolog ateizmu i biolog ewolucyjny prof. Jerry Coyne, teoria ewolucji jest najlepszym narzędziem w walce z religią, głównie z chrześcijaństwem. Trudno się z nim nie zgodzić – jeśli powstaliśmy w drodze przypadku i naturalnych procesów, to nie ma żadnego Stwórcy, a co za tym idzie obiektywnej potrzeby komunikowania się z Nim czy obawy przed Jego sądem. Religia to wtedy wytwór ludzkiej wyobraźni. Jak chrześcijanie zareagowali na teorię ewolucji?

Ogólnie można podzielić te reakcje na obozy. Jedni odrzucili teorie ewolucji i pozostali wierni biblijnemu kreacjonizmowi. Inni, widząc potęgę współczesnej nauki, postanowili asymilować ewolucjonizm na swoje podwórko. W ten sposób powstał ewolucjonizm teistyczny. Zakłada on z grubsza, że Bóg i owszem stworzył świat, ale za pomocą naturalnych procesów opisywanych przez naukowców- ewolucjonistów. Dla osłody niektórzy dodają chrześcijanom punktową ingerencję Boga – początek życia i tchnienie duszy w człowieka.

Pomysł wydawał się dobry – teistyczny ewolucjonizm nie musi tłumaczyć się przed naturalistyczną nauką - prawie bez zastrzeżeń przyjmuje jej odkrycia i twierdzenia – a jednocześnie ratuje wiarę w Boga i wytrąca ateistom z rąk groźną broń przeciwko religii.

Jest tylko jedno małe „ale”. Teistyczni ewolucjoniści muszą jakoś sobie poradzić z biblijnym, sześciodniowym opisem stworzenia. Potrzeba jest matką wynalazku – szybko więc powstała szkoła symbolicznej interpretacji Biblii. Dotychczas prawie bez zastrzeżeń świat chrześcijański przyjmował dosłowną interpretację Pisma. Do rozumienia symbolicznego uciekano się tylko w pojedynczych wersetach Biblii, teraz trzeba było potraktować tak całą historię stworzenia. Ale cóż robić – potrzeba jest wielka, ewolucjonistyczny wróg u bram –więc pogląd o symbolicznym opisie Księgi Rodzaju rozprzestrzenił się szybko w chrześcijańskim świecie. Czy jednak teistyczny ewolucjonizm spełnił pokładane w nim nadzieje?

Obawiam się, że nie. Raz przesunięta granica nieomylności i precyzji tekstu Biblijnego nie może zostać zatrzymana. Jeśli legenda jest opis stworzenia, to może i potopu? Jeśli potopu, to może i przejścia przez Morze Czerwone? A jeśli tak, to może i cuda Jezusa są tylko dydaktyczną opowiastką? A co z grzechem i odkupieniem? Czy to czasem nie „opium dla ludu”? Może nie każdy teistyczny ewolucjonista pójdzie aż tak daleko w swych wnioskach, ale każdy będzie miła problem z otwarciem Biblii o czytaniem jej jak nieomylne, siedmiokroć oczyszczone, Słowo Boga. Biorąc pod uwagę, że nasza wiara buduje się poznaniem Słów Boga (np. Rzym. 10:17), będziemy mieli rzesze letnich – no właśnie – czy chrześcijan?

Obserwując współczesny świat Zachodu trudno nie dostrzec słuszności powyższej tezy.

Gdy dyskutuję z teistycznymi ewolucjonistami, zawsze zadziwiamnie z jaką pewnością deklarują oni przekonanie o niedosłownym charakterze opisu Mojżesza. Skąd oni to wiedzą? Zapytani, nie potrafią dać przekonującej odpowiedzi. Jest ona bowiem wstydliwa. Otóż interpretację symboliczną przyjęli oni głównie pod wpływem nauki. Z jednej strony deklarują się jako chrześcijanie wierzący w objawione Słowo Boga, z drugiej uznają prymat odkryć naukowych i ich materialistycznej interpretacji nad Biblią. Zakrawa to na rozdwojenie jaźni…

Warto zadać sobie pytanie – jakie cechy powinien mieć opis Biblijny, by uznać go za dosłowny, a jakie by uznać za symboliczny?

Warto przypomnieć sobie czasy dzieciństwa, kiedy często słuchaliśmy historii zaczynających się od słów „dawno, dawno temu, za górami lasami…” Już wiedzieliśmy, że słuchamy bajki. Czy tak rozpoczyna się Księga Rodzaju?

Idźmy dalej, czy Autor podawałby weryfikowalne szczegóły opisu, gdybychciał, by traktować go dosłownie? Czy na przykład napisałby, że wszyscy ludzie wywodzą się od jednego przodka? Czy podałby szczegółową kolejność pojawiania się istot żywych? Czy podałby konkretny zasięg potopu? Czy też poruszałby się w obszarze niejasnych symboli i niedomówień? Zakładając, że Bóg jest wszechwiedzący i zna przyszłość, należy też założyć, że wiedział o współczesnych odkryciach astronomii, geologii, archeologii czy genetyki. Czy świadomie narażałby się na utratę wiarygodności, a nas na zamęt co do podstaw naszej wiary?

Podejdźmy do opisu stworzenia jeszcze z innej strony. Gdy konstruujemy jakąś teorię naukową, najpierw przedstawiamy założenia wstępne, na których się opieramy. Musimy tu być bardzo precyzyjni, bo wykazanie nam błędu na tym etapie dyskwalifikuje naszą dalszą pracę naukową. Czy Stwórca byłby mniej staranny w swoim traktacie skierowanym do nas? Czy na samym początku swego przesłania umieściłby materiał niejasny, niezrozumiały lub obarczony błędami?

Mogę zrozumieć ateistów, którzy pod wpływem materialistycznie zorientowanej nauki odrzucają istnienie Boga, a Biblię traktują za zbiór legend. Jest w tym konsekwencja i logika. Nie mogę jednak tego powiedzieć o chrześcijanach traktujących „symbolicznie” opis stworzenia, który dała nam Osoba najlepiej poinformowana w tej sprawie – sam Stwórca.


Czy zdążymy zatrzymać upadek? Myśli praktyczne o ewangelizacji Polski

W poprzednim numerze pisałem o powodach, dla których nowonarodzonym Polakom dotychczas nie udało się odwrócić duchowego upadku naszej ziemskiej ojczyzny. Dziś pragnę przedstawić konkretne rozwiązania zmierzające do zmiany tej sytuacji.

I. ROZPOZNANIE

Klasyczny opis tej taktyki znajdujemy w 17 rozdziale Dziejów Apostolskich:

Czekając na nich w Atenach, obruszał się Paweł w duchu swoim na widok miasta oddanego bałwochwalstwu. Rozprawiał więc w synagodze z Żydami i z pobożnymi, a na rynku każdego dnia z tymi, którzy się tam przypadkiem znaleźli.

Niektórzy zaś z filozofów epikurejskich i stoickich ścierali się z nim. Jedni mówili; Cóż to chce powiedzieć ten bajarz? Drudzy zaś: Zdaje się, że jest zwiastunem obcych bogów. Zwiastował im bowiem dobrą nowinę o Jezusie i zmartwychwstaniu.

Zabrali go i zaprowadzili na Areopag, mówiąc: Czy możemy dowiedzieć się, co to za nowa nauka, którą głosisz? Kładziesz bowiem jakieś niezwykłe rzeczy w nasze uszy; chcemy przeto wiedzieć, o co właściwie chodzi. A wszyscy Ateńczycy i zamieszkali tam cudzoziemcy na nic innego nie mieli tyle czasu, co na opowiadanie lub słuchanie ostatnich nowin. A Paweł, stanąwszy pośrodku Areopagu, rzekł: Mężowie ateńscy! Widzę, że pod każdym względem jesteście ludźmi nadzwyczaj pobożnymi. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości, znalazłem też ołtarz, na którym napisano: Nieznanemu Bogu. Otóż to, co czcicie, nie znając, ja wam zwiastuję.

Dz. Ap. 17:16-23

Zanim ap. Paweł ogłosił ewangelię greckim elitom, zdobył pewne informacje. Można powiedzieć, zbadał stan ducha tego narodu oraz jego dorobek i aktualne trendy (jak czytamy dalej, poznał nawet jego literaturę: Albowiem w nim żyjemy i poruszamy się, i jesteśmy, jak to i niektórzy z waszych poetów powiedzieli; Z jego bowiem rodu jesteśmy. Dz.Ap. 17:28). Dzisiaj oprócz własnych obserwacji mamy do dyspozycji mocno rozwinięty obszar badań ośrodków opinii społecznej oraz opracowania psychologów. Można dzięki temu dowiedzieć się stosunkowo szybko o cechach szczególnych różnych grup społecznych czy pokoleniowych. Przykładowo szczególnie cenne dla kościoła mogą być opracowania na temat pokolenia X czy Y. W planowaniu strategii wobec starszego pokolenia czy elity narodu nieodzowne jest szczegółowe poznanie naszej historii i kultury. Niestety, w sporej części polskich środowisk protestanckich panuje przekonanie, że „Biblia wystarczy”. Tym przekonaniem opacznie usprawiedliwia się brak zainteresowania naszą literaturą, historią czy polityką. Taka postawa nie tylko jest sprzeczna z biblijnym wzorcem, jaki zademonstrował nam największy ewangelista narodów ap. Paweł, ale też skutecznie zamyka dla Jezusa środowiska patriotyczne. Owocem tego jest powszechny kosmopolityzm polskich protestantów i błądzenie w sferach politycznych. Środowiska narodowe postrzegają nas więc jako „element obcy i politycznie niepewny”. Warto przypomnieć, że w I RP to właśnie protestancka szlachta była trzonem ruchów reformatorskich i patriotycznych (np. ruchu egzekucyjnego).

Szczegółowe rozpoznanie stanu współczesnej polskiej duszy wymaga obszerniejszego opracowania, tu ograniczę się tylko do kilku wskazówek dotyczących polskiej elity narodowej oraz młodzieży.

ELITA

Nie ma ona złudzeń co do sprzedajności i upadku moralnego polskiego duchowieństwa. Popieranie katolicyzmu traktuje merkantylnie lub taktycznie. Jednocześnie jest w większości deistyczna lub agnostycka. W protestantyzmie widzi pewną wartość, ale tylko w kontekście państw Zachodu. Polskich protestantów lekceważy (głównie z naszej winy). Prezentuje bardzo niski poziom moralny i obyczajowy, a konserwatyzm czy religijność to dla niej tylko pragmatyczny pozór wobec polskiego katolicyzmu ludowego. Spraw biblijnych nie rozumie i jest sceptycznie nastawiona do idei „żywej wiary”. Wychowana została na ideach marksistowskich i ewolucjonistycznych. Pewne wrażenie robi na niej świadectwo życia wierzących oraz prawidłowo funkcjonujące wspólnoty chrześcijańskie składające się z Myśli praktyczne o ewangelizacji Polski PAWEŁ CHOJECKI CZY ZDĄŻYMY ZATRZYMAĆ UPADEK? „ i d ź P O D P R Ą D ” nr 2/115/2014 wwarby / Foter / CC BY 5 osób z jej środowiska (to niestety w Polsce niesłychana rzadkość).

MŁODZIEŻ

Dużo już napisano o pokoleniu Y – pragmatycznym, niecierpliwym, egoistycznym, pysznym i nieuznającym starych zasad współżycia społecznego czy autorytetów (więcej na str. 10). Na tym tle pojawia się jednak coraz liczniejsza grupa młodzieży szukającej trwałego oparcia dla swego życia, niezafałszowanej rzeczywistości oraz autentycznej pobożności. Ci młodzi ludzie mają sporą wiedzę ogólną i bagaż osobistych doświadczeń, eksperymentów z grzechem. Są podejrzliwi i sceptyczni wobec tradycyjnych form religijnych, powoli nabierają zaufania i są skażeni indywidualizmem. Wizja kontroli ze strony otoczenia czy zależności wzajemnej jest im obca. Mają ambicję do wszystkiego dochodzić samodzielnie - czyli za pomocą wyszukiwarki Google… Nie umieją dobrze odróżniać bodźców emocjonalnych i racjonalnych. Z tego powodu wielu z nich daje się zwieść przedsięwzięciom w rodzaju polskiej podróbki Woodstock.

II ROZWIĄZANIE

MEGAKOŚCIOŁY

By dotrzeć zarówno do elity, jak i poszukującej młodzieży musimy wykazać niezbicie praktyczne korzyści życia z Jezusem. Oczywiście nie mam tu na myśli teologii sukcesu, której propagatorzy obiecują „bogactwo, zdrowie, młodość i udany seks” w zamian za wiarę w Jezusa. Tu jednak nie wystarczy jednostkowe, osobiste świadectwo poszczególnych chrześcijan. Potrzebna jest „Boża maszyneria”, której niezwykłe funkcjonowanie zadziwi i przyciągnie poszukujących. Tą „maszynerią” są prawidłowo funkcjonujące wspólnoty uczniów Jezusa (kościoły/zbory lokalne). Te kościoły muszą wydawać owoc w postaci przemienionego życia swoich członków, ale nie tylko w obszarze zbawienia i zerwania z grzechem, ale również w mądrości Bożej przejawiającej się w chrześcijańskim zaangażowaniu społecznym. Kościół musi kształtować ludzi, którzy zajmą przywódcze pozycje w społeczeństwie. Oni, jak latarnie morskie, mają wskazywać zagubionym drogę do Przystani, a wspólnota kościoła ma dawać świadectwo, że stan wzajemnych relacji jej członków ma swe nadprzyrodzone Źródło (Jan. 13:35; 17:26). Dopiero tak funkcjonujące i powszechnie rozpoznawalne kościoły Jezusa przełamią dotychczasowe stereotypy dotyczące protestantów i pokażą sceptykom rzeczywistość życia Bożego.

Warto zaznaczyć, że powyższego zadania nie wykonają kościoły powszechnie znane… z głupoty lub szaleństwa. Dziś mamy w Polsce kilka dość licznych kościołów protestanckich. Jednakże ich zaangażowanie społeczne jest żenujące (wizytówką tego kierunku jest poseł Abraham Godson), a niebiblijne formy wyrazu pobożności sprawiają, że ludzie rozsądni „powiedzą, że szalejecie” (1 Kor. 14:23). Ciągle więc czekamy na polski megakościół, który stanie na wysokości zadania postawionego nam przez Chrystusa.

MEDIA

Musimy także znaleźć rozwiązanie dla problemu braku skupisk biblijnie wierzących chrześcijan. Poza niewielkim rejonem Śląska Cieszyńskiego nie ma w Polsce obszaru, gdzie protestanci mieszkaliby w zwartych skupiskach i oddziaływali na całokształt życia społecznego. Gdy nałożymy na to problem walorów intelektualnych potrzebnych do realizowania roli „latarni morskich” w szeroko pojętym oddziaływaniu lokalnym, okazuje się, że na prowincji długo nie będzie wystarczającej liczby potencjalnych kandydatów do tworzenia kościołów, o których mowa powyżej. Owszem, powstają i będą powstawały liczne kościoły domowe. Ich problemem pozostanie jednak brak możliwości pełnego wykształcenia wszystkich funkcji zadanych kościołowi przez Jezusa oraz znikome oddziaływanie na społeczność lokalną.

Przy obecnych możliwościach technologicznych sensownym rozwiązaniem wydaje się wykorzystanie mediów i komunikatorów internetowych do rozwiązania powyższego problemu. W dużych miastach mogą powstawać kościoły średnich i dużych rozmiarów. By jednak wspomóc prowincję i osamotnionych wierzących z dala od zdrowych społeczności kościelnych, powinny budować swoje media oraz interaktywny udział w nabożeństwach i spotkaniach biblijnych. Można to w pewnym uproszczeniu nazwać kościołem internetowym. Służba ta nie kolidowałaby z działaniami kościołów lokalnych na prowincji, ale uzupełniała ich braki. Dla pojedynczych wierzących niemających na co dzień styczności nawet z niewielką grupą uczniów Jezusa, kościół internetowy byłby jedyną formą budowania społeczności z innymi wierzącymi. Dodatkowym atutem takiej symbiozy megakościoła z jego internetową wersją byłaby możliwość przedstawiania przesłania chrześcijańskiego niewierzącym w nieutrudniającej odbioru formie. Wystarczy przejrzeć aktualne polskie produkcje na YT, by przekonać się o słuszności tego postulatu.

W Kościele Nowego Przymierza w Lublinie od dwóch lat testujemy działanie tego systemu. Mamy parę kilkuosobowych grup oraz pojedynczych wierzących rozrzuconych po Polsce. Transmitujemy na żywo (livestream) nasze niedzielne spotkania oraz utrzymujemy podczas nich interakcję za pomocą komunikatorów społecznościowych. Podobnie postępujemy w przypadku spotkań „specjalistycznych” – dla żon, mężczyzn, młodzieży itp. Kontakt internetowy uzupełniamy wspólnymi zjazdami kilka razy do roku oraz spontanicznymi odwiedzinami. Z perspektywy czasu mogę ocenić, że choć nie zastąpi to bezpośredniego kontaktu na bazie codziennej wspólnej służby, to jednak wydaje zachęcające owoce. W najbliższym czasie planujemy poważne rozszerzenie naszej oferty (wszystkich zainteresowanych taką współpracą z nami oraz oglądaniem na żywo transmisji naszych spotkań zapraszam do kontaktu – [email protected], tel. 502 211 360).

Do nietypowych wyzwań musimy podejść z otwartą głową, mądrością i cierpliwością potrzebną do opracowania właściwej metody. Do tej pory nie znaleźliśmy skutecznego sposobu ewangelizacji Polski. Musimy sięgnąć po nowe metody i nauczyć się pracy zespołowej. Małe wspólnoty są wspaniałym miejscem, by doświadczyć bliskości, przyjaźni i miłości, jaką Chrystus dla nas zamierzył. To cudowne przeżycie, które trwale nas zmienia i zapada w pamięć. Jednakże duchową wojnę o zbawienie Polski może wygrać tylko Armia Pana – struktura składająca się z setek i tysięcy oddanych Jezusowi uczniów działających wspólnie.

Szarańcze nie mają króla, a jednak wszystkie wyruszają w szeregu. - Przyp. 30:27


PIERWSZE SUKCESY – SŁOMIANY OGIEŃ cz. 13

Lata 1550 -1562 to okres największych sukcesów reformacji w Polsce. Za jego początek można uznać to, co stało się w Pińczowie. Właściciel miasta Mikołaj Oleśnicki wygnał paulinów z miejscowego klasztoru, usunął z katolickiej świątyni obrazy i zaprosił do głoszenia „szczerego Słowa Bożego” Jakuba Leśniaka ze Śmiłowic. 25 listopada 1550 roku odbyło się w Pińczowie pierwsze publiczne nabożeństwo protestanckie. (1) Namówił Oleśnickiego do tego Francesco Stancaro, włoski ksiądz i wykładowca języka hebrajskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za publiczną krytykę kultu świętych trafił on do więzienia biskupiego w Lipowcu, skąd dzięki pomocy polskich szlachciców podzielających jego pogląd udało mu się uciec. Oleśnicki udzielił mu schronienia. (2) Przez kilkadziesiąt lat Stankar, jak go nazywano, miał odgrywać wśród polskich protestantów ważną, choć nie zawsze pozytywną rolę.

Wydarzenia w Pińczowie odbiły się w kraju głośnym echem. Religia katolicka poniosła dużą stratę. Protestancki zbór powstał w sporym mieście, a nie jak do tej pory gdzieś na uboczu, zaś jego patron był postacią znaczącą. Ród Oleśnickich zawdzięczał swoją potęgę biskupowi Zbigniewowi – pierwszemu polskiemu kardynałowi i pogromcy polskich husytów. Ktoś taki nie musiał obawiać się sądu biskupiego.

Na rozprawę stawił się w towarzystwie swoich przyjaciół i dworzan. Było ich tylu i zachowywali się w taki sposób, że sędziowie nie odważyli się rozpocząć posiedzenia. Jednak wypędzenie zakonników z Pińczowa było sprawą poważną, a biskup krakowski Andrzej Zebrzydowski nie należał do ludzi ugodowych. Zdecydował się wezwać na pomoc władzę państwową.

Swoją drogą człowiek ten przebył zadziwiającą przemianę. Zaledwie kilka lat wcześniej skłaniał się ku reformacji, czemu dawał wyraz, uczestnicząc w spotkaniach u Andrzeja Trzecieskiego. Gdy został katolickim dostojnikiem, zwrócił się przeciwko niej. Z ówczesnych polskich biskupów chyba właśnie on w najbardziej aktywny sposób zwalczał protestantów. Nie robił tego dla Boga. Otwarcie głosił zasadę: wierz sobie nawet w kozła, jeśli zechcesz, bylebyś mi dziesięcinę płacił. (3) Chciał pieniędzy dla siebie i swojej rodziny, a protestanci płacić nie chcieli.

Proces w sprawie profanacji klasztoru w Pińczowie toczył się przed królem i senatem i przerodził się w debatę światopoglądową. W obronę Oleśnickiego zaangażował się Mikołaj Rej, który dowodził, że katolicyzm jest złą religią i nie należy karać kogoś, kto pokazuje rodakom prawdziwie chrześcijańskie nabożeństwo. Zebrzydowski nawet nie próbował bronić go argumentami teologicznymi czy biblijnymi. Zapowiadał tylko, że skutkiem odrzucenia religii katolickiej będzie anarchia podobna do tej, która panowała w Niemczech. Skończyło się na tym, że Oleśnicki nie poniósł kary. Obiecał tylko zwrócić paulinom klasztor, czego zresztą nie zrobił. (4) Król zlecił egzekwowanie zwrotu klasztoru staroście z Nowego Korczyna Andrzejowi Gnojeńskiemu, który sam był protestantem i w roku 1552 utworzył zbór w Żarnowcu koło Miechowa. (5) Z pewnością więc nie naciskał w tej sprawie Oleśnickiego zbyt mocno.

Pińczów na kilkadziesiąt lat stał się najważniejszym w Polsce ośrodkiem reformacji. Niedługo po wygnaniu paulinów odbył się w nim pierwszy synod polskich kalwinistów. Takich synodów w latach 1550 – 1570 odbyło się sumie 92, z czego w Pińczowie 20. (6) Mury zamku zapewniały bezpieczeństwo. O tym, że miało to znaczenie, świadczy przebieg synodu w roku 1555. Andrzej Zebrzydowski wysłał oddział ze sfałszowanym mandatem królewskim zakazującym takich zebrań. Ludzi biskupa nie wpuszczono i obrady toczyły się dalej. (7) Trudno powiedzieć, czy biskup krakowski zamierzał jego uczestników tylko rozpędzić, czy też uwięzić.

Daniel z Łęczycy założył w Pińczowie protestancką drukarnię. W budynkach klasztoru działało gimnazjum, które ze względu na wysoki poziom nauczania stało się sławne w całej Europie. Kierował nim przysłany przez Kalwina Pierre Statorius, który przeszedł pieszo 1500 kilometrów, aby dostać się do Polski. (8) Zmienił on potem nazwisko na Stoiński. Jego dziełem jest pierwszy podręcznik gramatyki języka polskiego. (9) Były też plany utworzenia w Pińczowie protestanckiego uniwersytetu, ale skończyło się na planach. Na jednym z synodów powstał pomysł przetłumaczenia Pisma Świętego z języków oryginalnych na polski. Przekładu dokonali w latach 1556 – 63 przebywający wtedy w Pińczowie Grzegorz Orszacki, Piotr Statorius, Jan Thenandus, Andrzej Trzecieski, Marcin Krowicki, Szymon Zaciusz – Żak i Grzegorz Paweł z Brzezin. (10) Ponieważ wydrukowano go w Brześciu, nazywany jest najczęściej Biblią brzeską, choć nazwa „pińczowska” też jest używana.

Przykład Oleśnickiego wywołał reakcję łańcuchową. Drobniejsza szlachta zwykle wzorowała się na ludziach, których uznawała za wybitnych. Dodatkowo na Ponidziu była ona najczęściej ze sobą spokrewniona, co dodatkowo ośmielało niektórych do zastosowania w praktyce nauki, którą musieli już znać. W krótkim czasie na obszarze między Nidą a Szreniawą, zwaną wtedy heretycką rzeką, powstało duże skupisko zborów kalwińskich. (11)

Kalwinizm szerzył się zresztą w całej Polsce i właściwie wszędzie wydarzenia przebiegały podobnie. Najpierw jakiś miejscowy magnat zamieniał katolicką świątynię w protestancki zbór, a potem znajdował naśladowców. W roku 1551 Stanisław Mateusz Stadnicki założył zbór w Dubiecku, a wkrótce potem w Łańcucie. Stadnicki miał też majątki pod Sandomierzem i tam też powstawały zbory. W roku 1552 na dwór Mikołaja Radziwiłła zwanego Czarnym trafił kalwiński kaznodzieja Szymon Zacjusz – Żak. Już w roku następnym kalwińskie nabożeństwa odbywały się w pałacu księcia w Wilnie. W ciągu następnych kilku lat zbory powstały w należących do niego miejscowościach, a było ich sporo. Po śmierci Radziwiłła Czarnego protektorem kalwinizmu na Litwie został jego stryjeczny brat Mikołaj Radziwiłł Rudy. (12) Za tym przykładem szli Kiszkowie, Naruszewiczowie, Billewiczowie…

Reformowane zbory nie pojawiły się właściwie tylko na Mazowszu. Tam magnatami byli wyłącznie duchowni, a szlachta była od nich mocno uzależniona ekonomicznie. Zazwyczaj wieś mazowiecka pozostająca w rękach świeckich miała kilku właścicieli. Trudno było w takich warunkach wprowadzać „nową wiarę”. Tworzenie zboru oznaczało też wydatki, które tylko nieliczni byli w stanie ponieść. (13)

Także w Krakowie, pod bokiem króla, obecność protestantów była widoczna, choć oczywiście nie mogło być mowy o zmienianiu świątyń w zbory. Protektorem miejscowych kalwinistów był burgrabia krakowski Jan Boner. Spotykali się początkowo w Willi Decjusza na Woli Justowskiej, a potem w należących do Bonera ogrodach za Bramą Mikołajską. Kaznodzieją był Grzegorz Paweł z Brzezin.

Historycy dotąd nie potrafią stwierdzić, ile reformowanych zborów istniało wtedy w państwie polsko – litewskim. Szacuje się, że w roku 1570, czyli w czasie, gdy protestantyzm u nas zaczął się już cofać, istniało ponad 420 zborów kalwińskich. Luterańskich było ponad 140, tym ponad 30 polskich. (14) W momencie największego rozkwitu z pewnością było ich więcej.

cdn.

Przypisy:

1. Wacław Urban, „Epizod reformacyjny”, KAW, Kraków 1988, str.29.

2. Walerian Krasiński, „Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce”, Zwiastun Ewangeliczny., Warszawa 1903, str.133.

3. Janusz Tazbir, „Państwo bez stosów”, ISKRY, Warszawa 2009, str.118.

4. Walerian Krasiński, op. cit., str.110 – 112.

5. Wacław Urban, op. cit., str.29.

6. Wacław Urban, op. cit., str.31.

7. Janusz Tazbir, op. cit., str.64.

8. http://www.pinczow.com/kultura/przechadzka/hist1.htm

9. http://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Stoi%C5%84ski

10. Andrzej Tokarczyk, Ewangelicy polscy”, Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1988, str.34.

11. Janusz Tazbir, “Reformacja, kontrreformacja, tolerancja”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, str.33.

12. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Ewangelicko-Reformowany_w_RP

13. Janusz Tazbir, op. cit., str.24.

14. Wacław Urban, op. cit., str.30.


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut