23 kwietnia 2019

Jak długo żyją dowody ewolucji

Spotkałam kiedyś opinię, że żaden tzw. dowód na ewolucję nie przetrwał 30 lat. Może jest to lekka przesada, ale coś jest na rzeczy. Ewolucjoniści nagłaśniają nagle jakiś argument, szeroko o nim piszą, dostaje się on nawet do podręczników, ale po jakimś czasie sprawa przycicha i hałas się robi wokół nowego "dowodu".

Przypomnijmy sobie, jak wiele w ostatnim półwieczu pisano o eksperymencie Millera z 1953 roku. Staney Miller utworzył mieszaninę gazów podobną, jak mu się wydawało, do pierwotnej atmosfery Ziemi i przepuszczał przez nią iskry elektryczne. Symulował więc wyładowania elektryczne w pierwotnej atmosferze. Otrzymał jakieś aminokwasy w roztworze wodnym, co dało asumpt do krzykliwej propagandy, że niemal utworzył życie w laboratorium. Jeszcze tylko trochę wysiłku i z zupy aminokwasów naprawdę w laboratorium uczeni stworzą życie obalając kreacjonistyczne przekonania, że życie zostało stworzone.

Od tego czasu mija już 60 lat i ciągle znajdujemy się na etapie z 1953 roku. Entuzjazm ewolucjonistów przygasł, choć nadal twierdzą, że eksperyment Millera był niezwykle cenny i pouczający. Ale rozwiązania zagadki pochodzenia życia szukają już gdzie indziej. Ten nastrój widoczny jest nawet w ostatnim numerze „Świata Nauki” z listopada 2013 roku.

Steve Mirsky pisze tam tak: "Niestety, bulionowa koncepcja tłumacząca początki życia na Ziemi okazała się błędna. Teza ta [...] opierała się na nieprawdopodobnym założeniu, że złożoność biomolekularna może samorzutnie powstać, jeżeli będą ku temu sprzyjające warunki. To ważny eksperyment. Przyczynił się jednak znacznie do narodzin mylnej [...] hipotezy na temat początków życia na naszej planecie." 1

Nie będziemy się już zastanawiali, dlaczego to ważny eksperyment, skoro przyczynił się do narodzin mylnej hipotezy. To z pewnością logika ewolucyjna, która z rzeczywistą logiką niewiele ma wspólnego. Jeśli milionom ludzi namieszano w głowach przez ostatnie pół wieku, to pewnie głupio jakoś przyznać się do tego.

Mirsky tak tłumaczy, dlaczego nadzieje pokładane w eksperymencie Millera okazały się płonne: "Aminokwasy powstałe w Millerowskiej pierwotnej mazi tkwią w niej bez ruchu: nie silą się nawet, by przepłynąć choć centymetr żabką. Gdy te związki chemiczne raz weszły w reakcję, drugi raz tego nie zrobią. Następuje koniec procesu [...]. Natomiast istotą życia są bezustannie zachodzące reakcje chemiczne. W przypadku doświadczenia Millera moglibyśmy czekać w nieskończoność, a w zupie nigdy nie pojawiłaby się mucha". 2

Bardzo to dowcipne, ha, ha, ha. Zupa z aminokwasów, mucha w zupie, rzeczywiście można się pośmiać. Ale co z tymi milionami, którym robiono zupę w mózgu, krzykliwie odwołując się do eksperymentu Millera? I dlaczego, gdy kreacjoniści wskazywali oczywiste ograniczenia eksperymentu Millera, ewolucjoniści nie chcieli wtedy o nich słuchać? 3

Oczywiście, jak nie pierwotna zupa, to coś innego musi ją zastąpić. Ludzie nie mogą nabrać wątpliwości. Mirsky pisze tak: "Ostatnio badacze zidentyfikowali inne miejsca, które bardziej zasługują na miano źródeł życia. Są to podmorskie kominy hydrotermalne, tzw. białe dymniki (white smokers)." Podejrzewamy, że gdyby ewolucjoniści nie mieli niczego innego w zapasie, broniliby wyników Millera jak socjalizmu. Ale Mirsky nie ma złudzeń co do jakości tej nowej hipotezy: "ciepło emitowane przez te kominy, podobnie jak elektryczność w eksperymencie Stanleya Millera, nie jest czynnikiem przesądzającym o powstaniu życia. [...] Być może ich [naładowanych cząsteczek] aktywność wywołuje kaskadę reakcji chemicznych, które sprawiają..." itd. itd.

Ewolucjonizm to ciągle nauka typu "być może", wymagająca od swoich zwolenników olbrzymich pokładów wiary.


Marta Cuberbiller
[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller

Przypisy
1 Steve Mirsky, "Z bouillabaisse powstałeś... Mieszanie chochlą w koncepcjach na temat początków życia na Ziemi", Świat Nauki, listopad 2013, nr 11 (267), s. 75.
2 Tamże.
3 Na temat eksperymentu Millera istnieje olbrzymia kreacjonistyczna literatura. Por. na przykład Jonathan Wells, Ikony ewolucji. Nauka czy mit?, W wyłomie, Gorzów Wlkp. 2007, s. 14-26; Dean H. Kenyon, "Kreacjonistyczne ujęcie pochodzenia życia", w: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, RRR 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 482-495, http://tiny.pl/qm4xj.


Czy funkcjonalne białka mogą powstać przypadkowo?

Stephen C. Meyer w swojej książce „Signature in the Cell” („Podpis  w  komórce”)  poszukuje  odpowiedzi  na  pytanie, jakie  jest  „najlepsze  wyjaśnienie”  powstania  informacji biologicznej  koniecznej  do  utworzenia  żywej  komórki.  W tym  celu  rozpatruje  wiele  proponowanych  w  nauce  wyjaśnień, by ocenić ich wartość i móc je ze sobą porównać.


 

Analizując  wartość  wyjaśnienia  opartego  na  czysto losowych procesach [1], Meyer przedstawia ciekawe ustalenia  dotyczące  możliwości  przypadkowego  powstania cząsteczek  koniecznych  do  zbudowania  żywej  komórki. Rozważając tę kwestię, skupia się on na cząsteczkach funkcjonalnych białek, w których pełnienie funkcji biologicznej zależy  od  specyficznej  kolejności  połączenia  ze  sobą  poszczególnych  aminokwasów  w  łańcuchach  polipeptydowych, które – ulegając pofałdowaniu w określony sposób – tworzą  trójwymiarowe  struktury  funkcjonalnych  cząsteczek białek.

Według  bardziej  popularnych  koncepcji  odwołujących  się  do  losowych  procesów,  funkcjonalne  białka  nie powstały bezpośrednio drogą przypadkowego łączenia się aminokwasów,  lecz  na  podstawie  sekwencji  nukleotydów kwasu  nukleinowego,  który  wcześniej  powstał  poprzez przypadkowe  łączenie  się  poszczególnych  nukleotydów. Jednak prawdopodobieństwo utworzenia się przez przypadek sekwencji nukleotydów DNA lub RNA można obliczyć pośrednio  –  właśnie  poprzez  obliczenie,  ile  wynosiłoby prawdopodobieństwo  przypadkowego  utworzenia  się  białek, które powstają na ich podstawie.[2] Meyer korzysta z prac naukowców, którzy przyjęli tę strategię.

Aby  białka  były  funkcjonalne,  muszą  spełniać  kilka wymogów dotyczących ich struktury, które uwzględnia się przy  obliczaniu prawdopodobieństwa  przypadkowego  powstania tych białek.

Przede wszystkim funkcjonalne białka mogą powstać tylko  w  rezultacie  pofałdowania  łańcuchów  polipeptydowych o odpowiedniej długości – naukowcy, na których prace  powołuje  się  Meyer,  przyjmowali  długość  100  lub  150 reszt aminokwasowych. W nowszej z tych prac, której autorem jest Douglas Axe, eksperymenty i obliczenia przeprowadzono  dla  cząsteczek  zbudowanych  ze  150  aminokwasów (nie jest to wygórowana liczba). Ponieważ w białkach występuje  20  różnych  aminokwasów,  prawdopodobieństwo  uzyskania  ściśle  określonej  sekwencji  o  tej  długości wynosi (1/20)150 , czyli około 1 do 10195. Ponadto wszystkie aminokwasy  tworzące  łańcuch  polipeptydowy  przed  sfałdowaniem cząsteczki muszą być ze sobą połączone wyłącznie wiązaniami peptydowymi. Naukowcy ustalili, że szansa na to wynosi mniej więcej 1/2 dla każdego aminokwasu, a dla łańcucha o długości 150 aminokwasów – (1/2)149 , czyli około 1 szansa na 1045 . Aby białko mogło być funkcjonalne, wszystkie aminokwasy muszą także występować w formie izomeru  optycznego  o  konfiguracji  L,  chociaż  z  taką  samą łatwością może się przyłączyć forma D. Zatem szansa uzyskania struktury prawidłowej pod tym względem również wynosi dla łańcucha 150-aminokwasowego około (1/2)150, czyli 1 do 1045 .[3]

Wiadomo jednak, że część aminokwasów w funkcjonalnych białkach (ale nie wszystkie) może zostać zmieniona  na  inne,  bez  spowodowania  utraty  funkcji.  Dopóki  nie określono,  jak  duży  zakres  zmian  sekwencji  jest  dopuszczalny, nie można było stwierdzić, jakie jest prawdopodobieństwo  uzyskania  przez  przypadek funkcjonalnej struktury. Pierwszymi  naukowcami,  którzy podjęli  próbę  eksperymentalnego ustalenia  skali  tej  tolerancji,  był zespół  badawczy  kierowany  przez  Roberta  Sauera, biochemika  z  MIT.  Przeprowadzili  oni  eksperymenty na  kilku  białkach  o  łańcuchach  długości  mniej  więcej 100 aminokwasów. Wykazali, że dopuszczalna zmienność sekwencji aminokwasów w tych cząsteczkach jest w  dużym  stopniu  ograniczona,  gdyż  nawet  w  miejscach, w których jej zmiana nie powoduje utraty funkcji białka, nie można określonego aminokwasu zastąpić którymkolwiek  spośród  pozostałych  dziewiętnastu. Zespół Sauera ustalił, że prawdopodobieństwo uzyskania funkcjonalnej sekwencji o długości 100 aminokwasów wynosi 1 do 1063 , jest więc niezmiernie małe.[4]

Podobne  eksperymenty  przeprowadził  później Douglas  Axe.  W  2004  roku  opublikował  w  Journal  of Molecular Biology wyniki badań wykonanych na funkcjonalnym fragmencie białkowym zbudowanym ze 150 aminokwasów. Ustalił on, że stosunek liczby zmienionych sekwencji, które nadal mogą pełnić daną funkcję, do  liczby  wszystkich  możliwych  sekwencji  o  długości 150 aminokwasów wynosi 1 do 1077 . Ustalił on dodatkowo, że stosunek liczby zmienionych sekwencji, które mogą pełnić jakąkolwiek funkcję[5], do liczby wszystkich możliwych sekwencji o tej samej długości wynosi 1 do 1074 .[6] Ustalenie tej danej pozwoliło obliczyć, że szanse uzyskania przez przypadek jakiegokolwiek funkcjonalnego  białka  zbudowanego  ze  150  aminokwasów  w rezultacie losowych oddziaływań między cząsteczkami w „prebiotycznej zupie” to 1 szansa na 10164 .[7] Prawdopodobieństwo to jest niezmiernie małe. Może  się  jednak  wydawać,  że  w  ogromnym  oceanie „prebiotycznej zupy”, w ciągu bardzo długiego okresu czasu, nawet tak bardzo nieprawdopodobne zdarzenie nie jest tak zupełnie nierealne. Aby  uzmysłowić  sobie,  co  naprawdę  oznacza taka  wartość  prawdopodobieństwa,  Meyer  przedstawia obliczenia wykonane przez matematyka Williama Dembskiego.  Obliczył  on  maksymalną  liczbę  pojedynczych  zdarzeń  (liczbę  możliwych  sposobów  łączenia cząstek elementarnych), jakie teoretycznie mogły zajść w  ciągu  całej  historii  obserwowalnego  Wszechświata. Pomnożył przez siebie trzy dane liczbowe: szacowaną liczbę  cząstek  elementarnych  w  obserwowalnym Wszechświecie  –  1080 ;  czas,  który  –  według  pewnych założeń – upłynął od tzw. Wielkiego Wybuchu, podany w sekundach – 1017 ; oraz maksymalną liczbę oddziaływań cząstek elementarnych w ciągu jednej sekundy – 1043 [8], co w wyniku dało liczbę 10140 .[9] Jeśli porówna się tę liczbę z wartością prawdopodobieństwa przypadkowego  uzyskania  jednego funkcjonalnego  białka,  którego  łańcuch  zbudowany jest ze 150 aminokwasów – 1 do 10164  – okazuje się, że gdyby  wszystkie  zdarzenia  we  Wszechświecie  przez całą  jego  historię  były  związane  z  próbą  uzyskania takiego funkcjonalnego białka, to do tej pory Wszechświat  nie  przerobiłby  jeszcze  tylu  zdarzeń,  aby  przypadkowe powstanie  oczekiwanego  białka  można  było  uznać  za  realnie prawdopodobne.[10]   Trzeba przy tym pamiętać, że obliczenia te dotyczą przypadkowego powstania jednego funkcjonalnego białka. Aby mogła powstać  żywa  komórka,  potrzeba  takich  białek  przynajmniej 250.[11] A komórka składa się też z wielu innych cząsteczek. Meyer  uznał,  że  na  podstawie  m.  in.  tych  obliczeń  można odrzucić wyjaśnienia pochodzenia informacji biologicznej odwołujące się wyłącznie do procesów losowych.


(Na podstawie książki Stephena C. Meyera: Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 194 – 228.)

[1] W kolejnych rozdziałach analizuje on także wyjaśnienia, których podstawą – w całości lub w części – są koncepcje, według których pewne procesy prowadzące do pojawienia się życia zachodziły z konieczności, a nie przypadkowo.
[2]  „(…)  stosownych  obliczeń  prawdopodobieństwa  można  dokonać,  analizując  albo  szanse  ułożenia  się  aminokwasów  w  funkcjonalne  białko,  albo  szanse ułożenia  się  zasad  nukleotydowych  w  gen  kodujący  to  białko”.  Stephen  C.  Meyer, Signature…, s. 203.
[3] Por. Meyer, Signature…, s. 205-207.
[4] Por. tamże, s. 208.
[5] Czyli takich sekwencji  aminokwasowych, które przynajmniej  pozwalają na zwinięcie się (pofałdowanie) łańcucha polipeptydowego w jakąś stabilną strukturę trzeciorzędową, co jest warunkiem funkcjonalności.
[6] Por. Meyer, Signature…, s. 210-211.
[7]  Por.  tamże,  s.  212.  Wynik  uzyskano  przez  pomnożenie  trzech  danych: prawdopodobieństwa,  że w 150-aminokwasowej sekwencji utworzą się wyłącznie wiązania  peptydowe  (1  do  1045 ),  prawdopodobieństwa,  że  w  sekwencji  o  takiej długości znajdą się tylko izomery L aminokwasów (1 do 10 45 ) oraz prawdopodobieństwa  uzyskania  sekwencji  aminokwasów  pozwalającej  na  utworzenie  stabilnej struktury trzeciorzędowej (1 do 10 74 , jak obliczył Axe).
[8]  Dembski  skorzystał  z  odwrotności  wartości  tzw.  czasu  Plancka – „najkrótszego  czasu  potrzebnego,  aby  wystąpił  jakikolwiek  skutek  fizyczny”  (w przybliżeniu 10-43  sekundy) Por. Meyer, Signature…, s. 216.
[9] Por. tamże, s. 215-217. Meyer zaznacza, że jest to bardziej restrykcyjna liczba niż ta, jaką Dembski obliczył jako tzw. wszechświatową granicę prawdopodobieństwa – 10150  – w której do obliczeń zamiast liczby 1043  przyjmuje 1045 , a jako dostępny czas przyjmuje 1025  sekund – hipotetyczny czas od Wielkiego Wybuchu do momentu, gdy Wszechświat ulegnie kolapsowi lub śmierci cieplnej. Por. D. Sagan, „Filtr eksplanacyjny: wykrywanie inteligentnego projektu na gruncie nauk przyrodniczych”, Roczniki Filozoficzne 2009, t. LVII, nr 1, s. 166 [157-193].
[10] Por. tamże, s. 217-218
[11]  „Na  podstawie  eksperymentów  z  minimalną  złożonością  niektórzy
naukowcy spekulują (ale tego nie wykazali), że prosty jednokomórkowy organizm byłby w stanie przetrwać, mając tylko około 250 – 400 genów”. Tamże, s. 201.  Polecamy  stronę  internetową  Zielonogórskiej  Grupy  Lokalnej  "Nauka  a Religia"  i  czasopisma  internetowego  "Filozoficzne  Aspekty  Genezy": http://www.nauka-a-religia.uz.zgora.pl/ Na stronie tej znajdą Państwo  artykuły w języku  polskim  (oryginalne  oraz  tłumaczenia)  poświęcone  kwestii  relacji  między nauką i religią, ale też dotyczące szeroko rozumianej problematyki genezy.

PO CO TA AWANTURA?

Przypominamy tekst napisany dziesięć lat temu:
Minęło już kilka miesięcy od amerykańskiej (o, przepraszam, amerykańsko-angielsko-australijsko-polskiej) inwazji na Irak. Broni masowego rażenia jeszcze tam nie znaleziono, ale jak zapewniają przywódcy USA i UK na pewno jest, tylko trzeba lepiej poszukać.


Liczne są też głosy, że była to wojna w interesie Izraela, a Ameryka, wraz z pozostałymi "mocarstwami", dała się tylko w nią wciągnąć. Z pewnością jednak nie zetknęliście się Państwo z tezą, że jest to początek wojny przeciw Izraelowi. Warto ją jednak poważnie rozważyć.


Patrząc na mapę Bliskiego Wschodu, łatwo zauważyć, że Amerykanie, dzięki podbojowi Iraku, coraz bliżsi są stworzenia kontrolowanego przez siebie szerokiego pasa otaczającego właśnie Izrael. Od lat należą do niego: uległe Zachodowi Egipt i Jordania oraz naszpikowane amerykańskim wojskiem Arabia Saudyjska i Turcja. Teraz doszedł Irak i wydaje się, że kwestią najbliższych miesięcy są odpowiednie "zmiany" w Syrii i kontrolowanym przez nią Libanie. Mówi się też dość głośno o konieczności "demokratycznych przemian" w Iranie. Jest jeszcze w pewnej odległości
wojownicza Libia, ale od kiedy jej "zasłużony" i leciwy przywódca wziął się za nadzorowanie przestrzegania praw człowieka z ramienia Wielce Szacownej Organizacji, jaką jest ONZ, nic już chyba światu z jego strony nie zagraża… Dziwnym trafem budowanie amerykańskiego pasa kontroli wokół Izraela od strony lądu zbiegło się z rozszerzeniem granic UE aż po Cypr, znajdujący się o przysłowiowy "rzut kamieniem" od brzegów Izraela. Widać wyraźnie, że Żydzi coraz bliżsi są znalezienia się w okrążeniu, pardon, w otoczeniu samych przyjaciół (podobnie jak my kiedyś w Układzie Warszawskim). Musi wtedy jasno wyjść na światło dzienne kwestia izraelskiej broni atomowej. Jej długoletnie istnienie stanowi kuriozum w polityce międzynarodowej. Stoi w oczywistej sprzeczności z układem o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, a nie słyszałem, by ktoś zgłaszał sprzeciw w tej sprawie. (…) Teraz jednak, kiedy państwo żydowskie znajdzie się w objęciach "dozgonnych przyjaciół", po cóż mu tak niebezpieczna zabawka? Będzie to też świetna kiełbasa propagandowa dla Arabów i tzw. światowej opinii publicznej - "Tak, uderzyliśmy na Irak, ale Izrael również oddał broń masowej zagłady".

Widać wyraźnie, że ten kierunek myślenia nie jest obcy administracji Prezydenta Busha. Tuż po ustaniu walk w Iraku przedstawiła ona tzw. Mapę Drogową - plan rozwiązania kwestii palestyńskiej. Dlaczego jednak sprawa izraelskiej broni atomowej jest tak kluczowa? Odpowiedź jest prosta - dopóki Izrael ma ją do dyspozycji, dopóty jest bezpieczny. Kiedy ją odda, będzie musiał polegać na zewnętrznych gwarancjach bezpieczeństwa. Czyje to będą gwarancje, dokładnie jeszcze nie wiadomo. Z politycznej logiki wydarzeń wynikałoby, że amerykańskie, ale istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nie mamy już na świecie do czynienia z istnieniem wielu rządów narodowych, mocarstw i supermocarstw, ale z wciąż
niejawnym rządem światowym. (…)

Wróćmy jednak do Izraela i jego "przyjaciół". Co skłoni Żydów do oddania gwarancji swojej suwerenności i przyjęcia iluzorycznych zewnętrznych umów i zapewnień? Na pewno sami mieszkańcy Izraela mają już serdecznie dość "rozrywek" fundowanych im przez arabskich "wielbicieli". Presja  narodowa i gwarancja amerykańskiego pasa bezpieczeństwa także odegrają tu znaczną rolę. Jest jednak jeszcze coś, co zostanie im pewnie wkrótce zaoferowane. Religia mojżeszowa jest chyba jedyną, której odmawia się prawa do swojej świątyni. Jej gruzy, tzw. Ściana Płaczu, są jedyną pociechą dla Żydów od prawie dwóch tysięcy lat… To rzeczywiście mógłby być argument definitywny - nowa świątynia żydowska w Jerozolimie! Niestety, nie będzie im dane długo cieszyć się uzyskanymi od Rządu Światowego pokojem i świątynią. To tylko przynęta w chytrze
zastawionej pułapce…

PS Godzi się nadmienić, skąd pochodzi teza o wojnie przeciw Izraelowi prowadzonej przez Rząd Światowy. Oczywiście sam tego nie wymyśliłem, ale od lat czytam o tym w Biblii. Szczególnie interesujące jest proroctwo o siedemdziesięciu tygodniach z Księgi Daniela 9:25-27. Wersety 25 i 26 mówią o przyjściu i zabiciu Mesjasza oraz o zniszczeniu Jerozolimy i świątyni (miało to miejsce w 70 r. n.e. pod wodzą późniejszego cesarza Tytusa). Werset 27 dotyczy omawianego przez nas tematu - znowu istnieje świątynia, państwo Izrael i rządzące światem, odbudowane Cesarstwo Rzymskie. Jego przywódca zawrze z Żydami pokój, który złamie po kilku latach i sam obwoła się bogiem, bezczeszcząc tym samym świątynię (mówi o tym także Jezus w Ewangelii Mateusza 24:15 i apostoł Paweł w 2 Liście do Tesaloniczan 2:4). „idź POD PRĄD” nr 2, 2003


Świat RNA z perspektywy krytyków

 

We wszystkich żywych komórkach biosynteza białek oparta jest na występowaniu trzech typów cząsteczek: DNA, RNA i samych białek. Informacja genetyczna przepisywana jest w procesie transkrypcji z DNA na RNA. Powstająca w ten sposób cząsteczka RNA (mRNA) służy następnie jako matryca, na podstawie której w procesie translacji zachodzi budowanie łańcuchów polipeptydowych o ściśle określonej sekwencji aminokwasów. Zsyntetyzowane polipeptydy podlegają fałdowaniu, które prowadzi do przyjęcia przez nie odpowiedniej struktury przestrzennej i, tym samym, do powstania funkcjonalnych białek. (W żywych komórkach białka nie powstają w żaden inny sposób.) Transkrypcja i translacja mogą zachodzić wyłącznie w obecności pewnych specyficznych białek – istnieje więc grupa białek, które występują zarówno w roli produktów syntezy, jak i niezbędnych elementów systemu, który ową syntezę przeprowadza. [1]



DNA, określone rodzaje RNA oraz wspomniana grupa białek stanowią układ cząsteczek, który w przypadku usunięcia nawet jednej z nich straciłby funkcjonalność. Można powiedzieć, że jest to układ nieredukowalnie złożony. Działa on jako pełny zestaw wszystkich współzależnych części albo nie działa wcale. [2]

Pogląd, w myśl którego żywe komórki powstały na drodze ewolucji chemicznej, napotyka tutaj na problem, w jaki sposób system biosyntezy białek mógł się wykształcić stopniowo. Skoro jest to układ nieredukowalnie złożony, to nie mógł powstać jako rezultat bezpośredniej ewolucji, czyli kolejnego pojawiania się poszczególnych jego elementów zdolnych do pełnienia od razu tej funkcji, jaką pełnią obecnie w żywych komórkach. [3] W takim przypadku wszystkie te cząsteczki musiałyby być zachowywane przez dobór naturalny, mimo iż byłyby zupełnie bezużyteczne, dopóki nie spotkałyby się wszystkie w komplecie.

Ewolucjonistyczne próby przezwyciężenia tej trudności zaowocowały wypracowaniem tak zwanej hipotezy „świata RNA”, obecnie najpopularniejszej wśród naukowców koncepcji, według której powstanie komórkowego systemu biosyntezy białek jest rezultatem ewolucji pośredniej. Rozwój tej teorii zapoczątkowały odkrycia z lat 80. XX wieku, które przyniosły nową wiedzę o istnieniu cząsteczek RNA posiadających zdolność katalizowania niektórych reakcji chemicznych. [4] Cząsteczki te zwane są rybozymami.

We współcześnie znanych żywych komórkach ogromną większość reakcji biochemicznych, z nielicznymi wyjątkami, katalizują enzymy białkowe. Jednak wychodząc od faktu istnienia rybozymów, hipoteza „świata RNA” proponuje rozwiązanie, że ewolucję chemiczną mogło zapoczątkować pojawienie się na ziemi cząsteczek RNA pełniących rolę zarówno magazynu informacji, jak i katalizatora, zdolnych do tworzenia swoich własnych kopii (samoreplikacji). Jest to więc koncepcja ewolucji pośredniej, w której funkcja (a nie tylko struktura) RNA ulega stopniowej zmianie. Jego pierwotne funkcje zostają z czasem przeniesione na bardziej wyspecjalizowane rodzaje cząsteczek (białka przejmują rolę katalizatorów, a DNA – magazynu informacji), a znaczenie samego RNA dla procesu syntezy białek zostaje zredukowane do roli pośrednika. [5]

Krytycy tej koncepcji zwracają jednak uwagę na trudności, jakie da się zauważyć przy bardziej szczegółowym jej rozważeniu. Przytoczę kilka z wymienianych problemów.

Już z samą syntezą rybonukleotydów (czyli cegiełek, z których zbudowany jest łańcuch RNA) wiążą się pewne kłopoty. Jedna taka cząsteczka jest połączeniem trzech mniejszych elementów składowych: grupy fosforanowej, cukru rybozy oraz jednej z czterech zasad azotowych – adeniny, uracylu, guaniny  lub cytozyny. Powstanie rybonukleotydów wymagałoby jednoczesnej obecności wszystkich tych trzech rodzajów cząsteczek w pobliżu siebie, aby mogły się ze sobą połączyć. Okazuje się jednak, że wcale nie jest to łatwe do spełnienia, a może nawet niemożliwe do osiągnięcia w warunkach „pierwotnej zupy”. Dlaczego?

Jak stwierdzają Dean Kenyon i Gordon Mills, „warunki postulowane dla prebiotycznej syntezy puryn i pirymidyn [zasad azotowych] są wyraźnie niezgodne z warunkami proponowanymi dla syntezy rybozy”. Ryboza może zostać wyprodukowana ze związków nieorganicznych w toku tzw. reakcji formozowej. Zaczyna się ona od związania razem dwu cząsteczek formaldehydu, a w dalszych etapach tworzy się kilka rodzajów cukrów, w tym ryboza. Mogą one jednak wchodzić w interakcje z innymi cząsteczkami powstającymi w przebiegu reakcji formozowej. Jednak bardziej podstawowym problemem jest tutaj fakt, że reakcja ta nie może zachodzić w obecności pewnych związków azotowych, w tym również związków tworzących się podczas syntezy zasad azotowych. A jeżeli te ostatnie nie spotkają się z rybozą (oraz fosforanami), wówczas nie powstaną rybonukleotydy, a zatem i cząsteczki RNA. (Można dodać, że reakcja formozowa nie zachodzi również w obecności aminokwasów.) [6]

Kolejną trudność stanowi nietrwałość zasad azotowych. W temperaturze około 100°C adenina i guanina mogą przetrwać rok, uracyl 12 lat, a cytozyna – zaledwie 19 dni. [7] Mówi się jednak, że kiedy na powierzchni Ziemi tworzyło się życie, jej powierzchnia była gorąca – panowała temperatura około 80 – 90°C. [8] Niestabilność zasad azotowych stanowiłaby przeszkodę dla przetrwania powstających cząsteczek RNA.

Okazuje się także, że rybonukleotydy, jeśli już są, wiążą się ze sobą wiązaniami o różnych konfiguracjach. Ale budowa cząsteczki kwasu rybonukleinowego wymaga tworzenia wyłącznie wiązań 3',5'-fosfodiestrowych. Badania wykazały jednak, że w spontanicznych reakcjach łączenia rybonukleotydów o wiele chętniej powstają wiązania 5',5'-fosfodiestrowe i 2',5'-fosfodiestrowe. [9]

Teoria „świata RNA” rodzi również poważne problemy probabilistyczne związane z powstaniem systemu samoreplikacji. Wymagałoby to bowiem spotkania w jednym miejscu dwu cząsteczek RNA o specyficznych sekwencjach nukleotydów, z których jedna miałaby zdolność katalizowania replikacji, a druga byłaby dokładnym komplementarnym odpowiednikiem pierwszej i funkcjonowałaby jako matryca. (Ewentualnie drugą cząsteczką RNA mógłby być rybozym zdolny skopiować tę pierwszą i w ten sposób utworzyć dla niej komplementarną matrycę.) [10]

Problemów jest więcej, chociażby to, w jaki sposób mogłoby przebiegać przejście od translacji przeprowadzanej przez rybozymy do systemu translacji opartego na enzymach białkowych. [11] Mimo to, jak wcześniej napisałam, hipoteza „świata RNA” jest obecnie najbardziej popularną koncepcją pochodzenia życia. Można przypuszczać, że o jej popularności decyduje dzisiaj nie przekonywujące świadectwo empiryczne, ale osobiste przekonania przyjmujących ją uczonych, że życie po prostu musiało powstać na drodze niekierowanych procesów ewolucji chemicznej.

Przypisy:
[1] Nieco bardziej szczegółowo opisałam to tutaj: M. Gazda, „Co było pierwsze?”, idź Pod Prąd, nr 105, s. 9.
[2] Twórcą pojęcia „nieredukowalnej złożoności” jest Michael J. Behe. Pisze on: „Przez nieredukowalnie złożony rozumiem pojedynczy system, złożony z poszczególnych dobrze dopasowanych, oddziałujących ze sobą części, które wspólnie pełnią podstawową funkcję układu, a usunięcie jakiejkolwiek z tych części powoduje, że system przestaje sprawnie funkcjonować.” Michael J. Behe, Czarna skrzynka Darwina. Biochemiczne wyzwanie dla ewolucjonizmu, przeł. Dariusz Sagan, BFAG, t. 4, Megas, Warszawa 2008, s. 43.
[3] „Układu nieredukowalnie złożonego nie można wytworzyć bezpośrednio (czyli nieustannie doskonaląc początkową funkcję, której mechanizm się nie zmienia) poprzez liczne, następujące po sobie, drobne przekształcenia układu będącego jego prekursorem, ponieważ każdy prekursor systemu nieredukowalnie złożonego, któremu brakuje jakiejś części, jest z definicji niefunkcjonalny.” Behe, Czarna skrzynka…, s. 43.
[4] W 1982 r. Thomas Cech wraz ze swoimi współpracownikami opublikowali wyniki badań, w których wykazali istnienie intronu zdolnego do autokatalitycznego wycinania się z prekursora RNA. Rok później Sidney Altman i jego współpracownicy odkryli aktywność katalityczną RNazy P. Por. Lizabeth A. Allison, Podstawy biologii molekularnej, Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2009, s. 71.
[5] Por. Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 298-299.
[6] Por. Dean Kenyon, Gordon C. Mills, “The RNA World: A Criticque”, Origins and Design 17 (1996), s. 11 [9–16]. (http://tiny.pl/hsdwv)
[7] Por. Meyer, Signature in the Cell…, s. 302.
[8] Hugh Ross, „Wysokie temperatury to kubeł zimnej wody dla zwolenników hipotezy powstania życia”, Na początku..., Rok 6, nr 6 (117), s. 188 [188-190].
[9] Kenyon, Mills, “The RNA World…”, s. 12 [9–16].
[10] Por. Meyer, Signature in the Cell…, s. 315-316 oraz przypis 37 ze s. 538-539.
[11] Por. Meyer, Signature in the Cell…, s. 305-312.


Polecamy stronę internetową Zielonogórskiej Grupy Lokalnej "Nauka a Religia" i czasopisma internetowego "Filozoficzne Aspekty Genezy":http://www.nauka-a-religia.uz.zgora.pl/  Na stronie tej znajdą Państwo artykuły w języku polskim (oryginalne oraz tłumaczenia) poświęcone kwestii relacji między nauką i religią, ale też dotyczące szeroko rozumianej problematyki genezy.

Co było pierwsze?

Dzięki odpowiednim cechom budowy chemicznej cząsteczka DNA doskonale spełnia swoją rolę uniwersalnego tworzywa, z którego skonstruowane są różnorodne genotypy wszystkich istot żywych, a także rolę czynnika umożliwiającego rozmnażanie organizmów i dziedziczenie cech oraz produkcję odpowiednich białek.

To idealne dopasowanie struktury i funkcji może rodzić podejrzenie, że DNA został inteligentnie i celowo zaprojektowany, chociaż część naukowców uważa, że jest to jedynie „wrażenie projektu”, a nie rzeczywisty projekt. 1

Jednak Stephen Meyer opisuje w swojej książce jeszcze inny problem związany z funkcjonowaniem DNA i przetwarzaniem informacji genetycznej, który stanowi niemały kłopot dla prób naturalistycznego wyjaśnienia genezy życia. W proponowanych wyjaśnieniach powinny zostać przedstawione jakieś wiarygodne koncepcje dotyczące stopniowego powstania komórki, a zatem także stopniowego powstania złożonego systemu ekspresji genów. Jednak bliższe przyjrzenie się funkcjonowaniu tego systemu pokazuje, że próba określenia, w jaki sposób mógł on wyewoluować, jest zadaniem karkołomnym.




Każda żywa komórka zawiera w swoim wnętrzu DNA - molekularny nośnik informacji genetycznej. Jest to cząsteczka złożona z dwóch połączonych ze sobą i spiralnie skręconych długich nici zbudowanych z tzw. nukleotydów. W DNA występują cztery rodzaje nukleotydów (można je sobie wyobrazić jako koraliki w czterech różnych kolorach nawleczone na sznurek). Procesy przetwarzania informacji zapisanej w DNA, w wyniku których produkowane są różne rodzaje cząsteczek RNA oraz białka, nazywane są ekspresją genów.

W kontekście pytania o genezę życia najciekawsze będzie rozważenie tych procesów, które zachodzą w komórce, by przejść od informacji zapisanej w sekwencji nukleotydów w DNA do zbudowania białka o określonej sekwencji aminokwasów.

Syntezą białek na podstawie informacji genetycznej rządzą pewne prawidłowości. Odkryto mianowicie, że obowiązuje tu zasada, iż każdej kombinacji trzech nukleotydów w powstałej na podstawie DNA cząsteczce mRNA odpowiada jeden konkretny rodzaj aminokwasu w cząsteczce białka (z wyjątkiem trzech trypletów – kodonów – które oznaczają komendę „STOP” podczas tzw. translacji). Jednak ponieważ liczba możliwych kodonów (64) jest większa niż liczba rodzajów aminokwasów (20), to część aminokwasów przyporządkowana jest do więcej niż jednego kodonu. Zbiór tych przyporządkowań nazywa się kodem genetycznym.

Proces syntezy białka dzieli się na dwa etapy. Pierwszym z nich jest tzw. transkrypcja. Dochodzi tutaj do przepisania informacji biologicznej z cząsteczki DNA na cząsteczkę RNA (mRNA), która następnie kieruje się do rybosomów obecnych w cytoplazmie komórki i przy udziale tych struktur ulega tzw. translacji. Translacja polega na „przetłumaczeniu” informacji zapisanej w mRNA – w określonej kolejności ułożenia nukleotydów – na kolejność łączenia odpowiednich aminokwasów w tworzącym się białku.

Na czym jednak polega wspomniany problem? Otóż w obu etapach syntezy białek konieczna jest obecność pewnych bardzo specyficznych… białek!

Transkrypcja zachodzi przy udziale kompleksu enzymatycznego zwanego polimerazą RNA oraz innych molekuł, tzw. czynników inicjacji, elongacji i terminacji transkrypcji. Są to białka. Najprostsza polimeraza RNA jest kompleksem pięciu podjednostek białkowych, z których każda zbudowana jest w specyficzny sposób odpowiadający funkcji, jaką pełni. Ponadto polimeraza RNA do wyprodukowania cząsteczki mRNA potrzebuje budulca – rybonukleotydów. Ich synteza również wymaga działania szeregu różnych specyficznych enzymów (które są rodzajem białek).

Podobnie jest w przypadku translacji. Rybosomy, na których odbywa się ten proces, składają się z dwóch podjednostek zbudowanych z białek i rRNA. W komórkach prokariotycznych (nieposiadających jądra komórkowego) na jeden rybosom przypada około 50 cząsteczek białkowych i 3 cząsteczki rRNA. W komórkach eukariotycznych (posiadających jądro komórkowe) jest to około 80 cząsteczek białek i 4 cząsteczki rRNA.

Oprócz tego, aby mógł zachodzić proces translacji, konieczna jest obecność cząsteczek aminoacylo-tRNA. To one transportują do rybosomów odpowiednie rodzaje aminokwasów, zgodnie z kolejnością przesuwających się kodonów mRNA. Każda cząsteczka aminoacylo-tRNA posiada antykodon pasujący tylko do jednego kodonu na mRNA i jeden konkretny aminokwas odpowiadający temu kodonowi. Synteza tych cząsteczek wymaga specyficznych enzymów – syntetaz aminoacylo-tRNA. Jest ich co najmniej 20 rodzajów i są przypisane do konkretnych rodzajów aminokwasów.

Z problemem tym wiąże się także proces replikacji DNA, który polega na zbudowaniu kopii już istniejącej cząsteczki DNA (proces ten jest podstawą rozmnażania). Również tutaj niezbędna jest obecność białek – enzymów, takich jak topoizomeraza, helikaza, polimeraza DNA, prymaza i kilku innych.

Jak widać, nie tylko synteza białek wymaga uprzedniego istnienia wielu produktów owej syntezy, ale nawet instrukcja (DNA), na podstawie której się ona odbywa, nie powstaje bez udziału końcowych produktów (białek) ekspresji pewnych genów.

Mamy więc do czynienia ze ściśle zintegrowanym układem zależności, w którym pojawienie się jednych cząsteczek nie tylko nie ma sensu, ale jest nawet niemożliwe, jeżeli równocześnie nie istnieją inne elementy systemu. Sposób funkcjonowania procesów przetwarzania informacji genetycznej wskazuje, że omawiany system powstał od razu w całości, a nie stopniowo, w toku ewolucji. Twórca życia najwyraźniej zadbał, by człowiek, napotykając Jego ślady, mógł poznać, że „bez niego nic nie powstało, co powstało”. 2

* na podstawie książki Stephena C. Meyera „Podpis w komórce”: Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 112 – 135.
1 Por. tamże, s. 12.
2 Jan 1:3.


Polecamy stronę internetową Zielonogórskiej Grupy Lokalnej "Nauka a Religia" i czasopisma internetowego "Filozoficzne Aspekty Genezy": www.nauka-a-religia.uz.zgora.pl

Na stronie znajdą Państwo artykuły w języku polskim (oryginalne oraz tłumaczenia) poświęcone kwestii relacji między nauką i religią, ale też dotyczące szeroko rozumianej problematyki genezy.

CZY DARWIN WYRZEKŁ SIĘ TEORII EWOLUCJI?

James Moore jest historykiem nauki i wykładowcą na jednym z angielskich uniwersytetów (The Open University). Uczony jest znany głównie ze swoich badań nad Darwinem (jest m.in. współautorem obszernej biografii angielskiego przyrodnika).[1]  W 1994 roku nakładem wydawnictwa Baker Books została opublikowana książka The Darwin Legend (Legenda Darwina).[2]  Przedmiotem tej publikacji była historia rzekomego nawrócenia Darwina, którego świadkiem miała być Lady Hope (Elizabeth Reid Cotton).

W opinii Lady Hope autor O powstawaniu gatunków... umarł jako chrześcijanin, a także, niedługo przed śmiercią, wyrzekł się teorii ewolucji. Darwin miał oznajmić: „Byłem człowiekiem młodym o nieuformowanych przekonaniach. Rozrzucałem wokół swoje zapytania i sugestie, stale zastanawiając się nad wszystkim; i ku memu zdziwieniu idee te rozprzestrzeniały się jak ogień. Ludzie z nich uczynili religię.”.[3]  A przy innej okazji przyrodnik miał stwierdzić: „Jakże bym chciał nie wyrazić mojej teorii ewolucji tak, jak to uczyniłem.”[4]

W roku 1969 Chris Royer, redaktor The Advocate of Truth − czasopisma wydawanego przez Kościół Boży Dnia Siódmego, opublikował artykuł, na łamach którego twierdził, że jego ojciec pożyczył mu kiedyś książkę My Apology for My Unformed Ideas (Moje ubolewanie nad moimi nieuformowanymi poglądami). .[5] Autorem owej książki miał być nie kto inny, jak Karol Darwin. Angielski przyrodnik miał się wyrzec wszystkiego, co dotyczyło teorii ewolucji: „Stałem się niczym Król Nabuchodonozor z Księgi Daniela, dziką i nieokrzesaną istotą. Bóg mnie ukarał, czyniąc mnie bezmyślnym, ale kiedy oprzytomniałem, zrozumiałem, że muszę pisać i naprawić błędy, które uczyniłem.”[6]

R. B. Freeman przez wiele lat prowadził badania bibliograficzne poświęcone Darwinowi. Uczony przyznał otwarcie, że nie wierzy, iż książka ta istnieje lub kiedykolwiek istniała.[7]  Również autor The Darwin... sceptycznie podchodził do kwestii autentyczności My Apology.... Moore dokładnie sprawdził katalogi biblioteczne m.in. biblioteki w Cambridge i Oxford, ale bez pozytywnych rezultatów. Uczony postanowił kontynuować swoje badania, ponieważ Royer twierdził, że nakład tej książki jest: „[...] wyczerpany. Można ją znaleźć jedynie w antykwariatach. Wróg prawdy zrobi zapewne wszystko, co w jego mocy, aby zniszczyć tę informację. Mój ojciec przywiózł ze sobą kopię z Seminarium w Niemczech i traktował ją jak rzadki skarb.” [8]

Moore postanowił spotkać się z Royerem i przekonać się, czy posiada on książkę, o której istnieniu pisał w 1969 roku. Spotkanie odbyło się w grudniu 1980 roku w niewielkim miasteczku Salem. Moore poznał rodzinę Royera, przez którą został przyjęty bardzo ciepło, ale główny cel wizyty autora The Darwin... nie został zrealizowany. Moore został zaznajomiony z krótką historią rodziny Royer'ów, ale na pytanie, czy w swojej bibliotece posiadają domniemaną książkę Darwina, otrzymał odpowiedź negatywną. Ch. Royer stwierdził, że książka ta zginęła osiem lat wcześniej (tj. ok 1972, trzy lata po opublikowaniu artykułu na łamach Advocate of Truth). Niemniej jednak zarówno Chris Royer, jak i jego matka (Maria Royer) bardzo dobrze zapamiętali jej treść.[9] Autor „Evolution...” opisał jej wygląd. W jego opinii miała ona 5 na 8 cali, liczyła jakieś 150 stron, miała prostą, szarą okładkę z płótna ze złoconymi brzegami. Została wydrukowana w Anglii w pierwszej dekadzie XX wieku, a opublikowana w Anglii lub w Niemczech, ale tego nie był pewien. Maria Royer potwierdziła, że książka była szara, a w ich rodzinnej bibliotece znajdowała się obok książki Huxleya, która była podobnych rozmiarów. Kiedy Moore poprosił o pokazanie mu owej książki Huxleya, przyniesiono mu pracę zatytułowaną Evolution and Regeneration autorstwa, jak sam zauważył, Henry'ego Proctora.[10]

Autor The Darwin... zapytał swojego rozmówcę, czy wie coś na temat innych egzemplarzy My Apology.... Royer oznajmił, że jego ojciec twierdził, że L. R. Conradi posiadał jeden, a dwie inne sztuki znajdowały się w Magdeburgu. Niestety dla Moore'a, Conradi zmarł wiele lat wcześniej, a trop magdeburski wydał się również mało wiarygodny.[11]

Szanse, że książka, o której istnieniu pisał Royer, faktycznie została napisana, są znikome. Karol Darwin nigdy nie wyrzekł się teorii, którą ogłosił drukiem w 1859 roku. Angielski przyrodnik w jednym z ostatnich listów wyraźnie przedstawił swoje przekonanie, że naturalistyczna wizja pochodzenia życia zostanie w przyszłości udowodniona.[12] W konsekwencji trudno przypuszczać, aby Darwin faktycznie poczuł się kiedyś jak Król Nabuchodonozor.

Przypisy:
[1] Adrian Desmond, James Moore, Darwin. The Life of a Tormented Evolutionist, W. W. Norton & Company, New York – London 1994.
[2] James Moore, The Darwin Legend, Baker Books, Grand Rapids 1994.
[3] „Darwin na łożu śmierci”, Duch Czasów 1985, nr 10, s. 20-23 (cyt za: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm – kreacjonizm, Realizm Racjonalność Relatywizm, t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 330-331).
[4] Moore, The Darwin..., s. 135. Zdanie te Darwin miał rzekomo wypowiedzieć w obecności Lady Hope (por. Moore, The Darwin..., s. 134). Innego zdania był L. R. Croft, w opinii którego świadkiem powyższej wypowiedzi mogła być pani Evans (por. L. R. Croft, Darwin and Lady Hope. The Untold Story, Elmwood Books, Preston 2012, s. 104-106).
[5] Por. Chris Royer, „Evolution Yeccccccch”, Advocate of Truth 1969 (Feb. 3), 19, s. 2,9 (za: Moore, The Darwin..., s. 191).
[6] Royer, „Evolution...” (cyt za: Moore, The Darwin..., s. 169).
[7] Por. R[ichard] B[roke] Freeman, The works of Charles Darwin: an annotated bibliographical handlist, 2d ed., Archon Books, Folkestone 1977, s. 18, http://tiny.pl/hjghg (2013-06-15).  Por. też: Moore, The Darwin..., s. 169.
[8] Moore, The Darwin..., s. 170; Freeman, The works of Charles Darwin..., s. 19.
[9] Matka Chrisa Royera twierdziła, że jej syn po raz pierwszy przeczytał My Apology... jeszcze jako nastolatek (por. Moore, The Darwin..., s. 171).
[10] Por. Moore, The Darwin..., s. 171-172.
[11] Por. Moore, The Darwin..., s. 172-173.
[12] Por. List Karola Darwina do Daniela Mackintosha z 28 lutego 1882 roku (Francis Darwin (ed), More Letters of Charles Darwin, vol. II, John Murray, London 1903, s. 171).

***


Powyższy artykuł pokazuje, jak bardzo jesteśmy narażeni na pokusę "retuszowania" rzeczywistości. Działając zapewne w dobrej wierze, ludzie wierzący posunęli się do mistyfikacji, by choć trochę zneutralizować "bezbożną zarazę teorii ewolucji". W rzeczywistości ośmieszyli chrześcijaństwo. Podobny manewr stosował nieżyjący abp Józef Życiński, próbując udowodnić, że TE nie stoi w sprzeczności z Biblią, a Darwin wcale nie miał zamiaru zniszczenia chrześcijaństwa.

Jako chrześcijanie musimy pamiętać, że o Prawdę walczy sam Bóg i nie wolno nam Go "wspomagać" przyziemnymi, niemoralnymi zabiegami. Prawdę o stworzeniu i błędy Darwina musimy wykazywać bez uciekania się do manipulacji czy „pobożnych kłamstw”. Naszym zadaniem jest powoływanie się na fakty i wykazywanie, że stworzenie wyjaśnia je lepiej niż teoria ewolucji.

„Gdy zaczynasię sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu.” Abp Życiński: nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, wp.pl 14.10.2006

"Niektórzy apologeci opowiadają się za nierozsądną tezą, że Darwin był człowiekiem wierzącym. Teza ta wydaje się "potrzebna" zwłaszcza katolickim myślicielom, skoro papież Jan Paweł II zaakceptował teorię ewolucji - 23 października 1996 roku w liście do członków Papieskiej Akademii Nauk stwierdził on, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą. Arcybiskup Lublina, ks. prof. Józef Życiński, uważa na przykład, że Darwin był wierzący, a jedynie powodowany właściwą dla uczonego ostrożnością wolał się na tematy teologiczne nie wypowiadać:

"Obdarzony zmysłem krytycyzmu Darwin wiedział o swym braku kompetencji filozoficznych czy teologicznych, stąd też starał się programowo unikać komentarzy wykraczających poza jego specjalność. [...] [Darwin] zachowywał rezerwę wobec wszelkich form religii instytucjonalnej, ograniczając się do przyjęcia wiary w Boskiego Stwórcę, który kieruje zmiennością gatunków i całym rozwojem przyrody"." Józef ŻYCIŃSKI, „U źródeł biologii niearystotelesowskiej”, w: Michał HELLER, Józef ŻYCIŃSKI, Dylematy ewolucji, Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków 1990, s. 38.

Mieczysław Pajewski, „MEANDRY SPORÓW O POCHODZENIE”, iPP maj 2005


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut