Czy nauka nawróci się do Boga? wywiad z prof. Andrzejem Zybertowiczem

Wywiad przeprowadzony w grudniu 2015 r. Ukazał się w Idź Pod Prąd nr 137-138, s. 2. Z profesorem Andrzejem Zybertowiczem rozmawia pastor Paweł Chojecki. Paweł Chojecki:...

CZY DARWIN WYRZEKŁ SIĘ TEORII EWOLUCJI?

James Moore jest historykiem nauki i wykładowcą na jednym z angielskich uniwersytetów (The Open University). Uczony jest znany głównie ze swoich badań nad Darwinem (jest m.in. współautorem obszernej biografii angielskiego przyrodnika).[1]  W 1994 roku nakładem wydawnictwa Baker Books została opublikowana książka The Darwin Legend (Legenda Darwina).[2]  Przedmiotem tej publikacji była historia rzekomego nawrócenia Darwina, którego świadkiem miała być Lady Hope (Elizabeth Reid Cotton).

W opinii Lady Hope autor O powstawaniu gatunków... umarł jako chrześcijanin, a także, niedługo przed śmiercią, wyrzekł się teorii ewolucji. Darwin miał oznajmić: „Byłem człowiekiem młodym o nieuformowanych przekonaniach. Rozrzucałem wokół swoje zapytania i sugestie, stale zastanawiając się nad wszystkim; i ku memu zdziwieniu idee te rozprzestrzeniały się jak ogień. Ludzie z nich uczynili religię.”.[3]  A przy innej okazji przyrodnik miał stwierdzić: „Jakże bym chciał nie wyrazić mojej teorii ewolucji tak, jak to uczyniłem.”[4]

W roku 1969 Chris Royer, redaktor The Advocate of Truth − czasopisma wydawanego przez Kościół Boży Dnia Siódmego, opublikował artykuł, na łamach którego twierdził, że jego ojciec pożyczył mu kiedyś książkę My Apology for My Unformed Ideas (Moje ubolewanie nad moiminieuformowanymi poglądami). .[5] Autorem owej książki miał być nie kto inny, jak Karol Darwin. Angielski przyrodnik miał się wyrzec wszystkiego, co dotyczyło teorii ewolucji: „Stałem się niczym Król Nabuchodonozor z Księgi Daniela, dziką i nieokrzesaną istotą. Bóg mnie ukarał, czyniąc mnie bezmyślnym, ale kiedy oprzytomniałem, zrozumiałem, że muszę pisać i naprawić błędy, które uczyniłem.”[6]

R. B. Freeman przez wiele lat prowadził badania bibliograficzne poświęcone Darwinowi. Uczony przyznał otwarcie, że nie wierzy, iż książka ta istnieje lub kiedykolwiek istniała.[7]  Również autor The Darwin... sceptycznie podchodził do kwestii autentyczności My Apology.... Moore dokładnie sprawdził katalogi biblioteczne m.in. biblioteki w Cambridge i Oxford, ale bez pozytywnych rezultatów. Uczony postanowił kontynuować swoje badania, ponieważ Royer twierdził, że nakład tej książki jest: „[...] wyczerpany. Można ją znaleźć jedynie w antykwariatach. Wróg prawdy zrobi zapewne wszystko, co w jego mocy, aby zniszczyć tę informację. Mój ojciec przywiózł ze sobą kopię z Seminarium w Niemczech i traktował ją jak rzadki skarb.” [8]

Moore postanowił spotkać się z Royerem i przekonać się, czy posiada on książkę, o której istnieniu pisał w 1969 roku. Spotkanie odbyło się w grudniu 1980 roku w niewielkim miasteczku Salem. Moore poznał rodzinę Royera, przez którą został przyjęty bardzo ciepło, ale główny cel wizyty autora The Darwin... nie został zrealizowany. Moore został zaznajomiony z krótką historią rodziny Royer'ów, ale na pytanie, czy w swojej bibliotece posiadają domniemaną książkę Darwina, otrzymał odpowiedź negatywną. Ch. Royer stwierdził, że książka ta zginęła osiem lat wcześniej (tj. ok 1972, trzy lata po opublikowaniu artykułu na łamach Advocate of Truth). Niemniej jednak zarówno Chris Royer, jak i jego matka (Maria Royer) bardzo dobrze zapamiętali jej treść.[9] Autor „Evolution...” opisał jej wygląd. W jego opinii miała ona 5 na 8 cali, liczyła jakieś 150 stron, miała prostą, szarą okładkę z płótna ze złoconymi brzegami. Została wydrukowana w Anglii w pierwszej dekadzie XX wieku, a opublikowana w Anglii lub w Niemczech, ale tego nie był pewien. Maria Royer potwierdziła, że książka była szara, a w ich rodzinnej bibliotece znajdowała się obok książki Huxleya, która była podobnych rozmiarów. Kiedy Moore poprosił o pokazanie mu owej książki Huxleya, przyniesiono mu pracę zatytułowaną Evolution and Regeneration autorstwa, jak sam zauważył, Henry'ego Proctora.[10]

Autor The Darwin... zapytał swojego rozmówcę, czy wie coś na temat innych egzemplarzy My Apology.... Royer oznajmił, że jego ojciec twierdził, że L. R. Conradi posiadał jeden, a dwie inne sztuki znajdowały się w Magdeburgu. Niestety dla Moore'a, Conradi zmarł wiele lat wcześniej, a trop magdeburski wydał się również mało wiarygodny.[11]

Szanse, że książka, o której istnieniu pisał Royer, faktycznie została napisana, są znikome. Karol Darwin nigdy nie wyrzekł się teorii, którą ogłosił drukiem w 1859 roku. Angielski przyrodnik w jednym z ostatnich listów wyraźnie przedstawił swoje przekonanie, że naturalistyczna wizja pochodzenia życia zostanie w przyszłości udowodniona.[12] W konsekwencji trudno przypuszczać, aby Darwin faktycznie poczuł się kiedyś jak Król Nabuchodonozor.

Przypisy:
[1] Adrian Desmond, James Moore, Darwin. The Life of a Tormented Evolutionist, W. W. Norton & Company, New York – London 1994.
[2] James Moore, The Darwin Legend, Baker Books, Grand Rapids 1994.
[3] „Darwin na łożu śmierci”, Duch Czasów 1985, nr 10, s. 20-23 (cyt za: Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm – kreacjonizm, Realizm Racjonalność Relatywizm, t. 35, Wyd. UMCS, Lublin 1998, s. 330-331).
[4] Moore, The Darwin..., s. 135. Zdanie te Darwin miał rzekomo wypowiedzieć w obecności Lady Hope (por. Moore, The Darwin..., s. 134). Innego zdania był L. R. Croft, w opinii którego świadkiem powyższej wypowiedzi mogła być pani Evans (por. L. R. Croft, Darwin and Lady Hope. The Untold Story, Elmwood Books, Preston 2012, s. 104-106).
[5] Por. Chris Royer, „Evolution Yeccccccch”, Advocate of Truth 1969 (Feb. 3), 19, s. 2,9 (za: Moore, The Darwin..., s. 191).
[6] Royer, „Evolution...” (cyt za: Moore, The Darwin..., s. 169).
[7] Por. R[ichard] B[roke] Freeman, The works of Charles Darwin: an annotated bibliographical handlist, 2d ed., Archon Books, Folkestone 1977, s. 18, http://tiny.pl/hjghg (2013-06-15).  Por. też: Moore, The Darwin..., s. 169.
[8] Moore, The Darwin..., s. 170; Freeman, The works of Charles Darwin..., s. 19.
[9] Matka Chrisa Royera twierdziła, że jej syn po raz pierwszy przeczytał My Apology... jeszcze jako nastolatek (por. Moore, The Darwin..., s. 171).
[10] Por. Moore, The Darwin..., s. 171-172.
[11] Por. Moore, The Darwin..., s. 172-173.
[12] Por. List Karola Darwina do Daniela Mackintosha z 28 lutego 1882 roku (Francis Darwin (ed), More Letters of Charles Darwin, vol. II, John Murray, London 1903, s. 171).

***


Powyższy artykuł pokazuje, jak bardzo jesteśmy narażeni na pokusę "retuszowania" rzeczywistości. Działając zapewne w dobrej wierze, ludzie wierzący posunęli się do mistyfikacji, by choć trochę zneutralizować "bezbożną zarazę teorii ewolucji". W rzeczywistości ośmieszyli chrześcijaństwo. Podobny manewr stosował nieżyjący abp Józef Życiński, próbując udowodnić, że TE nie stoi w sprzeczności z Biblią, a Darwin wcale nie miał zamiaru zniszczenia chrześcijaństwa.

Jako chrześcijanie musimy pamiętać, że o Prawdę walczy sam Bóg i nie wolno nam Go "wspomagać" przyziemnymi, niemoralnymi zabiegami. Prawdę o stworzeniu i błędy Darwina musimy wykazywać bez uciekania się do manipulacji czy „pobożnych kłamstw”. Naszym zadaniem jest powoływanie się na fakty i wykazywanie, że stworzenie wyjaśnia je lepiej niż teoria ewolucji.

„Gdy zaczyna się sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu.” Abp Życiński: nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, wp.pl 14.10.2006

"Niektórzy apologeci opowiadają się za nierozsądną tezą, że Darwin był człowiekiem wierzącym. Teza ta wydaje się "potrzebna" zwłaszcza katolickim myślicielom, skoro papież Jan Paweł II zaakceptował teorię ewolucji - 23 października 1996 roku w liście do członków Papieskiej Akademii Nauk stwierdził on, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą. Arcybiskup Lublina, ks. prof. Józef Życiński, uważa na przykład, że Darwin był wierzący, a jedynie powodowany właściwą dla uczonego ostrożnością wolał się na tematy teologiczne nie wypowiadać:

"Obdarzony zmysłem krytycyzmu Darwin wiedział o swym braku kompetencji filozoficznych czy teologicznych, stąd też starał się programowo unikać komentarzy wykraczających poza jego specjalność. [...] [Darwin] zachowywał rezerwę wobec wszelkich form religii instytucjonalnej, ograniczając się do przyjęcia wiary w Boskiego Stwórcę, który kieruje zmiennością gatunków i całym rozwojem przyrody"." Józef ŻYCIŃSKI, „U źródeł biologii niearystotelesowskiej”, w: Michał HELLER, Józef ŻYCIŃSKI, Dylematy ewolucji, Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków 1990, s. 38.

Mieczysław Pajewski, „MEANDRY SPORÓW O POCHODZENIE”, iPP maj 2005


JEŚLI UMYSŁ LUDZKI JEST TWOREM EWOLUCJI, TO CZY MOŻNA WIERZYĆ, ZE POPRAWNIE UJMUJE ON...

Kto może być bardziej pewny prawdziwości teorii niż jej twórca? A jednak Darwin, ojciec współczesnego ewolucjonizmu, żywił spore wątpliwości co do prawdziwości swojego wyjaśnienia, skąd się wzięło olbrzymie bogactwo życia na Ziemi. Jego teoria bowiem ma pewną niewygodną filozoficzną implikację i Darwin ją spostrzegł. Oto, jak wyraził swoje zastrzeżenia wobec czysto naturalistycznego procesu ewolucji:
"Jeśli chodzi o mnie, to zawsze pojawiają się straszne wątpliwości, czy można zaufać przekonaniom ludzkiego umysłu, który przecież rozwinął się z umysłu niższych zwierząt. Czy przekonania te mają jakąkolwiek wartość? Jeśli w umyśle małpy występują jakieś przekonania, to czy ktokolwiek może im zaufać?" [1]
Wielu myślicieli wzmacniało i rozszerzało tego typu wątpliwości, wskazując, że światopogląd naturalistyczny (według którego przyroda to jedyna rzeczywistość) jest epistemologicznie niespójny, sam się obala. [2] W dodatku coraz więcej teistów przestaje wierzyć w naturalizm, zwłaszcza w ewolucyjny naturalizm, ponieważ nie gwarantuje on, że ludzie dochodzą do wiarygodnych, prawdziwych przekonań na temat rzeczywistości. [3] Przeciwko temu, że ewolucyjny naturalizm może wyjaśnić umysłowe zdolności człowieka do odkrywania prawdy, wytoczyć można dwa podstawowe zarzuty.


1. Ewolucja promuje przetrwanie gatunku, a nie prawdziwe przekonania.
Mówi się, że ewolucja poprzez dobór naturalny w ciągu miliardów lat wyprodukowała intelektualne i zmysłowe zdolności poznawcze człowieka. Ale procesy ewolucyjne uwzględniają jedynie przetrwanie i reprodukcję. Innymi słowy, ewolucja jedynie zwiększa przystosowanie konkretnego organizmu do środowiska - popierając tym samym dalsze istnienie gatunku. Dla tego procesu nieistotne są przekonania osobników gatunku na temat środowiska.

Niektórzy wprawdzie sądzą, że posiadanie prawdziwych przekonań zwiększa szansę na przeżycie, ale wątpliwe jest, by była to bezwyjątkowa reguła. W niektórych przypadkach wiarygodne prawdziwe przekonania mogą przyczyniać się do przetrwania, ale w innych prawdziwość przekonań może być bez znaczenia. Zauważył to znakomity uczony Francis Crick, gdy przyszło mu wyjaśniać pochodzenie wierzeń religijnych, które uważa za fałszywe. Crick jest zdania, że nasze mózgi rozwijały się głównie w okresie, gdy ludzie trudnili się polowaniem i zbieractwem. Aby przeżyć, ludzie musieli współpracować w małych grupach i odnosić się z wrogością do sąsiednich, konkurencyjnych plemion. I tak konkluduje: "W takich warunkach wspólne wierzenia wzmacniają więź między członkami jednego plemienia. Jest więcej niż prawdopodobne, że w wyniku ewolucji nasze mózgi mają wbudowaną potrzebę takich wierzeń. Nie ewoluowały wszak pod presją konieczności dokonywania odkryć naukowych, chodziło tylko o to, aby być dostatecznie sprytnym, żeby przeżyć i pozostawić po sobie potomstwo". [4]
Możemy nie zgadzać się z poglądem, że wierzenia religijne nie odzwierciedlają prawdziwie rzeczywistości i że jedynie służą do pogłębienia więzi międzyludzkich, ale trudno nie zgodzić się z ogólną opinią, że dla przeżycia i pozostawienia potomstwa ważnych jest wiele czynników, niekoniecznie prawdziwość przekonań. Nawet fałszywe przekonania, jeśli tylko zwiększają wartość przeżycia lub szansę wydania potomstwa, mają walor w ewolucji.

Naturalizm ewolucyjny nieuchronnie podważa zaufanie, jakim obdarzamy nasze własne, traktowane jako prawdziwe, przekonania. Oto, jak tę sprawę przedstawia chrześcijański filozof Alvin Plantinga: "Ewolucjonizm i naturalizm są nie tylko niedobraną parą, ale zawzięcie ze sobą walczą. Nie można racjonalnie akceptować jednocześnie ewolucjonizmu i naturalizmu [...]. Naturalizm czy ewolucyjny naturalizm wydaje się prowadzić do głębokiego i powszechnego sceptycyzmu. Prowadzi do wniosku, że nasze zdolności poznawcze tworzące przekonania - pamięć, postrzeganie zmysłowe, logiczne rozumowania itd. - nie są wiarygodne i nie można ufać, że produkują więcej prawdziwych niż fałszywych przekonań." [5]


2. Fałszywe przekonania ilustrują epistemologiczną niewiarygodność ewolucyjnego naturalizmu.
Cytowaliśmy wyżej poglądy Cricka na temat roli wierzeń religijnych. Wielu innych naturalistycznych uczonych oraz filozofów kontynuowało wątpliwości Darwina w podobny do Cricka sposób. Ich zdaniem bodziec religijny powstał w rezultacie procesów ewolucyjnych. Innymi słowy, wiara w Boga, w obiektywną moralność i życie pozagrobowe to utworzone przez ewolucję przekonania, które w odległej przeszłości pomagały ludziom przeżyć. Świetny uczony i popularyzator nauki Lawrence Krauss tak o tym pisze: "Nie da się obalić religijnego przekonania, że Wszechświat jest dziełem wszechmocnej istoty. Ten rodzaj opierania się na wierze sam musi mieć podstawę ewolucyjną. Mówiło się i mówi o "genie boga": idei, która niegdyś dostarczała przewagi w walce o przeżycie tym, którzy wierzyli w ukrytą ojcowską kontrolę, nadającą porządek, cel i znaczenie Wszechświatowi, z jakim mamy do czynienia". [6]

Głośny ateista Richard Dawkins poszedł jeszcze dalej, argumentując, że wiara w Boga jest urojeniem umysłowym, wywołanym przez wadliwie funkcjonujący proces ewolucji ludzkiego mózgu. Odrzuca on wszelkie przekonania religijne jako rezultat szkodliwego "wirusa umysłu".

Ale przypisywanie fałszywych (z perspektywy naturalistycznej) przekonań religijnych człowieka procesowi ewolucyjnemu tylko powiększa podejrzenia, jakie żywił już Darwin. Jeśli ewolucja jest odpowiedzialna za powszechnie przez rodzaj ludzki żywione przekonania religijne, które z naturalistycznego punktu widzenia są jawnie fałszywe (a nawet według Dawkinsa szkodliwe), to można z tego wyciągnąć wniosek, że fałszywe przekonania na temat rzeczywistości mogą równie dobrze wspierać przeżycie człowieka, jak przekonania prawdziwe. Tylko że jak wtedy ewolucjoniści mogą ufać, że ich własne przekonania są wiarygodne i prawdziwe? Skoro ewolucja nie gwarantuje prawdziwości przekonań ludzkiego umysłu, to skąd wiadomo, że sam ewolucyjny naturalizm jest prawdziwy?

Chrześcijańska teistyczna alternatywa
Chrześcijański teistyczny światopogląd głosi, że doskonale racjonalna istota, Bóg, jest podstawą i źródłem rozumu. A tym samym logika, matematyka, wiedza i prawda wypływają z nadrzędnego inteligentnego boskiego umysłu i charakteryzują stworzony przezeń Wszechświat. A ponieważ Bóg uczynił ludzkie istoty na swój obraz, z racjonalnymi zdolnościami i organami zmysłowymi, które generalnie poprawnie funkcjonują, to ludzie są zdolni odkrywać rozumny i empiryczny porządek świata. Obiektywne istnienie Boga jest fundamentem autentycznej wiedzy człowieka na temat świata.

Marta Cuberbiller

[1] Charles Darwin do W. Grahama, 3 lipca 1881, w: Francis Darwin (ed.), "The Life and Letters of Charles Darwin" 1897 (przedruk: Elibron, Boston 2005), vol. 1, s. 285.
[2] Clive Staples Lewis, "Cudy. Wprowadzenie ogólne", Instytut Wydawniczy "PAX", Warszawa 1958, rozdział 3; Richard Taylor, "Metaphysics", 4th ed. Prentice-Hall, Englewood Cliffs, NJ 1992, s. 110-112; Victor Reppert, "C.S. Lewis's Dangerous Idea: A Philosophical Defense of Lewis's Argument from Reason", InterVarsity, Downers Grove, IL 2003.
[3] Patrz Alvin Plantinga, "Warrant and Proper Function", Oxford University Press, New York 1993, rozdziały 11-12.
[4] Francis Crick, "Zdumiewająca hipoteza, czyli nauka w poszukiwaniu duszy", Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997, s. 346.
[5] Alvin Plantinga, "Evolution vs. Naturalism: Why They are Like Oil and Water", Books & Culture July/August 2008, http://www.christianitytoday.com/bc/2008/004/11.37.html.
[6] Lawrence M. Krauss, "Science and Religion Share Fascination in Things Unseen", New York Times 2005, November 8, http://genesis1.asu.edu/~krauss/08essay.html. (Kenneth Richard Samples, "Darwin's Doubt: Can Naturalistically Evolved Human Minds Be Trusted to Yield True Beliefs About Reality?", New Reasons To Believe 2009, vol. 1, no. 1, s. 3-5.)


MNOGIE MUTACJE – PRZESZKODA DLA DARWINIZMU

Richard LenskiRichard Lenski jest znany dzięki prowadzeniu najdłuższego i bardzo szczegółowo opisanego eksperymentu z ewolucją w laboratorium. Eksperyment dotyczy bakterii Escherichia coli i prowadzony jest przez około dwadzieścia lat w laboratorium Uniwersytetu Stanu Michigan. Ponieważ jest to szybko rozmnażający się organizm, w czasie eksperymentu zaobserwowano ponad 40 tysięcy pokoleń tej jednej wyjściowej bakterii. Można na tej podstawie sporo powiedzieć o ewolucji, przynajmniej o ewolucji tej bakterii.

Potomków bakterii Lenski podzielił na 12 laboratoryjnych populacji, obserwując, jakim zmianom będą one podlegały w trakcie eksperymentu. Większość zmian była podobna. Wszystkie 12 populacji wykształciły na przykład większe komórki, jak też zwiększyły tempo wzrostu, gdy były żywione glukozą. Ale w jednej z tych populacji około 31500-nej generacji wydarzyło się coś nadzwyczajnego - uważa Lenski. Bakterie nagle uzyskały zdolność metabolizowania cytrynianu. Zwykle E. coli nie korzystają z takiego pokarmu. Bakteriologowie nawet odróżniają po tej cesze E. coli od innych bakterii. Zmutowane bakterie zwiększyły dzięki nowemu pokarmowi rozmiary populacji i jej zróżnicowanie.

Lenski obliczył, że do tego momentu wyhodował wystarczającą liczbę komórek bakteryjnych, by uznać, że wszystkie proste mutacje musiały już zajść wiele razy. Wywnioskował więc, że zdolność do wykorzystywania cytrynianu jako pożywienia musiała być wynikiem czegoś szczególnego - jakiejś niezwykle mało prawdopodobnej mutacji, np. rzadkiej inwersji chromosomalnej albo nagromadzenia się kilku kolejnych mutacji pod rząd. Jednym słowem, Lenski wnioskował o zmianie takiego charakteru, na temat którego trwają spory ewolucjonistów z kreacjonistami.

Aby wykryć, co się stało, Lenski korzystał z zamrażarki, w której wcześniej poumieszczał próbki każdej populacji co 500 pokoleń. Pozwoliło mu to powtarzać zdarzenia od takiego punktu wyjściowego, jaki wybrał. Po prostu odmrażał bakterie i umożliwiał im ponowną ewolucję. Miało to odpowiedzieć na pytanie, czy ta sama populacja wyewoluuje ponownie zdolność metabolizowania cytrynianu, czy też równie prawdopodobne będzie wyewoluowanie tej zdolności przez którąkolwiek z pozostałych populacji?

Spośród bilionów komórek bakteryjnych tylko oryginalna populacja była w stanie powtórzyć swój sukces, a i to tylko wtedy, gdy powtórna ewolucja rozpoczynała się od generacji 20 000-nej lub późniejszej. Znaczy to, że w okolicach tej generacji zdarzyło się coś, co później pozwoliło uzyskać zdolność odżywania się cytrynianem. Tylko co to było? Lenski nie potrafi jeszcze udzielić odpowiedzi na to pytanie (Proceedings of the National Academy of Science, June 10, 2008, vol. 105, no. 23, s.7899-7906).

Brak tej odpowiedzi nie powstrzymuje jednak ewolucjonistów od okrzyków tryumfu. Znany biolog ewolucyjny z Uniwersytetu Chicago Jerry Coyne uważa wynik Lenskiego za dowód, że w trakcie ewolucji może nastąpić to, co negują kreacjoniści - powstanie złożonych cech organizmu przez połączenie mało prawdopodobnych wydarzeń. Przypuszczalnie w jednej z 12 linii pojawiła się jakaś szczęśliwa mutacja potrzebna do tego, by w połączeniu z drugą mutacją wytworzyć nową zdolność organizmu. Inne linie komórek nie zdobyły tej pierwszej koniecznej mutacji, wskutek czego nawet jeśli pojawiła się u nich ta druga mutacja, wspomniana zdolność organizmu się nie ukształtowała. Sam Lenski uważa, że tym samym potwierdził się pogląd Stevena Jaya Goulda, zmarłego kilka lat temu wybitnego biologa, że ewolucja jest pełna przypadkowych wydarzeń. Przypadkowe mutacje mogą skierować ewolucję w tę lub inną stronę i gdyby ktoś zapoczątkował jeszcze raz proces ewolucji na Ziemi, to najprawdopodobniej potoczyłaby się ona zupełnie inaczej i doprowadziła do bardzo odmiennych skutków.

Przedwczesny tryumf
Czy rzeczywiście wynik badań Lenskiego jest sukcesem ewolucjonistów w walce z kreacjonistami? Czy Lenski otrzymał w laboratorium ten rodzaj ewolucji, który kreacjoniści odrzucają? Przypomnijmy, że kreacjonizm nie jest zwykłą negacją ewolucjonizmu. Kreacjoniści uznają za realną pewną odmianę ewolucji, tzw. mikroewolucję, i robią to od czasów co najmniej o dwadzieścia lat uprzedzających opublikowanie głównego dzieła Darwina. Nawet pojęcie doboru naturalnego zostało wymyślone przez kreacjonistę Edwarda Blytha, który przy jego pomocy tłumaczył niewielkie różnice występujące w ramach tego samego gatunku lub na niewiele wyższym poziomie (rodzaju). Spór między kreacjonistami i ewolucjonistami dotyczy jedynie tzw. makroewolucji albo lepiej: powstawania nowych planów budowy ciała organizmów, czyli zmian na poziomie co najmniej rodziny.

Wyniki badań Lenskiego skomentował na swoim blogu znany przedstawiciel koncepcji inteligentnego projektu Michael Behe. Behe komentował wcześniejsze wyniki osiągnięte w trwającym 20 lat eksperymencie Lenskiego w siódmym rozdziale książki "The Edge of Evolution", wydanej w 2007 roku. Okazało się, że wszystkie korzystne mutacje wykryte w czasie badań miały degradujący charakter. Znaczyło to, że w tych przypadkach pewne funkcjonujące geny były wyciszone (genetycy mówią "znokautowane") albo mniej aktywne. Wynikało z tego, że przypadkowe mutacje dużo łatwiej niszczą geny, niż je budują - i to nawet w tych sytuacjach, gdy pomagają organizmowi przetrwać. Był to bardzo ważny wniosek. Proces, który tak łatwo niszczy geny, na pewno nie służy do budowania złożonych z wielu białek, spójnie działających układów molekularnych, jakich jest pełno w komórce.

Jak teraz Behe ocenia doniesienie Lenskiego, że po ok. 30 tysiącach pokoleń jedna z linii komórek rozwinęła zdolność odżywiania się na cytrynianie w obecności tlenu, czego dzikie szczepy E. coli nie potrafią? Okazuje się, że te dzikie szczepy posiadają już wiele enzymów, które wykorzystują cytrynian i mogą go trawić, czyli że nie jest to dla nich jakiś egzotyczny związek chemiczny, którego nigdy "na oczy nie widziały". Tyle że dzikiej bakterii brakuje jednego istotnego elementu - enzymu o nazwie "permeaza cytrynianu", który jest w stanie przetransportować cytrynian z zewnątrz do wnętrza komórki przez jej ścianę, membranę komórkową. Bakterii E. coli brakowało więc nie całego mechanizmu, a jedynie znalezienia sposobu, jak przenosić cytrynian do wnętrza komórki. Cała reszta mechanizmu, potrzebna do metabolizmu cytrynianu, już się tam znajduje. Sam Lenski wyznał to w cytowanym wyżej artykule: "Jedyną znaną przeszkodą, by bakterie rozwijały się w powietrzu na pożywce z cytrynianu, była ich niezdolność do transportu cytrynianu w warunkach tlenowych". Zmiana, jaka się dokonała w jednej z 12 linii rozwojowych bakterii w laboratorium Lenskiego, nie polegała więc na zdobyciu całej skomplikowanej zdolności odżywiania się na nowym rodzaju pokarmu, jak mógłby sądzić ktoś mniej zorientowany. Polegała ona tylko na uzupełnieniu o jeden element już istniejącej skomplikowanej maszynerii metabolicznej.

Behe wspomina również innych badaczy (cytowanych także przez Lenskiego), którzy w ostatnich kilkudziesięciu latach wyróżnili zmutowaną E. coli, zdolną do odżywiania się cytrynianem. W jednym przypadku nie znaleziono odpowiedzialnej za to mutacji (B.G. Hall, Chromosomal mutation for citrate utilization by Escherichia coli K-12, "Journal of Bacteriology" 1982, vol. 151, s. 269-273). W innym przypadku pojawiła się nadekspresja (kodowanego przez gen o nazwie citT) białka, które zwykle transportuje cytrynian przy nieobecności tlenu. To nadekspresywne białko umożliwiło E. coli wzrost na cytrynianie w obecności tlenu (K.M. Pos, P. Dimroth, and M. Bott, The Escherichia coli citrate carrier CitT: a member of a novel eubacterial transporter family related to the 2-oxoglutarate/malate translocator from spinach chloroplasts, Journal of Bacteriology 1998, vol. 180, s. 4160-4165). Lenski jeszcze nie odkrył poszukiwanej mutacji, ale przypuszczalnie - mówi Behe ? mutanty Lenskiego okażą się korzystać albo z tego, albo z innego genu, nieco ulepszonego tak, by umożliwić transport cytrynianu przez membranę w obecności tlenu.

Trudności probabilistyczne
Behe uważa, że wyniki badań Lenskiego znacznie lepiej pasują do poglądów z "The Edge of Evolution". W książce tej Behe przekonywał, że gdyby uzyskanie nowej zdolności organizmu zależało tylko od jednej mutacji, to darwinowski ewolucjonizm miałby niewielki problem z jej znalezieniem. Ale jeśli potrzeba więcej niż jednej mutacji, to prawdopodobieństwo wystąpienia ich wszystkich niezwykle maleje. Przypomnijmy, że prawdopodobieństwo dwóch niezależnych zdarzeń jest równe iloczynowi ich prawdopodobieństw. Jeśli dla przykładu każde z dwóch zdarzeń ma prawdopodobieństwo wystąpienia 1/1000, to prawdopodobieństwo ich łącznego wystąpienia wynosi 1/1000 000. A prawdopodobieństwo mutacji jest dużo, dużo mniejsze niż 1/1000 - w organizmach wielokomórkowych w najlepszym wypadku 1/100 000 000 (a z reguły jeszcze niższe o rząd lub dwa rzędy wielkości). Ujmując to słowami Behe'ego: "Jeśli zanim wystąpi korzystny skutek, potrzebne są dwie mutacje, i jeśli przy tym stan pośredni [tzn. po pierwszej mutacji] jest niekorzystny dla organizmu, czyli mniej dopasowany do środowiska niż stan wyjściowy - to mamy już wielki problem dla teorii ewolucji" (Michael Behe, "The Edge of Evolution: The Search for the Limits of Darwinism", Free Press, New York 2007, s. 106). A jeśli potrzeba więcej niż dwumutacji, z których dopiero ostatnia daje zmutowanym organizmom przewagę nad innymi, to zadanie takie przekracza możliwości przypadkowych mutacji, na których opiera się darwinowski model ewolucji.

Niektórzy biologowie ewolucyjni, co prawda, rozpatrywali już możliwość wielokrotnych mutacji (np. H.A. Orr, A minimum on the mean number of steps taken in adaptive walks, "Journal of Theoretical Biology" 2003, vol. 220, s. 241-247), ale z reguły unikają takich wyjaśnień jak diabeł święconej wody, gdyż prowadzą one do katastrofalnych wniosków probabilistycznych. Wolą znajdować wyjaśnienia przy pomocy serii korzystnych mutacji, gdyż wówczas ma zastosowanie idea doboru kumulatywnego. Tym razem sam Lenski stwierdził, że poszukiwana przezeń mutacja jest prawdopodobnie ostatnią z serii wielokrotnych mutacji, a poprzednia lub poprzednie nie miały korzystnego charakteru. Taka wielokrotna mutacja o ograniczonym skutku (przypomnijmy, że niemal cały mechanizm trawienia cytrynianu jednak już istniał) jest jeszcze do przyjęcia dla kreacjonistów, zwłaszcza jeśli cała seria składała się tylko z dwu mutacji.

Ale jeśli powstanie wielu złożonych cech komórki wymagało wielokrotnych, więcej niż dwu, mutacji, z których dopiero ostatnia przynosiła korzystny efekt dla komórki, to darwinowski ewolucjonizm nie jest w stanie ich wyjaśnić. Sytuacja w sporze ewolucjonizm-kreacjonizm po odkryciach Lenskiego pod tym względem się nie zmieniła.

(Multiple Mutation Needed for E. Coli, "Michael Behe's Amazon Blog, 3:35 PM PDT, June 6, 2008, http://www.amazon.com/gp/blog/post/PLNK3U696N278Z93O)


EWOLUCJONISTYCZNE KORZENIE ETYKI HITLERA

(Na marginesie niedawnej książki Richarda Weikarta)

Darwinizm i Holocaust były mocno powiązane przyczynowo. Powiązanie to jest dobrze udokumentowane w literaturze naukowej. Ale większość tej dokumentacji istnieje w języku niemieckim, a dzisiaj językiem nauki jest język angielski. Richard Weikart, profesor nowożytnej historii Europy w California State University, próbuje zasypać istniejącą lukę. Jego niedawna książka "Hitler's Ethic: The Nazi Pursuit of Evolutionary Progress" [Etyka Hitlera. Nazistowskie dążenie do postępu ewolucyjnego] opiera się na licznych źródłach, w tym także niemieckojęzycznych.

Weikart umieścił w książce olbrzymią ilość wypowiedzi Hitlera, jakie znalazł w ocalałych jeszcze dokumentach nazistowskich w archiwach niemieckich. Wiele z nich nie było dotąd przetłumaczonych na język angielski. Pochodzą one z publicznych mów Hitlera i jego bliskich towarzyszy oraz zarejestrowanych prywatnych wystąpień. Na przykład w książce zacytowana jest taka wypowiedź Hitlera: Działałem tak, jak działa przyroda, nie brutalnie, ale raczej zgodnie z rozumem, aby zapewnić zwycięstwo lepszych [czyli aryjczyków] i w tym celu musiałem zwolnić setki tysięcy stanowisk. [1]

Hitler obiecał, że stanowiska te obejmą dobrzy Niemcy. Eliminowanie niższych ewolucyjnie Żydów, aby zrobić miejsce dla wyżej położonych na ewolucyjnej drabinie Niemców było według Hitlera naturalnym procesem ewolucyjnym. Dla Hitlera było jasne, że zasada ta określała jego etykę: Uznajemy tylko jedną zasadę, mianowicie utrzymanie naszej rasy, utrzymanie naszego gatunku. Wszystko, co służy tej zasadzie, jest słuszne. Wszystko, co jej szkodzi, jest fałszem. W tej mowie, wygłoszonej pod koniec wojny, Hitler usprawiedliwiał zabijanie Żydów, odwołując się do swojej etyki. [2] Gdy czytamy słowa Hitlera o utrzymaniu rasy, przypomina się często przemilczany podtytuł głównej książki Darwina "O utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt".

Wcześniej Weikart wydał książkę "From Darwin to Hitler". [3] Obecnie dalej uzasadnia konkluzję zawartą we wcześniejszej książce, a mianowicie że darwinizm wywarł wyraźny wpływ na Hitlera icały ruch narodowosocjalistyczny. Hitler połączył społeczny darwinizm z antysemityzmem, podkreślając, że żydostwo to "głównie nie religia, ale rasa", niższa rasa, która zanieczyszcza wyższą rasę aryjską. [4] Jak powiedział: Kwestia rasowa to klucz nie tylko do historii świata, ale do całej kultury ludzkiej. [...] Dla nas nie istnieje walka klas, ale walka ras. [5] Warto tu przypomnieć, że socjaliści międzynarodowi, ci od Marksa i Lenina, opisywali rzeczywistość społeczną w kategoriach walki klas. Hitler, też socjalista, ale narodowy, wolał odwoływać się do Darwinowskiej walki ras.

Każdy, kto chce zrozumieć historię Europy XX wieku, musi przeczytać książkę Weikarta. "Hitler's Ethic" przyczynia się znacznie do wyjaśnienia wielu aspektów najgorszych 12 lat w historii świata, które kosztowały ludzkość 100 milionów ofiar i których tworem był Holocaust. Książka przedstawia szczegółowo naturę wpływu Darwina i darwinizmu na Hitlera i niemiecki nazizm.


Weikart uzasadnia pogląd, że całe zło hitleryzmu można wyjaśnić tylko wtedy, gdy uwzględnmy wpływ darwinowskiej eugeniki na niemiecki świat nauki i niemieckich polityków. Jest to oczywiste dla każdego dobrze zorientowanego badacza historii ruchu hitlerowskiego. Weikart używa niezliczonych źródeł, by wykazać, że dla głównych celów nazizmu istotny był nie tylko darwinizm, ale nauka w ogóle. Hitler cieszył się poparciem wielu czołowych uczonych, wymienianych przez Weikarta z nazwiska. Ponadto "Hitler był zauroczony nowoczesną nauką i technologią", częściowo dlatego, że uważał je za "wytwór aryjskiej pomysłowości" [6]. Autor zwraca uwagę, że wielu czołowych niemieckich uczonych i lekarzy popierało Hitlera w jego dążeniu do wyeliminowania Żydów. Światowej sławy genetyk Lenz napisał w wydanej w 1936 roku książce, której był współautorem, że Żydzi są szkodliwą "rasą pasożytów" i że organizmy "lepiej się mają bez pasożytów", po ich eliminacji. W 1943 roku, gdy już Żydów mordowano na masową skalę, Rüdin chwalił politykę nazistowską, w tym "walkę z pasożytniczymi rasami obcej krwi, takimi jak Żydzi i Cyganie". Wielu niemieckich antropologów współpracowało z władzami niemieckimi, które wdrażały rasowe standardy. Niektórzy lekarze nawet bezpośrednio w tym uczestniczyli, jak znani eugenicy Otmar von Verschuer i Joseph Mengele, posiadający doktoraty z antropologii fizycznej i medycyny. Mengele nawet wysyłał z Auschwitz do Verschuera próbki tkanek zamordowanych przedstawicieli "niższych ras". [7]

Powszechnie uważa się, że Hitlera charakteryzował brak zasad moralnych. Zdaniem Weikarta jest to błędny pogląd. Hitler był głęboko etycznym człowiekiem, tylko że jego etyka nie miała nic wspólnego z etyką chrześcijańską czy nawet z klasyczną etyką. Była to etyka ewolucjonistyczna. Książka Weikarta zawiera zaskakującą konkluzję, że postrzegana przez nas niemoralność Hitlera nie była wytworem ignorowania lub odrzucania etyki, ale przyjęcia spójnej, tyle że obcej dla nas etyki. Hitler inspirował się etyką ewolucjonistyczną i dążył do utopijnego programu ulepszenia rasy ludzkiej. Te głęboko zakorzenione przekonania dotyczące etyki i moralności kształtowały jego politykę.

Etyka ewolucjonistyczna leżała u podstaw polityki hitlerowskiej, a więc eugeniki (czyli prób ulepszania dziedziczonych cech człowieka, w tym przymusowej sterylizacji), eutanazji, rasizmu, ekspansji ludnościowej, ofensywnego stylu prowadzenia wojen oraz rasowej eksterminacji. Fundamentem ideologii i polityki Hitlera było dążenie do postępu ewolucyjnego i uniknięcia degeneracji biologicznej własnej rasy.

Według Weikarta wszystkie dążenia polityczne Hitlera, w tym polityka ekspansji terytorialnej zwanej Lebensraum, ostatecznie miały realizować cele eugeniczne. Likwidacja osób z chorobami dziedzicznymi, rasowa eksterminacja, przymusowa sterylizacja oraz ekspansja ludności niemieckiej na tereny zamieszkałe przez inne narodowości miały zredukować degenerację biologiczną i doprowadzić do wzrostu liczebnego tych, którzy według hitlerowców należeli do wyższej rasy. Właśnie dlatego Hitler uważał, że można eksploatować "niższe istoty ludzkie", choćby przez zmuszanie do pracy "niższych rasowo", w tym Żydów, Słowian i Murzynów. [8]

Wyższa rasa aryjska z naukowych powodów ma prawo eliminować "niższe istoty ludzkie". Żeby zrealizować tak radykalne plany, Hitler musiał stosować podwójny język - inaczej mówić do zwykłych ludzi i inaczej do bliskich sobie osób. Weikart bardzo skutecznie oddzielił często mylące wypowiedzi nazistów od faktycznych celów Hitlera i jego towarzyszy. Zauważył, że tylko nieliczni historycy zwrócili uwagę na etykę ewolucjonistyczną, której wczesnodwudziestowieczną rasistowską wersję przyjął Hitler. Wielu uczonych uwzględniało zaangażowanie Hitlera po stronie darwinizmu społecznego, ale niemal nikt nie analizował jego etycznego wymiaru.

Celem książki było przeanalizowanie i scharakteryzowanie właśnie tego wymiaru. Między innymi Weikart udokumentował istotny i często pomijany aspekt hitleryzmu, a mianowicie determinację Hitlera, by zniszczyć chrześcijaństwo. Pragnienie to doskonale pasuje do ewolucjonistycznej etyki niemieckiego przywódcy. Odrzucał on etykę chrześcijańską głównie dlatego, że sprzeciwia się ona bezlitosnej filozofii opartej na Darwinowskim mechanizmie doboru naturalnego, na doktrynie przeżycia najlepiej przystosowanego oraz przekonaniu, że naturalnym stanem przyrody są gwałty i okrucieństwo. Etyka chrześcijańska sprzeciwia się, krótko mówiąc, temu wszystkiemu, czego Hitler chciał użyć, by wzmacniać wyższą rasę i rozszerzać jej wpływy i panowanie. Chrześcijaństwo uczy bowiem, jak ważna jest pomoc chorym, słabym, kalekom, biednym, pozbawionym praw oraz poniżonym. Temu wszystkiemu Hitler się sprzeciwiał. Etyka Hitlera stoi w ostrym kontraście do tego, co większość ludzi uznaje za moralne.

Wiele z nazistowskich idei i celów wywodzi się otwarcie z darwinizmu. Na przykład centralna idea niemieckiego nazizmu - przekonanie, że jednostka jest niczym, a naród wszystkim - to był powszechny pogląd wśród darwinistów pod koniec XIX i na początku XX wieku. [9] Nawiasem mówiąc przekonanie to, z zamianą narodu i rasy na klasę społeczną, było powszechne także w systemach komunistycznych i tak samo tłumaczy 80 milionów ludzi zamordowanych przez chińskich komunistów, 80 milionów ludzi zabitych przez komunistów w Związku Radzieckim, jak i 60 milionów osób wymordowanych przez niemieckich nazistów.

Każdy, kto chce zrozumieć historię Europy XX wieku, musi przeczytać książkę Weikarta. "Hitler's Ethic" przyczynia się znacznie do wyjaśnienia wielu aspektów najgorszych 12 lat w historii świata, które kosztowały ludzkość 100 milionów ofiar i których tworem był Holocaust. Książka przedstawia szczegółowo naturę wpływu Darwina i darwinizmu na Hitlera i niemiecki nazizm.


Przypisy:
[1] Cyt. za: Richard Weikart, Hitler's Ethic: The Nazi Pursuit of Evolutionary Progress, Palgrave Macmillan, New York, NY 2009, s. 194.
[2] Por. tamże.
[3] Richard Weikart, From Darwin to Hitler, Palgrave, Macmillan, New York, NY 2004.
[4] Cyt. za: Weikart, Hitler's Ethic..., s. 75.
[5] Cyt. za: j.w., s. 76.
[6] Weikart, Hitler's Ethic...;, s. 79.
[7] Por. tamże, s. 194.
[8] Por. tamże, s. 76.
[9] Por. tamże, s. 114. (Jerry Bergman, Book Review: Hitler's Ethic. The Nazi Pursuit of Evolutionary Progress, by Richard Weikart, "Creation Research SocietyQuarterly" Fall 2010, vol. 47, no. 2, s. 137-138)


Historia biblijna odzwierciedlona w genetyce

Małgorzata Gazda W artykule i wywiadzie dla Answers in Genesis dr Nathaniel Jeanson przedstawia, jak dane z genetyki współgrają z biblijną historią ludzkości....

CZY DARWINIZM BYŁ DZIEŁEM DARWINA?


Karol DarwinPytanie postawione w tytule wydaje się nie mieć większego sensu. Kto, jeśli nie Darwin, może być twórcą niezwykle wpływowego sposobu myślenia w biologii nazwanego jego imieniem? Od pewnego czasu jednak niektórzy historycy i popularyzatorzy nauki pytanie to traktują poważnie, a ich odpowiedzi nie zawsze zgodne są z powszechną świadomością na ten temat.

Należy do nich Roy Davies, który dwa lata temu wydał książkę, w której podsumował wszystkie wątpliwości, jakie się na ten temat nagromadziły. [1] Roy Davies nie jest kreacjonistą, jest ewolucjonistą i to zasłużonym. Ćwierć wieku temu wyprodukował dla telewizji BBC program o Darwinie. Wyraził w nim szeroko rozpowszechniony pogląd, że Darwin przez dwadzieścia lat ukrywał tajemnicę, jak powstają gatunki, aż został zmuszony do jej ujawnienia przez fakt, że ktoś inny zaczyna podobnie myśleć. Davies długo i dokładnie studiował zarówno teksty samego Darwina, jak i wyniki badań historyków nauki. Dzisiaj uważa, że ten program telewizyjny sprzed lat nie z jego winy pomijał milczeniem bardzo wiele bardzo ważnych informacji. Dzisiaj Davies twierdzi, że Darwin przed 1858 rokiem nie posiadał dojrzałej idei ewolucji i dopiero wykorzystanie pomysłu Alfreda Russela Wallace'a pozwoliło mu na sformułowanie tego, co dzisiaj nazywa się darwinizmem.

Ale Davies nie tylko oskarża Darwina o splagiatowanie pomysłu Wallace'a. Darwin wykorzystał jeszcze kilka innych pomysłów innych uczonych, nie przyznając się do tego.

Przed Daviesem badane były różne wątki zagadnienia, jak powstał darwinizm, ale żaden z uczonych nie dał szerokiego i spójnego obrazu. Najbliższy utworzenia takiego obrazu był Arnold Brackman, który w 1980 roku wywnioskował, że Darwin splagiatował Wallace'a.

Artykuły Darwingate
Davies w swojej książce omawia całą serię publikacji, jakie ukazały się w ostatnim półwieczu.

Profesor Darlington z Uniwersytetu Oksfordzkiego poszukiwał odpowiedzi na pytanie: "Jak naprawdę rozumował Karol Darwin, gdy dochodził doAlfred Russel Wallace idei ewolucji?" Odpowiedzi jednak nie znalazł. Zwykle, gdy uczony formułuje tak wielką teorię, jak teoria ewolucji, zaczyna od prostszych pomysłów, jakichś zalążków, które następnie rozwija, udoskonala, żeby w końcu przedstawić je jako w miarę dojrzały pomysł. Niczego takiego Darlington w pismach Darwina nie znalazł. Wygląda to tak, jakby cały pomysł pojawił się w głowie Darwina nagle w całości albo że był stopniowo rozwijany, ale tylko w głowie, bez pozostawienia najmniejszych śladów na piśmie: czy to w notatkach, czy w opublikowanych materiałach. Dziwne było też to, że Darwin nie ujawniał, by cokolwiek wiedział o podobnych pomysłach jemu współczesnych lub poprzedników. A przecież różne pomysły o ewolucji życia pojawiały się nawet w czasach starożytnych. Darlington uznał, że Darwin po prostu sam wszystko wymyślił, chociaż gdyby był lepiej zorientowany w literaturze przedmiotu, zrobiłby to szybciej i sprawniej.

Następnym uczonym, którego wyniki badań Davies streszcza, był Loren Eiseley, amerykański historyk i filozof nauki. [2] Eiseley odkrył niezgodność między tym, co Darwin napisał oficjalnie w autobiografii i w notatkach. W autobiografii Darwin stwierdził, że gdy w październiku 1838 roku przeczytał pewien szeroko wówczas znany esej Malthusa, uznał, że w końcu znalazł teorię, na której mógł się oprzeć (chodzi o teorię doboru naturalnego). Ale Eiseley odkrył, że w swoich notatkach półtora roku przed przeczytaniem eseju Malthusa Darwin pisał na dokładnie ten sam temat. Eiseley twierdził, że to nie Malthus, ale Edward Blyth był prawdziwym źródłem owych notatek i pomysłu o doborze naturalnym. Darwin czytał artykuły Blytha na ten temat, ale nie wspomniał, że je wykorzystał. Pomysły Blytha były zbyt podobne do tego, o czym Darwin pisał i dlatego ten ostatni wolał mówić, że natchnienie czerpał z eseju Malthusa. Warto zaznaczyć, że Blyth był kreacjonistą. Pisał o doborze naturalnym jako czynniku konserwującym stworzone gatunki. Darwin uznał dobór za czynnik twórczy.

Barbara Beddall postanowiła obalić sugestię Eiseleya, że Darwin splagiatował Blytha. Zwłaszcza chciała odnaleźć listy między Wallace'em i Darwinem, ale odkryła, że niektórych nie ma. Zaginęły też listy Darwina do Lyella, Hookera i Asy Graya z lat 1853-1858. Beddall doszła do wniosku, że listy te zostały świadomie zniszczone, aby zamazać ślady, w jaki sposób Darwin naprawdę doszedł do sformułowania "swojej" teorii. W jej opinii bez brakujących listów nie da się jasno przedstawić, w jakim stopniu Wallace wpłynął na Darwina.

Plagiat
Davies przebadał łącznie prace dziewięciu uczonych, z których każdy odkrył jakiś fragment ogólnej układanki. Jeśli chodzi o rolę Wallace'a w powstaniu darwinizmu, to istotne znaczenie miał list Wallace'a do Darwina. Do listu Wallace dołączył krótki artykuł przedstawiający nowatorską teorię doboru naturalnego. Właśnie ten artykuł według dotychczasowej interpretacji miał skłonić Darwina do działania. Darwin widząc, że inni już dochodzą do tych samych wniosków, miał ostatecznie zdecydować się na ujawnienie tego, o czym podobno wiedział od 20 lat. Po przeczytaniu tekstu Wallace'a Darwin ogłosił, że jest to znakomite streszczenie jego własnej trzymanej w tajemnicy teorii.

Wallace list do Darwina wysłał z holenderskich Indii Wschodnich (dzisiejszej Indonezji) 2 marca 1858 roku. Darwin twierdził, że list ten dotarł do niego 18 czerwca tego roku. Dokładne daty są tu ważne, gdyż 1 lipca 1858 roku, a więc niecałe 2 tygodnie potem, odbyło się słynne spotkanie w Towarzystwie im. Linneusza w Londynie, na którym przyjaciele Darwina przedstawili rozdział o doborze naturalnym z nieopublikowanej od 14 lat książki Darwina i ogłosili, że wobec tego to Darwin jest twórcą teorii doboru naturalnego, a nie Wallace, który sformułował ją dopiero niedawno.

Davies pokazał jednak, że posiadamy obecnie kompletne dane na temat czasu przewożenia tego listu Wallace'a z holenderskich Indii Wschodnich oraz ostemplowaną kopertę z innym listem, jaki został wysłany jednocześnie z tym słynnym listem do Darwina. Pieczątki z datą pokazują, że ten drugi list dotarł do Anglii 2 czerwca, by dotrzeć do adresata dzień później. Oba listy podróżowały razem, tym samym środkiem transportu452px-EdwardBlyth. Niemożliwe jest więc, by jeden z nich dotarł do celu 2 tygodnie później niż drugi. Davies uznał, że Darwin miał więc nie dwa tygodnie, a prawie miesiąc, by przetrawić zawartość tekstu Wallace'a i dokonać dwu długich zmian w prezentowanym na spotkaniu Linneuszowskim rozdziale o doborze naturalnym. Pozwoliło mu to przypisać sobie pierwszeństwo i ogłosić, że teoretyczne pomysły Wallace'a były tylko replikami jego własnych wcześniejszych, tyle że nieujawnionych pomysłów.

Davies twierdzi, że zachowanie Darwina w 1858 roku nie było czymś jednorazowym. Właśnie dlatego przypisuje on tak duże znaczenie badaniom innych przypadków, na przykład tego, jak Darwin potraktował Blytha. Plagiat z Wallace'a nie był izolowanym przypadkiem, był częścią wzorca zachowywania się Darwina, wynikał z jego osobowości. Darwin zebrał sam i korzystając z literatury przedmiotu mnóstwo danych empirycznych. Ale nie nadawały się one do publikacji. Potrzebował integrującej ramy roboczej, by powiązać ze sobą wszystkie fakty. Nie ma mocnych dowodów, oprócz jego własnych słów, że posiadał ją w 1844 roku, ani nawet, że posiadał ją w 1858 roku przed przeczytaniem opracowania Wallace'a. Jego niechęć do publikowania teorii ewolucji wydaje się mitem, bo nigdy przedtem i nigdy potem takich zahamowań nie miał. Wysyłał do publikacji zarówno krótkie artykuły, jak i długie rozprawy. Jeżeli coś udało mu się odkryć, to zawsze pisał tekst, publikował go, a potem rozbudowywał i ponownie publikował.

Kreacjoniści o plagiacie Darwina

Davies, jak napisałam, nie jest kreacjonistą. Ale kreacjoniści też pisali o tej sprawie. Jerry Bergman przeanalizował dowody, że Darwin pożyczył i w pewnych przypadkach splagiatował innych badaczy, oraz wnioskował, że Darwin był raczej popularyzatorem niż oryginalnym twórcą teorii znanej jako darwinizm. [3] Russell Grigg w dużym stopniu twierdził to samo. [4] Ale zupełnie niedawno i właśnie w reakcji na książkę Daviesa znany kreacjonista Todd C. Wood ogłosił, że nie ma żadnego spisku Darwina. [5] My, kreacjoniści, nie musimy podważać intelektualnej uczciwości Darwina. Nas bardziej interesuje nie to, kim był Darwin, uczonym czy hochsztaplerem, ale co warta jest teoria nazywana jego imieniem.

 

Zdjęcia (od góry): Karol Darwin, Alfred Russel Wallace, Edward Blyth


Przypisy:
[1] Roy Davies, The Darwin Conspiracy - Origins of a Scientific Crime, Golden Square Books, May 2008, ss. 224.
[2] Loren Eiseley, Darwin and the Mysterious Mr X: New Light on the Evolutionists, J. M. Dent, London, Toronto and Melbourne 1979.
[3] Jerry Bergman, "Did Darwin plagiarize his evolution theory?", TJ 2002, vol. 16, no. 3, s. 58-63.
[4] Russell Grigg, "Darwin's illegitimate brainchild", Creation 2004, vol. 26, no. 2, s. 39-41 [tłum. polskie: "Nieślubny płód umysłu Darwina", http://creation.com/darwins-illegitimate- brainchild-polish).
[5] T.C. Wood, "There is no Darwin conspiracy", Answers Research Journal 2009, vol. 2, s. 11- 20; http://www.answersingene- sis.org/contents/379/arj/v2/No_Darwin_Conspiracy.pdf (David Tyler, Review: Roy Davies, The Darwin Conspiracy - Origins of a Scientific Crime (Golden Square Books, May 2008, 224 pages), Origins November 2009, issue 50/51, s. 53- 57).

 


Księga rodzaju a historia

- Nie wiem, czy się z tobą zgadzam - powiedział mój przyjaciel.
- Ale to nie ze mną się nie zgadzasz - odpowiedziałam. - Nie zgadzasz się ze św. Pawłem. - Wówczas nie przedstawiałam swojej własnej opinii, ale wyjaśniałam, czego apostoł Paweł naucza w 1 Liście do Koryntian.
- No to dobrze, nie zgadzam się ze św. Pawłem.
W ten sposób do czegoś doszliśmy. Wśród chrześcijan jedną rzeczą jest niezgadzanie się, jak interpretować to, co mówi Biblia, a zupełnie inną rzeczą lekceważenie tego, co Biblia mówi. Ale mój przyjaciel nie widział tu żadnego problemu. Jego zdaniem chrześcijanin nie jest związany tym, co mówi Pismo Święte. Zostało ono napisane dawno temu przez ludzi przedstawiających swoje własne najlepsze rozumienie spraw pod kierunkiem Ducha Świętego. Podobnie dzisiaj przedstawiamy nasze najlepsze rozumienie spraw pod kierunkiem Ducha Świętego. To, co Biblia mówi, niejednokrotnie pomaga, ale nie jest to ostateczne słowo w żadnej sprawie.

No i co? Czy chrześcijanie są związani tym, czego naucza Pismo Święte? Ponieważ większość kreacjonistów mocno opiera się na naukach pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, pytanie to ma wielkie znaczenie dla kontrowersji kreacjonizm-ewolucjonizm. Czy Biblia jest wytworem starożytnych ludzi przedstawiających swoje najlepsze opinie, a wówczas możemy swobodnie odrzucać wszystko to, co uznamy za fałszywe? Czy też jest to Słowo Boże, a więc nie może być fałszywe, bo sam Bóg byłby kłamcą?

Jest to jednak tylko pierwszy krok. Jeśli dojdziemy do wniosku, że Pismo Święte jest faktycznie Słowem Bożym, to nadal musimy rozstrzygnąć, jak je interpretować. Weźmy chociaż te kluczowe pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju: w jakim stopniu mówią nam one o świecie? Czy opowieści o stworzeniu oraz Adamie i Ewie mówią nam o czymś, co faktycznie zaszło w historii, czy są tylko "językiem obrazowym", wymyślonym po to, by nauczyć nas pewnych prawd duchowych?

Wśród chrześcijan ewangelicznych są to kluczowe kwestie, dzielące kreacjonistów i teistycznych ewolucjonistów. Jeśli Księga Rodzaju dostarcza nam rzetelnej informacji na temat świata, to informację tę należy wziąć pod uwagę przy formułowaniu teorii naukowych. Jest to pogląd akceptowany przez kreacjonistów. Jeśli zamiast tego opowieści Księgi Rodzaju są pewnego rodzaju parabolą, zamierzoną jedynie do przekazania duchowego posłania, to nie stanowią one żadnego ograniczenia dla głoszonych przez nas teorii naukowych. Jak długo uważamy, że Bóg w jakiś sposób stoi za nimi, możemy głosić wszelkie idee naukowe, jakie uznajemy za dogodne, bez popadania w konflikt z Pismem Świętym.

Oto zagadnienia do rozważenia w tym artykule: Po pierwsze, czy Pismo Święte jest prawdziwe we wszystkich dziedzinach i na zawsze? Po drugie, jeśli jest ono prawdziwe, to jak je interpretować, zwłaszcza pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju.

Najbardziej sporna sprawa
Odpowiedzcie szybko, jaka sprawa wywołuje największą kontrowersję wśród dzisiejszych ewangelicznych teologów? Odpowiedź brzmi: sprawa Pisma Świętego. Najgorętsze dyskusje w naszych czasach koncentrują się na pytaniu: w jakim sensie Biblia jest prawdziwa?
Odpowiedzi, jakich chrześcijanie ewangeliczni udzielają na to pytanie, można podzielić na trzy kategorie:
1. Biblia jest omylną księgą napisaną przez omylnych ludzi. Jest ona jedyna w swoim rodzaju jedynie w tym sensie, że Bóg jej używa pomimo jej błędów, wzywając ludzi do wiary.
2. Biblia jest prawdziwa i obdarzona autorytetem, ale tylko w sprawach wiary i moralności. Przekazuje ona duchowe przesłanie przy pomocy opowieści, które same niekoniecznie są prawdziwe czy dokładne.
3. Biblia jest prawdziwa na każdym poziomie, zarówno w sprawach wiary, jak i historii, geografii, psychologii, itd.

Kategoria nr 1: mylić się jest rzeczą ludzką
Rozważmy kategorię nr 1. Faktycznie pogląd ten nie jest w ogóle z wielu praktycznych powodów ewangeliczny, ale neoortodoksyjny. Jednak coraz więcej chrześcijan, uważających się za chrześcijan ewangelicznych, podpisuje się pod nim. Odrzucają oni tym samym nie tylko historyczną dokładność Biblii, ale czują się też swobodni w odrzucaniu pewnych zasad doktrynalnych lub moralnych, o ile uznają je za "bezowocne".

Mój przyjaciel jest tego przykładem. Był on przewodniczącym oddziału InterVarsity na naszym miejscowym uniwersytecie, a jednak uważał, że wolno mu odrzucić wszystko w Piśmie Świętym, co było uderzająco "przestarzałe" bądź sprzeczne z jego własnym doświadczeniem. Duch mnie prowadzi - podkreślał - i to tylko się liczy.

Problem z takim poglądem polega na tym, że gdy już zdecydujemy się, że Pismo Święte myli się w niektórych swoich naukach, to w zasadzie nie ma sposobu zatrzymania się. Jeśli autorzy biblijni mylili się w jednej dziedzinie, to skąd możemy wiedzieć, że nie mylili się w innych - nawet w tych, w których akceptujemy ich nauczanie? W wyniku tego otrzymujemy czysty subiektywizm: każdy przyjmuje to, co wydaje się mu być sympatyczne, i odrzuca całą resztę.

Jeden może przyjmować wszystkie główne nauki Pisma Świętego i w ten sposób doktrynalnie podpadać pod kategorię chrześcijanina ewangelicznego. Drugi może odrzucać wszystko z wyjątkiem mętnych idei na temat Boga jako miłości. Istota polega na tym, że nie ma zasady, która kierowałaby nami w wyborze, które części Biblii przyjąć, a które odrzucić.
O ile, oczywiście, nie realizujemy zasady pochodzącej spoza biblijnego źródła. Wiele chrześcijańskich feministek na przykład odrzuca to wszystko w Piśmie Świętym, co niezgodne jest z feminizmem. Podobnie wielu chrześcijan odrzuca wszystko, co niezgodne jest z ewolucjonizmem. Postawa taka osiągnęła swój skrajny wyraz w XIX wieku w postaci hipotezy Grafa-Wellhausena, która doprowadziła niektórych teologów do odrzucenia lub poprzestawiania dużej części Biblii, aby dostosować ją do wcześniejszej koncepcji, jak religie ewoluują od prostych do złożonych. [1] W liberalnych seminariach nadal naucza się podstawowych celów teorii Grafa-Wellhausena.

Jasne jest, że jeśli przyjmiemy jakąś zasadę kierowniczą spoza Biblii, to nie możemy już więcej mieć pretensji do posiadania biblijnych poglądów. Zamiast tego udzielamy pierwszeństwa nad Biblią jakiemuś innemu zbiorowi idei: te idee właśnie uważamy za ostateczną prawdę, a to, co Biblia mówi, należy tak zinterpretować, aby pasowało do tej prawdy.

Milczący Bóg
Nie rozumiemy w pełni jakiejś idei, dopóki nie dowiemy się, skąd ona pochodzi. Skąd się wziął pomysł, że Biblia jest omylna i jest dziełem omylnych ludzi? Na pewno nie z badań samego Pisma Świętego, bowiem twierdzi ono, że jest Słowem Samego Boga. Niemal każda strona głosi: "Tak mówi Pan". A jeśli tak jest, to nie może zawierać fałszu, gdyż Bóg byłby kłamcą.

Innymi słowy, gdyby to, co czytamy w Biblii, było objawione przez Boga, to musiałaby ona być prawdą. Kluczem jest idea objawienia. Historycznie rzecz biorąc, uczeni zaczęli zaprzeczać prawdziwości Pisma Świętego wtedy, gdy zaprzeczyli, że jest ono objawione.

Częściowo z powodu sukcesów nauki, wielu uczonych XVII i XIX stulecia przyjęło filozofię naturalizmu: przyroda jest wszystkim, co istnieje; nie ma niczego poza nią, niczego nadnaturalnego. Ale idea objawienia jest wyraźnie nadnaturalistyczna. Biblia twierdzi, że Sam Bóg może przemawiać do Człowieka. Bóg może włamać się do sfery naturalnej i coś nam powiedzieć - nie tylko dać jakieś mistyczne doświadczenie; wszystkie religie dają mistyczne doświadczenia - ale dostarczyć nam faktycznej informacji o Sobie Samym i świecie, jaki stworzył.

Ci, którzy odrzucają to, co nadnaturalne, muszą też odrzucić objawienie. Zamiast przyjąć twierdzenie Biblii, że jest Słowem Boga, naturaliści muszą postrzegać ją jako dzieło samego człowieka. A jeśli jest ona rezultatem ludzkiej intuicji i ludzkiego tylko wysiłku, to nie ma podstaw, by nadawać jej jakiś szczególny rodzaj prawdy. Tak jak przekonanie, że Biblia pochodzi od Boga, znaczy, że musi ona być całkowicie prawdziwa, tak przekonanie, że pochodzi ona od człowieka, znaczy, że musi zawierać błędy. Musi obejmować ograniczone i błędne poglądy przyjmowane w czasie jej pisania.

Pomysł, że Biblia pełna jest błędów, nie wypływa przede wszystkim z faktów jej zaprzeczających. Pomysł ten powstał, zanim nauka czy archeologia rozwinęły się do tego stopnia, by pozwolić na testowanie jakichś konkretnych twierdzeń Biblii na temat świata przyrodniczego i historii. Idea omylności Pisma Świętego wyłoniła się zamiast tego z filozoficznego zaangażowania po stronie naturalizmu. Jeśli przyjmiemy, że przyroda jest wszystkim, co istnieje, to wówczas każde twierdzenie o nadnaturalnym wydarzeniu musi być fałszywe. A Biblia przepełniona jest takimi twierdzeniami - a więc musi być fałszywa i nienaukowa.

W rzeczywistości jeśli zaczniemy uwzględniać fakty, to argument na rzecz wiarygodności Biblii faktycznie stał się silniejszy po powstaniu współczesnej nauki. Odkrycia archeologów stale potwierdzały biblijne ujęcie historii, ku wielkiemu zakłopotaniu krytyków. A obecnie, gdy rozwija się naukowy kreacjonizm, widzimy wyraźniej, że fakty naukowe popierają biblijne ujęcie, także jeśli chodzi o jej twierdzenia dotyczące świata przyrody.

Gdy sobie uświadomimy, skąd się bierze sceptycyzm wobec Biblii, to stanie się on dużo mniej przekonujący. To nie fakty wymuszają na nas sceptycyzm - jest on wynikiem wyboru przyjęcia naturalistycznego założenia. Ponieważ sam naturalizm nie jest przekonującą filozofią [2] i ponieważ pociąga za sobą porzucenie nie tylko objawienia, ale także każdej innej wielkiej doktryny biblijnej (doktryny stworzenia, wcielenia i zbawienia są w równie wielkim stopniu nadnaturalne), to nie ma powodu, by akceptować naturalizm czy któryś z jego destrukcyjnych rezultatów.

Nie znaczy to, że każda trudność między Biblią a nauką została rozwiązana. Niektóre trudności pozostaną tak długo, jak długo nasza wiedza będzie niekompletna - to znaczy zawsze. Ale Biblię popiera duży zespół faktów, na przekór krytykom, którzy niegdyś tak ufnie ogłaszali ją mitem i legendą. W rezultacie mamy dobre podstawy, by przyjmować podstawową wiarygodność zapisu biblijnego. A jeśli jest on wiarygodny w dziedzinach, które możemy przetestować przy pomocy nauk przyrodniczych i archeologii, to mamy dobre podstawy, by ufać mu w dziedzinach, których przetestować nie potrafimy, gdy mówi nam o rzeczywistości transcendentnej.

Kategoria nr 2: naczynie gliniane
Apostoł Paweł mówi, że my, chrześcijanie, świecimy światłem prawdy Bożej jak latarnia przenoszona w glinianym naczyniu (2Kor. 4:7). Naczynie jest kruche, ale światło nadal z niego świeci. Niektórzy chrześcijanie wierzą, że Biblia jest podobna do glinianego naczynia. Pełna jest błędów, jeśli chodzi o zdarzenia historyczne, ale w sprawach religijnych światło prawdy Bożej nadal z niej prześwieca.

Pogląd ten jest atrakcyjny, gdyż wydaje się dawać chrześcijanom szansę posiadania ciastka i jednocześnie zjedzenia go. Możemy przystosować się do świata świeckiego w każdej sprawie, która wymagałaby od nas konfliktu z nauką, a jednocześnie utrzymać duchowe przesłanie Biblii.

Kłopot związany z tym poglądem polega na tym, że oparty on jest na ścisłej dychotomii między tym, co historyczne, i tym, co duchowe. Dychotomia ta jest obca Pismu Świętemu. Jak wie każdy, nawet wyposażony w niewielką znajomość innych religii, jedną z najbardziej charakterystycznych cech Biblii jest nierozerwalny związek prawdy duchowej z faktem historycznym. Ani buddyzm, ani konfucjanizm na przykład nie wiążą prawdziwości swego religijnego nauczania z twierdzeniami o dawnych wydarzeniach. Biblia jest wyjątkowa, jeśli chodzi o jej aspekt, iż Bóg działał w historii. Zdarzenia te nie są jedynie przypadkami, bez których możemy się obyć, ale stanowią rdzeń samego zbawczego posłania.

Największym przykładem jest zmartwychwstanie. Apostoł Paweł argumentuje, że gdyby zmartwychwstania naprawdę nie było, gdyby grób nie był pusty, wówczas wszystko, co mówimy o Chrystusie, byłoby nonsensem. Moglibyśmy korzystać z każdej przyjemności tego życia - jeść, pić i żenić się - ponieważ grób jest końcem wszystkiego (1Kor. 15:12-24). Ci, którzy argumentują, że zmartwychwstanie wydarzyło się jedynie w duchowym sensie, nie pojęli mocy rozumowania św. Pawła. Duchowe zmartwychwstanie nie wystarcza do naszego zbawienia. Jesteśmy fizycznymi, historycznymi istotami i umieramy fizyczną śmiercią, która czyni pośmiewiskiem wszystko, czego dokonujemy w naszym życiu - potrzebujemy fizycznego, historycznego zmartwychwstania. Wszystko inne jest tylko religijną "mową-trawą".

Postawę, jaką Paweł ujawnia wobec zmartwychwstania, Biblia przyjmuje wobec całej historii. Stworzenie, wyjście z Egiptu, czyny Boga w historii Izraelitów, wcielenie, cudy wczesnego kościoła - albo miało to miejsce, albo nie. A jeśli nie, to bezowocne jest mówienie, że teksty te mają "religijne znaczenie". Zdarzenie, którego nie było, nie może posiadać żadnego religijnego znaczenia.

W Biblii historia i religia są tak szeroko wzajemnie powiązane, że po prostu nie można ich od siebie oddzielić. [3] Strategia rozdzielania historii od nauki duchowej w Biblii nie ma biblijnego charakteru. Jest ona bardziej zbliżona do platonizmu - filozofii, że królestwo fizyczne jest mniej rzeczywiste, mniej ważne niż duchowe. Ten rodzaj dualizmu trapił świat chrześcijański od czasów Ojców Kościoła. Wydobywa się on dzisiaj na powierzchnię w twierdzeniach tych, którzy podkreślają, że Biblia jest fałszywa w sprawach faktu, a prawdziwa jedynie w sprawach wiary.

Co motywuje niektórych chrześcijan, by przyjmować strategię tak obcą perspektywie biblijnej? Gdyby fakty historyczne i archeologiczne wykazały rozstrzygająco, że Biblia się myli, to może miałoby jakiś sens oddzielanie jej historycznych twierdzeń od nauk religijnych. Ale - jak już wspominaliśmy - fakty niczego takiego nie wykazują. Dzisiaj nawet ci, którzy nie są biblijnie zaangażowani, zgadzają się, że w zasadzie jest ona dokładna w sprawach historii i geografii. Żadne odkrycie archeologiczne nie zaprzecza ujęciu biblijnemu, aż do patriarchów i wcześniej.

Przeciwnie, archeologia wykazała, że materiał biblijny jest nadzwyczaj prawdziwy w odniesieniu do okresu, w którym został napisany, dokładny w swoim opisie geografii, zwyczajów prawnych, relacji politycznych, praktyk kulturalnych itd. [4] Oczywiście nie każdy szczegół można archeologicznie potwierdzić, ale wiarygodność Biblii w dziedzinach, w których ją przetestowano, daje podstawy, by wierzyć, że jest wiarygodna ogólnie. Oczekiwanie, iż okaże się ona prawdziwa we wszystkich dziedzinach, nawet w tych, które nie zostały jeszcze przebadane, nie jest ślepą wiarą, ale rozsądnym wnioskiem wyprowadzonym z posiadanego świadectwa empirycznego.

Przeciwne wnioskowanie jest również poprawne - gdy przyjmujemy, że Biblia jest historycznie niedokładna, to nie mamy żadnego powodu, by przyjmować jej prawdziwość w innych dziedzinach. Błąd w jednej części Biblii stwarza możliwość istnienia błędów w innych jej częściach. Tak właśnie rozumujemy na co dzień. W sądzie na przykład jakakolwiek rozbieżność wystarczy, by rzucić wątpliwość na wiarygodność świadka, unieważniając tym samym jego zeznania. Obrońca, stawiając krzyżowe pytania, stara się za wszelką cenę doprowadzić do sprzecznych zeznań świadka. Gdy mu się uda, nawet jeśli rozbieżność występuje na terenie bezpośrednio nieistotnym dla sprawy, to wykazał, że świadek kłamie lub nie ma dobrego rozeznania i tym samym podważył jego wiarygodność.

W ten sam sposób przez stulecia wrogo nastawieni krytycy poszukiwali sprzeczności w Biblii na temat historii i nauki po to, aby podważyć wiarygodność tego, co Pismo Święte mówi na temat teologii i etyki. Obecnie niektórzy chrześcijanie ewangeliczni podjęli ten sztandar, nie uświadamiając sobie konsekwencji tego kroku. Wypadałoby, aby ci, którzy twierdzą, iż wierzą w religijne przesłanie Biblii, najpierw przemyśleli wszystkie konsekwencje swoich twierdzeń, zanim odrzucą prawdziwość "drobnych" historycznych szczegółów Pisma Świętego. Klasyczne stanowisko Kościoła głosi, że Pismo Święte jest Słowem Bożym i dlatego jest prawdziwe w każdej dziedzinie. [5] Głównym poparciem dla tego stanowiska jest właśnie nauczanie samego Pisma Świętego. Jeśli mamy być biblijni, to musimy określić, co Biblia mówi nie tylko na temat innych rzeczy, ale także na temat samej siebie. Stary Testament przepełniony jest zwrotami w rodzaju: "Pan mówi do ciebie, Izraelu", Słuchajcie Słowa Pana", "Słowo Pana przyszło do Jeremiasza", "Tak mówi Pan". A Nowy Testament zarejestrował postawę samego Jezusa wobec Pisma Świętego. Przyjmował on historyczność Adama i Ewy (Mat. 19:4-5), Jonasza i wielkiej ryby (Mat. 12:40), potopu za dni Noego (Mat. 24:38-39), cudu manny na pustyni (Jan. 6:49) oraz trzech i pół roku głodu za dni Eliasza (Łuk. 4:25). Ani Chrystus, ani apostołowie nie wysunęli ani jednej sugestii, że Pismo Święte jest historycznie lub naukowo niedokładne.

Kategoria nr 3: Pismo Święte o Piśmie Świętym
Pismo Święte twierdzi o sobie, że jest objawieniem, a to wymaga, by było prawdziwe we wszystkim, czego naucza. Jeśli bowiem zawiera błąd, to należy je traktować jak każdą inną książkę. Bez wątpienia każda książka zawiera jakąś prawdę; gdy ją czytamy, przesiewamy i wybieramy to, co uważamy za prawdę w świetle naszego własnego rozumu i doświadczenia. Ale w tym przypadku nasz własny rozum i nasze doświadczenie stają się ostateczną instancją odwoławczą.

Jeśli my sami mamy osądzać, co jest prawdą, a co fałszem w Biblii, to nie możemy dalej uznawać jej własnego twierdzenia, że jest objawieniem. Objawienie bowiem znaczy, że źródło prawdy leży poza ludzkim rozumem i doświadczeniem: że Sam Bóg dał nam ponadczasową, uniwersalną Prawdę, której nie moglibyśmy osiągnąć wskutek naszych ograniczeń. Objawienie należy traktować jako całość - albo jest całe prawdziwe, albo nie jest w ogóle objawieniem, lecz tylko jeszcze jednym zbiorem myśli, które należy oceniać i krytykować jak każde inne. Jeśli jednak to ja czy ktoś inny decyduje, czy zaakceptować jakąś część Pisma Świętego, to ostatecznie my sami jesteśmy źródłem prawdy, a nie Bóg. A wówczas możemy równie dobrze przestać mówić o Bożym Objawieniu i przyjąć, że wszyscy mamy nasze własne indywidualne i dla nas sensowne "prawdy", ale nikt nie ma dostępu do uniwersalnej Prawdy, jaką tylko Bóg może dać.

Kreacjoniści przyjmują, że biblijne objawienie od Boga jest prawdziwe we wszystkich dziedzinach. Jednak jest to tylko pierwszy krok. Nadal stoimy przed zadaniem, jak je zinterpretować. Ci, którzy akceptują Pismo Święte jako objawienie Boże, mogą mimo to nie zgadzać się, jak rozumieć pewne fragmenty. Ponieważ interesujemy się tu przede wszystkim pierwszymi rozdziałami Księgi Rodzaju, przyjrzyjmy się niektórym sposobom interpretowania tej konkretnej księgi przez ewangelicznych chrześcijan.
Cdn.

Nancy Percey

Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autora )

Przypisy:

  1. E.H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, San Diego 1980.
  2. Gleason Archer, Alleged Errors and Discrepancies in the Original Manuscripts of the Bible, w: Norman L. Geisler (ed.), Inerrancy, Zondervan, Grand Rapids 1979.
  3. R.K. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (gen. ed.), The Expositor's Bible Commentary, vol. 1, Zondervan, Grand Rapids 1979.
  4. Walter C. Kaiser, Jr., Legitimate Hermeneutics, w: Geisler (ed.), Inerrancy...
  5. Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976.

DYSKI PROTOPLANETARNE?

Proplyd w Mgławicy OrionaChmury gazu o dużej masie, zwane w żargonie astronomów proplyds (od angielskiej nazwy PROtoPLanetarYDiskS - protoplanetarne dyski) zaobserwowano początkowo w Mgławicy Oriona. Kilka lat temu doniesiono o zaobserwowaniu ich w gwiazdozbiorze Łabędzia. [1] Uznano, że są to formujące się układy gwiezdne z gwiazdą centralną, wokół której znajduje się dysk, a wszystko otoczone jest czymś w rodzaju gazowego kokonu. Niektórzy sądzą, że obserwacje takie popierają znaną od dawna hipotezę mgławicową na temat powstawania gwiazd i planet. Czasami te struktury nazywa się „gwiezdnym łonem”, bo wierzy się, że obejmują nowonarodzoną gwiazdę  z gazowo-pyłowym dyskiem, w którym mają powstawać planety.

 

Sprawy komplikują niedawne badania takich obiektów, jak Mgławica Carina. Mgławica ta znajduje się w odległości ok. 7500 lat świetlnych od Ziemi w ramieniu Strzelca. Okazało się, że obecne w niej proplydy mogą po prostu być pozostałościami gazowych globul, rozpraszanych przez promieniowanie ultrafioletowe pochodzące z pobliskich gorących gwiazd typu OB i ich asocjacji. Gwiazdy typu OB to gorące (temperatura ich powierzchni waha się od 25 tys. do 50 tys. stopni), masywne gwiazdy istniejące w luźno powiązanych grupach zwanych asocjacjami i emitujące pokaźną ilość promieniowania UV. Promieniowanie to jonizuje otaczające je obłoki gazu. Chmury gazu molekularnego mogą mieć znaczne masy, największe z nich nazywa się gigantycznymi obłokami molekularnymi (GMCs, giant molecular clouds). Mając masy od 10^3 do 10^7 większe od masy Słońca (czyli od tysiąca do dziesięciu milionów mas Słońca), zajmują fantastycznie wielkie przestrzenie - o średnicy 15-600 lat świetlnych. Ukuto dla nich nowy termin - parujące globule gazowe (EGGs, evaporating gas globules).

 

Wspomniane niedawne badania proplydów w Mgławicy Carina wskazują, że „EGGs są najprawdopodobniej wysokiej gęstości koncentracjami pozostałymi w obłoku po przejściu frontów jonizacyjnych. [...] prawdopodobnie nie rozumieliśmy dotąd prawdziwej natury wielu albo nawet wszystkich tych obiektów i niektóre (lub nawet wszystkie) poprzednio sklasyfikowane jako proplydy w Carinie, zwłaszcza o znacznie większym rozmiarze od proplydów w Orionie, naprawdę są frEGGs [free floating EGGs, swobodnie unoszącymi się EGGs]”. [2]

 

Może więc być tak, że owe EGGs będą parować do końca, w miarę jak sąsiednie gwiazdy będą oddziaływały na ich masę. Zamiast gwiazd i planet z rzekomych dysków protoplanetarnych powstaną swobodnie unoszące się atomy. Wygląda na to, że frEGGs pierwotnie gromadziły masę, ale proces ten został zahamowany i odwrócony wskutek zewnętrznego promieniowania. Byłyby one raczej stadiami końcowymi niż początkowymi formowania się gwiazd. Warto zwrócić uwagę, że proplydy w Orionie są mniejsze i być może bardziej już zerodowane niż te, którebyły badane przez Sahaia i współpracowników.

 

Jakie to ma znaczenie dla kreacjonizmu? Kreacjoniści uważają, że „na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”. Czy więc obecnie we Wszechświecie powstają nowe gwiazdy i planety? Jeśli powstają i to w tempie wystarczającym do utworzenia nowej generacji gwiazd, wymaga to odpowiedniej kreacjonistycznej kosmologii. Tradycyjna, przypisująca Wszechświatowi wiek 6-10 tys. lat, wyraźnie nie wystarcza. Z drugiej strony, jeśli kreacjoniści mają szanować biblijny opis stworzenia, z tak wyznaczonego wieku nie można zrezygnować. Trzeba jednak pamiętać, że wiek Ziemi został wyznaczony na podstawie genealogii biblijnych, dotyczy więc widzenia świata przez ziemskiego obserwatora.

 

Istnieje kilka kreacjonistycznych propozycji pokazujących, jak to jest możliwe, by obserwator ziemski widział proces stworzenia w ciągu dosłownie rozumianych sześciu dni, a jednocześnie by w odległym Wszechświecie mijały tysiące, miliony, a nawet miliardy lat. Na przykład astrofizyk-kreacjonista, piszący pod pseudonimem Robert Newton, uważa, że Bóg stwarzał kolejne regiony Wszechświata, zaczynając od najdalszych od Ziemi, tak, by światło od nich docierało na Ziemię w odpowiednim dniu (w czwartym dniu tygodnia stworzenia). [3] Ponieważ Wszechświat jest wielki, to, co dla ziemskiego obserwatora trwało tydzień, dla Boga mogło trwać nawet miliardy lat.

 

Najpopularniejszą wśród kreacjonistów propozycją jest kosmologia D. Russella Humphreysa, wykorzystująca relatywistyczny efekt dylatacji czasu. Humphreys odrzucił zasadę kopernikańską, zgodnie z którą Wszechświat wygląda tak samo widziany z każdego miejsca. Gdyby tak było, Wszechświat byłby nieograniczony (choć być może skończony), nie miałby punktu centralnego i zegary w takim Wszechświecie chodziłyby w zasadzie wszędzie jednakowo. Ale jeśli na miejsce kopernikańskiej przyjmiemy zasadę biblijną, że materia Wszechświata ma granice oraz środek i że Ziemia znajduje się blisko tego środka Wszechświata, to po uwzględnieniu Einsteinowskiej ogólnej teorii względności dojdziemy do wniosku, że zegary chodzą w nim z rozmaitą prędkością. Zegary oddalone od środka chodzą szybciej wskutek tego, że oddziałuje na nie większa wypadkowa siła grawitacyjna (więcej materii znajduje się w kierunku do środka Wszechświata niż w kierunku przeciwnym). W przeszłości, gdy ekspandująca materia Wszechświata zajmowała mniejszą przestrzeń, w ciągu jednego dnia upływającego na ziemi można by zaobserwować procesy trwające miliardy lat w odległym Kosmosie. [4]

 

Proplydy i podobne obiekty i zjawiska astronomiczne są bardzo ważne dla kreacjonistycznej kosmologii, umożliwiając wybór takiej, która zgodna jest z biblijnym opisem stworzenia.

 

[email protected]
http://creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
(Ronald G. Samec, Ph.D., “Putting All the EGGs in One Basket”, Creation Matters May/June 2014, vol. 19, no. 3, s. 1.3)

 

Przypisy:

[1] N. Smith, J. Bally, Y. Shuping, M. Morris, and M. Kassis, “Thermal dust emission from proplyds, unresolved disks, and shocks in the Orion Nebula”, Astronomical Journal 2005, vol. 130, s. 1763, http://tiny.pl/q6q7n.
[2] R. Sahai, R. Gusten, and M.R. Morris, „Are large, cometary-shaped proplyds really (free-floating) evaporating gas globules?, Astronomical Journal Letters 2012, vol. 761, s. L21, http://tiny.pl/q6q74.
[3] Por. Robert Newton, „Distant Starlight and Genesis: Conventions of Time Measurement”, TJ 2001, vol. 15, no. 1, s. 81 [80-85], http://tiny.pl/q6qrh.
[4] D. Russell Humphreys, Starlight and Time, Master Books, GreenForest, AR 1994. W języku polskim znaleźć można następujące publikacje na ten temat: D. Russell Humphreys, „Widok odległych gwiazd z młodym Wszechświecie: nowa kreacjonistyczna kosmologia”, Na Początku... listopad 1997, nr 11A (95), s. 318-328, http://tiny.pl/q6qrx; D. Russell Humphreys, „Siedem lat Starlight and time”, Na Początku... listopad-grudzień 2001, nr 11-12A (148-149), s. 347-353; Kazimierz Jodkowski, „Młodoziemska kosmologia relatywistyczna D. Russella Humphreysa”, Na Początku... listopad-grudzień 2001, nr 11-12A (148-149), s. 326-346, http://tiny.pl/q6qr7

 

idź Pod Prąd, październik 2014


Co było pierwsze?

Dzięki odpowiednim cechom budowy chemicznej cząsteczka DNA doskonale spełnia swoją rolę uniwersalnego tworzywa, z którego skonstruowane są różnorodne genotypy wszystkich istot żywych, a także rolę czynnika umożliwiającego rozmnażanie organizmów i dziedziczenie cech oraz produkcję odpowiednich białek.

To idealne dopasowanie struktury i funkcji może rodzić podejrzenie, że DNA został inteligentnie i celowo zaprojektowany, chociaż część naukowców uważa, że jest to jedynie „wrażenie projektu”, a nie rzeczywisty projekt. 1

Jednak Stephen Meyer opisuje w swojej książce jeszcze inny problem związany z funkcjonowaniem DNA i przetwarzaniem informacji genetycznej, który stanowi niemały kłopot dla prób naturalistycznego wyjaśnienia genezy życia. W proponowanych wyjaśnieniach powinny zostać przedstawione jakieś wiarygodne koncepcje dotyczące stopniowego powstania komórki, a zatem także stopniowego powstania złożonego systemu ekspresji genów. Jednak bliższe przyjrzenie się funkcjonowaniu tego systemu pokazuje, że próba określenia, w jaki sposób mógł on wyewoluować, jest zadaniem karkołomnym.




Każda żywa komórka zawiera w swoim wnętrzu DNA - molekularny nośnik informacji genetycznej. Jest to cząsteczka złożona z dwóch połączonych ze sobą i spiralnie skręconych długich nici zbudowanych z tzw. nukleotydów. W DNA występują cztery rodzaje nukleotydów (można je sobie wyobrazić jako koraliki w czterech różnych kolorach nawleczone na sznurek). Procesy przetwarzania informacji zapisanej w DNA, w wyniku których produkowane są różne rodzaje cząsteczek RNA oraz białka, nazywane są ekspresją genów.

W kontekście pytania o genezę życia najciekawsze będzie rozważenie tych procesów, które zachodzą w komórce, by przejść od informacji zapisanej w sekwencji nukleotydów w DNA do zbudowania białka o określonej sekwencji aminokwasów.

Syntezą białek na podstawie informacji genetycznej rządzą pewne prawidłowości. Odkryto mianowicie, że obowiązuje tu zasada, iż każdej kombinacji trzech nukleotydów w powstałej na podstawie DNA cząsteczce mRNA odpowiada jeden konkretny rodzaj aminokwasu w cząsteczce białka (z wyjątkiem trzech trypletów – kodonów – które oznaczają komendę „STOP” podczas tzw. translacji). Jednak ponieważ liczba możliwych kodonów (64) jest większa niż liczba rodzajów aminokwasów (20), to część aminokwasów przyporządkowana jest do więcej niż jednego kodonu. Zbiór tych przyporządkowań nazywa się kodem genetycznym.

Proces syntezy białka dzieli się na dwa etapy. Pierwszym z nich jest tzw. transkrypcja. Dochodzi tutaj do przepisania informacji biologicznej z cząsteczki DNA na cząsteczkę RNA (mRNA), która następnie kieruje się do rybosomów obecnych w cytoplazmie komórki i przy udziale tych struktur ulega tzw. translacji. Translacja polega na „przetłumaczeniu” informacji zapisanej w mRNA – w określonej kolejności ułożenia nukleotydów – na kolejność łączenia odpowiednich aminokwasów w tworzącym się białku.

Na czym jednak polega wspomniany problem? Otóż w obu etapach syntezy białek konieczna jest obecność pewnych bardzo specyficznych… białek!

Transkrypcja zachodzi przy udziale kompleksu enzymatycznego zwanego polimerazą RNA oraz innych molekuł, tzw. czynników inicjacji, elongacji i terminacji transkrypcji. Są to białka. Najprostsza polimeraza RNA jest kompleksem pięciu podjednostek białkowych, z których każda zbudowana jest w specyficzny sposób odpowiadający funkcji, jaką pełni. Ponadto polimeraza RNA do wyprodukowania cząsteczki mRNA potrzebuje budulca – rybonukleotydów. Ich synteza również wymaga działania szeregu różnych specyficznych enzymów (które są rodzajem białek).

Podobnie jest w przypadku translacji. Rybosomy, na których odbywa się ten proces, składają się z dwóch podjednostek zbudowanych z białek i rRNA. W komórkach prokariotycznych (nieposiadających jądra komórkowego) na jeden rybosom przypada około 50 cząsteczek białkowych i 3 cząsteczki rRNA. W komórkach eukariotycznych (posiadających jądro komórkowe) jest to około 80 cząsteczek białek i 4 cząsteczki rRNA.

Oprócz tego, aby mógł zachodzić proces translacji, konieczna jest obecność cząsteczek aminoacylo-tRNA. To one transportują do rybosomów odpowiednie rodzaje aminokwasów, zgodnie z kolejnością przesuwających się kodonów mRNA. Każda cząsteczka aminoacylo-tRNA posiada antykodon pasujący tylko do jednego kodonu na mRNA i jeden konkretny aminokwas odpowiadający temu kodonowi. Synteza tych cząsteczek wymaga specyficznych enzymów – syntetaz aminoacylo-tRNA. Jest ich co najmniej 20 rodzajów i są przypisane do konkretnych rodzajów aminokwasów.

Z problemem tym wiąże się także proces replikacji DNA, który polega na zbudowaniu kopii już istniejącej cząsteczki DNA (proces ten jest podstawą rozmnażania). Również tutaj niezbędna jest obecność białek – enzymów, takich jak topoizomeraza, helikaza, polimeraza DNA, prymaza i kilku innych.

Jak widać, nie tylko synteza białek wymaga uprzedniego istnienia wielu produktów owej syntezy, ale nawet instrukcja (DNA), na podstawie której się ona odbywa, nie powstaje bez udziału końcowych produktów (białek) ekspresji pewnych genów.

Mamy więc do czynienia ze ściśle zintegrowanym układem zależności, w którym pojawienie się jednych cząsteczek nie tylko nie ma sensu, ale jest nawet niemożliwe, jeżeli równocześnie nie istnieją inne elementy systemu. Sposób funkcjonowania procesów przetwarzania informacji genetycznej wskazuje, że omawiany system powstał od razu w całości, a nie stopniowo, w toku ewolucji. Twórca życia najwyraźniej zadbał, by człowiek, napotykając Jego ślady, mógł poznać, że „bez niego nic nie powstało, co powstało”. 2

* na podstawie książki Stephena C. Meyera „Podpis w komórce”: Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009, s. 112 – 135.
1 Por. tamże, s. 12.
2 Jan 1:3.


Polecamy stronę internetową Zielonogórskiej Grupy Lokalnej "Nauka a Religia" i czasopisma internetowego "Filozoficzne Aspekty Genezy": www.nauka-a-religia.uz.zgora.pl

Na stronie znajdą Państwo artykuły w języku polskim (oryginalne oraz tłumaczenia) poświęcone kwestii relacji między nauką i religią, ale też dotyczące szeroko rozumianej problematyki genezy.

NAJNOWSZE ARTYKUŁY