23 kwietnia 2019

JEŚLI UMYSŁ LUDZKI JEST TWOREM EWOLUCJI, TO CZY MOŻNA WIERZYĆ, ZE POPRAWNIE UJMUJE ON...

Kto może być bardziej pewny prawdziwości teorii niż jej twórca? A jednak Darwin, ojciec współczesnego ewolucjonizmu, żywił spore wątpliwości co do prawdziwości swojego wyjaśnienia, skąd się wzięło olbrzymie bogactwo życia na Ziemi. Jego teoria bowiem ma pewną niewygodną filozoficzną implikację i Darwin ją spostrzegł. Oto, jak wyraził swoje zastrzeżenia wobec czysto naturalistycznego procesu ewolucji:
"Jeśli chodzi o mnie, to zawsze pojawiają się straszne wątpliwości, czy można zaufać przekonaniom ludzkiego umysłu, który przecież rozwinął się z umysłu niższych zwierząt. Czy przekonania te mają jakąkolwiek wartość? Jeśli w umyśle małpy występują jakieś przekonania, to czy ktokolwiek może im zaufać?" [1]
Wielu myślicieli wzmacniało i rozszerzało tego typu wątpliwości, wskazując, że światopogląd naturalistyczny (według którego przyroda to jedyna rzeczywistość) jest epistemologicznie niespójny, sam się obala. [2] W dodatku coraz więcej teistów przestaje wierzyć w naturalizm, zwłaszcza w ewolucyjny naturalizm, ponieważ nie gwarantuje on, że ludzie dochodzą do wiarygodnych, prawdziwych przekonań na temat rzeczywistości. [3] Przeciwko temu, że ewolucyjny naturalizm może wyjaśnić umysłowe zdolności człowieka do odkrywania prawdy, wytoczyć można dwa podstawowe zarzuty.


1. Ewolucja promuje przetrwanie gatunku, a nie prawdziwe przekonania.
Mówi się, że ewolucja poprzez dobór naturalny w ciągu miliardów lat wyprodukowała intelektualne i zmysłowe zdolności poznawcze człowieka. Ale procesy ewolucyjne uwzględniają jedynie przetrwanie i reprodukcję. Innymi słowy, ewolucja jedynie zwiększa przystosowanie konkretnego organizmu do środowiska - popierając tym samym dalsze istnienie gatunku. Dla tego procesu nieistotne są przekonania osobników gatunku na temat środowiska.

Niektórzy wprawdzie sądzą, że posiadanie prawdziwych przekonań zwiększa szansę na przeżycie, ale wątpliwe jest, by była to bezwyjątkowa reguła. W niektórych przypadkach wiarygodne prawdziwe przekonania mogą przyczyniać się do przetrwania, ale w innych prawdziwość przekonań może być bez znaczenia. Zauważył to znakomity uczony Francis Crick, gdy przyszło mu wyjaśniać pochodzenie wierzeń religijnych, które uważa za fałszywe. Crick jest zdania, że nasze mózgi rozwijały się głównie w okresie, gdy ludzie trudnili się polowaniem i zbieractwem. Aby przeżyć, ludzie musieli współpracować w małych grupach i odnosić się z wrogością do sąsiednich, konkurencyjnych plemion. I tak konkluduje: "W takich warunkach wspólne wierzenia wzmacniają więź między członkami jednego plemienia. Jest więcej niż prawdopodobne, że w wyniku ewolucji nasze mózgi mają wbudowaną potrzebę takich wierzeń. Nie ewoluowały wszak pod presją konieczności dokonywania odkryć naukowych, chodziło tylko o to, aby być dostatecznie sprytnym, żeby przeżyć i pozostawić po sobie potomstwo". [4]
Możemy nie zgadzać się z poglądem, że wierzenia religijne nie odzwierciedlają prawdziwie rzeczywistości i że jedynie służą do pogłębienia więzi międzyludzkich, ale trudno nie zgodzić się z ogólną opinią, że dla przeżycia i pozostawienia potomstwa ważnych jest wiele czynników, niekoniecznie prawdziwość przekonań. Nawet fałszywe przekonania, jeśli tylko zwiększają wartość przeżycia lub szansę wydania potomstwa, mają walor w ewolucji.

Naturalizm ewolucyjny nieuchronnie podważa zaufanie, jakim obdarzamy nasze własne, traktowane jako prawdziwe, przekonania. Oto, jak tę sprawę przedstawia chrześcijański filozof Alvin Plantinga: "Ewolucjonizm i naturalizm są nie tylko niedobraną parą, ale zawzięcie ze sobą walczą. Nie można racjonalnie akceptować jednocześnie ewolucjonizmu i naturalizmu [...]. Naturalizm czy ewolucyjny naturalizm wydaje się prowadzić do głębokiego i powszechnego sceptycyzmu. Prowadzi do wniosku, że nasze zdolności poznawcze tworzące przekonania - pamięć, postrzeganie zmysłowe, logiczne rozumowania itd. - nie są wiarygodne i nie można ufać, że produkują więcej prawdziwych niż fałszywych przekonań." [5]


2. Fałszywe przekonania ilustrują epistemologiczną niewiarygodność ewolucyjnego naturalizmu.
Cytowaliśmy wyżej poglądy Cricka na temat roli wierzeń religijnych. Wielu innych naturalistycznych uczonych oraz filozofów kontynuowało wątpliwości Darwina w podobny do Cricka sposób. Ich zdaniem bodziec religijny powstał w rezultacie procesów ewolucyjnych. Innymi słowy, wiara w Boga, w obiektywną moralność i życie pozagrobowe to utworzone przez ewolucję przekonania, które w odległej przeszłości pomagały ludziom przeżyć. Świetny uczony i popularyzator nauki Lawrence Krauss tak o tym pisze: "Nie da się obalić religijnego przekonania, że Wszechświat jest dziełem wszechmocnej istoty. Ten rodzaj opierania się na wierze sam musi mieć podstawę ewolucyjną. Mówiło się i mówi o "genie boga": idei, która niegdyś dostarczała przewagi w walce o przeżycie tym, którzy wierzyli w ukrytą ojcowską kontrolę, nadającą porządek, cel i znaczenie Wszechświatowi, z jakim mamy do czynienia". [6]

Głośny ateista Richard Dawkins poszedł jeszcze dalej, argumentując, że wiara w Boga jest urojeniem umysłowym, wywołanym przez wadliwie funkcjonujący proces ewolucji ludzkiego mózgu. Odrzuca on wszelkie przekonania religijne jako rezultat szkodliwego "wirusa umysłu".

Ale przypisywanie fałszywych (z perspektywy naturalistycznej) przekonań religijnych człowieka procesowi ewolucyjnemu tylko powiększa podejrzenia, jakie żywił już Darwin. Jeśli ewolucja jest odpowiedzialna za powszechnie przez rodzaj ludzki żywione przekonania religijne, które z naturalistycznego punktu widzenia są jawnie fałszywe (a nawet według Dawkinsa szkodliwe), to można z tego wyciągnąć wniosek, że fałszywe przekonania na temat rzeczywistości mogą równie dobrze wspierać przeżycie człowieka, jak przekonania prawdziwe. Tylko że jak wtedy ewolucjoniści mogą ufać, że ich własne przekonania są wiarygodne i prawdziwe? Skoro ewolucja nie gwarantuje prawdziwości przekonań ludzkiego umysłu, to skąd wiadomo, że sam ewolucyjny naturalizm jest prawdziwy?

Chrześcijańska teistyczna alternatywa
Chrześcijański teistyczny światopogląd głosi, że doskonale racjonalna istota, Bóg, jest podstawą i źródłem rozumu. A tym samym logika, matematyka, wiedza i prawda wypływają z nadrzędnego inteligentnego boskiego umysłu i charakteryzują stworzony przezeń Wszechświat. A ponieważ Bóg uczynił ludzkie istoty na swój obraz, z racjonalnymi zdolnościami i organami zmysłowymi, które generalnie poprawnie funkcjonują, to ludzie są zdolni odkrywać rozumny i empiryczny porządek świata. Obiektywne istnienie Boga jest fundamentem autentycznej wiedzy człowieka na temat świata.

Marta Cuberbiller

[1] Charles Darwin do W. Grahama, 3 lipca 1881, w: Francis Darwin (ed.), "The Life and Letters of Charles Darwin" 1897 (przedruk: Elibron, Boston 2005), vol. 1, s. 285.
[2] Clive Staples Lewis, "Cudy. Wprowadzenie ogólne", Instytut Wydawniczy "PAX", Warszawa 1958, rozdział 3; Richard Taylor, "Metaphysics", 4th ed. Prentice-Hall, Englewood Cliffs, NJ 1992, s. 110-112; Victor Reppert, "C.S. Lewis's Dangerous Idea: A Philosophical Defense of Lewis's Argument from Reason", InterVarsity, Downers Grove, IL 2003.
[3] Patrz Alvin Plantinga, "Warrant and Proper Function", Oxford University Press, New York 1993, rozdziały 11-12.
[4] Francis Crick, "Zdumiewająca hipoteza, czyli nauka w poszukiwaniu duszy", Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997, s. 346.
[5] Alvin Plantinga, "Evolution vs. Naturalism: Why They are Like Oil and Water", Books & Culture July/August 2008, http://www.christianitytoday.com/bc/2008/004/11.37.html.
[6] Lawrence M. Krauss, "Science and Religion Share Fascination in Things Unseen", New York Times 2005, November 8, http://genesis1.asu.edu/~krauss/08essay.html. (Kenneth Richard Samples, "Darwin's Doubt: Can Naturalistically Evolved Human Minds Be Trusted to Yield True Beliefs About Reality?", New Reasons To Believe 2009, vol. 1, no. 1, s. 3-5.)


DZIESIĘĆ NAJWIĘKSZYCH BŁĘDÓW DARWINA – część 2

6. Lekceważenie eksplozji kambryjskiej
Darwin wiedział o tym, co dzisiaj się nazywa eksplozją kambryjską, czyli o niezwykłym bogactwie skamieniałości, ujawniających złożone formy życia, które pojawiają się nagle, bez poprzedników, w zapisie kopalnym na tym samym niskim poziomie (datowanym przez ewolucjonistów na ok. 530 mln lat temu). W oczywisty sposób nie pasowały te odkrycia do jego ewolucyjnego modelu życia, rozwijającego się od form prostych do złożonych.

Zamiast nielicznych powiązanych ewolucyjnie organizmów, występujących w najmłodszych pokładach zapisu kopalnego, istnieje prawdziwa eksplozja form życia. 32 z 33 typów, jakie dziś widzimy, wydaje się pojawiać nagle w mniej więcej tym samym czasie. Gdybyśmy chcieli to porównać do rozwoju techniki, wyglądałoby to tak, jakby toster, zmywarka, lodówka, mikrofalówka i samochód pojawiły się nagle bez poprzednio istniejących podobnych urządzeń.

"Organizmy [...] zmaterializowały się nagle jak zjawy. W wybuchu twórczości, jakiej nie było ani przedtem, ani potem, przyroda zarysowała schematy praktycznie całego królestwa zwierząt. Ten wybuch biologicznego zróżnicowania uczeni opisują jako biologiczny Big Bang". [20] Ten Wielki Wybuch całkowicie odmiennych organizmów głęboko w zapisie kopalnym stanowił olbrzymi problem dla Darwina:

"Na pytanie, dlaczego nie posiadamy obfitujących w skamieniałości pokładów z tych najwcześniejszych jakoby okresów poprzedzających kambr, nie mam wystarczającej odpowiedzi." [21] "[...] bardzo jest jednak trudno wytłumaczyć sobie nieobecność wielkich i bogatych w skamieniałości pokładów pod warstwami systemu kambryjskiego. [...] Fakt ten musi pozostać nierozwiązany i słusznie uważany być może za poważny zarzut przeciw rozwijanym tu poglądom." [22]

Skamieniałości z wybuchu kambryjskiego teoria Darwina nie jest w stanie wyjaśnić, dlatego zaproponowano pewną jej odmianę, zwaną teorią przerywanej równowagi. Ale gdy spojrzymy na tę sprawę z perspektywy informacjibiologicznej, to najlepszym wyjaśnieniem jest inteligencja odpowiedzialna za to zjawisko. Wybuch kambryjski to olbrzymie i nagłe pojawienie się radykalnie nowych planów budowy ciała. Wymaga to wielkiej ilości nowej informacji biologicznej. Jej część jest zakodowana w DNA, ale jak powstała ta informacja, jest nadal nierozwiązanym problemem dla darwinistów. A skąd się wzięła informacja, która nie jest przypisana do DNA? Jak rozwija się hierarchicznie uporządkowane ułożenie komórek, tkanek, organów i planów budowy ciała? [23]

Po 150 latach poszukiwania wyjaśnienia kambryjskiego zapisu kopalnego nie mamy nadal ewolucyjnego mechanizmu zadowalająco tłumaczącego nagłe pojawienie się tak wielu całkowicie odrębnych form życia. I nie były to pojedyncze organizmy albo kilka stopniowo ewoluujących, ale prawdziwy ogród zoologiczny - bujna różnorodność złożonych form życia, w pełni rozwiniętych niemal na samym spodzie zapisu kopalnego.

7. Darwinowska teoria homologii
Jeszcze przed Darwinem zwrócono uwagę na to, że różne typy organizmów mają wspólne cechy, takie jak pięć palców w ludzkiej ręce, w skrzydle nietoperza czy w płetwie delfina. Darwin uznał, że to podobieństwo u różnych gatunków, zwane homologią, jest dowodem wspólnoty pochodzenia. Argument jest jednak słaby, gdyż w zapisie kopalnym nie obserwuje się stopniowej ewolucji tych kończyn u różnych gatunków. Poza tym istnieje prostszy sposób wyjaśnienia tych wspólnych cech. Zamiast odwoływać się do wspólnego przodka, można ich istnienie wyjaśnić jako wynik wspólnego projektu.

350px-Handskelett MK1888Ten wspólny projekt widoczny jest w wielu urządzeniach zbudowanych przez człowieka. Budujemy samochód, wózek i odkurzacz wyposażone w cztery koła, ale to nie znaczy, że mają one wspólnego przodka. Mają natomiast wspólny projekt. Cztery koła dają większą stabilność i lepiej rozkładają ciężar niż trzy koła. Można wnioskować, że z tych samych powodów mądry projektant użyłby modelu czterech nóg, zamiast trzech.

Podobnie jest z pięcioma palcami w rękach, skrzydłach i płetwach. Wskazują one na dobry projekt, mający na celu otrzymywanie optymalnych wyników. To samo można powiedzieć o dwojgu oczach, dwojgu uszach i czterech kończynach. Co jest bardziej sensowne - czy to, że projektant użył tych samych wzorców, ponieważ dobrze funkcjonują, czy że ślepy przypadek w działaniu doboru naturalnego i mutacji akurat sprawił, że otrzymaliśmy optymalny projekt po wielu próbach na chybił trafił? Jeśli to ostatnie jest prawdą, to gdzie są dowody istnienia bardzo wielu nieudanych modeli, które powinny kończyć swoje istnienie na śmietnisku zapisu kopalnego, jak to Darwin przewidywał? Żadnych takich dowodów nie znaleziono.

Kiedy organizmy oddalone od siebie na ewolucyjnym drzewie posiadają te same rozwinięte cechy (jak oczy), to ewolucjoniści utrzymują, że cechy te wyewoluowały niezależnie od siebie. Niektórzy twierdzą na przykład, że oczy wyewoluowały niezależnie kilkadziesiąt razy, co najmniej czterdzieści, a być może nawet sześćdziesiąt razy w wielu grupach królestwa zwierząt. [24] Jakie jest prawdopodobieństwo, by te same złożone cechy przypadkowo wyewoluowały wiele razy? Ponownie wspólny projekt jest wyraźnie dużo logiczniejszym wyjaśnieniem.

8. Teoria, że ludzie wyewoluowali z małp
W swojej drugiej pod względem popularności książce "O pochodzeniu człowieka" Darwin wypowiedział myśl, że ludzie wyewoluowali z pewnego typu małpy człekokształtnej, ściśle spokrewnionej z szympansem. Ale gdy przyjrzymy się tej sprawie bliżej, zobaczymy bardzo wiele różnic między szympansami a człowiekiem. Często spotykany pogląd, że mamy 99% wspólnego DNA z szympansami, został obalony, gdy zbadano genom szympansa. Podobieństwo to obniżono obecnie do 93%, ale te wyniki badań jakoś dziwnym trafem nie przedostały się do nagłówków gazet. Istnieją oczywiste podobieństwa między szympansami i ludźmi, ale także wielkie różnice w budowie ciała, mózgu, funkcjonowaniu intelektu i pod względem zachowania. [25]

Ponownie musimy postawić w tym miejscu pytanie: czy podobieństwo między szympansami i ludźmi zachodzi dzięki wspólnemu przodkowi, czy wspólnemu Projektantowi? Prawa genetyki nie pozwalają, by szympans stał się kimś innym niż szympans, a człowiek kimś innym niż człowiek. Po 150 latach badań żyjących form oraz zapisu kopalnego nie znaleziono dowodów na subtelną przemianę gatunku z małpy człekokształtnej do człowieka.

9. Drzewo życia
W "O powstawaniu gatunków" Darwin umieścił tylko jeden rysunek. Przedstawia on fragment tzw. drzewa życia, czyli schemat przekształcania się wspólnego przodka (korzeń) w różne gatunki dzisiaj obserwowane (gałązki). [26] Ale idea drzewa życia, jednoczącego wszystkie organizmy żywe, faktycznie opiera się na niewielkich zmianach w ramach gatunku. Darwin znacznie przekroczył dostępne doświadczenie empiryczne. Ekstrapolował fakty, mówiące o ograniczonej zmienności przystosowań wewnątrzgatunkowych na wszystkie wyższe poziomy. Ta ekstrapolacja była czystą spekulacją. Nie miał argumentów przemawiających na rzecz tej idei. Wystarczyło mu, że nie zna przeciwwskazań. "Nie widzę powodu - pisał - dlaczego by opisany proces przekształcania miał się ograniczyć tylko do tworzenia rodzajów." Ponieważ nie znał ograniczeń procesu drobnej zmienności gatunków, założył, że ograniczeń tych nie ma.

Najbardziej podstawowy problem ewolucjonizmu - pochodzenia gatunków - pozostaje nierozwiązany. Mimo stuleci sztucznej hodowli i dziesiątkówDarwins tree of life 1859 lat eksperymentów laboratoryjnych nikt nigdy nie zaobserwował powstawania nowych gatunków (przekształcenia się jednego gatunku w inny). To, co Darwin mówi o wszystkich gatunkach, nie zostało wykazane nawet dla jednego z nich. [27] Ponieważ definicja gatunku w biologii ewolucyjnej jest nieprecyzyjna i pozwala na pewien stopień arbitralności (niektórzy taksonomowie, tzw. splitters, uznają niekiedy odmiany za odrębne gatunki), kreacjoniści obiektywnie istniejące granice zmienności umiejscawiają z reguły nieco wyżej niż granice gatunku - na poziomie rodzaju, a nawet rodziny. Te obiektywnie istniejące podstawowe jednostki życia kreacjoniści nazywają stworzonymi typami, podstawowymi typami lub baraminami. Jeżeli w tym artykule używamy terminologii ewolucjonistycznej (gatunki itd.), to tylko dlatego, że chcemy być lepiej zrozumiani.
Zamiast więc jednego drzewa życia, które zaczyna się od jednego lub kilku wspólnych przodków i rozgałęzia się z upływem czasu na boki, obejmując wszystkie organizmy żywe, kreacjoniści proponują tzw. sad życia - wiele drzewek-baraminów, rozgałęziających się do pewnej nieprzekraczalnej granicy z pierwotnie stworzonych organizmów rodzicielskich.

Istnieje jeszcze jeden problem z Darwinowskim drzewem życia - idea ta jest niezgodna z tym, co widzimy w zapisie kopalnym. Odkrycia w tzw. łupkach z Burgess pokazują, że drzewo życia należy postawić do góry nogami czy raczej: do góry korzeniami. W zamierzchłej przeszłości obserwuje się w zapisie kopalnym więcej typów niż obecnie, gdyż niektóre z nich już wymarły. "Dziesięć lat temu istniała jeszcze nadzieja, że dane molekularne uratują drzewo, ale najnowsze odkrycia nadzieję tę pogrzebały. Chociaż nie przeczytacie tego w podręcznikach biologii, Darwinowskie drzewo życia zostało wyrwane z korzeniami". [28]

10. Odrzucenie biblijnego ujęcia stworzenia
Dziadek Karola Darwina, Erazm, który pisał także o ewolucji, był niewierzący. Niewierzącym był też ojciec Karola, Robert. Obaj mieli duży wpływ na Karola, zwłaszcza ojciec, ale także dziadek, choć pośrednio, gdyż zmarł przed urodzeniem się Karola. Karol powoli tracił wiarę, aż utracił ją całkowicie. Traumatycznym wydarzeniem w jego życiu była śmierć ukochanej córki, Annie, w wieku 10 lat. Darwin nie potrafił pogodzić istnienia zła w świecie z istnieniem kochającego Boga Stwórcy. "Od tej chwili Darwin stał się absolutnym, nieprzejednanym ateistą, jego jedynym bogiem był racjonalizm, jedynym zbawieniem nauka i logika, i temu poświęcił resztę swojego życia." [29]

Jedenaście lat po opublikowaniu "O powstawaniu gatunków" przyznał on szczerze, jakie były główne jego cele w tej książce: "Na moje usprawiedliwienie niech mi wolno będzie wyjaśnić, że chodziło mi o dwa różne cele: po pierwsze, o wykazanie, że gatunki nie zostały stworzone oddzielnie, i po drugie, że dobór naturalny był głównym czynnikiem zmienności [...].Niejedni z tych, którzy przyjmują zasadę ewolucji, ale odrzucają dobór naturalny, zdają się zapominać, krytykując moje dzieło, iż miałem w nim na widoku dwa wyżej wymienione cele. Jeśli tedy zbłądziłem, to nie dlatego, że przypisywałem doborowi naturalnemu ogromne znaczenie, lecz, co jest w zasadzie możliwe, przeceniając jego rolę. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej pomogłem do odrzucenia dogmatu o oddzielnych aktach stworzenia." [30]

Warto zwrócić uwagę, że pierwszy powód napisania tej książki miał religijny charakter, ponieważ jej autor chciał odrzucić dogmat o oddzielnych aktach stworzenia. Innymi słowy, dążył do odrzucenia religijnej wersji pochodzenia świata i człowieka, jaką przedstawia Biblia. Popierał coś, co można nazwać naukowym materializmem - pogląd, że przy wyjaśnianiu życia, jakie widzimy, wystarczy odwołać się do czynników materialnych, doboru naturalnego i zmienności. Lektura jego prywatnych notatek skłania do wniosku, że świadomie okłamywał współczesnych, że jest agnostykiem. Notatki te obfitują w wypowiedzi wojowniczego materializmu, którego ostatecznym celem było zdobycie "cytadeli", czyli nadanie materialistycznej interpretacji umysłowi ludzkiemu, gdyby materializm jego teorii ewolucji odniósł zwycięstwo. [31]

Jednak zamiast gromadzenia danych, wskazujących na ślepe przypadkowe przyczyny, tworzące rzekomo świat, ostatnie 150 lat badań molekularnych, chemicznych, biologicznych i astronomicznych coraz bardziej przekonuje o istnieniu inteligentnego Projektanta wszechrzeczy. Phillip E. Johnson, założyciel Ruchu Inteligentnego Projektu, wyraził tę myśl następująco: "Darwinowski ewolucjonizm z jego tezą o ślepym zegarmistrzu wyobrażam sobie jako wielki okręt wojenny na oceanie rzeczywistości. Burty jego są mocno uzbrojone w filozoficzne przeszkody dla krytyki, a jego pokład jest zapełniony wielkimi retorycznymi działami, które mają na celu odstraszenie ewentualnych atakujących. [...] Ale okręt nagle zaczął przeciekać metafizycznie i co inteligentniejsi oficerowie zaczęli rozumieć, że nie uratuje go cała siła ognia okrętu, jeśli przecieku się nie zatka. Oczywiście, będą trwały heroiczne wysiłki, by uratować okręt. [...] Widowisko będzie fascynujące i walka będzie trwała długo. Ale w końcu rzeczywistość odniesie zwycięstwo." [32]

W 2009 roku przeżywaliśmy dwustulecie urodzin Karola Darwina i sto pięćdziesięciolecie wydania jego głównej książki. Są to piękne jubileusze, ale Phillip E. Johnson przewiduje, że idee Darwina wylądują w końcu na śmietniku historii. "Każda historia dwudziestego wieku wymienia trzech szczególnie wpływowych myślicieli: Darwina, Marksa i Freuda. [...] Jednak Marks i Freud upadli [...]. Jestem przekonany, że Darwin jest następny w kolejce. Jego upadek będzie największy spośród tych trzech." [33]

Przypisy
[20] Madeline Nash, When Life Exploded, Time Dec. 4, 1995, s. 58.
[21] Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 378.
[22] j.w., s. 379.
[23] Por. Lee Strobel, Dochodzenie w sprawie Stwórcy, Wydawnictwo Credo, Katowice 2007, s. 314.
[24] Por. Ernst Mayr, What Evolution Is?, Basic Books, New York 2001, s.113; Richard Dawkins, Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa, Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 167.
[25] Por. Stephan Anitei, How Much DNA Do We Share With Chimps?", Softpedia Nov. 20, 2006, s. 1.
[26] Por. Darwin, O powstawaniu gatunków..., s. 129.
[27] Por. Jonathan Wells, The Politically Incorrect Guide to Darwinizm and Intelligent Design, Regnery Publishing, Inc., Washington, DC 2006, s. 64.
[28] j.w., s. 51.
[29] Michael WHITE, John GRIBBIN, Darwin. Żywot uczonego, Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 170.
[30] Karol DARWIN, O pochodzeniu człowieka, w: tenże, Dzieła wybrane, tom IV, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1959, s. 117-118.
[31] Por. Stanley Jaki, The Savior of Science, Regnery Gateway, Washington, D.C. 1988, s. 126.
[32] Phillip E. Johnson, Darwin on Trial, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois 1993, s. 169-170 [w polskim tłumaczeniu tej książki, Sąd nad Darwinem, Vocatio, Warszawa 1997 brak jest ostatniego rozdziału książki].
[33] Phillip E. Johnson, Z otwartym umysłem wobec darwinizmu. Poradnik krytycznego myślenia, Wydawnictwo Wista, Warszawa 2007, s. 110. (Mario Seiglie, "10 Ways Darwin Got It Wrong", The Good News November-December 2009, vol. 14, no. 6, s. 8-13.)


#NiePochodzęOdMałpy – genetyka a teza o ewolucji człowieka

Małgorzata Gazda Tytułowym hasztagiem nawiązuję do akcji, która pojawiła się i rozniosła w „polskim Internecie” na fali medialnego zainteresowania żartami Mariana Kowalskiego z teorii ewolucji....

Dlaczego problematyka stworzenia jest tak ważna dla chrześcijan?

Marta Cuberbiller Problematyka stworzenia występuje w wielu wyznaniach, nie tylko w chrześcijańskich. Ale dla chrześcijan odgrywa kluczową rolę. Nie wszyscy chrześcijanie z tym się zgadzają....

MATEMATYCZNA NATURA WSZECHŚWIATA – ŚLAD AKTYWNOŚCI STWÓRCZEJ

Niektórzy z nas na wspomnienie matematyki czują gęsią skórkę. To przedmiot, którego nienawidziliśmy w szkole, bo był trudny do nauczenia się i mało zrozumiały. Ale matematycy widzą swoją dyscyplinę jako piękną i głęboko sensowną. Okazuje się, że matematyka ma też znaczenie dla chrześcijan. Spróbuję to teraz wyjaśnić.

Od abstrakcji do rzeczywistości

Wydawałoby się, że matematycy wymyślają wysoce teoretyczne i niezwykle abstrakcyjne idee, które mają niewielki związek z rzeczywistością fizyczną, jaką poznajemy zmysłami. Ale to nieprawda. Zobaczmy to na przykładach.

Apoloniusz z Pergi, grecki matematyk i astronom żyjący w III wieku p.n.e., badał krzywe zwane przekrojami stożkowymi. On sam uważał, że prowadził te badania nie po to, by je później praktycznie wykorzystać, ale dla nich samych. Przyjmował więc ideał wiedzy dla wiedzy. Wprawdzie jakieś praktyczne zastosowania dla swych badań widział, ale nie zdawał sobie sprawy, że 2 tysiące lat później będzie się ich używać do precyzyjnego opisu ruchów ciał niebieskich w Układzie Słonecznym.

Znany i ceniony do dzisiaj filozof Rene Descartes, zwany Kartezjuszem (nawiasem mówiąc to on wymyślił powiedzenie "myślę, więc jestem"), stworzył pojęcie układu współrzędnych w geometrii, który umożliwił matematykom prowadzenie wyliczeń w wielu hipotetycznych wymiarach oprócz tych trzech, które znamy z codziennego życia. Z pewnością nie miał zielonego pojęcia, że pewnego dnia użyje się geometrii sześciowymiarowej do opisania słynnego tańca pszczół, przy pomocy którego informują one swoje towarzyszki, gdzie znalazły pożywienie. [1] Ponieważ tej samej geometrii sześciowymiarowej używa się do opisu kwarków, Barbara Shipman, która przy pomocy tego rodzaju geometrii precyzyjnie opisała wspomniany taniec pszczół, przypuszczała, że pszczoły mają jakiś ukryty dla nas kontakt z kwarkami.

Jak może pamiętamy ze szkoły, kwadraty liczb zarówno dodatnich, jak i ujemnych, są zawsze dodatnie. A więc pierwiastek kwadratowy można wyciągać tylko z liczb dodatnich. Trzysta lat temu matematycy Euler i Gauss przyjęli jednak matematycznie absurdalny pomysł, żeby można było wyciągać pierwiastek kwadratowy także z liczb ujemnych. Okazuje się dzisiaj, że przy pomocy tych pierwiastków, czyli tzw. liczb urojonych, [2] wyraża się najbardziej podstawowe prawa fizyki, która powstała dopiero w XX wieku - mechaniki kwantowej.

Cud matematyki

Jak to się więc dzieje, że nawet czysta matematyka, rozwijana, badana i rozszerzana przez stulecia bez żadnego widocznego związku z rzeczywistością, czasami okazuje się wcale nie być abstrakcyjna, tylko stanowi część naszego bardzo przecież realnego i bardzo konkretnego Wszechświata?

Niektórzy uznali, że to zwykły przypadek. Znana jest metafora "szalonego krawca" sformułowana przez Stanisława Lema, polskiego pisarza science fiction, który jednak pisał także felietony, a nawet książki niebeletrystyczne. Lem był zafascynowany rolą przypadku w świecie (podobnie jak wszyscy darwinowscy ewolucjoniści). Pracę matematyka przyrównał do pracy "szalonego krawca, który szyje wszelkie możliwe ubrania, nie wie, dla kogo, nie myśli o tym. (...) Tak jak on, działa matematyka. Buduje ona struktury, ale nie wiadomo czyje. Modele doskonałe (tj. doskonale ścisłe), lecz matematyk nie wie, czego to są modele. Nie interesuje go to. Robi to, co robi, ponieważ taka działalność okazała się możliwa". [3] Fizyk zaś przegląda uszyte ubrania i dobiera sobie takie, których potrzebuje. Gdyby rzeczywiście tak było, to wykrycie takiej teorii matematycznej, która pasuje do świata, byłoby czystym przypadkiem i teorie takie pasowałyby do świata w różnych stopniach dokładności, bo przecież tworząc te teorie, matematycy nie byli skrępowani realną rzeczywistością świata.

W świetle tego, o czym pisał Eugene Wigner, jeden z bardziej znanych fizyków, metafora "szalonego krawca" jest błędna. Oczywiście jest tak, przynajmniej do pewnego czasu, że nowe teorie matematyczne nie są stosowane przez fizyków. Ale w artykule "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych" Wigner zwraca uwagę, że gdy już jakąś teorię matematyczną fizycy stosują, to sprawdza się ona z niezwykłą dokładnością. Teorie są dokładniejsze niż dane empiryczne. I nie jest to zasługa tego, że przy tworzeniu owych teorii wprowadzano do nich jakieś precyzyjne dane wzięte z obserwacji. Dane takie odgrywają drugorzędną rolę, a mimo to teorie matematyczne prowadzą z olbrzymią dokładnością do sprawdzalnych danych.

Wigner nazwał to zjawisko "cudem matematyki". Uznał on, że "przedziwna skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych jest czymś graniczącym z tajemnicą i że nie ma dla niej żadnego racjonalnego wyjaśnienia." A pod koniec artykułu zauważył: "Stosowność języka matematyki do formułowania praw fizyki jest cudownym darem, którego ani nie rozumiemy, ani nań nie zasługujemy." [4]

Nauki przyrodnicze nie są same w stanie wyjaśnić, dlaczego pod powierzchnią rzeczywistości, jaka nas otacza, znajdujemy taki piękny, uporządkowany matematyczny fundament. To zdumiewający fakt, którego uczeni nie potrafią wyjaśnić, chociaż wielu z nich to próbowało zrobić. Pozostaje on fundamentalną tajemnicą nauki.

Artykuł Wignera wywołał ożywioną dyskusję. Na uwagę zasługuje opinia Maxa Tegmarka, profesora w Massachusetts Institute of Technology, według którego świat fizyczny jest w pełni matematyczny, izomorficzny z jakąś strukturą matematyczną i to właśnie tę strukturę stopniowo poznajemy. Teorie fizykalne odnoszą sukces, ponieważ proste struktury matematyczne mogą dostarczać dobrych przybliżeń niektórych aspektów bardziej złożonych struktur matematycznych. Innymi słowy, teorie fizykalne to nie są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie świata fizycznego, ale to są struktury matematyczne, które stanowią przybliżenie innych struktur matematycznych.[5]

Ślady Stwórcy

Pismo Święte mówi nam, że wiele zdumiewających cech Boga można wykryć w cudach Jego stworzenia (Rzym. 1:20). Gdy patrzymy na przepastny ogrom wspaniałego Wszechświata i na niezwykle skomplikowaną strukturę maleńkiego atomu, nie jesteśmy w stanie oprzeć się zdumieniu stwórczą mocą Wszechmogącego. Jego moc widoczna jest we wszystkich dziedzinach nauki, jak biologia, chemia i fizyka - gdzie umysł nasz odnajduje nie tylko ślady wielkiego Stwórcy, ale także pewne cechy Jego osobowości.

Jest to prawda nie tylko, jeśli chodzi o fizykę czy astronomię, ale przede wszystkim - matematykę. Matematyka ujawnia cudowną moc stwórczą Boga w zadziwiający sposób, który dla wielu może stanowić źródło natchnienia. Przyjrzyjmy się zegarkowi. Przy pierwszym wejrzeniu może nas zdumieć regularność jego tykania, wyznaczającego sekundy, minuty i godziny. Ale gdy zdejmiemy wieczko i zajrzymy do środka, nasze zdumienie rośnie, bo widzimy skomplikowane, ale precyzyjne współdziałanie wielu kółeczek, sprężyn i przekładni. Jesteśmy pod wrażeniem pomysłowości projektu i ukrytej za nim inteligencji. Podobnie jest z matematyką. Matematyka jest narzędziem pozwalającym "zdjąć wieczko" Wszechświata i ujrzeć głębszy poziom porządku, precyzji i pomysłowości - czyli właśnie to, czego oczekiwalibyśmy od Wszechświata zaprojektowanego przez Stwórcę o najwyższej inteligencji.

Wielka Księga

Galileusz, znany astronom włoski, w traktacie Il Saggiatore (Waga probiercza) z 1623 roku opisał Wszechświat jako "wielką księgę", która "stale jest otwarta przed naszym wzrokiem, ale której nie można zrozumieć, jeśli wcześniej nie poznamy języka i nie rozpoznamy liter, przy pomocy których została napisana. A napisano ją językiem matematyki".

Dla ateisty czy agnostyka może to stanowić nierozwiązywalną zagadkę. Ale dla wierzących w logicznego, racjonalnego, wszechwiedzącego i wszechmocnego Stwórcę jest to zgodne z oczekiwaniem. W najważniejszej "wielkiej księdze", w Piśmie Świętym, czytamy, że Wszechmocny ustalił "prawa nieba i ziemi" (Jer. 33:25). Teraz widzimy, że wiele z tych praw zostało napisanych językiem matematyki. William Lane Craig, filozof i teolog chrześcijański, wyraził to tak: "Bóg stworzył Wszechświat według struktury matematycznej, jaką miał w umyśle". [6]

Kiedy patrzymy oczyma żywej wiary, każdy aspekt dzieł rąk Bożych będzie wskazywał na chwałę i majestat naszego Stwórcy. Matematyka nie jest suchym i pozbawionym emocji przedmiotem, jak wielu sądzi. Jest ona raczej pięknym narzędziem, przy pomocy którego możemy przybliżyć się do Boskiego umysłu.

[email protected]
creationism.org.pl/Members/mcuberbiller
(Wallace Smith, "Our Mathematical Universe", Tomorrow's World, July-August 2013, s. 20-21.)

Przypisy:
[1] Adam Frank, "Quantum Honeybees. How could bees of little brain come up with anything as complex as a dance language?", Discover, Saturday, November 01, 1997, http://tiny.pl/hbr5h.
[2] Liczby urojone zostały wprowadzone przez Girolamo Cardano jeszcze w XVI wieku, a nazwę nadał im Kartezjusz w 1637 roku. Zostały zaakceptowane  dopiero dzięki pracom Eulera i Gaussa.
[3] Stanisław Lem, Summa technologiae, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1984, s. 146.
[4] Eugene P. Wigner, "Niepojęta skuteczność matematyki w naukach przyrodniczych", Zagadnienia Filozoficzne w Nauce 1991, XIII, s. 5-18, http://tiny.pl/hbrf3 (oryginał: "The Unreasonable Effectiveness of Mathematics in the Natural Sciences", Communications in Pure and Applied Mathematics, February 1960, vol. 13, no. 1 , ss. 1-14, http://tiny.pl/hbwlx).
[5] Max Tegmark, "The Mathematical Universe", Foundations of Physics 2007, vol. 38, no. 2, s. 101-150, http://tiny.pl/hbwlm.
[6] "God and the Applicability of Mathematics", Reasonable Faith with William Lane Craig, http://tiny.pl/hbwk9.

O informacji genetycznej i pochodzeniu życia

O INFORMACJI GENETYCZNEJ I POCHODZENIU ŻYCIA

Podpis w komórce - okładkaZaczęło się 10 lutego 1985 roku. Tego dnia w Dallas, gdzie pracował jako geofizyk, odbywała się debata o pochodzeniu życia z udziałem znakomitych naukowców, ekspertów w tej dziedzinie. O konferencji dowiedział się trochę przypadkowo i nie mógł wtedy nawet przypuszczać, jak wielką zmianę spowoduje ona w jego życiu. Stephen C. Meyer przysłuchiwał się dyskusji jako widz. Ku jego zaskoczeniu wszyscy debatujący naukowcy przyznawali, że nie mają żadnej dobrej teorii wyjaśniającej pochodzenie życia. Nie byli w stanie przedstawić żadnego zadowalającego scenariusza ewolucji chemicznej, a najważniejszą przeszkodą był według nich DNA – nośnik informacji genetycznej.

Wśród dyskutujących ekspertów byli także Charles Thaxton, Walter Bradley i Roger Olsen, autorzy książki „The Mystery of Life’s Origin” („Tajemnica pochodzenia życia”), w której zasugerowali, że skoro inne próby wyjaśnienia genezy życia zawiodły, to może należy rozważyć, czy w tym wydarzeniu kluczowej roli nie odegrała jakaś inteligentna przyczyna.


Zabrzmiało to jak powrót starego argumentu z projektu, jednak tym razem jego podstawą było nie wspaniałe przystosowanie struktur biologicznych do pełnienia ich funkcji, lecz sam fakt istnienia w żywych organizmach informacji biologicznej, zakodowanej w specyficznych sekwencjach nukleotydów w cząsteczkach DNA. Jak stwierdził Meyer, naukowcy natrafili na „co najmniej jeden przejaw projektu w biologii, który nie może być, póki co, zadowalająco wyjaśniony przez dobór naturalny ani jakikolwiek inny czysto naturalny mechanizm”1. Jego zdaniem należy zweryfikować powstałe po 1859 roku wrażenie, że Darwin obalił argument z projektu, że pokazał „projekt bez projektanta”, jak to określił Francisco Ayala2.

W wypowiedziach wielu ewolucjonistów ujawnia się przekonanie, że projekt, który widać w przyrodzie, nie jest prawdziwym projektem. Tak też traktują oni kod genetyczny i informację biologiczną. Chociaż wszystkie inne rodzaje informacji, jakie znamy, powstają najpierw w umyśle inteligentnego twórcy, jest teoretycznie możliwe, że informacja przechowywana w DNA powstała w inny sposób, bez udziału świadomego projektanta. Jednak na jakiej podstawie może być zbudowane takie przekonanie?

Otóż ewolucjoniści uważają, że natura potrafi naśladować działanie inteligencji, a przykładem, który to potwierdza, ma być dobór naturalny działający jak świadoma selektywna hodowla, chociaż w rzeczywistości jest ślepy i niekierowany. To jest przesłanka, na której zbudowano przekonanie, że przyroda może stworzyć informację.

Meyer przyznaje, że w nauce zdarzają się przypadki, kiedy ludzkie postrzeganie wprowadza w błąd – np. kontynenty wydają się nieruchome – dlatego możliwe jest, że naukowi materialiści mają rację w sprawie informacji zawartej w DNA. Jest to jednak mimo wszystko dziwne, że przy tak słabych przesłankach na rzecz naturalistycznego wyjaśnienia obecności informacji biologicznej, tak łatwo wielu naukowców lekceważy w tej sprawie intuicję. „Biologowie muszą przez cały czas mieć na uwadze, że to, co widzą, nie zostało zaprojektowane, lecz raczej wyewoluowało" – to zdanie Francisa Cricka3 pokazuje, że u podstaw przekonania o czysto naturalnym pochodzeniu DNA leży nie obserwacja, lecz raczej wstępne założenie, że nie może być inaczej.

Stephen C. Meyer przez wiele lat zajmował się poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, skąd się wzięła informacja biologiczna, jak powstała. Badania doprowadziły go do wniosku, że wyjaśnieniem, które najlepiej odpowiada temu, co dzisiaj wiemy, jest odwołanie się do działania inteligentnej przyczyny.

Meyer uznał, że argument, który jego samego przekonał do teorii inteligentnego projektu, powinien zostać przedstawiony w formie „jednego długiego wywodu” (analogicznie do sposobu, w jaki Darwin przedstawił teorię ewolucji).   I chociaż wcześniej wiele pisał już na ten temat, postanowił, że argument ten zasługuje na całościowe opracowanie w postaci książki. Zatytułował ją „Podpis w komórce”, co sugeruje, że informacja genetyczna jest swego rodzaju podpisem, jaki Twórca życia zostawił w swoim dziele.

Jako że Meyer chciał dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, nie tylko do naukowego audytorium, książka ta przedstawia nową koncepcję na tle historycznego rozwoju poglądów na temat pochodzenia życia oraz na tle osobistej drogi autora, jaką przebył, by ostatecznie ukształtowały się jego własne przekonania.

* Stephen C. Meyer, Signature in the Cell. DNA and the Evidence for Intelligent Design, Harper One, New York 2009
1. tamże, s. 12
2. tamże, s. 9
3. tamże, s. 20

Jak odczytywać Księgę Rodzaju?

"Nie uprawiamy liberalnej teologii - my tylko interpretujemy inaczej Biblię". Tak mówi wielu ewangelicznych chrześcijan, gdy porzuca tradycyjne rozumienie niektórych fragmentów Pisma Świętego. Często to słychać dzisiaj, jeśli chodzi o Genesis (Księga Rodzaju).
W ujęciu tradycyjnym Księga Rodzaju daje nam rzetelną informację: mówi w zarysie, jak Bóg stworzył świat i pierwsze istoty ludzkie oraz jak popadły one w grzech. Chociaż `stworzenie ex nihilo jest tak dalekie od naszego codziennego doświadczenia, że trudno nam interpretować jego szczegóły, to jednak możemy z tekstu wyprowadzić pewne rozumienie zdarzeń, jakie rzeczywiście miały miejsce. Bóg stworzył Wszechświat i pierwsze istoty żywe. Adam i Ewa zostali stworzeni, nie zaś - wyewoluowani. Podjęli oni decyzję, by sprzeciwić się Bogu i złamali bliską społeczność, jaką się z Nim cieszyli.

Dziś jednak istnieje mocna tendencja, by traktować Genesis jako księgę niehistoryczną. Nawet niektórzy, przyjmujący resztę Biblii za rzetelną historię, unikają traktowania w ten sam sposób Księgi Rodzaju. Zamiast tego rozdziały od pierwszego do trzeciego tej księgi uważają za przenośne. Traktują je jako przypowieść, sagę, hymn chwały, poetyckie ujęcie procesu stworzenia, który sam w sobie jest niewyrażalny słowami, albo uznają za religijną polemikę z ideami pogańskimi. Mówi się, że celem Genesis 1-3 nie jest dostarczenie jakiejś informacji poznawczej, ale nakłanianie do uwielbienia Boga. Rozdziały te mają zawierać język obrazowy, którego nie należy rozumieć dosłownie, ale jedynie jako środek przekazania prawd duchowych.

Kto ma rację? Które ujęcie Genesis jest poprawne? Odpowiadając na to pytanie, moglibyśmy potraktować Księgę Rodzaju jak każdą inną literaturę i użyć zwykłych zasad interpretacji. Poszukując zrozumienia tekstu literackiego, moglibyśmy zadać tego typu pytania: Jaki rodzaj materiału chce on przedstawić? Jakim stylem literackim jest napisany? Jaki jest jego kontekst? Jak wygląda na tle innych pism z tego samego okresu?

Ci, którzy nalegają, iż Pismo Święte jest historycznie dokładne, nie rozumieją przez to, że zawiera ono tylko narrację prozą. W Piśmie Świętym znajdujemy różnorodność stylów literackich, zależnie od celu stawianego przez autora: poezję, pieśń, przypowieść, nakazy etyczne, nauczanie doktrynalne, modlitwę i tak dalej. Analizując konkretny fragment, musimy najpierw określić, jakim stylem został on napisany. Byłoby niemądre na przykład interpretowanie przypowieści Jezusa jako historię, ponieważ zostały one wyraźnie nazwane przypowieściami. Podobnie byłoby niezasadne interpretowanie fragmentu historycznego jako przypowieść tylko dlatego, że trudno nam weń uwierzyć. Jeśli mamy być biblijni, to musimy określić, co sama Biblia twierdzi o danym fragmencie i nie narzucać mu jakiejś innej interpretacji z pogwałceniem tekstu.

Styl
Jak odczytujemy opis stworzenia i upadku w pierwszych trzech rozdziałach Księgi Rodzaju? Najpierw, czym ten opis nie jest? Nie jest on poezją; widać to, porównując go z poetyckimi opisami stworzenia w innych częściach Pisma (np. Psalm 14 i Hioba 38). Te inne fragmenty korzystają z powszechnych narzędzi poetyckich jak metafora czy porównanie, których brak w Genesis 1. Nie jest to też przypowieść. Nie ma wprowadzenia, jakiego Jezus używał, gdy zaczynał Swoje przypowieści ("Królestwo Boże jest jak..."). Nie jest to wizja, bowiem brakuje mu zwrotów używanych przez Ezechiela, Daniela i Jana, gdy szczegółowo opisywali swoje wizje i sny ("... niebiosa się otworzyły").

Krótko mówiąc, nie ma niczego w literackim stylu Genesis 1-3, co by wskazywało, że należy tekst rozumieć jako coś innego niż narracja historyczna. Forma jest naturalna i opisuje rzeczy dalekie od naszego zwykłego doświadczenia (stworzenie i świat przed upadkiem), ale nie ma żadnej wskazówki, że należy ją brać za coś innego niż ujęcie wydarzeń, jakie faktycznie miały miejsce. Kreacjonista E.H. Andrews tak pisze na ten temat:

Wewnętrzna struktura tych tekstów wskazuje na bezpośrednią narrację, bez świadectwa typowych hebrajskich form poetyckich i bez "komentarza" sugerującego, że opisanych wydarzeń nie powinno się traktować dosłownie. [1]

Andrews czyni tu aluzję do kluczowej sprawy: nie jak my rozumiemy Księgę Rodzaju, ale jak starożytny Hebrajczyk mógł ją rozumieć. Zwroty, które brzmią dziwnie dla naszego ucha, mogą się wydawać poetyckimi, ale to nie jest ważne - ważne jest, czy jest to hebrajska forma poezji. Jeśli chcemy wiedzieć, co dany fragment znaczy, musimy zrozumieć, jak autor chciał, by jego słowa rozumiano: obrazowo, ironicznie, alegorycznie czy jako zwykłe stwierdzenie.

Aby odkryć intencję autora, musimy zwrócić uwagę na odkrycia archeologów, jeśli chodzi o starożytną literaturę Bliskiego Wschodu. Zwykło się sądzić, że starożytni nie interesowali się historią jako taką; że starożytne zapisy należy rozumieć jako legendę i mit. Sądzono, że pewne opowieści mogły być oparte na wydarzeniach, które zaszły w pewnej epoce, ale zostały zapisane dopiero później, gdy obrosły mocno legendą. Wiemy już, że nie jest to prawda. W starożytności wydarzenia zapisywano wówczas, gdy one zachodziły albo wkrótce po ich zajściu. Chociaż tradycja ustna często rozwijała się równoległe do pisemnego zapisu, to jednak standardową praktyką było rejestrowanie wszystkich większych wydarzeń na piśmie.

Dzisiejsi uczeni dużo bardziej szanują historyczną prawdziwość starożytnej literatury, niż zwykli to robić w przeszłości. Starożytni Hebrajczycy okazują się być szczególnie troskliwymi rejestratorami wydarzeń. R.K. Harrison tak pisze na ten temat:

Porównawcze studia historiograficzne wykazały, że obok Hetytów starożytni Hebrajczycy należeli do najdokładniejszych, najbardziej obiektywnych i odpowiedzialnych rejestratorów wydarzeń historii Bliskiego Wschodu. [2]

W rezultacie dużo większe zaufanie pokłada się obecnie we wczesnych fragmentach Starego Testamentu, które pretendują do historyczności, niż to było poprzednio. Nie możemy bezmyślnie mówić, że dawni ludzie po prostu nie byli zainteresowani historią. Przeciwnie, wykonali oni wspaniałą pracę rejestrowania wydarzeń historycznych.

Prawdą jest, że Księga Rodzaju jest napisana z religijnego punktu widzenia; nie jest ona po prostu suchym, pedantycznym ujęciem faktów, jaki mógłby wyjść spod ręki sądowej stenotypistki. Ma ona cel religijny: nauczać nas o Bogu i grzechu oraz o kondycji człowieka. Ale samo to nie znaczy, że autor manipulował faktami, aby dostarczyć przesłania religijnego albo że wymyślał w całości te opowieści, lub że uczniowie wymyślili historię o zmartwychwstaniu Jezusa, aby przekazać religijne przesłanie o nowym życiu w Bogu. Jak już powiedzieliśmy, dla autorów biblijnych znaczenie teologiczne jest zawsze uwikłane w faktach.

Mamy ponadto dane świadczące, że mentalność ta była powszechna na starożytnym Bliskim Wschodzie. Zwykle pisano historię z przesłaniem religijnym lub ideologicznym, ale mimo to pisano ją dokładnie. Zacytujmy znowu Harrisona:

Liczne wydobyte teksty klinowe pokazują, jak mezopotamscy autorzy wczesnego historiograficznego materiału wyrażali się w kategoriach obrazu świata, podobnie jak to było w przypadku pierwszych kilku rozdziałów Księgi Rodzaju, wskazując przez to, że materiału tego nie należy traktować jako mitu, lecz jako mezopotamską historiografię. [3]

Starożytni nie pisali historii w ten sam sposób, jak my to robimy, co wielu doprowadziło do stwierdzenia, że Stary Testament nie jest w ogóle historią. Ale to jest niewiarygodnie zaściankowy sposób myślenia. Jeśli chcemy zrozumieć jakiś utwór literacki, pochodzący z innej epoki lub kultury, to musimy polegać nie na tym, jak literatura ta oddziałuje na nas dzisiaj, lecz na tym, czego dowiedzieliśmy się z archeologii o kulturze i czasach, w których była napisana.

Umieszczenie w kontekście
Aby zrozumieć jakiś fragment, musimy zobaczyć, jak pasuje on do otaczającego go kontekstu. Większość ewangelicznych chrześcijan akceptuje treść Księgi Rodzaju od rozdziału 12 do końca jako rzetelnie historyczną (ujęcie dziejów Abrahama i powstanie narodu hebrajskiego). Często jednak kwestionuje się Genesis 1-11, zwłaszcza ujęcia stworzenia, upadku i potopu.

Jeśli jednak zbadamy sam tekst, to zobaczymy, że nie ma żadnej przerwy między tymi epizodami, które są kwestionowane, a resztą Księgi Rodzaju. Po opisie stworzenia i upadku w Genesis 1-3 następują w ciągły sposób genealogie rozdziałów 4 i 5, które bez wątpienia mają historyczną treść. Te z kolei w gładki sposób przechodzą w rozdziały 6-9, opis potopu, po którym z kolei następują gładko genealogie w rozdziałach 10 i 11 (z wplecioną między nie opowieścią o wieży Babel), a w końcu o powołaniu Abrahama w rozdziale 12. Nie ma żadnego świadectwa w samym tekście, które by wskazywało, że stworzenie, upadek, potop czy wieżę Babel należy rozumieć odmiennie od genealogii czy opisu dziejów Abrahama.

Całość Księgi Rodzaju jest ponadto związana w literackim stylu przez okresowe powtarzanie zwrotu "Oto są pokolenia..." Refren ten występuje w 2:4; 5:1; 6:9; 10:1; 11:10; 25:12; 36:1 oraz 37:2 [od tłumacza: Biblia Tysiąclecia różnie ten zwrot tłumaczy]. Łączy on nierozerwalnie opisy stworzenia i potopu z tymi fragmentami Genesis, które uznaje się za historyczne.

Nad dokładnym znaczeniem zwrotu "Oto są pokolenia..." teologowie głowili się przez długi czas. I wówczas w 1936 roku P.J. Wiseman wysunął hipotezę, że był to kolofon (jak u Babilończyków), wskazujący na istnienie tabliczek, jakie powszechnie znajdujemy w miejscach wykopalisk w Mezopotamii. Tabliczki te zwykle mają tytuł, potem następuje treść dokumentu - list lub dokument prawny - a na końcu znajduje się kolofon. Jeśli w kolekcji znajduje się więcej niż jedna tabliczka, kolofon zwykle obejmuje tytuł tabliczki, a potem imię skryby lub właściciela tabliczki (może to być ta sama osoba) oraz datę.

Jeśli interpretujemy zwrot "Oto są pokolenia..." jako kolofon, to sugeruje to, że Księga Rodzaju oparta jest na zbiorze takich tabliczek. Termin "pokolenia" naprawdę znaczy "historie" albo "zapisy rodzinne" i implikuje, że te zapisy rodzinne troskliwie zachowywano od czasów Adama. Jest 11 takich zwrotów w Genesis. Jeśli każda oznacza koniec zbioru glinianych tabliczek, to wskazują one, że Mojżesz miał przed sobą taki ciąg tabliczek, jakich powszechnie używano w starożytnej Mezopotamii, i użył ich jako źródła dla Księgi Rodzaju.

Archeologiczne odkrycia ubiegłego stulecia wskazują, że było to możliwe. Umiejętność pisania była dobrze rozwinięta długo przed narodzeniem się Abrahama, a zapisy skrupulatnie zachowywano, jak już wcześniej powiedzieliśmy. Ponadto tabliczki te posiadają tę samą postać jak wiele wykopanych w Mezopotamii; nawet materiał genealogiczny jest dość typowy. Zaletą tej tabliczkowej teorii Księgi Rodzaju jest to, że uwzględnia ona rzeczywiste bliskowschodnie metody pisania i w naświetlaniu literackich źródeł Genesis nie zależy jedynie od naszych współczesnych prekoncepcji. [4]

Reszta Pisma Świętego
Przy poszukiwaniu zrozumienia pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju ważny jest nie tylko ich bezpośredni kontekst, ale także i reszta Pisma Świętego. Biblijne ujęcie Genesis musi uwzględniać, jak inni autorzy biblijni traktowali wydarzenia tam opisane.

Reszta Pisma Świętego często wspomina stworzenie i upadek, za każdym razem traktując je jako całkowicie historyczne. Nigdy nie ma choćby najmniejszej sugestii, że opisy stworzenia czy życia Adama i Ewy mają obrazowy lub mitologiczny charakter. Najmocniejszy przykład znajduje się w Liście do Rzymian 5:12 i dalej, gdzie Paweł przedstawia czytelnikowi potrójną paralelę między Adamem i Chrystusem. Istnienie wszystkich trzech uznawane jest na równi za historyczne.

Paralela między Adamem i Chrystusem występuje ponownie w 1 Liście do Koryntian 15. Podobnie Łukasz zakłada, że Adam jest rzeczywistą osobą, śledząc genealogię Jezusa aż do niego (Łuk. 3:38). Paweł oczekuje, że czytelnicy przyjmują także historyczność Ewy (1 List do Tymoteusza 2:13-14, 1 List do Koryntian 11:8-9, 2 List do Koryntian 11:3). Piotr uważa stworzenie za tak samo historyczne jak potop i sąd ostateczny (2Piotra 3:3-8).

Nie ulega wątpliwości, że autorzy Nowego Testamentu wierzyli, iż Adam i Ewa byli rzeczywistymi ludźmi. Istnieje w Nowym Testamencie ponad dziesięć cytatów lub bezpośrednich odniesień do Genesis 1-11 i każdy z nowotestamentowych autorów odnosi się do tej części Księgi Rodzaju gdzieś w swoich pismach. Sam Jezus odwoływał się do tych rozdziałów przynajmniej sześć razy. [5]

Autorzy starotestamentowi również odwoływali się często do Księgi Rodzaju. W grę wchodzi więc nie sama Księga Rodzaju, nie sam opis stworzenia, ale autorytet całej Biblii. Jeśli Adam i Ewa nie byli historycznymi osobami, to Paweł się mylił, a Jezus błądził. A jeśli Jezus i autorzy biblijni mylili się, gdy traktowali Księgę Rodzaju historycznie, to nie ma powodu uważać, że mieli rację w jakichkolwiek innych twierdzeniach, które wypowiadali. Nic dziwnego, że uznający to słabe ujęcie Księgi Rodzaju niemal nieuchronnie zauważają, że prowadzi ono - jeśli nie w ich umysłach, to w umysłach ich dzieci - do osłabionego ujęcia autorytetu całej Biblii. [6]

Nie "tylko" historia
Przeciwnicy często przedstawiają kreacjonistów jako zainteresowanych jedynie historyczną treścią Księgi Rodzaju. Podkreślanie historycznej prawdy rozdziałów 1-3 - zarzucają krytycy - to widzenie ich jedynie jako płaskiego, faktualnego ujęcia i pomijanie ich bogatego duchowego przesłania. Posłuchajmy na przykład słów Howarda Van Tilla, astrofizyka z Calvin College:

Jestem jednak przekonany, że początkowe rozdziały Księgi Rodzaju nigdy nie miały nauczać niczego o szczegółach kosmicznej historii (...) Genesis 1 jest mocną polemiką z pogańskimi ideami na temat statusu Kosmosu. Redukowanie go do prymitywnego technicznego raportu z historii Kosmosu jest pomijaniem jego ważnych nauk (...). [7]

Zwróćmy uwagę, że dla Van Tilla dostrzeganie historii w Księdze Rodzaju jest "pomijaniem" jej nauk teologicznych. Jest to kompletny nonsens. Podkreślanie jednej (historycznej) strony dla pewnych celów nie jest zaprzeczaniem istnienia wielu innych stron. Kreacjoniści zwracają uwagę na historyczny element w Genesis nie dlatego, że uważają, iż jest to wszystko, co tam istnieje, ale ponieważ jest to element obecnie atakowany.

Kreacjoniści argumentują, że stworzenie i upadek jako doktryny teologiczne muszą opierać się na wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce. Nie ma tu różnicy z postawą, jaką wszyscy ewangeliczni chrześcijanie przyjmują wobec zmartwychwstania - w tym bez wątpienia i Van Till. Bogate duchowe przesłanie nowego życia, które trwa na wieki, nie ma sensu, jeśli Jezus rzeczywiście, historycznie nie powstał z martwych. Ponadto kreacjoniści podkreślają, że gdy już przyjmiemy Księgę Rodzaju za opis wydarzeń, jakie naprawdę miały miejsce, to musimy przyjąć poważnie, co ona mówi o świecie przyrody, jako ramę roboczą dla nauki.
KONIEC

Nancy Pearcey

Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autora)

Przypisy:
[1] E. H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, San Diego 1980, s. 69.
[2] R. J. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (ed.), The Expositor's Bible Commentary, Zondervan, Grand Rapids 1979, vol. 1, s. 232.
[3] Tamże, s. 233.
[4] Więcej na temat tabliczkowej teorii patrz tamże, s. 242-243. Patrz też R.K. Harrison, Introduction to the Old Testament, Eerdmans, Grand Rapids 1969, s. 543 ff; oraz Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976, s. 27-30.
[5] Morris, The Genesis..., s. 21.
[6] Niektórzy pytają, co zrobić z faktem, że dzisiejsi chrześcijanie nie praktykują już wszystkiego, czego Biblia naucza, na przykład starotestamentowego prawa? Odpowiedź wygląda następująco: kiedy samo Pismo Święte daje nam zasadę, by już nie stosować jego pewnych fragmentów (jak rytuały świątynne Starego Testamentu), to możemy je porzucić, nie podcinając reszty jego nauczania, bowiem w takim przypadku działamy na podstawie Biblii. Ale kiedy zaczynamy odrzucać fragmenty Pisma Świętego, ponieważ subiektywnie nam się one nie podobają, to wówczas przedkładamy nasze własne rozumienie tego, co jest słuszne lub prawdziwe, ponad to, czego naucza Biblia. Wtedy w zasadzie porzucamy ideę, że Biblia jest objawieniem i że to nie my mamy ją osądzać.
[7] Howard Van Till, The Cosmos: Nature or Creation?, Occasional Papers from Calvin College, vol. 3, No. 1, January 1984, s. 33 (podkr. w oryginale).

Bibliografia
1. E.H. Andrews, God, Science, and Evolution, Creation-Life Publishers, SanDiego 1980.
2. Gleason Archer, Alleged Errors and Discrepancies in the Original Manuscripts of the Bible, w: Norman L. Geisler (ed.), Inerrancy, Zondervan, Grand Rapids 1979.
3. R.K. Harrison, Historical and Literary Criticism of the Old Testament, w: Frank E. Gaebelein (gen. ed.), The Expositor's Bible Commentary, vol. 1, Zondervan, Grand Rapids 1979.
4. Walter C. Kaiser, Jr., Legitimate Hermeneutics, w: Geisler (ed.), Inerrancy...
5. Henry M. Morris, The Genesis Record, Baker Book House, Grand Rapids 1976.
6. Francis Schaeffer, Genesis in Space and Time, InterVarsity Press, Downers Grove 1972.
7. Howard Van Till, The Cosmos: Nature or Creation?, Occasional Papers from Calvin College, January 1984, vol. 3, No. 1.
8. Nancy Pearcey, Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol. 25, No. 3, s. 6-9; z jęz. ang. za zgodą Redakcji i Autorki tłum. Mieczysław Pajewski)
9. Źródło: Archiwum "Na początku...", Zeszyt 8, Warszawa 1998. Księga Rodzaju a historia, Na Początku... 1997, nr 7b(89), s. 170-181. (Did It Really Happen? - Genesis and History, Bible-Science Newsletter, March 1987, vol.25, No.3, s.6-9; za zgodą Autorki )
10. http://creationism.org.pl/artykuly/NPearcey5


80. rocznica procesu Scopesa (“małpiego procesu”), cz. 2

W poprzednim odcinku z tego cyklu wspominałem o lipcowej rocznicy słynnego “małpiego procesu". Młody nauczyciel w Dayton, w stanie Tennessee, USA, John T. Scopes, został oskarżony o złamanie lokalnego stanowego prawa, zakazującego nauczania o ewolucji człowieka, o pochodzeniu człowieka od niższych zwierząt. Wyjaśniłem, że proces ten był wynikiem spisku środowisk antyreligijnych, że Scopes nie nauczał ewolucjonizmu, nie miał nawet okazji do tego, bo nie był nauczycielem biologii. A przyznał się do pogwałcenia prawa, rzekomo w trakcie zastępstwa za chorego nauczyciela biologii, bo zachęcono go do tego, gwarantując pełne bezpieczeństwo (za pogwałcenie prawa groziła jedynie kara grzywny), a w dodatku oferując stypendium pozwalające skończyć studia uniwersyteckie. Dla prowincjonalnego nauczyciela była to wystarczająca zachęta.

ACLU (American Civil Liberties Union, Amerykański Związek Wolności Obywatelskich), który zainicjował ten proces, nagłośnił całą sprawę w środkach masowego przekazu. Na proces przyjechało stu kilkudziesięciu dziennikarzy, delegowanych ze wszystkich ważniejszych czasopism Stanów Zjednoczonych. Był to także pierwszy proces sądowy relacjonowany przez radio. Przez osiem dni procesu pasjonowały się nim miliony mieszkańców kraju, a także czytelnicy za granicą. Dziennikarze sprzyjali obronie, przedstawiali Scopesa jako ofiarę ciemnoty i zabobonów. Była to wielka lekcja ewolucjonizmu dla milionów Amerykanów. A wynik procesu stanowił w rzeczywistości wielką klęskę fundamentalizmu.

ACLU przedstawiał sam proces jako obronę indywidualnych praw nauczycieli przed absolutyzmem większości. Warto pamiętać o tym, bo dzisiaj w bardzo podobnych procesach ACLU odgrywa niezwykle aktywną rolę, występując przeciw prawom kreacjonistów, którzy próbują wprowadzić zrównoważony program nauczania nauk przyrodniczych, niezależnie od tego, czy stanowią oni większość czy mniejszość. Tu poglądy samych nauczycieli nie mają znaczenia. W procesie Scopesa prawnicy ACLU nie zgadzali się z opinią, że skoro szkoły publiczne utrzymywane są z pieniędzy podatnika, to podatnicy mają bezpośrednie prawo do kontrolowania tego, czego w tych szkołach się naucza. To stanowisko Związek utrzymuje do dzisiaj. Popiera więc traktowanie szkół publicznych jako środka częściowego odbierania dzieci rodzicom i pozbawiania tych ostatnich wpływu na wychowanie dzieci. Proces Scopesa miał więc wyraźne treści polityczne i społeczne, nie był - jak wmawiano wszystkim - sporem między postępową nauką a religijnym dogmatem. Proces Scopesa był tylko jednym z wielu epizodów trwającego stale procesu zmniejszania wolności obywatelskich i zwiększania wpływów władzy.

Pozornie kreacjoniści wygrali ten proces - Scopes został skazany. Ale w rzeczywistości wygrali antykreacjoniści. W rezultacie zmasowanej akcji medialnej kreacjonizm został na tyle skutecznie ośmieszony, że wiele innych stanów, które zamierzały pójść w ślady Tennessee, wycofało się z tych planów. Z 15 stanów bliskich wprowadzenia podobnej ustawy co w Tennessee tylko dwa, Arkansas i Mississippi, ustawodawstwo takie wprowadziły.

Główny oskarżyciel, William Jennings Bryan, liczył na to, że będzie mógł wygłosić mowę końcową, przy pomocy której uda mu się zmienić ukształtowaną przez setki stronniczych korespondencji opinię zwykłych Amerykanów. Ale obrońca, Clarence Darrow, zastosował bardzo sprytny manewr. Inaczej niż zwykli obrońcy, którzy bronią oskarżonego do upadłego, Darrow przyznał, że jego klient jest winny i zwrócił się do sądu o uznanie jego klienta winnym. W ten sposób końcowe przemówienie Bryana stało się niepotrzebne. Ława przysięgłych wydała po 8 minutach narad werdykt: winny, a sędzia nałożył najniższą przewidzianą prawem grzywnę.

Bryan zdecydował, że poinformuje opinię publiczną o treści swego niedoszłego przemówienia, wysyłając jego tekst do czasopism. Zmarł jednak 5 dni po zakończeniu procesu. W pięćdziesiątą rocznicę rozprawy, w 1975 roku, przemówienie to zostało wydrukowane. 1 Jego treść jest aktualna do dzisiaj. Nie tylko wspomina o błędnym użyciu danych naukowych przez ewolucjonistów, ale i o tym, co stanowi istotę “małpiego procesu": o prawie obywateli do kontrolowania własnych szkół, o prawie rodziców do wychowywania swoich dzieci, o uzurpowaniu sobie przez władze prawa do decydowania, o czym dzieci w szkole mają być uczone, nie licząc się ze zdaniem rodziców, a zwłaszcza o katastrofalnych skutkach propagowania ewolucjonizmu w sferze światopoglądowej i obyczajowej.

Przyjaciele Bryana na jego pamiątkę ufundowali w Dayton chrześcijański college. Powstał pięć lat po jego śmierci. Jest on dzisiaj jednym z najważniejszych ośrodków myśli kreacjonistycznej. Profesor Kurt Wise, który napisał na Uniwersytecie Harvarda pracę doktorską z paleontologii bezkręgowców pod kierunkiem wielkiego przeciwnika kreacjonizmu, Stephena Jaya Goulda, jest najbardziej znanym uczonym z zespołu badawczego, analizującego podstawowe dla kreacjonistycznej biologii pojęcie baraminu.

Co to jest baramin?
Ewolucjoniści często oskarżają kreacjonistów o akceptowanie poglądu o stałości gatunków. Według tego oskarżenia kreacjoniści mieliby wierzyć, że istniejące dziś gatunkipowstały “z ręki Boga" i istnieją w niezmienionej postaci od dnia stworzenia. Trzeba wyraźnie i dobitnie powiedzieć, że ten zarzut ewolucjonistów jest całkowicie chybiony. Żaden liczący się kreacjonista i żadna poważna organizacja kreacjonistyczna nie głosi idei stałości gatunków. Gatunki się zmieniają i czasami nawet przekształcają się w nowe gatunki. Dobór naturalny działa, ale zawsze w pewnych granicach. Te granice nie są granicami gatunku, są szersze. Myśl ta jest wyrażona w wypowiedzi Henry’ego M. Morrisa, czołowego współczesnego kreacjonisty:

Jednoznaczną nauką Pisma Świętego jest to, że Bóg jest Stwórcą wszystkich rzeczy, w tym wszystkich roślin i zwierząt. Równie jasną nauką Pisma Świętego jest to, że zostały one stworzone w oddzielnych grupach zwanych “rodzajami" (hebrajskie min) i że istnieją stałe i wyraźne przerwy między tymi rodzajami (ale z dużymi możliwościami zmiany wewnątrz rodzajów). 2

Biblijny opis stworzenia sugeruje, że obiektywną jednostką taksonomiczną jest stworzony rodzaj, a nie gatunek.
Żeby wyjaśnić tę sprawę, cofnijmy się aż do Arystotelesa. Ten starożytny filozof (żył w IV wieku p.n.e.) przyjął za swoim nauczycielem, Platonem, że aby wiedza była możliwa, jej przedmiot musi być niezmienny, gdyż gdyby wszystko było zmienne, to dzisiejsza wiedza byłaby jutro już nieaktualna. Sam Platon przyjął, że świat poznawalny zmysłami jest zmienny, więc musi istnieć jakiś inny, niż ten obserwowany, świat przedmiotów niezmiennych (inne cechy tych przedmiotów, zwanych potocznie ideami, to wieczność, doskonałość i ogólność). Arystoteles był jednak realistą. Odrzucił pogląd o istnieniu dwu światów. Jego zdaniem zarówno zmienność, jak i niezmienność, ogólność, jak i jednostkowość istnieją w tym świecie jako cechy składników bytu. To ujęcie świata zostało wcielone do teologii chrześcijańskiej za sprawą Tomasza z Akwinu i innych średniowiecznych teologów. Kiedy Linneusz przejął to teologiczne myślenie w swoich badaniach żywych organizmów, rezultatem było przekonanie, iż gatunki biologiczne muszą być niezmienne. Przekonanie to nie było skutkiem uważnej lektury Pisma Świętego, ale bardziej przyjęcia niebiblijnej tradycji widzenia świata. Trwałość i niezmienność gatunków jest pojęciem arystotelesowskim.

Pod koniec życia Linneusz zaczął mieć wątpliwości, czy rzeczywiście gatunki są niezmienne. Zwłaszcza zjawisko międzygatunkowej hybrydyzacji spowodowało, iż zaczął podejrzewać, że to raczej rodzaje, a nie gatunki, są niezmienne w arystotelesowskim sensie. W miarę jak poglądy transformistyczne, przekształcania się jednych form życia w inne, stawały się coraz bardziej popularne (warto pamiętać, że poglądy takie głoszono długo przed Darwinem), prace systematyków świata ożywionego zaczęły być stawiane pod znakiem zapytania. Jak bowiem można sensownie wyróżniać oddzielne grupy organizmów, skoro przechodzą one płynnie jedna w drugą? Georges Cuvier szedł śladem Linneusza - wierzył, że gatunki są niezmienne i sprzeciwiał się transformizmowi, argumentując, że gdyby się one zmieniały, to biologia byłaby niemożliwa. Ewolucjoniści w rodzaju J.B. Lamarcka i E. Geoffroya Saint-Hillaire’a próbowali wykazać, że z gatunku może się wyłonić nowy gatunek, ale nie przedstawili jakiegoś przekonującego mechanizmu, jak by to mogło się dziać. Lamarck sugerował, iż to sam organizm dysponuje wewnętrzną siłą, dążącą do zaspokajania potrzeb organizmu, Geoffroy Saint-Hillaire starał się pokazać istnienie praw morfologicznych, rządzących wyłanianiem się nowego gatunku. Ale dopiero Darwin i Wallace zaproponowali mechanizm przekształcania się gatunków, który zaakceptowali niemal wszyscy uczeni. Bardzo szybko po opublikowania O powstawaniu gatunków Darwinaświat biologów porzucił wiarę w niezmienność oddzielnie stworzonych gatunków i przyjął powszechne pokrewieństwo wszystkich gatunków.

Moc propozycji Darwina uznali nawet biologowie-chrześcijanie. Opór wobec ewolucjonizmu kontynuowała tylko garstka teologów i świeckich chrześcijan. W 1941 roku jeden z nich, Frank Lewis Marsh, opublikował niewielką książkę, 3 w której dokonał czegoś niezwykłego. Przyznał, że specjacja i przekształcanie się gatunków są realnymi zjawiskami, ale odrzucił ideę uniwersalnego drzewa ewolucyjnego. Zamiast niego Marsh twierdził, że Bóg stworzył na początku wiele “rodzajów" (w biblijnym sensie tego słowa, nie w sensie współczesnej biosystematyki) i z tych początkowych “rodzajów" powstały wszystkie współczesne gatunki. Według Marsha przekształcanie się jednego gatunku w drugi jest możliwe, ale tylko w granicach określonych przez Boga. Marsh ukuł termin “baramin", jako odnoszący się do tych “stworzonych rodzajów", o których mowa w Biblii. Słowo to pochodzi z hebrajskiego “bara", co znaczy “stworzyć", oraz “min", który znaczy “rodzaj". Baramin (stworzony rodzaj) można więc zdefiniować jako zbiór gatunków, pochodzących z pierwotnie stworzonej wyjściowej populacji.

Ewolucjoniści używają terminu “ewolucja" na oznaczenie zmian dwojakiego rodzaju: tych nieproblematycznych, stwierdzonych empirycznie, które miały miejsce wewnątrz baraminu, oraz tych, co do których istnieje kontrowersja, które rzekomo zachodziły od jednego baraminu do drugiego. Są to z grubsza, bo niedokładnie!, te same zmiany, które ewolucjoniści nazywają odpowiednio mikro- i makroewolucją. Kreacjoniści więc nie kwestionują, co się im zarzuca, całkowicie występowania zjawiska ewolucji. Odrzucają jedynie możliwość samorzutnego powstawania nowych planów budowy ciała (krótko mówiąc: odrzucają makroewolucję).

Przez większość życia Marsh popularyzował swoje pojęcie baraminu wśród kreacjonistów.4 Jego pomysł w latach 70-tych i 80-tych zeszłego wieku został podjęty przez H.R. Sieglera i A.J. Jonesa. 5 Ale to, co dzisiaj nazywa się baraminologią, w dojrzałej postaci pojawiło się dopiero w 1990 roku za sprawą Waltera ReMine’a i Kurta Wise’a. 6 ReMine rozwijał tzw. nieciągłą systematykę, której celem było wypracowanie narzędzi pozwalających zidentyfikować nieciągłości między grupami gatunków. ReMine zaproponował cztery nowe terminy:

  • polibaramin jest dowolną grupą gatunków
  • monobaramin jest grupą gatunków, posiadających wspólnego przodka
  • apobaramin jest grupą gatunków niepowiązanych z żadnym innym gatunkiem spoza tej grupy
  • holobaramin jest grupą gatunków posiadających wspólnego przodka i niepowiązanych z żadnym innym gatunkiem spoza tej grupy. Holobaramin w przybliżeniu odpowiada baraminowi Marsha.

Terminologię ReMine’a przejął Wise i stworzył baraminologię jako młodoziemską metodę systematyzowania organizmów żywych. Metodą baraminologii jest stopniowe przybliżenie. Marsh opierał się tylko na jednej metodzie określania, które gatunki są elementami tego samego baraminu. Była nią międzygatunkowa hybrydyzacja, możliwość krzyżowania się. Jeśli dwa różne gatunki pomyślnie się krzyżują, to są elementami tego samego baraminu. Taka metoda jednak napotyka na szereg trudności. Wiele gatunków rozmnaża się wyłącznie aseksualnie. Poza tym wiele gatunków znamy tylko w postaci skamieniałości. Z oczywistych powodów nie można ich sklasyfikować przy pomocy metody opartej na próbach krzyżowania. Ale nawet w przypadku gatunków rozmnażających się płciowo, niepowodzenie przy krzyżowaniu się dwu gatunków, A i B, nie dowodzi, że gatunki te nie należą do tego samego baraminu. Istnieć może bowiem (albo gorzej - ­kiedyś istniał, ale już wymarł) trzeci gatunek, C, który skutecznie krzyżuje się zarówno z A, jak i z B. Wówczas A i B należą do tego samego baraminu, choć nie mogą się krzyżować.

Baraminologia Wise’a dopuszcza jeszcze inne kryteria. Ogólnie można je podzielić na dwie grupy. Do pierwszej należą te kryteria, które pozwalają rozszerzać grupę wzajemnie powiązanych gatunków. Drugą grupę stanowią te, które pozwalają oddzielać gatunki niepowiązane. Gdy powiększanie monobaraminu i zmniejszanie apobaraminu osiągnie ten sam zakres, osiągamy holobaramin.

Grupa Badawcza Baraminologii powstała w 1996 roku. Początkowo jej członkowie porozumiewali się przy pomocy e-maili. Dyskutowano nad historią kreacjonistycznej systematyki, metodami baraminologii, biblijnym znaczeniem terminu “min" i teoretyczną definicją baraminu. Pierwsze spotkanie robocze Grupy miało miejsce w Bryan College w 1997 roku. Uczestniczyło w niej sześciu uczonych: Kurt Wise, Todd Wood, Ashley Robinson, David Cavanaugh, Neal Doran i Dave Fouts. Dwa lata później Grupa zorganizowała pierwszą konferencję w Liberty University. Wzięło w niej udział 25 uczestników. A w 2001 roku na konferencji w Cedarville University uczestniczyło już 79 osób. Od tego czasu zorganizowano kolejne konferencje i spotkania. Ich program i głoszone tezy można znaleźć w wydawanych przez Grupę Occasional Papers of the Baraminology Study Group.7 Swoje osiągnięcia opublikowała również w postaci książkowej. 8 W 2005 roku Grupa Badawcza Baraminologii przyjęła nową nazwę, aby odzwierciedlić fakt, że obecnie jej cele są szersze niż tylko systematyka i taksonomia. Obecna nazwa to Grupa Badawcza Biologii Kreacjonistycznej.

W światowym ruchu kreacjonistycznym dominują Amerykanie. Ale warto napomknąć, że w sprawie badań baraminologicznych ważny wkład mają też kreacjoniści europejscy. Niemiecka grupa kreacjonistyczna Wort und Wissen opublikowała zbiór artykułów koncentrujących się na wprowadzonym przez Siegfrieda Scherera pojęciu podstawowego typu. 9

Badania nad teoretyczną definicją baraminu i empirycznymi metodami określania jego zakresu są kluczowe dla rozwoju kreacjonistycznej biologii. Jeśli bowiem kreacjoniści mają zwyciężyć w sporze z ewolucjonistami, nie wystarczy krytykować pojedyncze tezy ewolucjonizmu, trzeba ponadto zaproponować własne ujęcie teoretyczne zagadnień, które na swój sposób rozwiązuje biologia ewolucyjna. Badania baraminologiczne mają również znaczenie, jeśli chodzi o przywracanie naukowej wiarygodności Biblii. Krytycy Biblii często twierdzą, że biblijny opis Potopu jest nieakceptowalny, gdyż Noe nie mógł zmieścić na arce wszystkich istniejących gatunków. Okazuje się, że nie musiał. Musiał jedynie zmieścić przedstawicieli poszczególnych baraminów. A tych było względnie niewiele.

Przypisy:

  1. The Last Message of William Jennings Bryan, William Jennings Bryan College, Dayton, TN, 1975, 32 strony, http://www.ucl.ac.uk/sts/cain/texts/bryan/bryan_1925_last-message.pdf
  2. Henry M. Morris, The Biblical Basis for Modern Science, Baker Books, Grand Rapids, MI 1984, s. 372.
  3. Frank Lewis Marsh, Fundamental Biology, Lincoln, NE 1941.
  4. Por. Frank Lewis Marsh, Evolution, Creation, and Science, Review and Herald Publishing Association, Washington, D.C. 1947; tenże, Studies in Creationism, Review and Herald Publishing, Washington, D.C. 1950; tenże, Life, Man, and Time, Pacific Press Publishing Association, Mountain View, California 1957; tenże, “The Genesis Kind in the Modern World", Creation Research Society 1964 Annual, s. 30-38; tenże, “The Genesis Kinds and Hybridization: Has Man Ever Crossed with any Animal?", Creation Research Society 1973, vol. 10, no. 1, s. 31-37; tenże, Variation and Fixity in Nature, Pacific Press Publishing Association, Omaha, Nebraska 1976.
  5. Por. Arthur J. Jones, “A General Analysis of the Biblical “kind" (Min)", Creation Research Society Quarterly 1972, vol. 9, no. 1, s. 53-57; Arthur J. Jones, “Boundaries of the Min: An Analysis of the Moaic Lists of Clean and Unclean Animals" Creation Research Society Quarterly 1972, vol. 9, no. 2, s. 114-123; Hilbert R. Siegler, “The Magnificence of Kinds as Demonstrated by Canids", Creation Research Society Quarterly 1974, vol. 11, no. 2, s. 94-97.
  6. Por. Walter ReMine, “Discontinuity Systematics: A New Methodology of Biosystematics Relevant to the Creation Model", w: Robert E. Walsh and Christopher L. Brooks (eds.), Proceedings of the Second International Conference on Creationism, volume II: Technical Symposium Sessions and Additional Topics, Creation Science Fellowship, Inc., Pittsburgh, PA 1990, s. 207-213; Kurt P. Wise, “Baraminology: A Young-Earth Creation Biosystematic Method", w: j.w., s. 345-358.
  7. Por. http://www.bryancore.org/bsg/opbsg/index.html
  8. Todd Charles Wood and Megan J. Murray, Understanding the Pattern of Life. Origins and Organization of the Species, Broadman & Holman Publishers, Nashville, Tennessee 2003.
  9. Por. Siegfried Scherer, “Basic Types of Life", w: Siegfried Scherer (ed.), Typen des Lebens, Pascal-Verlag, Berlin 1993, s. 11-30.

RELIGIA EWOLUCJONIZMU

W debacie, jak powstało życie, często zapomina się o równie ważnej kwestii, dlaczego życie powstało? Odnosząc to do każdego z nas, możemy zadać pytanie, dlaczego istnieję? Jaki jest cel mojego życia?

Wszystkie religie próbują odpowiedzieć na to pytanie, a także na pytanie ściśle z poprzednim powiązane, czy istnieje życie po śmierci? Niektórzy uważają nawet, że odpowiadanie na to pytanie jest główną funkcją religii. Jeśli ewolucjoniści zaprzeczają istnieniu Stwórcy i twierdzą, że życie powstało spontanicznie, to muszą wkroczyć na teren religii: stawić czoło pytaniom o sens życia. I wielu z nich to robi. Ich odpowiedź jest prosta: ponieważ życie powstało i ewoluowało wskutek wielu przypadkowych zdarzeń, to nasze życie nie ma znaczenia ani celu. Jesteśmy niczym więcej, jak tylko rezultatem przypadku.

Teoria ewolucji w darwinowskim wydaniu pełni więc nie tylko funkcję opisu i wyjaśniania świata ożywionego. Pełni ona również funkcje eschatologiczne. Łatwo zauważyć, że nie każda teoria jest w stanie takie funkcje pełnić. Można zaryzykować twierdzenie, że niemal żadna, za wyjątkiem darwinowskiej teorii ewolucji. Teoria ta oferuje prosty i czytelny schemat, pozwalający odpowiadać na pytania o rzeczy ostateczne: skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy? A odpowiada tak, jak brzmi tytuł książki polskiego ewolucjonisty, Władysława J.H. Kunickiego-Goldfingera, "Znikąd donikąd".[1] Teoria ta odpowiada także na trzecie eschatologiczne pytanie: kim jesteśmy? - jesteśmy jednym z gatunków zwierząt. "My, zwierzęta..." - tymi słowami jeden z najbardziej znanych ewolucjonistów, Richard Dawkins, rozpoczął swoją słynną książkę "Ślepy zegarmistrz".[2]

Społeczeństwa muszą posiadać tzw. mit stworzenia, opowieść, skąd się wszystko wzięło. Religie takie opowieści przedstawiają. Ale nie tylko religie. Także ewolucjonizm. Phillip E. Johnson zauważył, że jest to wymyślona historia o tym, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Jest ona swego rodzaju mitem o stworzeniu, stanowiącym naturalny punkt wyjścia dla spekulacji o tym, jak mamy żyć i jak wartościować.[3] Jako mit stworzenia, wypływający z nauki, ewolucjonizm nadaje się znakomicie, by zastąpić religię. Nauka bowiem w dzisiejszych technologicznych społeczeństwach przeciwstawiana jest religii i cieszy się wielkim autorytetem. Autorytetem niewątpliwie zasłużonym, dodajmy. Ale teorii ewolucji jej zwolennicy nadają znacznie większe znaczenie niż innym teoriom naukowym. Damian Leszczyński pisze, że ewolucjonizm ma dziś mniej więcej taki sam charakter, jak opowieści o bogach olimpijskich w starożytności czy skandynawskie eposy we wczesnym średniowieczu: pełni funkcję mitu porządkującego rzeczywistość.[4] Leszczyński odróżnia teorię ewolucji od ewolucjonizmu (nieprzekonująco, bo nie da się ich oddzielić inaczej, jak tylko werbalnie - ale pominę tę sprawę). Ten drugi, czyli ewolucjonizm, obejmuje szereg poglądów metafizycznych, etycznych i eschatologicznych, a broni się go niczym prawdy objawionej.

Arcybiskup Życiński na przykład uważa, że poza garstką pryncypialnych fundamentalistów [...] nikt nie wątpi w ukazane przez Darwina związki biologiczne, które łączą człowieka z resztą przyrody.[5] A zmarły parę lat temu wybitny paleontolog, Stephen Jay Gould, gloryfikując teorię ewolucji, używa religijnej terminologii - teoria ewolucji jego zdaniem obdarzona jest niezniszczalnym imprimatur.[6]

Niektórzy nie widzą w tym żadnego problemu, ale wyeliminowanie Boga z obrazu świata musi doprowadzić także do wyeliminowania celu, jaki postawił On przed nami. Ewolucjonizm nie tylko odrzuca Boga, ale i jakikolwiek duchowy sens naszego istnienia. Przekonanie, że nasze życie ma sens, wpływa na postępowanie ludzi i społeczeństw. Jeśli odrzucimy sens życia, to etyka, moralność i prawo, rządzące jednostkami i społeczeństwami, straci swój absolutny i nienaruszalny charakter.

Przykład, jak funkcjonuje moralność i prawo po odrzuceniu Boga, znajdujemy w niedawnym numerze "Niezależnej Gazety Polskiej - Nowego Państwa": Dwa lata temu żony tajwańskich biznesmenów doznały szoku na jednym z chińskich przyjęć. Pomoc domowa, pani Liu, w przypływie szczerości wyznała zebranym paniom, że najlepszym sposobem na zachowanie zdrowia i urody (gładkiej cery) jest jedzenie zupy z poaborcyjnych płodów. Jak zapewniła chińska gospodyni, ważne, aby płód był dojrzały. Najlepiej z aborcji dokonanych w 7. lub 8. miesiącu. Dziennikarz [...] udał się do miejsca wskazanego przez panią Liu, gdzie przygotowywane są 'rarytasy' pozwalające zachować zdrowie i urodę. Krojąc męski płód, kucharka zachęcała dziennikarza do konsumpcji: Nie bój się, to przecież tylko mięso pochodzące ze zwierzęcia wyższego gatunku.[7]

Zwróćmy uwagę na to ostatnie zdanie. To przecież tylko mięso pochodzące ze zwierzęcia wyższego gatunku. Jakie jest źródło tego barbarzyńskiego przekonania? Czy trzeba odpowiadać na to pytanie?

Czołowi ewolucjoniści mieli świadomość, że szeroka akceptacja teorii ewolucji nieuchronnie wywoła rewolucję w moralności. Jeden z nich, sir Julian Huxley, opisał ewolucjonizm jako "religię bez objawienia". Napisał też: Wielu uważa, że porzucenie hipotezy boga oznacza porzucenie wszelkiej religii i wszelkich sankcji moralnych. To po prostu nie jest prawda. Ale prawdą jest, że gdy już pozbędziemy się przestarzałej ideologii, będziemy musieli zbudować coś na jej miejsce.[8]

Należy zauważyć, że zdaniem Huxleya nie istnieje fundamentalna niezgoda między nauką i religią. Jednak zaproponował on radykalne rozwiązanie - nie tylko nowe spojrzenie na pochodzenie życia, ale i co ono znaczy dla światopoglądu. Uznał, że konieczna staje się drastyczna reorganizacja myśli religijnej, koncentrowanie się nie na bogu, ale na ewolucji.

Kto więc ma zająć miejsce Boga? Kto będzie nowym autorytetem? Gdy pozbędziemy się Boga, tylko jednostka ludzka może zająć jego miejsce - a wielu tyranów i despotów z przyjemnością przyjmie taką rolę. Człowiek więc staje się najwyższym autorytetem we wszystkich istotnych sprawach, jedynym twórcą i arbitrem w sprawach celu, sensu, moralności i etyki.

Ewolucjonizm jako religia nie pozbywa się Boga, a jedynie zastępuje Go ludzkimi bogami. Widać to bardzo wyraźnie w tych krajach, w których prowadzono lub prowadzi się walkę z religią - na przykład w Rosji za czasów Stalina, w Niemczech hitlerowskich czy dzisiaj w Korei Północnej, gdzie panował tzw. kult jednostki. Skutkiem odrzucenia Boga jako podstawy moralności i prawa jest obok wywyższenia jednostki zniewolenie pozostałych ludzi. Ewolucjonizm, oczywiście, nie musi prowadzić do tego typu patologii, ale do jakiejś patologii prowadzić musi, niszcząc naturalne związki człowieka z jego Stwórcą. Nieprzypadkowo zauważa się, że wielu ewolucjonistów w ewolucjonizmie widzi ideologię jakiejś przyszłej postchrześcijańskiej cywilizacji.[9] Niedawny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który nakazał Włochom wypłatę odszkodowania za wiszący w szkolnej klasie krzyż, w połączeniu z rezolucją sprzed dwóch lat Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, która wzywała instytucje oświatowe, by ostro sprzeciwiały się próbom przedstawiania kreacjonizmu jako dyscypliny naukowej, jest wyraźnym znakiem, o jakiej cywilizacji marzą aktualni decydenci Unii Europejskiej i gdzie dla tej cywilizacji szukają ideologicznych fundamentów.

(Clyde Kilough, "The Religion of Evolution", The Good News, November/December 2009, s. 2.)

Przypisy:

1. Władysław J.H. Kunicki-Foldfinger, Znikąd donikąd, Biblioteka Myśli Współczesnej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993.
2. Richard Dawkins, Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, Biblioteka Myśli Współczesnej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994, s. 21.
3. Phillip E. Johnson, Sąd nad Darwinem, Vocatio, Warszawa 1997, s. 163.
4. Damian Leszczyński, "Małpia mina Darwina", Opcja na prawo, grudzień 2009, nr 12/96, s. 50 [49-51].
5. Józef Życiński, "W kręgu filozoficznych pytań ewolucji, w: Michał Heller i Józef Życiński, Dylematy ewolucji, Polskie Towarzystwo Teologiczne, Kraków 1990, s. 10 [10-18].
6. Stephen Jay Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina, Biblioteka Myśli Współczesnej, Warszawa 1991, s. 325.
7. Hanna Shen, "Made in China. Poaborcyjny towar", Niezależna Gazeta Polska - Nowe Państwo 11/2009, s. 49 [48-49].
8. Wypowiedzi Huxleya cytuję za: Clyde Kilough, "The Religion of Evolution", The Good News, November/December 2009, s. 2.
9. Por. Kazimierz Jodkowski, Metodologiczne aspekty kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, Realizm. Racjonalizm. Relatywizm t. 35, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1998, s. 199-202; http://tiny.pl/hx8g3.

Czy naukowiec może być kreacjonistą?

 

Kazimierz Jodkowski
fragmenty wystąpienia

Prof. dr hab. Kazimierz Jodkowski
jest Kierownikiem Zakładu Logiki i Metodologii Nauk w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Jest również opiekunem naukowym Zielonogórskiej Grupy Lokalnej „Nauka a Religia”.
www.nauka-a-religia.uz.zgora.pl/index.php/grupa-lokalna

 

Fragmenty wystąpienia wygłoszonego we Wrocławiu (26.11.2014r.) w ramach Inicjatywy Akademickiej „Fides et Ratio”, edycja III - „Jaki początek? (II)”.

 

Pytanie to może się wydawać banalne. Są przecież kreacjoniści, którzy mają bardzo dobre wykształcenie przyrodnicze – ukończyli dobre uczelnie i mają stopnie doktorskie. Niedawno dyskutowaliśmy w Zielonej Górze o fizyku, który ma publikacje w Nature, Science i innych czołowych czasopismach, a jednak jest kreacjonistą. Nazywa się Robert Gentry. Wydaje się więc, że skoro są tacy kreacjoniści, to tytułowe pytanie jest banalne. Skoro są, to mogą być. A jednak chcę powiedzieć, że nie mogą, że naukowiec nie może być kreacjonistą. […]

 

Powszechnie uważa się, że nauki przyrodnicze, w dzisiejszym rozumieniu, powstały w XVII w. (epoka Galileusza i Newtona). Otóż ja chcę państwa przekonać, że jest to nieprawda. Dzisiejsze rozumienie nauk empirycznych, zwłaszcza nauk przyrodniczych, pochodzi od Darwina, jest zasługą Darwina.

 

Newton nie miał żadnych oporów, żeby przywoływać interwencje Boże w wypadku, kiedy jego obraz świata napotykał na jakieś problemy. […] Stabilność Wszechświata Newton wyjaśniał, odwołując się do interwencji Bożych, interwencji empirycznych w świecie. Dzisiaj coś takiego, ten sposób rozumowania, jest niemożliwe. A jest niemożliwe właśnie dzięki Darwinowi.  


Darwin powszechnie uchodzi za twórcę teorii ewolucji - i oczywiście słusznie. Darwin był wielkim uczonym, a teoria ewolucji jest jego wielkim osiągnięciem. Utrzymuje się ona już od ponad półtora wieku. Warto jednak zauważyć, że nie utrzymuje się w takiej postaci, w jakiej Darwin ją sformułował, bo o wielu rzeczach Darwin nie wiedział (zwłaszcza o genetyce).  Koncepcje Darwina wspomaga się, uzupełnia, mówi się raczej nie o darwinizmie, a o neodarwinizmie, żeby zaznaczyć te modyfikacje czy zmiany. Oczywiście podstawowy mechanizm - zmienność plus dobór naturalny - nadal się zachowuje, ale mówi się także o innych mechanizmach oprócz tych.

 

Natomiast jest jeden wkład Darwina do nauki światowej, o którym właściwie rzadko kiedy się myśli i rzadko kiedy się mówi, który nie uległ zmianie przez te półtora wieku, a nawet rozszerzył się z biologii, gdzie był pierwotnie zastosowany, na całość nauk empirycznych.  Jest to tzw. naturalizm. […] Darwin wprowadził zasadę naturalizmu. Zasada ta mówi, że nauka w wyjaśnianiu świata może odwoływać się jedynie do przyczyn z tego świata, a nie do przyczyn spoza niego, przyczyn nadprzyrodzonych. Jakiekolwiek interwencje ze sfery nadprzyrodzonej są wykluczone w nauce. […]

 

W Zielonej Górze zauważyliśmy, że Darwin wprowadził coś nowego w porównaniu chociażby z Newtonem. Wprowadził coś, co nazwaliśmy epistemicznym układem odniesienia. Można to wytłumaczyć przez analogię do pracy geografa. Geograf, zanim zacznie rysować na mapie rzeki, miasta i inne obiekty, najpierw musi ustalić układ odniesienia, skalę, podziałkę. Dopiero kiedy to zrobi, może się zająć właściwą geografią. Podobnie uczony.

 

Dawniej w filozofii nauki panował przesąd (wśród neopozytywistów), że fakty są pewne (zresztą takie jest też potoczne rozumienie). […] Rozwój filozofii nauki pokazał, że nie ma „nagich faktów”, jak to się mówi, ale że fakty są uteoretyzowane, zakładają one coś wcześniejszego. W związku z tym fakty nie są pewne i same nie mogą obalić teorii naukowej. Podobnie jest z nauką. Tak jak dawniej panował przesąd, że fakty są obiektywne i nie zakładają niczego wcześniejszego, apriorycznego, tak samo dzisiaj się sądzi, że nauka jest czymś obiektywnym.

 

Otóż jest to nieprawda. Uczony, zanim zacznie uprawiać naukę, musi założyć wstępnie, jak to będzie robił. Na przykład czy dopuszcza w swoich analizach fakt, że niektóre zdarzenia, niektóre zjawiska są rezultatem przyczyn nadprzyrodzonych, czy też nie dopuszcza. Otóż dzisiejsza nauka akceptuje postawę Darwina. To, co Darwin wprowadził w biologii, rozszerzyło się na wszystkie nauki empiryczne. Nauka nie może w wyjaśnianiu zjawisk odwoływać się do przyczyn nadprzyrodzonych.  Jest to wstępne założenie, oczywiście aprioryczne. Tego założenia nie da się naukowo uzasadnić, bo mielibyśmy petitio principii. […]

 

Dlaczego zatem mówię, że naukowiec nie może być kreacjonistą, chociaż są naukowcy z tytułami czy ze stopniami naukowymi, którzy są kreacjonistami? Mówię tak właśnie dlatego, że współczesna nauka jest rozumiana po darwinowsku - nie tak, jak chciał Newton (czy inni do czasów Darwina). Żadne zdarzenie empiryczne nie może być skutkiem działania przyczyny nadprzyrodzonej, gdyż epistemiczny układ odniesienia nauki - naturalizm - wyklucza coś takiego.

 

Kreacjoniści najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że nie proponują alternatywnej teorii wobec ewolucjonizmu. Oni proponują alternatywne rozumienie nauki - inny epistemiczny układ odniesienia. Jeżeli naukę rozumiemy tak, jak dzisiaj się ją rozumie w większości wypadków, to naukowiec nie może być kreacjonistą, chyba że uznamy, że dzisiejsze rozumienie nauki, pochodzące od Darwina, jest zbyt wąskie, aprioryczne (musi być aprioryczne, bo każde takie założenie jest aprioryczne) i że niepotrzebnie wyklucza pewne możliwości. […]


(Zredagowały Agata Machała i Małgorzata Gazda)

Izaak Newton - pomnik w Trinity College, Cabridge fot. Neil McIntosh/Flickr.com/CC BY

Karol Darwin - pomnik w Muzeum Historii Naturalnej, Londyn fot. CGP Grey/Flickr.com/CC BY

 

idź Pod Prąd, kwiecień 2015


NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Kursy walut