Artykuł ukazał się w 4 numerze magazynu „Idź Pod Prąd” (wówczas „Pod Prąd”, listopad-grudzień 2003, s. 2).

Paweł Chojecki

Ostatnio jeden z moich przyjaciół z czasów licealnych – katolik, skonstatował: „Jaka szkoda, że to Polak jest teraz Papieżem…”. Powiedział to w kontekście Unii Eurosocjalistycznej. Gdyby dla przykładu papieżem na ten czas był Niemiec, to jakże inaczej zabrzmiałoby w jego Polsce wezwanie do anschlusu?… Waldemar Łysiak z kolei obarcza Karola Wojtyłę odpowiedzialnością za triumfalny powrót komuchów do władzy. Trudno przecenić znaczenie „okazyjnej podwózki” w papamobile…

Ze swojej strony dodałbym jeszcze współodpowiedzialność za „grubą kreskę”, ucieleśnioną w audiencji dla Jaruzela. Układa to się w dość niewesołą całość w ustach tego ostatniego: „Bez 13-go grudnia 1981 roku nie byłoby 13-ego grudnia 2002 roku”. I tak już wszyscy w zgodzie, „pojednani” możemy razem zasiąść do wigilijnego karpia, o pardon, „golonki w piwie” w naszym wspólnym katokomuszym, europejskim domku…

Sprawiedliwie trzeba dodać, że to nie tylko wina, czy może zasługa, „Największego Autorytetu Wszystkich Polaków”. Pracowały na to setki lat rzesze jego poprzedników. Już za cesarza Konstantyna Wielkiego w IV w. n.e. Państwo Rzymskie i spora część biskupów wyświadczali sobie wzajemne usługi. Dążenie biskupa Rzymu do odgrywania znaczącej roli w świeckim porządku dało o sobie jasno znać za czasów cesarza Gracjana (panował od 367 do 383 r. n.e.). Część historyków uznaje, że był on gorliwym chrześcijaninem. Choć nie ma ostatecznej pewności co do jego motywacji, faktem jest, że w 382 roku zrzekł się tytułu „pontifex maximus” i kazał usunąć z senatu posąg bogini zwycięstwa. „Pontifex maximus”, czyli „wielki budowniczy mostu”, to tytuł najwyższego kapłana w pogańskiej religii starożytnego Rzymu. Dotychczas był nim sam cesarz. (Ciekawe jest również pochodzenie tego tytułu. Najprawdopodobniej przybył on do Italii wraz z Etruskami, a do nich dotarł ze starożytnego Babilonu – systemu i religii wrogiej Jedynemu Bogu. Stąd w Biblii utożsamianie Babilonu z fałszywą religią i z Rzymem – patrz. Obj.17.1-18).

Po ostatecznie zrywającej z pogaństwem decyzji Gracjana powstał nagle wakat na miejscu najwyższego kapłana Rzymu – pontifex maximusa. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by odgadnąć, kto go skwapliwie przyjął…

Zatem od czasów Damazego I, biskupa Rzymu w latach 366–384, możemy rzeczywiście mówić o sukcesji, ale nie apostolskiej, lecz babilońskiej!

Apetyty papieży szły jednak dalej. Nie wystarczał im rząd dusz – chcieli wszystkiego. Budowali więc potęgę polityczną i militarną i ścierali się ze świeckimi władcami, czego najbardziej znanym symbolem jest Canossa, gdzie papież Grzegorz VII upokorzył i zmusił do uznania swej władzy niemieckiego cesarza Henryka IV. Jednak już w tamtych czasach – na przełomie tysiącleci – władza religijna i państwowa doszły do wniosku, że zamiast ze sobą konkurować, powinny się zjednoczyć i zbudować wszechpotężne imperium europejskie. Papież Sylwester II i cesarz Otton III, bo o nich tu mowa, byli już wtedy blisko reaktywowania Nowego Imperium Rzymskiego Zjednoczonej Europy.

Na szczęście ich plany pokrzyżował sam Bóg – obaj przenieśli się w, jak to mówią, „cieplejsze” miejsce w niespełna trzy lata po Zjeździe Gnieźnieńskim…

Rzymski katolicyzm i świeccy władcy Europy jeszcze kilkukrotnie w ciągu wieków zbliżali się do urzeczywistnienia tej piekielnej idei. Ostatnia taka zbrojna próba miała miejsce za czasów Adolfa z Wąsikiem i papieży: Piusa XI i Piusa XII. Jaka jest jednak w tym wszystkim rola Polski? O dziwo, dość znaczna. Już u zarania naszych dziejów, za Bolesława Chrobrego daliśmy się wprząc w rydwan cesarsko-papieski (Otton III nadał polskiemu władcy tytuł Patrycjusza Imperium Rzymskiego). Na szczęście po dwóch latach idylla się skończyła i nasz dzielny Bolesław złoił następcę Ottona III, przyłączając jednocześnie do Polski Milsko i Łużyce. W 1939 roku to również nasi dziadkowie pierwsi „zamieszali” w zwycięskim pochodzie „Europy”. I dzisiaj, choć franko-germańsko-rzymskie imperium już miało się narodzić, nasz Wódz, Leszek Miller (mimo wielu poważnych zarzutów, trzeba oddać mu chwałę, że nie ugiął się ani przed mocarstwowym tupaniem nogą Francji i Niemiec, ani przed apelem tzw. polskich intelektualistów – tzw. odnosi się do obu członów tego epitetu, ani przed subtelną grą Olka) pokrzyżował, niestety tylko na chwilę, te plany.

Co jednak do tego ma KARP? Ma i to bardzo dużo! Urasta wręcz do rangi symbolu głupoty Polaków.

Rozumiem, że można nie znać zawiłości odległej historii.

Rozumiem, że można nie odważyć się na samodzielne kwestionowanie teologicznych dogmatów (Tak a propos, czy zauważyliście Państwo, jak mało mówi się obecnie o jednym z największych katolickich filozofów XX wieku Janie Marii Bocheńskim? Ciekawe, czy ma to jakiś związek z utrwalonym na taśmie video i raz (!) tylko „puszczonym” w TVP jego przedśmiertnym wyznaniem? Zacny Starzec przeprosił tam między innymi za to, że choć sam nigdy w to nie wierzył, nie przeciwstawił się otwarcie bezsensownej wierze, że w czasie procesji Bożego Ciała niesiony jest sam Bóg, a nie zwykły kawałek wafelka… Dla niewtajemniczonych dodam, że był on księdzem katolickim).

Rozumiem też, że można nie orientować się w meandrach polityki czy nauki i nie wiedzieć, jak katolicyzm koniunkturalnie zmienia zasady swej wiary (sprawa Galileusza, teoria ewolucji, stosunek do demokracji, wolności słowa i sumienia, socjalizmu, faszyzmu itp.).

Nie rozumiem jednak, jak nawet prosty człowiek może nie zauważyć, że katolicyzm zwodzi w sprawie KARPIA! Abstrahując już od samego wpływu spożywania tej smacznej ryby na życie duchowe człowieka (por. Kol. 2,16-23), jasno widać, że albo przez lata księża oszukiwali dziatki, mówiąc, że w Wigilię tylko karp, a kiełbaska grzech, albo zwodzą teraz, mówiąc, że i owszem, można i to i tamto. Logicznie możliwe jest jeszcze trzecie wyjście – kłamali i wtedy, i teraz. NIEMOŻLIWE jest tylko jedno – nie mogli cały czas mówić prawdy! A tu co? Telewizja donosi, że zaufanie do rzymskiego kościoła wzrosło ostatnio o 5% i sięga 75%…

Jakże inaczej wyglądałby polityczny, gospodarczy, a przede wszystkim duchowy stan naszego narodu, gdyby Polacy rzeczywiście szukali Prawdy…

Paweł Chojecki