Mieczysław Pajewski

W lipcu 2005 roku minęła 80 rocznica bardzo ważnego wydarzenia w sporach o pochodzenie. Uczestnicy tego wydarzenia nazwali je „małpim procesem” i tak jest ono nazywane do dzisiaj. Sam zwrot, będący synonimem walki z obskurantyzmem, znany jest na całym świecie. Proces Johna Scopesa, odbyty w Dayton, w amerykańskim stanie Tennessee, stał się elementem ewolucjonistycznej mitologii, zwłaszcza w Ameryce. Nic dziwnego, że jego okrągła rocznica stała się okazją do przypomnienia samego faktu i snucia analogii między tamtą i dzisiejszą sytuacją w nauce i w szkolnictwie amerykańskim. 80 lat temu ewolucjoniści odnieśli spektakularny sukces (choć formalnie przegrali proces, o czym niżej), ale po wielu dekadach spokojnego konsumowania osiągniętego wtedy zwycięstwa upiory w postaci wątpliwości wobec darwinizmu odradzają się w najlepsze.

Popularność zdobywają kreacjoniści oraz zwolennicy nowej szkoły myślenia o pochodzeniu życia, tzw. teorii inteligentnego projektu. W wielu stanach pojawiają się oddolne inicjatywy, których celem jest ukrócenie monopolu ewolucjonizmu. Wbrew temu, co głosi nachalna propaganda ewolucjonistyczna, nigdzie nie proponuje się wyrzucenia ze szkół publicznych ewolucjonizmu i zastąpienia go kreacjonizmem.[1] W najbardziej skrajnym przypadku propozycje dotyczą równoległego nauczania kreacjonizmu lub teorii inteligentnego projektu – obok, a nie zamiast ewolucjonizmu. Ale najczęściej propozycje są dużo skromniejsze i sprowadzają się tylko do tego, by w podręcznikach biologii nie nazywano ewolucji faktem i by wspominano o trudnościach, z jakimi stykają się ewolucjoniści przy wyjaśnianiu pochodzenia życia i jego rozmaitych form. Jednym słowem, chodzi o to, by dzieci miały bardziej wyważony obraz sytuacji w nauce, by nie traktowały teorii ewolucji z nabożną czcią, na którą żadna teoria naukowa nie zasługuje, ale raczej jako hipotezę naukową, która pewne rzeczy wyjaśnia, ale innych – nie wyjaśnia. Ma to niebagatelne znaczenie światopoglądowe, gdyż ta wersja ewolucjonizmu, której się naucza – neodarwinizm – ma wyraźne treści ateistyczne i materialistyczne. Chodzi po prostu o wyeliminowanie indoktrynacji światopoglądowej. 

Tłem procesu był spór modernistów i fundamentalistów

W 1925 roku wbrew temu, co się powszechnie sądzi, większość uczonych i teologów akceptowała ewolucjonizm, i to od wielu lat. W samej Anglii, ojczyźnie Darwina, darwiniści zwyciężyli w ciągu pierwszej dekady po opublikowaniu głównego dzieła Darwina.[2] Na świecie teoria Darwina zyskała pełną akceptację jeszcze w XIX wieku.[3] Najsmutniejsze jest to, że Darwinowi nie sprzeciwiali się nawet teologowie. Znana powszechnie publiczna dyskusja między darwinistą Huxleyem („buldogiem Darwina”) i biskupem Wilberforcem (Wilberforce: Czy Pan pochodzi od małpy po mieczu czy po kądzieli?; Huxley: Wolę pochodzić od małpy niż od anglikańskiego biskupa) była czymś wyjątkowym i na pewno Wilberforce nie reprezentował oficjalnej opinii kościoła anglikańskiego.[4] Stanowisko kreacjonistyczne, zarówno wśród uczonych, jak i teologów, było czymś niezmiernie rzadkim.

Dlaczego więc doszło do wydarzenia, które zna cały świat? Otóż tłem rozprawy był nie konflikt ewolucjonistów i kreacjonistów, bo tych ostatnich praktycznie nie było, ale konflikt między modernistami i fundamentalistami. Od 1909 roku chrześcijanie ewangelikalni wydawali serię broszur zatytułowanych The Fundamentals. Były one poświęcone sprawom nie podlegającym dyskusji dla chrześcijanina, sprawom podstawowym, właśnie fundamentalnym. Od nazwy tej serii pochodzą nazwy „fundamentalizm” i „fundamentaliści”, dzisiaj całkowicie błędnie rozumiane, niezgodnie z pierwotnym znaczeniem. Było pięć tych fundamentów: nieomylność Pisma Świętego, boskość Chrystusa, odkupienie, cielesne zmartwychwstanie Jezusa i Jego przyszły osobisty powrót. Jak łatwo zauważyć, nie było wśród nich idei dosłownego rozumienia biblijnego opisu stworzenia z 1 rozdziału Księgi Rodzaju. Fundamentaliści nie uważali, by rozumienie takie było czymś istotnym. Jedna z broszur serii została napisana nawet w duchu teistycznego ewolucjonizmu, czyli poglądu, że ewolucja była sposobem stworzenia zastosowanym przez Boga. Jej autorem był George Frederick Wright. (zwróćmy uwagę przy okazji, że teistyczny ewolucjonizm, tak reklamowany przez filozofów i teologów katolickich, nie jest wcale czymś nowym – pojawił się i zyskał szeroką akceptację w religijnych kręgach jeszcze w XIX wieku). Inni fundamentaliści uważali, że dzień w biblijnym opisie stworzenia odnosi się do dłuższego okresu czasu albo traktowali je dosłownie, ale wprowadzali nieokreśloną przerwę czasową między pierwszym i drugim wierszem 1 rozdziału Księgi Rodzaju. Tylko nieliczni i mniej znani fundamentaliści opis ten traktowali dosłownie. Dzisiejsi fundamentaliści chrześcijańscy w dużym stopniu zmienili swoje poglądy i przeważają wśród nich poglądy kreacjonistyczne. Ale jest to zasługa odrodzonego w latach 60. ruchu kreacjonistycznego.

Akt Butlera

Fundamentalizm niewątpliwie przyczynił się do ożywienia religijnego w Ameryce w pierwszej ćwierci XX wieku i na jego tle doszło do uchwalenia w stanie Tennessee tzw. aktu Butlera. Senat tego stanu zakazał „nauczania każdej teorii, która zaprzecza historii stworzenia człowieka przez Boga, jak uczy Biblia, i nauczania zamiast tego, że człowiek pochodzi od niższego porządku zwierząt”. Ustawa weszła w życie 13 marca 1925 roku, gdy podpisał ją gubernator Tennessee. Za złamanie zakazu groziła grzywna od 100 do 500 dolarów. Ustawa dotyczyła jedynie szkół finansowanych w całości lub w części przez państwo, czyli tzw. szkół publicznych.

 

Powstaje pytanie, jak należy ocenić akt Butlera? Czy chrześcijanie mają prawo wprowadzać w szkołach publicznych tego rodzaju zakazy (lub jakieś nakazy)? Niektórzy argumentują, że wspomniany zakaz gwałcił zasady wolności. Odpowiedzmy więc od razu, że jest to pytanie źle postawione. Zakłada ono za coś normalnego i naturalnego szkołę publiczną, finansowaną z budżetu państwa. Gdyby szkolnictwo miało wyłącznie prywatny charakter, problem by się nie pojawił, bo w szkołach prywatnych jej właściciel ustala program nauczania, a rodzice mogą swobodnie decydować, do której szkoły posłać swoje dzieci. Przypomina się tu powiedzenie Stefana Kisielewskiego, że socjalizm (a szkoły publiczne są efektem myślenia socjalistycznego) bohatersko walczy z problemami, które nie istnieją w żadnym normalnym ustroju. Sprywatyzowane szkolnictwo ma oprócz tego jeszcze jedną podstawową zaletę: pozwala na pluralizm programów, co jest dla społeczeństwa korzystne, gdyż nigdy nie wiadomo, jakie umiejętności i jaka wiedza będą potrzebne za 20 czy 30 lat. A szkoły publiczne z natury rzeczy mają jednolity, odgórnie ustalany program.

Spisek

Wróćmy jednak do historii sprzed 80 lat, kiedy to senat stanu Tennessee zakazał w stanowych szkołach publicznych nauczania o ewolucji człowieka. Religijnie usposobieni senatorzy stanowi stworzyli tym samym okazję przeciwnikom do zaatakowania i ośmieszenia religii. Z okazji tej postanowiła skorzystać Amerykański Związek Wolności Obywatelskich (ACLU, American Civil Liberties Union), znana lewicowa organizacja propagująca „postęp”, to znaczy walcząca z religią, popierająca aborcję nienarodzonych i prawo do życia morderców, pacyfizm, prawa homoseksualistów i lesbijek – jednym słowem wszystko to, co nazywamy lewactwem. (ACLU jest dzisiaj równie aktywna jak wtedy i, jak wtedy, walczy m.in. z kreacjonizmem.) ACLU dążyła do ośmieszenia ruchu fundamentalistycznego w mediach i gotowa była do poniesienia wszelkich kosztów. Aby to osiągnąć, chciała sprowokować proces sądowy. Ale potrzebowała miejscowego nauczyciela, który przyznałby się do gwałcenia niedawno uchwalonego prawa. Dała więc ogłoszenie w gazetach, że pokryje koszty sądowe i ewentualną grzywnę [5] takiemu nauczycielowi, który zgodzi się publicznie przyznać, że nauczał ewolucjonizmu i stanąć za to przed sądem. Chętnego nauczyciela pomógł jej znaleźć znany w Dayton biznesmen, George Rappalyea, który sądził – i słusznie – że proces o nauczanie ewolucjonizmu przysporzy miasteczku sławy, zareklamuje je i spowoduje w rezultacie jego gospodarczy wzrost. Rappalyea przekonał do swojej idei miejscową elitę, w tym superintendenta szkoły.

John T. Scopes pierwotnie nie miał ochoty uczestniczyć w tym planie, ale z czasem zgodził się, gdy aktywiści ACLU obiecali, że otrzyma stypendium umożliwiające ukończenie studiów uniwersyteckich. Rappalyea powiadomił o „pogwałceniu prawa” ACLU i sędziego pokoju. W rezultacie szeryf musiał Scopesa aresztować, ale zaraz go zwolniono za kaucją w wysokości 1000 dolarów.

Mitologia „małpiego procesu” niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Scopes nie był nauczycielem biologii, jak się dziś powszechnie sądzi. Nikt go nie oskarżał wbrew jego woli. To on sam zainicjował oskarżenie i zmusił wymiar sprawiedliwości do podjęcia kroków przeciwko niemu. Uczył matematyki i był trenerem szkolnej drużyny. Przed sądem powiedział, że miał kiedyś, dwa tygodnie przed końcem roku, zastępstwo za chorego nauczyciela biologii i właśnie wtedy nauczał dzieci o ewolucji człowieka.[6] Doprowadzenie do „małpiego procesu” było czymś w rodzaju spisku, dzięki któremu główny „poszkodowany” miał odnieść i odniósł osobisty zysk – za pieniądze ACLU skończył później studia uniwersyteckie. A ACLU planowała po wydaniu skazującego wyroku odwołać się do Sądu Najwyższego USA, skarżąc ustawę z Tennessee o niezgodność z konstytucyjną zasadą rozdziału kościoła i państwa.

Zobacz też:  Ograniczenia metody naukowej

William Jennings Bryan i Clarence Darrow

Przygotowania do procesu zostały nagłośnione w prasie nie tylko amerykańskiej. ACLU miała nadzieję i nie zawiodła się, że głównym oskarżycielem będzie William Jennings Bryan, liberalny demokrata, były sekretarz stanu USA i trzykrotny kandydat demokratów w wyborach prezydenckich. Był to dziwny człowiek. Z jednej strony głosił liberalne poglądy polityczne, z drugiej – był biblijnym chrześcijaninem. Przez wiele lat nauczał, że ewolucjonizm przynosi zgubne skutki w świecie. Takim skutkiem, jego zdaniem, był niemiecki militaryzm, który doprowadził do I wojny światowej. Uważał też, że ewolucjonizm niekorzystnie wpływa na młode pokolenia. Bryan nie był jednak uczonym ani nie był konsekwentnym biblijnym chrześcijaninem, w rezultacie wpadł w śmiertelną pułapkę zastawioną przez ACLU i wynajętego przez ten związek adwokata, Clarence’a Darrowa. Darrow był znany w całym kraju z bronienia przestępców (to społeczeństwo odpowiada, jego zdaniem, za morderstwa, nie mordercy) i przekraczających prawo związkowców, a także z „niezłomnego ateizmu i walki z «religijnymi zabobonami»”.[7] Złotą myślą Darrowa było: „Nie wierzę w Boga, ponieważ nie wierzę w krasnoludki”.

Darrow był mistrzem manipulacji sądowych. Scopes przed sądem niemal się nie wypowiadał. Za to bardzo wiele do powiedzenia mieli oskarżyciel, Bryan, i obrońca, Darrow. Bryan nieroztropnie zgodził się odpowiadać przed sądem jako świadek, bo liczył, że Darrow zgodzi się również wystąpić w tej roli, umożliwiając Bryanowi wygłoszenie końcowego przemówienia. Darrow w mistrzowski sposób ośmieszył pół-biblijne przekonania Bryana, sam jednak w roli świadka nie wystąpił. Bryan wielokrotnie twierdził, że ma pełne zaufanie do Biblii, jednak przyparty do muru uznawał, że nie można jej dosłownie rozumieć. Tym samym uwiarygodniał pogląd Darrowa, że twierdzenia Biblii są tak niejasne, mętne i niejednoznaczne, że każdy tam może znaleźć, co zechce. Oto wymiana zdań między Darrowem i Bryanem pokazująca, że Bryan nie był fundamentalistą, lecz człowiekiem o liberalnych poglądach teologicznych:

 

Pytanie: Ma Pan jakiś pogląd, ile lat liczy sobie Ziemia?

Odpowiedź: Nie.

P: Ale księga, której Pan używa jako dowodu w sprawie, mówi o tym, prawda?

O: Nie sądzę, by to mówiła, panie Darrow.

P: Sprawdźmy, czy mówi. Czy to jest ta księga?

O: Myślę, że tak.

P: Mówi ona o roku 4004 przed Chrystusem?

O: To jest wyliczenie biskupa Ushera.

P: Ale to jest wydrukowane w tym egzemplarzu Biblii, jaki Pan przyniósł?

O: Tak, ale…

P: Czy powie Pan, że Ziemia liczy sobie tylko 4000 lat?

O: Och, nie. Myślę, że jest dużo starsza.

P: Ile starsza?

O: Nie jestem w stanie tego powiedzieć…

P: Czy myśli Pan, że Ziemia została stworzona w ciągu sześciu dni?

O: Ale nie w ciągu sześciu dwudziestoczterogodzinnych dni.

P: Czy Biblia tego nie mówi?

O: Nie.

P: Czy słowa „poranek i wieczór były pierwszym dniem” oraz „poranek i wieczór były drugim dniem” znaczą cokolwiek dla Pana?

O: Nie sądzę, by koniecznie odnosiły się one do dwudziestoczterogodzinnego dnia.

P: Nie sądzi Pan?

O: Nie.

P: To jak Pan je traktuje?

O: Nie usiłowałem ich wyjaśnić. Jeśli Pan weźmie drugi rozdział – proszę mi dać tę księgę. (przegląda Biblię) Czwarty wiersz drugiego rozdziału mówi: „Takie były dzieje nieba i ziemi podczas ich stworzenia. W dniu, kiedy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo” [Biblia Warszawska]. Słowa „w dniu” w następnym rozdziale [po opisie stworzenia] są użyte do opisania długiego okresu czasu. Nie widzę żadnej konieczności, by słowa „wieczór i poranek” znaczyły koniecznie dwudziestoczterogodzinny dzień, „w dniu, kiedy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo”.

P: A więc kiedy Biblia mówi na przykład „i Bóg nazwał firmament niebem. I był wieczór i poranek dzień drugi”, to niekoniecznie znaczy to dwadzieścia cztery godziny?

O: Nie sądzę, że musi znaczyć.

P: Sądzi Pan, że znaczy czy nie znaczy?

O: Znam wielu, którzy tak myślą.

P: Ale co Pan myśli?

O: Ja nie myślę, że znaczy.

P: Uważa Pan, że to nie były dosłowne dni?

O: Nie sądzę, by to były dwudziestoczterogodzinne dni.

P: To jak Pan je traktuje?

O: To jest tylko moja opinia. Nie uważam, by moja opinia była lepsza w tej sprawie niż tych, którzy myślą, że to były dwudziestoczterogodzinne dni.

P: Ale Pan tak nie myśli?

O: Nie. Uważam, że dla takiego Boga, w jakiego wierzymy, byłoby równie łatwo stworzyć Ziemię w sześć dni co w sześć lat lub w 6 milionów lat albo i w 600 milionów lat. Myślę, że jest nieważne, czy wierzymy w to czy w tamto.

P: Czy Pan myśli, że to były dosłownie rozumiane dni?

O: Mam wrażenie, że to były dłuższe okresy czasu, ale nie będę nikogo przekonywał, kto chce wierzyć w dosłownie rozumiane dni.

[…]

P: Czyli stworzenie mogło zachodzić przez bardzo długi okres czasu?

O: Myślę, że mogło trwać miliony lat.

Ta wymiana zdań świadczyła, że Bryan dopuszczał rozmaite rozumienia tekstów biblijnych, że nie wierzył, by Pismo Święte mówiło coś konkretnego o stworzeniu i że jego zdaniem dopuszczało rozmaite interpretacje. Darrow odniósł sukces, ponieważ nie zależało mu na obronieniu oskarżonego – przeciwnie, chciał proces przegrać. Przyznał, że wszystkie zarzuty stawiane jego klientowi są prawdziwe, a wobec tego nie było potrzeby kontynuowania procesu. Sędzia zarządził najniższą możliwą grzywnę, 100 dolarów, Z własnej kieszeni zapłacił ją sam Bryan, który uważał, że należy zakazać nauczania ewolucjonizmu, ale nie wolno za to karać. (Dokładnie tak, jak dzisiejsze „autorytety”: na przykład aborcja jest złem, ale kobiety nie wolno za to karać.)

Darrow chciał tylko mieć możliwość odwołania się do instancji wyższych, a przy okazji ośmieszyć przekonania religijne Bryana i jemu podobnych. Udało mu się ten drugi cel osiągnąć, bo Bryan nie stał konsekwentnie na gruncie biblijnej nieomylności. Ten błąd został naprawiony dopiero w ruchu kreacjonistycznym, jaki się odrodził w latach 60. ubiegłego stulecia.

Mieczysław Pajewski

część druga – link

Przypisy:

[1] Ten fałszywy obraz „kupili” nawet autorzy odnoszący się z sympatią do antyewolucjonistycznych inicjatyw. Por. na przykład  Tomasz P. Terlikowski, „Dogmat ewolucji?”, Ozon 11.08.2005 nr 17.

[2] Por. Edward Caudill, Darwinian Myths. The Legends and Misuses of a Theory, The University of Tennessee Press, Knoxville 1997, s. 21; Michael Ruse, „Is Evolution a Secular Religion?”, Science 7 March 2003, vol. 299, s. 1523 [1523-1524].

[3] Por. Tim M. Berra, Evolution and the Myth of Creationism. A Basic Guide to the Facts in the Evolution Debate, Stanford University Press, Stanford, California 1990, s. 144.

[4] Por. Francis Glasson, „Darwin and the Church”, New Scientist 1983, vol. 99, s. 638-639.

[5] Tekst ogłoszenia można znaleźć na stronie http://www.bible.ca/tracks/textbook-fraud-scope-trial-inherit-wind.htm

[6] Sam później przyznał, że ewolucjonizmu nie nauczał (por. John T. Scopes and James Presley, Center of the Storm: Memoirs of John T. Scopes, Holt, Rinehart, and Winston, New York 1967, s. 60). Istnieją też relacje na temat jego wypowiedzi z okresu rozprawy sądowej, w której przyznawał, że naprawdę nie pogwałcił prawa, a dzieci zeznają, że nauczał ich ewolucji człowieka, gdyż zostały odpowiednio pouczone przez prawników (por. William A. Donohue, The Politics of the American Civil Liberties Union, Transactions Books, New Brunswick 1985, s. 303 oraz L. Sprague De Camp, The Great Monkey Trial, Doubleday, Garden City, N.Y. 1968, s. 432).

[7] Krzysztof Szymborski, „Małpi proces”, Wiedza i Życie 2000, nr 9, http://archiwum.wiz.pl/2000/00090500.asp

Idź Pod Prąd 2005, nr 14 (wrzesień), s. 8-9.