Wspomnienia swego dziadka Antoniego Woźniaka opracował Piotr Setkowicz

W okresie międzywojennym zatrudniony byłem w leśnictwie. Początkowo pracowałem na terenie objętym właściwością Warszawskiej Dyrekcji Lasów Państwowych. Na krótko przed wojną zarządzono reorganizację administracji lasów państwowych na kresach wschodnich. W związku ze zmianami w obsadzie kadrowej otrzymałem propozycję objęcia stanowiska leśniczego w nadleśnictwie Mielnik w Siedleckiej Dyrekcji Lasów Państwowych. Przeniosłem się wówczas na nową placówkę i osiadłem w leśniczówce Wieliczkowicze odległej o 6 kilometrów od Wysokiego Litewskiego.
Najazd wojsk sowieckich na Polskę 17 września 1939 roku był dla tutejszej polskiej ludności ogromnym zaskoczeniem. Zapanowało ogólne przerażenie i obawa o przyszłość. Rozpoczęły się rządy okupanta. Wojska sowieckie zaczęły w lesie przylegającym do mojej leśniczówki budować umocnienia. Żołnierze trzebili las, wycinali całe partie starego drzewostanu. Niszczyli uprawy i młodniki. Budowali ziemianki i transzeje. Zaczęli też gnębić mieszkających na tym terenie Polaków i pracowników leśnictwa. W mojej leśniczówce odbywały się przesłuchania zatrzymanych. Kazano mi ją opuścić i zająć na potrzeby leśnictwa część pomieszczeń plebanii w Wysokim Litewskim.
Po wybuchu wojny fińsko-sowieckiej jednostka wojskowa kwaterująca w rejonie leśniczówki wyruszyła na front. Na krótki czas się uspokoiło. Wydawało się, że odetchniemy od aresztowań, przesłuchań i szykan, ale wkrótce zaczęły do nas dochodzić słuchy o represjach, wywózkach i aresztowaniach. Tak przyszło to, czego obawialiśmy się z żoną.
W dniu 10 lutego 1940 roku około 6 rano zaniepokoiło nas mocne pukanie do drzwi zajmowanego przez nas mieszkania. Weszło trzech uzbrojonych funkcjonariuszy NKWD. Zaczęli od rewizji osobistej. Następnie przeszukali kancelarię, całe mieszkanie i różne schowki. Po ukończeniu trwającej ponad godzinę rewizji dowódca przybyłych funkcjonariuszy oznajmił mi, że będziemy przewiezieni do innego obwodu, wolno nam zabrać ze sobą tylko podręczny bagaż i za godzinę mamy być już gotowi do odjazdu. Zaprotestowałem, pytając, na jakiej podstawie nas wywożą. Ten funkcjonariusz odrzekł, że ma taki rozkaz i musi go wykonać. Dodał, że wywózka dotyczy i innych, nie tylko mojej rodziny. Przez okno pokoju wskazał sanie, na których zobaczyłem moich znajomych – emerytowanego kapitana Michała Daniszewskiego z żoną i synem, szesnastoletnim elewem Korpusu Kadetów. Dowódca kazał jednemu z enkawudzistów zaprzęgać mojego konia do sanek i ładować się na nie wraz z rodziną. Dorobek życia – meble, sprzęty, odzież, zwierzęta, książki – musieliśmy zostawić. Ograbiono nas brutalnie i cynicznie. Bagaż, jaki zdołałem przygotować wraz z żoną, ważył około 40 kilogramów. [Matka opowiadała mi, że przy przygotowaniu tego bagażu pomogło to, że dużej części dobytku przewiezionego z leśniczówki rodzice nie rozpakowali. Dzięki temu zabrali więcej potrzebnych rzeczy niż większość innych rodzin w transporcie. Uważała, że w dużym stopniu dzięki temu przeżyli – uwaga córki A. Woźniaka]. Funkcjonariusze zabrali też dla mnie worek, w którym schowali piłę i siekierę. Dramatyzm sytuacji pogłębiał fakt, że zabieraliśmy ze sobą dziewięciomiesięczną córeczkę Bożenę, niemowlę w beciku. Była wtedy sroga zima i tęgi mróz [1].
Dowieziono nas do stacji kolejowej w Wysokim Litewskim. Na bocznicy stał już przygotowany pociąg złożony z wagonów do przewożenia bydła. Dookoła stali gęsto rozstawieni żołnierze NKWD. Gdy wsadzano nas do wagonów, stanowili szpaler po obu stronach. Od razu zasunięto drzwi i zamknięto od zewnątrz. Okazało się, że wagon był już załadowany ludźmi. Było w nim bardzo ciasno i ciemno. Po kilku godzinach pociąg ruszył. Ci, którzy byli bliżej małego okienka, mówili, że wiozą nas w kierunku Brześcia nad Bugiem położonego w odległości około 20 kilometrów. Dojechaliśmy tam dopiero na drugi dzień.
Około godziny dziesiątej otwarto wagony i kazano się nam przesiadać do innego składu. Był to pociąg złożony również z wagonów bydlęcych, tylko dostosowanych do torów rosyjskich. Znów przechodziliśmy przez szpaler, który tworzyli żołnierze NKWD. Taszczyliśmy skromne tobołki, które pozwolono nam zabrać z opuszczanych mieszkań.
Wkrótce cały skład się wypełnił. Nasz wagon był jak wszystkie inne. Na ścianach pozostały klamry i zaczepy do wiązania bydła. Ustawiono w nim nary, rodzaj prymitywnych prycz do leżenia. Umieszczano na nich przeważnie dzieci i chorych. Za ubikację służył wycięty w podłodze otwór, do którego dostęp zasłoniliśmy kocem. Na środku stał żelazny piecyk z wyprowadzoną na dach rurą dymną.
Wagon wypełniony był ponad miarę. Ciasnota dodatkowo powiększała naszą udrękę i pogłębiała przygnębienie. Nie oczyszczono go ze zwierzęcych odchodów. Ludzie podczas transportu nie mogli się myć i brak było wietrzenia, więc panował straszny odór. Było bardzo zimno. Piecyk na niewiele się zdał, gdyż rzadko dawano opał do niego. Na postojach żołnierz konwoju otwierał drzwi wagonu i podawał wiadro z jakąś lurą podobną do zupy, która nie nadawała się do jedzenia. Niewielu z nas korzystało z tego posiłku. Początkowo mieliśmy jeszcze zapas jedzenia zabrany z domu i to nam wystarczało. Poza zupą wydawano kilka bochenków razowego chleba i przegotowaną wodę, tak zwany kipiatok.
W naszej grupie znalazł się emerytowany generał Jan Sawicki. Na niecały miesiąc przed wywózką odwiedziłem go w jego dworku w Telatyczach. Jego syn, który był lektorem języka polskiego na uniwersytecie w Budapeszcie, przyjechał odwiedzić ojca i również został zabrany. Generał nie wytrzymał tych nieludzkich warunków transportu i po kilku dniach zmarł w wagonie [2]. Jego syn umarł później, już na zesłaniu.
Po dwóch tygodniach makabrycznej podróży przywieziono nas do Archangielska. Tu grupę matek z małymi dziećmi oddzielono od reszty, załadowano do samochodów ciężarowych krytych brezentem i przewieziono ich do miejscowości Chołmogory [3]. Tam dano im do picia gorącą, ale, jak się okazało, nieprzegotowaną wodę. Spowodowało to zatrucia i choroby żołądkowe. Nie było żadnych lekarstw poza niewielkimi ilościami nadmanganianu potasu. Żona przy karmieniu córeczki uzupełniła tą wodą pokarm. Dziecko bardzo cierpiało i chorowało przez kilka miesięcy. Z Chołmogorów przewieziono matki z dziećmi do Ust’ Pinegi. Miejscowość ta leży przy ujściu rzeki Pinega do Dwiny. Umieszczono je w budynku cerkwi, której części używano jako noclegowni, a z reszty zrobiono magazyn zboża. Nas, mężczyzn, popędzono z Archangielska pieszo wprost do Ust’ Pinegi odległej o około 100 kilometrów. Droga była bardzo trudna. Trzeba było pokonywać ogromne zaspy i nierówności terenu. Mróz był bardzo duży. Podzielono nas na grupy po trzydziestu. Każda taka grupa szła za saniami, na których leżał bagaż. Konwojenci pilnowali nas i popędzali do szybszego marszu. Nie wiem, jak długo szliśmy. Pamiętam tylko biały śnieg, maszerujących obok mnie ludzi i od czasu do czasu głos konwojentów: Nie ostawaj! Dwignus’! (Nie stawaj! Ruszaj się!).
W Ust’ Pinedze zatrzymano nas na dużym placu obok cerkwi. Konwojenci pilnowali, żebyśmy nie uciekli, a rodziny zaczęły się szukać. Był nas duży tłum, kilka tysięcy ludzi ledwie trzymających się na nogach. Na szczęście napotkałem dwie dziewczynki z naszego wagonu, które szukały swoich ojców. One zaprowadziły mnie do żony. Była z chorym dzieckiem w cerkwi. Sama też czuła się bardzo źle.
cdn.

Przypisy:
[1] Zima 1939-40 była niemal w całej Europie bardzo mroźna i śnieżna. Najniższa zanotowana wtedy na terenie Polski temperatura to -41oC, a roztopy w naszym kraju nastąpiły dopiero w końcu marca. Zapewne w Rosji ta zima była jeszcze cięższa.
[2] Według polskich historyków generał Jan Sawicki został wywieziony ze Lwowa i zmarł w szpitalu w Jarosławiu w maju 1940. Relacja A. Woźniaka przeczy temu.
[3] Chołmogory zajmują szczególne miejsce w historii Gułagu. W zabudowaniach tamtejszego klasztoru utworzono drugi obóz koncentracyjny w bolszewickiej Rosji (pierwszy powstał na Wyspach Sołowieckich). Prawdopodobnie właśnie w nim urządzono etap dla matek z dziećmi.

Piotr Setkowicz: “Moja rodzina podczas II wojny światowej wielokrotnie zetknęła się z sowieckim aparatem represji. Mój dziadek został razem z żoną i córką, czyli moją mamą, wywieziony pod Archangielsk. Mama miała wtedy 9 miesięcy. Dziadkowie opowiadali, że w lutym 1942 r. w osiedlu, gdzie mieszkali, umarło 29 dzieci.
Dziadek został potem skazany na 10 lat łagrów za „szpiegostwo i agitację antyradziecką”. Babcia z mamą wróciły do Polski w 1946 r., a on w 1955 r.
Brat dziadka został zmobilizowany i walczył we wrześniu 1939 r. Został wzięty do niewoli przez Armię Czerwoną. Pisał z obozu w Kozielsku, a potem wszelki ślad po nim zaginął.
Brat mojej babci, matki mojego ojca, również walczył we wrześniu 1939 r. jako oficer rezerwy. Niemcy go zwolnili, ale Sowieci zatrzymali. Też trafił do obozu w Kozielsku. W 1943 r. odkopano go w lesie katyńskim. Jego żonę i syna wywieziono w 1940 r. do Kazachstanu. Pracowali tam w kołchozie. Jak wielu wywiezionych Polaków przyłączyli się do armii generała Andersa i razem z nią zostali ewakuowani do Iranu.
Mąż siostry mojej babci ze strony ojca był weterynarzem w 22 Pułku Ułanów, który poddał się Armii Czerwonej. Też trafił do obozu w Kozielsku i został rozstrzelany w Katyniu. Jego żona się ukryła i uniknęła wywózki”.

Pierwsza część wspomnień ukazała się na łamach magazynu “Idź Pod Prąd” (nr 151, luty 2017). Najnowsza, 12 część, już do przeczytania w sierpniowym numerze “Idź Pod Prąd”.