Przed Wami kilka epizodów z życia szeregowca Desmonda Dossa. Ostatnio cały świat mógł o nim usłyszeć dzięki filmowi Mela Gibsona „Przełęcz ocalonych”, który został sześciokrotnie nominowany do tegorocznych Oscarów. Poruszona filmem, sięgnęłam po książkę „Szeregowiec Doss” autorstwa jego drugiej żony Frances. Jak dowiadujemy się w przedmowie „To prosta historia prostych ludzi napisana w prosty sposób. Jest to prawda o żywym Bogu działającym w życiu zwyczajnych ludzi”.


A co o książce mówił sam Desmond Doss?

„Poprosiłem, aby tę książkę napisała Frances, moja żona, ponieważ lepiej niż ktokolwiek inny zna ona doświadczenia, przez jakie przeprowadził mnie Bóg, i wie, że pragnę wiernie trzymać się faktów.”

ŚWIADOMY BOŻEJ OPIEKI

Przez różne wypadki, które go spotykały od najmłodszych lat, Desmond Doss doświadczył tego, jak Bóg się nim opiekuje. Od swojej matki Berthy nauczył się głębokiego zaufania do Boga w praktyce. Gdy jego brat Harold był bardzo chory, Desmond pytał, czy Jezus go wyleczy. Matka odpowiedziała: „Tego nie wiem. Zawsze zdajemy się na wolę Bożą. Ale zawsze możemy prosić”. Uklękła wraz z Desmondem przy łóżku Harolda i modliła się: „Drogi Ojcze w niebie, wiesz, że Harold jest bardzo chory, i wiesz, że cierpi ból. Czy mógłbyś go uzdrowić, jeśli jest to zgodne z Twoją wolą? Ale jeśli uważasz, że lepiej będzie… – w tym momencie jej głos się załamał i rozpłakała się – to proszę cię, żeby tak bardzonie cierpiał, ale żeby to wszystko szybko się skończyło. Dziękuję Ci, Panie. Amen”. Desmond po chwili zauważył, że jego brat nagle zaczął inaczej oddychać i nabierać kolorów. Spokojnie zasnął, a następnego ranka obudził się w świetnym nastroju. Desmond nie zapomniał tego do końca życia! Lekarz, widząc nagłą poprawę u Harolda, powiedział: „Synu, Bóg ocalił ci życie i myślę, że miał w tym jakiś cel”.

BYĆ PORZĄDNYM OD POCZĄTKU DO KOŃCA

Będąc dzieckiem, Desmond nauczył się od swojej nauczycielki bardzo istotnej rzeczy: Jeśli nie warto czegoś starannie zaczynać, to w ogóle nie warto tego robić. Jak się okazuje, później zaowocowało to między innymi tym, że był bardzo staranny w leczeniu otarć swoich kolegów w wojsku, szczycił się tym, że żaden z jego przypadków nie kończył się infekcją.

BYĆ DOBRYM PRZYKŁADEM

W dzieciństwie wraz z kuzynami, z którymi wspólnie dorastali w Lynchburgu, wybrali się na stację kolejową. W pewnym momencie Desmond wpadł na szalony pomysł, aby wskoczyć do odjeżdżającego składu towarowego. Kilka razy im się udało, ale w pewnym momencie Desmond omal nie stracił życia. Gdy wrócił poobijany do domu, było mu bardzo wstyd. Znów pomyślał, że Bóg ochronił głupiego dzieciaka i że ma Mu za co dziękować. Również bardzo poruszyło go to, jak ta historia mogła się tragicznie skończyć dla jego kuzynów. To wydarzenie wywarło na nim tak duże wrażenie, że wiele razy później starał się dawać dobry przykład. Wiedział, że inni bacznie nas obserwują i ważne jest, by być dla nich zachętą, a nie zgorszeniem.

Z KAŻDEJ SYTUACJI WYCIĄGAŁ WNIOSKI

Podczas górskiej wyprawy, jeszcze w czasie przygotowań do wyjazdu na front, żołnierze mieli przyswoić sobie umiejętność wiązania węzłów. Mieli się nawzajem ewakuować ze zboczy, a ich życie zależało od tego, jak dobrze zawiążą węzeł. Desmond nauczył się tego podczas wolontariatu misyjnego w przykościelnej szkole i lubił to robić. Przełożony to zauważył i poprosił go, by nauczył tej sztuki innych. Pewnego razu, gdy ćwiczyli wspólnie wiązanie węzła ratowniczego, zamiast jednej pętli uzyskał dwie, które mocno się trzymały. Doss wcześniej nie znał takiego rozwiązania, ale postanowił je zapamiętać na wszelki wypadek, gdyby kiedyś było mu to potrzebne. I właśnie ta cecha Desmonda, który ciągle się uczył i zdobywał nowe umiejętności, przyczyniła się do uratowania wielu istnień ludzkich. Desmond był również skoncentrowany na wyciąganiu duchowych lekcji z tego, co go spotykało. Na wykładzie wojskowego kapelana w bazie w Honolulu poruszyła go pewna ilustracja. Przedstawiała ona sanitariusza opiekującego się rannym żołnierzem,  któremu z uznaniem przyglądał się Chrystus. Desmond na długo zapamiętał ten obraz. Kilka lat później kapelan zwany „Tatą” namalował tę scenę dla niego, by on również mógł posługiwać się tą ilustracją na swoich wykładach.

UŚMIECH, KTÓRY ZAPAMIĘTAŁ DO KOŃCA ŻYCIA

Młody żołnierz miał groźną ranę na czole, a krew spływała mu po twarzy, zalewając oczy i tam krzepła. Desmond wyjął bandaż z torby, zwilżył go wodą z manierki i zmył krew z jego twarzy. Chociaż znajdowali się w tak niebezpiecznym miejscu, nagle twarz chłopaka rozjaśnił uśmiech.
– „Myślałem, że oślepłem”. Desmond zapamiętał ten uśmiech do końca życia. Była to wspaniała nagroda za pomoc, której udzielił temu żołnierzowi i jego kolegom. 

KONTROLA MYŚLI

Na wyspie Leyte stracił dwóch najlepszych przyjaciół. Tragedia go przygniotła. Tylko prosząc Boga o siłę, był w stanie poradzić sobie z rozpaczą.

MODLITWA NA POLU BITWY

Pewnego dnia, gdy dowódca kończył odprawę, Desmond podszedł do niego i powiedział: „Poruczniku, wierzę, że najlepszym środkiem ratującym życie jest modlitwa. Powinniśmy się pomodlić, zanim pójdziemy”. I tak się też stało, porucznik zwołał żołnierzy, aby Desmond się za nich pomodlił. Doss miał na myśli osobistą modlitwę, ale skoro taka była decyzja dowódcy, nie protestował. Cud polegał na tym, że tego dnia w Kompanii B nikt nie zginął, była to tak wyjątkowa sytuacja, że wieść o niej dotarła do Stanów. Jeśli ktoś pytał, jak to możliwe, żołnierze z Kompanii B odpowiadali: „To modlitwa Dossa”.

NAJPIERW CZAS DLA BOGA

Przed wyruszeniem na słynny płaskowyż na Okinawie, Desmond nie opuścił czasu z Bogiem spędzonego na lekturze Biblii i modlitwie, a reszta żołnierzy czekała na niego. Tak naprawdę było im to na rękę, nie było im śpieszno do walki, myśleli, że najcięższą bitwę mieli już za sobą, a teraz należało tylko posprzątać. Desmond znów chciał, aby wspólnie zwrócili się do Boga, jednak kapitan stwierdził, że tym razem odpuszczą, już zaczęli natarcie. Wbrew przewidywaniom Amerykanie natknęli się na nawałę Japończyków z wszystkich stron naraz. Nie widząc szans na wygraną z zaciekłym wrogiem, zarządzono odwrót. Sanitariusz Doss został na górze z innymi, dopóki wszyscy nie zeszli. Jak wspomina, nie mógł odejść, zostawiając rannych rozrzuconych po całej skarpie. Nie mógł ich zostawić, wiedział, że wielu z nich miało rodziny.

PANIE, POMÓŻ MI ZABRAĆ JESZCZE JEDNEGO

„Gdy kilku kolegów wyruszyło z rannym wzdłuż klifu, zwinął linę. Zabrało mu to więcej czasu niż opuszczenie tamtego człowieka na dół. Wówczas przypomniał sobie o węźle ratunkowym z dwoma pętlami, który zawiązał podczas treningu w Elkins, w Zachodniej Wirginii. Dziś jest przekonany, że to Bóg mu go pokazał i przypomniał. Szybko zawiązał ten węzeł, przeniósł innego rannego na skraj urwiska i nałożył na jego nogi dwie pętle, po czym złożył linę jeszcze raz i przewiązał rannego przez pierś. Potem ostrożnie opuścił go przez grań. Dziękował Bogu za pień drzewa rosnącego dokładnie w tym miejscu. Owinął linę wokół niego i teraz mógł ją stopniowo przesuwać. To sprawiło, że nie czuł już ciężaru ładunku. Cały czas modlił się: „Panie, pomóż mi zabrać jeszcze jednego”. Dlaczego Japończycy nie pojawili się na tej części płaskowyżu, na której znajdowali się ranni Amerykanie, aby ich dobić? Nie wiedział. Jedynym wyjaśnieniem było dla niego to, że Bóg opiekował się nim i wszystkimi pozostałymi. Potem przyszedł czas, aby Mu podziękować.”

Zobacz też:  Zajęcie Krymu przygotowywane od lat – ZACHÓD WIEDZIAŁ

Ratowanie rannych zajęło mu 5 godzin, udało mu się uratować wszystkich. Kiedy już znaleźli się w obozie, głównodowodzący oszacował, że Desmond musiał ocalić około stu ludzi. Sierżant Doss skromnie zaprotestował, że najwyżej było ich pięćdziesięciu. Ostatecznie zgodzili się na siedemdziesięciu pięciu i to ta liczba zapisana jest w uzasadnieniu przyznania Dossowi Medalu Honoru. Słynna scena z filmu, gdy Desmond zdaje sobie sprawę, że zostawił swoją ukochaną małą Biblię na polu walki, w rzeczywistości była bardziej rozciągnięta w czasie. Sierżant Doss zauważył ten brak, znajdując się dopiero na okręcie szpitalnym, po tym jak został ciężko ranny. Niezwłocznie wysłał wiadomość do kolegów, by ją odszukali. Żołnierze, przeszukawszy teren, znaleźli ją i odesłali Desmondowi. Chronił ją jak skarb.

BOHATER NIE TYLKO NA WOJNIE

Desmond Doss żył ponad 60 lat po zakończeniu II wojny światowej. Nie miał łatwo, prawie 6 lat po wojnie spędził w szpitalach dla weteranów. Zachorował na gruźlicę. Lekarze zalecali mu operację, która była jedyną deską ratunku, chociaż wcale nie dawała dużych gwarancji na przeżycie. Desmond był blisko Boga bez względu na okoliczności, w których się znajdował. Wymógł, by przed operacją pomodlić się z pastorem i najbliższymi. Kiedy wywieziono go na blok operacyjny, był zupełnie spokojny. „Był pewny, że Bóg wie o nim wszystko, opiekuje się nim i zrobi to, co będzie dla niego najlepsze”. Praktycznie cały czas zmagał się z przeciwnościami, przez 12 lat był całkowicie głuchy. Nawet to nie złamało jego wiary, modlił się i wierzył, że Bóg da to, co najlepsze. Gdy po udanej operacji w 1988 roku z wszczepieniem implantu znów usłyszał zrozumiały dźwięk, był zachwycony! Oczywiście wciąż miał problemy ze słuchem, ale traktował implant jako kolejną rzecz, za którą może być wdzięczny Bogu. W 1999 roku zachorował na raka. Jednak to nie koniec jego historii. Bóg dał mu przed śmiercią wiele niezwykłych sytuacji,  dawał mu zdrowie właśnie wtedy, gdy tego potrzebował. Desmond postanowił złożyć osobiste świadectwo tego, jak Bóg się nim opiekuje. Pisał w lipcu 2000 roku: „Czułem się gotów, aby zasnąć w Chrystusie. Nie prosiliśmy Boga o uzdrowienie, chcieliśmy tylko wypełnić Jego wolę. Czułem ulgę, wierząc, że On wie, co jest najlepsze (…) czuję, że dostałem Medal Honoru, ponieważ okazałem moim kolegom miłość, jakiej udzielił mi Bóg. Byli dla mnie ważniejsi niż ja sam. Lubię pomagać ludziom. A wracając do raka: ostatnia biopsja niczego nie wykazała. Wiedząc, że Bóg uznał, iż lepiej będzie mnie uzdrowić, chcę być dla Niego użyteczny, pomagając innym z całego serca pokochać Jezusa. Z poważaniem, Desmond T. Doss.”

Po przeczytaniu książki „Szeregowiec Doss” jedno słowo szczególnie mocno zapadło mi w pamięć, a jest nim WDZIĘCZNOŚĆ!