Przeciwnicy Donalda Trumpa nie poddają się. Wciąż próbują wpłynąć na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych.

Grupa partyjnych aktywistów, prawników oraz ekspertów ds. zbierania danych zwróciła się do sztabu kandydatki Demokratów Hillary Clinton, by zażądali ponownego przeliczenia głosów w trzech kluczowych stanach  – Pennsylwanii, Michigan i Wisconsin. Według nich, mogło tam dojść do ataków na komputery użyte do liczenia głosów.

W piątek kandydatka Partii Zielonych Jill Stein, ogłosiła zbiórkę funduszy na ponowne liczenie głosów w tych trzech stanach. W ciągu kilku godzin zebrała milion dolarow. Prawo amerykańskie nakazuje, by koszty ponownego liczenia pokrył kandydat, który o to wnioskuje.

Gdyby stwierdzono wygraną Clinton we wszytkich tych trzech stanach, to wygrałaby ona całe wybory.

Ponadto buntują się elektorzy. Już sześciu z nich zapowiedziało, że 19 grudnia w głosowaniu Kolegium Elektorów zagłosuje przeciwnie do wyniku wyborów w swoich stanach. Uzasadniają to faktem, że w skali całego kraju Clinton zdobyła więcej głosów niż Donald Trump.
Petycję do Kolegium Elektorów, by wybrało na prezydenta USA Hillary Clinton, podpisało już 4,5 mln ludzi.

W większości stanów takie postępowanie jest legalne, choć zdarza się bardzo rzadko. Zbuntowani elektorzy liczą, że uda im się przekonać tylu kolegów, by zablokować wybór Donalda Trumpa. Potrzebna byłaby do tego zmiana 37 głosów elektorskich.

Jest mało prawdopobne, że to się powiedzie. Nawet jeżeli uda sie zbuntować 37 elektorów, to na pewno nie wszyscy zagłosują na Clinton, ale raczej na innych kandydatów. W takim wypadku ostateczny wybór prezydenta bedzie należał do Izby Reprezentantów, zdominowanej przez Republikanów.

Zobacz też:  Współpraca naftowa Libii i Rosji