Opozycjonista za PRL: Wyrok w procesie pastora Chojeckiego to równia pochyła do totalitaryzmu!

Udostępnij
Przeczytasz tekst w ok. 5 min.

„Jeśli wyrok na pastorze Pawle Chojeckim zostanie utrzymany, oznacza to, że jesteśmy na równi pochyłej do totalitaryzmu!” – stwierdził Zbigniew Żukowski, opozycjonista w PRL, były więzień, wygnany z Polski w 1984, w 2009 odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. „Jeżeli nie będzie nam wolno wypowiadać swoich opinii, to zgadzamy się na status niewolników” – dodał na antenie Telewizji Idź Pod Prąd. Rozmawiała red. Kornelia Chojecka.

ZOBACZ CAŁOŚĆ ROZMOWY ZE ZBIGNIEWEM ŻUKOWSKIM:

Zapytany o sprawę skazania pastora Pawła Chojeckiego przez Sąd Okręgowy w Lublinie m.in. za krytykę Kościoła Katolickiego i prezydenta Andrzeja Dudy Zbigniew Żukowski skomentował:
Jeżeli ten wyrok zostanie utrzymany, to od tej chwili będzie zabroniona swoboda wypowiedzi – w praktyce, bo według prawa mamy wolność sumienia i swobodę wypowiedzi.
Byłem zaskoczony tym, że wyrok zapadł, że w ogóle odbył się ten proces. Przecież krytyce poddawani byli poprzedni prezydenci, premierzy. Przypadek prezydenta Komorowskiego i autora strony internetowej AntyKomor.pl był idealnym przykładem tego, że władzom nie popłaca łamanie swobody wypowiedzi. Można spekulować, że pan Kaczyński potrzebuje większego poparcia ze strony szerszych środowisk katolickich i może temu należy przypisywać fakt, że w ogóle doszło do procesu. (…)
Jeżeli władza sięga po dyktatorskie metody, to zawsze jest ten pierwszy przypadek, kiedy to zrobi. Potem już nie ma odwrotu, ponieważ stoi przed perspektywą rozliczenia tego, czego dokonała. Jeżeli ten wyrok zostanie utrzymany, to takich przypadków będziemy mieć na co dzień coraz więcej. (…)
Strona PiS-owska potrzebuje wyraźniejszego i bardziej zdecydowanego wsparcia ze strony hierarchii kościelnej, a przy tej okazji hierarchia załatwia swoje własne porachunki. Wydaje mi się, że samo istnienie Telewizji Idź Pod Prąd jest bardzo uciążliwe dla Kościoła katolickiego, który wykorzystuje okazję, żeby uderzyć bezpośrednio w pastora. Nie robią tego swoimi rękami, to jest metoda faryzejska (…). Kler stosuje takie metody, wzorując się na faryzeuszach. (…)
Wszystko zależy od tego, kto będzie rozpatrywał sprawę w Sądzie Apelacyjnym. Sędziowie w Polsce są podzieleni. Jedna grupa walczy z obecną partią rządzącą, więc jeśli skład sędziowski będzie tego rodzaju, to raczej oddali zarzuty. A jeśli wszystko jest tak ustawione, że nawet sędziowie zostali odpowiednio dobrani… Niby mamy losowanie sędziów, ale nie wiadomo, jak to w praktyce wygląda. (…) Jeżeli wyrok zostanie utrzymany, to Kodeks karny możemy wyrzucić do kosza, bo odbywać się to będzie na zasadzie, KTO dzisiaj decyduje o tym, czy ktoś będzie siedział, czy będzie zwolniony. Trudno powiedzieć, czy Sąd Apelacyjny oddali zarzuty, czy nie. Mam nadzieję, że oddali, chyba że będzie to skład sędziowski z góry wyznaczony do specjalnych zadań. (…) Ustawienie procesu przygotowawczego wskazuje na to, że wyrok ma być utrzymany. Mam jednak nadzieję, że proces pastora został już na tyle nagłośniony, także za granicą, że zatwierdzenie poprzedniego wyroku będzie miało konsekwencje również poza granicami Polski. Nie wiem, jak w tym wypadku pan Ziobro będzie się tłumaczył z praworządności. (…)
Fakt, że prokuratura zajęła się tą sprawą szybciej niż zgłaszanymi przypadkami zagrożenia [gróźb karalnych wobec pastora i jego rodziny], świadczy o tym, że pastor jest na liście. Ja też jestem na tej liście. Ludzie z tej listy są przeznaczeni do wygnania, deprecjonowania, a nawet do zabicia (…), są niejako naznaczeni przez tę władzę, przeznaczeni do wyciszenia, do wywierania na nich presji, żeby zamilkli. Jeśli wyrok zostanie utrzymany, to jesteśmy na równi pochyłej, na najprostszej drodze do totalitaryzmu. (…)
[Wolność słowa] to jest fundamentalna sprawa. Jeżeli nie będzie nam wolno wypowiadać swoich opinii, to zgadzamy się na status niewolników. (…) Bez wolności wypowiedzi nie sposób głosić prawdy, nie sposób jej chronić.
Odpowiadając na pytanie o represje w czasach PRL, o zagrożenie ze strony tzw. nieznanych sprawców podczas wizyty w kraju już po roku 2000 i o to, czy warto tak się narażać w walce o wolność, Zbigniew Żukowski opowiedział o tych dramatycznych wydarzeniach:
Chciałbym zacząć od tego, że nie uważam się za żadnego bohatera. Bohaterzy nie żyją. Klasycznym przykładem bohaterstwa byłoby, gdybym nie wyjechał, tylko na przekór wszystkiemu został, ale wtedy być może nie rozmawialibyśmy dzisiaj, bo nie byłoby mnie wśród żywych.
W grudniu 1984 roku, zostałem porwany w biały dzień, dzień Barbórki w Wałbrzychu. W tym czasie Wałbrzych był miastem górniczym, więc na ulicach były tłumy. (…) Ludzie nawet próbowali mi pomóc, ale esbecy wyciągnęli broń. Mieli zamiar mnie zabić. Kiedy chcieli mi skuć ręce za plecami, broniłem się, w związku z czym jeden z nich stracił panowanie nad sobą i powiedział, kiedy wpychali mnie do samochodu: już po tobie, jedziesz do lasu. W tym momencie zobaczyłem na chodniku sąsiadkę moich teściów i w jej kierunku krzyknąłem, żeby przekazała mojej rodzinie, bo nie wiadomo, czy jeszcze ujrzą mnie żywego.
Jadąc już w kierunku Książa (widocznie tam mieli zamiar mnie zabić), rozmawiali między sobą, a dowódca przez radiotelefon komunikował się z komendą wojewódzką w Wałbrzychu. Minęliśmy już komendę, kiedy usłyszałem fragment rozmowy tego oficera. Powiedział: Dobrze, ale tam ktoś został przez niego poinformowany, także to nie będzie już możliwe. Widocznie chodziło o to, że nie da się już zrzucić winy na jakichś nieznanych sprawców, bo ja krzyczałem do tej kobiety, że porywają mnie mordercy Kiszczaka – to nie budziło żadnych wątpliwości dla stojącego tam tłumu ludzi.
W takich okolicznościach zapadła widocznie decyzja, że mają mnie przywieźć z powrotem na komendę. Tam, u komendanta, u szefa esbecji, oczywiście obecni byli wszyscy esbecy. Krzyczeli do tych zamiejscowych – na katowickich rejestracjach był ten mercedes, także podejrzewam, że była to grupa Kiszczaka, która likwidowała opozycjonistów. Po co go tu przywieźliście, miał zostać w lesie! – krzyczeli. Szef esbecji powiedział, żeby się uspokoili, i dał mi do ręki akt natychmiastowego aresztowania podpisany przez prokuratora wojewódzkiego. Zobaczyłem, że na tym akcie nie ma żadnej daty, jest tylko podpis. Podstawą do aresztowania było to, że nadal prowadzę działalność.
Akurat wtedy przyjechałem właśnie z Warszawy, gdzie współorganizowałem spotkanie liderów opozycji z amerykańskimi związkami zawodowymi. Nie doszło do niego, bo nam to uniemożliwiono, ale esbecja wiedziała o tej sprawie i był to główny powód, dla którego chcieli mnie zabić. Zastępca komendanta powiedział, że muszę opuścić kraj. Odparłem, że złożyłem papiery i czekam na decyzję ambasady amerykańskiej. Powiedział mi wtedy: Proszę jechać do ojca, tam już przyszedł właściwy list. Bez otwierania listu oni wiedzieli, co w nim jest! Rzeczywiście było w nim, że otrzymałem specjalny parol od kongresu amerykańskiego, żeby po raz drugi być emigrantem politycznym.
(…) W styczniu 2012 r. byłem w Polsce przez osiem dni, bo zmarł mój ojciec. Już na drugi dzień przyszło dwóch oficerów z ABW i najpierw zapytano mnie, jak długo zamierzam zostać w Polsce, a potem powiedziano mi, że gdziekolwiek pójdę i cokolwiek będę robił, będę obserwowany. I tak było.
Oczywiście w obawie o swoje zdrowie i życie zawsze miałem kogoś przy sobie, ale jeden raz zdarzyło się, że odprowadzałem moją siostrę i siostrzeńca na dworzec w Wałbrzychu. Zostałem na tym dworcu sam, około godziny 11:00. Oprócz mnie nikogo tam nie było. Miałem zamiar już wyjść, aż tu nagle zjawiła się grupa kilkunastu chłopaków – tzw. dresiarzy, których można było łatwo rozpoznać, bo chodzili w dresach i wymachiwali kijami baseballowymi. Szli oni za mną – widocznie mieli zamiar zaatakować dopiero, kiedy wyjdę z dworca, bo na dworcu kręcili się policjanci. Usłyszałem nawet, jak jeden z nich pytał: To co, robimy go tutaj czy na zewnątrz? Wiedziałem, że czeka mnie przynajmniej ciężkie pobicie.
Udałem się jak najszybciej na postój taksówek. W tym wszystkim miałem szczęście i nieszczęście. Szczęście, bo była akurat jedna taksówka, a nieszczęście, że pewna młoda kobieta chciała już do tej taksówki wsiadać. Widziała ona jednak, co się dzieje – powiedziałem jej, że ci ludzie chcą mnie pobić i odpowiedziała, żebym wsiadł do tej taksówki. Dzięki temu ocalałem. To miało miejsce w 2012 r., w styczniu, a w kwietniu dowiedziałem się, że byłem odznaczony przez prezydenta w 2009 r. Mamy tutaj zestawienie dwóch faktów. Po pierwsze, wiedzieli, że jestem odznaczony, ale przez prawie trzy lata nie ujawniali tego wobec mnie, a po ostatniej nieudanej próbie pobicia w 2012 r. widocznie ktoś w PO stwierdził: Dajcie mu już ten order, niech już ma – i zawiadomili mnie o tym przez moją siostrę.
ZOBACZ RÓWNIEŻ – KIM NAPRAWDĘ JEST PASTOR PAWEŁ CHOJECKI?