Mój tata zmarł na koronawirusa. Gdyby nie SANEPID, pewnie by żył!

Udostępnij
Przeczytasz tekst w ok. 3 min.

Według oficjalnych statystyk w Polsce jest już ponad 4 tys. zakażonych chińskim koronawirusem i prawie 100 ofiar śmiertelnych. Kinga, córka Bartosza Smutka, który zmarł w zeszłą sobotę w Lublinie, w rozmowie z Idź Pod Prąd opowiada o skandalicznym zachowaniu sanepidu oraz apeluje do Polaków: ZOSTAŃCIE W DOMU!

Kornelia Chojecka: Na początku chciałabym się odnieść do udzielonych przez panią wypowiedzi dla mediów, w których twierdzi pani, że pani 69-letni ojciec mógł uniknąć śmierci. Dlaczego pani tak sądzi?

Kinga Smutek: Znam jego [bardzo dobry] stan zdrowia, dlatego ciężko mi uwierzyć, że tak łatwo poddał się chorobie. Szczególnie trudno mi uwierzyć w to, kiedy mówi się, że jego śmierć była spowodowana chorobami współistniejącymi. Oczywiście, tata kilka lat temu miał dwa zawały (…), ale później wszystko zaczęło u niego dobrze funkcjonować. W tak dobrym zdrowiu fizycznym i psychicznym nie widziałam go od lat. Kiedy słyszymy o kolejnych ofiarach koronawirusa, które miały choroby współistniejące, wyobrażamy sobie starszą kobietę leżącą na szpitalnym łóżku, o której stanie koronawirus już tylko przesądza. W przypadku mojego ojca nie udzielono człowiekowi pomocy w odpowiednim czasie.

Kiedy pani ojciec zaczął u siebie obserwować objawy zakażenia koronawirusem? Jaki był pierwszy kontakt z sanepidem?

Jego kontakt z sanepidem zaczął się w momencie, kiedy jego partnerka zachorowała 11 marca. Sanepid uspokajał ją, że to zwykła grypa, że nie ma powodu do niepokoju. Dwa dni później zachorował ojciec i jego również uspokajano. Nie powrócili oni z zagranicy, a to było dla sanepidu głównym wyznacznikiem możliwości zarażenia koronawirusem. Ojciec ciągle kontaktował się z sanepidem, bo jego stan zdrowia się pogarszał – leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe nie pomagały. Kiedy stan jego partnerki się poprawił, ojciec zaczął wierzyć – jak zapewniał sanepid – że to tylko grypa. Jednak gdy jego stan się nie poprawiał, zastosował się do dalszych zaleceń sanepidu i udał się do lekarza rodzinnego po antybiotyk.

W rozmowie z „Kurierem Lubelskim” powiedziała pani: „gdy stan taty się nie poprawiał, sanepid w końcu umówił wizytę u lekarza rodzinnego, na którą ojciec poszedł na piechotę 17 marca. Otrzymał antybiotyk i wrócił do domu. W piątek 20 marca stan ojca znacznie się pogorszył, więc sanepid kazał wezwać karetkę. Trafił na SOR, a następnie na oddział wewnętrzny. Z tego co mówił, wiem, że dopiero w poniedziałek pobrano mu wymaz do testu na koronawirusa”. Trzeba podkreślić, że pani ojciec nie trafił na oddział zakaźny, trafił do zwykłego szpitala. Jak wyglądała sytuacja, kiedy pani ojciec trafił już do placówki?

Mojego ojca skierowano do szpitala po trzech dniach przyjmowania antybiotyku, kiedy jego stan się pogarszał. Miał już problemy z oddechem. Po wielu rozmowach ojca z sanepidem, wiedzieli oni o wszystkich jego objawach. Służby przyjechały w strojach ochronnych, lecz podjęto ryzyko, kierując go do zwykłego szpitala. To sanepid jest winny dalszemu postępowi epidemii w Polsce!

Zdaje się, że od momentu, kiedy pani ojciec rozpoznał u siebie objawy zakażenia koronawirusem, czekał aż dwa tygodnie na test! Czy jest pani wiadome, dlaczego pani ojciec musiał czekać tak długo?

Dopiero po trzech dniach przebywania w szpitalu wykonano mu test. Dopiero kiedy otrzymał wynik pozytywny, przeniesiono go na oddział zakaźny. Uważam, że gdyby sam od razu udał się na oddział zakaźny zaraz po tym, kiedy rozpoznał u siebie objawy i gdyby powiedział, że opuści go dopiero wtedy, gdy wynik testu będzie negatywny – wszystko przebiegłoby inaczej.

Czy dzisiaj zastanawia się pani, kto ponosi odpowiedzialność za śmierć pani ojca, cieszącego się dobrym zdrowiem? Twierdzi pani, że wcale nie musiał umrzeć na koronawirusa.

Uważam, że całym ogniwem jest sanepid. Osobę ze wszystkimi objawami koronawirusa powinno się od razu skierować na oddział zakaźny, a nie kazać jej zbijać gorączkę, iść do lekarza. Wszystkie etapy tej historii miały zły kierunek! Powinny obrać kierunek, który zniwelowałby wszystkie dalsze etapy.

Może przypadek postępowania z moim ojcem był odosobniony, ale żeby się o tym przekonać, trzeba sprawdzić, jak przebiegała sytuacja i leczenie innych ofiar śmiertelnych w Polsce. Jeśli u innych osób wyglądało to podobnie, to winnym ogniwem jest sanepid.

Ogromne wyrazy współczucia od całej naszej redakcji i naszych widzów. I wyrazy podziwu dla pani za siłę do rozmowy w tak trudnych momentach i odwagę do mówienia prawdy.

To, co panią spotkało, jest wielką tragedią. Przed czym chciałaby pani przestrzec Polaków?

Chciałabym wszystkich prosić o pozostanie w domu, tym bardziej, że nie wymaga to wysiłku. Daje nam jednocześnie czas na spędzenie go z rodziną, na załatwienie spraw, na przemyślenie ważnych rzeczy.

Zostańmy w domu, nie bagatelizujmy tego, bo problem jest poważny. Śmialiśmy się z wirusa – dopóki nas to nie spotkało, ja i mój ojciec również z niego żartowaliśmy. Wydawało nam się, że to zwykła grypa. To naprawdę poważny wirus, który dotyka osoby słabsze, ze słabszą odpornością, w podeszłym wieku. Ale nas młodych też może to bezpośrednio dotknąć. Uważajmy na siebie i dbajmy o siebie, bo to jest najważniejsze! Nie polityka ani cokolwiek innego – nasze życie jest najważniejsze.

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z KINGĄ SMUTEK DLA TELEWIZJI „IDŹ POD PRĄD”:

Współpraca: Weronika Lewandowska