HISTORYJKA PRAWDZIWA

Postanowiłam sobie, że będę się starała pisać przede wszystkim o rzeczach i sprawach, które widziałam na własne oczy. Daję słowo, że poniższa historia to prawda i tylko prawda. Wnioski mogą być natomiast różne.

Wszystko zaczęło się na Wyścigach. Pałętał się tam pewien młody człowiek. Widywałam go pijącego z chłopcami stajennymi albo leżącego w rowie. Nie odpowiadałam na jego zaczepki, a nawet nie nawiązywałam z nim kontaktu wzrokowego. Nie dlatego, że czułam się lepsza - takie było zalecenie trenera mojej stajni Stefana Michalczyka. Pan Michalczyk miał dobre serce dla amatorów i był bardzo ugodowy. Jeżeli jednak widział jakieś niebezpieczeństwo, należało to poważnie traktować. W tym przypadku niebezpieczeństwo polegało na wciąganiu amatorów w oszustwa wyścigowe. Grupa ustawiająca wyścigi chciała mieć informacje z pierwszej ręki. Któż lepiej wie, w jakiej formie jest koń, niż ten, kto na nim codziennie jeździ na treningi? Dlatego przy torze roboczym czaili się dziwni panowie ze stoperami, zaczepiali dziewczyny, pytali o formę konia. „O, jaka brzydka dziewczyna na pięknym koniu, przepraszam, jaka piękna dziewczyna na brzydkim koniu.” - zdarzało mi się usłyszeć. Nie odpowiadałam, zgodnie z zaleceniem trenera nie nawiązywałam nawet kontaktu wzrokowego. Myślę, że jego zalecenie uratowało mnie przed wieloma kłopotami. Słyszałam o dżokeju, który nie wywiązawszy się z poleceń mafii, zjadał na moście Poniatowskiego przegrane bilety wyścigowe. Gangsterzy proponowali mu w zamian przyspieszony kurs skoków z mostu do wody. W zimie. Pewna dziewczyna, która niefortunnie przyjęła jakiś prezent od przedstawiciela mafii, została ciężko pobita. Żona jednego z trenerów utopiła się w dość płytkim basenie przeciwpożarowym. Mogłabym – twierdzę - pisać lepsze kryminały od Joanny Chmielewskiej, która znała to wszystko raczej z perspektywy trybun, a nie - jak ja - od wewnątrz.

W mojej stajni jeździła pewna dziewczyna, której siostra, nazwijmy ją X, studiowała medycynę. Pomagałam jej przygotować się do egzaminów i doradzałam w wielu życiowych sprawach. Miała do mnie zaufanie. Pewnego dnia przybiegła do nas na Słupecką, gdzie mieszkaliśmy wówczas z mężem i dwójką dzieci, zalewając się łzami. Okazało się, że rzeczony frant z wyścigów zaczepił ją, przedstawił się jako doktorant socjologii i zaproponował zarobek. Miała chodzić na otwarte zebrania studentów przy kościele świętej Anny i zapisywać, o czym się mówi. Każdy mógł tam wejść, ale nasz doktorant rzekomo nie miał czasu, a przygotowywał (również rzekomo) pracę na temat nastrojów religijnych wśród młodzieży. Nie było w tym teoretycznie rzecz biorąc nic dziwnego. Na temat nastrojów religijnych prowadzili wówczas badania między innymi Tadeusz Szawiel i Mirosława Grabowska. Był to wśród socjologów temat bardzo modny. Honorarium X odbierała od rzekomego doktoranta, podpisując jakąś listę płac. Trzeba przyznać, że była wyjątkową idiotką, podpisując wypłatę w kawiarni, nie w kwesturze, ale takie błędy zdarzają się przecież starszym i mądrzejszym. Ja całkiem niedawno podpisałam oszustowi zamówienie na czujnik gazu rzekomo zakładany przez administrację i wpłaciłam nawet 50 złotych a konto, tyle że administracja nic o tym nie wiedziała i nie zakładała żadnych czujników. To bardzo tania lekcja nieufności.

Po pewnym czasie rzekomy doktorant wezwał studentkę na rozmowę ze swoim szefem w randze pułkownika. Szef powiedział, że mają jej podpisy na liście płac i jeżeli nie będzie współpracować, ujawnią ten fakt na Akademii Medycznej. Łatwo się domyślić, że szef młodego człowieka nie reprezentował bynajmniej wydziału socjologii UW. Oczekiwał od dziewczyny inwigilowania kolegów z medycyny. Gdy X zapłakana wszystko nam opowiedziała, mąż leniwie oderwał się od swoich zajęć. „Ślicznie płaczesz” - powiedział cynicznie, bo faktycznie z płaczem było jej do twarzy. „Idź do rektora i od progu lej łzy” -dodał . „Nie wiem, czy rektor jest ubekiem, czy nie, ale na pewno ma swoje dojścia. A żaden samiec alfa nie lubi, gdy ktoś mu sika na dywan. Powiedz rektorowi całą prawdę, nic nie kombinuj. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze”. Dziewczyna, jak jej kazaliśmy, wpadła szlochając do gabinetu rektora i wszystko opowiedziała. „Nic się nie martw, dziecko, ja to załatwię” - powiedział rektor. Wychodząc, słyszała, jak darł się w słuchawkę: „Co to k... ma znaczyć?”.

Nikt jej nie zaczepiał, nikt nie wzywał. Skończyła spokojnie medycynę i podjęła pracę na prowincji.

Jakie wnioski płyną z tej prawdziwej historii? X bardzo nie chciała donosić na kolegów, przygotowywała się nawet wewnętrznie na porzucenie ukochanych studiów. Łatwo sobie jednak wyobrazić osobę bardziej zdeterminowaną, która wpadła w ten sposób w ubecką pułapkę. Czy to usprawiedliwienie donosicieli? Oczywiście, że nie.

Moi znajomi ze spółdzielni wysokościowej „Świetlik” przemianowanej potem na „Gdańsk”, która stała się kuźnią Kongresu Liberałów (znałam ich, gdy mieli po 25 lat, byli miłymi chłopakami i daleko im było do władzy, potem w moim kręgu pozostali tylko nieliczni), mawiali zawsze, że „cnota to permanentny brak okazji”. Dotyczyło to raczej spraw męsko-damskich, ale miało swoje przełożenie na sprawy finansowe. „Czy ktoś zaproponował ci kiedyś milion dolarów łapówki?” - pytali. „To skąd możesz wiedzieć, jak byś się zachowała?”. Utwierdzali mnie w ten sposób w przekonaniu, że jestem „mierzwą historii”. Nikt przecież nie usiłował mnie przekupić ani zwerbować. Nie do końca jest to prawda. Miałam kłopoty z odebraniem od administracji wygranego w sprawie sądowej pokoju. Dzielnicowy wezwał mnie na Wilczą. Tam pewien pan, który się nie przedstawił, oświadczył, że załatwią mi ten pokój, ale będą się w nim przez dwa lata odbywały spotkania agentów z kapusiami. Odmówiłam grzecznie. „Wie pan, dzieci, psy”. Pan nie rezygnował. Powiedział: „W zwykłym bloku jesteśmy spaleni po dwóch tygodniach, ale to, co się u pani wyrabia - nikt tego nie dojdzie ”. Faktycznie, chłopcy z „Gdańska” remontowali wtedy fasadę Intraco, wyjeżdżając na wakacje do Ochotnicy, zostawiłam im mieszkanie, przez okna podawali sobie liny i hoboki z klejem, a nawet (jak twierdzili sąsiedzi) przez te okna rzygali. Gdy zdecydowanie odmówiłam, pan oświadczył: „Tej rozmowy nie było”. „Co to, to nie” - odparłam. „ Będę opowiadać o niej każdemu, kto będzie chciał, a nawet nie będzie chciał słuchać”. „Wariatka” - skomentował uprzejmie mój rozmówca i na tym się skończyło.

Temu, kto twierdzi, że należało nie zgłosić się na wezwanie, proponuję prosty eksperyment. Niech zatrzymany przez policję drogową powie: „Z psami nie gadam” - i zamknie okno. I niech to potem opisze. Bardzo jestem ciekawa wyników tego eksperymentu.