Czy damy sobie upuścić krwi?

Wielu z troską pochyla się nad opłakanym losem Ojczyzny. Niektórzy snują plany ratunku w rodzaju mitycznego Archipelagu Polskości czy modlitwy o króla na białym koniu. Bardzo nieliczni zadają dociekliwe pytania o przyczyny naszych narodowych nieszczęść. Nasi wrogowie mają jednak, w przeciwieństwie do nas, zarówno jasne diagnozy, jak i recepty. Jedną z nich – w razie narodowej gorączki – jest upuszczanie krwi.

Kiedy się patrzy na nasze dzieje ostatnich 250 lat, widać, że trwale nie godzimy się z niewolą, że sen o wolności i wielkości utraconej I Rzeczypospolitej ciągle nam w duszy gra, że gotowi jesteśmy na wielkie daniny krwi dla jej odzyskania. Niestety, tym pięknym tęsknotom towarzyszy zwykle coś, co skazuje nas na klęskę. Jeden z największych naszych wieszczów czasów niewoli tak ujął w strofach wiersza tę narodową skazę:
 
Miejcie odwagę... Nie tę tchnącą szałem,
Która na oślep leci bez oręża,

Naszym przodkom nie sposób odmówić serca do walki, ale z rozumem już gorzej. Dodam, że nie chodzi o zdolności taktyczne i inteligencję na polu walki. Wielu naszych dowódców, przegrywając w Polsce, odnosiło świetne zwycięstwa za granicą – najlepszym tego przykładem są Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko. Brakowało nam czegoś większego: mądrości narodowej. Definiuję ją jako sumę odpowiedniej świadomości narodu oraz wyczuwającego „wiatr historii” przywódcy. Warto pokrótce prześledzić ten brak na przestrzeni ostatnich 250 lat.

Polska od początku XVIII wieku nie była już państwem suwerennym. Jak to ujmowali nasi przodkowie: „stała nierządem”, a dokładniej interesami państw ościennych. W drugiej połowie tego smutnego dla nas stulecia szlachta dostała religijno-patriotycznej gorączki „barskiej” i rozpoczęła wojnę z własnym królem i wspierającymi go Rosjanami. Efektem tego pierwszego powstania narodowego była śmierć lub wygnanie ponad 100 000 bohaterskich młodzieńców, dalsza ruina gospodarcza i… I rozbiór Polski. Gdy piętnaście lat potem pojawił się klimat dla autentycznej reformy państwa (Rosja zmuszona była prowadzić wojnę na dwa fronty z Turcją i Szwecją), zabrakło barskich narwańców i znowuśmy przegrali, dostając „w nagrodę” II rozbiór. By nie bawić się w kontynuowanie marionetkowej polskiej państwowości, zaborcy sprowokowali szybko kolejne powstanie – tym razem pod wodzą Tadeusza Kościuszki – i po pokonaniu go zakończyli konwulsje I Rzeczpospolitej III rozbiorem. Kolejna wielka danina krwi to zawierucha napoleońska, która co prawda na krótko dała nam wolność od zaborców, ale kolejne dziesiątki tysięcy Polaków rozsypały się po całym świecie. Gdy dorosło następne pokolenie, tym razem zachodni sojusznicy zachęcili nas do następnego powstania, które wybuchło w czasie dogodnym, ale dla okupanta. Oprócz kolejnej Wielkiej Emigracji, ogromnych zniszczeń i upadku morale, z królestwa staliśmy się księstwem. Gdy kilkanaście lat potem Europę ogarnęła Wiosna Ludów, a Rosja dostawała baty w wojnie krymskiej, my nie byliśmy zdolni do powstania. Niebawem jednak dorosło następne pokolenie, więc car postanowił znowu leczyć nas „upuszczaniem krwi”.

Po tragedii Powstania Styczniowego nasza elita doszła wreszcie do przekonania, że podążanie dalej drogą „zrywów narodowych” sprawi, iż w dawnej Rzeczypospolitej pozostaną sami niepiśmienni chłopi. Radykalnie zmieniono podejście – odrzucono wiarę w insurekcyjne, nagłe odzyskanie wolności, a rozpoczęto długi marsz w kierunku podniesienia całego narodu na wyższy poziom cywilizacyjny. Rozpoczęto tzw. pracę u podstaw, uczono chłopów czytać i pisać, rozumieć historię i potrzebę własnego państwa. Dzięki temu przynajmniej częściowo wyrwano Polaków z odmętów zacofania i zabobonu, w których znaleźliśmy się, odrzucając zdobycze Złotego Wieku XVI. Dzięki tej nowej atmosferze przynajmniej dwa pokolenia rodaków nie zapadły na gorączkę leczoną „upuszczaniem krwi”. O dziwo to, czego od czasów Konfederatów Barskich nie mogła (czy nie chciała?) dać nam Zawsze Dziewica Maryja, dał nam na tacy Wszechmogący Bóg w roku 1918! Znowu na krótko odzyskaliśmy narodową mądrość – uświadomione społeczeństwo i właściwego przywódcę. Niezbyt długo jednak dane nam było cieszyć się Wolną Polską. W 1939 znowu uwierzyliśmy w swoją mesjańskość i niezwyciężoność, a jakby tego było mało, w ’44 na życzenie Stalina w samej tylko stolicy złożyliśmy ofiarę z 200 000 Polaków. Potem komuniści do perfekcji opanowali prowokowanie zamieszek, co czynili dla własnych interesów z częstotliwością ok. 10 lat. Po ’89 nie musieliśmy przelewać krwi, ale za to sprzedaliśmy w jasyr 2-3 miliony młodych rodaków. To rozwiązanie powoli przestaje dawać spodziewane rezultaty. Z analizy historii wynika więc, że nasi wrogowie obmyślają już nowy plan upuszczenia nam krwi.

Powie ktoś: „A skąd wiesz, że teraz oto nie nadchodzi czas podobny jak w 1918 roku, że trzeba siłą odzyskać władzę w Polsce?”. W takie tony zdaje się uderzać czołowy katolicki myśliciel obozu patriotycznego ukrywający się pod pseudonimem Aleksander Ścios:

„Problem nie dotyczy interpretacji wydarzeń z lat 2007-2015, lecz lęku przed przyjęciem najważniejszej konkluzji i obawy przed odrzuceniem mitologii demokracji.
Na pytanie - w jaki sposób wygrać wybory? - istnieje jedna odpowiedź: w taki, jak obala się każdy reżim”. bezdekretu.blogspot.com

By rozwiązanie rewolucyjne się powiodło, potrzebne jest jednoczesne wystąpienie kilku czynników: zapotrzebowanie społeczne, sprawne i mądre przywództwo oraz koniunktura międzynarodowa. W mojej ocenie żadna z tych składowych obecnie nie występuje. Społeczeństwo mamy na bardzo niskim poziomie duchowym, moralnym i organizacyjnym; duchowieństwo jawnie zaprzedane obcym interesom (patrz „pojednanie” katolickiego episkopatu z cerkwią Putina w 2012 r.), opozycja parlamentarna zramolała i naiwna, pozaparlamentarna niedoświadczona, podzielona i nieliczna – w sam raz na „upuszczenie krwi”, ale nie na realną zmianę władzy. Sytuacja geopolityczna przypomina bardziej 1939 rok niż 1918. Tu warto patrzeć na Węgrów – o ile w 1918 szliśmy tą samą drogą, walcząc zbrojnie przeciw zagrożeniu komunistycznemu, o tyle w 1939 wybraliśmy całkowicie przeciwne opcje. I to oni, nie my, mieli wtedy rację. Teraz, gdy nowa wojna już się tli, węgierski przywódca i wizjoner Wiktor Orbán mówi:

„…w polityce zagranicznej ważne jest umiarkowanie, zwłaszcza w niej. Musimy wiedzieć, gdzie są nasze granice, byśmy nie skończyli jak Tygrys z „Kubusia Puchatka“, który przebrał miarę w podskakiwaniu.” luty 2015, wpolityce.pl

Dziś na pierwszy ogień poszli Ukraińcy, jak my w 1939. Dopóki więc mocarstwa Zachodu nie zaangażują się w walkę z Rosją na pełną skalę, nie czas na nas.

Jeszcze ważniejszym pytaniem jest, co musimy zrobić, by wykorzystać sprzyjającą koniunkturę, kiedy się ona pojawi, i nie dać się oszukać fikcyjnymi zmianami, jak w 1989 roku.

Przede wszystkim musimy określić drogę do podniesienia Polaków ze stanu upadłości. Z ciemnym, niemoralnym i zdezorganizowanym narodem nie da się zbudować nowego państwa. Można co najwyżej zmienić stare elity na jeszcze gorsze nowe. Wierząc, że to Bóg Wszechmogący ma coś do powiedzenia o losie narodów, odnowę trzeba zacząć od Jego pierwszoplanowego celu dla narodów:

On z jednego /człowieka/ wyprowadził cały rodzaj ludzki, aby zamieszkiwał całą powierzchnię ziemi. Określił właściwie czasy i granice ich zamieszkania, aby szukali Boga, czy nie znajdą Go niejako po omacku. Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Dz 17:26-27 (BT)

Dopiero naród podnoszący się ku autentycznemu poznaniu Boga jest w stanie się organizować, wyłaniać przywódców i uderzyć w stosownej chwili. Przykładem niech będą kolonie brytyjskie w Ameryce Północnej. Na zapadłych krańcach niezwyciężonego Imperium, nad którym nie zachodziło Słońce, zrodził się nowy naród, który zbudował najwspanialszą cywilizację w dziejach ludzkości. Niech to będzie dla nas inspiracją zarówno do pracy u podstaw, jak i do cierpliwości.